Rapsodia[Rapsodia i okolice] Rodzinne zjazdy są zawsze wesołe!

Mówi się o niej Miasto Elfów. Owe osiedle nie zostało jednak założone przez elfy, a przez ludzi, pierwszym jego królem był człowiek, niestety jego dość niefortunne rządy doprowadziły do konfliktu pomiędzy władzą a ludem, wtedy to władzę obijał pierwszy elfi król, od tego czasu co raz więcej efów zaczęło przybywać do miasta, mimo, że oddalone o wiele dni drogi od głównych elfich osiedli ściągało do niego mnóstwo elfich braci, a zwłaszcza tkaczy zaklęć. Miasto położone nad legendarnymi wodospadami, w pięknej i... magicznej okolicy nie mogło zostać nie zauważone przez magów, czarodziejów i elfich tkaczy zaklęć...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Yona
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Myśliwy , Łowca , Szlachcic
Kontakt:

[Rapsodia i okolice] Rodzinne zjazdy są zawsze wesołe!

Post autor: Yona »

        W życiu uczymy się przetrwania od maleńkości. Rodzimy się, żeby przedłużyć linię rodowodu i pozwolić gatunkowi żyć dalej - taka bowiem jest natura każdej żywej istoty. Za dar zwany życiem trzeba płacić różnorakimi walutami - zdrowiem, siłą, czymkolwiek, co warte jest zaoferowania za możliwość przetrwania kolejnych lat. W świecie Alaranii dzieci są nauczane polowań, walk i różnych przydatnych dziedzin - lecz podstawę zawsze stanowi zdolność do przeżycia.
Yona nie posiadała nauczyciela, który poprowadziłby ją przez całe życie przez rączkę. Rodzice ragarianki rozstali się w kłótni, przez którą ich córka uciekła - z drobną pomocą swego ukochanego wuja. Dziewczyna mogłaby rzec, że to dzięki niemu jest w stanie przetrwać, mimo że dałaby radę sobie zdecydowanie lepiej, gdyby posiadała pełne wsparcie w tym zakresie od rodzicieli. Czy jasnowłosa miała im za złe? Oczywiście, że tak. Yona czuła niewyobrażalny żal za każdym razem, gdy próbowała chwycić się jakiejkolwiek roboty, która nie polega na zabijaniu niewinnych zwierzątek. Niestety, gdyby nie zaczarowana kusza, nawet to by jej nie szło. Dlatego też Yona dotykała się niemal każdego zlecenia, jakie tylko mogła dostać, czego oczywiście pożałowała.
        Czy tęskniła za rodzicami? Możliwe. Zwłaszcza w momentach, gdy z impetem kładła świeżo upolowaną zwierzynę na stole współwłaściciela karczmy "u Lulka".

***

        - Musisz to dostarczyć po świcie do Rhikki, rozumiesz? - oświadczył krasnolud ochrzczony niezwykle dumnym i wyniosłym imieniem Gunwek. Dla przyjaciół Dupek, aczkolwiek dla nieprzyjaciół… także.
        - Rhikka nie mogłaby również wyjść mi naprzeciw? I tak większość drogi pokonam ja - odpowiedziała Yona, popijając ziołową herbatę w gospodzie “u Lulka”. Właścicielem był brat norda, z którym miała przyjemność rozmawiać ragarianka. To również jej największe źródło dochodów. Zlecenie, które otrzymała dziewczyna, sięgało swego celu w Rapsodii. Miasta, w którym prawdopodobieństwo spotkania Nhato, Enki czy Hakka wynosiło najwięcej procent szans.
        - Rhikka ma inne sprawy na głowie niż wysłuchiwanie rozkazów małolaty, która boi się głupiego miasta! - Gunwek uderzył pięścią w blat dla podkreślenia swych słów. Przez jego gwałtowną reakcję odrobina herbaty wylądowała poza glinianym kubkiem jasnowłosej, a ona sama wstrzymała oddech.
        “Zabiłaś kiedyś człowieka?”, usłyszała. Szmery wspomnień nie dawały jej spokoju, a zwłaszcza śmierć Ymhreda. To właśnie czarodziej utwierdził ją w przekonaniu, że nie jest w niczym dobra. A już na pewno nie w zabijaniu. W momentach, w których Yona spotykała się z ludzką agresją, coś się w niej działo - chciała uciekać, ale jednocześnie pragnęła skrzywdzić kogoś nim sama zostanie zraniona. I za każdym razem przypominają się jej słowa Ymhreda, które wskazują, że ragarianka nie dałaby rady nikogo zaatakować. Nawet w samoobronie.
        - Jak spanie, prawda? - odburknęła, gdy krasnolud odwrócił się i zajął swoimi sprawami. Gunwek, nawet jeżeli ją usłyszał, zignorował ten przytyk i zaczął obrabiać mięso na zapleczu.

***

        - Zanieś zapasy Rhikce, szybko spieprzaj z Rapsodii. Zanieś mięso Rhikce, spieprzaj z Rapsodii. Zanieś… - Yona powtarzała to zdanie niczym mantrę całą drogę, jaką musiała przemierzyć. Noc nie sprzyjała podróży. Gunwek nawet nie raczył porządnie zaopatrzyć dziewczyny - podarował jej tylko średniej wielkości wóz, który biedny koń dziewczyny, ochrzczony w dniu jej ucieczki od rodziców Klapą (jako nawiązanie do całego życia Yony), musiał taszczyć. Klacz nie miała już tyle sił co ongiś, zatem coraz trudniej było jej być wsparciem dla młodej ragarianki w tego typu podróżach. Jasnowłosa niedługo musi pomyśleć o nowym zwierzęciu, a zakup takowego w tym momencie był raczej niemożliwy.
        Rapsodia zachwycała pięknem wszystkich przybyszów, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Zapewne gdyby nie niefortunne zdarzenia z przeszłości, Yona mogłaby się wręcz chwalić - ba, miała powód, patrząc po lśniącej świetności miasta porównanego do elfich - że to właśnie tutaj dorastała. Niestety, całe piękno Rapsodii powodował w dziewczynie przyrost poczucia żalu i goryczy.
        Gdy tylko znalazła się na głównej ulicy w centrum miasta, zsiadła z wozu i pogłaskała Klapę. Yona podeszła spokojnie do przypadkowej osoby, o dziwo będącej na nogach o tak nieludzkiej porze, żeby niewinnie spytać:
        - Gdzie znajdę Rhikkę z Lwiego Serca? Ja od Dupka... - palnęła - znaczy Gunweka.
Znaleźć Rhikkę, opuścić Rapsodię. Byle jak najszybciej, nim ktokolwiek rozpozna ragariankę.
Awatar użytkownika
Nhato
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Inna , Przemytnik , Mag
Kontakt:

Post autor: Nhato »

Rapsodie powoli oświetlały promienie słońca. Większość mieszkańców wciąż jeszcze spała, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Za miastem tuż przy skraju lasu rozgrywał się istny dramat. Na zimnym głazie siedział łysy mężczyzna i mocno się szamotał, próbując wyswobodzić ręce i nogi z okalających go więzów. Usiłował też krzyczeć, ale brudna szmata przesiąknięta krwią i alkoholem w jego ustach skutecznie mu to uniemożliwiała.
Na dodatek tuż obok stała para opryszków, którzy mieli na oku każdy jego ruch. Pierwszy sądząc po spiczastych uszach, był elfem, zapewne leśnym. Drugi natomiast należał niemal na pewno do rasy ludzkiej. Kawałek dalej natomiast byli jeszcze inni, którzy kopali w ziemi dół. Oni również wyglądali na zwykłych Alarian. W każdym razie sytuacja była beznadziejna. Mężczyzna nigdy nie oczekiwał, że jego koniec będzie aż tak marny. Gdyby tylko mógł coś powiedzieć, może okazaliby mu litość. Starał się karmić tą złudną nadzieją, ale szybko zniknęła, gdy prawy sierpowym jednego z nich rozwalił mu nos. Poleciała kolejna stróżka krwi, a w tyle słychać było jedynie śmiech porywaczy.
Niespodziewanie usłyszał trzepot skrzydeł. Skrępowany mężczyzna spojrzał w niebo pełen wiary, liczył, iż ujrzy anioła, zobaczył jednak śmierć na swym mrocznym rumaku. Jego ciało przeszedł dreszcz, zamknął oczy i spojrzał w bok, błagając w myślach pradawne bóstwa o wybawienie i przebaczenie win.

- Wszystko poszło zgodnie z planem szefie – odpowiedział jasnowłosy elf.
- Niech gada – rozkazał Nhato, zeskakując z grzbietu Noxa. Długi, ciemnogranatowy płaszcz z kapturem skutecznie zakrywał większość jego ciała. Jednakże nawet spod ubrań widać było delikatny blask gwiazdy na jego klatce piersiowej.
- A więc bogowie mnie wysłuchali – powiedział uradowany mężczyzna, gdy już nic nie blokowało jego ust.
- Nie wiem, do jakich bogów się modliłeś, ale jeśli tu jestem, to raczej nie są po twojej stronie – stwierdził ragarianin, zdejmując kaptur i pokazując swoją twarz.
- Ja nie rozumiem… - wybełkotał łysy, nie mogąc przez chwilę oderwać wzroku od nietypowej urody Nhato — Nawet cię nie znam!
- No widzisz. A mimo to miałeś czelność sprzedać mojemu podwładnemu fałszywe informacje – niebieskoskóry podszedł do niego i przykucnął, by ich oczy były na równi, po czym cmoknął z dezaprobatą – Jakież to smutne. Jedno niewinne kłamstwo motywowane chciwością, szkoda, że mała Nire już nigdy nie doczeka powrotu tatusia.
- Błagam… Ma tylko mnie, potrzebowałem tych pieniędzy. Dla niej właśnie! Przysięgam.
- Czyżby? – Nhato wstał rozczarowany – Co ty na to Jerih?
- No ja tam nie wiem, ale gra w karty raczej średnio by jej pomogła. Może gdyby ktoś przynajmniej potrafił w miarę dobrze grać – stwierdził spiczastouchy i z drwiącym uśmieszkiem klepnął swoją kieszeń, pełną ruenów sądząc po dźwięku.
- Co… ale… ale – mężczyzna właśnie zrozumiał, że przyszło mu oszukać ludzi, do których nawet nie powinien się zbliżać. Jego kłamstwa tylko go pogrążały, a teraz dosłownie miały wpędzić go do grobu.
- Posłuchaj mnie Hrenonie! – krzyknął Nhato – Nikt nie będzie ze mną pogrywał w taki sposób, jasne? – spytał i ponownie wepchał mu szmatę w usta – Zakopać – wydał rozkaz.

Mężczyzna zaczął panikować, próbował wołać o pomoc, wyrwać się. Niestety już go nieśli, dół był gotowy. Poczuł, jak uderza bokiem o ziemię i przeszył go przeraźliwy ból, musiał złamać żebro. Spojrzał raz jeszcze do góry, tylko po to by na jego twarzy wylądowały grudy ziemi, coraz więcej i więcej, aż jego pomruki zupełnie ucichły, już na zawsze.
- Szukajcie dalej, trzeba sprawdzić każdą informację – zarządził Nhato, po czym wsiadł na swojego wierzchowca i odleciał w stronę domu.

Ragarianin wszedł do swojej sypialni, był rozgoryczony kolejnymi porażkami. Całą noc on i jego ludzie sprawdzali wszelkie tropy w sprawie Yony i wszystkie prowadziły donikąd. Usiadł na łóżku i musiał postanowić, co zrobi dalej. Nie zamierzał odpuścić, ale być może szuka ze złej strony?
Wtem z jego zamyślenia wytrąciła go Arma, która z ekscytacją w oczach zaczęła biec w jego kierunku, gdy tylko do końca wybudziła się z drzemki.

- Arma nie! – powiedział stanowczo, ale zupełnie nic to nie dało.

W ciągu kilku sekund leżał już na podłodze częściowo przygnieciony różowym smoczyskiem. Na szczęście zdążył użyć magii i nieco zniwelować jej ciężar. W ten sposób również zdjął ją z siebie. Wstał z podłogi i otrzepał ubrania z różowej sierści. Smokowata jednak już szykowała się do kolejnych psotów. Na szczęście tym razem ragarianin był szybszy i zdołał chwycić jej ulubioną zabawkę w postaci szmacianego miśka. Cisnął nim za okno najmocniej jak mógł, aż do ogrodu. Arma od razu poleciała go szukać.
Nhato odetchnął, miał w końcu chwilę spokoju.
Awatar użytkownika
Hakk
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Opiekun , Pasterz
Kontakt:

Post autor: Hakk »

         Istniał więcej niż jeden powód, dla którego Hakk jako swoje główne zajęcie wybrał wypas owiec. Ragarianin lubił zwierzęta, a owce, ze swoim łagodnym stadnym usposobieniem osobiście do niego przemawiały (nie tak dosłownie, rzecz jasna). Opieka nad nimi nie wymagała większego nakładu pracy tudzież skupienia, tak więc w międzyczasie mężczyzna mógł zasadniczo robić, co mu się żywnie podobało; głównie sprowadzało się to do strugania w drewnie, aczkolwiek zdarzało mu się też cerować koszule albo odpowiadać na umizgi tej czy innej panny. A samo pastwisko miało jedną ważną zaletę.
         Choć znajdowało się na uboczu, poza granicami murami Rapsodii i zapewniało solidną dozę odpoczynku od zgiełku miasta, zapewniało równocześnie doskonały wręcz widok na prowadzący do niego trakt. Nie ten główny, ten Hakka nie interesował. Oparty o drzewo, co rano obserwował wijącą się w polach ścieżkę, która dalej znikała w lesie. Czasem udało mu się załapać na ciekawe widoczki. Jakąś parkę - a czasem nawet większą grupę - która, nieświadoma posiadania podglądacza, puszczała się w tany na skraju brzozowego zagajnika. Albo okoliczne grupki przestępcze, załatwiające swoje ciemne sprawki z dala od niepożądanych oczu.
         A przynajmniej tak im się wydawało.
         Choć mało kto o tym wiedział, Hakk stał się cichym świadkiem wielu rzeczy, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Na przykład pogrzebu wciąż żyjącego mężczyzny.
         Światło wschodzącego słońca uwydatniły wyrażające zmartwienie i dezaprobatę zmarszczki, jakie znaczyły bruzdami jego błękitne czoło. Oglądał wszystko spod zmrużonych oczu, miętosząc w zębach źdźbło, które w jednym miejscu chyba rozcięło mu język. Trawiasty posmak mieszał się w jego ustach z charakterystyczną, metalową nutą krwi. Co jakiś czas kierował wzrok w stronę owiec, by upewnić się, że stado zachowuje się tak, jak stado owiec zachowywać się powinno. Odczekał chwilę, aż końcu splunął zamaszyście, pozbywając się z ust resztek trawy, wstał i przeciągnął się, strzelając chrząstkami w stawach.
         - Przypilnujesz na chwilę biznesu, druhu? - zapytał, słowa te kierując do drzemiącego obok psa.
         Bruno uniósł powiekę i szczeknął coś niemrawo. Nie był typem rannego… pieska? Jednak Hakk wiedział, że może na pewien czas zostawić stado pod jego opieką. Jego owce były dość ułożone, a Bruno świetnie się sprawdzał w roli zastępcy pasterza.
         Mężczyzna westchnął i ruszył ścieżką w stronę lasu. Po drodze zahaczył jeszcze o drewnianą budkę, w której właściciel pastwiska - i okolicznych pól - trzymał przydatne narzędzia. Hakk często korzystał z nich, by naprawić rozwalający się już płot lub pomóc chłopom przy pracach w polu.
         - Pożyczę to sobie - mruknął, zdejmując ze ściany powieszoną nań za uchwyt łopatę. Zarzucił ją sobie na ramię i kontynuował marsz, raźnym krokiem, pogwizdując przy tym wesołą melodyjkę. Rozbrzmiewała ona cały czas, gdy Ragarianin dotarł na miejsce popełnionej przez sługusów brata zbrodni - i kiedy rozkopywał ziemię w poszukiwaniu niedoszłych zwłok. Nie była to pierwsza tego typu akcja w jego wykonaniu. Nhato najpewniej zdawał sobie z tego sprawę, jednak jak dotąd nie wyciągnął z tego tytułu konsekwencji wobec młodszego brata. I może słusznie; taki schemat całkiem nieźle się sprawdzał. Nhato wciąż budził grozę, jako gangus dotrzymujący swoich obietnic, a równocześnie Hakk choć trochę oczyszczał jego konto i tak już pełne niecnych uczynków. Był do tego przyzwyczajony w takim stopniu, że dawno przestało to robić na nim większe wrażenie. Choć nie zrezygnował jeszcze z prób wyperswadowania tego Nhato.
         Niedoszłe zwłoki przedstawiały dość opłakany widok, ale mimo to, młody Ragarianin uśmiechnął się z zadowoleniem, gdy odgruzowywał zakopanego żywcem delikwenta. Skończywszy odrzucać ziemię, wbił łopatę obok, wytarł w koszulę pot z twarzy i wyciągnął rękę, by pomóc mężczyźnie wstać.
         - To twój szczęśliwy dzień, przyjacielu! - Jego uśmiech z promiennego zmienił się w nieco zakłopotany. - No, może niekoniecznie szczęśliwy, ale mała kąpiel, trochę bandaży i będziesz jak nowy.
         Sięgnął do podartej koszuli biedaka, wygładził ją trochę i otrzepał z błota. Choć przy tym, jak całościowo prezentował się mężczyzna, było to jak sianokosy nożyczkami do paznokci. Człowiek wymamrotał coś niezrozumiałego, na co Hakk machnął ręką.
         - Nie musisz dziękować - oznajmił wesoło. - Wystarczy, że zwiniesz manatki i znikniesz z miasta, zanim ktokolwiek się zorientuje, że zmartwychwstałeś.
         Po tych słowach ponownie chwycił łopatę i zaczął zasypywać wykopany przed chwilą dół po mężczyźnie. Nie tracił czasu. Chciał załatwić wszystko szybko i dyskretnie, zanim komuś nie zachce się harców w lesie i nie napatoczy się na tę specyficzną scenę. Nie miał już nic więcej do powiedzenia - nie interesowały go łączące typa z Nhato układy, lata temu świadomie wybrał nieświadomość - w związku z czym złożywszy wargi w uroczy dziubek, wrócił do gwizdania przerwanej melodyjki. Mężczyzna, nadal bełkocząc pod nosem, koślawym krokiem oddalił się z miejsca własnego (prawie) zgonu, Hakk tymczasem doprowadził okolicę do stanu zbliżonego do tego, w jakim ją zastał, po czym jak gdyby nigdy nic, zawrócił w stronę pastwiska. Zatrzymał się jeszcze przy studni, by choć pobieżnie zmyć z siebie ziemię. Na tej czynności przyłapała go Lizei, córka piekarza. Czasem spotykał ją, kiedy pędził rano owce; w końcu praca obydwojga wymagała zrywania się z łóżka skoro świt.
         - Myślałam, że o tej porze liczysz owce. - Jasnowłose dziewczę uniosło brew zaczepnie.
         - Hej, raz mi się zdarzyło zasnąć na łące! Raz!
         - Wiem, wiem. Zaprawdę, jesteś dobrym pasterzem - naigrywała się z niego. - Co więc robisz o tej porze przy studni? Sadziłeś kwiatki jakiejś uroczej wdowie? - spytała na widok łopaty.
         Ragarianin zaśmiał się.
         - Nie tym razem. Sprzątałem ogródek Nhato.
         - Taki brat to prawdziwy skarb. Hej, jesteś pewien, że nie szukasz żony?
         - Lizei. Jak będę szukał, dowiesz się o tym z plotek pierwsza ode mnie.
         Takie przekomarzanki mogły ciągnąć się dość długo, jednak i ona, i on musieli wracać do pracy. Hakk, jak na dżentelmena przystało, odprowadził dziewczynę pod drzwi piekarni, czym zasłużył sobie na świeżą bułkę, jeszcze ciepłą. Podziękował, pomachał na pożegnanie Lizei, uprzejmie skinął głową jej ojcu, i odszedł, by wypełniać swoje obowiązki. Mimo dość parszywego poranka, z jego twarzy nie znikał uśmiech. Lubił to miasto, a ono lubiło jego. Sadził kwiatki wdowom, panny odprowadzał do domów, a ich ojcom pomagał rąbać drewno czy stawiać płoty, co czyniło go wprost wymarzonym zięciem. Podejrzewał jednak, że gdyby ci sami ojcowie dowiedzieli się o tym, iż po godzinach Ragarianin bawił się w prywatnego antygrabarza, nie byliby tacy chętni do oddawania mu rąk swoich córek. Zresztą, Hakk na ten moment nieszczególnie interesował się ożenkiem.
         Miał już rodzinę, o którą musiał zadbać.
Awatar użytkownika
Enki
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Włóczęga , Najemnik
Kontakt:

Post autor: Enki »

        Nie tak dawno pogrzebany żywcem człowiek szedł przed siebie, a strach w połączeniu z niedawnym spotkaniu z własną śmiertelnością sprawiały, iż był on ledwie przytomny. Nogi jego szły same przed siebie i choć chłop tego nie był do końca świadomy, to jednak robił to, co mu poradzono i kierował się z dala od Rapsodii. Ciągły szept opuszczał jego usta, modlitwa niewiernego, który stanął twarzą w twarz z bogiem zaświatów. Ręce mu drżały niczym schorowane, a oddech był szybki i płytki, co tylko potęgowało ból złamanego żebra.

        Nie miał przy sobie niczego, ale jego przeżarty traumą umysł nie przejmował się takimi drobnostkami. Majątek, rodzina, znajomi, status społeczny… wszystko zdawało się wspomnieniem z poprzedniego życia. Nawet jeśli nie umarł ciałem, to wszystko inne co miał umarło w momencie, gdy został wykonany na niego wyrok.

        W tym oto stanie obity, upaćkany glebą i najprawdopodobniej bliski obłędu osobnik szedł przed siebie jedną z licznych dróg prowadzących z dala od Rapsodii. Może i dookoła nie było zbyt wiele osób, ale ci, których napotkał, omijali go szerokim łukiem, on sam bowiem zdawał się na tyle oderwany od świata, iż po prostu ignorował wszystkich dookoła. Niestety ten stan rzeczy nie trwał wiecznie, w końcu bowiem znalazł się ktoś, kto nie zszedł z jego drogi.

        Mężczyzna wybudził się z transu, w jaki popadł, gdy tylko zderzył się z czymś, co dla jego zmysłów mogłoby równie dobrze być skalną ścianą. Zderzenie wzbudziło jeszcze większy ból w jego ciele, a szok tym spowodowany sprawił, że powrócił do żywych jego zagubiony w szoku rozum. Przez zaciśnięte zęby przeklął siarczyście, wszystko go bowiem bolało jak cholera, ale nim zdołał powiedzieć cokolwiek innego, spojrzał on na przeszkodę, w którą wszedł, lecz jedyne co zobaczył to pięść zbliżającą się do jego twarzy. W ostatnich chwilach przepełnionej cierpieniem świadomości mężczyzna spojrzał na oddalającą się od niego sylwetkę i przez krew, łzy i ból zaśmiał się jak szalony. Wpierw go chciano zabić, następnie uratowano, a na sam koniec potraktowano tak, jakby nie był wart więcej niż dwa kroki w bok potrzebne, by ominąć jego już wcześniej poturbowane cielsko.

        Jej gołe stopy czuły każdą nierówność, każdą ostrą krawędź, każdą grudkę ziemi czy odłamek skalny. Nawet przez zrogowaciałą latami ciężkich warunków podeszwę była ona w stanie bezbłędnie opisać nawet najmniej znaczący szczegół ścieżki, po której kroczyła.

“Cudowna wyprawa, okazja mojego życia, mówili…”

        Z każdym krokiem czuła jak jej mięśnie się kurczą, ścięgna napinają, skóra rozciąga, a kości przyjmują na siebie ciężar jej własnej osoby. Najmniejszy ruch i jego konsekwencje były dla niej równie oczywiste co nazwa miasta, do którego zbliżała się z każdą chwilą.

“Walka na śmierć i życie, chwała i bogactwa, mówili…”

        Każdy wdech i wydech był dla niej równie klarowny co słońce na letnim niebie, a każde uderzenie serca wyraźne niczym grzmot podczas zimowej burzy. Jej ciało nie miało dla niej sekretów, wszystko bowiem co z nią związane spowijał ciągły i nieustanny ból. Nic więc dziwnego, że gdy tylko ten łysy chuj ośmielił się stanąć na jej drodze i zderzyć się z nią, to też potraktowała go w jedyny poprawny sposób. Nawet nie skończył jegomość wymawiać przekleństwa pod nosem, a Enki, wkurwiona tym, że ktoś przeszkodził jej w rozmyślaniu nad swoimi sprawami, włożyła całe swoje ciało w prawy sierpowy wymierzony prosto w twarz jegomościa. Wszechobecny impuls agonii, który temu towarzyszył, tylko sprawił, że ragarianka zacisnęła zęby i zadbała o to, aby jej pierwszy cios był zarazem jedynym potrzebnym.

“Pierdolić ich wszystkich, a tego tutaj to nawet podwójnie.”

        Zaczęła iść dalej przed siebie, gdy tylko ciało nieszczęśnika padło na ziemię niczym kłoda. Nie odwróciła się, gdy usłyszała śmiech tego, którego krew obficie obryzgała jej pięść.

- Żałosne. - Jej pięść była niczym przeszyta na wskroś niezliczoną ilość szpilek, a brak satysfakcji z uderzenia tylko sprawił, że jeszcze trudniej było zapanować nad palcami, które wbrew jej woli zaciskały się w pięść. - Nie wiem, czego się spodziewałam, ale jakimś cudem już jestem zawiedziona, a miasto jeszcze przede mną.

        Z każdym kolejnym krokiem, z każdą chwilą bolesnej egzystencji dzielącą ją od wnętrza miasta, Enki próbowała przytłumić to wszystko myślami o tym, jak wszystko poszło się jebać. Porzuciła swoją w miarę stabilną, a przez to monotonną pracę w Evareth, aby dołączyć do samozwańczej gromady śmiałków, zasponsorowanych przez mniejszą grupę kupiecką, co by wyruszyć w świat i niczym poszukiwacze przygód z legend i baśni pławić się w bogactwach i walkach, o których bardowie mogliby śpiewać przez wiele pokoleń.

        Niestety ów wyidealizowany plan spotkał się z rzeczywistością, jaką Enki znała aż za dobrze, w wyniku czego wszystko i wszyscy poszli się jebać, czasami w przenośni, czasami dosłownie. Problemy ze sprzętem, problemy z ludźmi, wszystko to w połączeniu z brakiem sukcesów i wsparcia ze strony tej samej grupy, która podobno ów wyprawę zasponsorowała, sprawiło, że Enki opuściła grupę, gdy tylko nadarzyła się okazja… niestety ta okazja sprawiła, że jest obecne bez grosza, a Rapsodia to było jedyne bliskie miasto, gdzie dotrze przed śmiercią głodową, a gdzie jest nadzieja na zarobek. Każda inna lokalizacja w okolicy po prostu odpadała, mieszkańcy mniejszych miast i wiosek bowiem mają tendencje do traktowania jej jak złego omenu, co w pewnym sensie jest samospełniającą się przepowiednią, bo to tacy ludzie najczęściej otrzymują od niej siarczysty, niekontrolowany wpierdol.

        Enki niemal nie zauważyła, kiedy przeszła przez bramy miasta. Przekonanie strażnika przy wejściu, że integralność jego zębów ma większą wartość niż jakiekolwiek informacje lub opłaty, które od niej mógłby otrzymać, poszła zaskakująco szybko. Już zaczynała się martwić, że miasto złagodniało, a przez to mieszkańcy jego zmiękli, ale widok parszywych mord na uboczach miasta bardzo szybko zapewnił ją, że wciąż była to ta sama parszywa nora, jaką wspominała ze swojej młodości. Kusiło ją, by zaspokoić swoją chęć przemocy w jednej z bocznych uliczek, pora dnia sprzyjała porządnemu mordobiciu, ale praca i miejsce do spania miały priorytet, dlatego też ruszyła jedną z głównych ulic w stronę jednej z niewielu tawern, gdzie swego czasu była mile widziana jako odstraszacz nieproszonych gości. A przynajmniej taki był plan, dopóki nie usłyszała w oddali znajomego głosu.

“...?”

        Niemal automatycznie przyśpieszyła kroku, kierując się w stronę powozu, który jeszcze kilka chwil temu był dla jej jedynego oka ledwie rozmazaną plamą w oddali. Z jakiegoś powodu głos ten ją wkurwiał o wiele bardziej, niż dźwięki powoli budzącego się do życia miasta, a na palcach własnych dłoni mogłaby liczyć wkurwiające ją osoby, których jeszcze nie posłała na drugą stronę swoimi własnymi rękoma. W międzyczasie do głosu, który bez trudu zszargał jej nerwy, dołączył się inny, kompletnie jej nieznany ton.

- Rhikka z Lwiego Serca? - przypadkowa osoba, z którą rozmawiała Yona okazała się mężczyzną, ubranym lepiej niż chłop, lecz gorzej niż bogaty chłop, a przy tym tak przeciętny, że można by go było zgubić w tłumie złożonym z kompletnie innej rasy. Nie wydawał się zmęczony, lecz spędził kilka chwil w zamyśleniu, nim udzielił jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi rogatej kobiecie. - Ah, wybacz, przez chwile myślałem o Sercu Lwa, gdzie mój szwagier pracuje. Szczerze mówiąc to strasznie dużo tu wszelakich miejsc, co mają lwa albo serce w nazwie, wiesz? Mamy karczmę Pod Lwim Sercem, alchemika Z Lwiego Serca, burdel Lwie Serca… No dobra, to ostatnie się nie liczy, bo to raczej gra słowna, bo chodzi tam o to, że tam się “rwie” serca, co prawie brzmi jak “lwie” serca, co nie? Zaraz… o czym w sumie my sobie tutaj rozmawialiśmy?

        W czasie gdy ten bezcelowy monolog trwał w najlepsze, Enki zbliżała się coraz bardziej, a im bliżej była, tym bardziej była pewna, że osoba, którą widzi przed sobą ma na swym karku dwa lata zaległego obijania ryja. Nie widziała córki, odkąd rozstała się z mężem, ani też nie chciała jej szukać, ale skoro już ją spotkała, to nie odmówi sobie obowiązku i przyjemności, jakim to jest naprostowywanie swojego potomstwa na jedyną słuszną drogę, jaką jest przyjmowanie i rozdawanie bólu. Enki aż nie mogła się oprzeć, by ogłosić rozpoczęcie tego niespodziewanego zjazdu rodzinnego. Jej ciało zalała adrenalina i magia, oddech przyśpieszył, a ciało rozgrzało się niczym wypełnione żywym ogniem, nic więc dziwnego, że jej krzyk równie dobrze mogłyby być rykiem bestii, co postanowiła obudzić połowę miasta.

- Córeczko! Stęskniłaś się? Mamusia wróciła!

        Ci mieszkańcy okolicy, którzy pamiętali Enki i to, co się z jej obecnością związało, ledwie zbudzeni zostali przez donośny krzyk, a już pobiegli do drzwi, by zaryglować je podwójnie mocno, jeżeli nie od razu zabarykadować je krzesłem i dwoma szafami. Inni mieszkańcy, nieświadomi tego z kim mają do czynienia, zaczęli niechętnie wychylać głowy zza okien, patrząc na wariatkę, co to zaburza spokój miasta o tak nieludzkiej godzinie. Sama Yone zaś, jeżeli zechce łaskawie się obrócić, będzie mogła doświadczyć wzroku Enki, która wpatrywała się w nią swoim jedynym okiem niczym wygłodniały wilk na nieziemsko soczysty kawałek steka, którego aż szkoda nie rozszarpać na kawałeczki z czystej miłości. Matka ragarianki wciąż szła do niej energicznym krokiem, zamiast biec, rozkoszowała się bowiem każdą chwilą, szczególnie gdy sam jej uśmiech doprowadził losowego jegomościa, który wcześniej zagadał Yone, do natychmiastowej ucieczki gdzie pieprz rośnie.

Nie było przenośnią to, że głos Enki wydany przez wspomagane magią ciało rozniósł się na niemalże całe miasto. Nhato, ledwie uwolnił się od z łap różowej bestii, a usłyszał echo niemożliwego do pomylenia głosu.

Jeszcze dalej, na pewniej polanie pośród wypasających się owiec, Hakk tylko dzięki wszechobecnej ciszy zdołał usłyszeć resztkę tego, co dla centrum miasta było ogłuszającym skowytem. On też najprawdopodobniej nie potrzebował zbyt wiele czasu, by zrozumieć, kto właśnie postanowił znowu uprzykrzyć życie tutejszych.
Awatar użytkownika
Yona
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Myśliwy , Łowca , Szlachcic
Kontakt:

Post autor: Yona »

        Yona chciałaby opisać swoje życie tak, jak inne dzieciaki (tudzież nastolatkowie) to robią: sielanka, rodzina, spokój, śpiew ptaków. Radość, której ragarianka nigdy nie zaznała, śniła się jej po nocach i wręcz wołała kusząco, mówiąc; to jest możliwe. Musisz tylko mocno w to wierzyć. Tak jak nieznajomy wierzył, że jasnowłosą faktycznie obchodzą jego spekulacje na temat Rhikki i wielu, wielu Lwich, rwich, srych serc. Kobieta założyła ręce na piersiach i zaczęła coraz to bardziej okazywać wszelkie oznaki zniecierpliwienia: od znudzonego spojrzenia poczynając, przez uniesioną brew przebrnąwszy, a na srogim tupaniu nóżką kończąc. Yona nawykła już, że w tym świecie można spotkać wielu dziwaków – tym bardziej takich, którzy wykorzystają każdą okazję, żeby tylko wypuścić bezsensowny potok słów, albowiem doskwiera im samotność. Dziewczyna wywrówiła oczami w pewnym momencie, zastanawiając się, czy ona również tak skończy na starość.
        - Rhikka. Na tym się, błagam, skupmy – przerwała mężczyźnie, patrząc na niego srogo. Z całą pewnością ragarianka nie należała do cierpliwych.
        - Tak, tak, tak… Od mięsa! – skomentował nieznajomy, na co kobieta zaklaskała. "Brawo, waćpanie, właśnie oszczędziłeś nam nerwów", pomyślała.
        - Świetnie. To… - nie dokończyła. Jeszcze nim usłyszała nadchodzące niebezpieczeństwo, wszystkie włosy na ciele Yony zjeżyły się, a mięśnie napięły, gotowe uciekać czym prędzej z Rapsodii. Ragarianka zrozumiała swoje reakcje fizjologiczne dopiero wtedy, gdy usłyszała ten głos. Oczy jasnowłosej rozszerzyły się do granic możliwości, a o ile zawsze jej skóra była pięknie opalona, tak teraz dziewczyna mogłaby uchodzić za ducha. Ostatecznie nie wiadomo, czy to jej wygląd, czy to Enki wystraszyły rozmówcę Yony. Jedno było pewne: całe miasto miało traumę po pamiętnych latach panowania Enquoternate. Wszyscy, którzy zdążyli dostrzec kobietę, pochowali się w domach i zaryglowali.
Yona zdębiała. Odwróciła się do matki, której wzrok już wcześniej na sobie czuła; głodny, przepełniony ogromem emocji, których młoda ragarianka nie rozumiała. Widziała w tych oczach odbicie siebie jako przeszkody; utrudnienia wręcz. Gdyby Enki mogła, zapewne przemieniłaby Yonę w zupełnie inną osobę – gruchocząc wszystkie kości, aby poskładać je później wedle swego uznania – jakoby to mogło wpłynąć i na wychowanie dziewczyny. Dlatego też, skoro przeznaczenie nieuchronnie zbliżało się do młodej ragarianki, ta postanowiła zachować się dojrzale i odpowiedzialnie.
        - O, mama! – krzyknęła, po czym spojrzała gdzieś za plecy Enki. – O, tata!
I gdy rozkojarzona matka przez sekundę przestała zwracać na nią uwagę, Yona dała drapaka jak prawdziwa profesjonalistka. Dziewczyna jednak z tyłu głowy wiedziała, że to nic nie da: ucieczka przed Enki? Brzmi równie prawdopodobnie jak jednorożcołak. Ale przynajmniej takie coś dawało Yonie chwilę, aby wymyślić lepszy plan. Dlatego też biegła co sił, próbując odnaleźć jakiekolwiek znajome uliczki – coby nie wpaść z deszczu pod rynnę w ślepym zaułku. Pamięć dziewczyny zatem prędko wyprowadziła ją z miasta w stronę jego zalesionej części, a wóz z mięsem… Cóż. Dupek jej powinien wybaczyć i nigdy więcej nie wysyłać z powrotem do Rapsodii!

        Biegła. Pędziła, skręcając raz po raz między drzewami w różne strony, aby spowolnić Enki. Wszystkie wspomnienia natychmiast wróciły; każde uderzenie, obraza i chłód ojca na to, co się działo dookoła. Aż tu nagle, razem z widokiem znajomego pastwiska, Yonę zalała fala dawno zapomnianego ciepła. To tutaj, na tej polanie, bawiła się i śmiała, jak nigdy wcześniej w rodzinnym domostwie. Jej pierwsza ucieczka; ucieczka od rzeczywistości okrutnego dzieciństwa, które zostało jej zgotowane odkąd tylko pamiętała. I człowiek, który pomógł w pierwszej, prawdziwej ucieczce ragarianki.
        - Hakk! – krzyknęła jeszcze z daleka, dostrzegając zarys mężczyzny i nawet nie zastanawiając się, czy to faktycznie on. Biegnąca zatem w dół lekkiego wzgórza Yona mogła uchodzić za złudzenie, niemalże sen – w końcu tak długo jej nie było – gdyby nie biegnący zaraz za nią koszmar w postaci Enki. Obydwie w delikatnym odstępnie biegły prosto do pasterza. Yona dotarła zaś pierwsza i momentalnie złapała mężczyznę za ramię, jakoby był on w stanie ochronić ją przed jej własną matką. Ragarianka ledwo była w stanie złapać oddech, a nadbiegająca maszyna do bójek była coraz bliżej i bliżej. Jeszcze tylko Nhato brakowało na tym zjeździe rodzinnym. Jasnowłosa co chwilę spoglądała to na Enki, to na Hakka, to gdzieś w przestrzeń. Yona miała mało czasu, więc też pomysły jej się kończyły; jak może jeszcze z tego wybrnąć? Czy istnieje sposób, aby uchronić się przed karą w postaci kolejnej pięści weń wymierzonej?
Istniał. Ragariankę olśniło zaraz przed tym, jak Enki postawiła ostatni krok przed nimi.
        - Nie wolno ci mnie uderzyć! – powiedziała prędko, nadal dysząc. – Bo... Bo ja noszę dziecko Hakka! – skłamała w nadziei, że to zapewni jej pewnego rodzaju nietykalność. Nawet Enki nie ośmieliłaby się uderzyć ciężarnej kobiety. ”Prawda?”, zastanowiła się Yona, ukradkiem oka spoglądając na wuja z wymalowanymi w błękitnych tęczówkach przeprosinami za to, w co właśnie go wpakowała. "Błagam, brnij w to ze mną..."
        Zlot rodzinny czas zacząć na pełnych obrotach!
Awatar użytkownika
Nhato
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Inna , Przemytnik , Mag
Kontakt:

Post autor: Nhato »

Chwila spokoju szybko przeobraziła się w moment grozy, gdy do jego uszu dotarł znajomy głos. Serce zabiło szybciej, oddech przyśpieszył, a ogon zaczął nerwowo majtać to na lewo, to na prawo. Dawna miłość? Nie, to dawny gniew ponownie zapłonął. Pragnienie przepędzenie kobiety z jego terenu niemal całkowicie zaćmiło mu umysł. Już miał w głowie kilka wymyślnych tortur, które dla kogoś z przypadłością Enki byłyby podwójnie okrutne. Dlatego dopiero po dłuższej chwili dotarła do niego treść krzyków byłej żony.

- Yona… - wyszeptał pod nosem w lekkim szoku.

Niebieskoskóry nie zamierzał zwlekać. Tak długo szukał córki, a teraz miał ją praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zbiegł po schodach, prawie zrzucając jedną ze sprzątaczek. Wybiegł na podwórko i przywołał swojego mrocznego wierzchowca. Wskoczył mu na grzbiet z rozpędu i natychmiast poleciał w stronę, z której słyszał znajomy głos. Po drodze nie zapomniał poklepać Noxa po szyi, chcąc pochwalić go za posłuszeństwo. Czasem żałował, że ludzi nie można wytresować tak łatwo, jak niektóre zwierzęta.
Szybko dotarł do centrum, leciał nad dachami, ale na tyle nisko, aby doskonale widzieć ludzi krzątających się na ulicach. Nie było ich zbyt wielu, a część okiennic pozostała szczelnie zaryglowana. Doskonale rozumiał, co to oznaczało, dawna wybranka jego serca musiała tędy przechodzić i jak zwykle siała terror samą swoją obecnością. Wkrótce Nhato zauważył w oddali dwie znajomo wyglądające kobiety. Zastanawiał się, co zrobi, gdy w końcu przed nimi stanie. Enki miał ochotę potraktować solidną dawką magii, aczkolwiek w stosunku do Yony miał mieszane uczucia. Najpierw ją skarcić, dać szlaban do końca życia i przytulić, czy może na odwrót?
Niestety nie miał zbyt wiele czasu na przemyślenia, bo ledwo jego córka zauważyła swoich, rodziców wzięła nogi za pas i zaczęła spieprzać. Niebieskoskóry przewrócił oczami i ruszył za nimi. Wciąż dzieliła ich pewna odległość, więc musiał trzymać tempo. Istniało w końcu ryzyko, że w pewnym momencie może je zgubić.
Gdy Yona wraz z Enki dotarła na obrzeża, ragarianin przez moment stracił je z oczu. Zniknęły pod rozłożystymi koronami drzew. Wzniósł się nieco wyżej, licząc, że w końcu wybiegną one na otwarty teren. Powoli ruszył w stronę domu, bo miał wrażenie, że może jego dziecko poszuka tam schronienia. Niewiele się pomylił, już po chwili zauważył córkę biegnącą wprost na pastwisko Hakka. Białowłosy westchnął, jeszcze tylko jego brakowało w tym rodzinnym zjeździe.
Wymusił na Noxie, by leciał ile tylko sił ma w skrzydłach, dotarcie na miejsce przed Enki było sprawą priorytetową. Stała ona zdecydowanie zbyt blisko jego młodszego braciszka, a mężczyzna nie był na tyle naiwny, aby wierzyć, że po takim czasie ragarianka i jej pięści nadal będą omijać Hakka szerokim łukiem.
Wylądował tuż za plecami Yony w idealnym momencie. Z ziemi podniosły się kłęby kurzu od dynamicznego lądowania, a w uszach Nhato wciąż rozbrzmiewały słowa córki, które na jej nieszczęście zdołał usłyszeć. Wprowadziło to mętlik w głowie niebieskoskórego, bo przecież jak ego własny, najdroższy i ukochany brat mógłby ukryć przed nim coś takiego?!
Szybko zeskoczył z wierzchowca i dość mocno chwycił córkę za ramię, dając jej do zrozumienia, że ma przechlapane. Mimo to stanął tak, aby w razie czego ochronić nie tylko swojego braciszka, ale również i ją. Tym razem chciał wszystko zrobić właściwie. Najpierw jednak musiał wyrazić swoje zdanie na temat domniemanej ciąży.

- Co kurwa?! – wrzasnął, patrząc gniewnie, o ironio nie na Hakka, ale na Yone. Niespodziewanie Nox zarżał tak głośno, jakby sam doskonale rozumiał sytuacje i postanowił ją konkretnie wyśmiać – Hakk, to prawda? – spytał z rozczarowaniem w głosie.

Dopiero teraz mógł poświęcić uwagę swojej byłej żonie. W jego mniemaniu nie zasługiwała na choćby jedno słowo od niego, po tym, jak sama odeszła bez słowa zostawiając go samego i porzucając własne dziecko. Musiał jednak postawić sprawę jasno.

- Enki. – mruknął ponuro – Nie wiem, dlaczego wróciłaś, ale wiedz, że nie masz tu czego szukać – dodał śmiertelnie poważnie, a jasne punkty na jego ciele zapulsowały jasnym światłem. Niewiele brakowało, aby rzucił czar powalający ragariankę na ziemie, jednakże coś go powstrzymywało. Może wzgląd na dawne uczucie, o którym chciał zapomnieć, obawa przed widokiem trudnym do zniesienia dla jego braciszka, a może po prostu był ciekaw reakcji kobiety i ewentualnych wyjaśnień.

Wszędzie miał swoich ludzi, mógł zadbać o to, aby całe miasto było dla Enki nieprzychylne i w efekcie musiałaby je opuścić. Od niej samej zależało czy odejdzie później, czy rozliczą się już teraz.
Awatar użytkownika
Hakk
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Opiekun , Pasterz
Kontakt:

Post autor: Hakk »

         Wesołe jest życie pastuszka. A przynajmniej Hakk nigdy nie znalazł powodu do narzekań. Dawniej pastwisko stanowiło dlań idealne miejsce na ucieczkę od panującego w domu chaosu, oferując niczym niezmącony spokój; obecnie zaś Hakk uciekał nie przed chaosem, a przed pustką, jaką od pewnego czasu zaczął odczuwać w rodzinnych czterech ścianach. Na łące nie brakowało mu towarzystwa. Miał owce, miał Bruna, miał stałe grono adoratorek, które hojnie go dokarmiały w ciągu dnia, a urozmaiceniem tego były okoliczne dzieciaki, gotowe zawracać mu głowę przeróżnymi błahostkami. Od czasu do czasu okoliczni chłopi wołali go do pomocy przy pracach w gospodarstwie. Nie miał nic przeciwko. Generalnie lokalna ludność wiedziała, że w nagłej potrzebie zawsze można było udać się na pastwisko. I tak czynili.
         Tak też uczyniła Yona, choć tego Hakk kompletnie się nie spodziewał. Wróciwszy znad dołu, z którego wyciągnął był kolejnego nieszczęśnika, zamierzał położyć się pod drzewem i trochę zdrzemnąć. Przed południem mało kto zaglądał w tę część okolicy, a Ragarianin nadal był jeszcze nieco senny. W pierwszej chwili, gdy usłyszał znajomy głos, właściwie przeszła mu przez myśl sugestia, że śnił. Z pewnością. Musiał zapomnieć moment, w którym zasnął i przypłacił to majakami do złudzenia przypominającymi rzeczywistość. Nie widział Yony od dnia, w którym pomógł jej w ucieczce; od tamtej pory nie otrzymał od niej choćby najmniejszej wiadomości. Skąd nagle miałaby się wziąć tutaj, na jego pastwisku, tak wczesną porą? To musiał być sen.
         Ragarianin uśmiechnął się smutno. Szkoda. Brakowało mu bratanicy, która spędzała z nim niegdyś tyle czasu. Tęsknił za jej obecnością w domu, za czasami kiedy jeszcze się łudził, że ta pokręcona rodzina ma szansę wyjść na prostą. Yona była tą nadzieją. A on pozwolił jej odejść. Dla jej własnego dobra. Miał nadzieję, że gdziekolwiek się nie znajdowała i czegokolwiek nie robiła, była szczęśliwsza niż tutaj. I bezpieczniejsza. Z daleka od wszystkiego, co krzywdzące i bolesne.
         Z daleka od Enki.
         Matka dziewczyny również pojawiła się w polu widzenia Hakka, sprawiając że przeżywany sen zaczął aspirować do stania się pełnoprawnym koszmarem. Ragarianin bał się bratowej bardziej niż kogokolwiek i czegokolwiek innego. Był świadom, że gdy jeszcze z nimi mieszkała, tylko groźby Nhato powstrzymywały ją przed przerobieniem szwagra na mielonkę. Hakk nie chciał skończyć jako mielonka. Nawet we śnie.
         Uszczypnął się więc w ramię, by wyrwać się z tego absurdalnego świata… ale nic się nie wydarzyło. Yona dobiegła do niego i złapała go za ramię. Dopiero wówczas do jego umysłu, uparcie odmawiającego współpracy, wpadła myśl, że może - ale tylko może - to wszystko działo się naprawdę…? Drgnął pod wpływem nagłego fizycznego kontaktu, odruchowo wyciągając wolną rękę w stronę Yony, by w opiekuńczym geście otoczyć ją ramieniem. Nie zdążył jednak zamknąć dziewczyny w objęciach, gdy usłyszał słowa kierowane do nieubłaganie nadciągającego ucieleśnienia wszelkich koszmarów.
         Zamrugał gwałtownie oczami i rozdziawił usta tak szeroko, że aż mocujące żuchwę stawy zaprotestowały boleśnie.
         … że co?
         Nie no, to jednak musiał być sen. To wszystko było zbyt pokręcone, by mogło być prawdziwe. Yona, która pojawia się znikąd. Yona, która pojawia się znikąd i twierdzi, że jest w ciąży. Yona, która twierdzi, że jest w ciąży z nim. Litości. Co jeszcze? Zaraz pojawi się Nhato, żeby dopełnić ten radosny obrazek?
         Hakk niemal parsknął śmiechem, gdy jego przewidywania sprawdziły się w stu procentach i oto jego rodzony brat zsiadł ze swojego wierzchowca. Niemal, gdyż jego mózg był zbyt zajęty zastanawianiem się czy nie powinien czasem zacząć panikować. Nhato złapał Yonę za ramię, a ona wciąż trzymała Hakka. Mocno. Boleśnie wręcz. Ów ból stanowił ostateczny dowód na to, iż wszystko to, co tu się działo - wszystko - było całkowicie rzeczywiste, realne i prawdziwe. Yona, która pojawiła się znikąd i twierdzi, że jest z nim w ciąży. Nhato, ewidentnie wyjątkowo wkurwiony. Oraz Enki, również wkurwiona, ale w tym akurat niczego wyjątkowego nie było. Można by rzec, że dzień jak co dzień za starych, dobrych czasów. Prawie. Hakk przenosił zdezorientowany wzrok między całą trójką zebranych na jego pastwisku Ragarian, kompletnie nie wiedząc, co robić. Jego umysł zalała tak gwałtowna fala myśli i uczuć, że mężczyzna miał wrażenie, jakby ktoś wsadził mu głowę do beczki i popchnął ją z urwiska, by turlała się wesoło w dół, podskakując na kamieniach. Patrzył bezradnie, to na brata, to na jego córkę - wzroku Enki unikał jak ognia; był pewien, że to babsko mogłoby w tym momencie zabić go samym tylko spojrzeniem - szukając odpowiedzi.
         Zamiast niej dostał pytanie i to skierowane bezpośrednio do jego osoby. W pierwszym odruchu zamierzał zaprzeczyć - powinien był zaprzeczyć, powiedzieć prawdę. Że nie ma żadnej ciąży, a jeśli już, to nie jest jej sprawcą. Nie on. Litości! Nie on! Powinien był zaprzeczyć, natychmiast, tak podpowiadał zdrowy rozsądek, instynkt samozachowawczy i wszelkie inne logiczne procesy umysłowe. Zanim jednak Hakk zdołał wyciągnąć umysł z gęstej mgły dezorientacji, napotkał spojrzenie Yony. Jej błękitne oczy błagały. Przepraszały. A równocześnie były pełne strachu. Widział ten strach. On sam go czuł. Obawiał się zarówno o swoje życie, jak i o jej bezpieczeństwo. Dlaczego to zrobiła? Dlaczego to powiedziała? Akurat to, ze wszystkich możliwych rzeczy…! Hakk jeszcze nigdy nie czuł się tak zagubiony i przerażony jednocześnie. Nhato chciał wyjaśnień. Enki najpewniej chciała spuścić mu wpierdol stulecia. Yona go potrzebowała. To zdecydowanie był koszmar.
         Ragarianin otworzył usta, by powiedzieć coś, co w jakikolwiek sposób zdołałoby naprostować całe to zamieszanie, ale… nie było słów, które by to umożliwiły. Mijały kolejne sekundy, oddzielone szaleńczymi uderzeniami serca. Hakk wiedział. Wiedział, że kończy mu się czas na reakcję i jeśli czegoś nie powie, na pastwisku rozpęta się ostra jatka. Powiedział więc jedyne słowo, które od samego początku odbijało się echem w jego głowie:
         - … kurwa.
         Potem wszystko rozegrało się w ciągu paru sekund. Hakk nie czekał aż Enki skoczy na niego z pięściami; po prostu chwycił prasmoku ducha winną owcę, która niczego nieświadoma skubała kępkę trawy tuż przy jego nodze - i cisnął nią prosto w bratową. Rzuciwszy owcą w Enki, wziął Yonę na barana i salwował się ucieczką. Nieważne dokąd, byle jak najdalej od pastwiska i od pałającej żądzą mordu Ragarianki. Nawet nie patrzył, czy kobieta rzuciła się za nimi w pościg. Ani czy Nhato zatrzymał ją, czy może przyłączył się do pościgu. Biegł, gdzie go nogi poniosły, a tak się złożyło, że kierunek pokrywał się z drogą prowadzącą do miasta. Owce rozpierzchły się wokół, mimo wysiłków Bruna, który szczekał ostrzegawczo, starając się zapanować nad sytuacją. Część z nich pędziła na łeb na szyję równolegle do niosącego Yonę Hakka. Ragarianin był szybki. Nie na tyle jednak, by zdołał wymknąć się Enki, która była od niego jeszcze szybsza, nawet gdy nie miał obciążenia w postaci trzymającej go za szyję bratanicy. Szlag. Szlag, szlag, szlag. Rzucenie w nią owcą zapewne dodatkowo ją rozsierdziło. Jeśli teraz ich dopadnie… Hakk witał nieuchronną wizję dokonania żywota jako mielonka. Ale cóż, przynajmniej zginął honorowo, walcząc w słusznej sprawie.
         Czyżby?
         Zerknął na Yonę. Nadal nie rozumiał, co właściwie zaszło na polanie. Chciał ją zapytać, przed śmiercią poznać chociaż powód, dla którego się poświęcił. Nim jednak zadał pytanie, na horyzoncie dostrzegł kolorową plamę, która mogła okazać się kluczem do przetrwania. Barwny powóz…? Rydwan? Tak, wyglądało to na rydwan, którym powoził jeszcze barwniejszy mężczyzna, niespiesznie tocząc się w stronę bram miasta. No tak, jutro zaczynał się rapsodiański festiwal. Do wieczora zjedzie tutaj więcej przebierańców, ten tutaj był pierwszym. Biedaczek, gdyby po drodze zrobił postój i poszedł w krzaczki za potrzebą, być może dotarłby spokojnie do celu swojej podróży. Tymczasem spotkała go przykra niespodzianka, gdy nagle został wypchnięty z własnego rydwanu, a na jego miejsce wskoczył jakiś niebieski, rogaty chuligan z nieco mniej niebieską, acz równie rogatą panną w ramionach.
         - Wybacz druhu! - Hakk złapał wodze w dłoń i odwrócił się w stronę nieszczęśnika, który przekoziołkował parę sążni po trawie i zastygł w bezruchu, zbyt oszołomiony, by zdążyć się zdenerwować. - Mam u ciebie dług!
         Po tych słowach odjechali w blasku wschodzącego słońca.
         Teraz byli szybsi od Enki, mogli zgubić pościg. Zaraz po przekroczeniu bram miasta, Hakk - nadal z Yoną w ramionach - wyskoczył z rydwanu i puścił się biegiem w wąskie uliczki, by zniknąć między budynkami. Znał sekretne przejścia między murami i skróty, którymi mogli przemknąć niepostrzeżenie. Postawił bratanicę na ziemi, złapał ją za rękę i bez słowa pociągnął za sobą. Prosto do piekarni. Wiedział, że Lizei miała dla niego wystarczająco dużo sympatii, by pozwolić im chwilowo ukryć się na zapleczu. Nie pomylił się. Córka piekarza nawet nie pytała. Już wcześniej słyszała złowrogi głos Enki - znała go, a jakże, w tym mieście wszyscy wiedzieli, co ów dźwięk oznaczał - a teraz, widząc zdyszanego Ragarianina i jego towarzyszkę, po prostu otworzyła drzwi prowadzące do spiżarni. Przyniosła im po szklance wody, po czym taktownie wróciła do części sklepowej, dając Hakkowi i Yonie odrobinę prywatności, by mogli swobodnie porozmawiać.
         A zdecydowanie było o czym.
         Mężczyzna wypił duszkiem zawartość szklanki i odstawił naczynie na półce. Oparł o nią dłoń, drugą zakrywając twarz. Został w tej pozycji przez chwilę. Usiłował opanować oddech. W końcu, otarłszy pot z twarzy, odwrócił się w stronę Yony.
         - Co ci strzeliło do głowy?!
Awatar użytkownika
Enki
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Włóczęga , Najemnik
Kontakt:

Post autor: Enki »

        Enki już była gotowa przejść do mordobicia, ledwie kilka kroków dzieliło ją od Yony, lecz jej córeczka pokrzyżowała jej plany. Ledwie wspomniane zostało słowo “tato”, a wesołą agresję zastąpiła chłodna furia.

- Nhato?!

        Ragarianka obróciła się z nieludzką wręcz prędkością, a magia wzmacniająca jej ciało momentalnie nasiliła się do tego stopnia, że impet, z jakim ponownie postawiła stopę na drodze, wstrząsnął pobliskimi budynkami. Ból, który wywołała tak nagła akcja, połączony z szokiem, jakim była obecność jej byłego męża, sprawił, że Enki zachwiała się, ból wypełniający jej ciało przełamał się bowiem przez jej mentalne bariery i uderzył równie nagle co grom z jasnego nieba. Rogaczka musiała aż ugryźć język aż do krwi, inaczej by na głos zawyła od agonii, która wymknęła się spod jej kontrolii.

“Kurwa, opanuj się! Nie możesz być słaba w obliczu… w obliczu…?!”

        Gdy tylko odzyskała jakąkolwiek kontrolę, pierwsze co zrobiła, to wyprostowała się i zaczęła patrzeć za Nhato. Jej jedno oko spoglądało w kierunku który wskazała córka, lecz nikogo tam nie było. Rozglądnęła się nawet na boki, myśląc, że tchórz ledwie ją zobaczył, to postanowił się ukryć, ale zamiast tego zastała tylko opustoszałe ulice miasta. Dopiero gdy odwróciła się z powrotem do córki, by wypytać, gdzie on uciekł, okazało się, że córki już nie ma, a jedynym śladem po niej był wzbity w powietrze kurz i pył.

- O… Ooooo… No to się doigrałaś, młoda damo.

        Enki może i nie była świetna w tropieniu kogokolwiek, ale nie trzeba mieć dwóch oczu, by gonić kogoś, kto skupia się na ucieczce bardziej niż na byciu niezauważonym. Gdy tylko odzyskała pełnię skupienia, upewniła się, że ogień w jej żyłach i powietrze w jej płucach pulsują w rytm jej energii magicznej, po czym ruszyła w pościg, jej prędkość może i nie absurdalna, ale definitywnie ponad tym, co niewspierane magią ciało śmiertelnika mogłoby uzyskać.

- Nie możesz uciekać wiecznie!

        Sam pościg mimo wszystko był… banalny. To było miasto, w którym żyła dłużej, niż Yona miała lat, oczywiście, że znała te tereny na tyle dobrze, by nie dać się wykiwać swojej własnej córce. Może i nie zawsze wiedziała, w którą stronę biegnie jej córka, ale znaczna przewaga prędkości była wystarczająca, by nadrobić, a nawet z czasem zacząć ją doganiać. Nie było to jednak coś, co wymagało jej pełnego skupienia, nawet gdy każdy wzmocniony magią krok sprawiał, że jej ciało krzyczało o litość, której Enki nie mogła zaoferować. Tłumiąc ból w najdalszym zakamarku swego umysłu, tam, gdzie było jego miejsce, myśli Enquoternate zaczęły krążyć.

“Czemu w ogóle ją gonię?”

        Nie z tęsknoty. Tęskni się za czymś, co się straciło, a Yona opuściła ich z własnej woli, własną siłą. Enki nie była tak słaba, by nie móc przeżyć z dala od tych, którzy kiedyś byli jej rodziną, nawet jeśli na widok Yony ponownie czuła ten sam duszący ciężar, który przytłoczył ją w dniu piętnastych urodzin jej córki. Goniła, ponieważ jej córeczka zasłużyła na wpierdol.

“Za co w ogóle chce dać jej wpierdol?”

        Nie widziała jej dwa lata. Dwa lata to sporo czasu na odzyskanie sił lub zaniedbanie ich. To, że Yona nie stała w miejscu, sparaliżowana strachem, dobrze świadczyło, ale to nie było wystarczające. Nie zawsze można uciec, nawet jeśli często jest to opcją. Musiała upewnić się, że jej córka pamięta dobrze swoje lekcje, świat bowiem był o wiele gorszy niż cokolwiek, co Enki była gotowa zrobić swojej pierwszej i jedynej potomkini.

“A co dalej?”

- …

        Przerywając ten ciąg myśli, Enki zacisnęła zęby, aż te zazgrzytały. Zamiast wrócić w bezkres wątpliwości, który ją znienacka przytłoczył, skupiła się na drzewach, które unikała w pogoni za kolorową smugą, która daremnie próbowała ją zgubić między roślinnością. Drzewa nie były jej obce, miejsce bowiem w którym się wychowała było pełne roślinności, więc żaden krzew, obwisła gałąź czy nawet wystający korzeń nie był w stanie jej zatrzymać. Las nie trwał wiecznie, a gdy obydwie były poza nim, dystans między nimi był krótki i malał z każdą chwilą.

- Jeszcze jego, kurwa, brakowało! - Ryknęła Enki, gdy Yona wspomniała o Hakku, w którego to stronę już biegła.

        Enquoternate z początku nie poznała byłego szwagra. Unikała go jak ognia odkąd ona i Nhato niemal nie zamordowali się po raz pierwszy, a przez to praktycznie zapomniała jak wygląda. Gdyby nie słowa córki to by pomyślała, że to losowy pasterz, który wkrótce zostanie ofiarą pędzącej ku niemu gonitwy. Prawda jednak była inna, a co za tym idzie, Enki zaczęła ostrożnie patrzeć na boki podczas biegu, rozglądając się za starszym bratem, ten bowiem miał nadnaturalną niemal tendencje do stawania między swoją żoną a bratem w czasach, gdy jeszcze mieszkali pod jednym dachem.

“Chyba go nie ma, a to znaczy…”

        Enki, z determinacją i chęcią mordu w oczach, biegła cały czas tak szybko, jak ciało jej na to pozwalało, a gdy była kilka sekund przed spotkaniem, jej prawa ręka naszykowała się do ataku. Nie zwracała uwagi na to, jak Yona schowała się za Hakkiem, obejmując jego ramię, jakby to miało go ocalić przed pięściami matki. Była ledwie trzy kroki od ciosu, kiedy rozległ się spanikowany i zdyszany głos córki, który zwalił ją z nóg. Dosłownie.

- Ku-Agh!

        Moment, w którym znaczenie słów córeczki dotarło do Enki, był momentem, kiedy jej twarz przybrała grymas kompletnego, całkowitego zaskoczenia. To był zarazem ten sam moment, kiedy całkiem straciła panowanie nad swoim ciałem, które bez wsparcia ze strony jej silnej woli padło prosto na glebę z impetem rzuconego na podłogę mokrego makaronu. By wpadła na dwójkę z gracją kuli armatniej, gdyby nie to, że resztkami samokontroli zdołała zapanować nad swoimi kończynami i wytracić swój pęd, zatrzymując się dosłownie krok przez Hakkiem oraz jego bratanicy, która chowała się za nim jak za tarczą. O ironio w tym samym momencie eksplozja kurzu, wywołana lądowaniem Nhato, rozległa się tuż za córką ragarianki.

        Dysząc równie mocno, jeśli nie mocniej niż córka, Enki szybko zdołała zebrać się z podłogi. Najpierw zdołała uklęknąć na jedno kolano, ale chwilę później stała wyprostowana, z rękami wzdłuż swojego ciała. To, że jej pięści były zaciśnięte, a jej wzrok wypalał dziury w czasce Hakka były dowodem na to, jak wielkie są emocje, które szalały w niej w tej właśnie chwili. O dziwo nie przystąpiła do ataku. Jeszcze. Choć sądząc po ustach wykrzywionych w grymas, który zazwyczaj rezerwowała dla tych, których chciała własnymi rękami rozczłonkować, ten stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie. Możnaby pomyśleć, że nawet nie zauważyła obecności Nhato, ale to było dalekie od prawdy, jej oczy co chwila skakały między Hakkiem a jego starszym bratem, pilnując obydwu tak, jak smok pilnuje swój przyszły obiad.

        Nhato złapał córkę, ustawiając się przy tym tak, by być gotowym do walki, to bowiem że spodziewał się walki, było oczywiste. W międzyczasie zaczął domagać się potwierdzenia odnośnie tego co zostało powiedziane. Enki sama nic nie powiedziała, bo uznała, że jest w domyśle - nie jest na tyle głupia, by ślepo wierzyć w słowa własnej córki, która prawdopodobnie była gotowa powiedzieć wszystko by uniknąć pięści swojej matki. Z tego też powodu zaczęła wspierać Nhato w patrzeniu na Hakka tak mocno, aż ten samoistnie stanie w ogniu lub też przyzna się do tego, o czym mówiła Yona.

- Nhato. - Odpowiedziała byłemu mężowi, choć nie obdarzyła go swoim własnym spojrzeniem po raz kolejny, zamiast tego wciąż wpatrując się w dawnego szwagra, co by ten nie uciekł w międzyczasie. - Wpierdoliłabym ci za samo sugerowanie, że wciąż masz nade mną jakąkolwiek władzę po tym, co odpierdoliłeś… ale to może poczekać. Najpierw chcę się dowiedzieć, czy twój brat nie jest przypadkiem w potrzebie natychmiastowej kastracji.

        Nhato, jego groźby, a nawet nasilająca się energia magiczna, której była aż nazbyt świadoma, były ledwie drugoplanową sprawą dla ragarianki. Tu i teraz liczyło się tylko to, co powie Hakk, od tego zależało bowiem to jak bardzo rozpoznawalne będą jego zwłoki, gdy przyjdzie co do czego. Choć drobna część Enki była w stanie pogratulować mężczyźnie za odwagę, jeżeli faktycznie się tego dopuścił. Zapłodnić córkę własnego brata ze świadomością, że już bez tego małżonka brata, a zarazem matka tej samej córki, była gotowa go zajebać? Do tego była potrzebna albo czysta głupota, albo odwaga granicząca z szaleństwem.

        Nastąpiło kilka chwil ciszy, kiedy to Hakk zdawał się coraz bardziej panikować. W końcu pierwsze, a zarazem ostatnie słowo opuściło jego usta, w wyniku czego rozpętało się istne pandemonium.

        Ragarianka bardzo, ale to bardzo nie spodziewała się, że zostanie babcią. Prędzej świnie zaczną latać i polować na smoki, a ona sama zacznie w burdelu fujarki masować z gracją księżniczki. Ale stało się, słowa Hakka były bowiem równie jednoznaczne co nie do zakwestionowania. Panika w jego oczach była realna, jak również była realna owca, którą cisnął prosto w swoją przyszłą teściową.

- …Haha… bhahaHAHA!

        Enki tak bardzo nie spodziewała się owcy, że gdy ta w nią uderzyła, to padła na ziemię, przyciśnięta przez wełnę i ciężar spanikowanego zwierzęcia. Cios zwierzęciem był bolesny, jak również sam upadek, ale jej śmiech nie był spowodowany jej okazjonalnymi tendencjami do masochizmu, a absurdem całej tej sytuacji. Mimo wszystko nie chciała zwlekać, było oczywiste bowiem że Hakk i Yona chcieli wykorzystać chwilę zamieszania, by spierdzielić z dala od Nhato i Enki.

        Jako matka i przyszła babcia, ragarianka nie mogła na to pozwolić, dlatego też z łatwością podniosła przerażoną owcę, a następnie samą siebie. Zamiast wyrzucić zwierzę i mieć z nim spokój, postanowiła chwycić te pod pachę i trzymać je tam, nawet jeśli to żałośnie beczało i zaczęło machać kończynami w nadziei, że uwolni się ze szponów tej humanoidalnej bestii. Szybko rozglądnęła się, dzięki czemu zauważyła że Hakk, z Yoną na swych barkach, wracał ku bramom miasta, oddalając się w zaskakująco żwawym tempie nawet mimo towarzyszącego im chaosu biegających dookoła owiec. Dystans wciąż nie był zbyt spory, więc Enki pozwoliła sobie spojrzeć w stronę Nhato, który pewnie tak jak ona nie dowierzał temu, czego się przed chwilą dowiedział.

- Tak na wypadek, gdyby to nie było oczywiste, to na pewno twoja wina. - Powiedziała w stronę swojego byłego męża, jej głos już ani nie wściekły, ani nawet zadowolony. Będąc sama w obliczu swojego męża, musiała ona zdusić nie tylko pulsujący od niedawnych wydarzeń ból, ale i również burzę emocji, z którymi nie chciała się teraz użerać. - Choć muszę przyznać, że nie wiem, czy być wkurzona na to, że zrobili to bez naszej wiedzy, czy też pochwalić ich za iście smocze jaja potrzebne do tego by nie dość, że zrobić sobie bachora to jeszcze, by uciekać, zamiast błagać od razu o litość… Nie, żeby to cokolwiek zmieniło, przy najbliższej możliwej okazji wytnę chuja Hakkowi tępym kamieniem i nawet ty mnie przed tym nie powstrzymasz.

        Enki już miała ruszyć w gonitwę, zostawiając swojego męża w tyle, lecz coś z tyłu jej głowy ciąż gryzło ją coś, co sprawiło, że zamiast tego patrzyła, jak dwójka kradnie rydwan i wjeżdza do miasta.

- Pewnie nie pamiętasz tego, nigdy nie pamiętałeś o tym, co trzeba… Ale szarlatani, których zatrudniłeś do opieki nad moją ciążą, twierdzili, że nadmiar stresu szkodzi. Chuja się znali, skoro ja dałam radę, ale Yona jest… Delikatna. - Nie kryła obrzydzenia przy wymawianiu ostatniego słowa. Jej córka, w porównaniu do niej, była ze szkła. Była tak już zanim ich rodzina się rozpadła i po tym, co się dzisiaj stało, Enki nie sądziła, by to uległo jakiejkolwiek zmianie. - Też na wpierdol zasłużyła, i to srogi, ale jestem w stanie poczekać aż do porodu. A skoro nie możemy ich gonić w obawie przed uszkodzeniem przyszłej matki…

        Podeszła do niego, tak blisko by mogła go szturchnąć w klatkę piersiową palcem wskazującym, co też zrobiła, a czemu towarzyszyło beczenia owcy, którą wciąż trzymała przy sobie z jakiegoś powodu, którego nawet ona sama nie znała.

- Jakim. KURWA. Cudem. Mogłeś. Na. To. POZWOLIĆ. - Z każdym słowem szturchała go mocniej, aż za ostatnim razem to jej pięść wylądowała na nim. Nie było to uderzenie, a przynajmniej nie było to uderzenie godne Enki, Nhato bowiem wciąż nie miał połamanych kości. - Zesrałeś się prawie za każdym razem, gdy podeszłam blisko Hakka, można by pomyśleć, że swoje własne oczy w dupę mu wsadziłeś, a nie zdołałeś zauważyć, że spędzał z nią czas i to na tyle długo, że zdołał wyruchać naszą córkę?! Mam ochotę urwać ci łeb z kręgosłupem i użyć tego jako kija, którym zabije twojego brata, gdy tylko Yona nie będzie patrzeć!

        Widać było, że nie kłamała, jej oczy bowiem i poza sugerowały, że była o krok od tego, by jej słowo zamordowanym ciałem Nhato się stało, ale coś ją wciąż powstrzymywało.

- Ale zanim do tego dojdzie, zrobisz to, kurwa, co przez tak wiele lat nie robiłeś i zadbasz o to aby Yona i jej dziecko były jebanym centrum twojego wszechświata. Chuja mnie obchodzi czy będziesz musiał zbankrutować całą swoją organizację lizodupów, czy podbić resztę Alaranii w samych gaciach. To, że chujowy z ciebie był mąż i jeszcze gorszy ojciec nie znaczy, że nasze wnuki mają ponosić konsekwencje twojej niekompetencji. Jeśli będzie trzeba, to sama ci doszyje jaja, bo tych zawsze ci brakowało, gdy przyszło co do czego!
Awatar użytkownika
Yona
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Myśliwy , Łowca , Szlachcic
Kontakt:

Post autor: Yona »

        Owce. Na polanie było dużo owieczek. Większość takich śnieżnobiałych, parę popielatych, o, a jedna nawet miała lekko brązowe zabarwienie. Początek tegoż postu to próba ucieczki głównej bohaterki od rzeczywistości, która w pewnym momencie uderzyła ją, nim ledwo czwarte uderzenie serca wybiło i pozwoliło kobiecie wrócić na ziemię.
        Bum-bum. Nhato, którego nie tyle co Yona wykrakała, to jeszcze jego obecność odczuwała już od dłuższej chwili. Jego silna dłoń zacisnęła się na ramieniu jasnowłosej, a ta syknęła, zaciskając palce mocniej na ręce wuja. Ojciec kobiety nie zważał na już powstały chaos tej sytuacji, dołożył zaś swoją cegiełkę do niego. Ragarianka nie wiedziała, co powinna zrobić. Wyrwała się Nhato, obrażonym głosem rozpieszczonej księżniczki reagując jeno „hmpf!” na jego zdenerwowany ton.
Bum-bum.
        Enki upadła. Żywcem Yona miała nadzieję, że upadek pozbawił jej matkę przytomności, lecz widocznie to było marzenie ściętej głowy. Jej głowy, przewieszonej przez ramię Enki jako nowa torebka na czaszki swych ofiar. Błękitnooka przełknęła ślinę, wyobrażając sobie takową sytuację.
        Bum-bum. Walka na spojrzenia. Ragarianka uciekała przed wzrokiem swoich rodziców, łapiąc rozbiegane spojrzenie Hakka. Stres ją przerastał. Zaczęła się trząść, jakoby wyczytała z twarzy wuja, że zaraz oboje skończą jako modne dodatki, a to wszystko z jej winy. Zwłaszcza że Enki już zaczęła im grozić, a to zwykle zapowiadało gorsze rzeczy niż te, które padały z ust ciemnowłosej.
        Bum-bum. Hakk przeklina, rzuca owcą w Enquoternate, a następnie Yona ląduje mu na plecach i razem spieprzają przed tym chaosem.
        „…Co”, pomyślała Yona. Nawet nie zdążyła w końcu dla rozproszenia strachu doliczyć się ciemniejszych owiec. Zwierzęta gnały z nimi jak szalone, a kobieta nie była w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Po prostu znowu musiała uciekać, lecz tym razem przynajmniej miała towarzystwo w tej niedoli. Chociaż tyle. Hakk zawsze dbał o to, żeby Yona mogła poczuć przynajmniej skrawek bezpieczeństwa w tym domu, lecz zawsze również pilnował, aby w nim została. To on był w pewnym sensie spoiwem tej rodziny, więc logiczne, że starał się o nią troszczyć, jak tylko mógł.
        Lecz w dniu piętnastych urodzin Yony pomógł ragariance uciec. Tego dnia coś w tej rodzinie pękło. Więzy, które trzymały wszystkich przy sobie, rozpadły się z czystego zrządzenia losu – bowiem nie można wskazać, czyja dokładnie to była wina, ponieważ wszyscy odegrali w tym swoją rolę. Yona była jak laleczka z kryształu – delikatna i zbyt emocjonalna, niezdolna przetrwać w tej rodzinie. Nhato wiecznie oddawał się pracy, można go określić jako wiecznie nieobecnego w domu, mimo że nigdzie nie wychodził. Enki kochała zaś siłę, ceniła zasadę pięści i chciała to wpoić pozostałym. Jedynie Hakkowi jasnowłosa nie mogła nic zarzucić. Był jej idealnym wujciem.
        „Nic dziwnego, że pewnie miał nas… mnie dość”, przeszło jej przez myśl, gdy mężczyzna akurat na nią zerknął. Instynktownie odwróciła wzrok, nie skrywając nawet miny zbitej owieczki.
Te owce bowiem będą się jej śnić później po nocach.
        Hakk pomógł Yonie uciec z tego bajzlu. Teraz ponownie ją wyciągał z niego. Ragariankę na tyle przytłoczyło poczucie winy, że nie wiedziała, co powie, gdy w końcu znajdą jakieś bezpieczne miejsce. O ile takowe kiedykolwiek się znajdzie – kobieta nie wiedziała już, czego bardziej się obawiać; rozmowy z wujem czy konfrontacji z rodzicami odnośnie ciąży.
Ciąży!
        ”O jasny centaurze niedochędożony!”, uderzyło ją. I co potem? Co zrobi? Jak to wyjaśni? Trzeba będzie wymyślić naprawdę ładną historyjkę.
A tymczasem trzeba uciekać. I to prędko.
        - Przepraszamy! – krzyknęła w stronę kolorowego pana, od którego jawnie brutalnie i szybko pożyczyli rydwan. – I dziękujemy!

***

        Gdyby wziąć pod uwagę, ile owiec znajdowało się na polanie, Yona mogłaby uznać, że po ich liczeniu znajduje się w głębokim transie dość podobnym do snu. Zmęczenie związane z niewyspaniem, ucieczką i dość wczesną porą sprawiały, że kobieta ledwo zarejestrowała następne chwile w swoim życiu. Ledwo powłóczyła nogami za Hakkiem, gdy ten w końcu postawił ją na ziemi. Ragarianka pamięta tylko, jak zmierzyła wzrokiem kobietę, która wpuściła ich do piekarni i pozwoliła skryć się na zapleczu bez słowa. Nieufność jasnowłosej objawiała się wszędzie, czego kobieta nie ukrywała nawet mimo wyczerpania psychicznego. Tym bardziej właśnie, że była wykończona. Skinęła jednak głową za szklankę wody w podzięce i upiła pół.
        Słowa Hakka odczuła na sobie niczym uderzenie obuchem. Rzeczywistość w końcu nań spadła, przypominając, że powinna coś zrobić. Coś powiedzieć, jakoś zareagować. Musiała wytłumaczyć swój szalony pomysł, aczkolwiek było to trudniejsze, niż wcześniej zakładała. Yona ponownie wzięła solidny łyk wody, jakby próbując odwlec tę chwilę w czasie, lecz nie mogła wiecznie uciekać. Spojrzała na Hakka smutno.
        - No przepraszam, nooooo! – rzekła, a odłożywszy szklankę na ziemię, zasłoniła uszy przed dźwiękiem własnego poirytowanego głosu. – Spanikowałam, dobrze? Nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć, żeby nie dostać w pysk za byle co! A może nawet moja matka nie sprałaby dziecka, więc to wyglądało na najbardziej logiczne rozwiązanie w tej chwili. Jeju, przepraszam. – Odwróciła wzrok. Teraz wszystkie emocje brały górę ponad logikę, więc i wypowiedzi kobiety wydawały się bełkotem szaleńca. Najbardziej zaś jej próby wytłumaczenia wujowi, co w ogóle się stało.
        - No bo to było tak, że Dupek kazał mi znaleźć Rhikkę z Lwich serc, ale to burdel i wtedy Enki się pojawiła, no to ja w długą pobiegłam przed siebie, ty stałeś na polanie i ciebie nigdy nie uderzyła, ale że nie było taty, to mogła chyba, więc żeby nas chronić, zrobiłam nam wyimaginowane dziecko, a ty rzuciłeś w moją matkę owcą i chyba jesteśmy uratowani. – Z każdym słowem wypowiedź Yony zdawała się nabierać tempa, jak i jej nogi zdawały się przenosić ją coraz szybciej z kąta w kąt. Ragarianka starała się opanować chaos w swojej głowie, zatem prędko w niby żartobliwym tonie dodała: - …A zawsze wiedziałam, że byłbyś lepszym tatą niż mój aktualny ojciec, więc ta-daa...! – Trudno ostatecznie opisać zmieszanie, jakie malowało się na twarzy jasnowłosej. Ostatecznie zaś ponownie zmęczenie wzięło górę. Yona westchnęła przeciągle, a następnie oparła się o ścianę i w taki sposób zjechała na ziemię do pozycji siedzącej. Otuliła kolana i schowała weń twarz, próbując się w jakikolwiek sposób uspokoić. Prędzej czy później musiała stawić czoła rodzinie. Wytłumaczyć się albo nadal brnąć w to kłamstwo.
        - Ja to odkręcę, Hakk – powiedziała cicho. – Tylko proszę, nie wkopuj mnie. Ucieknę znowu na parę lat i może się uda… - bełkotała. Już nie wiedziała, jak bardzo kończą jej się opcje. Ukradkiem zerknęła na wuja.
        - Wybacz mi, że wróciłam – dodała. Nadal miała z tyłu głowy, jak bardzo tej rodzinie dobrze było osobno. Mimo że trudno było się ragariance do tego przyznać, tęskniła. Za nimi wszystkimi. Za Nhato, którego nie było przy niej – za nim najbardziej. Nadal chciała jego uwagi, ale na pewno nie w taki sposób. Za miłością, którą czasem potrafiła okazywać jej matka. Za Hakkiem i jego radością, którą szło się zarazić w tej rodzinie. Aż w końcu wszystko to spieprzyli i aż w końcu Yona uciekła z pomocą wuja.
        Pragnęli prywatności, lecz trudno chyba było o takową w tym państwie. Z cienia wyłonił się rosły mężczyzna, który przykuł uwagę ragarianki jedną istotną rzeczą. Był cały pokryty ziemią i miał liczne zadrapania. Na dodatek wpatrywał się w Hakka z niedowierzaniem. Yona wstała na równe nogi, obserwując nieznajomego. Ile jeszcze osób skrywało się w spiżarni tej prukwy z piekarni?
        - Ty…! – Mężczyzna wskazał na Hakka. Jasnowłosa zdążyła zaś szepnąć do swego towarzysza jedno zdanie, które i ją zgubiło.
        - Wuju, kto to?
I nagle pojawiło się olśnienie. Biedny Hrenon już wiedział, z kim rozmawia i o kim podał wcześniej błędne informacje. Wybiegł ze spiżarni z impetem, jakby przestraszył się obojga ragarian.

        Biegł podać tym razem dobre informacje, ignorując strach przed Enki, złość Nhato i wkopanie Hakka.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Rapsodia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości