Rapsodia[Rapsodia i okolice] Rodzinne zjazdy są zawsze wesołe!

Mówi się o niej Miasto Elfów. Owe osiedle nie zostało jednak założone przez elfy, a przez ludzi, pierwszym jego królem był człowiek, niestety jego dość niefortunne rządy doprowadziły do konfliktu pomiędzy władzą a ludem, wtedy to władzę obijał pierwszy elfi król, od tego czasu co raz więcej efów zaczęło przybywać do miasta, mimo, że oddalone o wiele dni drogi od głównych elfich osiedli ściągało do niego mnóstwo elfich braci, a zwłaszcza tkaczy zaklęć. Miasto położone nad legendarnymi wodospadami, w pięknej i... magicznej okolicy nie mogło zostać nie zauważone przez magów, czarodziejów i elfich tkaczy zaklęć...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Yona
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 11 miesiące temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Myśliwy , Łowca , Szlachcic
Kontakt:

[Rapsodia i okolice] Rodzinne zjazdy są zawsze wesołe!

Post autor: Yona »

        W życiu uczymy się przetrwania od maleńkości. Rodzimy się, żeby przedłużyć linię rodowodu i pozwolić gatunkowi żyć dalej - taka bowiem jest natura każdej żywej istoty. Za dar zwany życiem trzeba płacić różnorakimi walutami - zdrowiem, siłą, czymkolwiek, co warte jest zaoferowania za możliwość przetrwania kolejnych lat. W świecie Alaranii dzieci są nauczane polowań, walk i różnych przydatnych dziedzin - lecz podstawę zawsze stanowi zdolność do przeżycia.
Yona nie posiadała nauczyciela, który poprowadziłby ją przez całe życie przez rączkę. Rodzice ragarianki rozstali się w kłótni, przez którą ich córka uciekła - z drobną pomocą swego ukochanego wuja. Dziewczyna mogłaby rzec, że to dzięki niemu jest w stanie przetrwać, mimo że dałaby radę sobie zdecydowanie lepiej, gdyby posiadała pełne wsparcie w tym zakresie od rodzicieli. Czy jasnowłosa miała im za złe? Oczywiście, że tak. Yona czuła niewyobrażalny żal za każdym razem, gdy próbowała chwycić się jakiejkolwiek roboty, która nie polega na zabijaniu niewinnych zwierzątek. Niestety, gdyby nie zaczarowana kusza, nawet to by jej nie szło. Dlatego też Yona dotykała się niemal każdego zlecenia, jakie tylko mogła dostać, czego oczywiście pożałowała.
        Czy tęskniła za rodzicami? Możliwe. Zwłaszcza w momentach, gdy z impetem kładła świeżo upolowaną zwierzynę na stole współwłaściciela karczmy "u Lulka".

***

        - Musisz to dostarczyć po świcie do Rhikki, rozumiesz? - oświadczył krasnolud ochrzczony niezwykle dumnym i wyniosłym imieniem Gunwek. Dla przyjaciół Dupek, aczkolwiek dla nieprzyjaciół… także.
        - Rhikka nie mogłaby również wyjść mi naprzeciw? I tak większość drogi pokonam ja - odpowiedziała Yona, popijając ziołową herbatę w gospodzie “u Lulka”. Właścicielem był brat norda, z którym miała przyjemność rozmawiać ragarianka. To również jej największe źródło dochodów. Zlecenie, które otrzymała dziewczyna, sięgało swego celu w Rapsodii. Miasta, w którym prawdopodobieństwo spotkania Nhato, Enki czy Hakka wynosiło najwięcej procent szans.
        - Rhikka ma inne sprawy na głowie niż wysłuchiwanie rozkazów małolaty, która boi się głupiego miasta! - Gunwek uderzył pięścią w blat dla podkreślenia swych słów. Przez jego gwałtowną reakcję odrobina herbaty wylądowała poza glinianym kubkiem jasnowłosej, a ona sama wstrzymała oddech.
        “Zabiłaś kiedyś człowieka?”, usłyszała. Szmery wspomnień nie dawały jej spokoju, a zwłaszcza śmierć Ymhreda. To właśnie czarodziej utwierdził ją w przekonaniu, że nie jest w niczym dobra. A już na pewno nie w zabijaniu. W momentach, w których Yona spotykała się z ludzką agresją, coś się w niej działo - chciała uciekać, ale jednocześnie pragnęła skrzywdzić kogoś nim sama zostanie zraniona. I za każdym razem przypominają się jej słowa Ymhreda, które wskazują, że ragarianka nie dałaby rady nikogo zaatakować. Nawet w samoobronie.
        - Jak spanie, prawda? - odburknęła, gdy krasnolud odwrócił się i zajął swoimi sprawami. Gunwek, nawet jeżeli ją usłyszał, zignorował ten przytyk i zaczął obrabiać mięso na zapleczu.

***

        - Zanieś zapasy Rhikce, szybko spieprzaj z Rapsodii. Zanieś mięso Rhikce, spieprzaj z Rapsodii. Zanieś… - Yona powtarzała to zdanie niczym mantrę całą drogę, jaką musiała przemierzyć. Noc nie sprzyjała podróży. Gunwek nawet nie raczył porządnie zaopatrzyć dziewczyny - podarował jej tylko średniej wielkości wóz, który biedny koń dziewczyny, ochrzczony w dniu jej ucieczki od rodziców Klapą (jako nawiązanie do całego życia Yony), musiał taszczyć. Klacz nie miała już tyle sił co ongiś, zatem coraz trudniej było jej być wsparciem dla młodej ragarianki w tego typu podróżach. Jasnowłosa niedługo musi pomyśleć o nowym zwierzęciu, a zakup takowego w tym momencie był raczej niemożliwy.
        Rapsodia zachwycała pięknem wszystkich przybyszów, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Zapewne gdyby nie niefortunne zdarzenia z przeszłości, Yona mogłaby się wręcz chwalić - ba, miała powód, patrząc po lśniącej świetności miasta porównanego do elfich - że to właśnie tutaj dorastała. Niestety, całe piękno Rapsodii powodował w dziewczynie przyrost poczucia żalu i goryczy.
        Gdy tylko znalazła się na głównej ulicy w centrum miasta, zsiadła z wozu i pogłaskała Klapę. Yona podeszła spokojnie do przypadkowej osoby, o dziwo będącej na nogach o tak nieludzkiej porze, żeby niewinnie spytać:
        - Gdzie znajdę Rhikkę z Lwiego Serca? Ja od Dupka... - palnęła - znaczy Gunweka.
Znaleźć Rhikkę, opuścić Rapsodię. Byle jak najszybciej, nim ktokolwiek rozpozna ragariankę.
Awatar użytkownika
Nhato
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Inna , Przemytnik , Mag
Kontakt:

Post autor: Nhato »

Rapsodie powoli oświetlały promienie słońca. Większość mieszkańców wciąż jeszcze spała, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Za miastem tuż przy skraju lasu rozgrywał się istny dramat. Na zimnym głazie siedział łysy mężczyzna i mocno się szamotał, próbując wyswobodzić ręce i nogi z okalających go więzów. Usiłował też krzyczeć, ale brudna szmata przesiąknięta krwią i alkoholem w jego ustach skutecznie mu to uniemożliwiała.
Na dodatek tuż obok stała para opryszków, którzy mieli na oku każdy jego ruch. Pierwszy sądząc po spiczastych uszach, był elfem, zapewne leśnym. Drugi natomiast należał niemal na pewno do rasy ludzkiej. Kawałek dalej natomiast byli jeszcze inni, którzy kopali w ziemi dół. Oni również wyglądali na zwykłych Alarian. W każdym razie sytuacja była beznadziejna. Mężczyzna nigdy nie oczekiwał, że jego koniec będzie aż tak marny. Gdyby tylko mógł coś powiedzieć, może okazaliby mu litość. Starał się karmić tą złudną nadzieją, ale szybko zniknęła, gdy prawy sierpowym jednego z nich rozwalił mu nos. Poleciała kolejna stróżka krwi, a w tyle słychać było jedynie śmiech porywaczy.
Niespodziewanie usłyszał trzepot skrzydeł. Skrępowany mężczyzna spojrzał w niebo pełen wiary, liczył, iż ujrzy anioła, zobaczył jednak śmierć na swym mrocznym rumaku. Jego ciało przeszedł dreszcz, zamknął oczy i spojrzał w bok, błagając w myślach pradawne bóstwa o wybawienie i przebaczenie win.

- Wszystko poszło zgodnie z planem szefie – odpowiedział jasnowłosy elf.
- Niech gada – rozkazał Nhato, zeskakując z grzbietu Noxa. Długi, ciemnogranatowy płaszcz z kapturem skutecznie zakrywał większość jego ciała. Jednakże nawet spod ubrań widać było delikatny blask gwiazdy na jego klatce piersiowej.
- A więc bogowie mnie wysłuchali – powiedział uradowany mężczyzna, gdy już nic nie blokowało jego ust.
- Nie wiem, do jakich bogów się modliłeś, ale jeśli tu jestem, to raczej nie są po twojej stronie – stwierdził ragarianin, zdejmując kaptur i pokazując swoją twarz.
- Ja nie rozumiem… - wybełkotał łysy, nie mogąc przez chwilę oderwać wzroku od nietypowej urody Nhato — Nawet cię nie znam!
- No widzisz. A mimo to miałeś czelność sprzedać mojemu podwładnemu fałszywe informacje – niebieskoskóry podszedł do niego i przykucnął, by ich oczy były na równi, po czym cmoknął z dezaprobatą – Jakież to smutne. Jedno niewinne kłamstwo motywowane chciwością, szkoda, że mała Nire już nigdy nie doczeka powrotu tatusia.
- Błagam… Ma tylko mnie, potrzebowałem tych pieniędzy. Dla niej właśnie! Przysięgam.
- Czyżby? – Nhato wstał rozczarowany – Co ty na to Jerih?
- No ja tam nie wiem, ale gra w karty raczej średnio by jej pomogła. Może gdyby ktoś przynajmniej potrafił w miarę dobrze grać – stwierdził spiczastouchy i z drwiącym uśmieszkiem klepnął swoją kieszeń, pełną ruenów sądząc po dźwięku.
- Co… ale… ale – mężczyzna właśnie zrozumiał, że przyszło mu oszukać ludzi, do których nawet nie powinien się zbliżać. Jego kłamstwa tylko go pogrążały, a teraz dosłownie miały wpędzić go do grobu.
- Posłuchaj mnie Hrenonie! – krzyknął Nhato – Nikt nie będzie ze mną pogrywał w taki sposób, jasne? – spytał i ponownie wepchał mu szmatę w usta – Zakopać – wydał rozkaz.

Mężczyzna zaczął panikować, próbował wołać o pomoc, wyrwać się. Niestety już go nieśli, dół był gotowy. Poczuł, jak uderza bokiem o ziemię i przeszył go przeraźliwy ból, musiał złamać żebro. Spojrzał raz jeszcze do góry, tylko po to by na jego twarzy wylądowały grudy ziemi, coraz więcej i więcej, aż jego pomruki zupełnie ucichły, już na zawsze.
- Szukajcie dalej, trzeba sprawdzić każdą informację – zarządził Nhato, po czym wsiadł na swojego wierzchowca i odleciał w stronę domu.

Ragarianin wszedł do swojej sypialni, był rozgoryczony kolejnymi porażkami. Całą noc on i jego ludzie sprawdzali wszelkie tropy w sprawie Yony i wszystkie prowadziły donikąd. Usiadł na łóżku i musiał postanowić, co zrobi dalej. Nie zamierzał odpuścić, ale być może szuka ze złej strony?
Wtem z jego zamyślenia wytrąciła go Arma, która z ekscytacją w oczach zaczęła biec w jego kierunku, gdy tylko do końca wybudziła się z drzemki.

- Arma nie! – powiedział stanowczo, ale zupełnie nic to nie dało.

W ciągu kilku sekund leżał już na podłodze częściowo przygnieciony różowym smoczyskiem. Na szczęście zdążył użyć magii i nieco zniwelować jej ciężar. W ten sposób również zdjął ją z siebie. Wstał z podłogi i otrzepał ubrania z różowej sierści. Smokowata jednak już szykowała się do kolejnych psotów. Na szczęście tym razem ragarianin był szybszy i zdołał chwycić jej ulubioną zabawkę w postaci szmacianego miśka. Cisnął nim za okno najmocniej jak mógł, aż do ogrodu. Arma od razu poleciała go szukać.
Nhato odetchnął, miał w końcu chwilę spokoju.
Awatar użytkownika
Hakk
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 10 miesiące temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Opiekun , Pasterz
Kontakt:

Post autor: Hakk »

         Istniał więcej niż jeden powód, dla którego Hakk jako swoje główne zajęcie wybrał wypas owiec. Ragarianin lubił zwierzęta, a owce, ze swoim łagodnym stadnym usposobieniem osobiście do niego przemawiały (nie tak dosłownie, rzecz jasna). Opieka nad nimi nie wymagała większego nakładu pracy tudzież skupienia, tak więc w międzyczasie mężczyzna mógł zasadniczo robić, co mu się żywnie podobało; głównie sprowadzało się to do strugania w drewnie, aczkolwiek zdarzało mu się też cerować koszule albo odpowiadać na umizgi tej czy innej panny. A samo pastwisko miało jedną ważną zaletę.
         Choć znajdowało się na uboczu, poza granicami murami Rapsodii i zapewniało solidną dozę odpoczynku od zgiełku miasta, zapewniało równocześnie doskonały wręcz widok na prowadzący do niego trakt. Nie ten główny, ten Hakka nie interesował. Oparty o drzewo, co rano obserwował wijącą się w polach ścieżkę, która dalej znikała w lesie. Czasem udało mu się załapać na ciekawe widoczki. Jakąś parkę - a czasem nawet większą grupę - która, nieświadoma posiadania podglądacza, puszczała się w tany na skraju brzozowego zagajnika. Albo okoliczne grupki przestępcze, załatwiające swoje ciemne sprawki z dala od niepożądanych oczu.
         A przynajmniej tak im się wydawało.
         Choć mało kto o tym wiedział, Hakk stał się cichym świadkiem wielu rzeczy, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Na przykład pogrzebu wciąż żyjącego mężczyzny.
         Światło wschodzącego słońca uwydatniły wyrażające zmartwienie i dezaprobatę zmarszczki, jakie znaczyły bruzdami jego błękitne czoło. Oglądał wszystko spod zmrużonych oczu, miętosząc w zębach źdźbło, które w jednym miejscu chyba rozcięło mu język. Trawiasty posmak mieszał się w jego ustach z charakterystyczną, metalową nutą krwi. Co jakiś czas kierował wzrok w stronę owiec, by upewnić się, że stado zachowuje się tak, jak stado owiec zachowywać się powinno. Odczekał chwilę, aż końcu splunął zamaszyście, pozbywając się z ust resztek trawy, wstał i przeciągnął się, strzelając chrząstkami w stawach.
         - Przypilnujesz na chwilę biznesu, druhu? - zapytał, słowa te kierując do drzemiącego obok psa.
         Bruno uniósł powiekę i szczeknął coś niemrawo. Nie był typem rannego… pieska? Jednak Hakk wiedział, że może na pewien czas zostawić stado pod jego opieką. Jego owce były dość ułożone, a Bruno świetnie się sprawdzał w roli zastępcy pasterza.
         Mężczyzna westchnął i ruszył ścieżką w stronę lasu. Po drodze zahaczył jeszcze o drewnianą budkę, w której właściciel pastwiska - i okolicznych pól - trzymał przydatne narzędzia. Hakk często korzystał z nich, by naprawić rozwalający się już płot lub pomóc chłopom przy pracach w polu.
         - Pożyczę to sobie - mruknął, zdejmując ze ściany powieszoną nań za uchwyt łopatę. Zarzucił ją sobie na ramię i kontynuował marsz, raźnym krokiem, pogwizdując przy tym wesołą melodyjkę. Rozbrzmiewała ona cały czas, gdy Ragarianin dotarł na miejsce popełnionej przez sługusów brata zbrodni - i kiedy rozkopywał ziemię w poszukiwaniu niedoszłych zwłok. Nie była to pierwsza tego typu akcja w jego wykonaniu. Nhato najpewniej zdawał sobie z tego sprawę, jednak jak dotąd nie wyciągnął z tego tytułu konsekwencji wobec młodszego brata. I może słusznie; taki schemat całkiem nieźle się sprawdzał. Nhato wciąż budził grozę, jako gangus dotrzymujący swoich obietnic, a równocześnie Hakk choć trochę oczyszczał jego konto i tak już pełne niecnych uczynków. Był do tego przyzwyczajony w takim stopniu, że dawno przestało to robić na nim większe wrażenie. Choć nie zrezygnował jeszcze z prób wyperswadowania tego Nhato.
         Niedoszłe zwłoki przedstawiały dość opłakany widok, ale mimo to, młody Ragarianin uśmiechnął się z zadowoleniem, gdy odgruzowywał zakopanego żywcem delikwenta. Skończywszy odrzucać ziemię, wbił łopatę obok, wytarł w koszulę pot z twarzy i wyciągnął rękę, by pomóc mężczyźnie wstać.
         - To twój szczęśliwy dzień, przyjacielu! - Jego uśmiech z promiennego zmienił się w nieco zakłopotany. - No, może niekoniecznie szczęśliwy, ale mała kąpiel, trochę bandaży i będziesz jak nowy.
         Sięgnął do podartej koszuli biedaka, wygładził ją trochę i otrzepał z błota. Choć przy tym, jak całościowo prezentował się mężczyzna, było to jak sianokosy nożyczkami do paznokci. Człowiek wymamrotał coś niezrozumiałego, na co Hakk machnął ręką.
         - Nie musisz dziękować - oznajmił wesoło. - Wystarczy, że zwiniesz manatki i znikniesz z miasta, zanim ktokolwiek się zorientuje, że zmartwychwstałeś.
         Po tych słowach ponownie chwycił łopatę i zaczął zasypywać wykopany przed chwilą dół po mężczyźnie. Nie tracił czasu. Chciał załatwić wszystko szybko i dyskretnie, zanim komuś nie zachce się harców w lesie i nie napatoczy się na tę specyficzną scenę. Nie miał już nic więcej do powiedzenia - nie interesowały go łączące typa z Nhato układy, lata temu świadomie wybrał nieświadomość - w związku z czym złożywszy wargi w uroczy dziubek, wrócił do gwizdania przerwanej melodyjki. Mężczyzna, nadal bełkocząc pod nosem, koślawym krokiem oddalił się z miejsca własnego (prawie) zgonu, Hakk tymczasem doprowadził okolicę do stanu zbliżonego do tego, w jakim ją zastał, po czym jak gdyby nigdy nic, zawrócił w stronę pastwiska. Zatrzymał się jeszcze przy studni, by choć pobieżnie zmyć z siebie ziemię. Na tej czynności przyłapała go Lizei, córka piekarza. Czasem spotykał ją, kiedy pędził rano owce; w końcu praca obydwojga wymagała zrywania się z łóżka skoro świt.
         - Myślałam, że o tej porze liczysz owce. - Jasnowłose dziewczę uniosło brew zaczepnie.
         - Hej, raz mi się zdarzyło zasnąć na łące! Raz!
         - Wiem, wiem. Zaprawdę, jesteś dobrym pasterzem - naigrywała się z niego. - Co więc robisz o tej porze przy studni? Sadziłeś kwiatki jakiejś uroczej wdowie? - spytała na widok łopaty.
         Ragarianin zaśmiał się.
         - Nie tym razem. Sprzątałem ogródek Nhato.
         - Taki brat to prawdziwy skarb. Hej, jesteś pewien, że nie szukasz żony?
         - Lizei. Jak będę szukał, dowiesz się o tym z plotek pierwsza ode mnie.
         Takie przekomarzanki mogły ciągnąć się dość długo, jednak i ona, i on musieli wracać do pracy. Hakk, jak na dżentelmena przystało, odprowadził dziewczynę pod drzwi piekarni, czym zasłużył sobie na świeżą bułkę, jeszcze ciepłą. Podziękował, pomachał na pożegnanie Lizei, uprzejmie skinął głową jej ojcu, i odszedł, by wypełniać swoje obowiązki. Mimo dość parszywego poranka, z jego twarzy nie znikał uśmiech. Lubił to miasto, a ono lubiło jego. Sadził kwiatki wdowom, panny odprowadzał do domów, a ich ojcom pomagał rąbać drewno czy stawiać płoty, co czyniło go wprost wymarzonym zięciem. Podejrzewał jednak, że gdyby ci sami ojcowie dowiedzieli się o tym, iż po godzinach Ragarianin bawił się w prywatnego antygrabarza, nie byliby tacy chętni do oddawania mu rąk swoich córek. Zresztą, Hakk na ten moment nieszczególnie interesował się ożenkiem.
         Miał już rodzinę, o którą musiał zadbać.
Awatar użytkownika
Enki
Zbłąkana Dusza
Posty: 2
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Włóczęga , Najemnik
Kontakt:

Post autor: Enki »

        Nie tak dawno pogrzebany żywcem człowiek szedł przed siebie, a strach w połączeniu z niedawnym spotkaniu z własną śmiertelnością sprawiały, iż był on ledwie przytomny. Nogi jego szły same przed siebie i choć chłop tego nie był do końca świadomy, to jednak robił to, co mu poradzono i kierował się z dala od Rapsodii. Ciągły szept opuszczał jego usta, modlitwa niewiernego, który stanął twarzą w twarz z bogiem zaświatów. Ręce mu drżały niczym schorowane, a oddech był szybki i płytki, co tylko potęgowało ból złamanego żebra.

        Nie miał przy sobie niczego, ale jego przeżarty traumą umysł nie przejmował się takimi drobnostkami. Majątek, rodzina, znajomi, status społeczny… wszystko zdawało się wspomnieniem z poprzedniego życia. Nawet jeśli nie umarł ciałem, to wszystko inne co miał umarło w momencie, gdy został wykonany na niego wyrok.

        W tym oto stanie obity, upaćkany glebą i najprawdopodobniej bliski obłędu osobnik szedł przed siebie jedną z licznych dróg prowadzących z dala od Rapsodii. Może i dookoła nie było zbyt wiele osób, ale ci, których napotkał, omijali go szerokim łukiem, on sam bowiem zdawał się na tyle oderwany od świata, iż po prostu ignorował wszystkich dookoła. Niestety ten stan rzeczy nie trwał wiecznie, w końcu bowiem znalazł się ktoś, kto nie zszedł z jego drogi.

        Mężczyzna wybudził się z transu, w jaki popadł, gdy tylko zderzył się z czymś, co dla jego zmysłów mogłoby równie dobrze być skalną ścianą. Zderzenie wzbudziło jeszcze większy ból w jego ciele, a szok tym spowodowany sprawił, że powrócił do żywych jego zagubiony w szoku rozum. Przez zaciśnięte zęby przeklął siarczyście, wszystko go bowiem bolało jak cholera, ale nim zdołał powiedzieć cokolwiek innego, spojrzał on na przeszkodę, w którą wszedł, lecz jedyne co zobaczył to pięść zbliżającą się do jego twarzy. W ostatnich chwilach przepełnionej cierpieniem świadomości mężczyzna spojrzał na oddalającą się od niego sylwetkę i przez krew, łzy i ból zaśmiał się jak szalony. Wpierw go chciano zabić, następnie uratowano, a na sam koniec potraktowano tak, jakby nie był wart więcej niż dwa kroki w bok potrzebne, by ominąć jego już wcześniej poturbowane cielsko.

        Jej gołe stopy czuły każdą nierówność, każdą ostrą krawędź, każdą grudkę ziemi czy odłamek skalny. Nawet przez zrogowaciałą latami ciężkich warunków podeszwę była ona w stanie bezbłędnie opisać nawet najmniej znaczący szczegół ścieżki, po której kroczyła.

“Cudowna wyprawa, okazja mojego życia, mówili…”

        Z każdym krokiem czuła jak jej mięśnie się kurczą, ścięgna napinają, skóra rozciąga, a kości przyjmują na siebie ciężar jej własnej osoby. Najmniejszy ruch i jego konsekwencje były dla niej równie oczywiste co nazwa miasta, do którego zbliżała się z każdą chwilą.

“Walka na śmierć i życie, chwała i bogactwa, mówili…”

        Każdy wdech i wydech był dla niej równie klarowny co słońce na letnim niebie, a każde uderzenie serca wyraźne niczym grzmot podczas zimowej burzy. Jej ciało nie miało dla niej sekretów, wszystko bowiem co z nią związane spowijał ciągły i nieustanny ból. Nic więc dziwnego, że gdy tylko ten łysy chuj ośmielił się stanąć na jej drodze i zderzyć się z nią, to też potraktowała go w jedyny poprawny sposób. Nawet nie skończył jegomość wymawiać przekleństwa pod nosem, a Enki, wkurwiona tym, że ktoś przeszkodził jej w rozmyślaniu nad swoimi sprawami, włożyła całe swoje ciało w prawy sierpowy wymierzony prosto w twarz jegomościa. Wszechobecny impuls agonii, który temu towarzyszył, tylko sprawił, że ragarianka zacisnęła zęby i zadbała o to, aby jej pierwszy cios był zarazem jedynym potrzebnym.

“Pierdolić ich wszystkich, a tego tutaj to nawet podwójnie.”

        Zaczęła iść dalej przed siebie, gdy tylko ciało nieszczęśnika padło na ziemię niczym kłoda. Nie odwróciła się, gdy usłyszała śmiech tego, którego krew obficie obryzgała jej pięść.

- Żałosne. - Jej pięść była niczym przeszyta na wskroś niezliczoną ilość szpilek, a brak satysfakcji z uderzenia tylko sprawił, że jeszcze trudniej było zapanować nad palcami, które wbrew jej woli zaciskały się w pięść. - Nie wiem, czego się spodziewałam, ale jakimś cudem już jestem zawiedziona, a miasto jeszcze przede mną.

        Z każdym kolejnym krokiem, z każdą chwilą bolesnej egzystencji dzielącą ją od wnętrza miasta, Enki próbowała przytłumić to wszystko myślami o tym, jak wszystko poszło się jebać. Porzuciła swoją w miarę stabilną, a przez to monotonną pracę w Evareth, aby dołączyć do samozwańczej gromady śmiałków, zasponsorowanych przez mniejszą grupę kupiecką, co by wyruszyć w świat i niczym poszukiwacze przygód z legend i baśni pławić się w bogactwach i walkach, o których bardowie mogliby śpiewać przez wiele pokoleń.

        Niestety ów wyidealizowany plan spotkał się z rzeczywistością, jaką Enki znała aż za dobrze, w wyniku czego wszystko i wszyscy poszli się jebać, czasami w przenośni, czasami dosłownie. Problemy ze sprzętem, problemy z ludźmi, wszystko to w połączeniu z brakiem sukcesów i wsparcia ze strony tej samej grupy, która podobno ów wyprawę zasponsorowała, sprawiło, że Enki opuściła grupę, gdy tylko nadarzyła się okazja… niestety ta okazja sprawiła, że jest obecne bez grosza, a Rapsodia to było jedyne bliskie miasto, gdzie dotrze przed śmiercią głodową, a gdzie jest nadzieja na zarobek. Każda inna lokalizacja w okolicy po prostu odpadała, mieszkańcy mniejszych miast i wiosek bowiem mają tendencje do traktowania jej jak złego omenu, co w pewnym sensie jest samospełniającą się przepowiednią, bo to tacy ludzie najczęściej otrzymują od niej siarczysty, niekontrolowany wpierdol.

        Enki niemal nie zauważyła, kiedy przeszła przez bramy miasta. Przekonanie strażnika przy wejściu, że integralność jego zębów ma większą wartość niż jakiekolwiek informacje lub opłaty, które od niej mógłby otrzymać, poszła zaskakująco szybko. Już zaczynała się martwić, że miasto złagodniało, a przez to mieszkańcy jego zmiękli, ale widok parszywych mord na uboczach miasta bardzo szybko zapewnił ją, że wciąż była to ta sama parszywa nora, jaką wspominała ze swojej młodości. Kusiło ją, by zaspokoić swoją chęć przemocy w jednej z bocznych uliczek, pora dnia sprzyjała porządnemu mordobiciu, ale praca i miejsce do spania miały priorytet, dlatego też ruszyła jedną z głównych ulic w stronę jednej z niewielu tawern, gdzie swego czasu była mile widziana jako odstraszacz nieproszonych gości. A przynajmniej taki był plan, dopóki nie usłyszała w oddali znajomego głosu.

“...?”

        Niemal automatycznie przyśpieszyła kroku, kierując się w stronę powozu, który jeszcze kilka chwil temu był dla jej jedynego oka ledwie rozmazaną plamą w oddali. Z jakiegoś powodu głos ten ją wkurwiał o wiele bardziej, niż dźwięki powoli budzącego się do życia miasta, a na palcach własnych dłoni mogłaby liczyć wkurwiające ją osoby, których jeszcze nie posłała na drugą stronę swoimi własnymi rękoma. W międzyczasie do głosu, który bez trudu zszargał jej nerwy, dołączył się inny, kompletnie jej nieznany ton.

- Rhikka z Lwiego Serca? - przypadkowa osoba, z którą rozmawiała Yona okazała się mężczyzną, ubranym lepiej niż chłop, lecz gorzej niż bogaty chłop, a przy tym tak przeciętny, że można by go było zgubić w tłumie złożonym z kompletnie innej rasy. Nie wydawał się zmęczony, lecz spędził kilka chwil w zamyśleniu, nim udzielił jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi rogatej kobiecie. - Ah, wybacz, przez chwile myślałem o Sercu Lwa, gdzie mój szwagier pracuje. Szczerze mówiąc to strasznie dużo tu wszelakich miejsc, co mają lwa albo serce w nazwie, wiesz? Mamy karczmę Pod Lwim Sercem, alchemika Z Lwiego Serca, burdel Lwie Serca… No dobra, to ostatnie się nie liczy, bo to raczej gra słowna, bo chodzi tam o to, że tam się “rwie” serca, co prawie brzmi jak “lwie” serca, co nie? Zaraz… o czym w sumie my sobie tutaj rozmawialiśmy?

        W czasie gdy ten bezcelowy monolog trwał w najlepsze, Enki zbliżała się coraz bardziej, a im bliżej była, tym bardziej była pewna, że osoba, którą widzi przed sobą ma na swym karku dwa lata zaległego obijania ryja. Nie widziała córki, odkąd rozstała się z mężem, ani też nie chciała jej szukać, ale skoro już ją spotkała, to nie odmówi sobie obowiązku i przyjemności, jakim to jest naprostowywanie swojego potomstwa na jedyną słuszną drogę, jaką jest przyjmowanie i rozdawanie bólu. Enki aż nie mogła się oprzeć, by ogłosić rozpoczęcie tego niespodziewanego zjazdu rodzinnego. Jej ciało zalała adrenalina i magia, oddech przyśpieszył, a ciało rozgrzało się niczym wypełnione żywym ogniem, nic więc dziwnego, że jej krzyk równie dobrze mogłyby być rykiem bestii, co postanowiła obudzić połowę miasta.

- Córeczko! Stęskniłaś się? Mamusia wróciła!

        Ci mieszkańcy okolicy, którzy pamiętali Enki i to, co się z jej obecnością związało, ledwie zbudzeni zostali przez donośny krzyk, a już pobiegli do drzwi, by zaryglować je podwójnie mocno, jeżeli nie od razu zabarykadować je krzesłem i dwoma szafami. Inni mieszkańcy, nieświadomi tego z kim mają do czynienia, zaczęli niechętnie wychylać głowy zza okien, patrząc na wariatkę, co to zaburza spokój miasta o tak nieludzkiej godzinie. Sama Yone zaś, jeżeli zechce łaskawie się obrócić, będzie mogła doświadczyć wzroku Enki, która wpatrywała się w nią swoim jedynym okiem niczym wygłodniały wilk na nieziemsko soczysty kawałek steka, którego aż szkoda nie rozszarpać na kawałeczki z czystej miłości. Matka ragarianki wciąż szła do niej energicznym krokiem, zamiast biec, rozkoszowała się bowiem każdą chwilą, szczególnie gdy sam jej uśmiech doprowadził losowego jegomościa, który wcześniej zagadał Yone, do natychmiastowej ucieczki gdzie pieprz rośnie.

Nie było przenośnią to, że głos Enki wydany przez wspomagane magią ciało rozniósł się na niemalże całe miasto. Nhato, ledwie uwolnił się od z łap różowej bestii, a usłyszał echo niemożliwego do pomylenia głosu.

Jeszcze dalej, na pewniej polanie pośród wypasających się owiec, Hakk tylko dzięki wszechobecnej ciszy zdołał usłyszeć resztkę tego, co dla centrum miasta było ogłuszającym skowytem. On też najprawdopodobniej nie potrzebował zbyt wiele czasu, by zrozumieć, kto właśnie postanowił znowu uprzykrzyć życie tutejszych.
Awatar użytkownika
Yona
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 11 miesiące temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Myśliwy , Łowca , Szlachcic
Kontakt:

Post autor: Yona »

        Yona chciałaby opisać swoje życie tak, jak inne dzieciaki (tudzież nastolatkowie) to robią: sielanka, rodzina, spokój, śpiew ptaków. Radość, której ragarianka nigdy nie zaznała, śniła się jej po nocach i wręcz wołała kusząco, mówiąc; to jest możliwe. Musisz tylko mocno w to wierzyć. Tak jak nieznajomy wierzył, że jasnowłosą faktycznie obchodzą jego spekulacje na temat Rhikki i wielu, wielu Lwich, rwich, srych serc. Kobieta założyła ręce na piersiach i zaczęła coraz to bardziej okazywać wszelkie oznaki zniecierpliwienia: od znudzonego spojrzenia poczynając, przez uniesioną brew przebrnąwszy, a na srogim tupaniu nóżką kończąc. Yona nawykła już, że w tym świecie można spotkać wielu dziwaków – tym bardziej takich, którzy wykorzystają każdą okazję, żeby tylko wypuścić bezsensowny potok słów, albowiem doskwiera im samotność. Dziewczyna wywrówiła oczami w pewnym momencie, zastanawiając się, czy ona również tak skończy na starość.
        - Rhikka. Na tym się, błagam, skupmy – przerwała mężczyźnie, patrząc na niego srogo. Z całą pewnością ragarianka nie należała do cierpliwych.
        - Tak, tak, tak… Od mięsa! – skomentował nieznajomy, na co kobieta zaklaskała. "Brawo, waćpanie, właśnie oszczędziłeś nam nerwów", pomyślała.
        - Świetnie. To… - nie dokończyła. Jeszcze nim usłyszała nadchodzące niebezpieczeństwo, wszystkie włosy na ciele Yony zjeżyły się, a mięśnie napięły, gotowe uciekać czym prędzej z Rapsodii. Ragarianka zrozumiała swoje reakcje fizjologiczne dopiero wtedy, gdy usłyszała ten głos. Oczy jasnowłosej rozszerzyły się do granic możliwości, a o ile zawsze jej skóra była pięknie opalona, tak teraz dziewczyna mogłaby uchodzić za ducha. Ostatecznie nie wiadomo, czy to jej wygląd, czy to Enki wystraszyły rozmówcę Yony. Jedno było pewne: całe miasto miało traumę po pamiętnych latach panowania Enquoternate. Wszyscy, którzy zdążyli dostrzec kobietę, pochowali się w domach i zaryglowali.
Yona zdębiała. Odwróciła się do matki, której wzrok już wcześniej na sobie czuła; głodny, przepełniony ogromem emocji, których młoda ragarianka nie rozumiała. Widziała w tych oczach odbicie siebie jako przeszkody; utrudnienia wręcz. Gdyby Enki mogła, zapewne przemieniłaby Yonę w zupełnie inną osobę – gruchocząc wszystkie kości, aby poskładać je później wedle swego uznania – jakoby to mogło wpłynąć i na wychowanie dziewczyny. Dlatego też, skoro przeznaczenie nieuchronnie zbliżało się do młodej ragarianki, ta postanowiła zachować się dojrzale i odpowiedzialnie.
        - O, mama! – krzyknęła, po czym spojrzała gdzieś za plecy Enki. – O, tata!
I gdy rozkojarzona matka przez sekundę przestała zwracać na nią uwagę, Yona dała drapaka jak prawdziwa profesjonalistka. Dziewczyna jednak z tyłu głowy wiedziała, że to nic nie da: ucieczka przed Enki? Brzmi równie prawdopodobnie jak jednorożcołak. Ale przynajmniej takie coś dawało Yonie chwilę, aby wymyślić lepszy plan. Dlatego też biegła co sił, próbując odnaleźć jakiekolwiek znajome uliczki – coby nie wpaść z deszczu pod rynnę w ślepym zaułku. Pamięć dziewczyny zatem prędko wyprowadziła ją z miasta w stronę jego zalesionej części, a wóz z mięsem… Cóż. Dupek jej powinien wybaczyć i nigdy więcej nie wysyłać z powrotem do Rapsodii!

        Biegła. Pędziła, skręcając raz po raz między drzewami w różne strony, aby spowolnić Enki. Wszystkie wspomnienia natychmiast wróciły; każde uderzenie, obraza i chłód ojca na to, co się działo dookoła. Aż tu nagle, razem z widokiem znajomego pastwiska, Yonę zalała fala dawno zapomnianego ciepła. To tutaj, na tej polanie, bawiła się i śmiała, jak nigdy wcześniej w rodzinnym domostwie. Jej pierwsza ucieczka; ucieczka od rzeczywistości okrutnego dzieciństwa, które zostało jej zgotowane odkąd tylko pamiętała. I człowiek, który pomógł w pierwszej, prawdziwej ucieczce ragarianki.
        - Hakk! – krzyknęła jeszcze z daleka, dostrzegając zarys mężczyzny i nawet nie zastanawiając się, czy to faktycznie on. Biegnąca zatem w dół lekkiego wzgórza Yona mogła uchodzić za złudzenie, niemalże sen – w końcu tak długo jej nie było – gdyby nie biegnący zaraz za nią koszmar w postaci Enki. Obydwie w delikatnym odstępnie biegły prosto do pasterza. Yona dotarła zaś pierwsza i momentalnie złapała mężczyznę za ramię, jakoby był on w stanie ochronić ją przed jej własną matką. Ragarianka ledwo była w stanie złapać oddech, a nadbiegająca maszyna do bójek była coraz bliżej i bliżej. Jeszcze tylko Nhato brakowało na tym zjeździe rodzinnym. Jasnowłosa co chwilę spoglądała to na Enki, to na Hakka, to gdzieś w przestrzeń. Yona miała mało czasu, więc też pomysły jej się kończyły; jak może jeszcze z tego wybrnąć? Czy istnieje sposób, aby uchronić się przed karą w postaci kolejnej pięści weń wymierzonej?
Istniał. Ragariankę olśniło zaraz przed tym, jak Enki postawiła ostatni krok przed nimi.
        - Nie wolno ci mnie uderzyć! – powiedziała prędko, nadal dysząc. – Bo... Bo ja noszę dziecko Hakka! – skłamała w nadziei, że to zapewni jej pewnego rodzaju nietykalność. Nawet Enki nie ośmieliłaby się uderzyć ciężarnej kobiety. ”Prawda?”, zastanowiła się Yona, ukradkiem oka spoglądając na wuja z wymalowanymi w błękitnych tęczówkach przeprosinami za to, w co właśnie go wpakowała. "Błagam, brnij w to ze mną..."
        Zlot rodzinny czas zacząć na pełnych obrotach!
ODPOWIEDZ

Wróć do „Rapsodia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości