MeotCo trzy głowy, to nie dwie - a jedna gdzie?

Królewskie miasto, nad którym piecze sprawuje król Terezjusz, a jego siedzibą jest ogromny w swych rozmiarach pałac budowany przez wieki, który rozrasta się nawet dzisiaj. Kiedyś był to po prostu szeroki, płaski budynek o dwóch piętrach i smutnych, szarych ścianach. Postanowiono jednak dobudować wieże z wąskimi oknami, a pałac otoczyć pnącą roślinnością. Tak więc dzisiaj Pałac Królewski Meot nie straszy już szarością. Dzięki posadzeniu przy murach winorośli, bluszczy i innych pnących rośli budynek wygląda zupełnie inaczej. Zwłaszcza, kiedy winobluszcze zmieniają kolor liści, czy kiedy kwitną oplatające okna powoje.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Dinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Górski Elf
Profesje: Kupiec , Najemnik , Szpieg
Kontakt:

Co trzy głowy, to nie dwie - a jedna gdzie?

Post autor: Dinka »

         Heff Lepocci lubił swoją pracę.
         Jako miejski strażnik na wieloletniej służbie cieszył się stosunkowo wysokim szacunkiem w swojej dzielnicy. Znał większość jej mieszkańców, a oni znali jego. Wiedział, jak lawirować zarówno wśród wąskich uliczek, jak i w zawiłościach międzyludzkich koneksji. Zdążył się też nauczyć wielu niepisanych zasad, jakie tu panowały, niekiedy stanowiąc ważniejsze wytyczne od litery powszechnego prawa. A teraz dostał za zadanie podzielić się tą wiedzą z młodszym kolegą, Gregorem, który został przypisany pod jego pieczę. Nie miał nic przeciwko temu. Przyda mu się pomocnik, w końcu piąta dekada na karku coraz częściej dawała się Heffowi we znaki i wyszkolenie następcy wydawało się rozsądnym posunięciem.
         Wędrowali więc rozmaitymi zaułkami, a szare mundury paradoksalnie wyróżniały ich w wielobarwnym tłumie; zwłaszcza nowiutki uniform Gregora rzucał się w oczy swoją nieskazitelną czystością, podkreślając odrębność młodego mężczyzny od miasta. Ono jeszcze go nie zaakceptowało. Czy tak się stanie - czas pokaże. Nie można było jednak odmówić Gregorowi zaangażowania, co Heff dostrzegł niemal od razu. Z jednej strony to dobrze, mógł zrzucić trochę obowiązków na młodszego wiekiem i stażem druha. Z drugiej jednak…
         - Spisałeś się, młody. Na dziś to tyle.
         Gregor poczuł na plecach zamaszyste klepnięcie mentora. Wyprostował się, jakby mu kregosłup przetrąciło, i nerwowo zerknął na listę zadań, jakich obaj mieli tego dnia dopilnować.
         - Została jeszcze jedna sprawa…
         - Hm? A, to. - Heff potarł dłonią brodę w wyrazie nagłego zakłopotania. Nie wiedział, jak odpowiednio przekazać Gregorowi najważniejszą z lekcji. - Słuchaj… Tych spraw lepiej nie ruszać.
         - Ale… - kolejne nerwowe zerknięcie - To są poważne zarzuty. Jako egzekutorzy prawa mamy obowiązek się tym zająć. Zbadać sprawę i wymierzyć sprawiedliwość. Taka jest nasza rola, czyż nie?
         Starszy strażnik westchnął i pokręcił głową. Znał ten typ, jeszcze przepełniony ideałami, które wkrótce czekała bolesna konfrontacja z rzeczywistością. Na takich nie było innej rady, niż pozwolić im lekko się poparzyć, co by następnym razem nie pchali łap w ognisko. Heff uległ i gestem nakazał towarzyszowi iść przodem. Nie odzywał się przez całą drogę, aż dotarli pod wskazany w papierach adres. Dobrze znał to miejsce. Każdy zasiedziały mieszczanin je kojarzył. Dwupiętrowy budynek i znajdujący się weń kantor kupiecki. Weszli do środka, a pozłacany dzwonek wiszący nad drzwiami wszem i wobec oznajmił ich przybycie.
         Chociaż rzeczone “wszem i wobec” ograniczało się do siedzącej za masywnym hebanowym biurkiem elfki, która w skupieniu kreśliła słowo za słowem. Białe jak śnieg pióro, wiedzione jej dłonią, tańczyło po pergaminie, zostawiając za sobą atramentowy szlak. Kobieta nawet nie podniosła wzroku, mimo że musiała zauważyć wtargnięcie do jej posiadłości dwóch umundurowanych postaci. Pisała dalej, ignorując ostentacyjne chrząknięcia Gregora. Heff stał przy drzwiach, z bezpiecznej odległości obserwując przebieg wydarzeń. Na jego ustach błąkał się zabarwiony złośliwą satysfakcją uśmieszek.
         To będzie ciekawe.
         - Pani… Dinka Gwidêillíad? - odezwał się w końcu Gregor, uprzednio przełknąwszy ślinę. Nie spodziewał się takiego traktowania, co nieco zbiło go z tropu i zachwiało jego pewnością siebie.
         - Tak stoi w papierach, prawda? - Głos elfki był niski. I przesycony drwiną. Ruchem pióra wskazała stojącą na biurku tabliczkę z wyrytym nazwiskiem. Nadal nie raczyła spojrzeć na rozmówcę. - Wystarczy umieć czytać.
         Młody strażnik ponownie odchrząknął. Z tyłu dobiegło go parsknięcie Heffa.
         - Proszę wybaczyć. Mogę za to pani przeczytać oskarżenie, jakie wpłynęło na panią. Myślę, że mogłoby to panią zainteresować.
         Ręka elfki zastygła w pół ruchu.
         - Ho… Patrzcie go, jaki wyszczekany. - Kobieta odłożyła pióro na bok i oparła brodę na złączonych dłoniach, wbijając w Gregora spojrzenie, w którym nie było cienia zdenerwowania. Uśmiechała się. - Załóżmy, że udało ci się zdobyć moje zainteresowanie. Słucham.
         - Mamy podejrzenie, iż jest pani zamieszana w niedawną śmierć jednego z przyjezdnych szlachciców.
         - Doprawdy? Można konkretniej?
         - Chodzi o młodszego hrabiego DePartridge.
         - Ach tak… Rozumiem, że straż posiada solidne dowody na mój udział w tej… zbrodni?
         Gregor zmieszał się po raz pierwszy.
         - Nie, ale…
         - No dobrze, nie wymagajmy zbyt wiele. Poszlaki?
         Po raz drugi.
         - Też nie…
         - To może chociaż jakiś motyw uzasadniający podejrzenia? Naocznego świadka?
         I po raz trzeci.
         - Właściwie… Mamy tylko anonimową skargę. - Strażnik czuł, że poniósł druzgocącą porażkę. Zabrzmiał żałośnie nawet w swoim własnym odczuciu.
         - Podsumujmy to sobie. - Elfka tymczasem wydawała się całkowicie niewzruszona. - Nachodzicie mnie podczas pracy, w moim własnym domu, rzucając niczym niepoparte oskarżenia, co podchodzi pod zniesławienie. O czymś zapomniałam? Gregorze Bennt?
         Mężczyzna zbladł.
         - Ja…
         - Marnujecie mój cenny czas. - Właścicielka kantoru ponownie chwyciła za pióro, nie wykazując najmniejszych chęci do dalszej rozmowy, co Gregor odnotował z zaskakująco silną ulgą. - Nino, pokaż panom drzwi.
         Cień za jej plecami poruszył się i strażnicy dopiero teraz dostrzegli, że w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba. Do tej pory stała w kącie, nieruchomo, dopiero szelest materiału i skrzypienie podłogi odsłoniły jej obecność. Wysoka, szczupła, o ściętych na zapałkę włosach, ujawniających charakterystyczne okrągłe uszy. Panterołaczka bez słowa odprowadziła mężczyzn do wyjścia. Gregor mógłby przysiąc, że między materiałem jej ubrań błysnęło śmiercionośne żelazo. Opuścił budynek z poczuciem niepokoju. Rozumiał już, co Heff miał na myśli.
         - Widzisz, młody, tak to już w świecie jest - odezwał się Lepocci. - Jest prawo i są zasady. Prawo ładnie porządkuje papiery. A zasady wprowadzają ci, którzy mają nad tobą przewagę.

***

         Dinka westchnęła przez nos, kręcąc głową z politowaniem. Odsunęła nieznacznie fotel, na którym siedziała, i wyłożyła nogi na biurko. Sięgnęła po stojące nań naczynie z herbatą. Napar zdążył nieco wystygnąć, ale dla elfki nie miało to akurat większego znaczenia. I tak nie czuła zbytniej różnicy. Wzięła pojedynczy łyk, skupiając się na tych doznaniach, które docierały do niej niezakłócone. Liściasty posmak, intensywny zapach. To już trzecia herbata tego dnia. Poza niespodziewaną wizytą strażników, przebiegał on wyjątkowo spokojnie. Żadnych desperatek zdradzanych przez mężów. Żadnych rodowych mścicieli. Żadnych irytujących nastolatków szukających eliksirów miłosnych czy innych upiększających specyfików. Dinka spędziła większość popołudnia na sączeniu herbacianego naparu i przepisywaniu notatek z całego tygodnia. Szczerze lubiła tę czynność. Nie lubiła, gdy ktoś przeszkadzał w jej wypełnianiu. Stary, poczciwy Lepocci by tego nie zrobił, co do nowego… Trzeba utemperować gnojka, zanim się rozbestwi i pomyśli, że może sobie pozwalać na naruszanie od lat doskonale funkcjonującego statusu quo. Niedoczekanie.
         - Szefowa wie więcej, prawda? O tym zabójstwie - spytała panterołaczka, wróciwszy na swoje poprzednie miejsce.
         - Co ja ci mówiłam na temat pytań o szczegóły zleceń?
         - Przepraszam, wiem, że to poufne. Po prostu jestem ciekawa czy…
         - Oczywiście że tak - weszła jej w słowo elfka. - Naprawdę myślisz, że w tym mieście można kogoś zamordować tak, żebym się o tym nie dowiedziała?
         Dziewczyna nie musiała odpowiadać na to pytanie. Była najbliższą współpracowniczką Dinki, jej podwładną, prawą ręką i chłopcem na posyłki. Jej oczami, ustami i rękami w Meot. Doskonale znała od środka mechanizm, na jakim opierały się interesy szefowej, tak jak i znała oczekiwania elfki względem niej. Dlatego teraz czekała w gotowości na standardowe wieczorne polecenia.
         Skończywszy pić herbatę, Dinka sięgnęła po dwie leżące na biurku kartki, większą i mniejszą. Większa zawierała listę osób, z którymi Nina miała się skontaktować w imieniu elfki i pozyskać od nich pożądane informacje. Mniejsza zaś była podwójnie złożonym listem, zabezpieczonym pieczęcią odciśniętą w czarnym wosku. Obie trafiły w ręce panterołaczki.
         - List ma dostać Jane Reiter - poleciła jej Dinka. - Słyszałam, że kręci się po mieście, a tak się składa, że mam robotę, do której idealnie będzie się nadawała. Szczegóły przedstawię osobiście. To wszystko na dzisiaj, Nino - dodała. - Załatw to, o co proszę i bądź jutro rano o zwyczajowej porze.
         Dziewczyna skinęła głową i zarzuciwszy kaptur na głowę, wyszła na ulicę, by po chwili zniknąć między przechodniami. Dinka została sama. Przez pewien czas kontynuowała przepisywanie notatek, aż w końcu, zamknąwszy kantor na klucz, również opuściła budynek i skierowała się w stronę karczmy. Mijani ludzie z daleka schodzili jej z drogi. Niektórzy kiwali głową z szacunkiem, inni udawali, że jej nie widzą. Elfka nie dbała o to. Miała świadomość faktu, iż jej osoba budziła ambiwalentne uczucia mieszkańców miasta, ale to tylko działało na jej korzyść. A jeśli coś przynosi korzyści, to taki stan rzeczy nazywa się pożądanym i z reguły nie dąży się do tego, bo go zmieniać. I nawet jeśli co pewien czas jakiś nadgorliwy Gregor podejmie śmieszne kroki zachwiania równowagą sił, to mu się pokaże, gdzie jego miejsce. Podobnie jak autorom donosów, którym się wydaje, że są anonimowi i mogą bezkarnie występować przeciwko komuś takiemu jak Dinka.
         Elfka uniosła kącik ust.
         Niebawem przekonają się, w jak wielkim tkwią błędzie.
Awatar użytkownika
Jane
Szukający Snów
Posty: 161
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Skrytobójca , Zabójca , Szpieg
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/moderator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Jane »

        Jane uwielbiała swoją pracę.
        Dokładnie tak bardzo, jak strażnicy, którzy wielokrotnie próbowali ją zamordować. I czarodzieje. I zabójcy. I wszyscy diabli, cholera, lista jest zbyt długa. Krócej można było sporządzić takową z istotami przyjaznymi dla elfki.
Bo chyba tylko elfy jeszcze nie próbowały jej zabić. Fakt, Khal wydał na nią zlecenie - a później sam pojawił się, aby zakończyć ich wzajemne przekomarzanki - aczkolwiek gdy przyszło co do czego, ostatecznie pomógł kobiecie i wskazał drogę ucieczki. A Jane, która wierzyła w zemstę, ponownie trafiła do Meot. Swojego ulubionego miasta, w którym wszystko się zaczęło; pętające ją uczucie bycia obserwowaną wzmacniało się najbardziej tutaj. Nadal nie zostało rozwiązane, w jaki sposób zakończyła się gra, w której uczestniczyła wcześniej z Ferrenem. Magowie nadal mogli obserwować skrytobójczynię, a ona musiała poznać prawdę na temat tego miasta; dlaczego to właśnie ono zrzeszało grzeszników godnych wyłącznie wyplewienia niczym chwasty?
Łańcuszek odpowiedzi Jane układał się w ładny ciąg informatorów; pierwszym z nich był ulubiony strażnik Meot, człowiek bardziej rozumny niż trzy czwarte społeczności Alaranii, a jednocześnie najbiedniejszy mężczyzna w tym kraju.
        Tak, Heff Lepocci zapewne nie miał szczęścia ani do przyjaciół, a tym bardziej do kobiet. Każda bowiem, którą znał choćby z widzenia, parała się zajęciami niezbyt zgodnymi z przekonaniami poczciwego służbisty. Jak nie szefowa ulicznych rzezimieszków, to słynna wśród ludzi spod ciemnej gwiazdy skrytobójczyni. Jane nie kryła swojej twarzy w Meot, bowiem nie musiała. Poznawali ją tylko nieliczni wrogowie czy znajomi, a jednym z takowych był właśnie strażnik. Razem z młodszym od siebie chłopaczkiem właśnie zamierzali spokojnie odejść, gdyby nie szok na twarzy, który zmroził Lepocciego na widok czerwonowłosej elfki.
        - Co jest? Szefie? - zaniepokoił się Gregor. Jane uśmiechnęła się do nich obojga, nie pozwalając na choćby cień podejrzeń. Mimo że Heff już niemal zdążył ją wkopać.
        - Myślałem, że nie żyjesz - rzucił Lepocci, gdy zrozumiał, kto przed nim stoi. Żywy trup, jedna z niewielu uczestniczek Magicznej Gry, kobieta z licznikiem zabójstw zapewne większym niż lata, których sięga samo miasto.
        - Też się cieszę na twój widok, Lepocci - odparła elfka, chowając ręce do kieszeni. - Nowy podlotek? - zapytała, spoglądając na Gregora. Mężczyzna nie wyglądał na doświadczonego, lecz skrytobójczyni nie mogła właśnie do takich zbliżać się na krok. Wścibscy i ambitni strażnicy to zawsze ci nowi, którzy nie wiedzą, że sami narobią najwięcej hałasu swoimi dochodzeniami, niźli jakby zostawili sprawę w spokoju.
Lepocci potaknął nieznacznie.
        - Świetnie. Powodzenia, młodziaku - powiedziała kobieta. - Mniemam że jestem jedyną, która tu wróciła?
        - Która przeżyła. Znaleźliśmy dużo ciał przestępców w sprawie o Magiczną Grę. - Heff nieznacznie spojrzał na Gregora, podając mu ukradkiem temat rozmowy. Tym samym poniekąd wyjawił mu tożsamość elfki. - Ale cóż… Rozumiesz.

Jane rozumiała doskonale. Nikt nie będzie szukał magów, którzy postanowili stworzyć tę wspaniałą rzeź, albowiem ofiarami były szczury uliczne i najgorsi przestępcy. To masowe morderstwo tylko przysłużyło się miastu, tępiąc szkodniki. Jeszcze chwila a ogłoszą owych magów bohaterami narodowymi.
        - Dzięki za informację. Pójdę już. - Skinęła głową, zostawiając mężczyzn w spokoju. Elfka musiała pójść w swoją stronę, musiała poukładać myśli oraz nadgonić wszelkie nowości, które ją ominęły.
A także zemścić się osobiście na swych niedoszłych oprawcach, skoro władze Meot wyraźnie dały jej znać, że mają to w głębokim poważaniu.

***

        Jane usadowiła się w jednej z nielicznych karczm, oddalonych od głównych ulic miasta. To tutaj chowali się ludzie, aby dokonywać szemranych transakcji lub oberwać po mordzie za nic. Elfka tego właśnie potrzebowała - dać komuś solidnie w pysk. Ponownie chociażby poczuć odrobinę władzy nad cudzym życiem, adrenalinę. Przez długi czas uciekała. Teraz natomiast wróciła, silniejsza niż ongiś. Gdy tylko zbliżyła się do szynkwasu, coby tylko tam posiedzieć - któż bowiem będzie wydawał rueny na meockie szczyny - już przykuła uwagę kilku znajomych twarzy. Był wśród nich Morty z bandy złodziei, którzy nie parali się byle sięganiem do kieszeni. Khal, skrytobójca konkurujący ze wszystkimi zabójcami w Alaranii o zlecenia.
        - Od kiedy wpuszczają tutaj trupy? - odezwał się elf o ciemnym odcieniu skóry, siadając obok Jane.
        - Nie wiem. Ty mi powiedz - odparła czerwonowłosa, albowiem tylko na to czekała. Aż podejdzie i zaczepi ją jakiś debil, aż ktoś uruchomi jej skrywane pokłady energii i będzie miała powód, żeby porządnie komuś obić mordę. Nie minęła sekunda od ich krótkiej wymiany zdań, a skrytobójczyni chwyciła swego rozmówcę za kark i zapoznała jego czoło bliżej z blatem.
        Kurtyna porządnej karczmy padła. Wszyscy czekali tylko na tę jedną rzecz; na czynnik, dzięki któremu będą mogli ruszyć do akcji. I tak rozpoczęła się bójka. Krzesła zaczęły latać, tu ktoś dostał w mordę, tam stracił kępkę włosów…

        Jane kochała Meot. Dopiero gdy sama dostała z pięści od jednego z przestępców, uśmiechnęła się radośnie i ruszyła w sam środek tej zabawy, chaosu, szaleństwa…! Aż w tym chaosie nie dostrzegła poruszającej się z gracją kobiety. Elfka akurat siedziała na jednym z delikwentów, próbując wykręcić mu “delikatnie” ramię w drugą stronę, tajemnicza dama podeszła do niej i coś wręczyła. Dopiero w tej chwili Jane dostrzegła rysy twarzy nieznajomej - zmiennokształtna. Czerwonowłosa wypuściła ramię mężczyzny, które z impetem uderzyło w ziemię, i nadal siedząc nań przyjęła list. Panterołaczka wkroczyła bowiem w idealnym momencie; nikt nie zwracał uwagi na nowych, ponieważ przestępcy mieli już partnera do zabawy. Innymi słowy sprytnie wykorzystała chaos jako swoją przykrywkę, po czym czmychnęła prędko. Jane zostawiła swoją niedomagającą już zabawkę, aby szybkim krokiem wydostać się z karczmy. Dopiero tam, daleko od oczu ludzi, pozwoliła sobie przeczytać zawartość wiadomości.
Skrytobójczyni uśmiechnęła się. Czeka ją zatem jeszcze lepsza zabawa niż z byle wariatami w przestępczej karczmie.

***

        Nauczona cierpliwości elfka postanowiła poczekać. Prędko dowiedziała się, gdzie znajdzie Dinkę - imię kobiety gościło bowiem na ustach ludzi w mieście tak dobrze, że Jane nie musiała nikogo pytać, żeby poznać nazwę karczmy, w której stronę kierowała się górska elfka. Gdy tylko kobieta zaś z niej wyszła, skrytobójczyni ruszyła za nią. Nie dbała o idealną ciszę, nie będzie próbowała się zakraść do takiej persony. Po krótkiej chwili zrównała swój chód z Dinką i rzekła cicho:
        - Ładny mamy dzień, nieprawdaż? Nawet szczury wyszły się opalać. - Jane może i nie potrafiła nawiązywać konkretnej rozmowy, aczkolwiek charyzmy nikt nie mógł jej odmówić.
Awatar użytkownika
Dinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Górski Elf
Profesje: Kupiec , Najemnik , Szpieg
Kontakt:

Post autor: Dinka »

         Jak na osobę ceniącą wolność i niezależność, Dinka była stosunkowo silnie przywiązana do swojej codziennej rutyny. Czuła się dobrze, gdy wszystkie działania miały swój czas i miejsce, a gdy raz takowe zostały ustalone, elfka starała się unikać niepotrzebnych, wprowadzających chaos zmian. Pozwalała sobie niekiedy na pewne odstępstwa od owej rutyny, ale biada temu, kto miałby czelność ją zakłócić, mniej lub bardziej zamierzenie. Na przykład rozpętując chryje w karczmie, w której kobieta zwykła się stołować.
         Na szczęście taka sytuacja tego wieczoru nie miała miejsca, wobec czego Dinka mogła zgodnie ze swoim zwyczajem udać się na kolację do Karczmy Koniec Końców. Nie żeby serwowana tam strawa była jakościowo lepsza od jedzenia w innych lokalach tego pokroju; elfka po prostu miała z właścicielem całkiem przyjemny układ, według którego on zapewniał jej spokój podczas spożywania posiłku, ona zaś jemu - ochronę przed wymuszającymi haracze gangami, których ostatnimi czasy namnożyło się w okolicy jak grzybów po deszczu. Oczywiście żadna taka grupka drugorzędnych rzezimieszków nie mogła działać bez jej wiedzy i pośredniej aprobaty; gdy któraś zbytnio mieszała jej w interesach albo wymykała się spod kontroli, Dinka szybko robiła z nią porządek, zazwyczaj szczując ją na inną, równocześnie zapewniając tej drugiej niezbędną do rozgromienia wroga przewagę. Tym sposobem niejako trzymała w garści sporą część przestępczego półświatka Meot.
         Karczmarz był gotów na jej przybycie; każdego wieczoru zjawiała się w jego gospodzie o stałej porze, mógł więc zawczasu przygotować dla swojej najlepszej klientki ciepły posiłek oraz odosobniony stolik za kotarą, zapewniającą odrobinę prywatności. Dinka skinęła głową, kładąc na ladzie garstkę monet, po czym zniknęła za zasłoną. Oprócz kolacji, czekał też na nią jeden z informatorów, z którym tutaj zwykła się kontaktować. Czasem on przychodził pierwszy i stał obok stołu - nigdy nie siadał, póki elfka nie zrobiła tego pierwsza - czasem to ona go uprzedzała. Poza tym mężczyzną nikt nie miał prawa wstępu za kotarę, chyba że Dinka jasno wyraziła takie życzenie. Zdarzało się tak, gdy jej czułe uszy wychwyciły spośród karczemnego szmeru jakiś ciekawy strzępek rozmowy, której szczegóły mogłyby okazać się przydatne. Machała wówczas ręką na karczmarza, aby przyprowadził do niej osobę, z której ust padło interesujące ją zdanie. Tak zazwyczaj wyglądały jej wieczory, kiedy nie zajmowała się osobiście żadnym zleceniem - tak wyglądał i ten.
         Nie było w nim niczego osobliwego, aż do momentu, w którym elfka w końcu opuściła karczmę. Zaczynało powoli zmierzchać, choć nadal było widno; idealna pora na spacer do domu. Popołudniowy gwar miasta prawie ustał - żadnych nawołujących kupców, skrzeczących bardów i wyjących wniebogłosy kaszojadów - zaś na nocne upierdliwości w postaci szukających zaczepki pijaków było wciąż zbyt wcześnie. Nikt zatem nie powinien zakłócać spokoju Dinki podczas jej wędrówki.
         A jednak.
         Elfka słyszała ciche, acz miarowe kroki, poruszające się w tym samym kierunku, co ona, nieco jednak szybciej. Nie na tyle szybko, by mógłby być to ktoś chcący ją zaatakować, a zarazem wystarczająco, aby mieć pewność, iż celem tej osoby jest dogonienie kobiety. Dinka zwyczajnie pozwoliła jej na to. Nie zwolniła kroku, nie odwróciła się pierwsza, w ogóle nie zdradziła swoim zachowaniem faktu, iż była świadoma posiadanego ogona. Kątem oka wychwyciła ruch w jednej z szyb. Widok czerwonych włosów, które na ułamek sekundy mignęły w odbiciu, powiedział jej wszystko, co potrzebowała wiedzieć. Uśmiechnęła się lekko, czekając aż Jane postanowi wyjść z inicjatywą. Słysząc słowa skrytobójczyni, Dinka parsknęła połowicznie tłumionym śmiechem.
         - Naprawdę? Gadka o pogodzie? To dobre dla szlachty, po tobie spodziewałam się czegoś więcej.
         Nie zatrzymała się na pogawędkę. Mogły rozmawiać w drodze. Po kolacji zwykła wracać prosto do domu, zamykać drzwi na klucz, zostawiając resztę świata, by ta aż do rana radziła sobie bez niej. Przeważnie zaglądała jeszcze do Madelynn, zostawiając jej nowe materiały do posortowania, od czasu do czasu zostawała ze zjawą, do późna przeglądając sterty ksiąg, niemniej aktywność kobiety po opuszczeniu Końca Końców sprowadzała się do pracy w odosobnieniu. Obecność Płonącej Róży niewiele tu zmieniała.
         - Uznałam, że mam dla ciebie ofertę współpracy, która mogłaby ci zapewnić nieco rozrywki - oznajmiła bez zbędnych wstępów. - Zakładam, że jesteś zainteresowana, skoro za mną leziesz. Przyjdź jutro do mojego kantoru, zapoznam cię ze szczegółami. Na dziś skończyłam interesy. Nie robię po godzinach.
         W tonie jej głosu dało się wyczuć nieustępliwość. Uzasadnioną zresztą, bowiem elfka bardzo jasno rozgraniczała czas poświęcony na kontakty z klientami i najemnikami od jej prywatnego, podczas którego pracowała sama. I ów drugi był dla niej świętością. Nie istniała chyba osoba ani rzecz mająca na tyle wysoki priorytet, by nakłonić kobietę do porzucenia swojego sacrum. Nachalne próby przekonania jej do tego traktowała jako brak szacunku do jej osoby, a kiedy ktoś nie szanował Dinki Gwidêillíad, nie miał co liczyć na jej przychylność.
         Przyszedł jej do głowy pomysł na to, jak wykazać ze swojej strony nieco dobrej woli, a przy tym osiągnąć podwójne korzyści. Z kieszeni marynarki wyciągnęła niewielką kwadrtową karteczkę, długości mniej więcej kciuka, i złożywszy ją na pół między dwoma palcami, wygięła rękę w stronę Jane. Na skrawku papieru zapisane było tylko imię, nazwisko i adres. Nic więcej. Dane mężczyzny stojącego za donosem, w związku z którym Dinka miała dziś przyjemność gościć u siebie Heffa i Gregora. Wiedziała doskonale, kim był ów zgrywający bohatera śmiałek i wiedziała też, że wkrótce przestanie mu być do śmiechu.
         - Gdybyś do rana narzekała na nudę. - Planowała właściwie nasłać na niego Ninę, ale skoro już miała doświadczoną skrytobójczynię pod ręką… - Nie chcę, żebyś go zabijała. To ma być tylko ostrzeżenie. Przynieś mi jego prawy kciuk.
         Ostrzeżenie będące równocześnie zabezpieczeniem przed podobnymi incydentami w przyszłości; anonimowy kapuś nie mógł w końcu pisać swoich skarg będąc pozbawionym chwytnego palca dominującej dłoni, nieprawdaż?
         Na tym zasadniczo z jej strony skończyła się rozmowa. Nie miała nic więcej do dodania, chyba że czerwonowłosa zabójczyni postanowi zagadnąć ją prywatnie; ona sama nie czuła potrzeby wychodzenia z takową inicjatywą.
         W towarzystwie wschodzącego księżyca dokończyła wieczorny spacer i przekroczywszy próg kantoru, zamknęła za sobą drzwi. Nie to, żeby obawiała się, że ktoś spróbuje ją napadnąć lub okraść - nikt chyba nie mógł być aż tak głupi - ale ceniła sobie niczym niezakłócony spokój. Po tym jak pewnego ranka do jej mieszkania wtargnęła jakaś stara raszpla ze sprawą, która według niej absolutnie nie mogła zaczekać aż Dinka zje śniadanie i wypije herbatę, elfka wdrożyła środki zapobiegawcze przeciwko starym raszplom i innym nieproszonym gościom. Nie były to jakieś wyszukane środki: przekręcenie klucza w zamku oraz uzbrojona panterołaczka pilnująca wejścia od wschodu słońca w zupełności wystarczały, by ostudzić zapał potencjalnych intruzów.
         Odwiesiwszy płaszcz na przybity do ściany żeliwny wieszak, elfka sięgnęła za dekolt koszuli i wyjęła zza materiału zawieszony na rzemieniu klucz. Aktywowała portal w drzwiach prowadzących na zaplecze i zniknęła w przejściu.
         - Co nowego w wielkim świecie? - Tym pytaniem za każdym razem witała ją Madelynn.
         Dinka wzruszyła ramionami.
         - Słońce wschodzi i zachodzi, a ludzie jak byli głupi, tak nadal są.
         Podeszła do stojącego na środku jaskini fotela i zdjąwszy marynarkę, przewiesiła ją przez oparcie. Rozpięła też kilka górnych guzików koszuli, a kiedy z pomrukiem zadowolenia usiadła w fotelu, pozbyła się również obuwia. Tutaj nikt nie miał prawa jej najść, w związku z czym mogła sobie pozwolić na rozluźnienie, odstąpienie od swojego formalnego wizerunku i swobodnie rozsiąść się w miękkim meblu, rozkładając notatnik na skrzyżowanych nogach. Zjawa zerknęła jej przez ramię. Była jedną z nielicznego grona wybrańców mających dostęp do zawartych w notatniku treści.
         - Proszę, proszę, straż ma nowy nabytek. Gregor, tak? Jak myślisz, byłby w moim typie?
         - Jeśli na twój widok nie ucieknie, to śmiało, bierz go sobie.
         - … Aż tak go dręczyłaś?
         Na twarzy elfki pojawił się złośliwy uśmiech.
         - To była przednia rozrywka, Mad.
         - Wyobrażam sobie. A skoro już o tym mowa, przydałoby mi się zażyć świeżego powietrza. Minęło już trochę czasu, odkąd ostatnio miałam okazję wyjść z tej nory.
         Dinka podniosła wzrok znad kartek, na chwilę zawieszając go w przestrzeni, po czym skierowała spojrzenie w stronę zjawy. Jej twarz była jak zwykle opanowana, jednak coś w kącikach jej oczu nadawało jej ledwo dostrzegalne wrażenie łagodności, której elfka nie okazywała w rozmowach biznesowych.
         - Muszę wpierw domknąć kilka wymagających dopilnowania spraw. To powinno zająć kilka dni. Czy taki termin ci odpowiada?
         Madelynn westchnęła.
         - Niech będzie. Tylko do tej pory dbaj o to piękne ciało, bo tym razem zamierzam sobie trochę poużywać.
         Teraz westchnęła Dinka.
         - Jakżeby inaczej…
         Będzie musiała pamiętać, żeby na listę sprawunków dopisać zaopatrzenie się w lecznicze zioła. I spory zapas herbaty.
Awatar użytkownika
Jane
Szukający Snów
Posty: 161
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Skrytobójca , Zabójca , Szpieg
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/moderator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Jane »

        Jane nigdy nie narzekała na nudę. Wręcz przeciwnie; doskonale wiedziała, że gdyby coś się stało, jakoby miała zostać sama, bez roboty… Alarania jest dość duża, żeby zapewnić kobiecie rozrywkę. Elfka nauczyła się, że zawsze znajdzie się robota. A jeżeli się nie znajdzie, ona sobie takową stworzy.
        A tym bardziej spotykanie tak intrygujących osób jak Dinka z całą pewnością nie należały do nudnych sytuacji. Skrytobójczyni uniosła delikatnie kąciki ust w odpowiedzi na słowa kobiety, aczkolwiek to tyle; nie skomentowała w żaden sposób słów nowo poznanej. Skoro grzeczną wymianę zdań i zapoznanie miały z głowy, Jane oczekiwała choćby większej ilości informacji niż “mam dla ciebie coś, przyjdź do mnie, DG”, lecz takowych nie otrzymała. Zamiast tego doszło do jej głowy jeszcze więcej pytań, na które odpowiedź miała otrzymać dopiero następnego dnia. Uśmiechnęła się krzywo, a później przejęła karteczkę wyciągniętą w jej stronę. Przeczytała. Schowała skrawek papieru do jednej ze swych licznych kieszeni i wysłuchała dalszych słów Dinki, po których dopiero się odezwała po dłuższej chwili milczenia.
        - Za szlachciców liczę więcej. - W ciągu wielu lat Jane zrozumiała, że znajomość władz czy też mieszanki towarzyskiej Meot kiedyś się jej przyda. Tak jak dzisiaj. - Do jutra. - Zniknęła, nim wywiązała się jakakolwiek większa rozmowa. Zazwyczaj z pogaduszek, które ucinała sobie elfka, nie wychodziło nic dobrego; o ile nie rozmawiała w interesach, potrafiła w jednym zdaniu zrazić do siebie pół miasta, zatem stosowanie zasady milczenia sprawdzało się u czerwonowłosej idealnie. Jane miała w nawyku uciekać. Tak jak wcześniej ze skarbami, jak przed magami, tak teraz w pozornie normalnej sytuacji życiowej; ucieczka stała się wręcz fragmentem komfortu, którego na co dzień potrzeba w tak niebezpiecznym zawodzie.

***

        Joseph von Draft. Urodzony dowódca, głowa rodziny, do niedawna dumny ojciec dwóch uroczych córek.
Dopóki jedna z rozpaczy nie rzuciła się pod koła powozu na głównym rynku, albowiem jej drogi narzeczony zamiast listu miłosnego wysłał jej swój akt zgonu. Zrozpaczona Carlette przeżyła, aczkolwiek pokiereszowała swoją śliczną buźkę na tyle, że nie dane jej było zaistnieć w świecie arystokrackich bali i wystawnych kolacji prowadzących do zaręczyn. W skrócie, nikt jej już nie zechce. Nie mówiąc już o okrutniejszej kwestii, jaką była śpiączka kobiety. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy mężczyzna po raz ostatni sprawdził komnatę swej najstarszej córki.
Nadal się nie obudziła.
        Joseph westchnął. Zignorował zaproszenie na ucztę od swych sąsiadów, aby dzisiaj wcześniej położyć się spać. Wściekły i zrezygnowany nie mógł bowiem wyjść z wiedzą, że władze ponownie odrzuciły jego skargę. Już drugi raz próbował przywrócić ład i porządek w Meot, aczkolwiek nie mógł zaradzić przestępczości samotnie.
Ułożył się w posłaniu. Ten dzień mógłby się dla Josepha już skończyć, ale nie.
To nie był koniec.
Hałas, który usłyszał, dochodził z pokoju Carlette- jego drogiej, śpiącej córki. Mężczyzna w pierwszym odruchu tylko przewrócił się na drugi bok, bowiem uznał, że tylko coś mu się przesłyszało. Za drugim razem jednak zerwał się i w te pędy pobiegł do komnaty swej córki. Ku swojemu przerażeniu zrozumiał, że kobiety tam nie ma.
        - Carlette? - szepnął, jakoby nie dowierzał, że coś takiego mogło mieć miejsce. - Carlette?! - krzyknął, czym mógłby obudzić całą posiadłość; a w niej znajdowała się tylko druga córka rodziny von Draft, Rhaynaria. Joseph jednak nie zastał żadnej z córek grzecznie śpiących w komnatach. Von Draft załamał się. Obawiał się najgorszego - mianowicie zemsty ze strony Dinki - więc w akcie bezradności postanowił przemyśleć to wszystko. Wrócił do swego pokoju, zaryglował drzwi i ułożył się z powrotem na łożu, aby przemyśleć swe następne działania. Nie mógł działać pochopnie, ponieważ tego na pewno od niego oczekiwano.
Gdy pierwsza kropla krwi spadła na jego czoło, zrozumiał, jak bardzo się mylił.
Otworzył oczy i spojrzał w górę. Między belkami dostrzegł niecodzienny widok. Jego młodsze potomstwo spoglądało na niego z oczami pełnymi strachu, aż w końcu cały obraz pojawił się Josephowi.
Rhaynaria żyła, lecz jej życie zależało od humoru czerwonowłosej kobiety, która utrzymywała jej wątłe ciało nad łożem von Drafta.
        - Cześć - rzekła skrytobójczyni. - Dogadamy się. Zapewniam cię.
Joseph wiedział już, że czerwień będzie jego nowym koszmarem.

***

        Jane nigdy nie kazała na siebie czekać, aczkolwiek nim ponownie pojawiła się pod siedzibą swej zleceniodawczyni, minęło trochę czasu. Gdyby nie fakt, że podany jej na kartce adres był na drugim końcu miasta, może wyrobiłaby się przed południem z podróżą. Nina oczekiwała jej już dość długo, co było widać po jej minie. Skrytobójczyni zatem nie bawiła się w zbędne grzeczności, wręczyła panterołaczce zawinięty w materiał z czerwoną kokardką mały podarek i od razu wparowała do głównego gabinetu.
        - Byłabym wcześniej - rzuciła szybko - ale jakiś debil urządza serenady w środku miasta. Aż mnie natchnął, żeby rozmawiać o interesach. - Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu prędko, upewniając się, że są same. Jane uniosła delikatnie brew, zadając to również w formie niewypowiedzianego pytania.
Awatar użytkownika
Dinka
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Górski Elf
Profesje: Kupiec , Najemnik , Szpieg
Kontakt:

Post autor: Dinka »

         Zapewne istniało wiele rzeczy, na których Dinka się nie znała, nie ulegało jednak wątpliwości, iż negocjowanie w interesach nie było jedną z nich. Siedziała w tym biznesie wystarczająco długo, by biegle orientować się w stawkach oferowanych przez konkretnych najemników za konkretne usługi. Nie zdziwił jej więc komentarz Jane, nie zamierzała też się targować. Była obecnie w posiadaniu na tyle rozwiniętego majątku, że bez przeszkód mogła pozwolić sobie na poświęcenie paru garści srebrniaków, byle mieć pewność, iż osobę ewidentnie robiącą jej wbrew spotkają należyte konsekwencje.
         - Naturalnie - uśmiechnęła się nieznacznie, swoim formalnym, kupieckim uśmiechem. Był on może nie tyle fałszywy, co sztuczny; nie miał odzwierciedlenia w niczym więcej poza uniesieniem kącików ust.
         Dinka rzadko uśmiechała się z sympatii do drugiej osoby. Najczęściej, poza grzecznościowymi zabiegami, były to uśmiechy pełne złośliwości, pogardy lub też satysfakcji, niekiedy mającej punkt wspólny z rozmówcą, innym razem będącej udziałem samej tylko elfki. Być może to kwestia faktu, iż prawdziwie miłe uśmiechy były domeną osób o wysokiej empatii, a w tej kwestii Dinka posiadała pewne podstawowe braki, jak choćby brak emocjonalnego zaangażowania we wszelkie zawierane znajomości. NIe było relacji - były układy. Nie było uczuć - była zależność. Wszystkie kontakty interpersonalne sprowadzały się w gruncie rzeczy do jednego: do zbudowania gęstej sieci powiązań, z której centrum elfka mogła nimi niemal dowolnie manipulować, niczym szachowa mistrzyni, przesuwająca pionki po czarno-białych polach.
         Płonąca Róża też była dla Dinki jednym z nich. Bynajmniej jednak nie zwykłym, szeregowym mięsem armatnim, ale jedną z ważniejszych figur, którymi należało rozgrywać z rozwagą. Na utratę takowych, z czysto ekonomicznego punktu widzenia, nie można sobie pozwolić.

         Nina znała zasady. Pracowała dla Dinki już przez niemalże osiem dekad; zdołała się przez ten czas dobrze zaznajomić z listą działań, które mogła podejmować, jak również z takimi, które były absolutnie niedopuszczalne. Nachodzenie szefowej na piętrze jej mieszkania podpadało pod tę drugą kategorię, niezależnie od okoliczności. Na początku kariery prawej ręki elfiej manipulatorki Ninie zdarzyło się popełnić ten błąd. Raz. Raz tylko, a prawie przekreśliła sobie przez to możliwość dalszej współpracy. Na szczęście Dinka musiała cenić jej profesjonalizm, gdyż dała się ubłagać o drugą szansę - i tylko drugą - której panterołaczka nie zamierzała zmarnować.
         Pozostawała więc głucha na zrzędzenie irytującego natręta, który nalegał na prywatne spotkanie z elfką przed otwarciem kantoru dla petentów. Nie chciał podać swojej tożsamości ani powodu, dla którego tak ważne było dla niego owo spotkanie, lecz Nina wiedziała, że niezależnie od tego, kim był ten człowiek i jakie motywy nim kierowały, Dinka dostrzegłaby jedynie brak szacunku dla jej prywatności i pogoniła gościa w diabły. Dlatego zmiennokształtna niewzruszenie stała pod drzwiami, zagradzając swoją osobą wejście do kantoru. Raz po raz kładła dłoń na rękojeści miecza przytroczonego do pasa, by dać mężczyźnie do zrozumienia, co za chwilę się stanie, jeśli nie zamknie jadaczki. W kwestii rozprawiania się z natrętami Dinka dawała Ninie wolną rękę.
         Pora była dość wczesna i na ulicy nie panował jeszcze zbyt duży ruch, dlatego idiota wykłócający się pod drzwiami tego konkretnego lokalu wzbudzał zainteresowanie przechodniów. Niektórzy przystawali, żeby przyjrzeć się zajściu, na chwilę jednak tylko, bowiem ostre spojrzenie Niny ostrzegało przed tworzeniem zbiorowiska gapiów. W końcu w drzwiach stanęła właścicielka przybytku. W jednej ręce trzymała naczynie z herbatą, drugą oparła na biodrze w pozie wyrażającej niezadowolenie - podobnie jak poirytowany wyraz jej twarzy.
         - Co to za zamieszanie? - spytała elfka, nie patrząc na podchodzącą do niej Ninę. Świdrowała wzrokiem mężczyznę, z którym panterołaczka próbowała nie wszczynać konfliktu.
         - Standard. Gość ponoć ma do szefowej jakiś “ważny interes”. - Nina wzruszyła ramionami.To nie była pierwsza taka sytuacja i zapewne nie była też ostatnią.
         - Doprawdy? - Głos Dinki ociekał drwiną. - To tak jak trzy czwarte osób, które tu przychodzą.
         - Ale czy trzy czwarte osób przychodzi tu z rozkazu generała armii? - odezwał się uporczywiec, patrząc na elfkę wyzywającym spojrzeniem.
         - Nie przyjmuję poza kolejką cwaniaków, z którymi nie byłam osobiście umówiona. Choćby i przysłał cię sam król. Jak ci zależy na rozpatrzeniu sprawy, chłoptasiu, poczekaj grzecznie aż znajdę dla ciebie czas.
         Mężczyzna poczerwieniał na twarzy na tę jawną arogancję. Rzuciwszy pod nosem coś w rodzaju gniewnego “Tyyyy…!”, ruszył w stronę Dinki. Wystarczyła jednak szybka wymiana spojrzeń między elfką i panterołaczką, by nadział się na pięść tej drugiej. Stęknął, cofnął się dwa kroki i posłał Dince wściekłe spojrzenie, z którego elfka absolutnie nic sobie nie robiła. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani o jotę.
         - Nie masz pojęcia, na kogo podnosisz rękę, elfko. Naruszenie nietykalności cielesnej wysłannika państwowego oficjela grozi…
         - … oskarżeniem o pogwałcenie prawa gościnności i wystosowaniem międzynarodowego listu gończego, a w skrajnych przypadkach może być uznane jako akt agresji i stanowić podstawę do wypowiedzenia wojny - wyrecytowała Dinka, przewracając oczami. - Pozwól, że teraz ja powiem ci inną oczywistość, dobrze? Widzisz, wszystko pięknie przemawia na twoją korzyść, gdyby nie fakt, że jesteś tu nieoficjalnie. Nikt z wysoko postawionych oficerów nie ośmieliłby się otwarcie korzystać z usług kogoś takiego jak ja. Założę się, że ten twój domniemany generał nawet nie kiwnąłby palcem, żeby cię szukać, gdyby spotkała cię jakaś… przykra niespodzianka.
         Mężczyzna zmarszczył brwi.
         - To miała być groźba?
         - Sam to sobie zinterpretuj. Na razie sprawa zainteresowała mnie na tyle, że jestem gotowa cię przyjąć i wysłuchać. Jak już odrobię się z tym, co mam na dzisiaj zaplanowane. I ani minuty wcześniej. Odpowiada ci takie rozwiązanie?
         Wyglądał na niezbyt zadowolonego, ale skapitulował i dla pewności skinął głową.
         - Świetnie. Do tego czasu staraj się nie drażnić mojej podwładnej. Nino - elfka zwróciła się do wspomnianej dziewczyny, wręczając jej swój kubek po herbacie. - Przypilnuj interesu, póki nie wrócę.
         Panterołaczka również skinęła głową. Z Dinką się nie dyskutowało. I nie zadawało pytań odnośnie jej działań, a dostosowywało do nich. Dlatego też Nina w milczeniu odprowadziła szefową wzrokiem, po czym weszła do kantoru i usiadła na krześle - nie w fotelu Dinki, nie ośmieliłaby się na takie zachowanie - i czekała.
         Znała zasady.

         Elfka wybrała się na miejski targ. Nie robiła tego zbyt często; posiłki jadała w karczmie, zaś wszelkie produkty użytku codziennego zwykła przynosić jej Nina. Czasem jednak Dinka wychodziła na miasto, chłonąc z dystansem jego atmosferę. Zdarzyło się, że ktoś ją uprzejmie pozdrowił albo nawet nawiązał krótką rozmowę, jednak przeważnie kobieta nie traciła czasu. Tak jak i tego dnia; poszła jedynie po rzeczy, o których kupnie pomyślała na wieść o tym, iż Madelynn chciała “poużywać sobie” w jej ciele. To mogło oznaczać bardzo różne rzeczy, zjawa lubiła porządnie się zabawić. Zdobywszy herbatę i zapas ziół, Dinka wróciła do kantoru.
         W samą porę, by zdążyć na spotkanie z Jane, która była już w środku.
         - Spóźniłaś się. - Tymi słowami ją powitała. W jej głosie pobrzmiewała nuta nagany, nie była jednak na tyle wyraźna, by można było wziąć to za oznakę nieprzychylności.
         Nina wręczyła jej pakuneczek przewinięty wstążką, którą elfka bez słowa zerwała i zajrzała do środka. Na jej twarzy pojawił się wyraz zadowolenia. Wyjęła odcięty kciuk Josepha von Drafta i uniosła go do góry, przyglądając mu się z ponurym uśmiechem. Był odcięty ładnie, ostrym narzędziem, tuż przy stawie z kością czworoboczną nadgarstka. Bez szans na przyszycie jakiegokolwiek zamiennika.
         - Fachowa robota - oświadczyła z uznaniem, posyłając skrytobójczyni krótkie, acz wyrażające aprobatę spojrzenie, po czym odczepiła od paska sakiewkę z pieniędzmi i rzuciła ją w stronę Jane, tak by elfka mogła ją bez problemu złapać. - Czy taka kwota będzie odpowiednia?
         Nie pytała o szczegóły. Nie powiedziała Róży jak ma wykonać zadanie - oczekiwała tylko konkretnego efektu, ten zaś ją zadowolił. Cisnęła materiał razem ze wstążką w ogień kominka, palec natomiast postanowiła sobie zachować. Podeszła do stojącego w rogu pomieszczenia regału, na którym znajdowała się pokaźna kolekcja słoików. W większości z nich, zanurzone w formalinie, znajdowały się organiczne elementy ciał. Oko szpiega, który miał czelność wpychać nos w nieswoje sprawy. Kilka palców nieudolnych, acz niepozbawionych brawury złodziejaszków. W największym słoiku znajdowało się przyrodzenie pewnego mężczyzny, który w stosunku do Dinki pozwolił sobie na zdecydowanie zbyt dużo. Elfka zadbała, by nie miał więcej okazji do korzystania ze swojego sprzętu - stanowił on aktualnie jedno z jej trofeów, które umyślnie trzymała na widoku. Tak, aby żadnemu klientowi nie przyszło do głowy występować przeciwko niej. Teraz do tej kolekcji dołączył kciuk szukającego sprawiedliwości szlachcica.
         Dinka odłożyła słoik na wysoką półkę i zajęła swoje miejsce za biurkiem. Rzuciła szybko okiem na leżące na nim kartki, po czym podała Jane jedną z nich.
         - Zgodnie z umową, oto zlecenie, które mam dla ciebie - rzekła, dając skrytobójczyni czas na zapoznanie się z treścią zapisków. Sama w międzyczasie zajęła się porządkowaniem notatek. - Jonathan Eckerberg jest szefem jednego z okolicznych gangów, działających nieoficjalnie pod moim protektoratem. Na jego nieszczęście, chłop ostatnio zaczął sobie dość odważnie poczynać. Gromadzić zapasy w postaci pieniędzy i broni. Nawiązywać podejrzane kontakty. Nie podoba mi się to i potrzebuję to ukrócić. NIe mogę jednak interweniować bezpośrednio, jako że zależy mi na utrzymaniu ich przychylności, z powodów, które dla twojego zlecenia są nieistotne. - Nie chciała zbędnych pytań. - Potrzebuję, żeby ktoś z zewnątrz rozpracował jego działania i pozbył się ludzi, którzy mogą dać mu zbyt dużą przewagę, a może i trochę przerzedzić jego szeregi. Obojętne jakimi metodami, jedyny warunek jest taki, że nikt nie może odkryć powiązania tych akcji ze mną.
         Skończywszy wykładać sprawę, Dinka podniosła wzrok na Jane.
         - Podejmiesz się tego zlecenia? - spytała, całkiem poważnie, bez cienia nonszalancji. - Co do wynagrodzenia, dam ci zaliczkę na pokrycie kosztów przedsięwzięcia, natomiast pełną kwotę otrzymasz po wykonaniu zadania. Wtedy też ustalimy jej wysokość, na podstawie tego, jakie działania będziesz zmuszona ostatecznie podjąć w celu wypełnienia zlecenia. Co sądzisz o takim układzie?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Meot”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości