Mroczne Doliny[Mauria i okolice] Zagrajmy w chowanego

Tajemnicza kraina, nad którą od wieków zalega mrok. Słońce świeci tu niezwykle rzadko. Nie ma tu tętniących życiem wiosek, jedynie jedno, warowne miasto ostało się w tej czeluści mroku, a i o nim nie można powiedzieć, pełne życia...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Zhalia
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Kaer Natherin
Profesje: Mag , Łowca , Kolekcjoner
Kontakt:

[Mauria i okolice] Zagrajmy w chowanego

Post autor: Zhalia »

        Horacy nigdy nie miał szczęścia do kobiet. Jego pierwszą żonę zabrała ciężka choroba, a następna okazała się pokusą, łasą wyłącznie na pokaźny majątek biednego mężczyzny. W ten sposób Horacy pozostał bez żony, bez grosza przy duszy oraz bez godności, jak to sam twierdził. Jedynym sensem jego życia stało się upijanie się w trupa, a robił to już tak często, że każdy karczmarz Maurii rozpoznawał go bez problemu. Warto jednak pamiętać, że Horacy nie miał pieniędzy na swe uciechy, zatem właściciele przybytków ze współczucia względem wdowca prędko przeszli do pogardy. Srebrne oko Prasmoka było jeszcze nisko na niebie, kiedy to mężczyzna został wyrzucony z ostatniej karczmy, jaką mógł odwiedzać w tym małym mieście. Nawet nie zdążył sobie porządnie golnąć, coby przyjąć na klatę kolejną porażkę w życiu.
        - Oddałbym ci, Retholdzie! - krzyknął, mimo że drzwi do budynku już dawno się zatrzasnęły. - Co do gorsza, przyrzekam! Retholdzie… - Horacy chwycił się za głowę. Brak alkoholu powodował u niego kolejną falę smutku, zwłaszcza że nie mógł teraz uciec od przygnębiających myśli. Mężczyzna nie wiedział, co powinien zrobić. Jednym z jego pomysłów było sprzedanie domu, wtedy mógłby nawet nie odchodzić od szynkwasu, jednak później zostałby nie tylko alkoholikiem, ale również bezdomnym alkoholikiem. Niestety, motywacja Horacego do życia znajdowała się na tak niskim poziomie, że nie obchodziło go, co się z nim stanie - pragnął wyłącznie ukojenia swej zbolałej duszy, a takowe przynosił tylko alkohol i potencjalna śmierć. Wdowiec wolał zapić się i odejść z tego świata nieświadomy, niż szarpnąć się na swoje życie.
Potrzebował tego alkoholu.
        Srebrne oko Prasmoka wydawało się uśmiechać do Horacego, kiedy ten posępny wracał do swojego domu. Musiał zażyć dobrej drzemki w swoim ukochanym łóżku, zanim całkowicie straci i tę możliwość. Dom mężczyzny znajdował się zaraz za murami granicznymi, droga natomiast była usypana żwirem, co przeszkadzało Horacemu w pijackich powrotach, albowiem upadek na takową ścieżkę był bardzo bolesnym doświadczeniem. Teraz jednak wdowiec nie odczuwał tego, w jego mniemaniu, cudownego poirytowania powrotem. Szedł przed siebie, zmęczony i wsłuchany w pohukiwanie sów oraz swoje kroki.
        Kroczył tak spokojnie, dopóki nie zorientował się, że nie tylko jego kroki słychać na ścieżce. Gdy Horacy obejrzał się, nie spostrzegł ni to żywej, ni martwej duszy, po prostu nikogo. Mężczyznę przez chwilę ogarnęła panika, mimo że jeszcze kilka godzin temu pragnął umrzeć w jednym z zaułków Maurii. Obawiał się o swoje życie, głównie dlatego że wiedział, iż nikt nie zainteresuje się jego zagadkową śmiercią. Nikt nie pochowa jego ciała, nikt nie powiadomi bliskich…
Których w sumie mężczyzna nie posiada.
        Horacy westchnął. Nawet sowy zamilkły razem z tajemniczymi krokami, które słyszał wcześniej mężczyzna. Wzruszył więc ramionami, uznając, że musiało mu się wydawać. Noc w takim miejscu jak Mauria mogła faktycznie przyprawić niejednego śmiałka o ciarki, zważając na fakt, że okolice Mrocznych Dolin zamieszkują głównie nieumarli.
W momencie, gdy Horacy ponownie spojrzał przed siebie z zamiarem kontynuowania podróży, ponownie osłupiał. Powodem jego przerażenia była ubrana na biało kobieta, której skóra oraz włosy wydawały się tak jasne, jakby lśniły księżycowym blaskiem. Oczywiście zatem Horacy pomylił ją z upiorem. Mimo to mężczyzna postarał się, aby w tej sytuacji górę wziął rozsądek. Spokojnie spoglądał na nieznajomą, która kroczyła w stronę przeciwną do tej, w którą kierował się wdowiec. Blada postać poruszała się w dość dziwny sposób, albowiem zdawała się zaznaczać trasę od ścieżki do jej granic. Horacemu wydawało się to podejrzane, lecz gdy tylko kobieta znalazła się bliżej, wszelkie wątpliwości opuściły jego głowę. Nieznajoma wydawała się być człowiekiem, a dowodem dla wdowca były jej rumiane policzki oraz fakt, że ciężko stąpała po podłożu. Mężczyzna odetchnął z ulgą, po czym ruszył dalej z nadzieją, że minie się z przypadkowo spotkaną personą. Los jednak zadecydował, że to nie skończy się w taki sposób.
        - Przepraszam? - odezwała się kobieta, rozglądając się dookoła. - Czy ktoś tutaj jest?
Horacy spróbował ją zignorować. Nie było przecież tak ciemno, żeby został niezauważony, a po ostatnich przygodach wolał trzymać się z daleka od obcych kobiet. Niestety, poczciwa natura mężczyzny wygrała w chwili, gdy wzrok jasnowłosej spotkał jego oczy.
”Ona jest ślepa”, przeszło mu przez myśl. Gdy kobieta na niego “spojrzała”, tak naprawdę nie mogła go dostrzec.
        - Tak, Horacy Gildresten z tej strony - powiedział głośno, podchodząc bliżej nieznajomej. Instynkt nakazywał mu znaleźć się bliżej jej osoby, na wypadek, jakby kobieta potrzebowała wsparcia. - W czym mogę ci pomóc, moja droga? Zgubiłaś się? - zapytał.
        Tajemnicza persona zmarszczyła brwi. Wydawała się poszukiwać źródła głosu mężczyzny, jednak po chwili Horacy zrozumiał, że jej wyraz twarzy wyraża coś jeszcze. Poza skupieniem jawiła się pewnego rodzaju złość.
Może gdyby Horacy nie odezwał się tej nocy, nadal mógłby marzyć o spokojnej śmierci w jednym z zaułków w Maurii. W chwili, w której ujawnił swoje imię i nazwisko, całkowicie przekreślił swe szanse na dzisiejszy powrót do domu.
        - Horacy? - upewniła się kobieta. - Ale nie ten Horacy raczej… Raczej - dodała, a to tylko podbudowało narastającą w głowie mężczyzny panikę. Nieznajoma chwyciła medalion, który lśnił jaśniej niż ona sama, a następnie wymamrotała coś. W miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stała przepiękna niewiasta, jawił się teraz potwór z koszmarów, które przerażały nawet dorosłych.
        Horacy naprawdę nie miał szczęścia do kobiet.

***

        Kolegium Dwunastu nigdy nie cieszyło się śmiertelną atmosferą, którą posiadały pozostałe siedziby władz w Maurii. Tutaj przewijały się wszelkie dusze, które pragnęły rozmowy z Dwunastką bądź konsultacji z nadwornym magiem, a czasami nawet niektórzy bezczelnie zwracali się o audiencję u samej Ariszii. Królowa odwiedzała to miejsce, aby móc w spokoju skonsultować swoje przekonania z pozostałymi zarządcami. Bądź też pojawiała się tam z prywatnych powodów, jak tego poranka.
        - To nie ten Horacy - oznajmiła Ariszia Velmeron, spoglądając z politowaniem na uciętą głowę, daną jej w prezencie. - Horacy Pendergt. Czy wyraziłam się niejasno, magini?
        - Cóż poradzę, wasza bezduszność - odparła Zhalia, chyląc głowę. W tak ogromnym pomieszczeniu echo rozchodziło się i męczyło tym samym wyostrzone zmysły kobiety. - Każdy Horacy brzmi tak samo.
        Królowa westchnęła przeciągle. Zhalia zrozumiała, że jej władczyni nie jest zadowolona, jednakże tliła się w niej desperacja. W swoim długim życiu Ariszia nie posiadała za wiele powodów, aby dalej pozostać na tej łusce Prasmoka, dlatego też znalazła sobie zajęcia na wiele stuleci. Jednym z nich jest zadbanie o poddanych, którzy kiedykolwiek ucierpieli z rąk tak zwanych osób z zewnątrz. Drugie to długa lista osób, które mogłyby urozmaicić żywot królowej.
Horacy Pendergt był kimś, kto podobno potrafił zamienić człowieka w wampira bez konieczności kontaktu jednego gatunku z drugim. Ariszia również pragnęła posiąść tę wiedzę.
        - Dobrze. W dalszym ciągu musisz znaleźć właściwego Horacego i doprowadzić go do mnie - zaapelowała wampirzyca, po czym wyrzuciła głowę biednego nieszczęśnika. - Możesz zachować ciało dla swoich celów.
        “Za brzydkie, pfi!”, momentalnie pomyślała kaer natherinka. Nie mogła jednak wyrazić swych emocji na głos, ponieważ wszyscy wierzyli w jej ludzką powłokę oraz ślepotę. Nawet najbliższa jej osoba na dworze, sama królowa Ariszia, nie znała prawdziwej tożsamości swego nadwornego nekromanty. Kobieta odzyskiwała wzrok na krótką chwilę, gdy wracała do swojego prawdziwego, demonicznego ciała, stąd przez ułamek sekundy widziała postać upolowanego Horacego. W takich momentach i przez takie osobniki demonica cieszyła się, że nie musi ich widzieć.
Zhalia potulnie skinęła głową. Później nakarmi swoich nieumarłych ciałem nie-tego-Horacego.
        - Postaraj się znaleźć Horacego - nakazała wampirzyca - a także przy okazji odnaleźć druida. On powinien być kimś ciekawszym, sądząc po plotkach.
        Zhalia ponownie przytaknęła. Nie widziała początkowo sensu w swojej roli - psa gończego jego królewskiej mości - jednak uznała, że to idealna przykrywka pod jej polowania. W końcu kiedyś musi znaleźć piękne, zdrowe oczęta…
A wtedy jej ukochana ludzka lalka w końcu będzie perfekcyjna. W końcu kaer natherinka ujrzy swą ludzką powłokę i zdoła oglądać ją godzinami.
W końcu osiągnie ideał.

***

        Wyszkolony zabójca doskonale wie, gdzie polować na ofiarę. Zdobywanie informacji to pierwsza część poszukiwań, natomiast odpowiednie wmieszanie się w tłum stanowiło jedynie formalność dla demonicy. Któż bowiem odmówi pomocy ślepej, a na dodatek nadobnej kobiecie, która niby to przypadkiem trafiła do pierwszej lepszej karczmy?
        - Przepraszam… - odezwała się kobieta, próbując ułożyć dłoń na ramieniu nieznajomej postaci, która stanowiła pierwszy etap jej planu. Rozeznanie. - Potrzebuję pomocy… Czy znajdę tutaj kogoś, kto jest w stanie uleczyć me oczy?
Awatar użytkownika
Jagermasterix
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 11 miesiące temu
Rasa: Panterołak
Profesje: Alchemik , Łowca , Szaman
Kontakt:

Post autor: Jagermasterix »

Standardy przypadkowej karczmy w okolicach mrocznych dolin jawiły się na tyle nisko, że nawet knajpa w samej Maurii dla kogoś z zewnątrz sprawiałaby wrażenie dość niepokojącego miejsca. W porównaniu do przeciętnych przybytków tego typu było tu raczej ciemniej, momentami ciszej, chciałoby się rzec po prostu, że dziwniej. Półprzytomnym, upojonym alkoholem istotom jakoś częściej i bardziej bezpośrednio było bliżej do zgonu niż tym, bawiącym się w wesołych i roztańczonych karczmach w innych, bardziej żywych częściach krainy. Nie oznacza to oczywiście, że pod Bulgoczącą Czarą nikt nie potrafił się zabawić, wręcz przeciwnie! Używki wszelkiej maści, mniej lub bardziej szemranego pochodzenia, gry, zabawy, muzyka i wszystko to w ponurej, może nieco grobowej, ale za to mistycznej i wciągającej atmosferze tego przybytku. Naprawdę ze świecą tu szukać jakiejś bardziej przyziemnej, zwykłej ludzkiej duszyczki. Może dlatego, że takowe zwyczajnie omijają całą okolicę szerokim łukiem. Niemniej jednak ludzie, którzy żyją tu od lat przywykli już do całego tego pozagrobowego i nietypowego zgiełku. Zdają się oni - wieloletni mieszkańcy Maurii - żyć w pewnego rodzaju symbiozie z całym tym światem i mrokiem, który ich otacza. Wiadomo, że jedni znoszą to lepiej, inni nieco gorzej. Czy można byłoby z góry nazwać wszystkich obłąkanymi? Pewnie tak, ale po niektórych nie widać tego aż tak bardzo! Poza tym wrzucanie wszystkich do jednego wora jest takie nudne.
Zapytanie zostało przyjęte ochrypłym odchrząknięciem. Staruszka mizernej postury nie wpisywała się raczej w rysopis przeciętnej osóbki cieszącej się dobrodziejstwami karczm i pijalni. Mimo wszystko obróciła się z wolna i zlustrowała Zhalię wzrokiem z babcinym politowaniem.
- Uleczyć oczy? - zapytała. - krótki chichot posłużył jej za pauzę.
- Pytanie brzmi cóż chciałaby piękna panienka ujrzeć? Wszak tutaj... naprawdę nie ma nic godnego spoglądnięcia chociażby. Niech Ci jednak będzie panienko, wszak żyję tu już nader długo i co nieco zasłyszałam. Podzielę się z Tobą ploteczkami przy herbatce, co? - ujęła dłoń Zhalii w swoje pomarszczone i chłodne ręce z zamiarem poprowadzenia jej przez nietypową karczemną salę.
Kiedy tak kroczyły z wolna w stronę kontuaru w akompaniamencie smutno pogrywającej wolną melodię lutni i zupełnie jakby biegającego wokół niej swoim tempem fletu zdarzyło im się zebrać kilka ciekawskich spojrzeń. Kobiety właśnie mijały parę grajków. Oboje bladzi niby śnieg. On ubrany jak typowy bard miał na sobie kapelusz z piórkiem, w kolory nader jaskrawe jak na tutejsze standardy pogrywał na lutni. Ona natomiast w długiej czarnej sukni okrążała go tanecznym krokiem pogrywając zdecydowanie własną, skoczniejszą melodię, co ciekawe flet miała przyłożony do drobnego noska i w ten sposób na nim grała. Usta zakrywała czarna aksamitna chusta. Jej długie białe włosy kontrastowały z absolutną czernią materiału na twarzy. Jeżeli ktokolwiek z obecnych byłby na tyle ciekawy, by się przyglądać, a jeszcze nie wiedział, to lokalna flecistka, imieniem Layla nie miała dolnej szczęki.
Kiedy staruszka dociągnęła już Zhalię do kontuaru podszedł do nich karczmarz celem przyjęcia zamówienie.
- Dla mnie tej wasz bulgoczący specjał w czarnej herbatce. Duża filiżanka! - stuknęła dość energicznie, jak na swoją prezencję, dłonią w blat.
- A dla pani od marionetek bez tchu? - zapytał zza szynkwasu przygotowując herbatkę. Staruszka zerknęła na Zhalię i kontynuowała rozmowę, która pozbawiona konkretnych faktów i istotnych informacji toczyła się nieprzerwanie od momentu, w którym dłoń nekromantki spoczęła na ramieniu tej kobiety.
- W tym mieście, widzisz... nie ma dolegliwości nieuleczalnej. Wszystko zależy od ceny. Ceny często nie wyrażonej w monetach, sama wiesz. Tylko, że Ty wydajesz mi się nader bystra, Kwiatuszku. Czyżbyś naprawdę chciała to wszystko dostrzec? Ja widzę. Widzę, jak Cię brzydzi i odraża obraz ludzkiej marności. - zachichotała ponuro.
- Powiedz zatem, w czym rzecz? Czego naprawdę pragnie Twoja, khm - odchrząknęła by dodać ostatnie słowo. - duszyczka?
W tym momencie Zhalia mogła zorientować się, że jej drobna konwersacja ze staruszką mogła przykuć nieco więcej ciekawskich spojrzeń, niż się tego spodziewała. Może jednak któreś z nich będzie na tyle zainteresowane, że ośmieli się wesprzeć sprawę nekromantki?

***
Poza granicami miasta, z dala od tego zgiełku noc jawiła się nader przyjemnie. Księżyc opatulił swoją srebrzystą łuną panujący wokół na wpół martwy wszechlas. Od czasu do czasu słychać było przeciągające się wycie wilków. Wspaniała pora na spacer. Leśne ścieżyny w tych okolicach dla nierozważnych wędrowców bywają jednak wyjątkowo zgubne. Mężczyzna w długim płaszczu odchylił pokryte licznymi kolcami gałęzie, by przedostać się wgłąb puszczy. Ślady na jego odzieniu sugerowały, że z owymi kolczastymi zaroślami są w dość bliskiej relacji. Prawdę mówiąc, jeśli nie bywałby tu często to prawdopodobnie nie szwendał by się tutaj po nocach. Zatrzymał się na moment podpierając prawą dłonią o pień wysokiego drzewa i nasłuchując. Jedynie świerszcze i hukająca gdzieś w oddali nieśmiało sowa. Ruszył jednak ponownie, jakby podchwycił jakiś trop a krok jego nagle stał się jakby znacznie zręczniejszy. Gałązki pod jego butami nie trzaskały już nawet zbyt głośno, niby poddając się jego woli. W ten oto sposób przez jakiś czas nasz tajemniczy bohater poruszał się jakoby cień między srebrzystymi łunami nieśmiało zaglądającymi do mrocznego pogrążonego w nocnej zadumie lasu. Wtem rozległ się dźwięk rogu, któremu zawtórowało soczyste przekleństwo.
- Zaczęło się. - mruknął sam do siebie ponurym i zachrypniętym głosem.
Polujący po nocach kłusownicy mieli parę kłopotów. Najistotniejszymi z nich były chyba jednak fakty, że raz - druidzi kładą bardzo duży nacisk na równowagę w naturze i dwa - w tej okolicy nie rezyduje żaden, khm, przeciętny druid. Byli tego doskonale świadomi, ale przecież jakoś trzeba wykarmić te nienadające się do niczego innego gęby, nie? A może to chęć zarobki, wszak towary odzwierzęce nadal na ryneczkach stoją w bardzo przystępnych dla sprzedawców cenach. Panterołaka nie obchodziły zbytnio ich intencje, wszak nie był on sędzią ani nie wymierzał żadnej sprawiedliwości...

***
Nad ranem przy bramie miejskiej prowadzącej do Maurii strażnicy spostrzegli dwóch mężczyzn, którzy resztkami sił dotarli z powrotem z nocnej wyprawy. Z początku jednogłośnie uznali ich za pijaków, bądź użytkowników innych rodzajów używek. Wszak kto o zdrowych zmysłach wychodziłby w nocy do tych lasów a wracał nad ranem, majacząc w dodatku jakieś bzdury o wielkich bestiach, parze srebrzystych kłów i przeszywającym spojrzeniu niebieskich ślepi. Byli faktycznie przerażeni, jednakże nie posiadali absolutnie żadnych śladów walki. Jedynie rany, których nabawili się uciekając przez nieprzyjazną roślinność. Z tym, że mury miejskie opuszczało ich trzech poprzedniego dnia. Straż nie zajmowała się w Maurii opieką nad biedotą ani żadną inną charytatywną działalnością, więc jak tylko doprowadzono tę parę nocnych marków do porządku i wysuszono im ubrania puszczono ich z powrotem wolno do miasta. Dwóch niezbyt godnych zaufania typów z tak niezwykłą nocną historią do rozpowszechnienia...
Awatar użytkownika
Zhalia
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Kaer Natherin
Profesje: Mag , Łowca , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Zhalia »

        Ludzie są fascynujący w swym ignoranctwie. Zaehr Thora przekonywała się o tym z dnia na dzień podczas służby u jej wszechbezduszności Ariszii, obserwując jej poddanych żyjących w zgodzie ze światem umarłych. Ludzie, którzy tak bardzo dogadują się ze śmiercią, najbardziej obawiają się dokonać swego żywota. Jak oni mogą żyć, targani ciągłymi rozterkami, w pośpiechu próbując skosztować każdego aspektu tej ckliwej egzystencji? A co ważniejsze, dlaczego tak bardzo trzymają się swojej ludzkiej natury, jednocześnie nie wykorzystując jej w pełni? Gdy istota pragnie wieczności, powinna zrobić co tylko może, żeby ją osiągnąć.
        Zhalia spochmurniała, słysząc skrzekliwy głos staruszki. Nie pozwoliła jednak swojej mimice wyrazić odrazy, jaką odczuwała. ”Dłużej ode mnie tu na pewno nie żyjesz, nędznico”, pomyślała kaer natherinka. Żartobliwy ton, jaki przyjęła nieznajoma, dodatkowo rozdrażnił nekromantkę. Któż bowiem będzie ślepemu nakazywał cieszyć się z przekleństwa?
        - Właśnie to pragnę ujrzeć - odparła magini, podążając za kobietą. Naliczyła jedenaście kroków do baru z miejsca, w którym wcześniej stały. Zmysły Zhalii wyostrzyły się znacząco, gdy mijała muzyków. Delikatny uśmiech ozdobił twarz Zaehr Thory, gdy wyczuła działanie magii śmierci. Skromne połączenie zgnilizny, ciężkiego aromatu i dymu dotarło do nozdrzy lalki kaer natherinki, przynosząc ze sobą odczyt pełnego obrazu karczmy. Nekromantka doskonale rozpoznała swój dotychczasowy teren łowiecki, a to zapewne nie spodobało się okolicznym mieszkańcom. Czuła ich wzrok, czuła zawiść i ich ból w rzyci, że nie mogli jej tknąć. Zhalia była związana paktem stworzonym tylko dla niej.
Mogła dosłownie wszystko, wówczas gdy oni nie mogli nic. Gdyby tylko w jakiś magiczny sposób pakt przestałby obowiązywać, cała Mauria rzuciłaby się Zaehr Thorze do gardła i rozszarpała obie powłoki.
Zhalia usiadła przy szynkwasie i bezwiednie podążyła wzrokiem za właścicielem. Nadstawiła jednak ucho, coby udało się jej wyłapać dokładnie głos karczmarza i rozpoznać, któryż to nieszczęśnik obsługuje te biedne dusze w samo południe..
        - Och, Retholdzie! - zaszczebiotała nekromantka. - Mniemam, że Horacy nie sprawia już większych problemów? - zapytała, wyobrażając sobie swój jakże drobny udział w oczyszczaniu ulic z brudu i żebraków. Co prawda byli okropni, wyglądali jakby im syreny płetwami łeb wychlastały i podoklejały wodorosty, aczkolwiek nadawali się do małej armii Ariszii - którą oczywiście kontrolowała Zhalia. Tylko trochę więcej ambicji i kaer natherinka mogłaby przejąć władzę…
Lecz to byłoby zbyt nudne.
Na razie.
        - Również herbatę. - Zaehr Thora nie potrzebowała jedzenia czy picia. Mimo iż marionetka posiadała jak najbardziej ludzkie cechy, a także związane z tym potrzeby fizjologiczne, wszystko było kontrolowane przez nawymienną magię życia i śmierci nekromantki. Mogła bardzo długo utrzymać lalkę przy życiu.
- No właśnie nie widzę - odparła poddenerwowana Zhalia. Coraz bardziej staruszka działała jej na nerwy i trudniej było demonicy powstrzymać wyższości, jaką odczuwała wobec wszystkich tutaj zgromadzonych. A skoro kobieta rzekomo przejrzała jej charakter, po cóż ukrywać swe intencje?
- Cena nie gra żadnej roli. Gdybym mogła zrównać to miasto z ziemią i dzięki temu dostrzec jego zgliszcza, nie zawahałabym się. Tak działają w końcu ci, którzy igrają ze śmiercią, czyż nie? Więc podsumowując, tak. Tego właśnie chcę. Dostrzec to wszystko. Nie doszukuj się tutaj ukrytego sensu, w porządku?
Nekromantka nie zamierzała dłużej wdawać się w rozmowę, mimo iż jej wypowiedź zakończyła się pytaniem. W jednej sekundzie kaer natherinka wyczuła coś w pomieszczeniu - a raczej brak czegoś. Wcześniejszy odór śmierci zagłuszył ten ledwo widoczny, magiczny płomyczek. Tego poszukiwała Zaehr Thora. To był jej klucz.

        Mężczyzna opuścił karczmę chwilę po tym, gdy zauważyli go miejscowi magowie. Miał swoje powody tym bardziej, iż w pomieszczeniu znalazła się ulubiona zabawka Ariszii. Jeden moment nieuwagi i Horacy mógłby skończyć naprawdę marnie, a miał ważną misję do wykonania. Mężczyzna potrzebował lekarstwa, a zaniesienie materiałów to było ostatnie, co sam mógł zdziałać. Później tylko wyczekiwać, aż jego droga siostra dostanie lekarstwo. Wystarczyło tylko…
        - …zjawić się w karczmie, Horacy. - Pendergt rozszerzył oczy, przerażony sytuacją, w jakiej się znalazł. Ledwo zdążył się odwrócić, ledwo pisnął słówko, ledwo serce zaczęło szybciej bić, a już przestało. Demon, który za nim stał, był bezlitosny, a sam Horacy wiedział, dlaczego nekromantka go dopadła. Yylia będzie bezpieczna tak długo, jak jest pod opieką druidów, lecz to życie Horacego utrzymywało jej żywot.
Zapewne jego siostra poczuła, gdy jej bliźniak wydał z siebie ostatni oddech. Wówczas jego serce i ciało należało już do innej kobiety. Zhalia nie tyle potrzebowała jego ciała jak oczu. Oczu, których mogła się nigdy nie doczekać.

***

        Doprawdy, masakra wśród drzew, które stanowiły kurtynę dla całego przedstawienia, zapewne będzie towarzyszyć każdej porannej herbatce przy rozmowie dwóch arystokratów. Któż z nich będzie następny, a który umrze z głodu z powodu braku ukochanego mięsa na stole? Horacy nigdy nie doczeka się tej odpowiedzi, albowiem należał już do osób, które nie przejmują się zimnem czy głodem. Spokojnie obserwował wszystko, napawając się widokiem strachu biednych kłusowników. Nie mógł bowiem zostać zauważony, albowiem stanowił naturalną część natury - jego ciało nie wydawało dźwięków człowieka, a zapach równał się naturalnemu porządkowi matki natury. Niedługo zacznie gnić, czym przysłuży się roślinności i innym żywym stworzeniom.
Lecz nim to nastąpi, rzuci się na wielką bestię z impetem i zawiśnie na niej. Po prostu. Co go nie zabije, to go nie zabije, a dodatkowo doda sytuacji szczypty dramatu.
        - Zna-lazła-m cię…! - rzekły spazmatycznie zimne i niemal już stężałe usta Horacego. W jednej chwili jego ciało opadło na ziemię, a panterołak mógł już tylko się domyślać, że zapach śmierci, jaką został oznaczony, potowarzyszy mu zapewne długo, o ile nie do końca życia. Zhalia, stojąca kilka metrów dalej, ponownie przestała dostrzegać piękno matki natury. Kobieta mimo to uśmiechała się, albowiem widziała już dumę Ariszii, gdy dostarczy jej głowę Pendergta.
Tak samo jak oczami wyobraźni dostrzegała zdenerwowanie władczyni, gdy odmówi wydania jej druida.
        - Jesteś mi potrzebny - zaapelowała, delikatnie wystawiając dłoń przed siebie w zapraszającym geście. Naszyjnik z jej demoniczną formą delikatnie zabłysnął. - Dogadamy się?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mroczne Doliny”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości