Równina Drivii[Niedaleko Fargoth] Requiem dla nadziei

Wielka równina słynąca przede wszystkim z trzech jezior. Legenda głosi, że trzy siostry Cara, Sitrina i Doren - księżniczki Demary, córki króla Filipa miały zostać wydane za książąt Elisji, Fargoth i Serenai by utrzymać pokój pomiędzy krainami. Jednak żadna nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa Księżniczki uciekły więc na północ kraju i nigdy już nie wróciły. Legenda głosi, że stały się one Nimfami i każda objęła panowanie nad jednym z jezior.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Aureola
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Arystokrata , Artysta , Bard
Kontakt:

[Niedaleko Fargoth] Requiem dla nadziei

Post autor: Aureola »

        Wszystkie wspomnienia Aureolii to płacz. Żal, ból i rozpacz przyćmiewały nawet radosne chwile, które gdyby tylko naprawdę chciała, błogosławiona mogłaby wspominać. Zostały one doszczętnie spalone razem z posiadłością niebianki, jej rodziną i wszystkim, co uważała za dobre i ciepłe. Targana wewnętrznie wieloma emocjami na zewnątrz wydawała się pustą skorupą, niezdolną do niczego więcej poza bierną obserwacją otoczenia. Nie wiedziała, kiedy w jej imieniu wszyscy służący domu Mandeville odmówili przyłączenia się do grupy wyzwolicieli niewolników, a postanowili podążyć własną drogą.
Jesteś wolna.
Weis nie protestowała. Z szaloną wręcz radością życzyła im bezpiecznej i szczęśliwej wędrówki.
        - Obyście odnaleźli lepsze życie! – rzekła im przy pożegnaniu. Simona wzięła za wątłą dłoń błogosławioną i poprowadziła ją. Aureola obejrzała się ostatni raz, aby ujrzeć zgliszcza posiadłości. Słońce powoli witało niebo, stopniowo oświetlając popioły wcześniej dumnie jawiącego się budynku. Wszystkie kolory zlewały się z szarością tego, co niegdyś było ukochaną „złotą klatką” dziewczynki.
        Jesteś wolna

        - Panienko, będziemy musieli przebyć daleką podróż – oznajmiła Simona, patrząc smutno na Aureolę. – Da panienka radę?
Błogosławiona pokiwała tylko głową. Już sekundę później zapomniała o tym pytaniu i powróciła do krainy beztroski, jaką było odepchnięcie rzeczywistości daleko w zakamarki umysłu, pozwalając tym samym mgle zakryć wszystkie okropne myśli. Jasnowłosa ledwo zarejestrowała spojrzenie, jakim jej obecna opiekunka obdarzyła Nevaeh. Dopiero podczas krótkiego marszu Aureola rozejrzała się i dostrzegła, że wszyscy złowróżbnie patrzą się na bardkę.


        - Pannica raczy wyjaśnić, skąd ci ludzie ją znali? – Błogosławiona nie wiedziała, kto zadał to pytanie. Spokojnie, nadal ostrożnie, zezwoliła, aby drobne ułamki wspomnień dotarły do jej umysłu. „Przybyliśmy tu po ciebie, ale nie żeby cię porwać, a uwolnić”.
        - Przybyliśmy tu po ciebie – powtórzyła cicho Aureola, na co Simona momentalnie zareagowała zdziwionym spojrzeniem. To był pierwszy raz, gdy panienka odezwała się po śmierci rodziców. Puste oczy niebianki nawet nie próbowały odnaleźć Nev w tłumie. Słowa, które opuściły gardło jasnowłosej, stanowiły wręcz kroplę w całym chaosie rozmów, szeptów, które toczyły się wśród byłej służby rodziny Mandeville.
Aureola cofnęła się, wyrywając tym samym swoją dłoń z ręki Simony.
        - To po ciebie oni tam przyszli! – krzyknęła zachrypnięta dziewczyna. Mogłoby się wydawać, że całkowicie straciła i głos, i kontrolę. Błogosławiona ścisnęła naszyjnik od matki w dłoni, po czym odwróciła się i prędko pognała jak najdalej.
Nie mogła patrzeć im w oczy. Tłumaczyła sobie, że to wszystko wina bardki, lecz w głębi duszy przeczuwała, że to jej własne życzenie rozpoczęło to wszystko. Aureola pragnęła wolności, którą rodzice chcieli jej odebrać. Pragnęli dla niej ślubu, aby godnie mogła żyć dalej.
Jesteś wolna!
        Łzy zasłoniły drogę dziewczynie. Pędziła przed siebie długo – tak długo, że przestała panować nad nogami. Aureola nawet nie zauważyła, gdy czyjeś dłonie objęły ją i szarpnęły za sobą w bok. Nogi, które dopiero teraz zaczęły ją niemiłosiernie boleć, zostały związane. Błogosławiona nie krzyczała, albowiem nie miała już sił.
        Wolność to pojęcie względne.

***

        Złote oko prasmoka powoli ustępowało ciemności. Nim niebianka się obejrzała, ktoś oswobodził jej nogi i przywiązał ręce do kolejki brudnych ludzi, którzy podążali za drewnianym wozem. Drobne uczucie zimna otrzeźwiło delikatnie głowę dziewczyny. Starsi państwo szli zaraz obok siebie przed Aureolą, trzęsąc się. Ich plecy były pokryte licznymi bliznami po batach. Gdyby jasnowłosa miała siłę na cokolwiek, byłaby teraz śmiertelnie przerażona – nie żeby jednak nie odczuwała strachu całkowicie. Po prostu zastąpiła go pustką i cierpieniem, które trwały z nią od zeszłej pamiętnej nocy. Gdy tylko rzeczywistość doń dotrze, uderzy jeszcze mocniej.
        - Młódka się złapała – powiedział rosły i brodaty mężczyzna. – Zeref, skąd żeś ją wytrzasnął?
        - Biegała jak walnięta po naszym terenie. Sama do nas przyszła. Kilka innych także udało nam się złapać. – Chłop, zwący się najwyraźniej Zeref, podszedł do niebianki. – Śliczniutka, nie? A jaka droga będzie… - zamyślił się – szkoda nie wykorzystać towaru przed sprzedażą, nie uważasz, Trog?

Nigdy nie będziesz wolna.
Awatar użytkownika
Nevaeh
Szukający drogi
Posty: 48
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Bard , Służący
Kontakt:

Post autor: Nevaeh »

         Obraz nędzy i rozpaczy.
         Zapewne wielu słyszało te słowa, jakże często nadużywane do opisu rzeczy równie trywialnych jak wykipiałe mleko, połamane przez wichurę krzaki, czy umorusane dzieciaki, roznoszące kurz i błoto gdzie popadnie. Ewentualnie w kontekście słabych dzieł sztuki, ocenianych przez samozwańczych krytyków i mecenasów. Gdzież teraz byli ci krytycy? Gdzie był ktoś, zdolny znaleźć słowa, które mogłyby oddać tragedię, jaka rozgrywała się na dogasających zgliszczach dworu jeszcze nie tak dawno należącego do państwa Mandeville?
         Nevaeh nie była do tego zdolna. Ani wówczas, ani nigdy potem, nie zdołała stworzyć pieśni, która oddałaby towarzyszące tej chwili uczucia. Te kartki z księgi jej artystycznego żywota spłonęły razem z domostwem, jego ciepłem i szczęściem pogrzebanym pod resztkami murów. Razem z ciałami osób, które nie powinny były umrzeć tego wieczoru. Nikt nie powinien był umrzeć tego wieczoru.
         “A jeśli już ktoś, to ty” - szeptał umysł bardki.
         Nie podzielała entuzjazmu wyzwolicieli. Nie czuła wdzięczności, jedynie przerażenie, sprawiające fizyczny ból. Wiedziała, że jest chaosem. Wiedziała, że potrafi zniszczyć wiele rzeczy, które weźmie w nieporadne ręce - ale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wiele. Przez całe życie Nev powtarzała sobie, że nie jest złą osobą. Nigdy umyślnie nikogo nie skrzywdziła. Nigdy nie wzięłaby do ręki miecza, by ranić i zabijać.
         Tyle że wcale nie musiała.
         Wystarczyło odwrócić wzrok. Unikać konfrontacji. Być biernym, kiedy należało podjąć działanie. Nevaeh nie musiała wymachiwać pochodnią i wykrzykiwać gróźb. Wystarczy że nie zagasiła ogniska, jakie po sobie zostawiła. Nie miała złych zamiarów? Jakie to miało znaczenie… W ostatecznym rozrachunku liczą się czyny, tylko czyny. A śpiewaczka nie zrobiła nic.
         I to była jej najgorsza zbrodnia.
         Czuła to w sobie, ostrym, pulsującym bólem, rozchodzącym się po ciele z każdym uderzeniem serca. Każdy oddech był jak wyrzut sumienia, wypełniający płuca żarem, zmieszanym z unoszącym się w powietrzu popiołem. Czuła to w spojrzeniach otaczających ją ludzi, którym jej naiwność i egoizm odebrały dom. Kiedy na krótką chwilę jej zmysły przebijały się przez mgłę rozpaczy, bardka słyszała szepty. Głosy, wytykające ją swym brzmieniem jak palcami. Głosy życzące jej śmierci. Nie wiedziała, ile z tego było prawdą, a ile wytworem ogarniętego cierpieniem umysłu. Kilka osób zaczęło do niej podchodzić. Ktoś zadał jej jakieś pytanie. Nie rozróżniała pojedynczych słów, lecz słyszała dźwięczący w nich wyrzut. Ktoś usiłował złapać ją za ramię. Wyrwała się gwałtownie i skuliła, zasłaniając głowę rękami. Tkwiąc wciąż na klęczkach, przypominała pisklę, które wypadło z gniazda. Chciała tylko zwinąć się w kłębek rozpaczy i odciąć od świata. Po prostu zniknąć.
         - Dajcie jej spokój, do jasnej cholery. - Przez kakofonię dźwięków przebił się wyraźny głos kogoś, kto nagle stanął tuż nad lutnistką. Nev nawet nie drgnęła. Wciąż z ukrytą w ramionach głową, uchwyciła się obecności Amser, jako ostatniej realnej rzeczy, która przywoływała ją z granicy otchłani. W głosie tancerki słychać było łzy, ale też i nieugiętość. - Co niby ta nieszczęsna ofiara losu miała zrobić, waszym zdaniem? Wrócić do niewoli i pozwolić się krzywdzić przez resztę życia? Kto na jej miejscu byłby takim chorym altruistą, niech pierwszy rzuci kamieniem! Śmiało! To normalne, że każdy szuka sposobu by być szczęśliwym. A przynajmniej cierpieć jak najmniej - dodała ciszej. - Niestety, nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie okoliczności.
         Nevaeh słuchała słów towarzyszki, w głębi duszy czując, że na nie nie zasłużyła. Nie chciała, by ta ją broniła. Musiała ponieść konsekwencje swoich decyzji. Mimo to, nie miała siły protestować. Ani podczas tej przemowy, ani później, kiedy Amser pomogła jej dźwignąć się z ziemi i złapawszy za rękę, pociągnęła śpiewaczkę razem z całym ponurym orszakiem byłej służby. Szła z nimi, krok po kroku, wsłuchując się w niezidentyfikowany szept rozbrzmiewający na pustkowiu własnych myśli. Rozpacz, która dotąd zalewała ją nieustającymi falami, utkała kokon wokół świadomości Nev, tłumiąc jej zdolność do myślenia i odczuwania.
         Krok za krokiem. Krok za krokiem.
         Patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, z zupełnym brakiem zainteresowania celem czy choćby kierunkiem marszu. Nie rozpoznawała twarzy. Nie docierała do niej większość bodźców zewnętrznych, a te, które docierały, wpadały w pustkę obojętności. Nawet nagłe poruszenie, jakie zapanowało w tłumie, nie zdołały sforsować tego muru.
         - … Słyszysz mnie? - Amser szarpała rękaw sukni Nevaeh. - Rusz cztery litery, bo nas też złapią! Nev, do diaska!
         Bardka zamrugała oczami, powoli przenosząc połowicznie skoncentrowany wzrok na tancerkę. Na tym jednak skończyła się reakcja z jej strony. Amser szarpnęła jeszcze kilka razy, by po chwili tupnąć gwałtownie nogą i puścić brudny od pyłu materiał jeszcze nie tak dawno ślicznej, kremowej sukienki.
         - Jak sobie chcesz! - zawołała. - Wybacz, ale nie zamierzam zostać twoją towarzyszką w niewoli. Bywaj zdrowa.
         Po tych słowach złotowłosa artystka obróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie. Spojrzała jeszcze raz przez ramię, na stojącą w miejscu Nev, lecz bardka tego już nie dostrzegła. A kiedy dopadli ją dwaj mężczyźni, nie stawiała oporu, niczym szmaciana lalka. Pozwoliła im powalić się na ziemię, związać sobie ręce i poprowadzić… gdzieś. Nie miało znaczenia, gdzie. Równie dobrze jak z członkami służby, mogła pójść z nimi. Nie miało znaczenia, dokąd. Ani co czekało ją po drodze. Ani na miejscu.
         Nic już nie miało znaczenia.
***
         Sznur. Kroki. Ludzie. Więcej sznura. Więcej ludzi. Wozy. Aure. Kroki…
         Wróć.
         Aureola.
         Widok małej niebianki przysłonił wszystko inne w polu widzenia Nevaeh. Cała reszta zlała się w rozmazane tło i tylko panienka wyraźnie rysowała się na pierwszym planie. Każdy jej gest i twarz, na której malowała się pustka tak przeraźliwa, że obie z Nev wyglądały jak swoje wzajemne odbicia. Z tym, że Aure zdawała się nie dostrzegać swojej byłej mentorki. I pośredniej zabójczyni jej rodziców.
         Coś w bardce drgnęło, jakieś niedobitki empatii, pragnące zamknąć dziewczynkę w ramionach… Jednak Nev doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma prawa tego zrobić. Już nie. Po tym, co stało się za jej przyczyną, nigdy już nie będzie w stanie uszczęśliwić Aureoli. Mogła jedynie patrzeć i zbierać żniwa swoich błędów.
         … dopóki nie usłyszała wymiany zdań między dwoma łowcami. Zimna, bezuczuciowa próżnia w jej sercu wypełniła się nagle potwornie silną potrzebą działania. Zanim zdążyła pomyśleć, nogi poniosły ją w stronę panienki Mandeville, jednak sznur krępujący ręce lutnistki bolesnym szarpnięciem zatrzymał ją w miejscu.
         - Zostawcie ją! - zawołała, głosem brzmiącym zupełnie obco w jej ustach. - Zostawcie! Ja… Ja będę lepsza. Weźcie mnie. Ją zostawcie. Weźcie mnie.
         Z każdym kolejnym zdaniem jej głos stawał się coraz słabszy, za to postanowienie, które Nev podjęła - coraz silniejsze.
         Nigdy już nie będzie w stanie uszczęśliwić Aureoli. Ale może wziąć na siebie jak najwięcej przeznaczonego panience cierpienia.
         To jedno była jej winna.
***
         Nie pamiętała, jak długo szli. Mogły minąć dni, aczkolwiek równie dobrze mogły to być tygodnie, a nawet całe miesiące. Światło i ciemność zlały się w jedno. Słońce i księżyc z taką samą obojętnością patrzyły z góry na ludzkie cierpienie, więc jaka to różnica, które z nich aktualnie znajdowało się na niebie? Nevaeh dzieliła czas na marsz i postój, kiedy do z taką samą konsekwencją starała się równocześnie unikać Aureoli, jak i zza kulis dbać o to, by jak najbardziej odciążyć nieszczęsną dziewczynę. NIejednokrotnie odmawiała sobie jedzenia, zostawiając dla siebie tylko tyle, by mieć siłę stawiać krok za krokiem, całą resztę dyskretnie podrzucając niebiance, gdy ta nie patrzyła. Szły za różnymi wozami, nie miały więc zbyt wiele okazji do nawiązania kontaktu - a nawet gdyby miały, Nevaeh starała się unikać sytuacji, które mogłyby do tego doprowadzić. Każdego dnia dźwigała brzemię poczucia winy, ale nie potrafiła stanąć do otwartej konfrontacji z osobą, która przez nią straciła najwięcej.
         Krok za krokiem.
         Nie miała pojęcia, dokąd szli. Ale to też niczego nie zmieniało. Żadna z nich nie miała dokąd wracać, więc dopóki warunki atmosferyczne nie były szczególnie dokuczliwe, Nevaeh nie widziała sensu, by o to kogokolwiek pytać. Tym bardziej, że ta niewolnicza karawana w niczym nie przypominała grupy Raghnalla. Tutaj nie czuło się solidarności między towarzyszami niedoli, próżno było szukać wsparcia w sobie nawzajem. Każdy chciał po prostu przetrwać kolejny dzień, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Były też sznury. Kajdany dla bardziej buntowniczych jednostek.
         I baty.
        Pierwsze naoczne doświadczenie chłosty było jedną z nielicznych rzeczy, jakie zapisały się w pamięci Nevaeh. Młody chłopiec został ukarany za próbę podprowadzenia pomarańczy z wozu z zaopatrzeniem. Jego ręce - narzędzie niedoszłego przestępstwa - zostały zmasakrowane. Spora część niewolników miała ciała pokryte mniej lub bardziej świeżymi bliznami. Śpiewaczka nie pytała o ich pochodzenie. W ogóle o nic nie pytała. W zasadzie od tamtego protestu jeszcze w Efne, nie odezwała się ani słowem. Nie sprawiała problemów, więc i ją zostawiono w spokoju.
         Do czasu.
         Któregoś dnia bowiem w bardce odezwała się natura… bardki. Był to kolejny dzień wędrówki - krok za krokiem - i nie różnił się w zasadzie niczym szczególnym od poprzedzającego go szeregu innych dni. Czym więc był podyktowany ten nagły impuls, który nieświadomie wyrwał się na wolność w postaci melodii - tego Nevaeh nigdy nie zrozumiała. Po prostu, w którymś momencie, kiedy wpatrywała się w poruszające się naprzemienne jej własne stopy, kobieta usłyszała głos. Śpiewający po elficku, bardzo starą pieśń o wytrwałości. Pieśń ta niosła ze sobą tak potężny ładunek emocjonalny, że ludzie wokół podnosili głowy i przyłączali się do śpiewu, nie znając nawet słów, jedynie nucąc koślawą melodię. Niektórzy nawet przystawali i zapatrzeni przed siebie zaciskali pięści. Karawana zartrzymała się.
         Co, rzecz jasna, nie uszło uwadze nadzorców.
         - Ej! - krzyknął jeden z nich, zbliżając się konno do wozu Nevaeh. - Zamknąć się i jazda do przodu!
         Pieśń jednak nie ustawała, a wręcz przybrała na sile. Strażnicy zsiedli z koni i rozglądali się w poszukiwaniu prowodyra, który natchnął tłum do tego artystycznego buntu.
         - Powiedziałem zamknąć się!
         Wzrok Nevaeh nawet nie zarejestrował ruchu, zupełnie jakby cała rzecz działa się gdzieś obok niej. Ale poczuła to. Nie mogła nie poczuć bata, rozdzierającego jej plecy. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Pod siłą ciosu upadła na kolana, a drobny żwirek zalegający na ścieżce boleśnie wbił się w jej dłonie. To jednak było niczym w porównaniu z bólem, jaki po chwili promieniował z pleców do całej reszty ciała. Ale dlaczego… Dlaczego została uderzona?
         To ja śpiewałam?
         Ból przebił się w końcu przez kokon nieświadomości, gwałtownie pobudzając zmysły Nev. W końcu dostrzegła otaczających ją ludzi, którzy na widok bata zamilkli nagle, w strachu, że dosięgnie ich następny cios. Spadł on niemal w to samo miejsce i tym razem z piersi bardki wydarł się krzyk. Cierpienia i przerażenia, gdy dostrzegła, że ręka nadzorcy z batem ponownie się uniosła.
         - Opanuj się, Ulkor! - Trog podbiegł do mężczyzny, łapiąc go za nadgarstek i odciągając z dala od skulonej na ziemi śpiewaczki. - Chcesz płacić rekompensatę, jak nikt nie kupi pokiereszowanej kobity?
         - Nie będzie buntów na mojej zmianie! - Człowiek zwany Ulkorem splunął zamaszyście, jednak za radą kolegi przywiązał bat z powrotem do pasa. Odchrząknął, omiótł gapiów groźnym spojrzeniem, po czym ponownie wsiadł na koń. - Ruszać się, już!
         Karawana ruszyła ponownie. Nevaeh razem z nią i choć teraz każdy ruch przysparzał jej cierpienia, bardka stawiała krok za krokiem, każdą falę bólu traktując jak zasłużony cios. Ten jeden za Rianella. Ten za Amser. Iorwen. Za Monę. Za pana Mandeville i jego małżonkę. Za Aureolę. Po jednym na każdą osobę, którą kiedykolwiek w życiu skrzywdziła. Nawet jeśli żaden ból nie był w stanie zmazać win.
***
         Historia zatoczyła koło.
         Na ulicach Fargoth Nevaeh poczuła to wyraźniej niż kiedykolwiek. Była już tutaj jako niewolnica. Występowała na jednym z pomniejszych ryneczków, kiedy to Raghnall prezentował swój towar pod przykrywką ulicznego przedstawienia. Spodobała się wówczas jakiemuś paniczowi; nie pamiętała jego imienia, pamiętała natomiast, że był on niewiele znaczącym szlachetką i stać go było zaledwie na jeden wieczór, mimo że bardzo chciał ją wykupić na własność… To wspomnienie nie było nawet bardzo odległe. Co tylko wzmocniło przykre poczucie braku kontroli nad własnym losem, na które bardka nie mogła sobie pozwolić. To by oznaczało spychanie winy za swoje postępowanie na jakieś głupie przeznaczenie, które gdyby istniało, musiałoby darzyć kobietę wyjątkową niechęcią.
         Chociaż okoliczności nieznacznie uległy zmianom, Nev znowu miała okazję przyglądać się mieszkańcom miasta, tym bogatym i zepsutym - a w dużej mierze pewnie przedstawicielom takowych - bowiem głównie tacy przychodzili na półjawne wystawy niewolników. Strażnicy od dawna przymykali oko na część takowych precedensów, najwyraźniej przekupieni lub niezbyt przykładający się do służby. Kto wie, może ów biedny panicz też tu był? Ale choćby i tak się złożyło, mało prawdopodobne było, by rozpoznał swoją dawną kochankę w wychudzonym, umorusanym czupiradle - nawet mimo kąpieli, do jakiej handlarze przed wystawą zmusili swoich ludzi.
         Śpiewaczka nie bardzo interesowała się tym, co działo się wokół. Na tym etapie było jej wszystko jedno czy ktoś zechce ją kupić, czy też przyjdzie jej kontynuować wędrówkę za wozem. Nie miała oczekiwań względem swojej przyszłości. Nie miała prawa mieć. Ustawiła się więc posłusznie w rzędzie, starając się z niego nie wychylać, choć czuła się nie najlepiej i nogi w każdej chwili mogły odmówić jej posłuszeństwa. Nadal niezabliźnione rany na plecach piekły niemiłosiernie, a materiał sukienki co chwilę je podrażniał, nie pozwalając im się zagoić. Nevaeh nie posiadała lustra, ale domyślała się, że musiało wyglądać to nieciekawie. Ale nawet to nieszczególnie ją obchodziło. Jeśli umrze w wyniku jakiegoś zakażenia - niech tak będzie. To będzie odpowiednia śmierć dla kogoś takiego. Bolesna i nic nieznacząca. Jak wszystko inne.
         … no dobrze, nie wszystko. Była jeszcze Aureola. Stała o jeden rząd wcześniej od bardki, w związku z czym jako pierwsza znalazła się w gronie wystawionego towaru. Nev przyglądała się temu beznamiętnie, do czasu, gdy jeden z mężczyzn oglądającym wystawę nie zgłosił się, jako chętny do jej kupna. Wokalistka drgnęła, czując jak jej tętno gwałtownie wzrasta. Przyjrzała się jegomościowi i na pół sekundy zamarła. Sama jego aparycja nie wzbudzała pozytywnych odczuć - był łysy i czerwonawy na twarzy, z pewnością też nie zaszkodziłaby mu mała dieta - ale to jego wzrok był tym, co ostatecznie popchnęło Nevaeh do działania. Znała ten rodzaj spojrzenia; ten uśmiech, zdradzający paskudne intencje. Miała z takimi do czynienia w przeszłości. I za nic, za nic w świecie nie mogła pozwolić, by Aureolę to spotkało. Nie zważając na rozdzierający ból, zerwała się z miejsca i podbiegła do przodu, by obronić dziewczynę. Skrępowane ręce przełożyła nad głową niebianki, przyciskając ją do siebie, znacznie silniej, niż powinna.
         - Nie pozwolę! - krzyknęła. - Nie pozwolę jej tknąć!
         Nadzorcy rzucili się ku niej, próbując odciągnąć bardkę od jej młodszej towarzyszki, jednak kobieta, zebrawszy w sobie resztki sił, jakie jej pozostały, nie pozwalała się ruszyć.
         - Nie pozwolę! Nie dam jej więcej skrzywdzić. Nikomu!
         Powtarzała te słowa cały czas, kiedy cały plac ogarnął chaos. Nev przestała już to rejestrować. Jej ciało stawało się ciężkie, jakby zrobione z ołowiu. Nie wiedziała już czy tuli Aure do siebie, czy też się na niej wspiera. Kolory otoczenia zlały się w jedno, a głowy ludzi wokół stały się latającymi nieskoordynowanie, zupełnie abstrakcyjnymi plamami. Gdzie byli niewolnicy. Gdzie byli handlarze. Gdzie byli kupcy. Gdzie góra, gdzie dół. Nevaeh nie wiedziała.
         Jej usta uparcie powtarzały “Nie pozwolę!”, kiedy przed oczami bardki rozlała się ciemność.
Awatar użytkownika
Rianell
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Ostatecznie Pestka opuścił Thenderion. To takie głupie - czego mu brakowało? Miał tu kąt, pracę, spokój, wolność. Ale... też ciche wyrzuty sumienia. Obrazy, które nadal go prześladowały i nie pozwalały zasnąć. Wspomnienie tamtej tragicznej nocy, podczas której za cenę cudzego życia zyskał wolność. Wypominał sobie tygodniami - dlaczego to on przeżył? Dlaczego w ogóle ktokolwiek musiał zginąć? Co mógł zrobić? Było tak blisko, prawie udało mu się go uratować - zawiódł. A wdowa jeszcze mu za to dziękowała. Myślami wracał też do domu, z którego tu trafił - na dwór Mandeville’ów. Z kolejnymi dniami narastała w nim potrzeba powrotu w tamte strony, opowiedzenia co się z nim stało, wytłumaczenia swojego przedłużającego się zniknięcia… Przeproszenia Nevaeh. Często myślał o tej uroczej bardce i okolicznościach, w których się rozstali. Zachował się w stosunku do niej jak ostatni cham, unosząc się niepotrzebnie honorem. Nie wiedział co ona o nim myśli… o ile cokolwiek myśli. Bo on… on myślał o niemal co dzień.
        W końcu zapadła decyzja o powrocie. Rianell wytłumaczył się wszystkim ze swojego postanowienia, pomijając jednak tę zadrę w swoim sercu, która była dla niego zbyt wstydliwa. To co powiedział wystarczyło jednak, by zyskać błogosławieństwo i życzenia powodzenia na nowej drodze życia, jako wolny człowiek. Miał odłożone niewielkie oszczędności, dodatkowo panienka Blanche i jeszcze kilka osób, których sympatię sobie zaskarbił przez ten czas, również go wspomogli. Dodatkowo jego dawna pani pozwoliła mu jechać z transportem wysyłanym przez przedsiębiorstwo jej zmarłego męża do Ekradonu - zawsze to kawałek drogi przebyty w komfortowych warunkach i to za darmo. Nie śmiał narzekać.

        Do posiadłości swoich dawnych państwa jednak nigdy nie dotarł - już wiele dni drogi przed dotarciem na miejsce doszły go słuchy, że dwór został doszczętnie spalony, a rodzina zamordowana, zaś służba rozgoniona albo złapana przez kolejnych łowców. Było to dla niego wielkim szokiem, bo chociaż mieszkając u Mandeville’ów nadal był niewolnikiem, traktował tych ludzi jak rodzinę. Teraz dowiedział się, że nie żyją... Opłakiwał ich. Życie jednak przyzwyczaiło go już do straty, więc szybko poradził sobie z żałobą - musiał żyć dalej, zadbać o siebie i znaleźć sobie zupełnie nowe miejsce w tym świecie.
        Całkowicie czysta karta...

        Na targu niewolników pojawiali się nie tylko ci, którzy chcieli sprzedać czy kupić nową siłę roboczą, ale też ci, którzy przyszli tylko popatrzeć albo też tacy, którzy byli tu przypadkiem, bo po prostu przechodzili. Pozornie. Na przykład grupa młodych, krzepkich mężczyzn, swoim wyglądem i zachowaniem nie wzbudzająca żadnych podejrzeń, sprawiała wrażenie, jakby wracali z pracy w kopalni albo jakimś magazynie. Wszyscy podobnie ubrani w drelichowe spodnie, koszule z podwiniętymi rękawami odsłaniającymi umięśnione, opalone przedramiona, w czapkach z krótkim daszkiem. Swobodnie rozmawiali, rozglądając się pozornie bez większego zainteresowania. Miejscowi strażnicy jednak znali już takich jak oni - awanturnicy, anarchiści, ludzie z półświatka. Może i za dnia zajmowali się pracą w kopalni, ale wieczorami przy kubku grogu omawiali swoje brudne sprawki. Często kręcili się w tej części miasta i faktycznie spora część z nich tu mieszkała, ale w tej zabawie w kotka i myszkę obie strony zawsze wiedziały kiedy dojdzie do spięcia, a kiedy każdy może pilnować swojego nosa.
        Tego dnia to był ten pierwszy przypadek.
        Już wcześniej jakiś podrostek zwrócił im uwagę na duży transport niewolników, którzy byli wyjątkowo źle traktowani - gang zawsze robił z takimi porządek, demolując wozy i uwalniając chociaż kilka osób z transportu. Gdy kupcy się przed nimi zabezpieczali, znajdowali nowy sposób, by osiągnąć swoje. Tego dnia wyglądało jednak na to, że poradzą sobie bez żadnych podchodów. Wiedzieli gdzie zmierzają, wszystko było przygotowane. Nawet mieli gotową zaczepkę, ale okazało się, że takowa była niepotrzebna, bo gdy przybyli na miejsce, już jakaś szarpanina trwała. Chłopaki rzucili się więc w nią jakby tylko na to cały dzień czekali. Doszło do tęgiej bitki, a wśród nich prym wiódł wyjątkowo krzepki mężczyzna o obliczu zasłoniętym chustą, z włosami schowanymi pod kaszkietem. Gdy jego pięść dosięgnęła któregokolwiek z handlarzy czy ich ochroniarzy, zaraz lądował on na ziemi, nieprzytomny albo otumaniony. W jego oczach płonął ogień determinacji, był z nich wszystkich najbardziej zawzięty i wzbudzał autentyczny strach. Znający jego historię wiedzieli z czego to wynika - jednoczesna mieszanka głębokiej nienawiści do handlarzy, bo sam był kiedyś niewolnikiem i ogromnego szacunku do kobiet, bo ponoć był królewskim bękartem. Pestka - to był on. Tu znalazł swoje nowe miejsce na Łusce - wśród gangów ulicznych, parając się nie zawsze legalnym, ale zawsze szczytnym rzemiosłem. Znany nie tylko jako złota rączka, ale też doskonały bokser, cieszący się dużą sławą na ulicznych walkach. Wrzód na dupie lokalnej straży, choć uwielbiany przez zwykłych mieszkańców.

        Dwóch młodych chłopaków dopadło do dziewczyn - jeden z nich miał nóż i szybko poprzecinał im więzy, drugi zaś każdą uwolnioną niewiastę wypychał w ramiona swoich towarzyszy, by ci pomogli im w ucieczce. W pozornym chaosie była metoda, bo młodzi gangsterzy uciekali każdy w innym kierunku, utrudniając pościg, dodatkowo ci najsilniejsi wybierali sobie też silniejszych niewolników, by razem móc bardziej kiwać tych, którzy spróbują ich dopaść, ściągać tym sposobem na siebie uwagę ochroniarzy, by dać szansę na ucieczkę tym słabszym. Nevaeh i Aureoli jednak nie rozdzielono - tylko wśród wozów biegły osobno, bo tam było ciasno, ale później zaraz się połączyły - ktoś przytomny zauważył, że cała afera powstała przez ich przywiązanie. Nie było niestety czasu na tłumaczenia i rozmowy - dziewczyny musiały im zaufać.
        Wszystkie grupy spotkały się w jakimś pustostanie na skraju miasta, gdzie w piwnicy przygotowane były prowizoryczne posłania i skromna strawa, która i tak pewnie była lepsza niż to czym karmiono ich do tej pory - świeży chleb, zupa z klopsikami i słodki drożdżowy placek ze słonym masłem. Każdy uwolniony niewolnik dostawał koc, posiłek i słowa pokrzepienia - “nie martw się, już nic ci nie grozi, jesteś wolny”, czy cokolwiek w tym stylu. To był oczywiście jedynie początek drogi do ich wolności, ale i tak było już co świętować, bo w takim mieście jak Fargoth łatwo było sprawić, by te kilka osób rozpłynęło się w powietrzu.
        W piwnicy zaczynało robić się tłoczno od uwolnionych osób i gangsterów, którzy brali w tym udział. Ci drudzy z czasem zaczęli jednak nerwowo zerkać w stronę wejścia i wymieniać porozumiewawcze spojrzenia - kogoś im brakowało, na kogoś czekali. W końcu jednak dało się słyszeć ciężkie kroki na schodach, a do piwnicy zeszło dwóch mężczyzn z chustami na twarzach. Dało się słyszeć westchnienia ulgi i kilka osób ich otoczyło. Ktoś z trwogą zawołał “krwawisz!”.
        - Spokojnie, to nie moja.
        Nonszalancki, trochę ochrypły od wysiłku, ale znajomy głos. I jeśli ktokolwiek miał do tej pory wątpliwości czy możliwy jest taki zbieg okoliczności, mężczyzna ten zdjął kaszkiet, rozpuszczając przydługie włosy w kolorze ciepłego brązu, a potem odsłonił twarz poprzecinaną sinymi pręgami tatuaży. Rianell Pestelli.
Awatar użytkownika
Aureola
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Arystokrata , Artysta , Bard
Kontakt:

Post autor: Aureola »

        Niebianka nie była w stanie poprawnie zarejestrować wielu sytuacji. Możliwe też, że skutecznie je ignorowała. Odczuwała ogromny żal, lecz nie potrafiła dokładnie skierować go w jedną stronę. To była jej wina, to była Nev wina, zabójcy wina, wszystkich, wszystkich wina! Aureola nie wiedziała tylko, co powinna z tą winą zrobić. Zemsta brzmiała jej niczym rozwiązanie idealne, ale cóż mogła w tym świecie zrobić młoda błogosławiona, która ledwo potrafiła sama się ubrać, o jakichkolwiek zdolnościach przetrwania już nie mówiąc. Zaśpiewa aż bębenki w uszach im wylecą? Doprawdy, śmiechu warte gdybania młodej, rozpieszczonej arystokratki.
        Nev ocaliła ją przed oprawcami. Oddawała jej jedzenie, co błogosławiona zauważyła dopiero za którymś razem. Aureola chciała jej podziękować, lecz jednocześnie pragnęła rzucić jej talerzem w twarz. Skrajności walczyły w umyśle niebianki niczym dwa wygłodniałe wilki. Rozpacz nie pozwalała jej spać, więc każdy spacer do celu - który mógł nawet nigdy się nie ukazać - dziewczyna przebyła w ciszy. Lecz wtem rozbrzmiał głos. Śpiew, który przypominał Aureoli szczęśliwe czasy. Widziała w tej piosence swój taniec, którym zawsze uszczęśliwiała rodziców. Piękny ogród domu Mandeville, pełen gości, gotowych posłuchać koncertu panienki. Niebianka wsłuchiwała się w ten piękny głos, pozwalając się porwać do świata, w którym nie istniał smutek, żal i rozpacz. Ach, właśnie, występ…
        W momencie, w którym Aureola upewniła się, iż na szyi nadal ma prezent od matki w postaci swych magicznych skrzypiec, karawana zatrzymała się. Melodię przerwał bat. Dopiero wtedy Aureola zrozumiała, co się wokół niej stało.
”Jak tu w ogóle trafiłaś? Jak… jak ja tutaj trafiłam?”, zapytała samą siebie. Po raz pierwszy maskę obojętności przebiły łzy.
To jest jej zakichana wolność.

***

        Aureoli chciało się płakać. Została przedstawiona w jednym z pierwszych rzędów jak mięso na sprzedaż. Tłum ludzi w Fargoth nie ukrywał swego braku kultury, który niebianka wynosiła z dworu i zapamiętała. Niedawno to właśnie jej ojciec zapraszał takie karawany, aby zdobyć jak najwięcej nowej służby.
”Ale papa nie był taki…”, pomyślała dziewczyna. Tłum zdawał się w pewnym momencie szaleć, gdy rozpoczęła się licytacja. Błogosławiona skrzywiła się na każdą podaną za nią cenę. Cenę za jej wolność. Aureola ponownie odpłynęła myślami. Nie mogła skupić się na niczym innym, jak na tym, że zaraz zostanie potraktowana gorzej niż najgorszy śmieć. Dlaczego ludzie się tak krzywdzili? Dlaczego?
        Dlaczego Nevaeh rzuciła się na nią z desperackim krzykiem? W objęciach bardki umysł dziewczyny delikatnie otrzeźwiał. Dopiero po dłuższej chwili błogosławiona odczuła ból i zmęczenie, które powinno ją uderzyć już dawno. Pozostałe emocje również się przebiły. Aureola w chaosie, krzykach Nevaeh i rozzłoszczonego milorda, ciągle pytała się w myślach: dlaczego?
”Dlaczego teraz dopiero mi to mówisz?
        Niebianka spojrzała na Nev, pragnąc krzyknąć do niej cokolwiek w odpowiedzi. Będzie dobrze, nienawidzę cię, dlaczego, wyjaśnij mi, błagam. Aure tak bardzo pragnęła porozmawiać z mentorką o tych wydarzeniach, że w natłoku emocji po prostu zapomniała o tej potrzebie. A musiała wiedzieć, co tak naprawdę kobieta ma z tym wspólnego, lecz chaos w jej głowie przeniósł się na rzeczywistość. Ktoś ponownie zaatakował karawanę pełną niewolników, ktoś ponownie wymierzy sprawiedliwość oprawcom. Historia zatoczy koło i ponownie zaraz ktoś będzie poważnie cierpieć.
        Aureola nie zdawała sobie sprawy nawet, że ciągle powtarzała to słowo: dlaczego? Dlaczego to właśnie jej się przytrafiło, dlaczego znowu, dlaczego to się dzieje, dlaczego ludzie to robią?
Dlaczego.
Niebianka skuliła się przez chwilę z nadzieją, że już nikt jej nie zauważy. Najlepiej jakby już nigdy nie musiała widzieć okrucieństw tego świata. Zamknęła oczy w momencie, w którym ktoś nakazał jej biec i pociągnął ją za rękę. Biegła niezgrabnie, na ślepo, jak całe życie: otumaniona swoją złotą klatką, za którą teraz tak bardzo tęskniła. A jej nową złotą klatką była obecność Nevaeh, którą czuła ciągle przy sobie.

        Aureola wyłączyła myślenie w momencie, w którym dotarli do pozornie bezpiecznego dlań miejsca. Niewolnicy wokół wydawali się radować, albowiem mogli chociażby rozprostować nogi i spokojnie ułożyć głowy na wygodnych (a już na pewno wygodniejszych od zimnej podłogi) posłaniach. Niektórzy zaczęli szybko rozmawiać z innymi, żywo dyskutując o dalszych planach, inni zaś skulili się w kącie i podejrzliwie spoglądali na podaną im miskę zupy. Błogosławiona należała do tej drugiej grupy, mimowolnie prowadząc za sobą Nevaeh. Aureola nieświadomie od początku tamtej afery trzymała bardkę za dłoń i zaprowadziła do względnie odosobnionego miejsca. Dziewczyna odmówiła posiłku. Odczuwała mdłości związane z niedoleczoną traumą, którą dodatkowo przypomniały jej ostatnie wydarzenia. Aureola ułożyła się wygodnie pod kocem, który dostała, a następnie skierowała swój niemalże martwy wzrok na Nevaeh.
        - Dlaczego… oni przyszli? - zapytała dziewczyna. Mimo że ta niezagojona blizna nadal bolała niemiłosiernie, jasnowłosa potrzebowała tej rozmowy. Musiała zrozumieć, co w ogóle się stało i dlaczego straciła przy tym dom. Rodzinę. Świat. Te trzy słowa zlały się w jedno, gdy do pomieszczenia wszedł zamaskowany mężczyzna, który chwilę później ujawnił swoje oblicze. Aureola zesztywniała. Miała wrażenie, że sen myli się jej z rzeczywistością, ale oczy nie mogły tak długo jej zwodzić. To był Pestka. Pestka! Na moment błogosławiona podniosła się z prowizorycznego posłania zdziwiona, aby następnie poddać się ogromnemu poczuciu winy, które odczuła. Rianell na pewno zapyta się jej o wszystko. A ona będzie musiała opowiedzieć, jak jej samolubne życzenie zabiło jej rodziców.
        Jedna łza ozdobiła twarz dziewczyny. Nim mężczyzna zdążył ją zauważyć, niebianka padła na podłogę i cała schowała się pod kocem. Poczucie winy, strata i rozpacz całkowicie ją przygniotły. Aureola po raz pierwszy od pożaru pozwoliła sobie na cichy płacz, na uczucia, które rozdzierały jej serce na pół.
Niebianka już nie chciała być wolna.
Awatar użytkownika
Nevaeh
Szukający drogi
Posty: 48
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Bard , Służący
Kontakt:

Post autor: Nevaeh »

         Niewola niewoli nierówna.
         Chociaż nie ulegało wątpliwości, iż każda była zła i każdej należało za wszelką cenę unikać, to jednak każda była również niepowtarzalna. Wszystko zależało od ludzi. Oprawców i towarzyszów niedoli. Sytuacja, w której znalazły się Nevaeh i Aureola, w niczym nie przypominała doświadczeń bardki z artystyczną pseudotrupą Raghnalla. Może gdyby ta grupa bardziej przypominała tę z przeszłości, może gdyby ci ludzie byli skłonni do odczuwania choćby odrobiny empatii - być może wtedy, otrzymawszy jakiekolwiek emocjonalne wsparcie, Nev zdołałaby szybciej dojść do siebie. Może gdyby… Tymczasem, pozostawiona samej sobie, śpiewaczka za jedyne towarzystwo miała wyrzuty sumienia, które nieustannie szeptały przepełnione najmroczniejszą nienawiścią słowa; czasami, głównie nocą, szept ten przechodził w krzyk, odbijający się echem przez cały następny poranek. Yesah… Bardka przestała rozmawiać z siostrą. Na jakimś głębszym poziomie jej podświadomość uznała, że jest niegodna rozmowy. Ani z Yesah, ani z kimkolwiek innym.
         Odizolowała się więc od otoczenia, w biernej egzystencji, dręczona przez własny umysł. Na pierwszy rzut oka - i drugi, i trzeci - wydawać by się mogło, iż kobieta, zatraciwszy się w otchłani beznadziei, nie interesowała się absolutnie niczym.
         Ale nie było to do końca prawdą.
         Kiedy w zasięgu jej wzroku pojawiały się jasne włosy młodej niebianki, Nev wodziła za nią spojrzeniem, upewniając się, że dziewczynie nie działa się krzywda. Nawet jeśli takie stwierdzenie na temat wziętej w niewolę sieroty stanowiło bardziej ironię, niż cokolwiek innego. Ważne, by Aureola miała co jeść i nikt się nad nią nie znęcał. To oczywiście było niczym w porównaniu do luksusów, jakie straciła przez lutnistkę, ale tu leżała granica możliwości Nev. Tylko tyle była w stanie zrobić. I aż tyle.

         Jej nagły bunt w Fargoth okazał się daleko skuteczniejszy niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Bynajmniej nie dlatego, że żarliwa postawa bardki poruszyła kamienne serca handlarzy i wzbudziła w nich litość - wprost przeciwnie. W przeszłości zdarzały się podobne akty desperacji, jednak wobec niewolników, którzy się ich dopuścili, nie było ulgowego traktowania. Wszyscy, bez wyjątku, trafili do piachu, aż z czasem marzący tylko o przetrwaniu kolejnego dnia nieszczęśnicy zaniechali sprzeciwu. Nev o tym nie wiedziała, a nawet gdyby była świadoma konsekwencji, jakie niosło takie zachowanie, i tak postąpiłaby tak samo. Jej własne życie nie miało dla niej w obecnej chwili żadnej wartości, więc równie dobrze mogła opłacić nim cenę bezpieczeństwa panienki.
         Najzwyczajniej w świecie: nikt się nie spodziewał otwartego buntu, a już na pewno nie ze strony półżywej niemowy, która do tej pory równie dobrze mogła być ożywionym przez nekromancję truchłem, pozbawionym własnej woli. Zarówno na twarzach handlarzy, jak i licytujących, pojawiła się konsternacja, niewolnicy zaś zastygli w przerażeniu pomieszanym z pełnym napięcia oczekiwaniem. Trwało to może kilka sekund, zanim stojący najbliżej Ulkor zrobił krok w stronę Nevaeh, z wyraźnym zamiarem brutalnego oddzielenia jej od niebianki i pokazania bardce, gdzie jej miejsce. Widząc to, Nev przycisnęła Aure mocniej do siebie, a jej “nie pozwolę!” przeszło w krzykliwy słowotok, pełen bólu, lęku i determinacji. Niewolnicy zaczęli szeptać między sobą, między nimi zapanowało poruszenie. Jak ciche grzmoty zwiastujące burzę w samym środku upalnego dnia.
         - Panujcie nad swoim bydłem! - sapnął obrzydliwy jegomość, zwycięzca licytacji. Jego twarz poczerwieniała jeszcze bardziej pod wpływem gwałtownych emocji. Przeczuwając eskalację spięcia i spowodowane nią straty, handlarze próbowali stłumić problem w zarodku. Uspokoić “bydło” zanim sabotuje sprzedaż. Ulkor wyjął zza pasa bat i trzasnął nim w powietrzu.
         I to był błąd, który słono kosztował.
         Zamiast bowiem się uspokoić, niewolnicy wpadli w popłoch. Część kręciła się w miejscu nerwowo, część zaczęła się przepychać, chcąc znaleźć się poza zasięgiem straszliwego bata, którego ślady znaczyły wiele ciał. Nadzorcy podjęli marne próby opanowania sytuacji, ale kiedy do zabawy przyłączyli się jacyś uliczni chuligani, piorąc po mordach kogo popadnie, nie było już możliwości zatrzymać rozprzestrzeniającego się chaosu. Kupcy próbowali uciekać, niewolnicy próbowali uciekać, uliczne łotry nie próbowały uciekać; zamiast tego szerzyły rozpierduchę. Tu już nie chodziło o przywrócenie porządku, to była kwestia życia i śmierci. A słońce świeciło nad miastem, przyglądając się temu wszystkiemu w radosnej obojętności.
         Nevaeh z kolei na jakiś czas straciła świadomość tego, co działo się wokół. Bliska omdlenia, została podtrzymana przez kogoś, jakiegoś mężczyznę chyba, ktoś inny rozciął krępujące jej ręce więzy. Walcząc z ogarniającą ją niemocą, marzyła tylko, by móc się jej poddać; ciężar własnego ciała był zbyt przytłaczający. Chwilowo jednak bardka nie mogła sobie pozwolić na utratę przytomności. Wystarczyło jej idealnie tyle sił, by dać się poprowadzić przed siebie. Znowu. Nie pamiętała trasy, jaką przebyli, często też jej wzrok rozmazywał się i ciemniał; kobieta miała wrażenie, że zasnęła i kontrolę nad jej ciałem przejął ktoś inny. Mężczyzna, który uchronił ją przed osunięciem się na ziemię, podtrzymywał ją w biegu, ilekroć była bliska przewrócenia się. To była droga przez mękę. Zdawała się dłużyć w nieskończoność. W końcu jednak dotarli do miejsca najwyraźniej będącego celem tego kogoś, kto ich uwolnił i wyprowadził z placu. Nev nie protestowała. Nawet gdyby chciała, nie miała na to siły. Poprowadzona przez Aureolę, usiadła posłusznie w kącie, osunęła się na podłogę, kładąc się na boku, tak aby przypadkiem nie dotknąć plecami podłogi, i nakryła kocem aż po koniuszek nosa. Tylko jej oczy wystawały ponad krawędź materiału, obserwujące nieprzytomnie panujący wokół ruch. Nie zjadła nic. Nie mogłaby w tym stanie niczego przełknąć; sam zapach strawy przyprawiał ją o mdłości.
         Ktoś przeciskał się obok, chcąc ulokować się jeszcze dalej, za dziewczynami. Trącił Nevaeh w łopatkę. Bardka jęknęła cicho i skuliła się jeszcze bardziej, szczelnie otulając się kocem. Bolała ją głowa. Bolało ją wszystko. Bolała ją cała egzystencja.
         A najbardziej zabolało pytanie Aure.
         Stłumiła wzbierający w piersi szloch. Nie miała prawa przy niej płakać. “Przyszli po mnie”, chciała jej powiedzieć, choć nie tłumaczyłoby to niczego. “Przyszli po mnie, bo sama nie potrafiłam odejść, kiedy było trzeba. Przyszli, bo jestem pieprzoną egoistką, której się wydawało, że zasługuje na więcej niż może mieć.” Ale zamiast tego, powiedziała tylko:
         - Przepraszam - i zamknęła oczy.
         Nie dostrzegła więc mężczyzny, który wszedł do piwnicy, ani reakcji niebianki na jego widok. Zamierzała wsłuchać się w pulsujące ciepło wewnątrz własnego ciała i wrócić myślami do ciemnej otchłani, lecz wtem usłyszała dźwięk, który zawrócił ją z kursu donikąd. Głos, który przywołał jej świadomość, jak latarnia morska wskazując drogę dziurawej szalupie. Znała ten głos, choć nie spodziewała się, że jeszcze kiedyś go usłyszy. Początkowo uznała to za wytwór wyobraźni, zwykły omam słuchowy powstały w owładniętym gorączką umyśle. Intuicja muzyka podpowiadała coś zupełnie innego. Nev poczuła się nagle potwornie rozdarta między wstydem i pragnieniem schowania się poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku, a potrzebą poznania prawdy. Czy to możliwe, że właśnie tutaj, w tej piwnicy, znajdował się teraz Rianell Pestelli…?
         Lutnistka podniosła się z posłania, wiedziona impulsem, któremu nie potrafiła się przeciwstawić, choć część jej umysłu walczyła zaciekle; przegrywała ona, równie powoli co nieubłaganie. Idąc za źródłem dźwięku, Nev na chwilę zapomniała o wszystkich bólach, jakie jej doskwierały. Krok za krokiem, zbliżała się w stronę drzwi, a byli niewolnicy odsuwali się na jej widok, jak gdyby zobaczyli szaleńca. Trudno było im się dziwić, bowiem z tragicznym wręcz stanem splątania włosów, z błyszczącymi chorobliwie zapadniętymi oczami, z chwiejnym krokiem, wyglądała wypisz wymaluj jak obłąkana. Nie docierało to do niej na żadnym świadomym poziomie, ale samoistne zniknięcie przeszkód z jej drogi było bardce na rękę. Gdyby na kogoś wpadła albo o coś się potknęła, całkiem możliwe, że zostałaby wyrwana z tego dziwnego transu i zagubiła się w tłumie bezimiennych twarzy i obcych głosów. Jej umysł szukał tego jednego.
         I w końcu znalazł. Stanęli naprzeciw siebie, w tej zatłoczonej piwnicy. Nawet wtedy wydawał się nierealny, niczym fatamorgana. To wszystko było tak nierzeczywiste… Po prostu musiała się upewnić, że półelf o naznaczonej tatuażami twarzy rzeczywiście stał przed nią. To była jedna chwila, zamykająca pętlą wszystko od początku. Dłoń Nev na rękawie koszuli Rianella. Zacisnęła się na nim, chłonąc jak najbardziej realne wrażenie dotyku materiału. Poczucie błądzenia we śnie zniknęło, bardka była już pewna, że to działo się naprawdę.
         Świadomość uderzyła w nią gwałtownie, jak chluśnięcie wodą, przenikając od stóp do głów. Świadomość wszystkiego. Chłodu piwnicy, mnogości głosów, obecności dziesiątek osób wokół. Aureoli. Rianella. Po długim czasie błądzenia po umysłem po granicy niebytu, było to przytłaczające. Ręce Nevaeh zaczęły gwałtownie się trząść, by po chwili całe ciało bardki drżało, ona zaś czuła wzbierającą panikę, próbującą pozbawić ją oddechu.
         - Aaa… - jęknęła niewyraźnie, odruchowo robiąc krok do tyłu. Niemal na kogoś wpadła. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Zostać. Uciekać. Mówić. Oddychać. Rozpłakać się. Schować. Zemdleć.
         Serce obijało się o jej żebra, chaotycznie, niemal boleśnie, pompując krew z taką siłą, że Nev miała wrażenie, iż za chwilę ciśnienie rozsadzi jej tętnice. W głowie aż huczało. Tyle uczuć. Tyle myśli. Za dużo. Za głośno. Równie mocno pragnęła być zostawiona w spokoju, jak i złapać się kogoś i wykrzyczeć mu rozpaczliwą prośbę o pomoc, od dawna skrzętnie topioną w morzu poczucia winy.
Awatar użytkownika
Rianell
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Gdy zaczynała się akcja to adrenalina przejmowała panowanie nad Rianellem. Nie analizował tego co robi, nie próbował planować - ciało działało za niego. Ciosy, ucieczka, kiwanie pościgu w wąskich uliczkach, to wszystko działo się jakby obok niego. Dopiero w kryjówce mgła spowijająca jego umysł rozwiewała się, a on mógł sobie przypomnieć co się działo i wyciągnąć wnioski na przyszłość. To miało swoje plusy - nie analizował zanadto, nie dawał się rozproszyć. Gdyby podczas tej akcji bardziej świadomie się rozglądał, słuchał… Może nie skończyłoby się tak dobrze. Nikogo z jego gangu nie złapano, udało im się oswobodzić wiele osób, nie czyniąc przy tym szkód, które mogłyby ściągnąć im na głowę jeszcze większe kłopoty. Nikogo nie zabili. Ale gdyby Pestelli od początku był świadomy kto jest w tym tłumie… Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. Wtedy nie byłby w stanie panować nad emocjami i na pewno zrobiłby coś głupiego. Może za bardzo by szarżował, a może wręcz przeciwnie, byłby zbyt zachowawczy. Nieświadomość jest czasami błogosławieństwem.

        Krew na jego koszuli nie była jego i nawet nie pochodziła z jakiejś poważnej rany - rozwalił komuś gębę i tyle, czasami z rozbitego nosa jest tyle krwi co z zarzynanego świniaka. Drobiazg.
        - Wszyscy dotarli, wszyscy są cali? - zainteresował się raczej, przytrzymując przy sobie jednego z pozostałych gangsterów, by na pewno uzyskać odpowiedź.
        - Czekaliśmy tylko na was, jest komplet - przytaknął tamten. Był młodszy od Rianella nie tylko w metrykach, ale również z wyglądu i mentalnie, ledwie przekroczył dwudziesty rok życia. Równie krzepki co ten bękart, ale wyższy, o blond włosach i niebieskich oczach - wiele kobiet ulegało jego urokowi.
        - Policzyliście już ile osób udało się uwolnić? - upewnił się Rianell, ocierając mankietem spocone czoło.
        - Tu mamy osiemnaście osób, nie wiem jak u Sully…
        /t]Pochłonięty rozmową i ustaleniami Rianell nie zwrócił uwagi na to, że ktoś się do niego zbliża. W piwnicy panował wieczny ruch, ludzie się przemieszczali by z kimś porozmawiać, poczęstować się jedzeniem, w końcu by znaleźć sobie spokojny kąt do odpoczynku. Wiele osób zaczynało rozmawiać, pytać, komuś puściły nerwy i płakał w kącie, pocieszany przez innego zbiegłego niewolnika. Rianell czuł się w tym rozgardiaszu mimo wszystko bezpiecznie i opuścił gardę, bo jedyne miejsce, z którego spodziewałby się ataku, było za jego plecami - wejście od ulicy. Tu nikt się na niego nie rzuci. Dlatego też ktoś obcy dał radę podejść tak blisko, by go dotknąć. Rianell podniósł wzrok na tę osobę i zamarł. Nevaeh. Poczuł, jakby nagle dostał obuchem w głowę - świat wokół przestał istnieć. Był tylko on, ona i wspomnienie ich pierwszego spotkania, które w jego pamięci zdawało się być całe wieki temu. Tyle się zdarzyło… A ona wróciła do jego życia jak gwałtowna fala przypływu, topiąc go we wspomnieniach i emocjach, których dawno nie czuł. Żal, który do tej pory jątrzył jego serce, niespodziewanie przybrał na sile, choć jednocześnie nieśmiały głosik podpowiadał, że właśnie dostał drugą szansę. Zacząć wszystko od początku… Gdy się spotkali, ona również była wystraszoną niewolnicą, która trafiła pod jego opiekę. Złapał go wtedy za rękaw tak jak teraz. Tylko teraz była bardziej wystraszona. Wyraz jej oczu był tak przejmujący, że Rianell chciał porwać ją w ramiona i zabrać stąd, dać jej nowe, inne życie, by o tym zapomniała. By już nigdy nie była zmuszona do noszenie obroży, uginania przed kimś karku, do nocy pełnych strachu i upokorzenia… Lecz czy nadal mógł sobie rościć prawo do bycia jej bohaterem? Jego czas minął, gdy przez głupie nieporozumienie uniósł się honorem i ją odrzucił.
        Złotowłosy rozmówca Rianella objął delikatnie ramiona Nevaeh, bo dziewczyna była blada jak prześcieradło i sprawiała wrażenie, że zaraz zemdleje. Spojrzał na nią z troską i spróbował pokrzepić ją szczerym uśmiechem. Jednocześnie Rianell ujął ją za dłonie.
        - Nevaeh - wypowiedział jej imię z przejęciem. - Skąd ty tu… Och, Nevaeh - westchnął, obejmując ją ramieniem i tym samym strącając z niej dłonie drugiego gangstera.
        - Chodź na bok - poprosił ją. Ktoś ciekawski zapytał co się dzieje i czy oni się znają, ale Rianell już nie słuchał, skupił się tylko na bardce.
        - Nev, skąd się tu wzięłaś? - dopytywał. - Byłem w Efne kilka tygodni temu, widziałem co się tam stało, powiedziano mi… - zamilkł, bo aż go za gardło ścisnęło na wspomnienie tego co usłyszał. Odetchnął i uśmiechnął się do niej ciepło. - Tak się cieszę, że jednak nie wszystko było prawdą. Jesteś tu sama? Ktoś z posiadłości był z tobą w tym transporcie? - upewnił się ciszej, jakby nie chciał, by ktokolwiek poza nimi słyszał tę rozmowę.
Awatar użytkownika
Aureola
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Arystokrata , Artysta , Bard
Kontakt:

Post autor: Aureola »

        Przepraszam.
        To jedno słowo, które wywołało w Aureoli falę przytłaczających emocji, których młoda arystokratka do tej pory nie znała. To jedno słowo wzbudziło jej smutek, niedosyt, gniew, zagubienie, zmieszanie. To jedno słowo opowiedziało jej więcej, niż chciała wiedzieć, jednocześnie pozostawiając ogromne luki, które w umyśle niebianki błagały o uzupełnienie.
Tylko jedno słowo. Historii wiele.
        Błogosławiona wpierw wpatrywała się w przestrzeń. Nie mogła spojrzeć na Nev ze strachu, że sama pęknie. A młode serce nastolatki nie zniosłoby więcej boleści. Zdawać by się mogło, że wszystkie emocje Aureoli zniknęły, przerażone własnym ciężarem. Głowa dziewczynki nagle stała się lekka, gdy oczy zaszły delikatną mgłą - tworząc z nich zamknięte zwierciadło, które nie dopuszcza nawet światła. Ciemność zawładnęła umysłem jasnowłosej tak bardzo, że po ujrzeniu jakiegokolwiek fragmentu przeszłości - w tym wypadku Rianella - z Aureoli uszło już całe życie. Z pozycji siedzącej ułożyła głowę na zimnej ziemi, okrywając się cała kocem. Mrok otulił ją i dzięki temu dziewczyna zrozumiała, jak bardzo jest zmęczona. Myśli jednak nie pozwoliły jej zasnąć, skłaniając do coraz bardziej głupich pomysłów.

        ”Powinnam uciec”, mówiła sobie. Ucieczka wydawałaby się jej jedną z sensowniejszych opcji w tej chwili: a jednocześnie jedną z najgłupszych. Po ostatniej próbie Aureola wylądowała w niewoli, niezdolna do samodzielnej obrony. Przy spieprzaniu sprzed ołtarza w posiadłości Mandeville, wykrakała sobie wyzwoleńców i przez to straciła rodziców. Błogosławiona nie była w stanie się teraz już ruszyć, sparaliżowana perspektywą kolejnej katastrofy. A co jeśli zdradzi pozycję pozostałych niewolników i znowu pojawią się okropni łowcy? Albo ci sami wyzwoleńcy? Co, jeżeli odkryli, że państwo Mandeville mieli jeszcze córkę i zechcą ją odnaleźć?
Umrze.
Dokładnie tak jak Mona. Aurore. Ojciec.
        Niebiance odebrało dech. Zamknęła oczy i zacisnęła pięść na okrywającym ją kocu. Było jej zimno. Bolało ją wszystko, ale w swojej podświadomości ciągle tłumaczyła sobie, że na to zasłużyła. Za śmierć całej swej rodziny ona musi cierpieć.
Musi pokutować.
        ”Przepraszam…
Awatar użytkownika
Nevaeh
Szukający drogi
Posty: 48
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Bard , Służący
Kontakt:

Post autor: Nevaeh »

         Ile jeszcze razy historia miała zatoczyć koło?
         To pytanie odbijało się echem w umyśle bardki, zagłuszając wszystkie głosy, które weń krzyczały. Kolejna głupia decyzja. Kolejna niewola. Kolejne światło nadziei, w którego centrum znów pojawił się Pestelli. Wszystko się powtarzało, sekwencja bolesnych wydarzeń, które kobieta musiała raz po raz przeżywać na nowo, niczym karę za grzechy z poprzedniego życia. Jednocześnie też wszystko było inaczej. Poprzednim razem jedynym grzechem Nevaeh była jej naiwność. Dała się wziąć w niewolę przez brak doświadczenia i niewystarczającą ostrożność; ucierpiała na tym tylko ona. Teraz dźwigała na barkach ciężar odpowiedzialności za innych. Za ich śmierć. Ona przeżyła, jakimś trafem przeżyła, o czym poczucie winy ocalałego nie pozwalało jej zapomnieć. Los postawił Nev przed drugą szansą - ale czy na nią zasługiwała…?
         Lepiej było nie zadawać tego pytania samej zainteresowanej. Odpowiedź na nie najpewniej nie byłaby pozytywna. Głos opętanej wyrzutami sumienia świadomości wprost powtarzał, że Nev nie zasługiwała już na nic dobrego od życia, z drugiej strony jednak wciąż obecna w niej była druga strona jaźni, nieśmiało wierząca w to, iż nigdy nie jest za późno, by naprawić to, co się zepsuło i dać sobie szansę na odnalezienie szczęścia. Spotkanie z półelfem, fizyczny kontakt, jaki się między nimi zawiązał, rozzuchwalił ów głos, popychając go do coraz to donośniejszych protestów - i aktualnie w głowie bardki obie strony usiłowały wzajemnie się przekrzyczeć, nie pozostawiając zbyt wiele pola na racjonalne myśli. Imię Nevaeh, wypowiedziane przez Rianella wdarło się w sam środek tego chaosu, jednak niewiele mógł zdziałać rycerz, nawet na najbielszym rumaku, w obliczu dwóch wrogich armii będących w samym środku zaciekłego boju.
         Zadziałał dopiero ból. Pochłonięta przez własne myśli Nev zdawała się nie dostrzegać okazujących jej troskę dwóch mężczyzn, kiedy jednak ręka Rianella znalazła się zbyt blisko wciąż niezagojonej rany na plecach i poruszyłą przylegającą doń tkaniną sukienki, lutnistka została ponownie przywołana do rzeczywistości. Z jej ust wyrwał się bolesny jęk, dłonie zaś zacisnęły się na pierwszej rzeczy, którą zdołały uchwycić. Ponownie była to ta sama koszula, z tą różnicą, iż tym razem Nev nie złapała rękawa, a materiał okrywający pierś niegdysiejszego zarządcy.
         Zamrugała oczami, w których zebrały się łzy. Nie zdołała znaleźć słów, by odpowiedzieć. Wodziła wzrokiem, przenosząc go to na Rianella, to na jego niebieskookiego towarzysza. Na krótką chwilę Nev dała się schwytać jego spojrzeniu, pełnemu zaciekawionego zmartwienia, zaraz potem jednak znany głos z powrotem ściągnął jej rozbieganą chaotycznie uwagę. Skinęła głową i posłusznie dała się zaprowadzić w nieco ustronniejsze miejsce. Na tym etapie nie protestowała już wobec niczego. Słuchała tego, co mówił do niej Pestelli - słyszała to aż nazbyt wyraźnie - i wiedziała, że są to pytania, w dodatku takie, na które musiała odpowiedzieć. Nie mogła, nie potrafiła… ale musiała. Była mu to winna, choć raz szczerość, po tym wszystkim, co wydarzyło się między nimi. Po wszystkich niedopowiedzeniach, których nie miała szansy sprostować.
         Uciekała wzrokiem. Nie mogła znieść kryjącej się w jego spojrzeniu troski - nie zasługiwała na nią - a zarazem bała się myśli, że mogłaby zobaczyć tam… Co właściwie? Żal? Potępienie? Nienawiść? Może wszystko naraz - a może żadnej z tych rzeczy…? Nadzieja nierozerwalnie wiązała się ze strachem, zaś ten obecnie trzymał ster kierujący działaniami bardki - i nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Nev walczyła z nim z całych sił i w końcu udało jej się odnieść małe zwycięstwo: spojrzała na Rianella.
         I zamarła.
         Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, co zobaczyła. Ten uśmiech… Nevaeh poczuła zalewającą ją falę ciepła i ulgi. On się uśmiechał. Do niej, do winowajczyni, do sprawczyni tego całego zajścia… No tak. On jeszcze nie wiedział. Kiedy się dowie - a dowie się, musi się dowiedzieć - ten uśmiech stanie się tylko wspomnieniem. Ciepła fala cofnęła się, pozostawiając po sobie chłód i przeraźliwą pustkę. Strach wrócił do natarcia - i triumfował. Śpiewaczka pragnęła uchwycić się okazywanego pokrzepienia, chciała wyciągnąć po nie rękę i dać się przygarnąć. Uciec na chwilę od wszystkiego, co ją dręczyło: od strachu, od żalu, od poczucia winy. A równocześnie miała wręcz bolesną świadomość, że ucieczka od tego nie istniała.
         Złamał ją. Tym uśmiechem. Myślała, że mur apatii, jaki wzniosła, wystarczył, by raz na zawsze odgrodzić się od pragnień, które motywowałyby ją do działania. Do życia. Tymczasem one jedynie czekały pod bramą, gotowe ją sforsować, gdy tylko dostaną sygnał. Ów sygnał właśnie nadszedł i mnogość uczuć wdarła się do umysłu Nevaeh. Bardka próbowała to powstrzymać, ale na to było za późno. Najpierw zaczęła drżeć, później z jej oczu pociekły łzy. Jedna za drugą, cały strumień łez. Miała ochotę krzyczeć, bez słów, w niezrozumiałym zawodzeniu wyrzucić z siebie wszystko, co świadomie i nieświadomie tłumiła. Zakryła usta dłonią. Nie mogła sobie na to pozwolić.
         Nie tutaj. Nie teraz.
         Kiedy upewniła się, że żaden nieproszony dźwięk nie opuści jej ust, Nev cofnęła dłoń i objęła się rękami. Znów uciekła wzrokiem. I tym razem nie zamierzała już z tym walczyć. Nie była gotowa zobaczyć kolejnej reakcji Rianella.
         - Oni… Oni nie żyją. - “Państwo Mandeville”, chciała dodać, ale słowa odmawiały współpracy. Po raz pierwszy od dnia, w którym Ostrze Wolności najechało na dwór, artystka naprawdę przemówiła. Jej własny głos brzmiał dla niej obco. Drżał. Załamywał się. - Iorwen… To moja wina. Powinnam była… Powinnam była odejść. Ty wiedziałeś… Odszedłeś… Miałeś dobre przeczucie, żeby odejść… Przetrwałeś. Oni… oni nie żyją. Ja… zniszczyłam wszystko. Przebacz mi. Przebacz mi, Aure… - Na dźwięk tego imienia, które padło z jej własnych ust, Nev szerzej otworzyła oczy. - Panienka Aure…! Ona… Jest tutaj. Jest tu…
         Złapała mężczyznę za nadgarstek i pociągnęła go za sobą, lawirując między zbiegłymi niewolnikami. Musiała się dobrze rozglądać, jako że drogę do Rianella pokonała w jakimś dziwnym transie i bynajmniej tego nie pamiętała. W końcu jednak wypatrzyła niewielkie zawiniątko; drobną sylwetkę leżącą na ziemi pod kocem. Nev zatrzymała się przy niej bez słowa i postąpiła krok do tyłu, pozwalając półelfowi przejąć dalszą inicjatywę. Ona sama zaczynała tracić siły. Widok stojącego nad Aureolą byłego zaufanego zarządcy jej ojca natchnął bardkę niespodziewaną ulgą. Wszystko zniszczyła, ale to jedno jej się udało - zdołała zaprowadzić niebiankę w bezpieczne miejsce. Nie zwalniało jej to z odpowiedzialności, ale na chwilę mogła przestać się martwić. Na chwilę… mogła powierzyć bezpieczeństwo dziewczynki komuś, kto jej nie skrzywdzi. Świadomość ta sprawiła, że Nev odpuściła na chwilę utrzymywanie nieustannej czujności i pozwoliła myślom uciec w od dawna wyczekiwany niebyt, który powitał ją rozpaloną mgłą gorączki. Napięte mięśnie śpiewaczki rozluźniły się. Aż za bardzo.
         Odpuściwszy dalszą walkę, Nevaeh straciła przytomność i runęła jak długa, prosto w ramiona złotowłosego chłopca, który znów pojawił się niewiadomo skąd. I po co.
Awatar użytkownika
Rianell
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Pestelli zdał sobie sprawę, że to jakiś jego nieprzemyślany gest sprawił Nevaeh ból - posłał jej przepraszające spojrzenie, cofnął ręce, a później każdy jego dotyk był znacznie ostrożniejszy i delikatniejszy. Nie chciał jej skrzywdzić nawet takim drobiazgiem, ona przecież już dość w życiu przeszła. To musiało się w końcu skończyć i on chciał, by stało się to za jego sprawą.
        Dawał jej czas, by zebrała myśli, cierpliwie czekał aż przełamie się by mówić - bo był pewny, że przemówi, jakoś widział to w jej oczach, zachowaniu. Powiedział do niej cicho “spokojnie”, by nie czuła presji, a gdy już odpowiedziała słabym, lekko ochrypłym od długiego nieużywania głosem, miała całą jego uwagę i wsparcie. Musiał się starać, by zrozumieć co ona chce mu przekazać i szczerze powiedziawszy było mu łatwiej tylko dzięki temu, że już coś na temat tragedii w posiadłości Mandeville’ów słyszał, gdy był na miejscu. Teraz po prostu weryfikował, uzupełniał białe plamy, składał tamte historie w całość dzięki tym pojedynczym słowom. Bolało go serce, gdy na nowo przeżywał utratę bliskich sobie osób, ale nie dał się ponieść żałobie - musiał być twardy dla Nevaeh, by być dla niej wsparciem.
        Pomyślał chwilę o Iorven. O Monie. O pańsku Mandeville. O wszystkich osobach, które znał, a które mogły tam zginąć… Ta świadomość bolała, ale Pestelli trzymał się tej myśli, że co najmniej dwie osoby przeżyły - dwie najważniejsze dla niego osoby. Gdy usłyszał, że panienka Aureola również była w tej piwnicy, oczy mu zabłyszczały, jakby mowa była o jego siostrze czy wręcz córce. Bardzo zżył się z dziewczyną, znał ją w końcu od niemowlaka. Pomyślał, że jednak bogowie nie są tacy okrutni, skoro oszczędzili to młode życie…
        - Zaprowadź mnie do niej - poprosił Nevaeh, ale tak naprawdę nie musiał tego mówić, bo bardka już ciągnęła go w głąb pomieszczenia, lawirując między grupkami uwolnionych niewolników i zajmującymi się nimi członkami gangu. Rianell starał się wypatrzyć cel ich krótkiej wędrówki, ale nigdzie nie widział Aure. Dopiero, gdy stanęli przy czymś, co wyglądało jak zwykła sterta nieużywanych kocy zrozumiał, że dziewczyna się pod nimi chowała. Pestelli wyprzedził Nevaeh i przypadł do schowanej przed światem niebianki. Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu i odsłonił jej twarz.
        - Auerolo - wezwał ją cicho, czule, jak opiekun przemawiający do dziecka. - Jestem tu, panienko. Jesteście już bezpieczne, zajmę się wami. Aureolo…
        Zapomniał się i mówił do niej jakby nadal była córką jego państwa, a nie zbiegłą niewolnicą. Nie zwrócił na to uwagi, zbyt przytłoczony emocjami, ulgą i żalem jednocześnie. Tak, cieszył się, że żyły, ale jednocześnie serce mu krwawiło na myśl o tych wszystkich nieszczęściach, które je spotkały i których były świadkami. Ostrożnie wyciągnął ręce do Aureoli, podniósł ją do siadu i objął, przygarniając jej głowę do swojego ramienia jak ojciec.
        - Już dobrze, Aureolo - szeptał do niej. - Jesteście bezpieczne.

        Złotowłosy młodzieniec nie znalazł się przy Nevaeh przypadkiem. Czuł, że kroi się tu coś grubego i kierowany ciekawością podążył za przywódcą ich grupki i tą piękną niewolnicą, którą najwyraźniej łączyła jakaś wspólna przeszłość z wytatuowanym bokserem. W sumie dobrze, że był taki ciekawski, bo gdyby nie było go w pobliżu, dziewczyna mogłaby sobie zrobić krzywdę, gdy bez ostrzeżenia zemdlała. On jednak ją asekurował, najpierw złapał ją gdy się osunęła, a później pomógł jej się położyć na posłaniu obok miejsca, gdzie Rianell pocieszał jakąś nastoletnią dziewczynę. Spojrzenia mężczyzn się spotkały, a w oczach półelfa widać było pytanie.
        - Pewnie emocje - orzekł blondy.
        - Zawołaj do niej Raja, by ją obejrzał - poprosił Pestelli.
        - Może lepiej ją do niego zabiorę? Będzie szybciej.
        Rianell sapnął, namyślając się. Nie chciał tracić Nevaeh z oczu, chciał pilnować jej i Aureoli jednocześnie, ale cholera, nie rozdwoi się. I jednocześnie wiedział, że on ma rację…
        - Zajmij się nią, proszę - skapitulował w końcu. Blondyn kiwnął głową, po czym wziął Nevaeh na ręce i zaniósł gdzieś w inny kąt piwnicy, a Rianell został sam z Aureolą.
        - Mani zaprowadzi ją do lekarza, by ją zobaczył - wyjaśnił niebiance, by się w razie czego nie martwiła. - Aureolo, tak mi przykro. Wiem, że to co powiem nie zmieni tego co zaszło, ale zajmę się wami. Tobą i Nevaeh. Przy mnie będziecie bezpieczne, już nic złego was nie spotka - obiecał jej, a kto znał Rianella ten wiedział, że on zawsze dotrzymuje obietnic i choćby miał przy tym paść, nie złamie danego słowa.

        Nevaeh mogła ocknąć się albo na rękach blondyna, albo gdzieś w odległym kącie piwnicy, gdzie pochylał się nad nią szpakowaty mężczyzna o trudnym do określenia wieku - mógł mieć zarówno czterdzieści, jak i sześćdziesiąt lat. Jedno można było stwierdzić, że na pewno był dojrzały. Nieważne w jakich okolicznościach otworzyła oczy, towarzysz Rianella zaraz rzucił się, by ją uspokajać.
        - Nie martw się, nic ci się nie dzieje - zapewnił ją. - Tylko straciłaś na chwilę przytomność. Pestka i twoja przyjaciółka są tam, na końcu piwnicy, przyszliśmy tu tylko, by lekarz sprawdził, czy wszystko z tobą w porządku. Jesteś z nami bezpieczna - oświadczył, posyłając jej miły, czarujący uśmiech.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Drivii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości