Ekradon[Ekradon i okolice] Biała nić przeznaczenia

Warowne miasto położone u podnóża gór, otoczone grubymi murami i basztami, jego bramy zdobią dwa ogromne posagi gryfów. Miasto słynie z handlu, pięknych karczm i ogromnej armi. Armi niezwykłej, bo składającej się z wojowników i gryfów. Od setek lat ekradończycy udomawiają gryfy, które później służą w ich armi, stacjonującej w górach poza miastem.
Awatar użytkownika
Isara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje: Wędrowiec , Mag
Kontakt:

Post autor: Isara »

        Isara uśmiechała się szczerze. Mogła to przyznać teraz, po rozmowie z Cerimem - po raz pierwszy na tym dworze, w którym wszyscy próbowali dać jej znać, że nie jest mile widziana, ona uśmiechnęła się szczerze. Nie była pewna, dlaczego - czy to przez to, że pułkownik przyszedł ją pocieszyć, czy przez to, że zwierzył jej się ze swojej historii. Cerim odsłonił przed nią swoją tajemnicę (chociaż Isara mogła tylko strzelać, że nie wspominał o tym nikomu więcej), nie poznała go z żadnych plotek czy pogłosek jak wcześniej. Mogła popytać służbę, chociaż nie chciała. Wcześniej już Damon jej opowiadał o Cerimie, a ona starała się uwierzyć w przekonanie młodego porucznika. Sam pułkownik jej opowiedział o sobie. W pewnym sensie Isara poczuła się wyjątkowo, ale szybko stłumiła to wyobrażenie.
        Mimo to nie potrafiła pozbyć się tego głupiego uśmiechu.
        Cały wieczór rozmyślała o scenie w ogrodzie. Humor lisołaczki zmieniał się w zależności od tego, który fragment wieczoru przywoływała na myśl. A wspomnienia w jej głowie przewijały się co uderzenie serca. Raz, smutek w oczach Cerima. Raz, jego podziękowania. Isarę tak bardzo bolało, że dopiero teraz zrozumiała jego złość w gabinecie. Stracił bliskie osoby. Nie uchronił tych, których kocha. Wszystko składało się w logiczną całość, a białowłosa była zadowolona, że odkryła to prędzej niż później. I że nie musiała dociekać po plotkach.
        Zaskoczenie odmalowało się na jej twarzy, kiedy Cerim odezwał się podczas tańca. Czyżby pułkownik potrafił czytać w myślach, czy może zwrócił uwagę na mimikę lisołaczki podczas połączenia ich w tańcu? Isara próbowała ukryć uśmiech. W końcu dalej miała udawać zruganą podwładną. Gdyby jednak nie suknia, która skutecznie zasłaniała jej cechy rasowe, wszyscy mogliby zobaczyć, że tak naprawdę się cieszy - merdała ogonem równie szybko jak ekradońskie wiatraki podczas wichury. “Jeszcze chwila i odlecę”, pomyślała, po czym momentalnie zrugała się za tę myśl. Zmiennokształtna zapędziła się w wyobrażeniach na tyle, że zagościły one również w jej sercu, a sama nie potrafiła określić czy to dobrze, czy źle.
        Kobieta nie powinna tańczyć jednej nocy z tym samym dżentelmenem więcej niż dwa razy, jeśli nie jest jej mężem lub bratem. Mimo to Isara skrycie marzyła o jeszcze jednym tańcu z pułkownikiem. Mogłaby tak cały wieczór.

***

        - Mogła wcześniej to załatwić, to by jej nie bolało - komentowała Tessa, pomagając Isarze odplątać włosy. Lisołaczka po powrocie z balu, na którym oczywiście musiała zostać do końca, wróciła i zdrzemnęła się godzinę, nie zmieniając nawet ubioru oraz nie rozczesując kucyków. Dlatego teraz cierpiała niezmiernie, próbując uwolnić swoje biedne uszy.
        - Przepraszam, Tesso, ale to boli… - odparła zmiennokształtna, krzywiąc twarz w brzydkim grymasie. “Całe szczęście, że Cerim tego nie widzi…”, pomyślała pospiesznie. Wielka wojowniczka, nadworna magini, walcząca ze szczotką do włosów. Cóż za komedia.
        - Nie przeprasza, tylko się nie wierci, bo wyrwę jej kłaki razem z uszami

        Następnego dnia rano czy to bal, czy nie, Isara nie miała odpoczynku. Chciała dać z siebie wszystko przy szkoleniu swoich podopiecznych, a tym samym pokazać niedowiarkom (królowej i generałowi), że nie jest ich wrogiem. Albo że nie jest wyłącznie materiałem na ładne futro. Lisołaczka wzdrygnęła się i szybko wyrzuciła te myśli z głowy.
        - Wyglądasz bardzo dobrze po balu - rzekła Toira na kolejnych prywatnych zajęciach. Podopieczna radziła sobie coraz lepiej. Jeszcze trochę treningów, a nie będą jej potrzebne dodatkowe treningi, żeby mogła nadążyć za grupą.
        - Dziękuję - odparła Isara, drapiąc się za uchem. - Nigdy nie lekceważ szczotki do włosów
        - Hę?
        - Nic!
        Niemal każdy dzień wyglądał podobnie. Treningi, w których i podopieczni Isary, i sama lisica robili ogromne postępy. Spokojne przechadzki na korytarzu i miła wymiana zdań z Cerimem. Narzekanie Tessy na kolejny podarty mundur. Zmiennokształtna nie mogła zaprzeczyć, że bardzo jej się podobało takie życie. Mimo kilku czynników przeciwnych jej pobytowi w Ekradonie, ona mogłaby tak właśnie żyć. Jednak jak to zawsze bywa, coś ostatecznie musi zakłócić ten spokój.

        Czarne chmury zasłaniały niebo. Wiatr niósł magiczny powiew już z daleka. Isara wyczuwała ogromne napięcie na dworze. Przeczucie zazwyczaj nie zawodziło lisicy, zatem kiedy tylko pojawiły się kolejne znaki, ruszyła do gabinetu pułkownika. Na swoje nieszczęście, minęła się z generałem na korytarzu. Mężczyzna spojrzał na nią wilkiem, ale nie odezwał się nawet słowem. Isara zatem również go zignorowała.
        Pospiesznie zapukała, jednak nie zaczekała na odpowiedź. W normalnych okolicznościach sama myśl o takim najściu Cerima przerażała ją i onieśmielała, ale w tej chwili lisica była przestraszona. Czuła, że coś się dzieje.
        - Coś się zbliża - zaapelowała szybko, wparowując do gabinetu z impetem. - Zła aura.
        Oczywiście generał nie odszedł na tyle daleko, żeby nie zauważyć tej sceny. Isara zastanawiała się czy spoglądał na nią zszokowany przez to, że zachowała się wręcz karygodnie, ignorując wszelkie zasady etykiety i szacunku wobec przełożonego, czy przez to, że miała rację.
Awatar użytkownika
Cerim
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Żołnierz
Kontakt:

Post autor: Cerim »

         Cerim nie powiedział wszystkiego. Nie wspomniał słowem o matce ani o siostrze. Pominął całą historię związaną z ich narodzinami - i śmiercią Miriam - która także zostawiła paskudne blizny w jego sercu - ale ten temat nie należał do rozmowy. To nie tak, że pułkownik postanowił zwierzyć się Isarze ze swoich życiowych trosk. Opowiedział jej o swojej żonie, gdyż to wydawało mu się odpowiednią taktyką udzielania wsparcia lisołaczce. Nie zamierzał się całkowicie otwierać.
         Jeszcze nie teraz.
         Jego odmienność nie stanowiła sekretu, ale nie był to również powód do dumy, dlatego im dłużej mężczyzna unikał tego tematu, tym lepiej. Nie wiedział czy Isara nie zmieniłaby nastawienia do niego, gdyby dowiedziała się, że jest… czymś. Czymś dziwnym, mrocznym… Może nawet, oprócz zwykłego onieśmielenia jego postawą, zaczęła się go bać? Tego Cerim nie chciał. Wbrew pozorom zależało mu na dobrych relacjach z podwładnymi, a także na utrzymaniu posłuszeństwa, lecz nie pragnął kontrolować ich za pomocą strachu, jak jego ojciec. Zdecydowanie wolał zapracować na ich szacunek, tak, by podążali za nim z własnej woli. Tak samo postąpił w przypadku Mere: nigdy nie odniósł się do swojej pozycji i narzuconej im roli małżonków, by osiągnąć jakieś korzyści związkowe. Wszystko, co osiągnęli wspólnie, wypracowali z mozołem, na drodze szczerości i obopólnego zaangażowania. I to właśnie, według pułkownika, miało prawdziwą wartość. To samo starał się wpajać swoim podopiecznym, najlepiej samemu dając dobry przykład.
        Co chyba nie wychodziło mu najgorzej, skoro z ust Isary padały deklaracje o podziwie dla niego… Nie czuł, że zasługiwał na tak mocne słowa i był tym trochę zakłopotany - tak, nawet on! - ale w głębi serca był także szczęśliwy. Oznaczało to bowiem, że ktoś prawdziwie doceniał jego starania, to zaś nadawało im sens - nadawało sens jemu, jego egzystencji. A sens życia był czymś, czego Cerimowi brakowało od dawien dawna. Służba w armii, choć satysfakcjonująca, nie mogła go zapewnić. Dopiero spotkanie z lisołaczką i więź, jaka powoli zaczynała się tworzyć między nimi, zdawała się stopniowo wypełniać przeraźliwą, czarną dziurę, ziejącą w duszy nieszczęśliwego mężczyzny.
         Sporo o tym myślał przez całą noc i nad ranem, błąkając się po pałacowych ogrodach. Mógł wydawać się służbistą, ale przed samym sobą nie potrafił udawać, że łatwo mu przychodziło traktowanie Isary czysto formalnie. Co prawda to on, już na samym początku, podkreślił, jak ważny jest brak spoufalania, mimo to przyłapywał się na tym, że miał z tym problem. Choć może po prostu była to kwestia tego, iż pierwszy raz spotkał lisołaczkę poza służbą, tańcząc z nią w karczmie - i dlatego jego umysł zaszufladkował ją do kategorii “osoby prywatne”…? A może zwyczajnie to sobie wmawiał, bo nie chciał zaakceptować prawdziwego powodu nagłej zmiany w jego nastawieniu…

         Jako przemieniony, Cerim nie potrzebował dużych ilości snu. Być może przez pewien czas mógłby nie spać w ogóle, ale nie odmawiał sobie tego “przywileju”, gdyż często pozbawione snów noce oferowały szansę na ucieczkę od rzeczywistości; choć koszmary związane z przeszłością dręczyły go równie często. Po balu wrócił do rezydencji tylko po to, by zmienić ubranie - z ulgą odwiesił do szafy wyjściowy mundur, zamieniając go na swoją standardową, czarną koszulę i płaszcz w tym samym kolorze - by niemal od razu udać się z powrotem na zamek i rzucić w wir obowiązków, których wciąż miał mnóstwo.
         Był to dla pułkownika dość napięty czas. Wciąż odkrywał on jakieś nowe formalności związane z jego nowym oddziałem, do tego musiał szkolić jego członków praktycznie od zera - co przysparzało mu znacznie więcej trudu, niż treningi z poprzednimi podwładnymi, będącymi już dobrze wyszkolonymi żołnierzami. A wisienkę na tym cudownym torcie utrapień stanowili ci cholerni nekromanci. Uparcie milczeli, mimo wymyślnych środków perswazji, jakie stosował na nich generał. Carlson nie brał w tym udziału bezpośrednio, ale był świadom poczynań ojca. Nie do końca się z nimi zgadzał, lecz nie zamierzał protestować, bo w końcu ci ludzie nie byli niewinni. Mieli na rękach krew, więc Cerim, choć sam nie wyrządzał im krzywdy, nie widział także powodu, by ich bronić; wręcz przeciwnie.
         Do przełomu w sprawie doszło kilkanaście dni po balu. Było to pochmurne i dość nieprzyjemne popołudnie, burzące dość długi ciąg nieprzerwanej słonecznej pogody. Nad Ekradonem kłębiły się ciemne chmurzyska, nadciągające w coraz większej ilości znad lasu. Nie wróżyło to niczego dobrego, co mieszkańcy musieli odczuwać, bowiem od rana na zamku panowało dziwne napięcie, wyczuwalne nawet dla kogoś tak nieprzywiązującego wagi do dworskich plotek, jak Cerim. Jemu też niezbyt podobała się ta pogoda. Nie był zabobonny, nie miał też na tyle rozwiniętego zmysłu magicznego, by węszyć zagrożenie, lecz tego typu chmury zazwyczaj oznaczały rzęsisty deszcz, ten zaś utrudniał skuteczne przeprowadzenie treningu… Choć z drugiej strony, hartowanie podwładnych na niesprzyjające warunki atmosferyczne także stanowiło jego element. Może więc potencjalna ulewa nie była znów takim problemem…
         Carlson nie wiedział jeszcze, że ulewa miała nie być ulewą, a to, co stało za anomaliami w pogodzie, okaże się przyczyną gruntownych zmian w jego życiu.

         Niczego niespodziewający się pułkownik porządkował dokumenty na półkach. Chciał odrobić się z papierologią, by późniejszym popołudniem móc przejąć od Isary pałeczkę nauczyciela i dać swoim podwładnym solidny wycisk. Był dzisiaj w nastroju do walki. Planował przeprowadzić “lekcję pokazową” - czyli taką, w której brałby czynny udział, tocząc pojedynek z jednym z uczniów. Nie dane mu było jednak tego zrobić. Kiedy Cerim przeglądał stare, pożółkłe pergaminy, z przedawnionymi sprawami, do gabinetu wszedł jego ojciec. Cerim skinął głową uprzejmie, nie podnosząc wzroku znad zapisanego jego pismem zwoju.
         - Cokolwiek robisz, przerwij to niezwłocznie. Mam dla ciebie pilne rozkazy - odezwał się generał.
         Na dźwięk tych słów - i nerwowości w głosie ojca - Carlson oderwał się od papierów. Już pierwszy rzut oka na twarz starszego mężczyzny podpowiedział Cerimowi, że dzieje się coś bardzo poważnego. Poczuł, jak wszystkie jego mięśnie napinają się, utrzymując ciało w gotowości.
         - Co się dzieje?
         - Przesłuchania w końcu dały efekt i jeden z więźniów wyjawił plany nekromantów. Zamierzają przeprowadzić jakiś rytuał i złożyć życia mieszkańców Ekradonu w ofierze. Szczegółów nie znamy. Wiemy natomiast, że zebrali się w lesie od wschodu. Liczna grupa, mogą mieć wsparcie.
         - … Kiedy?
        - Dzisiaj.
         Tego Cerim się nie spodziewał. W pierwszym odruchu szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Ale to była chwila, na którą czekał od wielu miesięcy. Nie spodziewał się, że nadejdzie ona tak nagle, bez wcześniejszych znaków - lecz był na nią przygotowany.
         - Ilu ludzi mam do dyspozycji?
         - Magicznych oraz twój poprzedni oddział. Wydałem już odpowiednie rozkazy porucznikowi Gothoe. Czekają na ciebie przed pałacem. Nie trać ani sekundy, wyruszaj natychmiast. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.
         - Tak jest.
         Po tych słowach generał opuścił pomieszczenie. Cerim przypiął schowaną w pochwie katanę do pasa i ruszył do wyjścia, by jak najszybciej poinformować oddział magiczny o zaistniałej sytuacji. Nie spodziewał się, że w drzwiach zderzy się z Isarą, która z podobną gwałtownością co on będzie przekraczać próg gabinetu. Wpadłszy na zmiennokształtną, Cerim odruchowo wyciągnął ręce, by ją podtrzymać, w razie gdyby impet uderzenia pozbawił ją równowagi.
         - Tym “czymś” są cholerni nekromanci - odpowiedział na jej stwierdzenie. Widać było, że pułkownik się spieszył, mimo to zatrzymał się na chwilę, by upewnić się, że z lisołaczką wszystko jest w porządku; zarówno od strony fizycznej, jak i emocjonalnej. Nie było jednak czasu na pogaduchy. - Zbierz oddział. Czeka nas walka, która być może zakończy całe dochodzenie. Wyruszamy natychmiast, jak tylko wszyscy będą gotowi na placu przed zamkiem. To nie są ćwiczenia - podkreślił, nie wdając się na razie w dalsze szczegóły.

         Pokrótce przedstawił stojącym przed nim żołnierzom informacje, które sam posiadał. Dwa oddziały pod jego rozkazami, gotowe bronić Ekradonu za wszelką cenę. Wprawdzie Cerim nie obawiał się bandyckiej grupki nekromantów i nie traktował zagrożenia aż tak poważnie - co później miało okazać się potwornym błędem - ale należało dmuchać na zimne. Magia śmierci bardzo często niosła ze sobą bardzo dużą ilość Mroku, nawet mimo istnienia wyjątków, takich jak Mere. A ci przestępcy wielokrotnie udowodnili, że nie zależy im na utrzymaniu dobrych relacji z ekradońskim ludem ani strażnikami. A użycie cywili jako ofiary… Włosy aż jeżyły się na karku pułkownika.
         - Nie wiem, z czym możemy zetknąć się na miejscu - przemawiał do swoich ludzi. - Dokładne rozkazy otrzymacie po zbadaniu sytuacji, lecz na ten moment proszę was o dwie rzeczy: bądźcie czujni i wspierajcie się nawzajem. Siła oddziału tkwi w jego jedności. Dopóki pokładacie ufność w swoich kompanach, możecie wyjść z każdych opresji.
         Ruszył w stronę lasu, z Isarą u prawego boku, Damonem u lewego - i dwoma oddziałami ludzi za sobą. Nie musiał nawet wysyłać zwiadowców, ponieważ gdy tylko zbliżyli się do lasu, “zła aura”, o której wspomniała zmiennokształtna, tak przybrała na sile, że nawet pułkownik był w stanie ją wyczuć. Chmury nad nimi kłębiły się niesamowicie gęsto, jakby jakaś niewidzialna siła przyciągała je w jedno miejsce. Temperatura znacznie się obniżyła, a w powietrzu unosił się ciężki odór, który Cerim znał aż za dobrze.
         Był to zapach śmierci.
         Dostrzegli nekromantów z daleka; grupę czarnych, zakapturzonych sylwetek, o wiele liczniejszą, niż Carlson się spodziewał. Stali w dziwnym szyku: pierwsza linia wroga rozciągała się od jednego krańca polany, do drugiego, za nimi zaś magowie rozmieszczeni byli w kilku współśrodkowych okręgach. Ci, którzy tworzyli najbardziej wewnętrzny z nich, skandowali niewyraźnie jakieś słowa, z których pułkownik, dzięki strzępkom wiedzy przekazanej mu niegdyś przez żonę - i bez większego zdziwienia - zdołał wyłapać “mrok”, “zgubę” i “ofiarę”. Nie znał sensu całości zdań, ale nie brzmiało to optymistycznie. Również obecność kilku ciał, leżących na zroszonej krwią ziemi, napawała mężczyznę niepokojem.
         - Próbują rzucić jakieś zaklęcie - stwierdził, choć było to oczywiste. Po czym odwrócił się do swoich ludzi, biorąc głęboki wdech, by wydać im wyraźne rozkazy. - Nadrzędny cel: nie dopuścić do ukończenia rytuału, niezależnie od kosztów. Magowie, którzy specjalizują się w atakach z dystansu, zostają tutaj, z sierżant Isarą na czele. Tutaj jesteś mi najbardziej potrzebna - rzucił lisołaczce twarde spojrzenie, spodziewając się protestów z jej strony, po czym zwrócił się do Damona i reszty ludzi. Wyciągnął katanę i uniesioną dłonią, wskazał kierunek szarży. - Piechota, za mną! Najważniejsze jest przerwanie rytuału!
         Sam ruszył do ataku pierwszy. Nie był tym typem dowódcy, który przyglądałby się ze wzniesienia, jak jego ludzie ryzykują życiem. Był między nimi - był z nimi - i walczył na pierwszym froncie, dając swoją postawą dobry przykład i podnosząc morale. Poruszał się błyskawicznie i niebawem dopadł pierwszego nekromanty.
         … A ten rozpłynął się w powietrzu jak mgła, gdy tylko ostrze katany pułkownika dosięgło miejsca, w którym stał. Przez ułamek sekundy na twarzy Cerima widoczna była konsternacja - ale tylko przez ułamek, bowiem już po chwili zawołał do swoich żołnierzy:
         - Używają iluzji! Atakujcie tylko prawdziwych nekromantów!
         Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Kiedy bitwa rozgorzała na dobre, nie było czasu przyglądać się dokładnie każdemu przeciwnikowi, a iluzje wytworzone przez magów były naprawdę trudne do odróżnienia od materialnych postaci. Carlson skupiał się na atakach i unikach - zwłaszcza przed magicznymi pociskami, bo te bywały groźne - aż musiał w końcu użyć swojego Oka Demona, by móc naprzód przewidywać ruchy wrogów, których liczba wcale nie malała, mimo trwania walki. Cholerne iluzje!
         Tymczasem otoczenie zaczęło się zmieniać. Głęboki mrok, jak noc podczas nowiu, ogarnął polanę i las, mimo tego, iż do zachodu słońca pozostało jeszcze dobrych parę godzin. Zerwał się porywisty wiatr, a gęsta, czarna mgła powoli wypełniała pole widzenia Cerima. Odpierając atak jednego z nekromantów - prawdziwego, nie iluzji - szukał wzrokiem swoich ludzi, nawołując ich w ciemności. Czy walczą razem z nim? Czy są ranni? Gdzie jest Isara?
         Wiedział tylko jedno. Rytuał został ukończony.
         Zawiedli.
Awatar użytkownika
Isara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje: Wędrowiec , Mag
Kontakt:

Post autor: Isara »

        Zamartwianie się każdą drobnostką leżało w empatycznej naturze lisołaczki. Dlatego nie mogła odpowiedzieć w gabinecie Cerima w porę, mimo że doskonale wiedziała, jak powinna zareagować. Taka sama złowieszcza aura krążyła pewnego dnia nad jej wioską, w której Isara się wychowała. Nieszczęśliwie nigdy nie ujrzała źródła tej mocy. Teraz jednak musiała stawić jej czoła, inaczej cały Ekradon znajdzie się w ogromnym niebezpieczeństwie.
Zmiennokształtna zacisnęła pięści, stojąc samotnie na korytarzu przed gabinetem Carlsona. Ciągle czuła na sobie pogardliwy wzrok generała. Przypuszczała, że nie dość, że wparowała do gabinetu Cerima jak dzikie zwierzę, to jeszcze wyczuwała zagrożenie kilka chwil przed jego pojawieniem się - to wszystko stawiało ją w jak najgorszym świetle. O ile już w takim nie była wcześniej.
        Musiała się wziąć w garść i zebrać oddział. Posłać swoich podopiecznych do walki, możliwe że na śmierć i życie.
Cokolwiek by się nie działo, Isara nie pozwoli nikomu umrzeć.

        Atmosfera była coraz gorsza. Powietrze robiło się tak gęste, że można by bez problemu ciąć je nożem. Mrok, który nadciągał nieubłaganie, zdawał się teraz niesamowicie przytłaczający. Gdy tylko wyruszyli za tajemniczą aurą, Isara podążała za Cerimem wyprostowana i z uniesioną głową. Chciała stanowić chociaż w połowie tak dobry przykład, jakim jest pułkownik. Lisołaczka nie dawała po sobie poznać, jak bardzo bolał ją zapach śmierci w powietrzu. Wyczulony zmysł węchu stawał się w takich momentach naprawdę uciążliwy. Cerim jednak szedł przed siebie, prowadząc ich wszystkich niewzruszony.
        I za to Isara go podziwiała.
        Gdy jednak natrafili na grupę nekromantów, którzy inkantowali coś w nieznanym kobiecie języku, ogon zmiennokształtnej napuszył się. Cała sceneria przedstawiała się niczym w najmroczniejszym koszmarze. Isara była przekonana, że jakaś bitwa już się tutaj odbyła – leżące wokół trupy nie wskazywały na nic pozytywnego. Lisołaczka kątem oka dostrzegła reakcję Toiry na pobojowisko. Dziewczyna ze wszystkich sił próbowała zachować swoje przerażenie dla siebie. Przyłożyła dłoń do ust, aby nie wydawały żadnego dźwięku. Żadnego krzyku, żadnego szeptu. Cisza i odbijające się echem inkantacje grały wspólną melodię śmierci. Czarne chmury całkowicie zasłoniły niebo, tworząc nocną powłokę na polu bitwy.
        Isara kiwnęła głową, słysząc rozkazy Cerima. Nie mogli za żadne skarby dopuścić do zakończenia rytuału. Druga część rozkazów już mniej przypadła lisołaczce – musiała zostać tutaj z oddziałem magów. Nie kwestionowała, wręcz przeciwnie. Ponownie przytaknęła. Isara zdawała sobie sprawę, że gra toczy się o większą stawkę i powinna jak najlepiej pokierować oddziałem, rzucając zaklęcia z dystansu. Mimo to miała lekki żal, że nie zda się w bezpośredniej walce.

        - Co zrobimy? – Gdy tylko piechota ruszyła do walki, Toira podeszła do Isary i spojrzała na nią. Lisołaczka musiała pozbierać myśli i szybko obmyślić, jak rozegrać to mądrze. W końcu oni na nią liczyli. Cerim na nią liczył.
        - Czy to nie oczywiste? – zaczęła ochryple, po czym sama zganiła się w myślach za taki głos. Odchrząknęła. – Zgotujemy im burzę stulecia.

        Ciemne chmury nadawały się doskonale do rzucania zaklęć na określony teren z powietrza. Isara nakazała właśnie tam skupić całą energię swoim uczniom. Pokazywała im, jak łączyć moce. Zebrała wokół siebie dziewięciu najbardziej uzdolnionych w kontroli uczniów, po czym podała im instrukcje.
        - Oszczędzajcie moc. My tylko kierujemy. Rozumiemy się? Zero wzmocnień, bo jeszcze nasi ucierpią – oświadczyła. Isara była przyzwyczajona do solowego działania, ale nie obawiała się polegać na swoich podopiecznych. Wiedziała, czego ich nauczyła i do czego są zdolni. Mimo że nie nadawała się na lidera czy do walk zespołowych, pamiętała technikę z Jeziora Sitriny, którą raz pokazał jej zmiennokształtny mężczyzna. Teraz wystarczyło tylko odtworzyć to, co się wtedy stało. Z mniejszymi zniszczeniami.
        Błyskawica była ciężka do kontrolowania z racji na swoją chaotyczną naturę. Połowa uczniów miała proste zadanie – musieli wywołać burzę, łącząc zdolności magii ognia i powietrza. Zadaniem powołanej dziewiątki i Isary było łapanie piorunów i kierowanie ich tam, gdzie jest największe skupisko wroga. Druga połowa uczniów zajmowała się obroną oddziału piechoty oraz swoich towarzyszy, którzy rzucają zaklęcia. Dzięki temu każdy wiedział, co ma robić.
        Pioruny trafiały swój cel, przy okazji oświetlając pole bitwy. Gdy Isara, próbująca trafiać błyskawicą jak najdalej od towarzyszy, spostrzegła dzieła iluzji wroga, natychmiast zabrała ze sobą Toirę i obie skupiły się na rozwianiu zaklęć. Tworów niestety było tak dużo, że kobiety nie nadążały za każdym. Lisołaczka jednak była na tyle zdesperowana, że walczyła dalej. Kontrolowała grzmoty, przekazywała instrukcje i niwelowała iluzje. Nic więcej nie mogła zrobić, chociaż bardzo chciała.
Dopiero zaskoczony okrzyk Toiry wyrwał ją z transu. Zaskoczona Isara spojrzała w jej stronę. Nekromantka przedostała się na ich stronę, ukrywając swoją postać pod płaszczem magii pustki. Lisołaczka momentalnie unicestwiła pozostałości zaklęcia, jednak nie przewidziała, że oponent zdąży rzucić inny czar. Niebiesko-zielony ogień ruszył w stronę Toiry. Kilka sekund i podopieczna stanęłaby w płomieniach, jednakże lisołaczka obiecała sobie coś przed rozpoczęciem walki.
Nie pozwoli nikomu umrzeć.
        Zaskoczenie odmalowane na twarzy nekromantki zdawało się przyjemną nagrodą za całe poparzenia, jakie Isara przyjęła na siebie. Zdążyła jednak większość płomieni rozproszyć na tyle, że nie ucierpiała za bardzo. Wściekłość, która towarzyszyła białowłosej, była nie do opisania.
        - Tobie zezwalam zginąć – zawarczała kobieta, posyłając wrogowi kolejny z nadchodzących piorunów. Nekromantka odleciała kilkanaście metrów dalej. Isara nie mogła potwierdzić, czy nie zatrzymała ataku.
Skupiając się jednak na tym, nie zauważyła, że zawiedli. Rytuał dobiegł końca.

        Aura przerażenia nigdy nie była tak gęsta jak teraz. Ciemna mgła niemal całkowicie ograniczyła widoczność. Jedynymi przebłyskami światła była trwająca i kontrolowana przez magów burza. Jednakże ona tylko dodawała grozy do widoku, jaki pojawiał się przed wszystkimi. Ogromna bestia, która sięgała do nieba. Z jej otwartej gęby wręcz wypływał paskudny odór zgnilizny. Niewidzące czerwone oczy wpatrywały się przed siebie w pustkę, chociaż wydawało się, jakby każdy był obserwowany przez potwora. Wyrastające z głowy macki zdawały się przerażające, lecz nic nie mogło przebić ogromnej ilości małych rąk i nóżek, które wyrastały z tułowia bestii. Gdzieniegdzie można było nawet dostrzec skrzywione twarze, wołające o pomoc z wnętrza olbrzyma.
        Ofiary.
        Cały świat jakby stanął w miejscu. Nekromanci wpatrywali się z zachwytem w swoje dzieło, strażnicy – z przerażeniem. Isara długo nie mogła się ruszyć, jednak nie przypuszczała, że to ona pierwsza zada cios.
Piorun zdawał się przebłyskiem, znakiem, na który wszyscy czekali. Mimo że rzucony przez jednostkę, jaką jest lisołaczka, nie zadał potworowi żadnych obrażeń, zwrócił uwagę dziwnego stwora na zmiennokształtną. Spojrzała na uczniów, którzy wpatrywali się w nią osłupieni.
        - To jeszcze nie koniec! – krzyknęła. Chciała, żeby usłyszał ją oddział magiczny, jednak przypuszczała, że przerwała panującą ciszę również na dalszym polu bitwy. Spojrzała zdeterminowana na bestię, lecz chwilę później jej oczy odnalazły Cerima. Spoglądała na niego z nadzieją, że wesprze ją. Nie mogli się teraz wycofać. Lisołaczka z nadzieją oczekiwała nowych rozkazów, stojąc w pozycji gotowej do kolejnego ataku.
        Choćby miała walczyć sama, nie pozwoli nikomu zginąć. Tak jak obiecała.
Awatar użytkownika
Cerim
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Żołnierz
Kontakt:

Post autor: Cerim »

         Sporą przesadą byłoby stwierdzenie, iż Cerim Carlson nie odczuwał strachu. Nie bał się stanąć do walki, bynajmniej. Nie bał się bólu czy ran - i wcale nie tylko dlatego, że jego ciało znacznie lepiej znosiło wszelkie obrażenia, niż ciało zwykłego człowieka. Nie bał się konsekwencji, które mogły go później dotknąć. Martwił się jednak o swoich ludzi. Nie wiedział, czego mogli się spodziewać w starciu z nekromantami i nie był pewny czy oddział magów - notabene wciąż świeżych w świecie wojskowości - będzie w stanie stawić mu czoła; a nawet jeśli - czy koszt tego nie okaże się zbyt wielki? Pułkownik nie chciał dopuścić do tego, by zginął którykolwiek z jego podwładnych, ale co jeśli to, z czym przyjdzie im walczyć, nie da im żadnego wyboru? Dowódca nie mógł przedkładać życia jednego żołnierza nad los mieszkańców całego kraju, niezależnie od tego, jak wielką ranę na duszy odniosą wszyscy pozostali przy życiu. No i Isara… Została wplątana w to wszystko przez okrutne zrządzenie losu; czy mężczyzna będzie mógł ją chronić, tak jak obiecał jej to już dwukrotnie?
         Z tymi wszystkimi obawami zmagał się umysł Cerima, gdy galopując przez las, zbliżali się do miejsca nieubłaganej potyczki. “Wypełnić misję przy jak najmniejszych stratach” - tej myśli postanowił się trzymać. Nie był naiwny. Chociaż miał nadzieję, że wyjdą z tego bez większego szwanku, zdawał sobie sprawę z zagrożenia; wkraczając na pole bitwy, żołnierze muszą liczyć się z tym, iż nie każdemu z nich może być dane opuścić je w dobrym zdrowiu.
         Jego podwładni także o tym wiedzieli, mimo to na ich twarzach malowała się determinacja. Połączona z lękiem, owszem, ale nieugięta. Na krótką chwilę kąciki ust pułkownika uniosły się. Czuł dumę ze swoich ludzi, a po sposobie, w jaki trzymali się razem widział, że jego nauki w kwestiach polegania na sobie nawzajem nie poszły na marne. Zaraz jednak na powrót spoważniał. Droga na bitwę to nie najlepszy moment na szczerzenie zębów.
         Gdy dotarli na polanę, sytuacja przedstawiała się znacznie gorzej niż Carlson przypuszczał. Padło już kilka ofiar ze strony cywili, a rytualne inkantacje zostały rozpoczęte. Nie było ani chwili do stracenia. Wydawszy szybkie rozkazy, pułkownik, wraz z wojownikami ze swojego poprzedniego oddziału, natychmiast rzucił się na wroga. Nie miał on aż tak wielkiej przewagi liczebnej, choć walka z nekromantami zapowiadała się na najcięższy sprawdzian w życiu młodego oficera. Do tej pory miał on okazję brać udział w wielu potyczkach, ale największymi z nich były zazwyczaj starcia z ulicznymi gangami rzezimieszków. Czasem trafiła się jakaś groźniejsza bestia, która jednak pozostawała tylko bestią, nieposiadającą umysłu mogącego równać się z ludzkim. Nigdy jednak Cerim nie doświadczył prawdziwej wojny, w której dwa wrogie fronty zarzynały się nawzajem w walce o stawkę większą niż wpływy w danej dzielnicy miasta. Był wprawdzie szkolony, by sprawdzić się właśnie w sytuacjach takich jak ta, lecz skonfrontowany z rzeczywistością nie był pewien, czy przygotowanie to okaże się wystarczające.
         Nie mógł jednak zawieść. Jego porażka oznaczałaby zgubę kilkudziesięciu osób, za które był osobiście odpowiedzialny. Było to ogromne brzemię, ale wbrew mylącemu wyglądowi kogoś, kto dopiero wyszedł z wieku nastoletniego, Cerim był dojrzałym mężczyzną i przywódcą z niemałym już doświadczeniem. Wiedział, czego potrzebowali jego podwładni i wiedział też, że musi być filarem ich jedności.
         Dlatego dając swoją postawą przykład zapału i waleczności, ciął kataną na prawo i lewo, posyłając na ziemię nekromantę za nekromantą. Rozbijające iluzje zaklęcia rzucane przez magów były niezwykle pomocne, lecz nawet mimo tego liczba przeciwników zdawała się nie mieć końca. Gdy tylko jeden padł, przeszyty ostrzem, na jego miejsce zaraz pojawiał się kolejny, w nieustannej fali czarnej mgły, rozjaśnianej co chwilę przez magicznie wykreowane błyskawice. Słowa mrocznej inkantacji mieszały się w głowie Cerima z bojowymi okrzykami, jękami bólu i hukiem piorunów, choć sam mężczyzna zachowywał niemal nienaturalny spokój. Działał błyskawicznie, acz metodycznie; unik, cięcie, obrót, szybkie spojrzenie, krok do przodu, unik, cięcie… Niezachwianie pewny każdego ze swych ruchów, wyglądał jakby tańczył na polu bitwy. Oddział żołnierzy, widząc zaangażowanie dowódcy, dzielnie za nim podążał, dając z siebie wszystko.
         Lecz i to nie wystarczyło.
         Nawet niespecjalnie wrażliwy na magiczne rezonacje Carlson od razu wyczuł zmianę w otoczeniu i w lot pojął, że oto ponieśli klęskę. Fala grozy zalała jego ciało i umysł, i tylko wyuczone przez lata opanowanie pozwoliło pułkownikowi zachować zimną krew. Tu i ówdzie wokół słyszał głuche odgłosy upadających na ziemię mieczy wojowników, których siła woli nie zdołała przeciwstawić się nagłemu przerażeniu. Nie winił ich za to. Już i tak było za późno, by cokolwiek zrobić. Nawet nekromanci, świadomi swego triumfu, odstąpili na chwilę od ofensywy, by podziwiać dzieło ukończonego rytuału. Pułkownik także wstrzymał katanę na kilka sekund i spojrzał na rozciągającą się przed nim abominację. Ogromny potwór zdawał się sięgać chmur, w jego korpusie coś zdawało się żyć, a wijące się macki na głowie upodobniały go do eugony, jednak w przeciwieństwie do nierzadko pięknych kobiet tej rasy, monstrum bynajmniej nie miało w sobie nic z ich atrakcyjności; wyglądało jak istota z najgorszych koszmarów - i tym właśnie było. Śmierdziało trupem. Wypełniło pole widzenia zgniłymi barwami, zaś wydzielana przez niego aura była tak ciężka, że ramiona garbiły się, a kolana uginały.
         - Oto jest! - zawołał jeden z nekromantów, a piorun, który uderzył niemal równocześnie, nadał dramatyzmu jego słowom. - Wielkie Gunwo! Chwała mu! - Dorzucił kilka słów w czarnej mowie, które Cerim zrozumiał tylko szczątkowo; było to prastare rytualne powitanie. - Składamy ci w ofierze życie ekradońskiego ludu jako dowód naszego oddania! Przyjmij go i udziel nam swej łaski, o Wszechmroczny!
         Pułkownik zmarnował chwilę. Kolejnych kilka sekund, poświęconych na oglądanie rozgrywającej się przed nim strasznej sceny. Monstrum poruszyło się, wzbudzając podmuch lodowatego powietrza i poruszyło mackami, wysuwając je w stronę najbliższych znajdujących się istot. Macki owinęły się wokół leżących na polanie zwłok, przyciągając je do ziejącej czeluścią paszczy potwora, by pochłonąć je w całości. Nekromanci wydali z siebie pomruki zachwytu… które szybko przeszły w zduszone okrzyki przerażenia i bólu, gdy macki w następnej kolejności zacisnęły się na ich ciałach. Cerim, nie bez pewnej satysfakcji, obserwował, jak ich twarze wykrzywiają się w grymasie rozpaczy po uświadomieniu sobie potwornego błędu, jaki popełnili. Ich bóstwo, Wielkie Gunwo, najwyraźniej nie dbało o to, kto je czci; zamierzało wchłonąć wszystko, co znalazło się w jego zasięgu i nie przyszło mu do głowy okazać wdzięczność tym, którzy go przyzwali.
         “Nieszczęśni głupcy”, przemknęło pułkownikowi przez myśl. Ale na tym skończyło się jego współczucie dla nekromantów. Przywołali monstrum, z którym teraz będą musieli się uporać. Cerim nie zamierzał czekać, aż sięgnie ono po jego podwładnych i pozbawi ich życia.
         - Żołnierze! Magowie! - zawołał, usiłując przekrzyczeć dźwięki otoczenia. - Skoncentrować atak na potworze! Nie można dopuścić, by zbliżył się do miasta!
         Odszukał wzrokiem Isarę, by upewnić się, że zrozumiała polecenie i dopilnuje, by jej pododdział je wypełnił. Najbardziej efektywni w tej walce byli jako wsparcie dystansowe, poza tym Cerim nie chciał, by narażali się na niebezpieczeństwo bardziej, niż to było konieczne. Zwłaszcza lisołaczka. Piechota Carlsona była już wyszkolonym oddziałem, którzy dobrowolnie zdecydowali się poświęcić życie służbie krajowi. Ale wśród magów znajdowały się osoby niekoniecznie będące gotowe na taką ofiarę - na czele ze zmiennokształtną, która przecież wciąż znajdowała się tutaj wbrew własnej woli. Gdyby coś jej się przy tym stało… Cerim nie mógł dopuścić do siebie takiej myśli. Gdyby coś jej się stało, wziąłby całą winę na siebie. Jako oficer, stróż prawa i jako mężczyzna. Jednocześnie nie mógł zapominać o tym, że Isara notabene była żołnierzem, tak jak i wszyscy. Dowódca nie mógł patrzeć tylko na nią i przedkładać jej dobro ponad dobro całego oddziału; gdyby tak było, w ogóle nie wziąłby jej do tej bitwy. Miał nadzieję, że będzie umiała o siebie zadbać, tak jak zrobiła to pamiętnego ranka w ogrodzie tamtej rodziny…
         Odwrócił się w stronę potwora, uniósł katanę, dając sygnał podwładnym i rzucił się do ataku. Walka rozgorzała od nowa, aż nie wiadomo było kto z kim walczył; mimo wspólnego wroga, nekromanci i wojsko nadal usiłowali wytłuc się nawzajem. Na polanie zapanował chaos i pułkownik, usiłując nie dać się wciągnąć w jego wir, biegł w kierunku monstrum. Z bliska robiło jeszcze bardziej przerażające wrażenie; owo żyjące coś, co z daleka wyglądało jak poruszające się narośle, z bliska okazało się być… ludzkimi ciałami. Plątaniną kończyn i głów o twarzach ściągniętych grymasem cierpienia i strachu oraz ust, z których wydobywały się potępieńcze jęki i bełkotliwe wołanie o litość. Dreszcz obrzydzenia przebiegł przez plecy Cerima, a włoski na jego ciele stanęły dęba. Czy to byli ludzie, których ta bestia… wchłonęła? Czy oni żyli? Czy można ich było uratować? A może lepiej ukrócić ich cierpienie… Czy oni w ogóle odczuwają cokolwiek, czy przeraźliwie realistyczne emocje w ich głosach są tylko iluzją stworzoną przez monstrum?
         Nie, Cerim nie mógł się wahać. Jako człowiek (poniekąd), czuł litość. Jako oficer nie mógł sobie pozwolić na sentymenty. Bestia jest zagrożeniem dla ludu. Trzeba ją wyeliminować. Kropka. Nieważne jakim kosztem dla jego własnego sumienia.
         “Wybaczcie” - szepnął w myślach pułkownik, unosząc czubek katany by w rozpędzie wbić ją w bok potwora, kiedy…
         - Cerim…!
         Na dźwięk swego imienia zatrzymał się gwałtownie - i na ułamek sekundy stanęło także jego serce. Tego głosu nie słyszał już od bardzo dawna; teraz w jego umyśle odżyły wszystkie wspomnienia młodzieńczych lat i obraz osoby, którą kochał, a która odeszła zbyt szybko, by mógł się z tym pogodzić. Mężczyzna opuścił gardę; starał się trzymać broń przed sobą, ale jego ręce zaczęły się trząść, tak że trudno mu było nie upuścić katany. Rozszerzonymi oczami wypatrywał twarzy dziewczyny, której głos wołał do niego z zaświatów.
         I znalazł ją. Ale w niczym nie przypominała siostry, jaką pamiętał. Pamiętał ją cichą; smutną, ale spokojną. Teraz zaś znajoma twarz wyglądała obco, zdjęta lękiem, cierpieniem i grozą.
         - Cerim… Braciszku… Pomóż…
         Każde z tych słów wbiło się w duszę mężczyzny jak nóż. Carlson zapomniał o polu bitwy, zapomniał o piekle, jakie rozgrywało się wokół; znacznie bardziej bolesne rozgorzało w jego sercu. Upuścił katanę i upadł na kolana, nie mogąc utrzymać ciężaru swego ciała i uczuć. Drugi raz miał przed sobą siostrę - i drugi raz nie potrafił jej uratować. Czy w ogóle mógł? Czy to możliwe, że ona… żyła? Przez ten cały czas? Może gdyby wiedział jak, może mógłby… Może… A co jeśli Mere… Jeśli ona też…
         Nie zdołał dokończyć tej myśli. Poczuł przeszywający ból nad mostkiem. Podczas gdy Cerim zatracił się w swojej rozpaczy, jeden z nekromantów wykorzystał okazję, by zajść pułkownika od tyłu i przebić sztyletem jego tchawicę. Ciemna, półdemoniczna krew zaczęła wsiąkać w koszulę przy jego szyi, plamiąc czarny płaszcz. Carlson zamrugał oczami, oblicze siostry zniknęło wśród innych strasznych twarzy.
         - Miriam… - wyjąkał niewyraźnie, powodując silniejszy rozprysk krwi z dziury przy gardle. Sięgnął tam ręką, próbując zakryć ranę, ale nie był w stanie trzeźwo myśleć. Zwłaszcza gdy po chwili mgła zgęstniała jeszcze bardziej, by wedrzeć się do wszystkich zakamarków świadomości mężczyzny. Odgłosy walki zlały się w jednostajny, niepokojący szum, by za chwilę ucichnąć. Cerim poczuł się, jakby został wessany do czarnej dziury; jego ciało lewitowało gdzieś poza czasem i przestrzenią.
         “Czy tak wygląda śmierć?”, zastanawiał się przelotnie, zamknąwszy oczy.
         Lecz już kilka sekund później nadal czuł się żywy, a ból promieniujący od szyi dotkliwie go w tym utwierdzał. Pułkownik leżał na wznak w absolutnej ciszy, otoczony ciemnością; w tej ciemności jednak nie czaiła się groźba, jaka towarzyszyła mrocznym rytuałom nekromantów. Ci zniknęli. Podobnie jak wielka bestia…. I ludzie Carlsona. Czy wszyscy zginęli? Czy ich wszystkich zawiódł?
         - Damon…! - wycharczał, z wielkim trudem wydobywając z rannej krtani niezrozumiałe dźwięki.
         Spróbował się podnieść, ale przeszył go ból tak silny, że kompletnie pozbawił go zmysłów. Nie widział nic. Nie słyszał nikogo. Nie wiedział, co stało się z jego oddziałem. Dręczony poczuciem niespełnionego obowiązku, chciał przetoczyć się na brzuch, by móc czołgać się w ściółce, szukając ocalałych. Lecz nawet na to zabrakło mu sił.
         - Isara…
         Miał nadzieję, że przeżyła i jest bezpieczna razem z pozostałymi. I że kiedy on wykrwawi się gdzieś na odludziu, lisołaczka zdoła ostrzec wojsko i zapewnić bezpieczeństwo Ekradończykom. Inaczej Cerim osobiście będzie winny śmierci setek niewinnych istnień. Nie chciał umierać z takim brzemieniem. Mimo to, nie potrafił walczyć z niemocą, która powoli ogarniała całe jego ciało. Ręce i nogi były jakby obce, klatka piersiowa nie chciała się unosić i tylko krew wciąż wypływała z paskudnej rany, która, pomimo ponadprzeciętnych zdolności regeneracyjnych mężczyzny, nie chciała się zabliźnić. Jego myśli stawały się coraz cięższe, umykając świadomości Cerima.
         Pozwolił opaść zmęczonym powiekom, szykując się na spotkanie z kobietami, które dawno utracił.
Awatar użytkownika
Isara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje: Wędrowiec , Mag
Kontakt:

Post autor: Isara »

        Cały świat zdawał się utracić wszystkie barwy. Odcień zachodzącego słońca kojarzył się teraz z krwią i ludzkimi organami, które odnajdywały drogę ucieczki z ciał zamordowanych wrogów, straconych przyjaciół. Zieleń traw całkowicie pochłonął odór śmierci i przyprawił o niezwykle zgniły kolor. Niebo zdawało się wypuszczać całą szarość, jaką kiedykolwiek pochłonęło w pochmurne dni. Blask błyskawic zbladł, próbując nadać scenerii nieco światła, może nawet nadziei.
Jednak cała nadzieja zniknęła w momencie, w którym Isara przestała dostrzegać Cerima na polu bitwy. W umyśle lisołaczki ciągle odbijały się jego rozkazy, doprawione tonem, który mówił, że nikomu nie wolno zginąć. Nikomu. “Tobie również, pułkowniku”, pomyślała z determinacją kobieta. Obiecała sobie, że nikt tej nocy nie umrze i ona osobiście tego dopilnuje.
        - Isaro! - Lisołaczka zauważyła swoją podopieczną dopiero w chwili, w której ta prawdopodobnie po raz któryś próbowała zwrócić jej uwagę. Białowłosa natychmiast zwróciła się w jej stronę, upewniając się, że pozostali magowie mogą sobie poradzić z kontrolowaniem burzy.
        - Co się dzieje, Toira? - zapytała Isara, jednak szybko skarciła się za jakiekolwiek późniejsze westchnienie. Odór zgnilizny był tak silny, że niemal paraliżował wszystkie zmysły zmiennokształtnej.
        - Ja… Ja chyba wiem… Wiem, co można zrobić z tym monstrum.

        Nie minęło sporo czasu, jak plan był już gotowy. Niestety, nie było wystarczająco czasu na przekazanie go wszystkim magom - zatem Isara, Toira oraz jej siostra musiały działać same. Na dodatek miały zaledwie jeden procent szans na powodzenie, ponieważ sięgały po magię, z którą miały do czynienia tylko w bibliotece - czytając o niej w odpowiednich książkach.
        - Chronić oddział! - wykrzyczała lisołaczka, wydając jedne z ostatnich rozkazów w tej bitwie swoim podopiecznym. - Skupić wszystkie błyskawice na monstrum! Zwłaszcza na jego mackach!

        Błyski tylko utwierdziły Isarę w przekonaniu, że cały oddział wysłuchał jej rozkazów. Nie była przyzwyczajona do wydawania takowych, co również odbijało się w tej chwili; razem z Toirą musiały ruszyć na pole bitwy. Zmiennokształtna nigdy nie była stworzona do walki zespołowej, nawet w takiej sytuacji lepiej się czuła, działając indywidualnie. Wiedziała, że plan może się nie powieść i że wszystko może się skończyć w oka mgnieniu; jej nadzieje, jej życie, dwór…
Lisołaczka zmaterializowała kosę. Musiała chronić Toirę, kiedy ta podbiegała do kolejnych ledwo żyjących nekromantów. Młodej wojowniczce pomagała również jej siostra, Ymir. Do zadań zmiennokształtnej należało tylko proste, precyzyjne przecinanie ciał nekromantów - płytkie, jak nakazała Toira. Musieli jeszcze żyć. W tym samym czasie Wielkie Gunwo pożerało nie tylko żywe istoty - chociaż to ich wyłapywało w pierwszej kolejności - ale również zwłoki. Kiedy nie mógł pożreć nic przez dłuższy czas (magowie spisywali się świetnie odcinając mu macki, którymi oplatał nieszczęśników), przerzucał się na łatwo dostępne pożywienie. Isara myślała, że póki bestia morduje, będzie żyć, lecz teraz całą teorię szlag trafił; on po prostu jadł. Potrzebował mięsa, aby móc utrzymać tę niewyobrażalnie przerażającą formę.
        - Gotowe! - krzyknęła Ymir. Isara momentalnie zrozumiała znak i zaczęła biec w kierunku monstrum jak dzika. Musiała unikać piorunów, musiała znaleźć się tam jak najszybciej - inaczej będzie po nich. Lisołaczka w jednej chwili wystrzeliła w górę, napędzana myślą o możliwej wygranej.
Aż jedna z macek nie chwyciła jej za kostkę.
        W tej sekundzie Isara poczuła się naprawdę bezbronna, o przerażeniu nawet nie wspominając. O ile całe swoje życie kobieta uchodziła za niesamowicie bladolicą, tak teraz musiała wyglądać jak śmierć, która malowała wyraz jej twarzy. Odór zgnilizny jeszcze nigdy nie był tak mocny; zdawało się wręcz, że cały opanował ciało lisicy. Wzrok kobiety mimowolnie uciekł od wijących się rąk i nóg, które wystawały z tułowia bestii i próbowały jej dosięgnąć, gdy jej bezwładne ciało było wznoszone do paszczy potwora. Była jednocześnie na czas, jednocześnie za wcześnie. Gdy ponownie odwróciła wzrok od potwora, dostrzegła coś, czego wolałaby nigdy w życiu nie ujrzeć.
        Oczy były bezwiedne, puste. Patrzyły w nicość. Ciało bezwładne, dłonie jakby szukające pomocy, która nie nadeszła. Odcień zachodu słońca w okolicach szyi. Ten kolor nigdy nie wydawał się taki smutny jak w tej chwili. Isara pragnęła wymazać z pamięci taki widok pułkownika, ale w tym momencie to było jedyne, o czym potrafiła myśleć.
        - Ce… - wychrypiała. Szarość stała się jeszcze bardziej szara, zieleń bardziej zgniła, a czerwień obok Cerima zdawała się jedynym kolorem, jaki można było wyłapać w całej scenerii. Isara chciała krzyczeć, ale nie mogła. Chciała płakać, ale nie była w stanie. Wznoszona do paszczy Wielkiego Gunwa czuła się tylko bardziej bezwładna.
        Z tego letargu wyrwał ją plan, który ustaliła razem z Toirą. Najlepszy mag umysłu w oddziale Isary, Ymir, musiał tylko znaleźć odpowiedniego nekromantę, który zna sposób zatrzymania Wielkiego Gunwa, a później przekazać odpowiednie zaklęcie lisołaczce. Z racji, że była to dziedzina śmierci, istniała duża szansa, że się nie powiedzie, ale warto było spróbować. W jednej chwili w umyśle Isary pojawiło się to, co trzeba zrobić. Kiedy potwór już wypuścił ją z objęć, aby wpadła do jego paszczy, kobieta momentalnie wbiła kosę w jedno z jego czerwonych ślepi. Następnie wyszeptała coś, czego sama nie była w stanie usłyszeć. Isara nie była pewna, czy to przez odgłosy bitwy, trwającą burzę czy narastający w jej sercu żal. Wszystko zdawało się pójść po jej myśli, gdyby nie drobny szczegół. Bestia znieruchomiała. Jedna z jej macek urosła. Następnie oko. Później jedna z twarzy. I wtedy już wszyscy zrozumieli, że monstrum szykuje się do swojej spektakularnej śmierci - ale zamierza zabrać ich wszystkich ogromnym wybuchem.
        Isara razem z jedną z błyskawic znalazła się z powrotem na ziemi. Bolało ją kolano, bolała ją głowa, a dudnienie, które wydawało się odliczać ich czas, było nie do zniesienia. Gdy tylko kobieta znalazła równowagę, rozejrzała się po polu bitwy i zrozumiała, że nekromanci zniknęli, a pozostali żołnierze spoglądają z przerażeniem na potwora. Ona sama myślała, jak się zdawało, za długo.
        - Uciekać - oznajmiła, lecz dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że nikt jej nie słyszał. - Uciekać! Uciekać! Odwrót, już! - wypowiadała te słowa coraz głośniej, samej zaś kierując się w stronę masakry, którą dostrzegła wcześniej. Jej obolałe nogi same prowadziły ją w miejsce, gdzie leżał Cerim. Damon dotarł tam sekundę wcześniej i spróbował podnieść pułkownika, natomiast Isara, gdy tylko dobiegła, zarzuciła sobie ramię mężczyzny na szyję i razem z żołnierzem zaczęli uciekać. Oddział magów miał to bardzo ułatwione, z racji na to, że od samego początku utrzymywali dystans. Isara nawet nie wiedziała, kiedy nastąpił wybuch, lecz ten moment zdawał się trwać całą wieczność.
Obiecała sobie jedno: nie puści Carlsona.

***

        To, że obiła się o drzewo, to jedno. Dźwięk, który rozległ się w jej głowie, był nie do zniesienia. Isara oparła się o ziemię, drugą ręką zaś mocniej objęła ramię pułkownika. Dopiero gdy upewniła się, że nic mu nie jest - poniekąd - uklękła. Usta lisołaczki poruszały się i wypowiadały pewne słowa, których sama nie była w stanie usłyszeć. Pisk w jej głowie był okropny. Isara próbowała zakryć uszy, żeby żaden dźwięk już do niej nie doszedł, lecz poczuła wszechogarniający ból. Jej uszy krwawiły. Taki wybuch był niebezpieczny dla kogoś z tak rozwiniętym słuchem.
Isara nie myślała długo, co z nią. Rozejrzała się w poszukiwaniu… czegokolwiek.
        - ...erim - usłyszała nagle. To był jej własny głos. Nieznośny dźwięk zaczął powoli ustępować, pozwalając pozostałym odgłosom natury dotrzeć do niej. Następnie kobieta wyłapała jęki. Żołnierze!
Zaczęła działać tak szybko, jakby była maszyną. Gdy podbiegł do niej Javier, już wiedziała, że chociaż jednemu podopiecznemu nic się nie stało. Chociaż jednemu.
        - Gdzie reszta? - zapytała lisica, lecz widząc wahanie mężczyzny, dodała szybko: - Znajdź jak najwięcej ocalałych. Sprowadź ich jak najbliżej mnie.
Skoro mógł biec, mógł jej pomóc. Isara nie zwracała uwagi w tej chwili na żadne swoje rany - a mało ich nie było - ponieważ musiała zająć się Cerimem. I pozostałymi. Javier spisał się bardzo dobrze: poinformował lisicę, że wielu żołnierzy zdołało uciec od miejsca eksplozji i tylko nieliczni są ranni. Isara opuściła uszy, słysząc o stratach. A tym bardziej nie mogła znieść widoku Ymir, która łkała za swoją siostrą. Toira nie przeżyła akcji.
        Około pięć osób wymagało pomocy. Lisołaczka nie była medykiem - mogła jedynie załagodzić ich cierpienie znalezionymi ziołami, lecz w większości pokazywała Damonowi i Javierowi, jakich roślin mają szukać i jak ich użyć. Kobieta zaś wzięła na swoje barki ocalenie życia pułkownika.
        Kiedy tylko zobaczyła, że Cerim ledwo - ale jednak! - oddycha, momentalnie, jakby dostała zastrzyku adrenaliny, przystąpiła do działania. Pierwsze było najgorsze: musiała zasklepić rany. W tym niezbędna jej była pomoc Ymir. Podopieczna ułożyła jedną dłoń na skroni pułkownika, drugą na skroni Isary. Dzięki temu połowę bólu, jaki poczuje mężczyzna, mógł zostać przeniesiony i niemal zniwelowany. Cerim nie obudzi się w bólu, nie dozna żadnego szoku. Później, za pomocą magii ognia, lisica zasklepiła ranę. Znalazła odpowiednie zioła, strzępkami tkaniny ze swojej i tak już zniszczonej sukni zrobiła prowizoryczny opatrunek.
Najgorsze dopiero przed nią. Musiała poczekać.
        W trakcie trwania całej akcji ratunkowej przewinęły się liczne rozmowy, słowa, raporty, które kierowano właśnie do niej lub do Damona. Nie było śladu ani po potworze, ani po nekromantach. Zdawało się, że zwyciężyli i jednocześnie ponieśli klęskę. Ludzie, którzy wymagali pomocy medycznej, mają ogromne szanse przeżycia.
Lecz do Isary długo nie docierały żadne słowa. Rozumiała informacje, jakie jej przekazywano. Tylko tyle.

        Minęły długie godziny, zanim ktoś ponownie przyszedł do lisołaczki. Javier oraz Ymir spisali się naprawdę dobrze, pomagając w ogarnięciu całej sytuacji po wybuchu. Podopieczna białowłosej była w stanie określić, ile osób zmarło, jednak i to zostało w połowie zignorowane przez kobietę. Isara siedziała koło Cerima, wypatrując, czy oddycha.
        - Pułkownik jest w stanie krytycznym. Jak z resztą? - zapytała w końcu. Martwiła się o każdą powierzoną jej opiece osobę. Nie mogła spojrzeć w oczy Ymir, więc wbiła wzrok w Javiera.
        - Poza jednym z żołnierzy, wszyscy dadzą radę dotrzeć na dwór. Tam zajmą się nimi medycy - oznajmił mężczyzna spokojnie, jednak w jego głosie można było wyczuć pewnego rodzaju determinację. - Czy z pułkownikiem wszystko będzie w porządku…? - Cień niepewności wkradł się do głosu podopiecznego Isary. Kobieta zacisnęła wargi.
        - Trzeba poczekać, aż się obudzi - odparła. - Nie możemy go przenieść bez wozu. Nie wiem, jak wygląda faktyczny stan organów wewnętrznych.
        - Co powinniśmy zatem zrobić? - odezwała się Ymir. Lisołaczka spojrzała na nią. Nie sądziła, że dojdzie do tego momentu, kiedy to białowłosa będzie osobą decyzyjną. Dopiero w momencie, w którym podniosła głowę, zobaczyła również Damona, który zdawał się czekać na jej kolejne polecenia. To tym bardziej zabolało lisicę; nie była ich pułkownikiem. Nie była kimś, na kim można polegać. Przez jej lekkomyślny plan nastąpił wybuch. Mogli wszyscy zginąć.
        - Najbezpieczniej będzie zabrać wszystkich do zamku lub pobliskiej wsi, do miasta. Do cywilizacji. Tam zajmą się nimi ludzie. Ja zostanę i będę pilnować pułkownika, dopóki się nie obudzi. Jeśli nie wrócimy do dwóch dni, przyślecie pomoc. - Słowa, które wypowiadała, zdawały się ledwo opuszczać jej gardło. Javier uznał się odpowiedzialnym za przekazanie tych poleceń całej reszcie. Wszyscy bez słowa sprzeciwu przystali na ten plan i ci, którzy byli bardziej sprawni, pomagali słabszym. W ten sposób wszyscy zaczęli odchodzić. Gdy Isara myślała, że już jest sama, niespodziewanie usłyszała słowa Damona:
        - Czekam na was.

        Cisza narastała. Lisołaczka coraz bardziej nie mogła tego znieść. Długo po odejściu ocalałych siedziała skulona przy Cerimie, niemalże modląc się, żeby przeżył. W końcu niebo z szarego zrobiło się ciemnogranatowe, a ona odczuwała coraz większy chłód. Zmusiła się, żeby wstać i rozpalić ognisko. W lesie czuła się jak w domu. Wiedziała, że żadne leśne zwierzę nie odważy się zaatakować lisołaka. O ile wiedziało, że to lisołak.
        Isara ponownie usiadła obok Cerima i spojrzała na jego twarz; w jednej sekundzie naszły ją wspomnienia jego pustych oczu, jakby już był martwy. Kobieta potrząsnęła głową, nie mogąc znieść tych myśli. Ból, jaki poczuła w tym momencie, zawładnął całym jej ciałem. Dopiero po tym zrozumiała, że patrzyła się na mężczyznę zbyt długo. Westchnęła. “Musisz go ogrzać”, pomyślała nagle. “Wyziębi się w tym tempie”. Isara uklęknęła obok i kilka sekund później już zdawało się, że nikogo nie ma przy bezbronnym pułkowniku. Z szat Isary wyłonił się jednak śnieżnobiały lisek - nieco większy niż normalny przedstawiciel tegoż gatunku. Zwierzę chwyciło w pyszczek suknię (a raczej to, co z niej pozostało) lisołaczki i przykryło nią mężczyznę. Niestety, materiału nie wystarczyło, dlatego też Isara ułożyła się blisko Cerima - łbem leżąc mu na przedramieniu, ogonem zaś przykryła jego tułów. Starała się cały ten czas czuwać i nie pozwolić sobie na sen mimo ogromnego zmęczenia.
        ”Nie wolno ci umrzeć”, przeszło jej przez myśl. ”To rozkaz”.
Awatar użytkownika
Cerim
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Żołnierz
Kontakt:

Post autor: Cerim »

         Ciemność.
         Stopniowo zawładnęła całym światem pułkownika. Nie widział biegających w popłochu ludzi ani później gorączkowo krzątających się po placu bitwy podwładnych. Nie słyszał huku, krzyków i nawoływań. Ani swojego imienia z ust dwojga najbliższych osób. Nie czuł tego, jak Damon z Isarą przenieśli go w bezpieczne miejsce. Nie czuł zimna ani nawet bólu. Istniał tylko mrok, gęsty i niczym nieprzenikniony. Stał się wszystkim: wizją, dźwiękiem, dotykiem i smakiem. Oddzielał Cerima od świata żywych niczym kokon pajęczej sieci, sam pająk zaś z wolna tkał coraz to nowe warstwy wokół ciała mężczyzny. Nie śpieszył się. W końcu miał cały czas na świecie.
         Zdawało się, że mijała cała wieczność… A może to były zaledwie ułamki sekund? Cerim nie wiedział. Zresztą, to było bez znaczenia. Tutaj, w otchłani nicości, wszystko było bez znaczenia.
         A jednak… coś w tej nicości zaczęło się zmieniać. Z początku była to subtelna zmiana, niemal niewyczuwalna dla świadomości człowieka. Pierwszy zauważył ją pająk, poczuwszy delikatne jak babie lato wibracje. Jego szczękoczułki poruszyły się niepewnie, przerwał oplatanie sieci wokół swej ofiary. Spojrzał na nią czterema parami oczu, przestąpił z nogi na nogę i niechętnie zszedł z kokonu, by po chwili rozpłynąć się w niezmierzonej czerni.
         To jeszcze nie był jego czas.
         Wibracje tymczasem przybrały na sile, tak że sam Cerim mógł je już odczuć. A raczej usłyszeć. Cichuteńki, miękki szept, dochodzący gdzieś z granicy bytu i niebytu. Powoli przybierał na sile i przenikał zmysły pułkownika jak pierwsze promienie słońca po długiej zimie. Tak ciepły... Tak przyjemny…
         Mężczyzna szarpnął się gwałtownie.
         “Odejdź ode mnie!, zawołał bezgłośnie. Zasłużyłem na ten los. Zawiodłem ich wszystkich.
         I nie miał na myśli tylko swoich żołnierzy.
         - Nie czuję się zawiedziona - odpowiedział mu pogodny ton.
         Ten głos…!
         Cerim powoli odwrócił głowę.
         - Kopę lat, braciszku. - Białowłosa dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
         Odziana w zwiewną sukienkę, siedziała na huśtawce w ogrodzie. Cerim rozpoznawał ten ogród. To była jego maleńka posiadłość w Szepczącym Lesie; domek, w którym spędzili z Miriam najszczęśliwsze lata dzieciństwa. Niemal bajkowe miejsce, w którym Cerim nie odważył się pojawić od śmierci żony, ze względu na zbyt wiele pięknych wspomnień, które teraz sprawiały ból. Wyglądało dokładnie tak, jak je zapamiętał. W samym sercu malowniczego zagajnika, nieopodal strumienia, otoczona zarośniętym ogrodem, w którym niezliczone gatunki ozdobnych roślin dbały same o siebie, stała drewniana chatka z werandą. Pułkownik dałby sobie głowę uciąć, że gdyby wszedł do środka, zobaczyłby te same zasłonki w kwiatki, ten sam kominek, nad którym wisiał portret ich matki.
         - Lubię tu wracać myślami - odezwała się Miriam. Jej twarz przybrał wyraz nostalgii. - Wyobrażam sobie, jak siedzimy razem na sofie i pijemy herbatę, a w kominku wesoło trzaska ogień. Żadnego mroku. Żadnych koszmarów…
         Wydawała się tak realna… Ale to przecież niemożliwe. Miriam zmarła prawie dwie dekady temu. Chyba że…
         - Czy ja nie żyję? - W głosie Cerima nie było strachu. Ani ciekawości. Jedynie żal.
         - Jesteś bardzo bliski tego stanu - przyznała jego siostra. - To dlatego mam szansę nawiązać z tobą kontakt. Cieszę się, że mogę cię zobaczyć, ale wolałabym, żebyś nie zapuszczał się na granicę śmierci. Mam nadzieję, że twoi przyjaciele sprowadzą cię z powrotem do siebie, ale zanim to nastąpi, możemy wykorzystać ten czas na rozmowę. Bardzo mi tego brakowało, braciszku.
         - Czy tam na dole… Monstrum… Twoja twarz…
         Miriam machnęła ręką.
         - Nie mam pojęcia, co to za paskudztwo, ale na pewno nie było to mną. Ja, jak możesz zauważyć, jestem tutaj i mam się całkiem nieźle.
         - … A mama? Mere? Co z nimi? Mam tak… tak wiele pytań.
         - Chciałabym móc na nie odpowiedzieć. - Dziewczyna spochmurniała, blask w jej jasnobłękitnych oczach przygasł. - Widzę jak cierpisz, szukając prawdy, ale ja nie znam jej. Wybacz mi.
         - Jak…
         - Kiedy umierałam, moja dusza się rozpadła. Nasza mama i twoja żona są zapewne po drugiej stronie. Ale ja nie mam tam wstępu - Miriam uśmiechnęła się smutno. - Błąkam się tutaj, między światem żywych i światem zmarłych, nie należąc ani do jednego, ani do drugiego i nie mogąc wejść do żadnego z nich… Nie jest to takie złe - dodała szybko, widząc łzy, wzbierające w oczach Cerima. - Spotykam wielu niedobitków, takich jak ty, i ucinam sobie z nimi pogawędki. Wchodzę do ich przedśmiertnych urojeń. To całkiem ciekawe. Nie nudzę się. I nie cierpię. A może kiedyś spotkam kogoś takiego jak ja i będziemy razem przemierzać to dziwne międzyświecie, kto wie…?
         - Zostanę z tobą - oświadczył Cerim stanowczo.
         Miriam pokręciła głową.
         - To nie zależy od ciebie.
         - Nie chcę już więcej… - mężczyzna urwał.
         - Czego?
         - Niczego. Nie mogłem uratować mamy. Nie potrafiłem pomóc tobie i nie było mnie przy tobie, gdy odeszłaś. Nie potrafiłem ocalić Mere. Ani Isary. Ani wszystkich pozostałych. Nie ma ze mnie żadnego pożytku na tamtym świecie, ale nie jestem gotowy, żeby w tym drugim stanąć naprzeciw wszystkich tych ludzi, którym pozwoliłem umrzeć. Nie jestem w stanie spojrzeć im w oczy. Nie chcę już dłużej walczyć. Chcę zostać tu z tobą, Miriam. Tak bardzo tęskniłem…
Podeszła do niego i przylgnęła do niego. Zamknął ją w objęciach, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pozwalając sobie na płacz przy drugiej osobie. Wyrwał się z jego piersi; głośny, przepełniony żalem, zupełnie nieelegancki szloch.
         - Tak bardzo cię przepraszam…
         Ujęła jego twarz w dłonie i obdarzyła go najcieplejszym ze swych uśmiechów.
         - Moje życie było niekończącym się pasmem cierpienia - powiedziała. - Ty sprawiłeś, że było ono znośne. Nigdy ci tego nie zapomnę. Dziękuję.
         Ostatnie słowo sprawiło, że coś w Cerimie pękło. Zatracił się w strumieniu łez i w cieple, jakie dawała mu obecność jego bliźniaczki. I w kołysance, której cicha melodia dobiegała z jej ust, a którą w dzieciństwie to on śpiewał jej, kiedy nie mogła zasnąć, dręczona koszmarami. Stali tak dość długo, aż dziewczyna odsunęła się nieco i otarła łzy z twarzy brata.
         - Myślę, że najlepiej dla ciebie będzie, jeśli wrócisz - powiedziała łagodnie. - Masz jeszcze tyle do zrobienia, pułkowniku. Miałeś znaleźć mordercę żony. I wychować swoich podwładnych na ludzi. I zaopiekować się Isarą… Jesteś najbardziej honorowym człowiekiem, jakiego znam. Wiem, że dotrzymasz swoich obietnic, choćbyś wrócił z wrót śmierci.
         Głos Miriam stopniowo stawał się coraz cichszy, a jej obecność w ramionach Cerima - coraz mniej namacalna.
         - Co się dzieje? Dlaczego znikasz?
         - To ty odchodzisz. Wygląda na to, że twoje ciało jeszcze sobie ciebie nie odpuściło.
         - Miriam…
         - Wszystko jest dobrze. Jeszcze się na pewno spotkamy co najmniej raz. Ale zrób coś dla mnie i nie wracaj tu zbyt szybko.
         - Miriam…
         - Nie smęć. Żyj dalej, tak, aby niczego nie żałować.
         - Kocham cię.
         - Też cię kocham, braciszku.

         Obraz leśnej chatki, wraz z wypełniającą go feerią barw, zmieszał się wszechciemnością w nieskończony chaos. Świadomość Cerima pokonała sekundy i wieki, nieokreślone odległości, aż wróciła tam, skąd przyszła.

         Ból.
         Był pierwszym, co przebiło się przez mgłę nieprzytomności. Silny ból w dolnej części szyi, promieniujący aż do piersi. Ale pierś ta poruszała się w rytmicznym oddechu. A serce biło, nieustannie pompując krew do zdrętwiałych kończyn, w których powoli wracało czucie.
         Cerim żył.
         Czuł to w tym właśnie bólu. W bliskości ziemi, rozciągającej się pod jego plecami. W zapachu lasu, połączonym z wonią dymu i metalicznym posmakiem krwi w ustach.
         W ciepłym ciężarze, uciskającym jego ramię.
         Chciał unieść głowę, by sprawdzić, czym był ów nieznany ciężar, lecz kiedy napiął mięśnie szyi, jego ciało przeszedł ból tak nagły i silny, iż niemal na powrót pozbawił pułkownika przytomności. Na ruszanie głową nie było więc szans. Nie zdołał zobaczyć, co leżało na jego ramieniu, mógł jednak posłużyć się innymi zmysłami. Powoli, jakby na nowo ucząc się swojego ciała, uniósł drugą rękę, by wspomóc się dotykiem. Natrafił na coś miękkiego. Przesunął po tym dłonią… Futro?
         Gdy Cerim zdał sobie sprawę, czego - a właściwie: kogo - dotyka, jego ręka zamarła w pół ruchu, a serce na moment zgubiło rytm. Otworzył szeroko oczy, widząc jedynie korony drzew i chylące się ku zmierzchowi niebo.
         Isara…
         Była przy nim. Ogrzewało jego ciało własnym, by nie wychłodził się zanadto po utracie krwi. Odkąd wrócił z wrót śmierci, jego półdemoniczne zdolności regeneracyjne zaczęły działać i Cerim w stosunkowo niedługim czasie sam dojdzie do siebie, ale Isara nie mogła tego wiedzieć. Próbowała go ratować, tak jak umiała. Tak samo jak on próbował uratować wszystkich innych. Nie zawsze z sukcesem, ale przecież najważniejsze było to, że się starał…
         “Dziękuję”.
         To jedno słowo wypowiedziane przez Miriam rozbrzmiewało w jego umyśle. To jedno słowo zmieniało wszystko. Było niczym krople deszczu na nieugaszony płomień wyrzutów sumienia, który od lat trawił duszę nieszczęśliwego mężczyzny. Jego działania nie były bezcelowe. Ktoś naprawdę doceniał jego nierówną walkę z przeciwnościami losu, którym nie był w stanie stawić czoła w pojedynkę. I choć ciężar cierpienia na jego sercu niewiele zelżał, Cerim zrozumiał, że dźwiganie go miało sens. Dopóki istniało coś, na czym mu zależało, dopóki miał cel, do którego dążył, pułkownik musiał żyć. I musiał być silny.
         Pomści żonę. Wychowa podwładnych na ludzi. I zaopiekuje się Isarą… która w tej chwili opiekowała się nim. Nie musiała tego robić. Ba, nie powinna tego robić. Zapewne więcej ludzi potrzebowało teraz jej pomocy. Być może ona sama potrzebowała czyjejś pomocy. A jednak została tu. Cerim poruszył dłonią, delikatnie gładząc jedwabiste futerko.
         - Dź…k…
         Chciał wyrazić wdzięczność. Ale rana na gardle nie pozwoliła mu wydobyć z siebie więcej niż zdławione spółgłoski. Westchnął przez nos, zamknął oczy i pozwolił sobie na chwilę spokoju. Zaraz wstanie, zorientuje się w sytuacji i pospieszy wypełniać swoje obowiązki. Ale jeszcze nie teraz.
         Jeszcze choć minutę wytchnienia.
Awatar użytkownika
Isara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje: Wędrowiec , Mag
Kontakt:

Post autor: Isara »

        Isara tkwiła świadomością połowicznie na jawie, połowicznie we śnie. Błądziła między jednym dniem a poprzednim, jeszcze poprzednim, następnym, obecnym, aż w końcu całkowicie pomyliła rzeczywistość ze snem. "Nie możesz zasnąć", powtarzała jej podświadomość - musisz pilnować Cerima. Czy z wszystko z nim w porządku? Sprawdź, krzyczał wewnętrzny głos kobiety, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa. Isara była obolała i wykończona, prawdopodobnie sama potrzebowała drobnej pomocy medycznej. Jednakże nie mogła zostawić pułkownika, będącego niemal na krańcu spotkania swojej zmarłej żony.
        Myśl, która nawiedziła głowę lisołaczki, skutecznie obudziła ją. Od tej pory Isara leżała na przedramieniu Cerima, patrząc w nicość. Zmiennokształtna przypomniała sobie wzrok mężczyzny, gdy dostrzegła go, upadającego przed wrogiem. On się poddał. Przez ułamek sekundy wyglądał tak, jakby spełnił się jego największy koszmar i jednocześnie najskrytsze marzenie. Jasnowłosa dopiero teraz zrozumiała, co mógł wtedy myśleć. Chciał ujrzeć ukochaną. Łza, która spłynęła po pyszczku Isary, utwierdziła ją w przekonaniu, że dokładnie tego pragnął pułkownik, a ona samolubnie odbierała mu tę możliwość. Zmiennokształtna zawdzięczała mu wiele, a pragnęła jeszcze więcej od niego dostać. Przymknęła oczy, starając się przepędzić okrutne myśli. Przyszło jej to zdecydowanie z ogromną łatwością, kiedy żołądek zaśpiewał serenadę do siedmiu najświętszych o najtreściwszy obiad w całej Alaranii. Dodatkowo lisołaczka miała dodatkowy bodziec w postaci głosu, który usłyszała sekundę po swoim zawstydzającym koncercie głodu. Cerim się budził! Prasmoku, będzie żyć! Gdyby tylko nie fakt, że Isara zdawała sobie sprawę, iż jej ogon ogrzewa tułów mężczyzny, machałaby nim jak szalona, zapewniając swojemu pułkownikowi przy okazji kilka plaskaczy. On żyje! To było najważniejsze do czasu, aż Isara nie poczuła dłoni Cerima, głaszczącej jej lisią formę. Wtedy wszystkie zmysły zmiennokształtnej skupiły się na jego ręce - wszystkimi nerwami kobieta próbowała zapamiętać to błogie uczucie.
        Była naprawdę samolubna, ale tak bardzo chciała, żeby nie przestawał. Isara jednak oprzytomniała, albowiem skoro Cerim odzyskał w połowie świadomość, musiała się nim odpowiednio zaopiekować. Podniosła się zatem, pozostawiając mu swoją suknię jako prowizoryczny koc (w końcu zbliżała się noc, a takowa może być zimna), a następnie pobiegła na łowy. W lesie czuła się swobodnie - to był jej teren, miejsce, w którym nigdy nie czuła się odtrącona ze względu na swój unikatowy wygląd. Nie odbiegła za daleko, lecz również nie mogła zostać zbyt blisko, ponieważ zwierzęta zapewne już wyczuły potencjalne zagrożenie w postaci człowieka na ich terenie. Isarze udało się upolować nie za wielkiego, ale też nie za małych rozmiarów królika. Cerim zapewne będzie głodny po bitwie, o posileniu się po stanie niemalże śmiertelnym już nie mówiąc. A i również lisołaczka nie chciała, aby słyszał jej wołanie o jedzenie, którego nijak nie mogła powstrzymać.

        Gdy wróciła do mężczyzny, upewniła się, że delikatnie drzemie. I dobrze, potrzebował teraz czasu na regenerację. Później będą mogli ruszyć do miasta i tam zapewne Cerim odzyska w pełni swoje zdrowie. Ciekawe, czy będzie w stanie mówić… zastanawiała się Isara. W końcu jego gardło było porządnie pokiereszowane.
        Zmiennokształtna ponownie upewniła się, że oczy Cerima są zamknięte i raczej nie znajdzie on powodu, aby przerwać sobie ten błogi sen, a następnie ponownie przybrała formę człowieka, pozostawiając swoje ubranie pułkownikowi jako koc. Lisica zarumieniła się delikatnie, lecz wiedziała, że aby móc się ubrać, musi jakoś ogrzać mężczyznę - a nie mogła wiecznie siedzieć w mało praktycznej lisiej formie. Z chrustu i gałęzi prędko rozpaliła ognisko, aby następnie przybrać zwierzęcą postać - za długo latać naga przeto nie mogła - i zabrała swoją suknię z powrotem. Ubranie założyła kawałek dalej, by mieć całkowitą pewność, że pułkownik akurat się nie obudzi. Wtem ustawiła królicze mięso nieopodal ogniska, aby to powoli się upiekło, i usiadła obok Cerima. Słońce zdążyło już zniknąć z nieba, a jedyną ochronę przed zimnem i ciemnością stanowił ogień. Isara odetchnęła cicho, spoglądając na pułkownika. Wyglądał, jakby spał, aczkolwiek lisica musiała przyznać, że wydawał się czuwać nawet przez sen. Uśmiechnęła się delikatnie. Przez chwilę zapragnęła nawiązać z nim jakikolwiek kontakt fizyczny - ułożyć dłoń na ramieniu, chwycić za rękę, położyć się w lisiej postaci jak wcześniej - lecz szybko wybiła sobie ten pomysł z głowy. Nie pozwalaj sobie za dużo, upomniała się. Jest jego podwładną, która chroni dowódcę od okrutnego losu - taka jest jej misja.
Lisołaczka objęła ramionami kolana i skuliła się. Tak bardzo nie mogła doczekać się momentu, aż Cerim ponownie otworzy oczy, jednocześnie zdając sobie sprawę, jak bardzo potrzebował odpoczynku. Chciała mu jeszcze jakoś ulżyć w bólu, który zapewne mu towarzyszył od tego chwilowego oprzytomnienia, lecz jasnowłosa nie znała się na żadnej leczniczej magii. Mogła tylko siedzieć i wyczekiwać.
        W momencie, w którym właśnie tak rozmyślała, bezwiednie zaczęła nucić starą piosenkę, znaną jej z rodzinnej wioski. Kołysankę o różnorodności tego świata i o pięknie z nią związanym. Kołysanka przypomniała się lisołaczce z różnych powodów: kobieta nie mogła siedzieć bezczynnie, a także pragnęła nadać sytuacji jak najwięcej spokoju. Cerim może się ocknąć przestraszony swoim stanem, może nadal go okropnie boleć, a ukojenie jego układu nerwowego za pomocą piosenki wydawał się najmniej impertynencką formą uspokojenia go. Zmiennokształtna jednak nie była pewna, czy tym samym nie próbuje sama siebie zapewnić, że nic mu nie będzie. Musi przecież przeżyć. I zjeść tego królika, którego specjalnie dlań upolowała.
Jeszcze trochę Isara pobędzie samolubna i utrzyma go przy życiu za wszelką cenę. Jeszcze trochę czasu, Prasmoku, pozwól jej spędzić z Cerimem.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ekradon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości