Iruvia[Iruvia i otaczający ją las] Niedokończone Sprawy

Wielkie, elfie miasto położone w samym środku Lasów Eriantur. Piękne i obszerne budowle z kamienia wkomponowane są idealnie w leśny klimat. Pałac królewski wybudowany z drewna, białego kamienia i kryształu góruje nad drzewami, a z okien wież rozciąga się przepiękny widok na gęstą puszczę.
Awatar użytkownika
Constantin
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Zabójca , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Dlaczego w ogóle jej to opowiedział? Nie był pewien. To była zwyczajnie dość zabawna historia, a akurat Shyilia była jedyną osobą, której właściwie ufał na tyle, że mógł dzielić się z nią nawet takimi rzeczami ze swojego życia. A to zaufanie z kolei pojawiło się z racji tego, że nie byli sobie nieznajomi. Nie widzieli się przez jakiś czas i oboje mogli się zmienić – i możliwe, że tak się stało – ale ich relacja w pewnym sensie odżyła w obojgu. A razem z nią także wzajemne zaufanie, przynajmniej większe niż takie, którym Constantin obdarzył kogokolwiek od momentu, w którym on i Shyilia spotkali się pierwszy raz.
         – Po pierwsze, musisz mieć tyle ruenów, żeby zapłacić cenę za zajęcie całej balii wyłącznie dla siebie, mimo że przeważnie mieści ona kilka albo nawet kilkanaście osób. Drugą, ważną rzeczą jest to, żeby w danej łaźni był duży ruch. Płacisz, przebierasz się, idziesz do „swojej” balii i czekasz. Na pewno nie ma pewności, że zjawi się ktoś, kto będzie miał do ciebie pretensje i pomyśli, że pozwolisz mu skorzystać ze „swojej” balii za darmo, ale zawsze jest taka możliwość – odparł. Nie dawał gwarancji, że to zadziała, nikt nie mógł mieć takiej gwarancji. Trzeba było po prostu mieć to „szczęście”, żeby właśnie tobie się to przytrafiło. Oczywiście, jeśli nie było się pewnym swoich umiejętności walki, zwłaszcza walki wręcz, to nie było warto szukać w ten sposób zaczepki i szansy na wyperswadowanie komuś pięścią tego, że osoba ta jest idiotą. Zbyt pewnym siebie i swoich przekonań idiotą.
         – Ja na pewno się tam przejdę, ale nie po to, żeby nadal szukać kłopotów, a tylko po to, żeby zrobić to, co przeważnie robi się w takich miejscach. Odświeżyć ciało, może się zrelaksować – dopowiedział jeszcze, ale nie dodawał, że najpewniej będzie to robić wtedy, gdy Shyilia będzie chciała umyć się w tym pokoju albo, gdy może będzie potrzebowała czasu dla siebie lub w samotności, a on nie będzie miał co ze sobą zrobić.
        „Masz też nas” – usłyszał w głowie znajomy głos, który należał do jego matki.
        „Wiem. Dlatego, póki co, nie mogę powiedzieć, że kiedykolwiek będę naprawdę samotny” – odpowiedział jej, dość łagodnie jak na niego zresztą.
        „Póki co?” – usłyszał pytanie, którego się spodziewał. Niekiedy wydawało mu się, że oni – zwłaszcza matka – uważali, że nie do końca są martwi i, że mają tu coś więcej do zrobienia i powiedzenia.
        „Tak, kiedyś w końcu pozbędę się was wszystkich z mojej głowy i zapanuje w niej spokój” – odparł poważnie. Był to też jednocześnie koniec tej krótkiej rozmowy, może słowa te ją zszokowały, choć jego akurat by to zdziwiło. Przecież nie był to pierwszy raz, gdy otwarcie lub mniej wspomniał któremuś z nich, że ma w planach usunięcie ich ze swojego umysłu.
W tym czasie też, rozmowa jego i Shyili się skończyła, a oni zaczęli przygotowywania do odpoczęcia. Jemu przypadła podłoga, a właściwie sam obrał ją sobie za miejsce, w którym spróbuje zasnąć. Podłoga i to, co sobie na niej ułożył, żeby było wygodniej.
         – Dobrze, że o tym wspomniałaś, bo zacząłbym się do ciebie dobierać, gdy tylko zobaczyłbym, że śpisz. Po takiej groźbie nawet nie znajdę się w pobliżu łóżka – odpowiedział jej jeszcze, zaczepnie zresztą i żartobliwie. Uśmiechnął się nawet, co właściwie było słuchać w jego głosie, gdy wypowiadał pierwszą część tego zdania. Oczywiście, nie miał zamiaru zrobić niczego takiego, nawet przez głowę by mu to nie przeszło, jednak nikomu nie zaszkodzi takie drażnienie się tuż przed snem, prawda?

Krótko po tym i po tym, jak życzyli sobie dobrego snu, postanowił, że i on zaśnie. Tylko, że zwyczajny sen nie chciał przyjść, może też przez porę dnia, jaka była na zewnątrz. Dlatego postawił na medytację, choć ostatecznie skończyło się na tym, że i tak zasnął na siedzącą. Z poduszką pod plecami, które oparł o ścianę.
Czasem nawiedzały go sny związane z tym, czym zajmował się kiedyś. Z podpalaniem. Teraz tego nie robił i, choć nadal zajmował się pracą najemniczą, to o wiele ciekawsze było dla niego podróżowanie i zajmowanie się różnymi rzeczami, którymi akurat było trzeba zająć się w mieście, do którego zawitał. Przy okazji też, gdy nie zajmował się pracą i jej poszukiwaniami, szukał czegoś innego – osoby, która będzie w stanie pomóc mu z „przypadłością”, która dotknęła jego umysł.
Tej nocy, gdy zasnął w pozycji siedzącej, miał właśnie taki sen. Nie wiedział, gdzie znajduje się podpalany właśnie przez niego magazyn, bo za każdym razem, gdy się rozejrzał, otaczało go coś innego – jakby za każdym razem przenosił się do innego miejsca. On i budynek. Udało mu się go podpalić i to nawet nie wszedł do środka. Łatwa i szybka robota, za którą zgarnął ciężką sakiewkę. Nagle perspektywa zmieniła się i patrzył oczami kogoś, kto znajduje się w magazynie. Czuł emocje kogoś, kto dostrzega, że budynek nagle zaczyna płonąć i nie da się go ugasić – nie da się też wyjść z magazynu, bo wejścia są zablokowane…
Nagle otworzył oczy i stało się to w momencie, w którym ogień zbliżał się do osoby, której oczami patrzył. Niemalże czuł na skórze narastające ciepło, czuł duszący dym napływający do ust i nosa, ale też gdzieś w oddali słyszał głos, który mówił mu, że to tylko sen.

Westchnął, gdy rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że znajduje się w karczmie, a nie w płonącym magazynie. Dostrzegł, że Shyilia też już nie śpi. Przeciągnął się, ukrył tym przed nią to, że mogło śnić mu się coś, co niekoniecznie mu się spodobało. Co mogło wywołać w nim jakieś emocje.
         – Idziemy najpierw coś zjeść? - zapytał. Czuł zbliżający się i narastający głód. Zaczął się ubierać, zabierać rzeczy, które uznał, że mogą przydać się później… czyli właściwie wszystko, co przeważnie ze sobą nosił.
Awatar użytkownika
Shyilia
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Gdyby kilka godzin temu ktoś zapytał Shyilię, co będzie dzisiaj robić przed zaśnięciem, elfka - o ile nie kazałaby tej osobie kulturalnie się odstosunkować - mogłaby wymienić kilka prawdopodobnych scenariuszy. Ale nie spodziewała się, że będzie klęczeć przy balii, rozmawiając o nagich czarodziejach wszczynających burdy w okolicznych łaźniach. Czy może raczej, jeśli dać wiarę słowom Constantina, stających się ofiarami takowych. Dość brutalnymi ofiarami. Po tym, jak na dole pozwoliła się wytrącić z równowagi i rozzłościć, nie przewidziała również, że coś będzie w stanie poprawić jej humor na tyle, aby ponownie wdać się w przekomarzanki z towarzyszem. A jednak, obie te rzeczy stały się rzeczywistością, w dodatku taką, na którą Shyilia nie zamierzała narzekać.
         Odwróciwszy wzrok od mężczyzny, jednocześnie ciągle go słuchając, wzmocniła chwyt na materiale pranej koszulki, by wykręcić ją z nadmiaru wody. I zastygła na chwilę w tej pozycji. Analizowała w myślach rozbudowaną odpowiedź Constantina, mając wrażenie, że coś umyka jej świadomości. Zmrużyła oczy. Odciśnięta z ubrania woda ściekała po jej rękach, kapiąc na podłogę i wsiąkając w koszulę, którą elfka aktualnie miała na sobie. Instrukcja obsługi łaźni? O czym on, do cholery, gadał?
         Och.
         Zrozumiała. Jej żart chybił - ale cóż to było za chybienie! Shyilia poczuła się, jakby cisnęła kamień w kogoś stojącego na wyciągnięcie ręki i ten ktoś jakimś cudem zdołał zrobić unik. Z niedowierzaniem pokręciła głową, uśmiechając się półgębkiem.
         - Bardzo panu dziękuję za tę garść bezcennych informacji.
         Gdyby akurat szukała kłopotów - a w tym momencie nie szukała - doskonale wiedziała, gdzie je znaleźć. Mając do wyboru bójki w ciemnych zaułkach, ubrana, i w miejscach publicznych, tak jak ją Prasmok stworzył, zdecydowanie wolała ciemność i ubrania. Zgodziła się więc z dalszymi słowami Constantina - jak już wybrać się do łaźni, to po to, by tam odpocząć. Wszak walk i rozlewu krwi miała wystarczająco na co dzień; należało oddzielać życie prywatne od zawodowego, prawda? Branie zleceń we współpracy ze starym znajomym to była przecież insza inszość. To było… maksymalizowaniem obopólnych korzyści przy stosunkowo niskim ryzyku. Tak przynajmniej widziała to Shyilia. Albo tak chciała to widzieć.
         Musiała przyznać, że na razie, abstrahując od tego jednego incydentu w karczmie, dosyć przyjemnie spędzała czas. Całe szczęście, że wtedy w lesie nie poderżnęła Constantinowi gardła; nawyk obejrzenia twarzy ofiary przed popełnieniem morderstwa jednak miał swoje zalety. W większości przypadków dawanie przeciwnikowi możliwości reakcji kończyło się kontratakiem z jego strony, co potrafiło być problematyczne. Ale czasem… Najwyraźniej czasem wychodziło to na dobre.
         Identycznie rzecz się miała z niestosownymi żartami. Niekiedy wywoływały niezręczne sytuacje lub też nie trafiały celu, innym zaś razem zapewniały godziwą rozrywkę. Ten kolejny, rzucony naprędce przez elfkę, ostatni już przed zaśnięciem, zaliczał się do tej drugiej kategorii. Otrzymała dokładnie taką ripostę, na jaką sobie zasłużyła. Nie otwierając już oczu, zamruczała pod nosem coś niezrozumiałego nawet dla niej samej i uśmiechnęła się.
         - Rozsądna decyzja.
         I z tą puentą zanurzyła się w krainę snu, w której nie istniały rozsądne decyzje.
         Tylko złe i gorsze.

         Po przebudzeniu nie czuła się najlepiej. Odnosiła wrażenie, że chłód podmiejskich kanałów nadal przenikał jej ciało. Nie drżała, ale pod materiałem koszuli miała gęsią skórkę. Zdawało jej się, że w powietrzu wciąż unosi się swąd palonego ciała. Jej twarz wykrzywił grymas zniesmaczenia. Ze wszystkich snów, jakich ostatnimi czasy doświadczyła, ten niósł ze sobą najbardziej nieprzyjemną mieszankę emocji. Shyilia nie wierzyła takie bzdury jak prorocze sny czy inne mistycyzmy, mimo to nie mogła się pozbyć resztek niepokoju, które wyimaginowany Riyenes - niech go wszystkie piekła pochłoną - zaszczepił w jej umyśle. Zerknęła na Constantina, niemal - niemal - pewna, że czarodziej tkwił w tym samym miejscu i wypuściła powietrze z płuc. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu wstrzymywała oddech.
         Przyglądała się mężczyźnie przez krótką chwilę, korzystając z faktu, iż ten spał i nie mógł nijak tego skomentować. Poczuła ulgę. Nie widział jej w tym stanie, kiedy na moment straciła zimną krew i obudziła się z bronią w dłoni. W przeciwnym razie takie zachowanie pewnie zrodziłoby szereg pytań, na które elfka nie chciała odpowiadać. Ani przed Constantinem, ani przed samą sobą. Kiedy zyskała pewność, iż czarodziej nie wyglądał, jakby miał się w najbliższej chwili obudzić, naciągnęła koc na plecy, okrywając się nim w całości, a będąc już pod nim, podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami. Wbiła wzrok w wiszące nad komodą lustro i posłała kobiecie naprzeciw wojownicze spojrzenie. Toczyły bitwę, która pierwsza odwróci wzrok i, rzecz jasna, zrobiły to w tym samym momencie. Uporczywe myśli próbowały sforsować barierę w głowie Shyilii, a ta wkładała całą siłę woli, by im na to nie pozwolić.
         Skupiła się na tym tak mocno, że na pewien czas zastygła w całkowitym bezruchu, z którego wyrwał ją dopiero dźwięk z otoczenia, sugerujący, iż jej towarzysz również się obudził. Odwróciła głowę w jego stronę, opierając policzek na swoich kolanach.
         - Świetnie, że wstałeś. Zaczynałam się już nudzić.
         Oczywiście, że uciekła w sarkazm. To było znajome i bezpiecznie. Ale w jej głosie zabrakło zwyczajnej zadziorności; brzmiał jakoś tak… bez przekonania. Odchrząknęła cicho, przyglądając się beznamiętnie dalszym poczynaniom czarodzieja. Myślami błądziła gdzieś daleko, na granicy snu i jawy. Ledwo zarejestrowała jego pytanie. Skarciła samą siebie za to, że dała głupim podszeptom podświadomości tak mocno na nią wpłynąć.
         - Dobra - zgodziła się z propozycją posiłku. Odrzuciła na bok koc i usiadła na brzegu łóżka. Zerknęła ponuro na swoje ubrania. Wyglądały na niedosuszone. - Idź pierwszy i załatw jakieś jedzenie. Nie jestem tak wspaniałomyślna, żeby dać się oglądać nago dwa razy w ciągu jednego dnia.
         Chociaż mówiła półżartem, na jej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu, unikała też kontaktu wzrokowego. Nie była w nastroju do rozmów. Najchętniej od razu poszłaby w miasto i wyładowała swoją złość - a razem z nią inne negatywne emocje - w jakiś fizyczny sposób, najlepiej związany z przemocą, ale Constantin miał słuszność. Powinni najpierw zapewnić organizmowi świeżą dawkę składników odżywczych. No i…
         - Mieliśmy rozwalić łóżko.
         Wstała w końcu, oparła dłonie o lędźwie i przeciągnęła się dwukrotnie, po czym sięgnęła po wiszące najbliżej na ramie łóżka spodnie. Zgodnie z jej wcześniejszymi przypuszczeniami, były jeszcze wilgotne. Shyilia zaklęła pod nosem. Nie przepadała za mokrą odzieżą, tym bardziej skórzaną, którą nie dość, że ciężko było założyć, to jeszcze przy nieodpowiednim ruchu wydawała irytujące skrzypiące dźwięki. Skrytobójczyni nie miała jednak większego wyboru, jako że posiadała tylko jeden komplet ubrań. Ich wilgoć sprawiała, że jej humor stał się jeszcze bardziej parszywy i gdy doszło do tego uczucie głodu, kobieta znalazła się na skraju furii. Gdyby Daya postanowiła pojawić się teraz w jej polu widzenia… cóż, mówiąc oględnie, mogłoby skończyć się to bardzo niesympatycznie. Na szczęście nie doszło do takiej sytuacji. Shyilia ubrała się pospiesznie i wyjąwszy z torby owinięty pergaminem węgielek, obrysowała oczy czarną kreską.
         To trochę poprawiło jej samopoczucie. Im bardziej nieprzystępnie wyglądała, tym pewniej się czuła. Jedno mroczne spojrzenie i potencjalne upierdliwości, o ile posiadały choć trochę rozumu tudzież instynktu samozachowawczego, wolały nie wchodzić jej w drogę.
         Przerzuciła torbę przez ramię i zamknąwszy drzwi na klucz - chociaż w zasadzie nie było nawet takiej potrzeby, gdyż praktycznie cały dobytek i tak wzięli ze sobą - zeszła na dół. W karczmie zrobiło się tłoczniej, czego można było się spodziewać o tej porze. To skrytobójczyni nieszczególnie się podobało, ale nie zamierzała z tego powodu rujnować Einarowi biznesu. Starając się nie zwracać na siebie uwagi, dołączyła do towarzysza. W milczeniu skrzyżowała ręce na piersi; nie wiedziała w zasadzie, co mogłaby powiedzieć. O ile zdarzało jej się miewać towarzystwo przy kolacji, o tyle śniadania prawie zawsze jadła sama, nie nawykła więc do “porannych” pogawędek przy kawie. Jeśli już musiała rozmawiać, wolała popijać przy tym coś o większym stężeniu alkoholu. Teraz jednak nie była na to odpowiednia pora. Shyilia nie piła przed pracą. W trakcie, jeżeli ułatwiało to wykonywanie zadania, owszem. Ale nie przed. Nawet jeśli miała na to ochotę.
         Tak jak teraz.
         Niebiosa, miała wielką ochotę odłożyć wszystko na bok i zmarnować tę noc, zupełnie bezproduktywnie i hedonistycznie, tak żeby nie myśleć przez chwilę o krucjacie, o goryczy życia, ukrywaniu się, i o głupich snach. Gdyby była sama, możliwe, że posłuchałaby pragnienia i oddała się wątpliwej moralnie prokrastynacji. Chociaż… gdyby była sama, część powodów tego pragnienia nigdy by nie zaistniała. Pomiędzy łykami kawy zerkała na Constantina.
         “Nie nauczyłaś się jeszcze, że zawieranie sojuszy zawsze niesie ze sobą ryzyko?”
         Zacisnęła dłoń w pięść, gdy do jej głowy wróciło to zdanie. (Całe szczęście, że tym razem nie trzymała żadnej szklanki.) Co jak co, ale akurat tę lekcję zdążyła boleśnie przyswoić już dawno temu, a wypominanie jej tego przez zdrajcę było okrutnym żartem, który podarował Shyilii jej własny umysł. Znała ryzyko. Wiedziała, że takowe podejmuje. Ale nie była tą samą naiwną elfką, co kiedyś. Od tamtej pory stała się silniejsza. Znacznie mniej ufna. Za to znacznie bardziej bezwzględna. Zrozumiała, że bezpieczniej jest przyjąć założenie, iż każdy wokół ma wobec ciebie złe zamiary. I trzymała się tego. A Naxam… Pojawił się ponownie na jej drodze i swoją obecnością mimowolnie zakwestionował prawdziwość tej tezy. Czy był wyjątkiem potwierdzającym regułę, czy też stanowił jej zaprzeczenie - to Shyilię nie obchodziło. Liczyło się to, że świadomie podjęli decyzję o nawiązaniu współpracy i jak dotąd nie pojawił się żaden powód, by ją zerwać. Za to powodów do kontynuacji znalazłoby się co najmniej kilka.

         - Chodźmy zagadać tego gościa od winiarni - odezwała się po skończonym posiłku. Zabrzmiało to dosyć autorytarnie, ale, jak powszechnie wiadomo, zabójczyni nie należała do przesadnie uprzejmych osób. I tak zamierzała szukać tropów wampira podczas jakiegoś zlecenia, gdyż taki zazwyczaj był jej sposób działania, a likwidacja tajemniczego szkodnika była równie dobra, jak każda inna robota.
         Nawet lepsza o tyle, że darmowym trunkiem nikt przy zdrowych zmysłach raczej by nie pogardził. Będzie czym uczcić wypełnione zadanie, tym bardziej, że własny zapas wina mogliby bez skrępowania sączyć w zaciszu pokoju, z dala od nieproszonych spojrzeń. I z dala od Dayi. Ta wizja sprawiła, że chmurne dotąd oblicze elfki nieco się rozpogodziło; zmarszczki wokół jej zmrużonych oczu wygładziły się, a kąciki ust uniosły lekko. Nie uśmiechała się w pełnym znaczeniu tego słowa, ale wyraz jej twarzy można było określić mianem pogodnego. A to już był spory postęp. Udało jej się odsunąć złe myśli na temat sojuszu z czarodziejem. W końcu w przeszłości już raz uratował jej życie i nawet gdyby teraz planował ją wykorzystać albo nawet zdradzić - a Shyilia chciała wierzyć, że tak nie było - to potraktowałaby to jako wyrównanie rachunków. Bilans zerowy.
         Życie za życie. O ironio.
Awatar użytkownika
Constantin
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Zabójca , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Nie spał głęboko, już od dawna sen ten zastąpiło coś w rodzaju czujnego, w czasie którego odpoczywał, jednak mógł zbudzić się od razu pod wpływem jakiegoś nagłego bodźca. Odruchowo najczęściej reagował na to atakiem w stronę źródła tego właśnie bodźca, dlatego nie należało go budzić nagle kładąc dłoń na jednej z jego rąk lub na barku i potrząsając nim. Dlatego dobrze, że Shyilia poczekała na to, aż obudzi się on sam. Przywitał się z nią, wstał i zaczął się ubierać. Zabrał swoje rzeczy. Nawet, jakby miał zabrać jedynie te, które są mu potrzebne, to i tak zabrałby wszystko – podróżował w końcu z lekkim i niewielkim bagażem.
         – Było tu za cicho, zanim poszliśmy spać – rzucił, gdy elfka wspomniała o niszczeniu łóżka. Podszedł do okna i otworzył je, gdy zobaczył, że sprawdza ona nie do końca suche spodnie. Miał już plan na to, jak jej pomóc, a otwarcie okna było jego pierwszym punktem. Następnie podszedł do Shyili i bez słowa wyciągnął w jej stronę dłoń.
         – Możesz mi je podać? Wysuszę je – odezwał się po chwili, gdy stwierdził, że taki gest mógłby zostać różnie odebrany i zinterpretowany. Wrócił do okna, gdy jego towarzyszka spełniła tę prośbę – nie wystawił przez nie mokrej odzieży, po prostu stanął obok, tak, żeby powstająca w procesie para wodna mogła od razu ulecieć prosto na zewnątrz i nie zbierała się w pokoju. Nie chciał, oboje na pewno by nie chcieli, żeby para wodna zmieniła w jakimś stopniu powietrze wewnątrz, tym bardziej, że otwarte okno zapewniało też jego wymianę na „świeże”. Energia magiczna przepłynęła przez jego dłonie i wlała się w spodnie, podgrzewając je powoli i sprawiając, że faktycznie zaczęły parować. Nie trwało to długo, głównie z racji tego, że były one tylko wilgotne, a nie dopiero co wyciągnięte z wody. Po cały procesie oddał spodnie osobie, która miała je nosić. Później wyszedł bez słowa na zewnątrz. Wyczuwał nastrój Shyili i to, że nie był on najlepszy, a przez to nie był pewien, czy w ogóle powinien z nią rozmawiać.
        „Powinieneś” – to jedno słowo usłyszał w głowie, gdy stał na korytarzu i czekał na to, aż elfka zamknie drzwi do ich pokoju.
        „Nie jestem tego pewien. Są osoby, które nie lubią, jak się z nimi rozmawia, gdy mają zły humor” – odpowiedział Constantin, dość łagodnie zresztą, jak na niego i na to, jak przeważnie odzywał się do tych głosów w głowie. Głosów, które były przecież czymś więcej niż tylko tymi właśnie głosami.
        „I myślisz, że ona do takich osób należy?” – zapytała go matka.
        „Nie mam pojęcia… Tak mi się wydaje” – powiedział szczerze. Rzeczywiście nie był tego pewien, tylko, że właśnie to podpowiadało mu przeczucie. Myliło się ono tak samo często, jak miał rację, ale tym razem postanowił, że znów go posłucha. Jak na tym wyjdzie? Czas pokaże.

Nie zamówił im nic niezwykłego na kolację, ot posiłek, który da im siłę i energię na nocną robotę. Zresztą, czas ten też przebiegł w milczeniu, choć jemu to akurat nie przeszkadzało, bo w trakcie posiłku niekoniecznie powinno się rozmawiać, a już na pewno nie wtedy, gdy jeszcze ma się jego część w ustach. Shyilia odezwała się dopiero po tym, jak skończyli jeść.
         – Pewnie – odparł tylko i krótko po tym wstał. Był gotowy do drogi właściwie od razu, w końcu zebrali się już wcześniej, a gdyby nie to, że byli głodni i powinni coś zjeść przed wyjściem, to budynek ten opuściliby zapewne od razu.
Aby dotrzeć do winiarni, musieli najpierw opuścić miasto, bo znajdowało się ona w jego bliskiej okolicy, a nie za jego murami. Mimo dość później pory, udało im się to zrobić i tym razem nie było problemu z wyjściem. Z powrotem też nie powinno być, bo, jeśli już, to najwcześniej wrócą tam rankiem lub nawet za dnia.
Kamienne budynki winnicy otoczone były dość wysokim płotem, który ciągnął się również na tyły, gdzie prawdopodobnie znajdowało się pole, na którym rosły winogrona. Przy bramie wejściowej stała jedna osoba, która weszła do środka od razu, gdy tylko ich zauważyła. A kiedy oboje znaleźli się już niemalże pod bramą, wyszły z niej dwie osoby – ta, która wcześniej ich wypatrzyła i tęgi krasnolud o krótkich brązowych i przeplatanych pasmami siwizny włosach, lecz bujnej i zadbanej brodzie, która była tego samego koloru i sięgała mu do klatki piersiowej. Od razu było widać, że jest to właściciel winiarni.
         – Przyszliście państwo w sprawie zlecenia wystawionego przez pana Skovamiego? - zapytał ich ten pierwszy. Constantin pokiwał tylko głową. Na co tamten również to zrobił i wycofał się, tak jakby.
         – Turik Skovami, właściciel winiarni – odezwał się kransolud. I przywitał się z nimi. Constantin uścisnął wyciągniętą w jego stronę rękę po tym, jak kransolud najpierw wyciągnął ją w stronę Shyili, aby to z nią przywitać się w pierwszej kolejności.
         – Przejdę od razu do rzeczy. Coś grasuje w mojej winiarni i stanowi zagrożenie dla pracowników. Nie obchodzi mnie, co to jest, chcę tylko, żebyście się tego pozbyli i przynieśli mi dowód na to, że to zrobiliście. Moja wstępna oferta jest taka, że dostaniecie dziesięć złotych gryfów na głowę i cztery butelki mojego najlepszego wina – powiedział to szybko, ale zwyczajnym głosem. Wychodziło na to, że jest to sposób mówienia tego konkretnego krasnoluda. Jego głos nie wyróżniał się zbytnio, brzmiał tak, jak przykładowy głos należący do mężczyzny będącego krasnoludem, który jest w sile wieku.
         – Jeśli okaże się, że natkniecie się na jakieś trudności lub większe niebezpieczeństwa, jestem skłonny zapłacić więcej. Nawet dwukrotnie więcej. Możemy się tak umówić? - dodał szybko. Widocznie zależało mu na tym, żeby pozbyć się tego nieznanego zagrożenia tak samo, jak na wznowieniu pracy winiarni. Spojrzał na nich pytającym spojrzeniem.
         – Zgoda. Umowa stoi – powiedział czarodziej. Najpierw poświęcił chwilę na zastanowienie się nad propozycją, a później spojrzał w stronę Shyili, aby dała mu znać, czy zgadza się na te warunki, zanim słowie wyrazi na to zgodę za ich dwoje. Uścisk ręki przypieczętował umowę słowną między nimi i panem Skovamim.
         – Mój pomocnik zaprowadzi was do budynku wytwórni i magazynu, gdzie nastąpiły ataki – rzucił jeszcze Turik i po tym wszyscy przeszli przez bramę. Podwórko było spore, stały na nim puste wozy i inne rzeczy, które można było znaleźć przed budynkami coś produkującymi. Całość składała się na kompleks podzielony na budynek mieszkalny właściciela i jego rodziny, jeżeli jakąś miał, budynek, w którym mieszkała część pracowników, kolejny, który był magazynem i wytwórnią wina w jednym, a także czwarty i ostatni, którym była stajnia.
         – Proszę za mną – odezwał się chłopak, który był pomocnikiem Skovamiego. Zaprowadził ich do największego z tych czterech, do którego, oprócz pojedynczych drzwi, do których teraz szli, prowadziły też duże i podwójne, przez które bez problemu przejechałby zaprzężony wóz.
         – Ze względów bezpieczeństwa, jestem zmuszony zamknąć za wami drzwi na klucz. Jednocześnie, gdy tylko znikniecie w budynku, zawsze ktoś będzie przy nich czekał na to, aż wrócicie i w nie zastukacie – poinformował ich młodzieniec.
         – Jeśli nie, to je wysadzę, przy okazji może też kawałek ściany, w której się znajdują – odparł mu Constantin. Uśmiechnął się lekko, jakby opowiadał żart, jednak uśmiech ten objął jedynie jego usta. Stąd było wiadome, że mówił jak najbardziej poważnie. Chłopak bez słowa włożył klucz w dziurkę i przekręcił go. Otworzył przed nimi drzwi i poczekał na to, aż wejdą do środka. Czarodziej wyjątkowo wszedł pierwszy, w końcu nie wiedzieli, czy coś nie będzie czaić się na nich od razu i nie zaatakuje, gdy tylko przejdą przez drzwi. Był na to gotowy, tymczasem nic się nie stało.
Awatar użytkownika
Shyilia
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Mówi się, że gdy ktoś wstanie z łóżka lewą nogą, może wpaść w zły nastrój. Shyilia nie musiała robić nawet tego; wystarczyło, że się obudziła, zapamiętawszy treść swojego koszmaru. Nie był to najlepszy początek dnia - będącego notabene nocą - i jeśli do czasu powrotu do karczmy nie zdoła poprawić sobie humoru, będzie musiała w jakiś sposób wyładować choć część tego nieprzyjemnego napięcia, które czuła każdą tkanką nienaturalnie zesztywniałego ciała. A to zazwyczaj nie kończyło się dobrze. Przynajmniej dla osób postronnych, które miały to nieszczęście znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
         W normalnych okolicznościach na komentarz Constantina o braku stanowiącego przykrywkę hałasu prawdopodobnie odpowiedziałaby jakąś oczywistą zaczepką, lecz aktualnie nie miała ochoty rzucać podtekstów. Nawet żaden nie przyszedł jej na myśl. Wzruszyła tylko ramionami, godząc się z porzuceniem pierwotnego planu, który jeszcze nie tak dawno wydawał jej się świetnym i niezwykle cwanym pomysłem.
         - Czyli rozumiem, że zaprzyjaźniłeś się z podłogą - mruknęła, dając tym samym czarodziejowi do zrozumienia, jaki los czeka go kolejnej nocy.
         Nie bez pewnej irytacji patrzyła, jak zamiast wyjść z pokoju - przecież właśnie to kazała mu zrobić - mężczyzna podchodzi do okna, by je otworzyć. Nie zamierzała jednak czekać aż jaśnie pradawny zechce dać jej trochę prywatności i złapała spodnie, witając niechętnie perspektywę kontaktu swojej skóry z mokrą skórą odzienia. Nie spodziewała się, że Constantin ni stąd ni zowąd postanowi wyciągnąć w jej stronę rękę; posłała mu skonfundowane spojrzenie. Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, o co mu chodziło, nawet gdy wprost wyraził swoje plany na głos. Podała mu spodnie, trochę machinalnie i przyglądała się jego zabiegom, których sposób działania zdążyła już poznać na szlaku. Miała wrażenie, że tak jak para wodna ulatniała się ze spodni, tak samo znikała część jej skumulowanego rozdrażnienia. Nie było to wystarczające, by przywrócić elfce równowagę umysłu, ale szale zdecydowanie przechyliły się w dobrą stronę. Odzyskawszy dolną część garderoby, kobieta przesunęła palcami po suchym materiale, z takim zadowoleniem, na jaki aktualnie pozwalał jej marudny nastrój. Nie podziękowała. Z obecnym nastawieniem nie przyszło jej to do głowy, ale…
         - Mogłabym się do tego przyzwyczaić.
         Te słowa wyrwały jej się zupełnie bezwiednie, zanim jeszcze Constantin opuścił pokój. Zaraz potem zbeształa w myślach samą siebie, gdy zamykała za mężczyzną drzwi. Przyzwyczaić się? Co to za dziwne, sentymentalne brednie przyplątały jej się na język… Oczywiście że posiadanie pod ręką żywej pochodni, która na zawołanie mogła wysuszyć ci ubrania - a pewnie i posiadała inne przydatne zdolności, których jeszcze nie zaprezentowała - było wygodne, nawet bardzo, ale przecież Shyilia nie mogła liczyć na to, że zawsze tak będzie. Prawda? Wcześniej czy później ich ścieżki się rozejdą i elfka znów będzie zdana na samą siebie, tak jak zawsze dotychczas. Z niewiadomych przyczyn ta myśl wydała się nagle frustrująca, co być może dałoby skrytobójczyni do myślenia, gdyby to nerwowe ukłucie nie zlało się w jedno z ogółem jej nastawienia.
         Doprowadziła się do porządku szybko, można by powiedzieć, że właściwie dosyć gwałtownie. Przed wyjściem przymknęła okno, nie zamknęła go jednak całkowicie, w razie gdyby z jakichś przyczyn przyszło jej tą drogą dostawać się do sypialni. Mało prawdopodobne, ale nigdy nie niemożliwe. Doświadczenie zdążyło ją nauczyć, że zawsze lepiej zostawiać sobie kilka możliwości dotarcia do bezpiecznej kryjówki. Tak na wszelki wypadek.

         W milczeniu minęła czekającego na nią Constantina, zakładając, że mężczyzna po prostu pójdzie za nią. Właściwie od jego wyjścia z pokoju aż do końca posiłku nie odezwała się ani słowem. I mimo że nie przyznałaby tego otwarcie, choćby ze względu na fakt, iż zwyczajnie nie była tego świadoma, w głębi duszy czuła wdzięczność, że nie była do tego zmuszana. Nie miała w tej chwili najmniejszej ochoty na rozmowę i gdyby czarodziej na takową naciskał, pewnie skończyłoby się to niezbyt miłą wymianą zdań; tymczasem pozwolił jej w spokoju zjeść, czekając cierpliwie do momentu, w którym ona sama przerwała ciszę i skierowała uwagę obojga na konkretne zajęcie. Tak było dobrze. Bez niepotrzebnego roztrząsania równie abstrakcyjnych co absurdalnych sytuacji, czy to we własnej głowie, czy we dwoje.

         Droga przez miasto w drugą stronę przebiegła nadspodziewanie spokojnie. Najwyraźniej szukający zaczepki idioci, kręcący się po ulicach za dnia, poszli grzecznie spać, a nocna zmiana jeszcze nie wzięła się do roboty. Stróży prawa też nie było więcej niż zazwyczaj, nie wydawali się też szczególnie zaalarmowani, na co Shyilia zwróciła uwagę. Nawet gdyby to nie ona była aktualnie ich celem, nie lubiła jak nadmiernie węszyli w okolicy, bo to zazwyczaj utrudniało jej robotę, którą chciała załatwić kosztem jak najmniejszego wysiłku.
         Przez większość drogi milczała, jednak tym razem to milczenie nie miało w sobie nic z poprzedniej nerwowości. Ona stopniowo zanikła, w miarę jak elfka zajęła myśli zleceniem, którego mieli podjąć się we dwoje i próbami przewidzenia tego, jak będzie wyglądała ich współpraca. Fakt, że Constantin nie uciekł na widok jej morderczego spojrzenia ani nie wyglądał jakby miał o nie pretensje, sprawił, że poczuła się poniekąd swobodnie, a jej napięte mięśnie w końcu się rozluźniły, co było widać w zmianie sposobu, w jaki się poruszała. Nie wyglądała już jak ucieleśnienie niestabilnego zaklęcia, które w każdej chwili może wybuchnąć, posyłając niszczycielską energię w zupełnie losowych kierunkach.
         Pozwoliła sobie nawet na chwilę podnieść głowę i skierować wzrok w stronę nieba. Choć do zapadnięcia całkowitego zmroku zostało jeszcze trochę czasu, dało się dostrzec pojedyncze gwiazdy świecące nad miastem. Po burzy z poprzedniego dnia nie pozostał ślad w postaci najmniejszej chmurki, a późne barwy zachodzącego słońca rozlewały się po firmamencie płynnym gradientem.
         - Zapowiada się dobra noc - odezwała się Shyilia. Miała na myśli pogodę, ale nie precyzowała tego, pozostawiając Constantinowi dowolność interpretacji.
         Winnica widziana z daleka wyglądała jak wszystkie inne, które Shyilia miała okazję mijać podczas swoich podróży. Kilka nawet odwiedziła, degustując lokalne alkoholowe specjały, mniej lub bardziej legalnie, w zależności od tego jak ciężka była w danym momencie jej sakiewka. A zasada była prosta: im mniej ruenów, tym mniej skrupułów.
         - Tobie lepiej idzie gadka-szmatka - rzekła do towarzysza, gdy podchodzili już pod samo wejście. - Rób za tego uprzejmego, a ja będę stać i groźnie wyglądać.
         Zatrzymali się pod bramą, gdzie zostali powitani przez właściciela winiarni i prawdopodobnie jego pomocnika. Elfka stanęła w lekkim rozkroku, krzyżując ręce na piersi i obserwowała przebieg spotkania czujnym wzrokiem. Kiedy krasnolud wyciągnął w jej stronę dłoń, by się przywitać, nie poruszyła się; nie drgnął nawet najmniejszy mięsień w jej twarzy, która miała w tej chwili tak chłodny i obojętny wyraz, jak tylko można sobie wyobrazić. Shyilia nie podawała ręki przy pierwszym lepszym spotkaniu. Patrzyła więc z dużą dozą obojętności jak mina winiarza na sekundę lekko zrzedła, zanim jak gdyby nigdy nic zwrócił się w stronę Constatnina i z nim przeprowadził dalszą część rozmowy, podczas gdy elfka toczyła bitwę na spojrzenia z chłopakiem pilnującym wejścia. Nie podobał jej się jego wzrok, podszyty podejrzliwością, wbijała więc w niego swój tak uporczywie, że chłopak w końcu spuścił głowę, jakby samym tym gestem chciał się przed nią schować. Skrytobójczyni nie kłamała, gdy mówiła, że zamierza groźnie wyglądać.
         Słuchała opisu sytuacji przedstawianego przez Skovamiego. Doceniła krasnoluda za jasne postawienie sprawy. Nic nie drażniło jej tak, jak krętacze, którzy unikali konkretów, rzucając jakieś mgliste ogólniki; z takimi zleceniodawcami najczęściej kończyła współpracę zanim jeszcze ją zaczęła. Teraz nie widziała takiej potrzeby, chłop wyglądał na uczciwego i tak samo brzmiały proponowane przez niego warunki. Napotkawszy pytające spojrzenie czarodzieja, Shyilia skinęła głową w odpowiedzi. Umowa została zawarta. I tym razem elfka uścisnęła dłoń krasnoluda.
         Podążyli za jego pomocnikiem do wskazanego budynku stanowiącego serce winnicy. Budynek ów, poza nieco większym rozmiarem, nie wyróżniał się jakoś bardzo na tle pozostałych - tak samo kamienny, pokryty grubą warstwą strzechy - i z zewnątrz nie miał szczególnie czym imponować, jednak to w środku znajdowało się to, co najcenniejsze. I leżało nietknięte, podczas gdy jakiś bliżej nieokreślony szkodnik grasował w piwnicach. Ale niedługo ten stan miał ulec zmianie.
         Shyilia milczała uparcie aż do momentu, gdy stanęli przed wejściem, ale nie mogła się powstrzymać, by nie parsknąć na wzmiankę o wysadzaniu drzwi. Jej usta rozciągnęły się w uśmiechu, kiedy zwizualizowała sobie tę myśl. Chłopak-pomocnik nie wyglądał na takiego zadowolonego.
         - Po co ograniczać się do wejścia - mruknęła, świetnie się bawiąc kosztem biednego młodzieńca, który pobladł nieznacznie na twarzy, jednak nie odezwał się już słowem, tylko otworzył drzwi.
         Constantin poszedł przodem. W porządku. Nie zamierzała go powstrzymywać. Równie skutecznie atakowała z drugiej pozycji, a nawet może i skuteczniej, jako że przeciwnik normalnie nie spodziewał się, iż sierp na łańcuchu poleci w niego po absolutnie niemożliwej fizycznie za to wspomaganej magią trajektorii. Ale tym się nie zamierzała chwalić. Jeszcze nie teraz. Teraz uprzejmie kryła zaprzyjaźnione tyły.
         Gdy drzwi zamknęły się za nimi z głuchym trzaskiem, w środku zapanował mrok. Okna zabito deskami, na wszelki wypadek, by grasujące gdzieś w tym przybytku mordercze stwory nie wydostały się czasem na zewnątrz. Ale nawet gdyby pozostawały odsłonięte, niewiele by to dało, bowiem noc okryła już swoim całunem podmiejskie tereny. Było ciemno. I śmierdziało; na szczęście nie palonymi zwłokami, a czymś kwaśnym. Od kamiennych murów bił chłód. Mimo że według wszelkiego prawdopodobieństwa nikt nie wchodził do środka i nie dbał o interes od kilku dni, grube ściany utrzymywały stałą temperaturę w magazynie. A ten, podobnie jak cała winnica, wyglądał bardzo typowo. Zabudowany ustawionymi wzdłuż ścian półkami wypełnionymi butelkami oraz drewnianymi rusztowaniami, na których znajdowały się beczki z winem, przez co wydawał się optycznie węższy niż był w rzeczywistości. Część półek stała krzywo, jakby ktoś na nie wpadł i siłą uderzenia lekko je przesunął. Krzesła wokół dwóch stojących na środku ław, miejsca spotkań okolicznych i przyjezdnych smakoszy, znajdowały się w kompletnym chaosie, kilka leżało przewróconych. Gdzieniegdzie na podłodze błyskały kawałki szkła z rozbitych butelek, zaś źródłem kwaśnego zapachu okazały się kałuże burgundowej cieczy, wsiąkającej w podłogę i tam podlegającej dalszej fermentacji. Krew i wino. Te dwa zapachy mieszały się w nozdrzach elfki; ten drugi dominował intensywnością, jednak to ten pierwszy kazał jej mieć się na baczności.
         Na lewo od wejścia znajdowała się lada z wydrążonymi weń półkami, pełnymi kolejnych butelek; nie było tam jednak nic wartego uwagi, toteż Shyilia skierowała ostrożne kroki w prawą stronę, gdzie za rusztowaniami, pod przeciwległą ścianą, znajdowały się prowadzące do piwnicy schody, zabezpieczone zbitą z desek prowizoryczną klapą, częściowo odrzuconą na bok.
         Elfka wiedziała, co znajdowało się na końcu tych schodów. Kolejne pomieszczenia. Jeszcze więcej jeszcze większych beczek, w których sok z winnych gron przechodził wszystkie niezbędne procesy na drodze do stania się pełnoprawnym winem. Kolejny magazyn, gdzie w chłodzie przechowywano lwią część trunku. A także, zapewne, cel ich zlecenia. Czymkolwiek by on nie był.
         - Co o tym myślisz? - spytała elfka, przyglądając się bałaganowi. Poza nikłym zapachem zmieszanej z winem posoki nie widziała żadnych niepokojących poszlak. - Brak trupów, ale coś tu ewidentnie zaszło.
         Przeszła między półkami i beczkami, odruchowo czytając opisujące je tabliczki. Czerwone słodkie. Czerwone wytrawne. Białe półsłodkie. A pod tym dopiski dotyczące roku korkowania i gatunku winogron, z których dane wino powstało. Nie żeby to Shyilii coś mówiło; jej umiejętność klasyfikowania rodzajów wina kończyła się na ich kolorze i tym, czy jej smakowało. Kilka stojących w rogu beczek nie posiadało tabliczek. To wydawało się skrytobójczyni nieco dziwne, ale co ona wiedziała o funkcjonowaniu winiarni. Tyle co gołąb o piecach do chleba. Minęła wszystkie półki i zatrzymała się przy schodach do piwnicy.
         - Idź przodem - powiedziała cicho, po czym zawadiacko uniosła kącik ust. - Teraz moja kolej, żeby się pogapić.
Awatar użytkownika
Constantin
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Zabójca , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Rozmyślał nad tym wszystkim. Zastanawiał się, co lub kogo tu spotkają. Co lub kto okaże się tym niebezpieczeństwem, które wymagało aż zatrudnienia kogoś z zewnątrz i sprawiło, że pracownicy tego miejsca nie chcą pracować przez to, że zwyczajnie boją się o swoje życie. Constantin im się nie dziwił, na ich miejscu prawdopodobnie zrobiłby podobnie. Oni nie pracowali, więc winiarnia przynosiła mniejsze zyski lub nie robiła tego w ogóle, a przez to cierpiał też właściciel i ich pracodawca – utrata pieniędzy, a także pracowników, na pewno była dla niego odpowiednią motywacją, aby faktycznie zająć się tym problemem. Skovami był osobą, która nie owija w bawełnę, ale jednocześnie był też kupcem i właścicielem winiarni, no i wyglądał też na takiego, który lubi, jak nie brakuje mu ruenów w sakiewce i skarbcu lub w banku, w zależności, czy woli wszystko to trzymać gdzieś przy sobie, czy może zabezpieczać w banku i nie martwić się o ochronę swoich pieniędzy, którą w tym ostatnim przypadku zajmują się osoby zatrudniane przez banki. Naxam wiedział, jak to funkcjonuje, choć była to wiedza z czasów, w których pracował jako podpalacz dla różnych… cóż, grup. W tym czasie zdarzało mu się, że „ofiarą” jego działania były właśnie takie budynki, a wtedy musiał – i chciał – nauczyć i dowiedzieć się, jak to wszystko funkcjonuje.
        „I po co ci to było? Mógłbyś żyć tak, jak żyjesz teraz. Spokojniej, z mniejszymi powiązaniami z tymi wszystkimi kryminalistami” – usłyszał nagle głos matki w głowie.
        „Albo wieść drogę osoby zajmującej się wiedzą i jej zdobywaniem” – te słowa padły z „ust” ojca. Constantin zdziwił się nieco, że zdecydował się on przyłączyć do rozmowy. Z reguły rzadko to robił, bo najczęściej przyciągała go jakaś nowa wiedza, nauka i inne tego typu rzeczy.
        „Albo się zabić i wszyscy mielibyśmy spokój!” – krzyk siostry niemalże odbił się echem w jego umyśle, jakby jej głos odbijał się od kości jego czaszki. Wiedział, że tak nie jest, ale właśnie takie wrażenie odniósł, gdy Bella krzyknęła.
        „Robiłem, co musiałem robić, żeby przeżyć. I nie mam zamiaru umierać, żebyście wy też mogli odejść. W końcu znajdę sposób, żeby wam na to pozwolić i zachować życie i zdrowie zmysły” – odpowiedział w końcu, gdy to wyobrażone sobie przez niego echo w końcu zniknęło.

Otoczył ich mrok, gdy w końcu weszli do środka, a chłopak zamknął za nimi drzwi. Constantin wykonał proste gesty lewą dłonią, a runa na jego czole rozjarzyła się na krótką chwilę, gdy nad tą samą dłonią pojawiły się nagle dwie, małe sfery z ognia. Były trochę mniejsze od płomienia zwyczajnej pochodni, jednak dawały o wiele więcej światła, którego zasięg dodatkowo również był większy. Jedna z nich wzniosła się nad Constantina i poleciała za niego, aby podlecieć do Shyilii i zacząć lewitować w jej pobliżu, mniej więcej na wysokości ramienia. Elfka mogła nawet poczuć ciepło bijące od ognistej sfery, jednak nie musiała martwić się o to, że coś się od niej zapali. Druga po chwili również się wzniosła i spoczęła nad ramieniem Naxama.
         – W razie, gdybyśmy się rozdzielili i coś by ci zagrażało, „świetlik” zacznie wibrować i wyśle mi magiczny sygnał. Jeżeli twój zacznie gasnąć i się zapalać, będzie to oznaczać, że to ja jestem w niebezpieczeństwie – wytłumaczył jej. Były proste to wyczarowania, a także nie zużywały wiele energii magicznej. Limitem co do tego, ile mogło ich istnieć jednocześnie była tylko wiedza i stopień wtajemniczenia w magię ognia tworzącej je osoby. Raz stworzył ich aż dwadzieścia, gdy brał udział w dość sporej ekspedycji, choć na pewno nie był to jego limit, bo nie przypomniał sobie, żeby odczuł wtedy coś więcej niż naprawdę niewielkie zmęczenie, które minęło po kilkunastu minutach. Teraz mógłby, na przykład, nie poczuć niczego, gdyby stworzył ich taką liczbę; teraz był silniejszy.
Teraz też mogli rozejrzeć się po tym zimnym pomieszczeniu. Zapachy unoszące się tu, również nie były przyjemne, jednak czegoś takiego można było się spodziewać. Pracownicy musieli w takim razie uciekać szybko, skoro nie zadbali o odpowiednie przechowanie tego, co się tu zepsuło.
         – Mówili, że ktoś zginął, ale nie wspominali nic o ciałach. Podejrzewam, że mogli ich nie odzyskać, więc, jeżeli się nie mylę, to powinniśmy znaleźć ślady ciągnięcia ciał zabitych. Coś, co ich zabiło, mogło chcieć zabrać je ze sobą – odparł po chwili. Nieco ciszej, jakby uważał, że głośna rozmowa może sprowadzić na nich coś, co odpowiada za całe to zamieszanie i morderstwa. Właściwie… nie byłoby to takie złe, prawda? Nie musieliby tego tropić i szukać, a przyszłoby do nich samo. Z drugiej strony, jeżeli nie znajdą śladów, o których wspomniał, nie oznaczać to będzie tego, że to „coś” nie zabrało ciał. Będzie to mogło oznaczać, że było na tyle silne, aby je podnieść i, że może porusza się na dwóch nogach. On również zaczął przemieszczać się po pomieszczeniu, lecz szukał tego, o czym mówił wcześniej. Kucnął w jednym miejscu, znalazł trop, jednak gdy nim podążył, okazało się, że to tylko ślad po ciągniętych tędy beczkach. Prowadziły w końcu w ich stronę, a za nimi nie znajdowało się nic, co wskazywałoby, żeby było tam przejście dalej. Jedyna droga wiodła prosto w stronę schodów prowadzących niżej.

Ruszył przodem. A zanim wszedł na schody, całkowicie odblokował przejście na nie z pomieszczenia, w którym byli teraz. Zwyczajnie spalił część klapy blokującą przejście, podgrzał drewno tak szybko, że ledwo zaczęło się tlić, a już było czarne, a później został zeń tylko szarawy popiół. Naprawią to sobie, gdy już wznowią tu pracę.
Same schody były wąskie, dlatego na pewno nie były jedynym przejściem, którym można dostać się niżej. Część rzeczy nie dałoby się nimi przetransportować. Były też krótkie, miały zaledwie kilkanaście stopni. I faktycznie, ich oczom ukazały się wielkie beczki umieszczone wzdłuż lewej ściany. Przy prawej biegło coś, co można byłoby nazwać drogą i to już na tyle szeroką, aby mógł przejechać tędy wóz. Od strony, z której przyszli, zamknięta była ona podwójnymi drzwiami, jednak prowadziła też w drogą stronę i tam nie ograniczało jej już nic. Musiała ciągnąć się zatem aż do samego końca. Poza tym, gdy tylko zeszli na dół, Constantinowi wydawało się, że coś mignęło w ciemności, jakby sylwetka ukrywająca się po drugiej stronie pomieszczenia, która ruszyła się, gdy tylko ich zobaczyła. Wrażenie to wzmógł odległy głos butelki uderzającej o podłoże i rozbijającej się o nie.
         – Cokolwiek to jest, wie już, że tu jesteśmy – odparł tylko.
Awatar użytkownika
Shyilia
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Gromadzenie majątku czy zdobywanie sławy i wpływów nigdy nie znajdowało się na liście priorytetów Shyilii. Wśród fachowców z przestępczego półświatka znała takich, którzy mogli poszczycić się pokaźnymi sakiewkami, a ich osoba wiele znaczyła dla dynamiki szemranych biznesów - ona sama do takowych nie należała. Wystarczało jej tyle ruenów pod ręką, by mogła pozwolić sobie na wynajęcie taniego pokoju, zjadliwą kolację i jakiś mocniejszy trunek od czasu do czasu. Na rozsławianiu swojego imienia zaś nie zależało jej wcale. Mimo to, skrytobójczyni niemal ciągle znajdowała się w trakcie jakiegoś zlecenia. Przyczyna tego była prosta: elfka potrzebowała zajęcia. Potrzebowała ciągłości akcji, wymagającego skupienia planowania działań i wprowadzania ich w życie. Od polowania na wampirzych zdrajców nie było przerwy, lecz pomiędzy kolejnymi krokami na ścieżce zemsty zawsze znajdowały się jakieś poboczne zadania do wykonania. W innym wypadku, kiedy jej głowy nie zaprzątały konkretne cele do zlikwidowania, Shyilia zaczynała myśleć.
         Nie lubiła tego.
         Zwłaszcza jeśli następstwem takiego myślenia było kwestionowanie swoich działań, a przynajmniej ich sensu. Albo uciekanie myślami do czasów poza chwilą obecną, które to w ogóle nie powinny elfki obchodzić. Gdybanie co do przeszłości. Lęk przed przyszłością. Na co komu podobne bzdury? Tej pierwszej nie da się zmienić, tej drugiej z kolei - przewidzieć. Jeżeli ktoś miał głowę na karku i chciał zachować ten stan rzeczy, powinien skupić się na tym, co realne, zamiast snuć jakieś absurdalne wewnętrzne dywagacje. A to Shyilii zdarzało się ostatnio zdecydowanie zbyt często, szczególnie odkąd napatoczył się na nią, nie po raz pierwszy zresztą, pewien osobliwy czarodziej.
         Dobrze więc się stało, iż wzięli to zlecenie. Elfka mogła dzięki temu odsunąć na bok nieproszone myśli i udawać, przynajmniej na razie, że one nie istnieją. A jeśli już będzie musiała zagłębić się w swoje stany umysłowe, lepiej będzie zrobić to przy butelce wina, które otrzymają w ramach zapłaty.
         Dawno nie miała okazji działać we współpracy z kimś; czy to z pojedynczą osobą, czy z grupą. Właściwie sporadycznie zdarzało jej się wchodzić w podobne układy. Wolała działać sama. Wolała liczyć na siebie. Grając w drużynie była w pewien sposób zależna od jej członków; bywały sytuacje, kiedy musiała polegać na kimś obcym, jak również w drugą stronę - należało wyjść z założenia, że ów ktoś będzie oczekiwał jej pomocy. Takie wymuszone zależności najczęściej drażniły nieufną, skupioną na własnych celach i korzyściach skrytobójczynię. W przypadku Constantina sprawy miały się jednak całkiem inaczej. Jego obecność nie wywoływała u elfki irytacji czy niepokoju, a wręcz zdawała się te stany przez większość czasu łagodzić, ale też było to całkowicie zrozumiałe; w końcu czarodziej nie był przypadkową osobą, z którą przyszło Shyilii skrzyżować ścieżki.
         I był przydatny. W przeciwieństwie do niektórych niedorobionych gamoni, z którymi elfka miała wątpliwą przyjemność pracować. Śledziła wzrokiem wytworzone przez mężczyznę magiczne światełko, które zbliżyło się do niej i tu już zostało. Jak na niewielki rozmiar, rzucało stosunkowo jasne światło. I było ciepłe. Kącik ust Shyilii drgnął lekko, gdy to poczuła. Odruchowo zapragnęła wyciągnąć rękę w stronę ognistej sfery; powstrzymała się jednak. Nie była pewna, jak to małe świecące coś działało i czy nierozważnym dotykiem nie zrobiłaby sobie krzywdy albo nie uszkodziłaby stworzonego zaklęciem płomienia. Poprzestała więc na spokojnym przyglądaniu się temu zjawisku, by po chwili przenieść wzrok na jego sprawcę. Skinęła lekko głową na znak, iż dotarły do niej jego słowa; teraz, dzięki światłu, mogli dobrze widzieć siebie nawzajem. Na twarzy skrytobójczyni malowała się aprobata. I coś na kształt rozbawienia.
         - Coraz ciekawsze te twoje sztuczki.
         Wprawdzie Shyilia była przyzwyczajona do pracy po zmierzchu i jej wzrok, mimo braku zdolności pozwalającej na widzenie w ciemności, stosunkowo dobrze adaptował się do braku światła, lecz udogodnienie w postaci magicznej pseudopochodni, której w dodatku nie trzeba było trzymać, było zdecydowanie mile widziane. Podobnie jak to, że mogli w ten sposób informować się nawzajem o zagrożeniu, gdyby w takowym się znaleźli. Do tej pory nie kobieta nie przywiązywała wagi do tego typu systemu komunikacji, lecz równocześnie aż do tej pory nie było osoby, na której przeżyciu by jej naprawdę zależało. Gdyby we śnie miała przy sobie takie magiczne światełko, Riyenes nie mógłby wziąć jej na blef o zakładniku…
         “Przestań ciągle do tego wracać”, elfka warknęła w myślach na samą siebie. “Skup się.”
         - W tym pomieszczeniu doszło do walki, ale brak tu zwłok czy choćby śladów, które wskazywałyby na trupa. Co oznacza, że albo zaatakowana osoba uciekła do piwnicy i tam nastąpiło ostateczne starcie, albo atakujący zabrał stąd ofiarę po jej ogłuszeniu lub zabiciu. - Shyilia myślała na głos. - Druga opcja mi się nie podoba. Bo to oznaczałoby, że czymkolwiek jest grasujący tu stwór, ma toto mózg, którego potrafi używać.
         Obserwowała, jak Constatnin pozbywa się stojącej im na drodze klapy, w sposób bardzo magowi ognia typowy. Przez chwilę kusiło ją, by jakoś to skomentować, jednak tym razem darowała sobie złośliwe uwagi. Nie czuła zdenerwowania czy też napięcia wywołanego poczuciem zagrożenia, ale kiedy już wkraczali na terytorium wroga, nie zamierzała tego faktu lekceważyć. Nawet jeśli ryzyko było niewielkie, należało zachować minimum ostrożności. Skupić się na robocie. Zaczepki można było z powodzeniem odłożyć na później; na pewno będą ku temu kolejne okazje.
         Zeszli do piwnicy. Na dole było jeszcze chłodniej, a wilgotność powietrza dodatkowo wzmagała to wrażenie. Zapach krwi i wina nadal był obecny, choć w nieco inny sposób; mniej intensywnie, za to sprawiał, że wdychane powietrze pozostawiało po sobie zatęchły posmak. Oprócz tego pojawił się nowy zapach: woń żywej istoty, której Shyilia jeszcze nie potrafiła dokładniej zidentyfikować, nawet mimo rozwiniętego zmysłu powonienia. Zbyt mocno zlewała się z mdlącym słodko-kwaśnym odorem wypełniającym piwnicę.
         Najpierw usłyszała dźwięk tłuczonego szkła, później zaś głos Constantina.
         - Z wzajemnością - mruknęła złowrogo. W jej dłoni pojawiła się srebrna kusarigama. Jedna póki co, w gotowości do zadawania bolesnych ran, gdyby doszło do ataku na ich osoby. Elfka nasłuchiwała, kierując uwagę w stronę, gdzie została rozbita butelka, jednocześnie starając się ogarniać świadomością całe pomieszczenie. Ostatecznie przecież nigdzie nie było powiedziane, że nie natkną się na więcej niż jedno stworzenie; należało zatem spodziewać się, iż przeciwnik może zaatakować z kilku stron jednocześnie. Shyilia w tym duecie już na samym początku przyjęła rolę osłaniającego, wobec czego zostawiła pierwotne rozeznanie Constantinowi, a sama skupiła się na pilnowaniu, by nic nie wzięło ich z zaskoczenia.
Awatar użytkownika
Constantin
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Zabójca , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Ktoś tu był. Ktoś lub coś. I to żyło w tym miejscu, a przynajmniej tak to wyglądało, jednak musiało przyjść tu nie tak dawno; dopiero wtedy, gdy pracownicy winiarni zaczęli znikać. To, co tu żyło na pewno było mięsożerne. Zabijało, żeby jeść, a nie tylko z przyjemności, ewentualnie przez to, że czuje się zagrożone. W każdym razie, po tym, co udało mu się zobaczyć, mógł stwierdzić, że ukrywające się stworzenie poruszało się na dwóch nogach. Dlatego też nie zamierzał wykluczać, że mógłby to być człowiek albo coś podobnego do człowieka, jakiś potwór, który poruszać może się w ten sam sposób.
         – Chodźmy dalej – zaproponował i ruszył przodem.
Otaczająca ich ciemność, rozświetlana jedynie przez kule, które wcześniej wyczarował on sam, wydawała się jakby napierać na granice światła; miejsca, w których kończył się zasięg pasywnego efektu dużych „świetlików”. Pochłaniała za to wszystko to, co mogło znajdować się w pomieszczeniach, a jeśli światło akurat padało na coś, co rzucało cień, ten wydawał się jakiś złowrogi. Jakby był częścią większej istoty, która została od niej oddzielona i trwa tak w „pozycji bojowej”, aż zagrożenie – światło – przeminie, a cały organizm będzie mógł ponownie się zespolić. Constantin pokręcił głową. Wiedział przecież, że to tylko ciemność i cienie, a nie coś żywego. Nie chciał, żeby jego myśli zabrnęły tak daleko, że będzie obawiał się ataku ze strony tejże czerni.
        „Nie musisz bać się czegoś, co nie istnieje” – usłyszał uspokajający głos matki. Znaczy, kobieta próbowała tak brzmieć, ale przez to – według niego – jednocześnie wydźwięk tego był taki, jakby zwracała się do dziecka. A on nie był dzieckiem. Już nie. Prawda, był jej dzieckiem, ale rozwojowo już dawno zostawił te czasy za sobą.
        „Nie boję się ciemności. Nie, gdy zawsze mam przy sobie ogień” – odpowiedział jej po chwili, spokojniej niż oczekiwał. Ale, każda z tych rozmów nie musi wyglądać jak kłótnia albo coś, co niedługo ją rozpocznie. Na zewnątrz wyglądało to tak, jakby po prostu szedł przed siebie i się nie odzywał. Przestał się też rozglądać, co robił czasem tuż przed wdaniem się w rozmowę w swojej głowie.
        „Boisz się o nią? – zapytała go. Siostra zaśmiała się krótko, a ojciec mruknął coś, co mogło być pytającym mruknięciem, które oznaczało, że coś go zaciekawiło. Wszyscy wiedzieli o jaką „nią” chodzi.
        „Nie muszę. Wiem, że sobie poradzi” – odparł, z pewnością w głosie oczywiście. Shyilia nie była jakąś dziewczynką, którą trzeba było bronić lub kimś słabym, kto wymagał podobnych rzeczy. Była silna, wiedziała, jak się obronić i, jak radzić sobie w niebezpiecznych sytuacjach. To sprawiało, że nie musiał zajmować sobie głowy dodatkowo tym, aby dbać o jej bezpieczeństwo.

Przy przejściu do następnego pomieszczenia stało się coś, czego właściwie żadne z nich nie mogło przewidzieć. Jako, że szedł pierwszy, to właśnie jego spotkała nieprzyjemność natknięcia się na coś, co się na niego rzuciło. Zza ściany bezpośrednio połączonej z przejściem, przez które właśnie przeszli, wyskoczył jakiś ciemny kształt i już razem z Constantinem wylądował na drodze, której winiarnia używała do transportu. Czarodziej poczuł nawet pod plecami jedną z kolein, wyrobioną już przez wiele wozów, które musiały jeździć tędy niemalże codziennie.
A Shyilia nie mogła mu pomóc, bo przed nią – jakby z podziemi – wyrósł kolejny kształt.
Okazało się, że obaj są ludźmi. Byli to mężczyźni, choć ciężko było przypisać im konkretną rasę. Jeden z nich był blondynem, a drugi brunetem. Obaj mieli dość długie włosy, o które żaden z nich nie dbał, a także zarosty. Ubrani byli w coś, co można było określić szmatami – materiałowe spodnie i tunika, w nijakim kolorze szarości, jednak w opłakanym stanie, podziurawione i znoszone. Do nozdrzy obojga mógł też dostać się teraz nieprzyjemny zapach ubrań noszonych przez wiele dni pomieszany z tym, które wydziela niemyte przez taki sam czas ciało – Constantin poczuł to pierwszy, w końcu on znajdował się bliżej jednego z nich. Jeden i drugi miał też brudną twarz, ciężko było dostrzec tam szczegóły. Poza tym, obaj byli też wysocy, niemalże dorównywali wzrostem magowi ognia. Nie byli też zaniedbani fizycznie – przynajmniej tyle – pod zbierającą się warstwą brudu na rękach, widać było mięśnie. Ten stojący naprzeciwko elfki, zaśmiał się nagle, odwrócił się i zaczął biec.
         – Tego zostaw mnie! – krzyknął do niej. I w tym samym momencie udało mu się przeturlać i od razu odskoczyć od tego, z którym się szamotał. Nie chciał dotykać tego mężczyzny, gdy nie musiał. Zdecydowanie chciał załatwić to magią, i to na odległość. Miał nadzieję, że Shyilia już ruszyła. Nie podejrzewał, że będzie musiał „iść na całość”, ale wolał, żeby znajdowała się w bezpiecznej odległości, żeby przypadkowo nie oberwać rykosztem… Tak, właśnie o to chodziło.
         – Mięso… Mięso. Mięso! Świeże! Mięso! – zaczął krzyczeć tamten. Wybił się z pozycji leżącej i przeszedł do lekkiego przykucnięcia, z którego się wyprostował. Szeroko uśmiechnął się do Constantina, a mag zauważył, że jego zęby były spiłowane. W trójkąty, tak, żeby łatwo było wgryźć się w ciało i wyszarpać z niego mięso. Cholera. Mieli do czynienia z kanibalami.
         – Z ciebie zaraz będzie mięso, ale przypieczone. I to porządnie – odpowiedział mu czarodziej. Gdy tamten wyciągnął niewielkie ostrze, w tym samym czasie Constantin złączył dłonie i zaczął je o siebie pocierać, wykonywał też nimi ruchy w powietrzu, czym kreślił znaki. Poczuł, jak magia ognia wypełnia jego ciało. Poczuł Jedność z Ogniem.

Jego wygląd zmienił się nieco, oczy stały się białe i zaczęły emanować własnym światłem, na czole pojawiła się runa, a niektóre żyły – zwłaszcza te wokół oczy, czoła i na rękach, wyglądały tak, jakby nagle wypełnił je płynny ogień. Tym razem to on się uśmiechnął.
         – Mięso ma podejść do ciebie czy sam sobie je weźmiesz? – zapytał. Chciał sprowokować kanibala. Nie wiedział, czy miał przed sobą w jakimś stopniu doświadczonego wojownika czy zabójcę, czy może kogoś, kto nie ma wyszkolenia bojowego. To drugie byłoby bardziej kłopotliwe, bo osoby takie często atakują w sposób nieprzewidywany. Ale nawet wtedy sobie poradzi. Musi, bo inaczej skończy jako posiłek jakiegoś miłośnika mięsa ludzkiego, a na taką śmierć nie mógł sobie pozwolić… Dlatego w jednej z jego dłoni zaczęła zbierać się energia, która przybrała kształt kuli ognia wielkości pięści. Po chwili wypuścił ją w stronę mężczyzny, ten biegł już w jego stronę. Bez problemu uskoczył przed magicznym pociskiem. Cóż, chyba wiedział, co robić w starciu jeden na jeden. Constantin ponownie złożył dłonie, choć chwilę przed tym jedna z nich zakreśliła kilka znaków magicznych, a palce zostawiały za sobą powidok. Jego dłonie zaczęły świecić bardziej, a światło wydobywało się spod nich – gdy czarodziej rozłożył je, od razu wystrzeliło z nich kilka ognistych pocisków. Mknęły ku celowi ze znaczną prędkością. Pierwszy nie trafił, drugi – o dziwo – został zablokowany ostrzem długiego noża myśliwskiego. Trzeci, czwarty i piąty już trafiły. To sprawiło, że kanibal zatrzymał się nagle, cofnął i odskoczył. Tylko, że to była jedynie pierwsza część zaklęcia. Niewielkie pociski z ognia, te które trafiły, zaczęły wybuchać w ciele mężczyzny. Uszkodziły mu rękę, która zwisała teraz bezwładnie z trzema czarnymi dziurami – jedna w nadgarstku, druga na wysokości łokcia i trzecia w ramieniu, tuż przy barku. Niestety, była to ręka, w której tamten nie dzierżył broni. Choć i tak sprawiło to, że na chwilę mężczyzna został wybity z transu i zawył z bólu. Dosłownie. Zawył niczym wilk. Wilk w ludzkiej skórze. A chwilę później opamiętał się, pokręcił głową i znowu się uśmiechnął. Znów widział swą ofiarę; swój posiłek. I nic więcej.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Iruvia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości