Opuszczone KrólestwoChodź, goni nas... coś

Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

Burza nadciągała.
Była coraz bliżej ruin wioski, w których się ukryli. Do ich uszu docierały jej odgłosy, nie tylko wiatr, lecz także grzmoty. Na horyzoncie rysowały się też błyskawice, niczym blizny znaczyły niebo pokryte granatowymi i szarymi chmurami. Blizny, które pojawiały się na mgnienie oka, żeby później zniknąć i pojawić się w innym miejscu… ale oni tego nie widzieli. Ich schronienie, zbudowane zresztą szybko i prowizorycznie, nie miało okien. Jedynym, co wpuszczało do środka deszczowe powietrze, było wejście, którym się tu dostali. Dzięki niemu mogli też obserwować jak z jednej chwili na drugą, deszcz zaczyna padać coraz mocniej, aż w końcu zamienia się w pełnoprawną ulewę. Niebo rozświetlały błyskawice, których światło często udawało im się dostrzec, a oni siedzieli ramię w ramię w swoim schronieniu i czekali na to, aż pogoda zmieni się na lepszą.
         – Jesteś pewna? - zapytał, dla własnej pewności. A gdy Lotta potwierdziła, że w istocie nie przeszkadza jej to, że będą siedzieć tak blisko siebie, on znów usiadł. I znów otarł swoim ramieniem o jej ramię.
         – Mam nadzieję, że nie boisz się burzy? - zadał jej kolejne pytanie, a gdy je zakończył, piorun musiał uderzyć gdzieś w okolicy. Dźwięk ten po prostu był zbyt głośny, żeby dotrzeć do nich z daleka. W okolicy było pełno drzew różnej wielkości, więc może w jedno z nich – w jedno z tych najwyższych i najstarszych – uderzyła błyskawica z nieba. Poza tym, Lotta nie wyglądała mu też na kogoś, kto obawiałby się tego typu zmian pogodowych. Z drugiej strony, mógł się przecież mylić i wyszłoby nagle, że każdy grzmot czy błyskawica sprawiałyby, że podskakiwałaby w miejscu… Tylko, że z tego, co zauważył, wcześniej nic takiego się nie działo, a przecież słyszeli odgłosy burzy, zanim ta dotarła do miejsca, w którym znajdowała się teraz, czyli dokładnie nad nich i ruiny, w których się ukrywali. Deszcz i wiatr właściwie cały czas uderzały w ich kamienną kryjówkę, jakby chciały sprawdzić – tak samo, jak ona wcześniej – czy na pewno jest ona wystarczająca, aby ukryć ich przed żywiołem szalejącym na zewnątrz. Powinno wytrzymać jedną burzę, a co dalej? Cain nie był pewien, bo jego celem było zadbanie o to, żeby schronili się w nim ten jeden raz. Może wytrzyma dłużej i kiedyś ktoś będzie w podobnych tarapatach, wtedy taka osoba będzie mogła użyć tego schronienia, żeby również się w nim ukryć. Bo czarodziej nie miał zamiaru niszczyć go od razu po tym, jak będą mogli wyjść na zewnątrz.
         – Nie mam pojęcia, o czym moglibyśmy rozmawiać, żeby zabić czas – przyznał się jej po jakimś czasie. Mówił nawet nieco głośnej przez to wszystko, co działo się na zewnątrz. Nie przeszkadzało mu też siedzenie w ciszy, jednak mogło być tak, że Lotta będzie miała na ten temat inne zdanie i będzie chciała słyszeć też ich głosy, a nie tylko deszcz, wiatr i regularnie pojawiające się gromy dźwiękowe.

Wyczuł magiczne wahania, których raczej nie powinno tu być. Z drugiej strony wiedział, co może oznaczać ich bliskość. Ich schronienie nie było tak trwałe, jak na początku mu się wydawało, tylko, że była to jego wina. Niedopatrzenie sprawiło, że jakimś cudem magia zaczęła „wyciekać” z jednego ze wzmocnień. Na początku wydawało mu się – może nawet liczył na to – że znajdzie to po swojej stronie i nie będzie musiał doprowadzać do niezręcznej sytuacji z udziałem swojej towarzyszki. Tylko, że szybko dostrzegł, że tak nie było i „przeciek” znajdował się po stronie, po której ona siedziała.
         – Muszę dodatkowo zabezpieczyć łączenia po twojej stronie – powiedział, zanim wstał. Raz jeszcze otarł się ramieniem o jej ramię. Po chwili zrobił coś więcej, bo nachylił się nad nią. Starał się nie patrzeć w dół, bo doskonale wiedział, co mogło znajdować się bezpośrednio pod jego oczami… i nie byłaby to twarz dziewczyny. Dlatego uparcie kierował swój wzrok prosto na ścianę, którą chciał wzmocnić. Oparł się o nią jedną ręką, musiał mieć z nią bezpośredni kontakt, a drugą opuścił wzdłuż ciała. Jego oczy znów zaświeciły się, a magia przelała się z jego ciała do ściany, a później wyżej, aż do miejsca, w którym dach łączył się z tą konkretną ścianą. Stał tak jeszcze przez chwilę, jakby upewniał się, że było to jedyne zagrożenie, które mogło – ale nie musiało – doprowadzić do tego, że cała konstrukcja stałaby się niestabilna.
         – Tak… Chyba gotowe – odparł i odruchowo spojrzał na Lottę. Czyli w dół, bo przecież tam siedziała dziewczyna. Naprawdę był to odruch, ale szybko zrozumiał, co zrobił i, gdzie mógł spojrzeć – dlatego od razu podniósł wzrok. Powiedział coś cicho do siebie, co mogło brzmieć jak „głupek”, ale wypowiedział to cicho, nawet bardzo cicho. Bez słowa wrócił na swoje miejsce.
         – Przepraszam – odezwał się cicho. To chyba też zrobił odruchowo. Bo za co ją tak naprawdę przepraszał? Może nawet nie zwróciła uwagi na to, co zrobił, a co trwało tylko tyle, co mrugnięcie oka. Szybko uświadomił sobie, gdzie mógłby zabłądzić wtedy jego wzrok i zadbał o to, żeby mu się to nie udało.
        
🗲🗲🗲🗲🗲🗲
        
W tym samym czasie grupa ścigających ich najemników zatrzymała się w lesie w niedużej odległości od dawno opuszczonej wioski. Wiedzieli, że zbliża się burza i też chcieli się przed nią schronić. Też mieli zamiar użyć magii, tylko, że w całkiem inny sposób niż zrobił to Cain.
         – Kto zna się tu jeszcze na magii? - zapytał ich Dowódca. Trzech najemników podniosło ręce, a tamten pokiwał tylko głową.
         – Pomożecie naszemu magowi przy zaklęciu, które rzuci, żeby ochronić nas przed deszczem i burzą – poinformował ich. Nie spodziewał się odmowy, a jeśli takowa by się pojawiła, to na pewno miałby sposób, żeby albo namówić kogoś takiego do tego, żeby zmienił zdanie, albo udowodnienie mu, że nie jest już członkiem ich grupy. Może nawet skończyłoby się na tym, że w ogóle przestałby być aktywnym członkiem tego świata.
Zaklęcie, które chciał rzucić Mag, jako podstawę wykorzystywało magiczną zbroję maga, tylko, że zmieniało jej kształt na kopułę i rozszerzało ją tak, żeby dało się pod nią ukryć. Jedynym problemem było to, że im więcej osób się pod nią ukrywało, tym większa musiała być i przez to wymagała nie tylko ciągłego podtrzymywania, lecz również dużej ilości energii magicznej. I tak musieli ją rzucić, jeśli chcieli pozostać poza działaniem wiatru i deszczu. Zrobili to, a gdy tylko zaczęło padać, krople spadające z góry odbijały się od niemalże przezroczystej kopuły, pod którą ukrywali się mężczyźni.
Awatar użytkownika
Lotta
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Czy była pewna, że nie zaszkodzi jej siedzenie z nim ramię w ramię w wilgoci i ciasnocie nie wiadomo jak długo? W ciemności i tam, gdzie nikt by ich nie usłyszał? Pośród głuszy i rozbudzającej instynkty szalonej ulewy - niezwykłej pierwotnej sile dobijającej się do ich małego schronienia brutalnie i w rytm ogłuszających grzmotów?… Oczywiście! Mogła co najwyżej dostać palpitacji i przegrzać się z zachwytu, że oto jej mądry czarodziej choć mógł usiąść dalej, usiadł blisko i nie zmienił zdania mimo, że gniotła go swoim kościstym jestestwem po ramieniu. Cieszyła się, że zatrzymała go przy sobie, choć oczywiście żałowała też, że nie mogli znaleźć się w podobnej sytuacji, gdy już trochę przytyje i nabierze odpowiedniejszych do flirtowania kształtów. Nic jednak z tego - musiała starać się z tym, co miała teraz, czyli nadszarpniętą sukienką i fryzurą już potarganą przez wiatr, bo wszystko inne było w stanie jedynie gorszym. Co za tragedia!
        W dodatku miała jeszcze jedną straszną ułomność - nie bała się burzy. Nie miała pojęcia jaki atut traci!

        - Nie, dlaczego miałabym się bać? - odpowiedziała naiwnie, przywołując w myślach wszystkie burzowe wspomnienia. Na dźwięk rozrąbującej drzewo błyskawicy uśmiechnęła się zachwycona. Co za siła! Co za huk!
        - Lubię burzę - przyznała po chwili, podniesiona na duchu i wpatrzyła się w szarą ścianę zacinającej ulewy. - A ty? Nie boisz się? - Oprzytomniała nagle. Może pytał ją, ponieważ sam czuł się niekomfortowo w takich okolicznościach? Och nie! Jeśli się denerwował, to teraz ona ze swoją radością wyda mu się nieczuła! Co za frędzla, jak mogła o tym nie pomyśleć! O jego uczuciach! Skupiona tylko na tym, by mu się podobać! Brzydka, brzydka Locia! Modliszka bez wstydu!
Kokota!
        - T-to nic złego bać się burzy! - Spróbowała wyratować sytuację wiercąc się w panice. - Każdy się czegoś boi! Ja na przykład zbyt grubych książek. I braku wody! I jak cię odpytują nauczyciele, bo nigdy nic nie wiem i są wtedy tacy wysocy, mroczni i srodzy. Chociaż to było dawno… ale myślę, że nadal tego nie lubię. Więc spokojnie, możesz się bać czego chcesz! - zapewniła i z pewnym trudem wynikającym z ciasnoty poklepała go po głowie. Ona tu będzie i nie pozwoli żadnej burzy zrobić mu krzywdy. Obroni go przed każdą kroplą! Nic dziwnego, że tak bardzo chciał wybudować to schronienie - pewnie nie liczył na to, że Locia może go osłonić. Mogła! Ale w jego oczach musiała być okropną wiedźmą i tańczyłaby w deszczu śmiejąc się demonicznie kiedy on drżałby w objęciach nawałnicy. Nie, z nią przeszedłby suchą nogą i ręką i głową przez to wszystko! A przed piorunami… na pewno on umiałby ich obronić.
        Ale pod daszkiem było mu lepiej.

        Uśmiechnęła się ciepło, chcąc go pokrzepić, ale nie wiedziała, co jeszcze mogłaby powiedzieć.
        On też stwierdził, że nie…

        - Czas jest groźnym przeciwnikiem, nie wiem czy możemy go zabić - odparła cicho, posłusznie namyślając się jednak nad jakimś sposobem aby to zrobić. Cainerath chyba nie lubił czasu. A może był to jego rywal? Ponoć to tyczyło się częściej kobiet i ich urody, ale Cain był bardzo ładny i może wytykano mu już, że jest za stary na twarz młodzieńca i powinien się przerobić na klasycznego podstarzałego czarodzieja z brodą? Och nie! NIE!
        Czas musiał zostać zatrzymany!

        Czarodziejka nie wiedziała co prawda jak to osiągnąć, ale dla pięknej buźki Caina i jego szerokich ramion musiała spróbować coś wymyś…leć. Nie, wróć, w takim układzie czas był niestety nie do pokonania.
Zostawało tylko westchnąć i pogodzić się z tym.

        To nie był jednak koniec problemów - schronienie Caina chyba nie dawało mu wystarczającej pewności i komfortu, bo nagle stwierdził, że musi coś zabezpieczyć. Jakieś ,,łączenia”. Miała to po swojej stronie? Rozejrzała się zdezorientowana, a on - wstał. Nie pomógł jej, bo teraz tym bardziej nie wiedziała gdzie patrzeć! Zastygła w napiętym oczekiwaniu gdy nachylił się i delikatnie, z czułością dotknął…. ściany. Z zapartym tchem patrzyła od dołu na jego przystojną twarz i dziurki od nosa. Wyczekiwała dalej. Spojrzy na nią? Chociaż na chwilkę? Była ostatnio taka niedobra, ale może już jej wybaczył? Poprawiła lekko sukienkę na ramionach, ale czarodziej skupiony na ścianie ignorował ją bez wysiłku. Błysnął oczami, poświatą może nawet mógłby oświetlić jej dekolt, ale zasłonił go ręką pieszczącą kamienie. Locia czekała, mając nadzieję, że czarodziej uśmiechnie się chociaż do niej i przy okazji zobaczy czym została obdarzona przez naturę, bo to zdawało jej się, że miała, ale Cain w ogóle się nie uśmiechał. Skończywszy z zajęciem, rzucił szybkie spojrzenie na niesatysfakcjonujący biust czarodziejki, po czym zganił siebie, że spojrzał na coś tak obwisłego i nieciekawego, psując sobie humor. Nie chciał być niegrzeczny, więc ją przeprosił, że patrzył tam gdzie nic nie było i usiadł na swoim miejscu.
        Locia słyszała w uszach bicie własnego, zdruzgotanego serca - była… taka brzydka! Koścista, bez piersi, chodząca pokraka, na którą nie można pokusić się nawet w takich okolicznościach!
        Załamana podciągnęła nogi pod samą brodę i schowała twarz w kolanach. Czoło też na pewno miała brzydkie. I głowę. I nosek. Och, jak bardzo nie chciała żeby czarodziej ją taką widział! Ale czy to była jego wina, że się tu znaleźli? Nie. Jego winą było to, że nie miała dostatecznej urody? Wcale. Więc nie mogła go tym zadręczać. Tym bardziej kiedy się bał i jedyne o czym myślał to wirująca wokół nich ulewa i… i ściany!

        - Nic się nie stało - mruknęła stłumionym głosem pełnym rozpaczy, po czym żeby jakoś zrekompensować mu bycie paskudą, sama dotknęła kamieni i od zewnątrz umocniła kryjówkę lodem, nad którym póki co miała pełną kontrolę. Postanowiła, że obroni czarodzieja przed burzą, to go weźmie i obroni. Nawet jeżeli nie mogła spodziewać się niczego w zamian!
        Nawet jednego, zachwyconego spojrzenia.
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

         – Ja? Nie, nie boję się burzy. Lubię ją oglądać, gdy mam taką możliwość – odparł szczerze. Naturalne zjawiska pogodowe mogły wywoływać strach, nic złego nie było w tym, żeby ich się bać, choć chyba najczęściej dzieje się tak w przypadku burzy właśnie. Dla niego od zawsze było to częścią świata, tak samo jak deszcz – który zresztą teraz również padał – albo śnieg. Nie było to dla niego coś niewiadomego, co byłoby dziełem jakiejś wyższej istoty, która przez różne zmiany w pogodzie prezentowałaby przed nimi zmiany w swoim humorze albo emocje, które wtedy odczuwa, bo po prostu wiedział, co musi się stać, żeby zaczął padać deszcz albo, żeby doszło do tego, że zacznie się burza.
         – Tak, każdy się czegoś boi. Tylko, że jedni ukrywają to głęboko w sobie, żeby sprawiać wrażenie kogoś, kto nie boi się niczego… ale oni też odczuwają przed czymś strach, Nie ma osoby, która by się czegoś nie bała – gdy to mówił, przez chwilę patrzył się prosto przed siebie, jakby widział tam coś, co dostrzegają jedynie jego oczy. Może nawet mówił z własnego doświadczenia, co mogło być zresztą prawdą – ale on wiedział, czego się obawiał i, co prawda, może i starał się ukrywać to przed innymi, ale nie robił tego przed sobą. Z drugiej strony nie było też tak, że nikt o tym nie wiedział. Tutaj znów pojawiała się kwestia zaufania, bo, jeśli czuł, że może komuś zaufać tak bardzo, że może się tym z taką osobą podzielić, to mógłby to zrobić, jeśli byłaby ku temu okazja i wynikłoby to z rozmowy.
         – Wiesz, że tak się tylko mówi, prawda? - zapytał ją, a przez jego twarz przebiegł uśmiech. Niestety, zrobił to tak szybko, jak błyskawica przecinająca właśnie pełne chmur niebo.
         - „Zabić czas” to tylko powiedzenie. Chodzi o to, żeby zająć się czymś w czasie, w którym przeważnie na coś się czeka – dodał jeszcze. Wydawało mu się, że Lotta powinna o tym wiedzieć, dlatego trochę dziwnie czuł się, gdy jej to tłumaczył. Nie chciał, żeby pomyślała, że uważa ją za głupią, bo wydaje mu się, że nie wie czegoś, co tak naprawdę wie.

Zdziwiło go to, co tak nagle zrobiła Lotta, dodatkowo poczuł się tak, jakby to w pewnej części właśnie jego winą była ta jej zmiana nastroju. A przynajmniej tak mu się wydawało, że to jej nastrój w ciągu chwili zmienił się na gorsze. Wyglądała dla niego teraz tak, jakby chciała zamknąć się w sobie i przebywać wyłącznie w towarzystwie swoich myśli. Tylko, że odezwała się po chwili, choć głos jej stłumiony był nieco przez to, że chowała teraz twarz. Poza tym, zobaczył też – a po chwili również poczuł – że dziewczyna także postanowiła wzmocnić ich kryjówkę. Mimo ubrań, mógł odczuć na skórze to, że w środku nagle zrobiło się trochę chłodniej. Nie przeszkadzało mu to tak właściwie, choć zimny wiatr wpadał czasem do ich kryjówki, aby odbić się od ścian i od razu wylecieć. Poza tym, szybko przypomniał sobie o tym, że Lotta znajduje się tuż obok i – nawet, jeśli zmieniła pozycję, w jakiej siedziała – nadal dotykali się ramionami, a to sprawiło, że znów poczuł trochę ciepła, które rozchodziło się po jego ciele. Skąd konkretnie pochodziło i dlaczego miało związek właśnie z nią? Tego nie był pewien. Albo, inaczej, podejrzewał, dlaczego tak się działo, ale może nie chciał dopuścić do siebie faktu, że to był ten konkretny powód.
         – Nie chciałem zepsuć ci humoru – odezwał się do niej. Uświadomił sobie, że to właśnie przez niego to się stało i teraz spoglądał przed siebie, patrzył na spadające krople i światło błyskawic, a nie w jej stronę. Zaczął źle się z tym czuć, dlatego nie mógł przekonać się do tego, żeby zerkać w stronę towarzyszki – dlatego też udało mu się dostrzec, że deszcz powoli przestaje padać, a burza zaczyna odchodzić dalej, o czym świadczyły coraz większe przerwy między grzmotami i błyskawicami.
         – Ale nawet komuś takiemu, jak ja – komuś, kto żyje już dość długo – zdarza się dziwnie zachowywać w towarzystwie kobiety, której urodę potrafię docenić… A chyba nie powinno tak być, prawda? Setki lat życia powinny mnie do tego przyzwyczaić, a wydaje mi się, że nie stało się nic takiego – powiedział to cicho, nadal obserwował zresztą padający deszcz. Może zamyślił się i to, co powiedział na głos, to były jego myśli. Coś, co powinno zostać w jego głowie, a nie wydostać się na światło dzienne. Zaraz… czy on rzeczywiście pozwolił tym słowom opuścić jego usta? Naprawdę to zrobił? Przymknął na chwilę oczy w geście rezygnacji.
         – Ja… to znaczy… Eh, chyba nie znajdę dobrego argumenty, którym mógłbym się wytłumaczyć – przyznał nieco zakłopotany. A co, gdyby wyładowaniami magii energii rozbić znajdującą się pod jego siedzeniem glebę, żeby mógł zapaść się pod ziemię? Akurat teraz nie wydawało mu się to złym planem, choć normalnie uznałby coś takiego za głupstwo. Wstał nagle, znów otarł się swoim ramieniem o jej ramię.
         – O, chyba przestaje padać. Burza też zaczęła już odchodzić. Niedługo będziemy mogli ruszać dalej – powiedział to głośno, ale i tak w jego głosie nadal obecne było zakłopotanie. Próbował zmienić temat, zmienić atmosferę, ale raczej na próżno. Chyba mu się to nie uda. Wątpił, żeby takie – chyba można powiedzieć, że – wyznanie przeszło obojętnie obok uszu Lotty. Na pewno je słyszała i na pewno jakoś na nie zareaguje. Wystawił jeszcze głowę na zewnątrz i, gdy spojrzał w górę, zobaczył, że szare i granatowe chmury uciekają razem z wiatrem, a ich miejsce zajmują białe, z którym leniwie zaczęło wyłaniać się też słońce. Przez to deszczowa woda spadła na jego twarz i włosy, te drugie zaczęły zresztą nieco błyszczeć i to właśnie przez to, że słońce zaczęło odbijać się w spoczywających na nich kroplach wody.
        
🗲🗲🗲🗲🗲
        
         – Burza przechodzi, deszcz przestaje padać. Możecie przestać podtrzymywać barierę – odezwał się dość głośno dowódca najemników. Chciał, żeby usłyszeli go wszyscy, którzy pomagali Magowi z tworzeniem ich magicznego schronienia. I dotarła do nich ta informacja, bo bariera zaczęła lekko migotać, a później zniknęła całkowicie. Drzewa, wśród których teraz stali, wystarczyły, aby dość dobrze ochronić ich przed wolniej padającym deszczem.
         – Na pewno jeszcze tam są? - zapytał jeden z wojowników.
         – Widzieliśmy przecież, jak mag budował ich schronienie. Jeszcze tam stoi, więc oni pewnie też są w środku – odpowiedział mu drugi. Wskazał też palcem w stronę ruin, na których tle wyróżniał się niewielki schron, w którego wnętrzu faktycznie przebywali teraz Cain i Lotta.
         – Poczekamy, aż wyjdą i wznowią marsz, a później pewnie ruszymy za nimi. Musimy czekać na okazję, jak mówił Szef – zapewnił go jeszcze. Tamten pokiwał tylko głową i dokończył posiłek. Bo tak, wykorzystali ten czas, żeby coś zjeść, a przynajmniej można to powiedzieć o tych, którzy zrobili się głodni.
Awatar użytkownika
Lotta
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Każdy się czegoś boi…
        Locia szczerze mówiąc nieczęsto myślała o swoich lękach. Tak jak już powiedziała czasami przeszywał ją dreszcz, gdy myślała o pewnych rzeczach… ale gdyby ktoś brał pod uwagę tylko faktyczne przerażenie mogłoby się okazać, że biedna Lotta nie zna czegoś takiego. Mogłaby reagować gwałtownie, gdy pod jej nogę wyskoczyłaby żaba czy inna mysz, drżeć w ciemnych tunelach, czy nie wchodzić do biblioteki, ale prawdziwa groza była jej chyba… chyba obca. Może Loci brakowało bystrości by wyobrażać sobie pewne konsekwencje lub był to jej sposób na przetrwanie każdego zagrożenia - obserwować co się dzieje i reagować bez większego zastanowienia i stresu. W końcu została kiedyś porwana przez piratów i trzymana pod pokładem, przeżyła straszne sztormy, dalekie podróże, zamiecie śnieżne, walki z niedźwiedziami, samotność i grupy bandytów. Nic z tego nie zostawiło jednak śladów na jej psychice. Nawet świadomość, że jej własny ojciec co chwila jest przez kogoś ścigany nie zakłócała jej spokoju. Nie, jej spokój zakłócał jedynie Cain i jego absolutny brak zainteresowania jej powierzchownością. Nigdy chyba nic nie zdruzgotało jej tak bardzo!
        Czy była z piratami, czy z bandytami, czy z przyjaciółmi… zawsze sądziła, że jest ładna. I ta pewność, zadowolenie z samej siebie malowało uśmiech na jej twarzy, nawet gdy dookoła błyskały ostrza lub zwyczajnie zbyt dużo się działo. Pogody ducha nie mąciły wątpliwości czy nieśmiałość. Zawsze była otwarta na innych i na to co może się wydarzyć. I jakoś wychodziła z tego obronną ręką. Teraz zaś przekonywała się, że chyba nie jest taka wspaniała jak myślała. Poczuła się słaba i mniejsza niż kiedykolwiek.

        Chociaż nie, zanim tak się poczuła wysłuchała jeszcze wyjaśnienia powiedzonka z czasem i znów uznała, że czarodziej jest bardzo mądry i jeszcze raz zachwyciła się jak cierpliwie jej wszystko tłumaczy!

        Ale potem dostała prawdziwego doła.
        Nie miała o to oczywiście pretensji do czarodzieja - gdyby była chociaż odrobinę bardziej doskonała zamaskowałaby swój smutek by mu nie przeszkadzać i by go nie martwić, bo to przecież jej wina, że była mniej krągła nawet od starej ściany. Ale nie potrafiła dobrze ukrywać uczuć, nawet gdy należało i tak zaczęła perfidnie wymuszać na Cainie empatyczne odruchy, za co zbeształaby się gdyby tylko wpadła na to jaka jest teraz przebiegła. Skupiła się jednak na rozpaczy i cichnącym szumie ulewy, która trzymała Caina blisko niej. Znaczy, niby powiedział, że nie boi się burzy, ale jakoś jej to umknęło i nadal cicho sądziła, że może jednak burza nie jest jego ulubioną pogodą. Byłoby to o tyle dobre, że wtedy następnym razem mogłaby pokazać jaka jest przydatna jeśli o deszcze chodzi i może tym chociaż przypodobać się czarodziejowi. Tylko musiała trzymać go z dala od ścian. Były w tej chwili zbyt mocną konkurencją.

        Tak gnębiła się w duchu, kiedy obiekt jej… prawie wszystkiego, odezwał się swoim przystojnym i jakże łagodnym głosem w geście pocieszenia.
        Prawie zawyła.
        Oczywiście, że nie chciał jej psuć humoru! Był zbyt dobry! Nigdy nie zniżyłby się do czegoś takiego! Och, okropne, że mogła sprawić żeby tak pomyślał! Modliszka!
        Nie, chwila, modliszka już była.

        …

        PATYCZAK!

        Wcisnęła czoło jeszcze mocniej w kolana i doprawdy dziwne, że nie odkształciła tym sobie głowy. Zaraz też zresztą poderwała ją i wbiła błękitne oczęta w patrzącego przed siebie czarodzieja.
        Co mówił?

        Dwa czerwone placki na jej czole i roztargana grzywka ładnie podkreślały wagę chwili, choć wcale nie pomagały w rozumieniu słów. Ale w końcu pojęła. Zwierzał się. W chwili jej zwątpienia postanowił pokazać jak bardzo jej ufa. Nie była dość atrakcyjna aby się mu podobać, ale chyba nadal mogła zostać jego powierniczką. Dlatego przyznał się do tego co uważał za wstydliwe… i co być może każdy odbierał podobnie.
        Nazwał ścianę kobietą.
        I dodał, że przy tej konkretnej nie może się już opanować…
        Oczywiście! Setki lat życia nie mogły przygotować go na tę wspaniałą pionową powierzchnię płaską! Kusząco omszoną, doświadczoną przez dekady stania i tak bardzo stabilną, choć jednocześnie ujmująco kruchą!

        Wysiliła się na uśmiech pełen zrozumienia, żeby nie zaczął żałować, że zdradził jej swój sekret i swoje odczucia. Nie uważała zresztą, że uwielbienie dla przedmiotu martwego jest czymś niestosownym - bolało ją jedynie, że zależało jej na opinii kogoś, kto miał już zajęte serce. Nieważne czy była to inna kobieta, powołanie czy upodobania. Nie mogła się z nimi równać.
        Ale… ale mogła być chociaż obok. Jeszcze przez jakiś czas. Póki razem idą… i potem też pewnie zostaną znajomymi na zawsze, prawda? Więc zawsze będzie mogła stać obok, jako przyjaciółka, którą Cain będzie uznawać, nawet jeżeli dopiero następną w kolejce do jego uwagi…
        Każdy ma swoje miejsce - jej widocznie jest tam.

        - Nie musisz się z niczego tłumaczyć - zapewniła, z ukrywaną boleścią i szczerym przekonaniem. ,,Ja nigdy cię nie odtrącę. Nieważne, co będziesz lubił”. Spojrzała na niego z łzawą lojalnością i milczała, kiedy deszcz ucichł i wydarzenia znowu zaczęły się dziać. Trzeba było wstać, podnieść torbę, wyczołgać się ostrożnie z kryjówki i nie patrzeć zbyt długo na lśniące od wilgoci, srebrzyste włosy czarodzieja. Odwrócić się od nich. Odetchnąć mokrym, trawiastym powietrzem. Poczuć pod stopami chłodne, zlepione źdźbła, zobaczyć, że pod niebem są znowu we dwoje - może bliżsi sobie niż wcześniej, choć pewne marzenia stały się właśnie odległe. I iść dalej, z uśmiechem, który miał krzepić kompana.
        Locia, choć nieobecna myślami, podała mu rękę - by było mu łatwiej rozstać się ze ścianą. Lód na jej zewnętrznej powierzchni topniał powoli i płaty zmarzniętej wody zaczęły odpadać, plaskając w mętne kałuże.
        Niech na to nie patrzy.

        - Idziemy? - zaproponowała z ciepłą sennością, gotowa pociągnąć go dalej na północ.
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

Starał się mówić wyraźnie i nie używać też słów, których Lotta mogłaby nie zrozumieć. Tylko, że to i tak wydawało się na nic, bo nie został przez nią zrozumiany. Nie dotarło do niej to, co chciał przekazać jej tymi słowami. Tym wyznaniem. Nie wiedział, jakie myśli znalazły się w jej głowie po tym, jak usłyszała jego słowa. Wiedział natomiast, że nie przyniosło to efektu, jakiego się spodziewał. Zareagowałaby na to zupełnie inaczej, gdyby cała ta sytuacja poszła po jego myśli. Gdyby wyczytała z jego słów, to co chciał jej nimi przekazać. Może coś źle powiedział, a może za bardzo krążył wokół tematu i właśnie przez to Lotta nie domyśliła się, że mówił o niej? Im dłużej przebywał w jej towarzystwie, tym bardziej odkrywał, że mu się podoba. Tylko, że nawet jeśli takie wyznanie nie przyniosło efektu, to może faktycznie przeznaczone im jest zostanie przyjaciółmi. Może nawet najlepszymi, ale jednak nadal przyjaciółmi. I nikim więcej. Chyba będzie musiał pogodzić się z tą myślą i tym, że właśnie taka ma pozostać ich relacja.
Powiedziała mu też, że nie musi się z niczego tłumaczyć. Nie wiedział, jak odpowiedzieć, więc mruknął tylko „Mhm” i poczekał na to, aż dziewczyna wstanie. Powinien skupić się na czymś innym – dobrze, że deszcz przestał padać, a burza udała się w inne zakątki kontynentu. Przynajmniej przez chwilę mógł obserwować słońce powoli wyłaniające się zza chmur i świat budzący się po deszczu. Tuż obok ich schronienia coś przemknęło między budynkami, prawdopodobnie sarna, choć Cain nie był pewien. Pamiętał też o tym ostrzeżeniu, które znaleźli ostatnio. Ciągle był świadom tego, że jakaś wrogo nastawiona grupa podąża za nimi i chce się ich pozbyć. Wcześniej, zanim jeszcze stało się to jasne, chyba raz czy dwa razy miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje – może to właśnie byli ci osobnicy. Zamyślił się na chwilę, znowu, a gdy wrócił do rzeczywistości, Lotta stała już w przejściu i była gotowa, aby iść dalej.
         – Idziemy – potwierdził i przyjął jej dłoń. Później nawet pozwolił jej pociągnąć się do przodu, choć gdy był w progu prowizorycznego schronienia, złapał za próg i odebrał konstrukcji swoją energię magiczną. Ta stała jeszcze przez krótką chwilę, zaledwie tyle, ile zajmowało pojedyncze uderzenie serca, a później ściany przewróciły się na boki. Teraz mogli iść dalej.

Niebo całkowicie rozpogodziło się, gdy mijali ostatni budynek w ruinach. W ten sposób zostawili też za sobą miejsce, które kiedyś tętniło życiem. Teraz jedynie przebywały tu zwierzęta, ale i to nie zawsze, a jedynymi innymi stworzeniami – bardziej ludzkimi – byli tylko ci, którym zdarzyło się przechodzić właśnie tędy. Można powiedzieć, że główna droga wiodła właśnie tędy i nawet były na niej widoczne ślady kół wozów, jednak wgłębienia nie były też duże, co oznaczało, że nieczęsto przejeżdżały tą drogą.
Dopiero teraz zauważył też coś jeszcze, co umknęło mu wcześniej, na co w ogóle nie zwrócił uwagi przez ten czas. Co? Cały czas trzymał dłoń Lotty. Do tego czasu mu to nie przeszkadzało, zwyczajnie nie był tego świadom i wyglądało na to, że ona również nie zwróciła na to uwagi. Cóż, gdy już to widział i wiedział, że to robi, zaczął czuć się nieco niezręcznie. Wydawało mu się to niekoniecznie pasować do ich relacji. Niby przyjaciele mogli robić takie rzeczy z racji na, chociażby, relację, jaka jest między nimi, ale takie trzymanie się za ręce kojarzyło mu się z czymś innym. I dlatego zdecydował się puścić jej dłoń, a swoje schować w kieszeniach płaszcza.
         – Przepraszam, wcześniej nie zwróciłem na to uwagi – odparł spokojnie, choć w jego głosie rzeczywiście dało wyczuć się przepraszający ton. Nie znalazł innych słów, które by pasowały, więc zdecydował się wypowiedzieć te, które wydawały mu się najbardziej odpowiednie. Raczej wiadome było, że chodziło właśnie o trzymanie się za ręce, bo nie tylko jego słowa na to wskazywały, lecz także to, co zrobił ze swoimi dłońmi. Odwrócił też na chwilę wzrok, w stronę pobliskiego drzewa, z którego rozległ się ptasi śpiew. Widać było, że czuje się nieco niezręcznie. Tylko… czy Lotta zauważy to i odczyta te emocje? Czy może znów pomyśli o czymś zupełnie innym? Szczerze, to wolałby, żeby tego nie zauważyła. Wolał nie wiedzieć, co sobie o nim pomyśli.
         – Rozmawialiśmy wcześniej o tym, jak chcemy pozbyć się tych, którzy nas śledzą? Nie odwracaj się, nie mogą dowiedzieć się, że wiemy o ich obecności – powiedział do niej. W razie czego, też uprzedził ją, czego nie powinna robić, choć wydawało mu się, że dziewczyna powinna to wiedzieć.
         – Na początku myślałem, żeby doprowadzić ich do twojego ojca i zajęlibyśmy się nimi w trójkę… Albo nawet w czwórkę, jeśli ten, kto podrzucił nam informacje o nich, zdecyduje się pomóc w walce. Tylko, że teraz nie jestem pewien, czy to taki dobry pomysł. Nie chcę narażać dodatkowych osób na niebezpieczeństwo – zaczął mówić. Widać było, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale, przynajmniej teraz, nie jest pewien, czy na pewno chce, aby te słowa padły. Przymknął nawet na chwilę oczy, aby krótko po tym, nadal z zasłaniającymi je powiekami, pokiwać głową do samego siebie.
         – Nadal wolałbym też, żebyś nie brała udziału w tej walce, tym bardziej, że masz z tym niewiele wspólnego. Tylko, że wiem też, że nie uda mi się przekonać cię, żebyś, zamiast walczyć w mojej walce, oddaliła się na bezpieczną odległość i ukryła gdzieś, gdzie najemnicy by cię nie znaleźli… I dlatego musisz wiedzieć, że nie będę próbował przekonać cię do tego, żebyś to zrobiła – dodał w końcu. Tak, to właśnie były te słowa, nad którymi zastanawiał się chwilę wcześniej; które nie był pewien, czy chce zatrzymać dla siebie, czy może po prostu wypowiedzieć je i zobaczyć, jak zareaguje na nie osoba, której dotyczą. I nie chodziło o to, że nie uważał jej za silną – wiedział, że taka jest i, że byłaby dobrym wsparciem w walce – ale nie chciał też mieszać do tego kogoś, kto, jak wspomniał, nie jest z tym powiązany tak bardzo, jak on, czy nawet też ojciec Lotty. Tylko, że na to było już za późno. Czarodziejka wiedziała, że zagraża im grupa wojowników i wiedziała też, z jakiego powodu za nimi podążają.
Awatar użytkownika
Lotta
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Atmosfera po tych paru momentach wymuszonej bliskości w ciasnym schronieniu, całkiem ciepłych i podnoszących na duchu uległa jednak pewnemu ochłodzeniu, kiedy nieporozumienie zrodziło w sercach pradawnych zawód, a charaktery - związaną z tym rezygnację. A już rzeczy zaczynały układać się po ich myśli… znaczy poza ścigającą ich ekipą tajemniczych mścicieli. Lecz ich nie licząc pozostawała wspólna droga, znajomość z ojcem Lotty, perspektywa spędzenia czasu we dwójkę, a potem we troje. Teraz wspólna podróż mogła malować wizje nieco przygnębiające, przypominając o relacji, która choć bliska mogłaby być bliższa, ale plus był taki, że teraz Cain miał szansę nie podpaść staremu druhowi chodząc z jego córeczką pod rękę.
        Ten płomyczek optymizmu zdawał się wystarczać, by względna pogoda wróciła do czarodziei, tak jak jasne barwy wróciły na niebo - Locię tylko przeraziła chwila kiedy Cain, nie mogąc odejść od tak złapał jeszcze ostatni raz ścianę, a potem - wszystko runęło! Nie była ślepa na magię, wiedziała że to on wydarł resztki nieżycia z niedoszłej ukochanej. Skoro on nie może jej mieć nikt inny też nie będzie…
        Przeszedł ją dreszcz; na początku smutku, współczucia, potem zaś lęku. A wreszcie ekscytacji. Miłość jak z powieści! A Cain na pewno otrząśnie się z tego, jeżeli odpowiednio o niego zadba. Ostatecznie nikogo nie zabił, to nie ta historia. Tylko musieli iść dalej by nie miał dość czasu żeby ponapawać się resztkami dawnej struktury mieszkalnej. Tym chętniej odciągała go dalej, zastanawiając się jakie powieści mogłaby przeczytać gdyby lubiła bawić się z literkami. Było tyle wzruszających, namiętnych lub słodkich romansów, poślubne wyprawy do odległych krain, opisy kolacji w świetle księżyca i wspólnego patroszenia ryb! Ale ona opowieści przyswajała najlepiej wtedy, kiedy ktoś mógł jej je opowiedzieć i streścić. Albo poczytać! Dawno się to nie zdażyło, ale zatęskniła za książkami i słuchaniem cudzego głosu ożywiającego zastygłe w bezruchu zdania.
        Brak uwielbienia ze strony Caina naprawdę jej chyba zaszkodził.
        A jednak miło podążało się dalej kiedy błądziła myślami i marzyła o opowieściach, z rodzaju tych, których bohaterką pewnie nigdy nie będzie. Ciepło dłoni czarodzieja wydało jej się przy tym tak naturalne, że dopiero kiedy zostało jej brutalnie odebrane zdała sobie z niego sprawę.
        Popatrzyła jak zdruzgotana na Caina i jego dłonie ukryte w przepastnych, niedostępnych kieszeniach. Otrząsnęła się, w duchu każąc sobie samej przywołać się do porządku i uśmiechnęła się blado.
        - N-nic się nie stało - zapewniła, choć głos zadrżał jej z lekka. Cain też jakoś zesztywniał i znów zrobiło się… inaczej.
        Co się z nimi najlepszego działo?
        Chciała wejść w to głębiej i przeanalizować wszystko tym fragmentem umysłu, który otrzymała z nadmiarem urody, ale Cain rozproszył ją słowami.
        Nie mogła myśleć i słuchać jednocześnie!

        - Tak? - Spytała naiwnie, odwracając się, kiedy tylko przypomniał o tym, że ktoś ich śledzi. - Przecież nikogo nie widzę. Nie mogą wiedzieć, że to do nich się odwracam… bo ja w sumie często się odwracam, nawet kiedy o nich nie pamiętam. Czy oni to odróżniają!? - Przeraziła się. Co prawda jeżeli będą wiedzieć kiedy odwraca się, bo jest ich świadoma, będzie mogła odwracać się z innych powodów, ale wtedy jak nic będzie sobie o nich przypominać i wtedy może oni też będą wiedzieć, że ona o nich wie, choć przecież wcale nie będzie zaczynać odwracania się by ich zobaczyć, a wręcz z ich powodu będzie się ododwracać i to tak szybko jak tylko zrozumie, że odwraca się myśląc o nich!
        Szybko skupiła się na nieistniejącej drodze i spoglądała przed siebie nienaturalnie skoncentrowana na tym jednym kierunku. Nie może odwracać głowy jeżeli mają takie zdolności. Inaczej sprowadzi na czarodzieja kłopoty!
Ale na szczęście Cain mówił dalej i dzięki temu nie mogła skupiać się tak bardzo na nieodwracaniu - uratował tym samym jej kark przed nadchodzącym skurczem, chociaż niestety naraził jej mózg na wysiłek.
        Choć może nie AŻ taki.

        - Och, ależ nie musisz mnie namawiać, chętnie się ukryję! - Zapewniła Locia z uśmiechem. - Nie jestem dobra w walce. Znaczy w uciekaniu też nie, więc jeśli na nas wyskoczą to oczywiście pomogę, ale jeżeli zdążymy dojść do tatka to i tak pewnie nie pozwoli mi brać w tym udziału. Prędzej mnie gdzieś zwiąże i da komuś na przechowanie - stwierdziła takim tonem jakby już to robił i jakby wcale jej to nie przeszkadzało. - Myślę, że ty i tatko absolutnie dobrze sobie poradzicie! Choć chciałabym wiedzieć kto nas ostrzegł i ewentualnie wybronić go przed kompanami. Mogliby być źli gdyby się dowiedzieli, że nam pomógł, a mi by było szkoda. Chyba musi mieć dobre serce, skoro będąc w takiej grupie postanowił nam pomóc, prawda? A jeżeli jest młody? Mam na myśli szkoda byłoby by zniechęcił się do pomagania albo ten… zginął.
        Przeszli kawałek dalej, kiedy intensywnie się namyślała.
        - Jeżeli będę zmuszona walczyć i nie będzie wśród nich wielu magów to pewnie robiłabym to jako niedźwiedź - podzieliła się taktycznymi przewidywaniami. - Ale jeżeli powiesz, mogę zamiast tego utrudniać im dotarcie do nas albo osłonić nas lodem. Umiem tworzyć całkiem dużo lodu! Całkiem a całkiem niewolno. - Uśmiechnęła się i spojrzała na niego z nową wesołością. - Coś na pewno wymyślisz kiedy już dojdzie co do czego! Zobaczymy gdzie nas zaatakują, jakie będą naturalne bariery, ocenimy ich aury… - Zaczęła bez namysłu wyliczać na paluszkach. - Ty i Azzel na pewno będziecie mieć jakąś bardzo mądrą strategię! Tylko będę musiała przypomnieć tatkowi, że ma mi zostawić tego miłego, który nam pomógł, bo on sam może zapomnieć. Jak proszę go o coś związanego z chłopcami zwykle zapomina - westchnęła ciężko i znów zwyczajnie cieszyła się, że ma okazję podróżować z Cainem.
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

Ruinę mieli już za sobą. Niepotrzebne było zajmowanie sobie nią głowy. Zwłaszcza, że mieli, choć głównie to przez Caina i uważał on, że są one jego, problemy, które też nie powinny pozostać bez zaplanowanego rozwiązania ich. Dlatego czarodziej zaczął robić właśnie to, w międzyczasie oczywiście, bo część swej uwagi musiał też poświęcić towarzyszce. Co jakiś czas w jego głowie pojawia się też wiadomość, którą otrzymali wcześniej. Był wobec tego nieco podejrzliwy, ale to chyba nie było czymś dziwnym. Głównie wzbudzało je to, że podrzucił im to ktoś ze śledzącej ich grupy najemników. Treść wiadomości nie musiała przecież być prawdziwa, choć Cain liczył na to, że właśnie taka jest. Mogła to być jakaś dziwna pułapka, bo może najemnicy i tak dowiedzieli się, że on i Lotta wiedzą o ich obecności w okolicy i o tym, że ci podążają właśnie za nimi. Zresztą, zauważył, że Lotta ostatnio trochę dziwnie się zachowuje i nie był pewien, dlaczego tak się dzieje. Nie chciał pytać jej o to wprost, bo może tylko mu się wydawało – dlatego zdecydował się na to, że jeszcze przez jakiś czas będzie ją jedynie obserwował, żeby potwierdzić albo zaprzeczyć tym, co zarejestrowały jego oczy.
         – Ich dowódca może wysyłać zwiadowcę albo zwiadowców, żeby nas obserwowali i, w razie czego, zawiadamiali o tym, gdzie idziemy, gdy, na przykład, skręcamy w jakimś kierunku – wytłumaczył jej, choć to „może” akurat tam chyba nie pasowało. Powinien powiedzieć, że na pewno to robi. A, jeśli ktoś miałby możliwość podłożenia im wiadomości, to właśnie ktoś, kto był takim zwiadowcą i to pilnującym ich w nocy w pojedynkę.
         – Oni, jeśli są dobrze wyszkoleni, powinni móc rozpoznać, czy rozglądasz się ot tak, czy może w poszukiwaniu czegoś konkretnego. Znaczy… nie oznacza to przecież, że wypatrujesz ich, ale jest to też prawdopodobne, więc, jeśli zwiadowca zrobi się podejrzliwy, na pewno powiadomi o tym przywódcę grupy – dopowiedział. Powinna zrozumieć wszystkie te słowa i przez to również to, dlaczego powiedział, żeby tak się nie rozglądała.
         – Poza tym, wiedzą też, jak się maskować w terenie – dodał jeszcze. On sam też nie dostrzegł tamtych zmysłem wzroku, bardziej wyczuł ich zmysłem magicznym, chociaż i tak potrzebne było do tego skupienie i coś w rodzaju zaklęcia.
Przeniósł wzrok na drogę, jedynie na chwilę, aby zobaczyć, jak ona wygląda i, czy czekają na nich jakieś rozwidlenia, czy skrzyżowania. Wydawała się prosta, przynajmniej do jej odcinka, do którego sięgał jego wzrok. Niezbyt głębokie koleiny nadal się nią ciągnęły, więc wskazywało to na to, że jest ona czasami używana przez kupców lub kogoś innego, kto transportuje coś właśnie wozami. Ślady butów były trudniejsze do dostrzeżenia, bo jednak nie było tak, że każdy miał ten sam rozmiar stopy, nosił identyczne buty i stawiał też kroki tej samej długości. Tylko, że Cain uważał, że i tak piesi podróżnicy również jej używają, choć nie był pewien, czy może w częstotliwości podobnej do właścicieli pojazdów, czy może częściej lub rzadziej. Później znów przeniósł wzrok na Lottę, musieli omówić kolejną kwestię, a rozmowa sprawiała, że droga mijała szybciej.

         – Naprawdę? - dopytywał Cain, głównie po to, żeby upewnić się, że na pewno się nie przesłyszał. Spodziewał się, że Lotta będzie protestowała i będzie chciała wziąć udział w walce. Tymczasem – choć nie dał tego po sobie poznać – zaskoczyła, nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz.
         – To… ułatwia sprawę. Nie będę musiał namawiać cię do tego, żebyś nie wdawała się w otwarte walki. Nawet nie będę potrzebował wsparcia Azzela, żeby zmienić twoje zdanie – odparł po chwili. Nawet pokiwał sam do siebie głową na znak tego, że jest to jak najbardziej poprawne rozumowanie i, że prawdopodobnie to wsparcie otrzymałby.
         – Możesz wspierać nas z ukrycia, to prawda, ale wtedy ryzykujesz to, że jeden z najemników lub więcej niż jeden, zakradnie się do ciebie, gdy narobisz im zbyt dużo kłopotów – dodał do tego, co zaproponowała czarodziejka. Właściwie… nie był pewien, czy zdaje sobie ona z tego sprawę, głównie dlatego wolał jej o tym powiedzieć.
         – Będzie im trudniej utrzymać równowagę na lodzie, a jednocześnie ja i Azzel powinniśmy dać sobie z tym radę przy pomocy magii – odpowiedział. Według niego byłby to dobry pomysł, a z tego, co pamiętał, to ojciec Lotty znał podobne arkana magiczne, co on sam. Jedynie nie był pewien co do tego, na jakich poziomach. Do niedawna nie wiedział przecież, że on w ogóle żyje, więc nie mógł też wiedzieć, czy i ile trenował swoją magię.
         – Wspomnimy mu o tym, że jeden z nich może być po naszej stronie i, że może to być jeden z ich zwiadowców. Choć łatwiej byłoby go znaleźć, gdyby faktycznie przyłączył się do nas, gdy tylko zaczęłaby się walka. Myślę też, że nie zaatakują nas od razu, gdy tylko spotkamy się z Azzelem. Możliwe, że poświęcą jakiś czas na modyfikację pierwotnego planu, gdy zobaczą, że naprawdę czeka ich starcie z nie dwójką, lecz trójką czarodziejów – to powiedział nieco szybciej niż normalnie, głównie dlatego, że mówił to na jednym oddechu, który to zaczął od niego uciekać tuż przed tymi kilkoma, ostatnimi wyrazami. Złapał go łapczywie, gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, ale, na szczęście, nie było to głośne. Bardziej wyglądało, jakby specjalnie zatrzymał oddech w swoich płucach i wypuścił go, gdy płuca zaczęły domagać się oddychania.
         – Na pewno opowiem mu też o planie, na który wpadłem i wspólnie wymyślimy coś, co będzie angażowało całą naszą trójkę – dodał na koniec. Nie zamierzał wyłączać z tego Lotty, bo miała ona tu głos na równi z głosem jego samego, czy z głosem jej ojca. Nie chciał zabraniać jej wprowadzania zmian w planie, bez różnicy, jak bardzo aktywny będzie jej udział w nim.
         – Ale… Tym przejmować będziemy się, gdy spotkamy się z twoim ojcem – zapewnił ją. Teraz przecież nie musiała zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami, które, nie oszukujmy się, wymagały więcej myślenia nad nimi.
Awatar użytkownika
Lotta
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Zastanowiła się nad tymi zwiadowcami. Tak bardzo... nie wiedziała jak to działa. Takie grupy zbójców. Zabójców!
Nie rozumiała zresztą ich logiki. Czemu polowali na kogoś takiego jak Cain? Przecież nic im chyba nie zrobił. Ogólnie nikomu nic nie robił! Tylko ubił szerszenie. A poza tym był mądry, miły, przystojny... o nie.
        A jeśli z tego powodu go chcieli!?
        Nowe siły do walki jakby w nią wstąpiły, ale po kilku krokach zwalczyła je i ostudziła swój zapał. Nie może przecież walczyć za Caineratha i wpadać w kłopoty dlatego, że przyciąga zbyt wiele uwagi. Zawsze też istniała szansa, że faktycznie gonią ich wielbiciele szerszeni, a wtedy nie miałaby serca ich pobić. W każdym przypadku lepiej dla niej było trzymać się nieco z boku i dać Cainowi rolę bardziej przywódczą. On już zrobi to co będzie słuszne. A jeśli do tego jeszcze zaangażuje tatka, to już w ogóle nie będą się mogli pomylić!
        Zadowolona ze swego rozumowania łatwo przyswoiła sobie kolejne tłumaczenia czarodzieja i postanowiła na wszelki wypadek nie rozglądać się za dużo. W końcu ci zwiadowcy, nawet jeśli byli wyszkoleni, na pewno nie byli tak bystrzy jak jej towarzysz i mogli pomylić jej rozglądanie się po prostu z rozglądaniem się podejrzanie. A wtedy, jak ładnie to wytłumaczył, pójdą naskarżyć. Z drugiej strony kiedy już wiedziała, że mogą się maskować kusiło ją tym bardziej, by ich wypatrywać. Ale nie, trzeba było zwalczyć pokusę! Poza tym też miała swoje sztuczki.
        Przymknęła oczy i odetchnęła głębiej, wciągając i analizując zapachowe nuty otoczenia. Trawy, kwiaty, gleba... ślady zwierząt, podróżnych i wozów. Woń drzew niesioną wiatrem. Materiał ubrań Caina, jego skórę... Mimowolnie zwróciła twarz właśnie ku niemu gdy otwierała oczy.
        Ach... nie ubyło mu przystojności przez te parę sekund.
        - Jeśli ich wyczuję to dam ci znać - oświadczyła z pewnością, jakoś pomijając tłumaczenia jak konkretnie zamierzała to zrobić. W końcu jej zmysł magiczny też należał do pierwszorzędnych - widziała nikłe niteczki aur roślin ścielących się na ziemi wokół, owady, nadlatujące z oddali ptaki kryjące się za chmurami. Umiała odnaleźć w otoczeniu ludzi.
        Kiedy się odpowiednio skupiła.

        Ups.

        - Ale dobrze, że pierwszy ich zauważyłeś! - zaśmiała się nerwowo, chcąc zamaskować swoje słabe strony. Miała jednak ambicję wykrywania od tej pory na czas każdego kto się do nich zbliży. I może nawet wyprzedzenia w tym Caina, aby mógł się skupiać na innych sprawach. Niech czujność zostawi jej!
        Nie powiedziała mu tego, ale postanowienia od razu zaczęła się trzymać. Nie kosztowało jej to tak wiele jeśli chodziło o siły. Była to poniekąd już jej druga natura. Wiele szlaków przemierzyła w samotności; wiele razy polowała lub unikała niebezpieczeństwa. Kluczem dla niej było obserwowanie świata dookoła - nieważne którym zmysłem.
        Tylko nie za bardzo wychodziło jej wtedy skupianie się na rozmowie... po wymianie zdań o ewentualnej walce i dogadania się co do wstępnych planów zaczęła iść z głową jakby bardziej w chmurach. Od czasu do czasu przelatywały jej przed oczami domniemane sceny walki, gdy jako niedźwiedź lub czarodziejka wpływała na wynik potyczki lub wręcz przeciwnie - chowała się w krzakach i dopingowała swoich chłopców, szukając wśród wrogów nieznanego im jeszcze sprzymierzeńca.
        Rejestrując wszystko co żywe dookoła odlatywała myślami, idąc coraz bardziej kołyszącym się krokiem. Z wolna kiwała głową jakby do melodii i przestała czarodzieja zauważać. Miała świadomość, że przecież jest obok i czuła się bezpiecznie wiedząc, że go nie zgubi. Wyznaczyła sobie takie tempo, które nie kolidowało z przymusem sprawnej podróży i tylko od czasu do czasu zostawała nieco z tyłu lub lekko towarzysza wyprzedzała. Nie minęło też wiele jak jej rytmiczne kroki wsparło ciche mamrotanie, zmienione w nucenie, a w końcu w cichy śpiew w zwierzołaczym dialekcie północy. Niemalże beztrosko kontynuowała wędrówkę w tej manierze, nie bacząc na potknięcia czy ingerencje czarodzieja, który raczej nie pozwolił jej upaść. Przedłużała lekko każdy taki dotyk, lecz nic nie wybiło jej na dobre z tanecznego transu. Miała jednak zamiar ocknąć się gdy tylko znajdą się blisko jakiegoś zagajnika i wyczuje zwierzynę, którą należałoby zjeść.
        Chyba, że najpierw dotrze do niej... zapach gotowej pieczeni?
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

Kiwnął głową, gdy Lotta powiedziała, że da mu znać, gdy wyczuje tych, którzy za nimi podążają. Tylko, wydawało mu się, że nie powinien zostawiać tego jedynie w jej rękach. On też mógł wyczuć ich przedwcześnie, choć w jego przypadku wynikało to ze znajomości magii i praw, jakimi rządzi się energia magiczna istot żywych, a także ich aury, nie z ponadprzeciętnie wyostrzonych zmysłów. I nie było też tak, że jej nie ufał. Znaczy… nie do końca przynajmniej. Wiedział, że dziewczyna nie ma wobec niego złych zamiarów i wyszło też na to, że prawdopodobnie zna jej ojca, ale i tak potrzebował czasu na to, żeby komuś zaufać. To wymagało czasu, w którym będzie można zbudować coś takiego; czasu, który musiał spędzać w towarzystwie tej konkretnej osoby, w którym mógł coraz to lepiej ją poznawać. Cóż, z tym akurat nie było problemu, bo przecież podróżowali razem i rozmawiali ze sobą.
         – Teraz i ty będziesz wiedziała, że gdzieś tam są i na pewno wyczujesz ich, gdy podejdą za blisko – powiedział, znów nieco ciszej, jakby bał się trochę, że zwiadowcy wspomnianej grupy mogą go usłyszeć. Nie wiedział przecież, kim są te osoby, a mogło być tak, że oni też mieli wyostrzony słuch i mogłyby dotrzeć do nich jego słowa, gdyby wypowiedział je zbyt głośno. Może nawet wystarczyłoby, żeby powiedział to swoim zwyczajnym głosem… Miał powody, żeby na to uważać i, żeby zasiać nieco paranoi w swojej głowie i, może, też w głowie Lotty – choć tego drugiego akurat nie chciał robić. Wystarczyło, że on przejmował się tą sytuacją i cały czas o niej myślał, bo chciał być gotowy na to, że właściwie w każdej chwili mogą zostać zaatakowani. Jego towarzyszka nie musiała przecież martwić się tym samym, co on – mogła w końcu zostawić to jemu. A on nawet wolał, żeby właśnie tak było. Wolał zostawić to sobie zwłaszcza, że miał już też jakiś plan na taką ewentualność.
Nie zaczynał nowej rozmowy, gdy tak zaczęli podróżować w ciszy. Nie przeszkadzało mu to, może dlatego, że często przemierzał Alaranię w ciszy właśnie… choć nie zawsze, bo, już pomijając wędrówki, w których ktoś się do niego przyłączał lub ktoś przez niego mijany proponował mu wspólną – nawet, jeżeli tylko tymczasową – podróż, zdarzało mu się też rozmawiać z samym sobą. Najczęściej były to jedynie monologi. Takie, które dotyczyły ostatnich wydarzeń w jego życiu, przemyśleń wszelakich lub planów, które zrobił sobie na bliską przyszłość. Nie rozmawiał z kimś, kogo wyobrażał sobie, że jest obok niego, a tak naprawdę nie było tam nikogo – nie było z nim aż tak źle.

Z lekkim zaciekawieniem zaczął przyglądać się towarzyszącej mu czarodziejce, gdy zaczęła iść swoim krokiem, choć tempem nadal dostosowanym do tego, którym poruszał się on sam. Wyglądała, jakby błądziła gdzieś myślami, a on nie chciał jej przeszkadzać. Do jego uszu dotarło najpierw coś, co pomyślał, że jest mamrotaniem i dopiero po chwili dotarło do niego, że Lotta zaczęła śpiewać i to w dialekcie zmiennokształtnych, choć tego konkretnego właściwie nie znał prawie w ogóle. W swoim życiu słyszał już wiele melodii, pieśni, przyśpiewek i innych takich, dlatego najpierw spróbował rozpoznać tą nuconą przez dziewczynę na podstawie samej melodii, ale to też nie doprowadziło go do niczego. Pozostało mu więc jedynie słuchanie jej głosu, czekanie na nią, gdy zwalniała, przyspieszanie, gdy zdarzało jej się go wyprzedzać i pilnowanie, aby nie wywróciła się, gdy była w tym – w pewnym sensie – transie. Bo, chyba, nie było to całkowicie niepoprawne określenie na stan, w jakim teraz się znajdowała.
Do jego nozdrzy nie dotarł zapach pieczonego mięsa. Zamiast tego, udało mu się zauważyć cienką strużkę dymu, która unosiła się nad niewielkim zagajnikiem. Ten dopiero kształtujący się las znajdował się na prawo od drogi, którą się poruszali i, jeżeli nadal będą szli w tym kierunku, to w końcu znajdą się w części szlaku, z której będą mogli się tam udać.
         – Dym. Nad zagajnikiem – odparł Cain, wskazał też kierunek, w którym znajdowało się to, o czym wspomniał. Nagle przyszło mu do głowy coś, czym od razu wolał podzielić się z Lottą.
         – Myślisz, że znajdziemy tam twojego ojca? Jaka jest w ogóle szansa na coś takiego? - gdy pierwsze pytanie było skierowane prosto do niej, to drugie wypowiedział trochę ciszej, jakby mówił sam do siebie. Jakby pytanie to stawiał właśnie przed sobą i chciał od razu, w jakiś sposób, który można był znany tylko dla niego, odpowiedzieć na nie tak precyzyjnie, jak mógł.
         – Zawsze możemy to sprawdzić… Spróbować podkraść się do tego miejsca i zobaczyć, kto rozpalił ognisko – zaproponował po chwili. To wydawało mu się lepsze, niż otwarte wejście na teren zagajnika. Zawsze mogli wtedy wycofać się, jeśli byłby to ktoś, komu może lepiej byłoby nie przeszkadzać – jakiś nieznajomy, którego zamiarów i celu by nie znali, a może banda rabusiów, którzy czekali na kolejną ofiarę ich zbrodni… W przypadku tego ostatniego, nie miał pewności, czy Lotta i tak nie będzie chciała się ich pozbyć, żeby oszczędzić problemu innym, którzy podróżowaliby tą drogą.

Im bliżej młodego lasu byli, tym bardziej nie był pewien, czy na pewno chce sprawdzać, kto zdecydował się tam odpocząć. Z drugiej strony wiedział, że Lotta najpewniej nie porzuci tego pomysłu, tym bardziej, że sam jej o nim wspomniał. Trudno. Zszedł ze szlaku, prosto w trawę, która sięgała mu do kolan. Zaczął skradać się dopiero, gdy dotarli do linii niewielkich drzew, które osiągną pełną dojrzałość dopiero za kilkanaście lat. Między nimi i wysoką trawą przemieszczał się powoli, a przynajmniej starał się robić to jak najlepiej, przy wykorzystaniu całej wiedzy na temat skradania się, jaką posiadał. Trochę zajęło im dostanie się w pobliże polany. Tam, gdy już znaleźli się w miejscu nie tylko zapewniającym im dobrą ochronę przed wzrokiem, lecz także pozwalającym na obserwację, zobaczyli, kto rozpalił ogień, nad którym w istocie piekło się mięso. Zwrócony do nich plecami, na przewróconym pniu drzewa, siedział mężczyzna. Brązowy płaszcz leżał obok niego, nie ukrywał przez to koszuli w kolorze ciemnej czerwieni, na tle której wyróżniały się jego jasne włosy – kolorem i odcieniem podobne do tych, które miała na głowie towarzyszka Caina – splecione w warkocz, który sięgał nieznajomemu do połowy pleców.
         – Myślisz, że to on? - zapytał tak cicho, żeby usłyszała go jedynie dziewczyna. Nie miał zamiaru decydować wyłącznie po kolorze jego włosów. Minęło dużo czasu od dnia, w którym widział go ostatnio i ten jeden szczegół nie był dla niego wystarczający, żeby mieć pewność, że to on; że osoba siedząca na pniu to Azzel.
Awatar użytkownika
Lotta
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Mówienie do siebie to ciekawa sprawa - czasami dobrze było ze sobą podyskutować. Dać sobie okazję do wnikliwszego przeanalizowania rzeczy, może też spojrzenia na nie z innej perspektywy. Albo zwyczajnie do jakiegoś werbalnego podsumowania. Niektórzy są zdania, że to zwyczaj inteligentnych ludzi. Ale Lotcie też się przytrafiało, więc może są to za daleko posunięte wnioski. Może lepiej skupiać się na tym co ktoś mówi do siebie, a nie czy w ogóle to robi. Albo czy mając chwilę spokoju woli pogrążać się w myślach czy zatracać w nuceniu czegoś co kiedyś wymyślił ktoś inny. Szczytem zaś geniuszu mogłoby być robienie obu tych rzeczy na raz. Nucenie i myślenie. I do tego chodzenie!
        Póki co można było uznać, że Lotta dobrze radzi sobie ze śpiewem, a i z chodzeniem jak na nią nie tak źle. Lecz czy myślała o czymś konstruktywnym czy odpłynęła do krainy czekoladowych drzew i uśmiechniętych opalonych panów o kocich uszach i w stroju z galaretki, to pozostanie - na szczęście dla wszystkich - tajemnicą. Gdziekolwiek jednak wędrował jej umysł, powrócił jak na komendę do odpowiadającemu ciału miejscu w czasie i przestrzeni, gdy tylko dostały się do niego informacje o smakowitym zapachu i wcale nie mniej apetycznym głosie.
        Który układał się w słowa.
        A słowa te były istotne.
        Zamglone spojrzenie Loci nabrało ostrości, gdy z początku z dezorientacją, a potem już czujnie spojrzała nad zagajnik. Zarejestrowała wspomniany dym i skinęła głową. Była bardzo zadowolona z faktu, że może na coś odpowiedzieć twierdząco, zamiast używać swojego zwyczajowego ,,Och, naprawdę? Nie wiedziałam!”. Niestety drugie pytanie czarodzieja, wyjątkowo niespodziewane zresztą, tak zbiło ją z tropu, że pozostałe jej do użytku trzy komórki mózgowe odmówiły współpracy, uschły i posypały jak makowe ziarenka. Dobrze, że nie mogły wylecieć z czaszki i po odpoczynku miały odrodzić się jako nowa, pozytywna myśl.
        ,,A co jeśli Cainerath ma rację i tatko może tu być!?”
        Podekscytowała się tak, że niemal pisnęła. Powstrzymała się resztką sił, głównie przez wzgląd na towarzysza i jego ewentualnie obawy. Przestąpiła radośnie z nogi na nogę i zacisnęła dłonie w w piąstki ekscytacji.
        - Och tak, sprawdźmy! - Przytaknęła, ale tonem świadczącym niezbitym przekonaniu, że skoro Cain o tym wspomniał, to na pewno trafią na jej rodziciela. Jego uzasadnione wątpliwości nie zrobiły już na niej takiego wrażenia i chyba ostatecznie uleciały gdzieś w dal. Nie goniła za nimi - miała w końcu zakraść się wraz z czarodziejem do tatka, którego tak długo szukała i to jego złapać! Jak nie w objęcia to chociaż z zaskoczenia.
        Problem był tylko jeden - jeśli ona umiała bardzo dobrze wyczuwać aury to tatko robił to wręcz doskonale. Jak raz pożałowała, że nie ma niczego co mogłoby ich aury przytłumić. To dopiero byłaby niespodzianka! A tak? Od razu ją zauważy i jeszcze będzie wiedział, że przyprowadziła do niego towarzysza z dawnych lat! No niech to!
        Odrobinkę tym zafrasowana wyciszyła się nieco i śladem Caina zaczęła się podkradać. Nie była to dla niej czynność obca - przynajmniej nie dla niedźwiedziej formy. W ludzkiej jednak czuła się znacznie mniej stabilna. Tak na dwóch nogach, wolniej i z pochyleniem… oj, to było trudne. Brak dobrego oparcia, aż prosi się o wywrotkę. Czemu człowiek jak centaur nie ma czterech nóg, skoro już musiał dwie poświęcić na ręce? A te zaczęły się Loci w tej konkretnej sytuacji przydawać dopiero, gdy dotarli do tej już nieco bardziej podrośniętej części lasku - tam gdzie zaczynały się pojawiać uprzejme, mocne pnie, których można się było przytrzymać. Jak mili młodzieńcy oferowali swoją pomoc strudzonej, rozchwianej Loci, która jednak choć bardzo im wdzięczna, skupiała większość swej uwagi na czarodziejach. Na jednym i drugim.

        To było jak moment olśnienia - Locia znała to uczucie bardzo dobrze, ale tego jego odcienia nie mogłaby pomylić z żadnym momentem własnego geniuszu. Chwilowe oświecenie wywołane aurą o srebrnych, postrzępionych brzegach, ostrych i wrogo wygiętych, ale w jej oczach kochanych i czułych. Liczne głosy i radosny śmiech dzieci obudziły w niej błogą radość, jaką odczuwa podróżnik po powrocie do domu. Ona nie miała już domu, ale miała rodzinę. I właśnie odnalazła kolejnego jej członka. Jeszcze nim go zobaczyła pozwoliła owionąć się stanowczym nutom goryczy i soli; pikanterii wmieszanej w zapach kadzidła i świec; łagodności z jaką brzmiało echo czyichś słów; cynowym i kobaltowym smugom, które zatańczywszy dookoła pchnęły ją na przywitanie.
Aura Azzela.
Aura tatka!

        Jej tak dobrze znana, Cainowi musiała wydawać się obca. Zmieniły się jej dominujące kolory; nabrała siły i zaczęła tracić młodzieńczy połysk, choć nadal pozostało go trochę na brzegach. Odkąd ostatni raz widział swojego kolegę ten opanował jeszcze dwie magie, a niegdyś najważniejsza - mocy - stała się ledwie którąś z kolei, może nawet z lekka zaniedbaną. Choć zawsze był wysportowanym młodzieńcem i nie uciekał od bójek, dopiero teraz twardość emanacji świadczyła o odpowiednim treningu, mimo że nadal ustępował pod tym względem córce. Kobalt w jego emanacji nabrał za to przyjemnego nasycenia, zdradzając, że buntowniczy czarodziej ostatecznie wyrósł na niegardzącego nauką pradawnego, tak jak należało. Ni lepka ni sucha, jak zawsze, wyróżniała się przede wszystkim ostrością, a do tego wygładziła się nieco, bo kto wie - delikwent mógł przecież przez lata nabrać nieco ogłady, jak nie po prostu wyładnieć. Poza tym znacznie silniejsza niż dawniej, straciła niemal zupełnie swoją topazową poświatę. Obok jej przygasających drobinek dało się zobaczyć zalążki obsydianu. Harmonia i spokój wypierały więc dawne namiętności chaosu. Ostatecznie Azzel doczekał się córki, musiał chyba nieco ujarzmić swój charakterek.
        Chociaż kto wie - to miało się dopiero okazać.

        - Ja wiem, że to on! - Odszepnęła z ekscytacją, a oczy jej zabłysły. - Pokażę ci, że to on! - dodała, rozglądając się wesoło, aż znalazła leżący na ziemi nie za duży, nie za mały kamień. Uniosła go, popatrzyła na niego zadowolona, aż w końcu zamachnęła się i rzuciła z nadspodziewaną siłą w siedzącego na pniu mężczyznę. Nie zwróciła uwagi na to, że gdyby aura była w jakiś sposób podmieniona lub nieprawdziwa, mogłaby rozwalić osobnikowi łeb. Ale może dobrze, bo zmartwiłaby ją taka możliwość. A tak mogla cieszyć się z udanego powitania. Czarodziej drgnął bowiem nieznacznie i dopiero po tym jak kamyk odbił się od niewidzialnej bariery tuż przy jego skroni. Gdy upadł, srebrnowłosy odwrócił głowę i mlasnął z niezadowoleniem. Po twarzy, naznaczonej zresztą małą blizną dało się poznać bez pudła - to naprawdę był on. I w końcu przestał wyglądać jak wieczny nastolatek. Z pnia podniósł się bowiem modelowy przystojniak całkiem męskiej postury, lecz z takimi samymi, przymrużonymi oczami. Wyglądał nieprzystępnie, jak znudzony łamacz serc niewieścich i zwolennik pozbywania się konkurentów możliwie najboleśniejszym sposobem. Przynajmniej aż jego ramiona nie rozwarły się, a twarz przybrała niespodziewany wyraz łagodności i pełnego szczęścia.
        - Locia! Nauczyłaś się celować! - Wykrzyknął, zamykając córkę w objęciach. Ale widać było, że jeszcze moment, a rozpędzona czarodziejka wpadłaby razem z nim do ognia.
        Zaśmiała się zresztą nerwowo.
        - Niestety nie… celowałam w nogę - przyznała dając się objąć jeszcze mocniej. Byli podobnego wzrostu, więc niestety nie mogła wtulić się w jago koszulę. Zaciągnęła się za to zapachem zawsze umytych i zadbanych włosów. Były gęste, mocne, niezawodne. Zawsze ich tatkowi zazdrościła.
        - Ale ale… - Azzel odsunął ją powoli i spojrzał nad jej ramieniem. Ta druga emanacja… mocno mu się z czymś kojarzyła.
        Kolejny amant, tfu!
        Ściągnął cienkie, jasne brwi i łypnął jeszcze groźniej niż łypał zazwyczaj.
        Kogo to będzie musiał obić tym razem?
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

O magicznej możliwości wyczuwania aur i ich czytania przypomniał sobie trochę za późno, już wtedy, gdy próbowali podkraść się do miejsca, z którego unosił się dym, a później także zapach pieczonego mięsa. Teraz było już za późno, żeby się wycofać – ale mógł za to zrobić coś innego. Mógł przecież samemu dostroić się tak, żeby przeczytać aurę nieznajomego, który potencjalnie mógł być ojcem Lotty i jego znajomym. I, gdy już to zrobił… nie był pewien, czy to na pewno osoba, której szukają. Co prawda, dawno się nie widzieli i przez te lata Azzel mógł się zmienić, jednak – jeśli dobrze pamiętał aurę pradawnego – to różniła się ona od tej, która otaczała siedzącego do nich plecami mężczyznę. Owszem, zdarzała się podobieństwa, jednak przecież nie było też tak, że każda jedna osoba miała unikatową aurę – zawsze znajdowały się jakieś elementy wspólne dla większej lub mniejszej grupy osób. Dlaczego poczuł nieufność skierowaną w stronę „nieznajomego” i to nawet wtedy, gdy Lotta powiedziała mu wprost, że udowodni mu, iż rzeczywiście jest to jej ojciec. Ciekawe, jak chciała to zrobić?
Krótko po tym, jak napadła go ta myśl, mógł przekonać się, jaki to pomysł zrodził się w głowie jego towarzyszki. I był to kamień. Dosłownie. Dziewczyna rzuciła nim prosto w stronę tamtego mężczyzny. Leciał on prosto w stronę głowy tamtego i odbił się nagle, tuż przed kontaktem z jego ciałem. Cain dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że tamtego otacza magiczna bariera – niewidoczna dla oka zwyczajnego człowieka i spleciona tak, że nawet ktoś posługujący się magią miał problem z dostrzeżeniem jej. Może, gdyby nie skupił się tak bardzo na aurze, to zauważyłby ją, a może nie, bo ta była tak dobrze ukryta i „wpleciona” w aurę, że ta otaczała ją i równocześnie maskowała jeszcze bardziej.
         – Co ty… - zdołał z siebie wykrztusić. Naprawdę go to zaskoczyło – i nie tylko to zresztą, bo również fakt, że Lotta zrobiła to bez zastanowienia się nad konsekwencjami tych działań. Co, jeżeli byłby to ktoś inny? Wtedy nieszczęśnik dostałby kamieniem w głowę i mógłby nawet zginąć na miejscu. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że istniała szansa, iż byłby to zwyczajny podróżnik; niewinna osoba, którą mogłaby zabić.

         – Miałaś szczęście, że miałaś rację – powiedział do niej, gdy mężczyzna odwrócił się w stronę, z której nadleciał kamień. W ich stronę. Co prawda, jego twarz zmieniła się nieco, wyglądał, jakby doroślej, jednak Cain go rozpoznał. I teraz też nie miał już wątpliwości, choć z drugiej strony Azzel z kolei nie miał oblicza osoby, która rozpoznała inną osobę, której to nie widziała przez lata.
Ruszył za dziewczyną, gdy ta pobiegła w stronę swojego ojca. On nie biegł, nawet szybko nie maszerował, po prostu kroczył, nieco ostrożnie zresztą, bo nie był pewien, jak czarodziej zareaguje na jego widok. Obserwował, ciągle zbliżając się do nich, jak dwójka ta wita się ze sobą. W ich przypadku również musiało minąć trochę czasu, gdy widzieli się ostatni raz, lecz na pewno nie tyle, ile minęło od ostatniego spotkania jego i Azzela. Zauważył, że oboje są podobnego wzrostu, co czyniło go najwyższym z ich trzyosobowej grupy.
         – Mnie nie musisz przytulać, wystarczy, że mnie rozpoznasz – odparł po chwili. Nie był pewien, jak zacząć rozmowę, zwłaszcza z kimś, kogo nie widział tyle czasu i, o kim myślał, że bezpowrotnie zaginął albo nawet zginął, jak wielu Dzierżycieli. Właściwie, to prawie wszyscy. Poza tym, głos jego się nie zmienił, więc Azzel może rozpozna go chociażby po tym.
         – Cain. Cainerath – dodał jeszcze. Pełne imię powinno pomóc bardziej niż jego zdrobnienie. Nie, żeby był tego pewien, ale wydawało mu się, że jego imię nie było takim, które spotyka się często.
         – Przez długi czas myślałem, że jako jedyny z „naszych” przeżyłem tak długo. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że żyjesz… I to od twojej córki – słowa te wręcz wyleciały z jego ust. Targały nim emocje, czuł je w swoim wnętrzu, ale nawet mimo całej tej sytuacji, i tak spojrzał w stronę Lotty – na chwilę – gdy tylko o niej wspomniał.
         – I muszę cię też przeprosić, najlepiej od razu. Sprowadziłem na twoją córkę, a teraz też na ciebie, niebezpieczeństwo. Podążają za nami ludzie, którym prawdopodobnie przewodzi ktoś, kto brał udział w napaści na siedzibę Dzierżycieli – odezwał się, nie uciekał wzrokiem, choć poczekał na to, aż oboje zwrócą na niego uwagę.
         – Wydaje mi się, że nie wiedzą, kim jesteś. Nie wiedzą też, kim jest Lotta… Ścigają tylko mnie, więc mogą zostawić ją z tobą, a samemu iść dalej, żeby odciągnąć ich od was – zaproponował. Nie było w końcu tak, że przez te wszystkie lata wyłącznie chodził po świecie i szukał innych Dzierżycieli. On też rozwijał się, choć często na własną rękę. Eksperymentował, zwiększał swą moc i odkrywał nowe zaklęcia. Nowe dla niego, bo na pewno wiele z nich było już znane. Właśnie w tym momencie, dało wyczuć się drzemiącą w nim moc, choć sam Cain nie próbował jej nawet wyzwolić. Jego aura też była silniejsza, znaczy, wskazywała na to, że on – jej posiadacz – jest silniejszy. Nie dotyczyło to tylko Azzela.
Awatar użytkownika
Lotta
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Locia uśmiechnęła się promiennie. To naprawdę było szczęście! Nie tylko to, że nie zabiła nikogo kamykiem, ale i że znaleźli tatka tak szybko! Był to naprawdę cudowny zbieg okoliczności - sądziła, że spotkają go dużo później, o wiele dalej… nawet nie była pewna gdzie. Miała bardzo niewiele wskazówek odnośnie miejsca jego pobytu i tak naprawdę od początku liczyła na łut szczęścia. Tymczasem podczas tej jednej podróży nie tylko jakoś przesadnie się nie zmęczyła, nie zgubiła i nie wpadła w większe tarapaty - odnalazła jednego po drugim dwóch błąkających się po świecie Dzierżycieli! Jednego, którego znała jedynie z imienia i nie wiedziała czy kiedykolwiek go spotka, i drugiego, za którym już bardzo tęskniła. Jak tak się zastanawiała to naprawdę było to wręcz nieprawdopodobne! Ale na szczęście nie zastanawiała się długo i uznała, że jest właśnie tak jak powinno być. Postanowiła cieszyć się i nie zawracać sobie głowy detalami. Chociaż jedno nieco ją martwiło. Odrobinkę. Niby bowiem nie wpadła w żadne tarapaty, ale jednak może można było nazwać tak stan w jaki wpędzała ją obecność Caineratha. I fakt, że tatko może to zauważyć. Oczywiście, liczyła na to, że nadal lubi czarodzieja i traktuje go jak zaginionego członka rodziny - ale nie wiedziała jak zareaguje na wieść, że jego mała też Locia ma do jego starszego kolegi słabość. Taką niespowodowaną nostalgią i dawną przynależnością do jednej organizacji. Och! Pewnie spróbuje wybić jej z głowy podobne fanaberie! Nie by taka różnica wieku w obrębie ich rasy była czymś niezwykłym - mama też nie była w końcu jego rówieśniczką. Ale wiedziała, że Azzel podchodził do niej, jako córki, zupełnie inaczej niż do reszty świata i argumenty mało go obchodziły. Jeśli jej uczucia uzna za niestosowne to będzie musiała chyba pokonać go w pojedynku, by pozwolił jej robić co chce!
        Och nie, będzie musiała go obić!
        Już się przestraszyła, ale zaraz poczuła smutną ulgę i odrobinę rezygnacji. Ostatecznie Cain chyba nie był tak jak ona zainteresowany, więc tatko nie powinien widzieć żadnego problemu. Niech już pozwoli jej powzdychać i smętnieć w nieodwzajemnionej fascynacji w spokoju. Może pocieszyć ją paskami suszonego mięska. A na razie niech ją przytuli i da poczuć, że ktoś ją tutaj kocha!

        Ścisnęła go z radośnie bijącym sercem; wszystkie kłębiące się w niej niepozytywne emocje przycichły pod wpływem silnego, stabilnego uścisku. Był jej niezawodnym pocieszeniem w chwilach takich jak ta. Zawsze kiedy coś nie wychodziło, a tatko był obok mogła liczyć na najlepsze w świecie wsparcie. Mimo że część jej obecnych obaw wynikała właśnie z jego obecności. ale to nie liczyło się w tym momencie. W tym momencie musiała skupić się na tym, by nie połamać mu żeber.
Odpuściła więc trochę i pozwoliła Azzelowi zerknąć nad jej ramieniem. I znów serce zabiło jej nerwowo. Przez jeden straszny moment wyglądał na wkurzonego.

        Ale szybko mu przeszło.
        Na początku wrogość zastąpiła lekka dezorientacja i wyraz zastanowienia. Potem zaś kolejno olśnienie, niedowierzanie i wreszcie radość. Taka otwarta, choć powściągana radość. Locia dawno już nie widziała, by na kogoś tak reagował. A tymczasem Azzel uśmiechał się z coraz większą pewnością, wyminął ją i wyszedł na przeciw czarodziejowi. Kiedy Cain wypowiedział swoje pełne imię on już wiedział, a Locia wewnętrznie mdlała. Za bardzo jej się podobało!

        - Mówiłeś, że nie muszę, ale czy będziesz zły, jak jednak to zrobię? - Azzel pewnie podszedł do czarodzieja, którego aura zmieniła się i umocniła przez lata. Było mu głupio, że z początku nie poznał jego twarzy. Nie pamiętał aż tak dobrze pewnych szczegółów z lat swojej młodości. Ale teraz wspomnienia ożywały, a obecność Caina, choć z początku niemal nierealna nabierała na rzeczywistości i naturalności. Jakby widzieli się wcale nie tak dawno temu. Jakby umówili się tu na spotkanie i mieli najzwyczajniej w świecie wymienić się tym co spotkało ich w życiu.
        Bez zatrzymywania i baczenia na jakiekolwiek konwenanse (to go z Locią ewidentnie łączyło) pokonał przestrzeń osobistą najstarszego pradawnego i bez cienia zawahania objął go ciepło. Nie było to w jego stylu; kiedyś zaklinałby się, że nie przytuli drugiego faceta, a w ogóle to ludzie go nie obchodzą i niech przepadną. Ale… już raz utracił wszystko nie zdążywszy tego odpowiednio docenić. Podziękować wszystkim, na których mu zależało. Za cierpliwość, za naukę, za pomocne słowa… A teraz ten cholerny poważniak Cainerath stał tutaj przed nim! Przez te wszystkie dekady wierzył w to, że ten drań żyje i jakoś udaje mu się uniknąć zagrożeń. Wspominał go i od czasu do czasu zastanawiał się czy może uda mu się wpaść na jakiś jego ślad. Przykazał córce, by zapamiętała jego imię i w razie czego (choć szansa była niewielka), gdyby w swoich podróżach jakoś go spotkała, powiedziała mu kim jest. I co zrobiła jego zdolna córeczka? Przyprowadziła go!
        Zaczynał chyba wierzyć w cuda.

        Po odpowiednim uściskaniu czarodzieja odsunął się i spojrzał jak on, na Locię. Był przez resztki niedowierzania aż rozbawiony, ale i dumny. Prawie przegapił jej nagły rumieniec. Postanowił jednak uznać, że wykwitł on przez niespodziewane spotkanie i ciepło ogniska.
        Nie potrzebował kolejnych problemów.

        Ale Cain właśnie wytłumaczył, że może je mieć; jak zwykle rzeczowy i gotowy chronić innych. W odpowiedzi na tę szczerość Azzel umilkł i oceniał sytuację. Patrzył z powagą w oczy czarodzieja i powoli kiwał głową, gdy Locia na swoim stanowisku przestępowała nerwowo z nogi na nogę. W końcu poruszył się i westchnął głęboko, wzruszając ramionami.
        - Kłopoty, obawiam się, ścigają więc nas obu. Ją zresztą też. - Dodał wskazując karcąco na Locię. Nie wiedział co ona akurat robiła, że to ją porywali piraci, przemieniało ją w miśka lub napadali ją zbójcy; ale co spotkanie miała dla niego jakąś nową opowieść. - Moim akurat udało mi się niedawno uciec… Ale też podejrzewałem, że ktoś chce nas powykańczać. Nie wiem czy mnie śledziła ta sama grupa, ale zdarzały mi się podobne rzeczy… Locia, nie rób takich oczu, mówiłem, że mam to pod kontrolą - zwrócił się do niej i podszedł, by objąć ją ramieniem. A zaraz z powrotem zwrócił się do Caina.
        - Dzięki, że mówisz to wszystko… nadal porządny z ciebie gość, co? - Uśmiechnął się z lekka zaczepnie, ale więcej w tym było sympatii niż czegokolwiek innego. - Ale jeśli myślisz, że teraz cię z tym zostawię, to chyba ubyło ci paru klepek przez te wszystkie lata.
        - Tatuś!
        - Oj, tak tylko żartuję - puścił Lottę i potargał jej włosy, by już tak się nie oburzała. - Po prostu mówię, że nasz błędny rycerz nie ma szans na walkę w pojedynkę - oświadczył z wymowną nonszalancją.
        - Ale ja nie o tym!
        - Nie?
        - Mięso ci się spala!

        Jak na komendę odwrócił się i po sekundzie potrzebnej do namysłu, oboje rzucili się w stronę ognia. Zgranym duetem prawie dobili poczerniałe pieczyste wrzucając je w płomienie; ruszt z gałązek poddał się bez walki dwójce wpadających na siebie czarodziei, Azzel się oparzył, zaklął, Locia zmroziła ognisko, odepchnęła ojca i podniosła pół zmrożony, pół gorący udziec.
        - Mam go! - Krzyknęła tryumfalnie przez syki walczącego ze zmianą temperatur drewna i niezadowolone mruczenie Azzela podnoszącego się z trawy. Popchnęła go trochę za mocno.
        - No dobrze… jeden uratowany… Cain, choć, przysiądź się. Jak widzisz z nami przetrwasz wszystko - sarknął, rozmasowując łokieć. Po chwili jednak jakby się namyślił i przekazując córce honor naprawienia i podzielenia obiadu zabrał Caina na stronę, na tyle daleko, by (przynajmniej w większości) ich nie słyszała.
        - Słuchaj… jak wielkie jest właściwie to zagrożenie, które za tobą ciągnie? - Spytał zostawiając na chwilę w spokoju humorystyczne dygresje i nowo nabytego siniaka. - Ja cię tam zamiaru porzucać nie mam, ale przyznaję, wolałbym trzymać Lottę od tego z daleka. - W jego oczach odbiło się coś czego Cain w jego wykonaniu wcześniej nie mógł zobaczyć; niepokój i troska. Chociaż Azzel połowicznie starał się je ukrywać.
        - Wiem, że mała swoje potrafi, a ty jesteś jak cholera zdolny, ale tamci goście to nie byle co, skoro kiedyś rozwalili całą naszą kwaterę. O ile to oni. A jeśli nawet nie, to nadal banda czająca się na całkiem nabitego maga. - Mlasnął odruchowo, zmieniając myśl. - Ale powiedz mi szczerze; czy mam jeszcze szansę gdzieś ją stąd odesłać?
        Nie był póki co pewien czy woli czuwać nad córką wraz z właśnie odnalezionym towarzyszem, czy puścić samą w (być może) bezpieczniejsze miejsce. Najlepsza byłaby dla niej opcja, którą zaproponował Cain, ale Azzel nie wybaczyłby sobie takiego odwrócenia się od przyjaciela. Znajomego. No, czymkolwiek teraz Cain dla niego był.
        Jako ostatni Dzierżyciele powinni trzymać się razem.

        Nie wiedział, że Locia tak czy inaczej nie zgodziłaby się teraz odejść daleko od Caina.
        A gdyby wiedział pewnie właśnie żegnałby się z nim i zabierał ją daleko stąd.
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 126
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Cain »

To naprawdę był on. Cain cieszył się, że w końcu odnalazł kogoś, kogo znał kiedyś; kogoś, kto urodził się w tym samym miejscu, co on sam. W miejscu, z którego teraz pozostała jedynie spalona ruina powoli przejmowana przez naturę. Przez chwilę nie był pewien, jak Azzel zareaguje na jego obecność. Na samym początku wydawało mu się, że to spotkanie nie do końca przebiegnie dobrze, ale później zmienił zdanie przez to, jak zmieniał się wyraz twarz ojca Lotty. On też się cieszył, naprawdę, tyle tylko, że najpewniej nie był tego po nim widać. Twarz w zasadzie nadal pozostała niewzruszona, choć błąkał się po niej cień uśmiechu.
         – Zrobisz to nawet, jeśli się nie zgodzę – odpowiedział Cain i wzruszył ramionami. Wątpił, żeby charakter Azzela zmienił się, aż tak, a poza tym okoliczności były takie, że wiedział, że czarodziej to zrobi. Nie było potrzeby bronienia się przed tym i dlatego pozwolił mu na objęcie się, gdy już tak do niego podszedł – bardzo blisko! – i go uściskał. Stali tak przez chwilę, aż w pradawny odsunął się, a Cainerath znów miał swoją przestrzeń osobistą wyłącznie dla, cóż, tylko siebie.
         – Mogła być to ta sama grupa albo jakaś jej druga część czy coś. Wydaje mi się, że inni, którzy odpowiadają za „tamto” wydarzenie, już nie żyją. Czy to w wyniku śmierci naturalnej, czy niekoniecznie – odpowiedział szczerze. Nadal miał czasem trudności z otwartym mówieniem o tamtych wydarzeniach i nazywaniem rzeczy po imieniu, a akurat cała ich trójka wiedziała, co to było i wiedzieli, co kryło się pod „tymi” wydarzeniami, o których wspomniał.
         – Myślę, że dałbym sobie radę, ale nie mam zamiaru odrzucać oferowanej pomocy – odparł po chwili. Był pewien swoich umiejętności, ale jeszcze większą szansę na wygraną – i wyjście z takiego starcia bez obrażeń – zapewniało to, że nie walczyło się w pojedynkę, jeżeli miało się właśnie taką możliwość. A teraz właśnie taka się przed nim pojawiła, bo od samego początku nie zamierzał angażować w to Lotty. Nie chciał, żeby dziewczyna walczyła z czymś, co niemalże jej nie dotyczy. Azzel był inną kwestią, on… był Dzierżycielem, poza tym okazało się, że jakiś czas temu – a może i nawet regularnie – za nim również ktoś zdaje się podążać, choć wychodzi na to, że za każdym razem pradawnemu udawało się zgubić pościg. Mógł na chwilę pogrążyć się w myślach, gdy tamta dwójka ratowała jedzenie. Dopiero teraz, gdy tak ich obserwował i zauważał wspólne cechy u Lotty i Azzela, coraz bardziej dostrzegał, że w istocie dziewczyna jest córką jego znajomego.

Zdążył jedynie podejść do ogniska, gdy drugi czarodziej wstał i odciągnął go na stronę. Cóż to było, że nie chciał rozmawiać o tym w obecności Lotty? Już niebawem miał się przekonać.
         – Nie jestem pewien, grupa licząca przynajmniej kilkanaście osób. Podejrzewam, że doświadczeni w boju. Podróżuje z nimi ktoś, kto ma silną aurę magiczną, czyli powinniśmy być przygotowani na to, że mają ze sobą chociaż jednego maga – odezwał się niemalże od razu, tylko chwilę poświęcił na to, żeby przypomnieć sobie, co udało mu się skrycie wykryć. Mógł posiłkować się jedynie czytaniem aur i wykrywaniem źródeł magii, inaczej, gdyby zdecydował się na bardziej bezpośrednią obserwację, tamci mogliby domyślić się, że o nich wie. A do tego starał się nie dopuszczać od momentu, w którym był świadom tegoż pościgu.
         – Tamtych było więcej… Mimo wszystko, na pewno nie są jakimiś zwykłymi zbirami, na pewno są od nich lepiej wyszkoleni i uzbrojeni. I nawet, jeśli cała grupa nie uczestniczyła w zabijaniu Dzierżycieli, to na pewno znajduję się w niej ktoś, kto tam wtedy był – podzielił się z nim kolejnymi domysłami i przypuszczeniami. Cain nie narzekał na swoją pamięć, ale ciężko byłoby mu rozpoznać twarz lub twarze członków tej grupy. Osoby, które zaatakowały ich siedzibę, były zamaskowane, co utrudniało ich identyfikację. Tyle tylko, że uznali, iż to wystarczy. Spodziewali się, że wybiją wszystkich – dlatego nie ukrywali swych aur, po których później Cainerath mógł ich wytropić. Choć nawet i aury z czasem mogą ulec zmianom, a przykład właśnie tego stał tuż obok i z nim rozmawiał.
         – Od początku nie planowałem angażować w to Lotty. Dobrze będzie, jeśli namówimy ją na to, żeby ukryła się gdzieś w okolicy. Nie wiem, czy udałoby się namówić ją, żeby pozwoliła przenieść się w, powiedzmy, inną część kontynentu albo do chociażby krainy sąsiadującej z tą, w której jesteśmy teraz. Na to drugie możemy zresztą też nie mieć czasu – mówił dalej. Nie ukrywał swych intencji, w głosie czarodzieja dało słyszeć się, że zależy mu na życiu dziewczyny i, że na pewno postara się pomóc Azzelowi w namawianiu jej do tego, żeby w walce nie uczestniczyła i, żeby przyrzekła, że tego nie zrobi; że nie złamie danego im słowa.
         – Powinniśmy mieć jeszcze trochę czasu, może kilka godzin, żeby przede wszystkim z nią o tym porozmawiać. Powinniśmy też rozejrzeć się za jakąś kryjówką dla niej… Chciałbym też porozmawiać z tobą o tych wszystkich latach, w których nie mieliśmy ze sobą kontaktu, ale to ostatnie zostawmy na później – odparł, nadal szczerze. Nawet uśmiechnął się lekko. Wiedział, że Azzel zapewne również będzie miał do niego pytania, także te związane z tym, co działo się z nim po tamtym ataku. Po tej masakrze, z której udało im się uciec. Był gotów, żeby wrócić do ogniska; do Lotty, z którą nie był pewien, jak ta rozmowa przebiegnie. Nie miał pewności, jak dziewczyna zareaguje na to, co jej powiedzą.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Opuszczone Królestwo”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości