Dalekie Krainy[Mangra Adavis/Smocze Pustkowia] "Razem raźniej" to pojęcie względne

Poza Środkową Alaranią istnieją setki, najróżniejszych krain. Wielka Pustynia Słońca, Góry Księżycowe, archipelagi wysp, płaskowyże, mokradła, a nawet lądy skute wiecznym lodem. Inny świat, inne życie, inni ludzie i nieludzie. Jeżeli jesteś podróżnikiem, czy poszukiwaczem przygód wyrusz w podróż w najdalsze zakątki wielkiej Łuski Alaranii.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Vaires
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Łowca Dusz
Profesje: Łowca , Nauczyciel , Wojownik
Kontakt:

[Mangra Adavis/Smocze Pustkowia] "Razem raźniej" to pojęcie względne

Post autor: Vaires »

Daleko na północy Alaranii tuż przy Wielkim lesie Namorzynowym w Uniwersytecie Tysiąca Kwiatów chodziły plotki o znikających studentach. Opowieści świadków były skrajnie różne, ale łączył je jeden element. Każde zdarzenie miało mieć miejsce na granicy ze Smoczymi Pustkowiami. Pragnący wrażeń uczniowie często zapuszczali się w tamte okolice skuszeni wizją spokoju i poczucia wolności. Wszak nie było tam domów ani osad. Mogli robić, co tylko chcieli.
Władze uczelni zaniepokojone regularnie zmniejszającą się liczebnością podopiecznych postanowiły znaleźć pomoc. Zatrudnili więc wielu odważnych śmiałków, najemników, rycerzy czy innych poszukiwaczy przygód. Żaden nie wrócił, a co gorsze, nie rozwiązał problemu.
Zrządzenie losu sprawiło, że te informacje dotarły do Vairesa i Besaleela. Zaczęło się od pogłosek na targowisku Karelly. Piekielny w celu zirytowania swego towarzysza przeglądał stoiska nad wyraz ślamazarnie i kilkukrotnie, podkradając drobiazgi, gdy tylko Bes spuścił go na chwilę z oczu. Dopiero później gdzieś w tłumie ktoś przebąkiwał o tajemniczych zniknięciach uczniów. Na początku niespecjalnie zwróciło to ich uwagę, ale potem przyszła zapłakana kobieta, wykrzykująca by nikt nie wysyłał swoich dzieci w tamte strony. To było ostatecznym bodźcem do podjęcia decyzji o sprawdzeniu prawdziwości tych pogłosek. Choć tak właściwie to zrobił to niebianin, powstrzymując piekielnego przed opowiedzeniem ów biednej kobiecie o tym, jak to rzekomo widział makabryczną śmierć jej syna, nie omijając krwawych szczegółów. Głównie z tego powodu tak szybko opuścili targowisko.

- Przecież to by jej nie zabiło – marudził wciąż podczas lotu – Poza tym już prawie wiedziałem, co chciałem. Po wszystkim tu wracamy – zażądał bardziej w celu przetestowania anielskiej cierpliwości niż faktycznej zachcianki.

Droga na uniwersytet prowadziła przez gęsty las, dlatego też zdecydowanie lepszym i szybszym pomysłem było przelecenie ponad koronami drzew. Co więcej, z tej perspektywy już z oddali widzieli charakterystyczne wieże budynku. W pewnym momencie piekielny oberwał anielskim piórem prosto w twarz i prawie wybiło go to z równowagi.
- Aniele, są naprawdę ciekawsze sposoby na zabicie piekielnego niż atak starą lotką – podleciał tuż obok niebianina, aby trzepot skrzydeł nie zagłuszał jego słów. Ciężko stwierdzić czy to miała być forma żartu, czy poważne stwierdzenie – Chyba że twoim zamiarem było załaskotanie mnie na śmierć.

Wylądowali niedaleko murów uczelni. Vaires ukrył skrzydła pod ciemnym płaszczem oraz włożył kapelusz, który, chociaż częściowo zakrywał jego twarz. Aureola dopasowała się idealnie wokół jego ronda, więc miał nadzieję nie zwracać aż tak dużej uwagi. Strasznie irytowały go takie przebieranki, ale zbyt dużego wyboru nie miał. Zawsze w takich momentach tęsknił za swoją erravalską postacią.
Westchnął z utęsknieniem na widok uczelni, która, choć nie była tą jego, wciąż pozwalała na przywołanie miłych wspomnień, wypełnionych wrzaskami agonii niczego niespodziewających się studentów. Miał nadzieję, że kiedyś to wróci. Na razie jednak był zmuszony podążać niemalże ślepo za Besem. Co gorsza, fakt, że pierzasty był jego dawnym uczniem, w ogóle nie pomagał, tylko wzmagał poczucie hańby.
Dlatego po przekroczeniu drzwi wejściowych nie odezwał się nawet słowem. Na powitanie wyszła im zatroskana profesor o elfich uszach w klasycznej czarodziejskiej szacie. Jakby instynktownie zagadała do anioła, odrobinę ignorując piekielnego.

- Nowi uczniowie czy przyszliście…w TEJ sprawie? – zapytała, ostatnie słowa wymawiając ciszej z dużą dozą ostrożności.
- Nie, przyszliśmy w TAMTEJ sprawie – wtrącił się łowca dusz, a gdy spoczął na nim zmieszany wzrok leśnej elfki, z rezygnacją wypisaną na twarzy dodał – Tak, w tej.
Awatar użytkownika
Besaleel
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Łowca , Badacz , Wojownik
Kontakt:

Post autor: Besaleel »

        Rynek w Karelli był jednym z największych targowisk na północy kontynentu, stąd też niebianin uznał, że warto go odwiedzić i przekonać się, czy ma coś ciekawego do zaoferowania. Obszar poszukiwań Besaleela był dość zawężony - potrzebował bowiem oręża, wytrzymalszego niż poprzedni, którego tym razem nie skruszą szczęki krwiożerczej bestii, z jakimi mieli do czynienia przez ostatni rok.
        Miał trochę oszczędności, co nie znaczy, że mógł pozwolić sobie na luksusy. Najczęściej zatrzymywał się przy broniach drzewcowych, którymi władał z niemałą wprawą. Z jednej strony chciał dokonać rzetelnego wyboru, z drugiej zaś wiedział, że nie może sobie pozwolić na zbytnią zwłokę - kula u nogi w postaci piekielnego, przypominającego zachowaniem niesfornego szczeniaka, wymagała ciągłej obserwacji. Wiedział, że jeśli tylko spuści go z oczu, ten odwali coś niewyobrażalnie głupiego. Znowu.
        Wkrótce jego zmysł magiczny wykrył coś niepokojącego. Skierował swoje kroki ku jednemu ze straganów kupieckich, aby potwierdzić pewne przypuszczenia. Nie mylił się.
        - Dzień dobry, czy to pan zaklął tę broń? - zapytał sprzedawcy, wskazując na halabardę zawieszoną pośród innych wycenionych obiektów. Nic tutaj nie przekraczało wartości złotego gryfa, co w przypadku uzbrojenia czy zaklętych przedmiotów wzbudzało podejrzenia.
        Halabarda, która przykuła uwagę anioła, wytaczała aurę przesiąkniętą złem. Nie potrafił odczytać jej w pełni, dlatego nie wiedział, w jaki sposób, ale był pewien, że owa broń jest śmiertelnie niebezpieczna i została stworzona po to, by uprzykrzać życie. Nie chciał rzucać fałszywych oskarżeń, postanowił jednak wywołać w rozmówcy presję, aby temu nie przyszło do głowy łgać. Spojrzał mężczyźnie prosto w oczy, jedną ręką wywołując krótki gest, który miał odepchnąć wszelkie kłamstwa na bok.
        - Ja? Oczywiście, że nie! - Kupiec roześmiał się, jakby usłyszał coś do bólu absurdalnego. - Ja tylko skupuję i sprzedaję, nic, co tutaj ujrzysz, nie zostało przeze mnie zrobione. Ale ta pomyłka mi schlebia. Naprawdę pan myśli, że wyglądam na specjalistę od kreomagowania? - Brodacz uśmiechnął się, lecz minęła chwila i zamiast usłyszeć odpowiedź, spotkał się jedynie z uporczywym spojrzeniem. Odchrząknął niezręcznie, po czym zdjął oręż ze ściany i położył go na ladę. - Jest warta krocie, ale wyłącznie dla pana sprzedam ją za niecałe czterysta pięćdziesiąt ruenów!
        Besaleel ku własnemu zdziwieniu skorzystał z oferty. Wiedział, że to nie przelewki i być może w ten sposób skazuje się na podły los. Uznał jednak, że tak będzie lepiej - co by się nie stało, padnie na niego, zamiast na Panu ducha winnego człowieka. A przecież on się trochę na tym znał, miał szansę zbadać magię, która tkwiła w tym przedmiocie, a następnie ją wyegzorcyzmować. Oczywiście najpierw musiał jej użyć, inaczej nie dowie się, jakie wyrządza szkody...

        Późniejsze wydarzenia potoczyły się szybko. Niebianin spojrzał na piekielnego, który jeszcze chwilę temu jedynie przyglądał się biżuterii, a obecnie wypychał sobie nią kieszenie. Westchnął z dezaprobatą. Podszedł do stoiska tak jak wielu innych, a następnie, bez przyciągania uwagi gapiów, dopilnował, by Vaires odłożył wszystkie łupy na swoje miejsce.
        - Dlaczego spośród wszystkich piekielnych musiałem trafić na tego najbardziej zdziecinniałego? - wyszeptał, a jego ton głosu przypominał skargi samotnej matki, której nie pozwalał zasnąć lament niemowlaka.
        Po chwili uwagę obojgu zwrócił na siebie prawdziwy lament, prawdziwej matki, która jednak nie płakała z powodu niemowlaka, a tęsknoty za zaginionym synem.
        Besaleela zaskoczyło, że Vaires tak ochoczo podszedł wraz z nim do cierpiącej kobiety. Szybko przekonał się, że w przeciwieństwie do anioła, który pragnął ją pocieszyć, chodziło mu raczej o pogłębienie jej bólu. Anioł, uciszywszy swojego bezdusznego towarzysza, wypytał kobietę o niezbędne informacje, naprzemiennie gładząc ją po głowie. Na odchodne zaklął jej naszyjnik, aby wpływał na matkę uspokajająco i podtrzymywał jej wiarę w powrót dziecka do domu.

        Lot na zachód nie obszedł się, rzecz jasna, bez irytującej paplaniny, która opuszczała usta łowcy dusz. Besaleel, mimo że starał się ignorować jego docinki, czasami doprowadzony do szału dawał się sprowokować i wdawać w bezsensowne dyskusje, za które potem pluł sobie w brodę.
        - Nie tylko oręż zdolny jest pozbawić kogoś życia - rzucił oskarżycielsko. Wiedział, że nie musi tłumaczyć tego swojemu towarzyszowi, który grzeszył z premedytacją, a potem udawał niewiniątko.
        - Nie ma mowy. Wiń siebie za to, że zmarnowałeś czas na kradzieży. Poza tym nie sądzisz, że obecnie nie jesteś w korzystnej pozycji do stawiania warunków? - Uśmiechnął się pod nosem. Tylko ta przewaga, kontrola nad piekielnym, utrzymywała anioła przy zdrowych zmysłach, inaczej już dawno by oszalał od słuchania ciągłego biadolenia.
        Znajdowali się coraz bliżej celu. Niebianin wysunął się na prowadzenie bez jakiegoś szczególnego powodu, dlatego kolejne słowa łowcy nieco nim wstrząsnęły.
        - O czym ty... - urwał. Nie lubił zdradzać swoich myśli Vairesowi, zwłaszcza jeśli wskazywały na jego niepewność. Anioły nie tracą tak po prostu piór. W skrajnych przypadkach, przy wyrwaniu bądź w naprawdę starym wieku - owszem, to się zdarza. Jednak skrzydła to jeden z najszczodrzejszych darów Pana, z kolei sługi Niebios to nie gołębie, które srają po ulicach czy też właśnie gubią pióra...
        Besaleel chciał wierzyć, że to tylko przypadek. Coś mu jednak mówiło, być może lekka paranoja, że sprawcą jest jego nowy nabytek - przeklęta broń. Już za moment odzyskał spokój, a wtedy kontynuował:
        - Znam prawdopodobnie więcej sposobów na zabicie piekielnego, niż ci się wydaje - odparł. "I niż sam chciałbym znać."

        Wylądowali nieopodal uniwersytetu, który bez wątpienia zasługiwał na swoją nazwę. Mimo to zarówno anioł jak i łowca nie rozwodzili się nad pięknem tego miejsca, ale zgodnie nabrali sentymentu, wspominając czasy, kiedy to obaj dobrze się bawili jako uczeń oraz nauczyciel. Anioł jednak nie pozwolił sobie na zbyt długie rozgrzebywanie przeszłości. Upewnił się, że Vaires przywdzieje ubiór, w którym będzie wyglądał stosunkowo niegroźnie. Sam zaś jedynie przymknął szkarłatne oko, nie chcąc przykuwać zanadto uwagi.
        W pełni gotowości przekroczyli mury uczelni. Nie musieli długo się szwendać, aby znaleźć kogoś, kto wdrożyłby ich w temat.
        - Potrzebujemy więcej informacji - Besaleel przeszedł do rzeczy, kiedy tylko piekielny skończył się witać w typowy dla siebie sposób. - Możemy przejść w jakieś ustronne miejsce, jeśli potrzebuje pani więcej dyskrecji - dodał, widząc, że kobieta drepcze nerwowo w miejscu.
        - Dziękuję. Proszę za mną. - Ruszyła w kierunku szerokich schodów, a mężczyźni podążyli tuż za nią.
Awatar użytkownika
Vaires
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Łowca Dusz
Profesje: Łowca , Nauczyciel , Wojownik
Kontakt:

Post autor: Vaires »

Łowca dusz był oburzony zaistniałą sytuacją. Był piekielnym do cholery i nawet nie mógł sobie niczego uczciwie podkraść?! Wewnątrz niego szalał gniew i żądza mordu skierowana na anioła. Jego życie i tak było jednym wielkim żartem, odkąd spotkał niebianina, a ci handlarze nawet nie zauważyliby zguby. Zapewne każdego dnia tracą jakąś część towaru, jak tylko ktoś ich zagada albo odwrócą się na moment. Mógł jedynie przeklinać pod nosem i w myślach, bo jego ciało w tej chwili robiło to, co chciał Bes, czyli potulnie odkładało na miejsce wszystko, co wcześniej ukradł.

- Zdziecinniałego?! Jakbyś był na moim miejscu, robiłbyś to samo – wyszeptał zbulwersowany do swego, niestety nieodłącznego, towarzysza.

Piekielny był o włos od rozpętania widowiskowej kłótni, na szczęście nadarzyła się kolejna okazja, aby uprzykrzyć komuś życie. Idealnie… było, dopóki Besaleel go nie uciszył. Vaires przewrócił oczami na widok anioła pocieszającego jakże biedną kobietę. Na szczęście nie trwało to długi i już po chwili opuścili to miejsce.

- Naprawdę? No kurwa nie wiedziałem – odparł z sarkazmem na stwierdzenie, że nie tylko klasyczną bronią można zabić.
Tortury nie były mu obce, doskonale wiedział co i kogo zabije szybciej, co później i bardziej boleśnie – Może i masz racje… ale jestem od ciebie starszy, twoim profesorem do cholery byłem. Chyba trochę szacunku do moich żądań się należy, co? – prychnął oburzony.

Nie chciał jednak tkwić w gniewie, co mimo wszystko było męczące, szczególnie będąc na przegranej pozycji, dlatego postanowił zmienić temat. Na dodatek to sam anioł podsunął mu całkiem ciekawy.

- Mówisz? Chętnie bym posłuchał, a następnie ja powiem ci jak najlepiej zabijać anioły, co ty na to? Gdy w końcu się od siebie uwolnimy, wątpię, abyśmy mieli rozejść się w zgodzie i przyjaźni, dlatego, jeśli któryś z nas będzie miał umrzeć, niech będzie to, chociaż morderstwo z przytupem – zaśmiał się diabelsko, a w jego oczach przez chwilę widać było czyste szaleństwo.

Wśród murów uczelni Vaires próbował nie myśleć o przeszłości, choć było to dosyć trudne. Mieli zadanie do wykonania, to było na pierwszym miejscu. Niezabroniony przez anioła mord był dla łowcy dusz niczym szklanka wody po przejściu pustyni. Jego sadystyczna dusza wręcz błagała o to każdego dnia, odcięta od regularnych, nieświętych praktyk. Kobieta wbrew pozorom nie wskazała im drogi na piętro, jedynie stanęli pod schodami i tam mieli rozmawiać. Było to dość dziwne dla piekielnego, wystarczyło przecież wejść do byle pustej sali.

- Większość profesorów nie lubi o tym wspominać. Nie chcą siać paniki i odstraszać nowych studentów – mówiła ściszonym głosem, bez przerwy się rozglądając – Wiecie drodzy państwo, chodzą te młodziki tam na zachód, zaraz za lasem i wieści przepadają. A zakazy nie działają, bo to młode i durne i chce się wykazać. A potem co? Matki zapłakane, wszyscy gadają, uczniów coraz mniej… jak tak dalej będzie, to ja już nie wiem… - mówiła zatroskana.

Vaires słuchał tego, z trudem powstrzymując odruch ziewania, tyle to już na targowisku usłyszeli. Kompletnie znudzony wbił wzrok w pełną kwiatowych zdobień architekturę tego miejsca. I wtedy zauważył młodą czarodziejkę, która usilnie próbowała rzucić jakieś zaklęcie. Siedziała kawałek od nich na parapecie wielkiego, pełnego witraży okna. Łowca dusz zerknął na anioła i widząc jego zasłuchanie, po cichu wycofał się z całej tej konwersacji. Podszedł do blondwłosej uczennicy i zagadał.

- Można wiedzieć młoda damo, co próbujesz uczynić?
- Mamy zadanie, aby na jutro przedstawić wybrane przez nas zaklęcie z zakresu iluzji magicznych. I znalazłam bardzo fajne, sprawia, że wszędzie latają kolorowe i błyszczące motyle. Myślę, że to idealne jak na Uniwersytet Tysiąca Kwiatów.
- Tak… Idealne – odrzekł, próbując nie wyglądać na zdegustowanego – To gdzie te motyle?
- No właśnie mam problem. Wypowiadam zaklęcie jak w książce i układam dłonie, jak trzeba i nic – chwyciła niezbyt gruby tom leżący tuż obok i otworzyła na właściwej stronie.
- Spróbuj jeszcze raz – Vai szybko odczytał zaklęcie i porównał z tym, co robiła dziewczyna. Wszystko było dobrze, jednak coś mu nie pasowało z wymową. Poprosił czarodziejkę, aby przeczytała jedno ze słów z inkantacji.
- Tę runę czyta się inaczej.
- Jak to? Ale przecież ja zawsze ją tak…
- Teraz może i tak, ale w starym dialekcie było nieco inaczej. A nawet odpowiedni akcent może mieć znaczenie przy rzucaniu inkantacji.
- Nawet przykładowo elfi? No i jak właściwie przeczytać tę runę? – dopytywała zaintrygowana dziewczyna.

Piekielny starym przyzwyczajeniem zaczął jej wszystko dokładnie wykładać i wyjaśniać, zupełnie zapominając o tym, dlaczego tu przybyli i samym istnieniu anioła. Miał przed sobą pilną uczennicę, która chętnie go słuchała i teraz tylko to się liczyło. To był jeden z tych rzadkich momentów, gdy Vaires pokazywał swoją bardziej ludzką twarz.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Dalekie Krainy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości