Jadeitowe Wybrzeże[Turmalia i wioska za rzeką Anibia] Wśród Nas

Bajkowe wybrzeże Oceanu Jadeitów. Jego nazwa wzięła się od koloru jakim promieniuje. Znajdziesz tu plaże ze złotym piaskiem, palmy i rajskie ogrody. Palące słońce rekompensuje cudowna morska bryza.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Lullasy
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 128
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Eugona
Profesje: Służący , Kurtyzana
Kontakt:

[Turmalia i wioska za rzeką Anibia] Wśród Nas

Post autor: Lullasy »

        Był środek dnia, a port pasażerski Turmalii był pełen zgiełku i aktywności zarówno na lądzie, jak i na statkach, które do niego przybiły. Ludzie wszelkiej maści, pochodzenia i statusu społecznego jakimś cudem dawali radę zajmować się swoimi sprawami pomimo wszechobecnego natężenia ludności. Para Alarianów próbowała namówić kapitana statku, aby ten wziął ich na pokład za cenę niższą niż zwykle. Tarianka odziana w stosunkowo prymitywne odzienie ze skór była widocznie przytłoczona ilością osób dookoła niej, przez co bardzo szybko znikła w tłumie. Załoga Mahińczyków przekrzykiwała się z grupą Eravallów, oskarżając siebie nawzajem, o bóstwa wiedzą co, a para strażników bezradnie przyglądała się temu, nie mając dowodów na występki wymieniane przez obydwie strony konfliktu. Szlachcic właśnie wrzeszczał groźby śmierci za dzieckiem, które uciekało z sakwą pełną monet w rękach w czasie, gdy wychudzona twarzyczka dzierżyła uśmiech na widok swej zdobyczy.

        Wszystko to działo się jednocześnie, lecz nikt nie był świadomy całokształtu sytuacji odbywającej się w porcie. Nawet bogowie mieliby problem z zauważeniem wszystkiego, co działo się obecnie. Nic więc dziwnego, że Lullasy straciła dech w piersiach; ledwie jej wężowe ciało spełzło po trapie na kamienną posadzkę portu. Ocean ludzi, który rozciągał się przed nią, był równie wspaniałym, co przerażającym zjawiskiem, nigdy wcześniej bowiem nie miała okazji znajdować się w porcie w najaktywniejszym dla takowego okresie.

        Gdyby była sama, to by pewnie natychmiast padła na ziemię, już teraz bowiem niedobrze jej było od tak wielkiego tłumu. Każdy tutaj był ważniejszy od niej, musiała więc zagwarantować, iż okaże szacunek wobec wszystkich obecnych. Musiała unikać kontaktu wzrokowego, coby nie urazić nikogo, lecz gdziekolwiek nie spojrzała, tam ktoś był, a patrzenie w dół prędzej czy później sprawi, że wpadnie na kogoś swoim pół-gadzim cielskiem, co było bardzo, ale to bardzo niepożądane dla eugony.

        Na całe szczęście nie była sama. Z ataku paniki wyciągnął ją odgłos mruczenia oraz narastający nacisk na środkową część jej ogona. Kot, którego cztery łapy były przyozdobione czterema butami z czarnej skóry o niewielkich obcasach, ocierał się o jej łuski i wydawał przy tym gest aprobaty. Nie robił tego dla eugony, a po to, aby zaspokoić swój swędzący grzbiet, ale to nie zmieniło faktu, iż Lullasy uśmiechnęła się, widząc, iż futrzak wciąż jest u jej boku.

        Do narastającego na głośności syczenia wkrótce dołączyły kocie odgłosy, na co naturianka zareagowała bezradnym westchnieniem. Jej żywa fryzura, która najwyraźniej zazdrosna była o uśmiech obdarowany odzianemu w buty stworzeniu, głośno wyrażała swoje niezadowolenie, a co odważniejsze wężowe główki nawet ostrzegawczo otwierały swe paszcze, szczerząc swe pozornie groźne kły. Nim zdołały jednak większy raban narobić, wężowa niewolnica zaczęła głaskać każdego węża z osobna, aż w końcu te uspokoiły się, i, zamiast walczyć z kotem, skupiły się na patrzeniu na to, co się dzieje dookoła.

        Odgłosy kroków na trapie poinformowały ją, iż ktoś się zbliża, i po chwili u jej boku była Sechmet. Smokołaczka była w swej ludzkiej formie i wyglądała, jakby chciała zapaść się pod ziemię. Unikała patrzenia na kogokolwiek, pseudosmok zaś, którego dzierżyła w rękach, służył jej za źródło niemalże nieobecnej odwagi, ściskała go bowiem z taką siłą, iż mniejsza gadzina miała mord w oczach. Mimo tego, że większość nazwałaby to torturami, Ami znosił to dzielnie, wiedział bowiem iż jedyną alternatywą byłoby ogłuszenie smokołaczki i ciągnięcie jej po ziemi, co nie dość, że byłoby męczące, to w dodatku podejrzane w oczach tutejszej ludności.

        Eugona była spokojniejsza, wiedząc, że jest w towarzystwie zmiennokształtnej i jej łuskowatego przyjaciela. Dzięki temu mogła się skupić na niej i tym, co ona będzie mówić. Nawet jeśli Sechmet nie traktowała Lullasy jak niewolnicy, to naturianka czuła się lepiej, gdy mogła choćby udawać, iż prośby i sugestie brunatno-włosej są rozkazami, które trzeba było wypełnić.

“Jak długo jeszcze będę musiała walczyć z moim przeznaczeniem?”

        Odgłos skrzypiącego drewna sprawił, iż odwróciła się, dzięki czemu mogła zauważyć, iż trap został uniesiony, a statek szykował się do odpłynięcia z portu. Na burcie widać było machającą ku nim załogę, wliczając w to kapitana, któremu zawdzięczali zarówno transport, jak i swoje życia. Nie chcąc urazić ich, Lullasy pochyliła głowę w ich stronę, zamiast odpowiedzieć tym samym gestem. Gdy statek zaczął się oddalać, Lullasy wyprostowała się i spojrzała po raz ostatni w stronę jednostki, wspominając to, jak doszło do tego, że w ogóle spotkali się ze sobą.

        Było to tydzień temu, kiedy Eugona, Sechmet oraz jej brat, Onuris - w towarzystwie kota i pseudosmoka - zostali ocaleni przed niechybną zgubą. Ich desperacja w tamtym czasie sprawiła, że postawili nogi na nawiedzonym statku, lecz nim ich los został przypieczętowany, zostali ocaleni przez tego samego kapitana, który to teraz odstawił ich w porcie Turmalii. Broda jego gęsta i czarna jak nocne niebo, postura godna wilka morskiego, odzienie zaś jak te z bajek o morskich śmiałkach, których dzieje inspirują młode pokolenia Alaranii.

        To właśnie on, znając sekret nawiedzonej jednostki, ostrzegł ich, a następnie zaoferował im zarówno miejsce na statku, jak i możliwość zapracowania na to miejsce. Cała trójka i ich zwierzaki skorzystały z tego, choć każdy inaczej przeżył ową podróż i jej realia.

        Eugona, wieczna służka, robiła wszystko, co mogła, aby odwdzięczyć się za łaskę, jaką okazał im kapitan. Raz doszło nawet do tego, iż źle zrozumiała słowa jednego z marynarzy i próbowała oddać mu się w jego kajucie, co do końca podróży było głównym obiektem żartów wśród załogi, która najwyraźniej była po prostu zbyt miła, by choćby pomyśleć o skorzystaniu z wdzięków naturianki. Jej włosy były na nią bardzo złe, zarówno za próbę zbezczeszczenia jej ciała a ich posiadłości, jak i również za to, że doprowadziła do upokarzającej sytuacji. Kot w butach tymczasem miał najlepszy dzień swojego życia, mogąc bez końca obrażać kiepski gust każdego, nawet kapitana, którego ciężko było oskarżyć o jakąkolwiek zbrodnię przeciwko modzie.

        Sechmet, niezbyt rozmowna czy skora do robienia czegokolwiek w obecności licznych nieznanych jej osób, była niczym cień niewolnicy, podążając za nią, gdy tylko mogła. Każda próba nawiązania rozmowy w wykonaniu marynarzy kończyła się tym, że chowała się za kimś lub za czymś, albo wprost uciekała do swej tymczasowej kajuty. Ami, którego zadaniem było najwyraźniej wieczne opiekowanie się swoją niezdarną właścicielką, także był nadzwyczaj często w towarzystwie Lullasy.

        Onuris… po prostu zniknął. Pierwszego dnia lenił się i spał, a gdy nastała noc, ślad po nim zaginął. Na początku była panika, niektórzy podejrzewali bowiem, iż wpadł do wody jakimś cudem, szybko jednak sprawę uspokoił brodaty kapitan, zapewniając wszystkich, że smokołak o własnych siłach wzbił się w powietrze i udał się we własną stronę. Skąd kapitan to wiedział nie zostało później wyjaśnione, ale człowiek ten był na tyle przyjazny, iż żadna z kobiet nie kwestionowała jego zdania.

        Poza tym podróż była stosunkowo nudna w porównaniu do tego, co każda z kobiet musiała dotychczas przeżyć. Był to odpoczynek, na który obydwie zasłużyły, choć Lullasy miała ciężki czas z przestawieniem się na spokojny rytm dnia. Nocami budziła się z krzykiem, jej umysł nawiedzały wizje tego, jak mogła zginąć podczas swych nieplanowanych przygód, zaś gdy nastawał wieczór, cienie wyglądały dla naturianki niczym źródło potencjalnego zagrożenia, zaś skrzypienie statku momentami przypominało odgłosy kogoś lub czegoś, co miało przynieść jej zgubę.

        Lullasy porzuciła wspominanie, powracając do rzeczywistości. Statek, z którego niedawno zeszła, był już ledwie punktem na horyzoncie, tak samo jak to, co się stało na nim, było ledwie wspomnieniem, a nie częścią obecnej rzeczywistości.

“Mam nadzieję, że zdołam się odwdzięczyć kapitanowi tego statku, jeżeli tylko kiedykolwiek spotkamy się ponownie...”

Odwracając się w stronę sechmet, niewolnica przemówiła, przyjazny uśmiech na jej ustach był równie niegroźny, co sama niewolnica.

- Panienko Sechmet, ruszajmy wgłąb miasta. Nie wiem, co nas czeka, ale przydałoby się znaleźć miejsce, gdzie będę mogła swoimi usługami zapracować na nasz dalszy byt. Im szybciej to zrobimy, tym mniejsza szansa, iż kolejne nieszczęście nas napotka.

        Propozycja dalszych działań to nie był nagły wymysł niewolnicy. Podczas podróży na statku smokołaczka i eugona spędziły trochę czasu na przemyślenie tego, co będą robić dalej… czy też raczej to Sechmet rozmyślała na głos, a Lullasy - jak na niewolnicę przystało - jedynie przytaknęła od czasu do czasu, okazjonalnie odzywając się, jeśli z jakiegoś powodu myślała, iż słowa jej mogą pomóc zmiennokształtnej w dokonaniu poprawnej decyzji. W ten sposób kobiety ustaliły, że spróbują znaleźć swe miejsce tam, gdzie wysiądą ze statku, nawet jeśli miałoby to być jedynie tymczasowe rozwiązanie. Obydwie przeżyły ostatnio zbyt wiele ucieczek, magicznych portali i walki o życie, stąd też liczyły, że w ten sposób będą mogły zaznać, choć odrobiny spokoju.

        Nie marnując dłużej czasu, obydwie zaczęły przeć przed siebie, co okazało się… zaskakująco łatwe. Nieustanny potok ludzi w porcie wydawał się straszny z daleka, ale gdy tylko zbliżyły się, ludzi zaczęli ustępować, zatrzymując się w miejscu albo przyspieszając, coby zejść im z drogi. Lullasy była przez chwilę zaskoczona, myląc zachowanie tutejszych z absurdalną wręcz gościnnością. Niemal nie zaczęła dziękować wszystkim dookoła za to, że dają im przejść i że nie depczą jej po ogonie, lecz po chwili usłyszała, że reakcja bardziej zwierzęcych towarzyszy była… mniej przyjazna.

        Kot w butach, który obecnie korzystał z jej ogromnego ogona jak ze środka transportu, patrzył na tych, co byli dookoła nich, sycząc i parskając. Lullasy obróciła się, by skarcić go, lecz powstrzymała się, gdy zauważyła, iż futro jego było nastroszone, jakby zwierzak próbował odgonić zagrożenie. O dziwo węże na jej głowie były ciche, co było niepokojące dla kogoś, kto znał ich charaktery. Uniosła wzrok w górę i ujrzała pyszczki szeroko otwarte, szczerzące kły, oraz języki ostrzegawczo smagające powietrze. Jej żywa fryzura była równie poważana i gotowa do walki co kot, który jej towarzyszył. Spojrzenie w lewą stronę obdarowało ją podobnym widokiem - Sechmet nie wiedziała co się dzieje i wpatrywała się w Amiego, który wyglądał, jakby miał zaraz wyrwać się z jej rąk i rzucić się na ludność, którą mijali.

“Nie rozumiem. Przecież jesteśmy wokół ludzi, nie ma tu ni potworów, piekielnych czy innych istot, które mogłyby nas skrzywdzić…”

        Nie chcąc trwać w niewiedzy ani chwilę dłużej, Lullasy bardzo ostrożnie zaczęła przyglądać się tym, których mijali. Alarianie, Tarianie, Mahińczycy, Eravallowie, młodzi, starsi, biedni, bogaci… wszyscy się im przyglądali, każdy w inny sposób. Jedni mierzyli ją wzrokiem ze zdziwieniem, ci pewnie po raz pierwszy widzieli przedstawicielkę jej gatunku. Byli też tacy, co swe dzieci i kobiety chowali za sobą, ich twarze wykrzywiły negatywne emocje: od strachu zaczynając i na nienawiści kończąc. Tyle, ile twarzy zobaczyła, tyle było reakcji, lecz jedna rzecz była zdumiewająco jasna - nikt nie patrzył na nich w przyjazny sposób, a ich wrogość szczególnie skupiona była na eugonie i pseudosmoku, co pozwoliło niewolnicy bardzo trafnie zgadnąć, co się tak naprawdę dzieje.

“Poza nami nie ma tu praktycznie żadnych ras poza ludźmi… trafiliśmy do miasta gdzie nie-ludzie nie są mile widziani.”

        Byli w niebezpieczeństwie, nie wątpiła bowiem, że ci, którzy tym miastem władają i którzy to odpowiedzialni są za porządek w mieście, podzielają opinię ludu. Złapała lewą dłonią za ramię Sechmet i przyśpieszyła, a jej silne ruchy ogona niemal zrzuciły futrzaka w butach z jej łusek.

- Panienko Sechmet, nie powinniśmy tu być! - wypowiedziała na głos, wciąż posuwając się naprzód swym pół-wężowym cielskiem. Nie dbała już o dyskrecję ani tym bardziej o zasady, których jako niewolnica powinna przestrzegać, przez co korzystała z tego, że ludzie unikali ją jak ognia, gdy tylko ją zobaczyli, dając jej możliwość pójścia w dowolną stronę bez jakichkolwiek przeszkód. - Musimy wydostać się z miasta, inaczej nie wiem, co się z nami stanie!

        Sechmet była obecnie wszystkim, co Lullasy miała. Była osobą, której to mogła słuchać i z którą mogła rozmawiać. Mało tego, nawet jeśli zmiennokształtna nie widziała niewolnicy jako swojej własności, to zdawała się cenić jej trud i dbać o nią. Gdyby nie Sechmet, wężowa dama byłaby sama i prawdopodobnie już dawno padłaby gdzieś na uboczu, a jej życie zgasłoby niczym świeca wystawiona na wiatr. Z tego też powodu, jak na niewolnicę przystało, eugona nie chciała dopuścić, by smokołaczce stała się krzywda, co było bardzo realnym zagrożeniem w ich obecnej sytuacji. Dlatego też pełzła do przodu, ciągnąc za sobą swą towarzyszkę. Miała nadzieję, że zdołają ucieknąć wgłąb miasta, gdzie ludzi będzie mniej, a gdzie jest też szansa, że znajdą wyjście z tego nieprzyjaznego środowiska, albo chociaż miejsce, gdzie wrogie im spojrzenia ich nie dosięgną.

        Ludzi było coraz mniej przed nimi, odsłaniając ulicę ciągnącą się dalej, niż wzrok sięgał. Za nimi narastał zgiełk, bez wątpienia wywołany ich obecnością. Lullasy już wpatrywała się z jedną z uliczek, gdzie cień budynków oraz prawdopodobna pustka zagwarantowałaby im spokój oraz czas na przemyślenie dalszego planu działania, lecz po chwili widok uliczki zastąpił widok pełnej zbroi płytowej, która nagle zagrodziła jej drogę.

- Na królową, co to ma znaczyć?

        Lullasy nie miała wyboru jak zatrzymać się i spojrzeć na strażnika, który to zagrodził dalszą drogę. Nosił na sobie herby miasta, a w ręku dzierżył halabardy. Głowa jego skryta była przez hełm, ale brzmiał na starca, i już swoją broń dzierżył w obu dłoniach, gotowy do obrony siebie i innych. Ludzie dookoła zaczęli podnosić swój głos, zarówno ci, co wcześniej tu byli, jak i tłum, który od samego początku podążał za śladem smokołaczki i eugony.

        Lullasy milczała, nie chciała bowiem sprowokować tego, który najwyraźniej był na tyle zaznajomiony z eugonami, by być gotowym do walki na widok takowej. Sechmet, najwyraźniej wciąż w szoku, także nie odezwała się ani słowem. Zarówno węże na głowie naturianki, jak i dwa zwierzaki towarzyszące kobietom zrobiły się nieco bardziej potulne, zaprzestając agresywnych zachowań, były bowiem na tyle mądre, by wiedzieć, że straszenie osoby przed nimi tylko pogorszy sprawę.

- Ty! - Strażnik wskazał halabardą na Sechmet. - Nie wyglądasz na tutejszą, co sobie myślisz, sprowadzając do Turmalii tak niebezpieczne stworzenia? Wytłumacz się, póki jeszcze lud nie zdecydował za mnie.

        Starzec miał rację - ludzie dookoła, widząc, iż strażnik konfrontuje źródło ich niepokoju, zaczęli coraz głośniej i coraz śmielej wyrażać dezaprobatę wobec istnienia Lullasy, jak i również wobec tej, która ją tu sprowadziła. To była najgorsza możliwa sytuacja, w jaką mogły wpaść… ale niewolnica zauważyła w tym nadzieję na to, że opuszczą to miasto szybko i bezboleśnie, wystarczy tylko, że zrobi to, co szło jej najlepiej.

- Panienko Sechmet! - wykrzyknęła nagle eugona, głos jej pełen żalu i rozpaczy. Ludzie dookoła wystraszyli się, zaś człowiek w zbroi mocniej zacisnął ręce na drzewcu swej broni, lecz nim doszło do dalszej eskalacji, wężowa dama puściła ramię smokołaczki tylko po to, aby natychmiast paść na twarz przed zmiennokształtną, jak na pokutującą niewolnicę przystało. - Wybacz mi o Pani, to przeze mnie trafiłaś na zły statek, to przeze mnie oddzieliłam nas od twej eskorty i to przeze mnie spadły na ciebie te bezpodstawne oskarżenia. O moja właścicielko najszlachetniejsza, błagam cię, nie używaj swej potężnej magii na mym ciele, nie zniesie ono bowiem kolejnej kary, a me nic niewarte ciało nie byłoby w stanie pomóc ci podczas podróży, gdyby bezpowrotnie zostało złamane, nawet jeśli zasługuję na to, aby po wieki cierpieć za moje przewinienia!

        Dobra niewolnica nie była tylko posłuszna, ale też wiedziała, jak się zachować. Przy czym nie chodzi tylko o etykietę - prawdziwa niewolnica wiedziała bowiem, jak kłamać dla swego pana, aby uchronić go od wszelkich nieprzyjemności. Dlatego też naturianka skorzystała z tego, że Sechmet automatycznie została uznana - prawdopodobnie przez swoją ludzką formę - za osobę w ten czy inny sposób odpowiedzialną za nią. Dzięki temu wiedziała, że ludzie dookoła uwierzą w jej wyjaśnienia, w czasie gdy nawiązanie do nieistniejącej magii jako sposobu zachowania kontroli nad niewolnicą powinno uspokoić tego, który domagał się wyjaśnień.

        Jedynym słabym punktem tego były zwierzęta, jak i jej gadzia czupryna, ale te po raz kolejny wykazały się nadzwyczajnym instynktem samozachowawczym, były ciche i potulne bowiem jak mysz pod miotłą. Szczególnie gadziny, które zastępowały jej włosy, zachowały się adekwatnie do sytuacji. Lullasy była za to wdzięczna - ostatnimi czasy wydawały się one dosyć rozwydrzone, a to nie pomogłoby w przekonaniu, iż Lullasy nie stanowi zagrożenia ze względu na zmyśloną potęgę smokołaczki.

- ...Huh.

        Strażnik natychmiast opuścił oręż i odetchnął. Widać było nawet, iż postawa jego rozluźniła się, nogi jego bowiem delikatnie ugięły się pod nim, a ramiona opadły. Pewnie był równie zestresowany potencjalnym konfliktem, co Lullasy i Sechmet, tyle że wcześniej nie pozwolił, aby było to po nim widać. Ludzie dookoła wciąż mieli swoje wątpliwości, co było słychać, ale na całe szczęście to nie oni byli odpowiedzialni za porządek w mieście.

- Dobra, dosyć tego przedstawienia! Rozejść się, nie ma tu czego oglądać! - Głos starca rozległ się, a on sam chwycił halabardę w jedną dłoń i oparł się o nią, prawdopodobnie zmęczony tą sytuacją, choć ciężko było powiedzieć czy fizycznie, czy też emocjonalnie. Patrzył się w stronę Sechmet, ignorując niewolnicę, która nie śmiała choćby drgnąć odkąd zakończyła swoje przedstawienie. - Cieszę się, że sprawa jest mniej problematyczna, niż to początkowo wyglądało, panno Sechmet, ale niestety nie mogę pozwolić pani zostać w tym mieście. Pani niewolnica sprowadzi w tym mieście kłopoty dla pani, jak i również dla straży, dlatego też proszę mi pozwolić panią wyeksportować do północnej bramy.

        Sechmet milczała, nie wiadomo, czy wciąż straumatyzowana tym, że nieomal została zaatakowana, czy też może ze względu na to, że nie spodziewała się tego, co zrobiła Lullasy dla ich bezpieczeństwa. W każdym razie strażnik uznał brak sprzeciwu za zgodę, podniósł bowiem halabardę i obrócił się w kierunku przeciwnym do portu.

- A i bym zapomniał… Prosiłbym, by pani odstawiła… karanie… swej niewolnicy do czasu, aż opuścimy miasto. Z tego, co zrozumiałem, nie jest to coś, co niewiasty i dzieci tego miasta powinny oglądać.

        W ten oto sposób, gdy tylko Lullasy przestała płaszczyć się przed swą “właścicielką”, grupa udała się za strażnikiem, którego to obecność sprawiła, iż przebycie miasta było ledwie formalnością, która upłynęła w spokoju. W tym to czasie Lullasy była w głębokim zamyśleniu, wracając wspomnieniem do momentu, kiedy to padła na twarz przed Sechmet.

“To byłam ja, ta prawdziwa ja… albo cień tego, co ze mnie zostało? Umysł mówi mi, że to jest to, czym powinnam być. Czemu więc serce zdaje się nie zgadzać ze mną?”

        Chciała dłużej użalać się nad swoją sytuacją w zaciszu swego umysłu, ale mieszkańcy jej głowy - którzy to najwyraźniej zdołali zauważyć ponurą minę eugony - zaczęli dziabać ją po uszach. Ich atak, choć wyglądał boleśnie, był w rzeczywistości niegroźny, gady były bowiem na tyle wyrozumiałe, by nie krzywdzić naturianki swoimi kłami.

- ... Dziękuję - wyszeptała wężowa dama, w zamian głaskając swoją gadzią czuprynę. Dzięki temu dane jej było słyszeć symfonię zadowolonych syknięć, a ludzie, których mijała, patrzyli się ze zdziwieniem na to, jak ktoś obdarowywuje uczuciem swoje “włosy”



        Strażnik zaprowadził ich aż do bram miasta, a następnie, pod jego bacznym wzrokiem, były one zmuszone opuścić Turmalię. Nie chcąc być za blisko miasta, w którym nie są mile widziane, kobiety i ich zwierzaki szły wzdłuż szlaku prowadzącego na południe, aż w końcu mury miasta były ledwie widokiem na horyzoncie, a szansa na to, że zostaną zauważone przez strażników, była znikoma. W końcu mogły odetchnąć, co Lullasy wykorzystała, kładąc się na trawie tuż obok szlaku. Jej serce bowiem wciąż waliło jak młot, zaniepokojona była bowiem możliwością tego, że jej kłamstwo zostanie w jakiś sposób ujawnione, w wyniku czego mogliby zacząć je ścigać.

- Panienko Sechmet… Mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego, co zrobiłam w akcie paniki. - Lullasy wpatrywała się w niebo, nie mając odwagi, by spojrzeć swej rozmówczyni w oczy. Słońce dnia wciąż grzało jej skórę i łuski, ale widać było liczne chmury, wszystkie w odcieniach głębokiej szarości. Gołym okiem widać było, jak te nabierają na wielkości i liczebności, co mogło oznaczać burzę, a przynajmniej tak zgadywała niewolnica, przewidywanie pogody nie było bowiem zdolnością, którą posiadała. - Wiem, że nie życzysz sobie być moją właścicielką i w pełni szanuję twój wybór, ale bałam się. Bałam się, że jeśli nic nie zrobię, to stanie się nam… tobie krzywda, a mimo wszystko nie chciałabym, aby moja pasywność doprowadziła do cudzej szkody.

        Lullasy leżała tak dalej, chcąc zebrać siły na dalszą drogę… nawet jeśli nie wiadomo było, gdzie powinny się udać. Ten stan rzeczy postanowił wykorzystać kot, oto bowiem podszedł tuż obok głowy niewolnicy, która zauważyła jego obecność kątem oka.

- Oh, to ty. Czego sobie życzysz, futrzany towarzyszu? Jeśli chodzi o jedzenie, to niestety nie wiem, kiedy będziemy mieli okazję coś spożyć.

        Kot w ogóle nie zareagował na słowa eugony, zamiast tego bacznie obserwując ją… choć jednak nie, to nie naturiance się przyglądał, a jej żywej fryzurze, która także postanowiła gapić się bez powodu na kota. Para kocich oczu stanęła do bezlitosnej walki z kilkudziesięcioma gadzimi ślepiami, w czasie gdy chmury nad nimi stawały się coraz paskudniejsze z każdą nadchodzącą sekundą. W końcu kot przestał po prostu patrzeć i podszedł do wężowych ciał wyrastających z czubka głowy eugony… po czym na siłę wszedł pod nie. Rzecz jasna węże stawały opór, ale ze względu na nieopisywalną więź między nimi a nietypowym futrzakiem, nie próbowały one zadawać ran, jedynie wypchać kotowatego z dala od siebie, przez co zwierzak miał przewagę taktyczną. Koniec końców kot dokonał tego, czego chciał, w wyniku czego nad nim był pseudo-dach z użalających się nad swoją porażką węży, których było wystarczająco dużo by uchronić adekwatne schronienie przed… deszczem.

        Oto bowiem chmury zbierające się nad nimi w końcu spełniły swoją groźbę, zsyłając z nieba deszcz, który w mgnieniu oka przerodził się w pełnoprawną ulewę. Lullasy, aż nazbyt świadoma tego, że nawet najlżejsza choroba w ich obecnej sytuacji mogłaby oznaczać zgubę, natychmiast powstała z gruntu, który coraz bardziej stawał się błotem pod naporem żywiołu. Kot nie był z tego zadowolony, zaczął bowiem szybko moknąć, ale na całe szczęście znalazł alternatywne schronienie - oto bowiem na głowie Sechmet usadowił się jej pseudosmok i rozłożył swoje skrzydła, chroniąc smokołaczkę przed deszczem w znacznej części. Futrzak, widząc tę okazję, jednym zgrabnym skokiem znalazł się na ramieniu Sechmet i choć buty jego i błoto, które wraz z nimi przyniósł, nie były mile widzianym dodatkiem, to jednak futrzak był zbyt uparty na ewentualne próby zrzucenia, przez co na chwilę obecną zmiennokształtna była zmuszona do noszenia go niczym marnej parodii papugi.

- Musimy znaleźć schronienie.

        Wężowa niewolnica objęła się rękoma, deszcz połączony z nasilającym się wiatrem już teraz sprawiał dyskomfort, a jeśli będą na otwartej przestrzeni zbyt długo, to będzie tylko gorzej. Niestety, gdzie by nie spojrzeć, nie było nigdzie miejsca, które było dostatecznie blisko. Do miasta na południu nie mogły wrócić, a nawet jeśli tak, to eugona uważała, że ryzyko tego, że zostaną zlinczowane przez miastowych, było zbyt wysokie, by zostać tam nawet za pozwoleniem straży. Na północy dokąd zmierzał szlak i wschodzie rozciągały się równiny; nawet jeśli odległe miasta kusiły swym ledwo widocznym kształtem, to naturianka była świadoma, że prędzej umrą z głodu lub wycieńczenia, niż dotrą w miejsce, gdzie będą w stanie zagwarantować swój byt. Na zachodzie ich szanse zdawały się nieco lepsze - w zasięgu wzroku i na tyle blisko by dotrzeć tam pieszo, widać było las, od którego oddzielało ich jedynie kilka dni wędrówki oraz sporej wielkości rzeka, jeśli wzrok jej nie mylił.

- Panno Sechmet, myślisz, że dałabyś radę polecieć tam i znaleźć schronienie wśród drzew, póki jeszcze zimno nie wyczerpało twej energii? Jeżeli zdołasz, ale będziesz musiała lecieć beze mnie… to zrozumiem twoją decyzję.

        Niewolnica czekała na reakcję zmiennokształtnej, w myślach powoli godząc się z tym że jeśli przyjdzie co do czego, to prawdopodobnie zostanie pozostawiona. Wpatrywała się w drzewa w oddali, na tyle oderwana od rzeczywistości, że nie zauważyła nadchodzącej ze strony miasta furmanki, którą to ciągnęły dwa rosłe konie o kasztanowym umaszczeniu.

        Dopiero kiedy stukot kopyt był o wiele głośniejszy od burzy nad ich głowami, Sechmet i Lullasy obróciły się, a wtedy już było za późno by przyszykować się na spotkanie. Drewniany wóz zatrzymał się na szlaku tuż obok nich, dzięki czemu naturianka i smokołaczka mogły ujrzeć osobę, której to uwagę zwróciły na siebie. Mężczyzna w kwiecie wieku, sądząc po skórze Alarianin, a ubiór wskazywał na ubogiego chłopa, do jego sylwetki bowiem przylegała przemoczona płócienna koszula oraz spodnie z płótna. Choć widać było, że brzuch jego był pulchny, to jednak był on bardziej umięśniony niż otyły. Poza tymi elementami jego niezbyt urodziwą i już naznaczoną przez wiek twarz zdobił gęsty, czarny zarost na brodzie oraz kompletnie łysa głowa, która aż zdawała się lśnić, gdy w oddali rozbłysły pioruny.

        Mężczyzna, kimkolwiek on był, wpatrywał się intensywnie zarówno w eugonę, jak i smokołaczkę, choć ta druga na swoją rasę obecnie nie wyglądała. Jego wzrok zdawał się wbijać w ich duszę, analizując każdy widoczny skrawek ich ciał w sposób, w jaki dobry farmer sprawdza jakość swoich plonów. Lullasy czuła się zatrważająco podobnie jak wtedy, gdy była na akcji jako jeden z obiektów licytacji… I choć po części było to dziwne uczucie, to jednak nie czuła się z tym źle. Była niewolnicą i była gotowa przyjąć z otwartymi ramionami bycie ocenianym w tak bezduszny sposób.

        Czas jednak mijał, a mężczyzna ani nie ruszył dalej, ani też nie zainicjował rozmowy. Sechmet, z sobie tylko znanych powodów, też była cicho, choć mogło to być spowodowane tym, jak bardzo upokorzona była przez Amiego i kota w butach, którzy to wciąż dzielnie zajmowali swoje stanowiska na jej głowie i ramieniu. Lullasy była coraz bardziej zaniepokojona przez to, szczególnie ze względu na pogodę, która nie ustępowała w swej brutalności. Już teraz od zimna traciła czucie w palcach, jak i również w końcówce swego ogona. Nawet jej włosy na głowie zdawały się bardziej ociężałe, co tylko potwierdzało, iż nie powinny dłużej tu przebywać… a to oznaczało, że jest tylko jeden logiczny wybór.

- O szczodrobliwy panie! - Lullasy, pochyliła swój tułów wraz z głową, kłaniając się przed tym, od którego miała zamiar prosić o więcej, niż jakakolwiek niewolnica powinna. - Przyjmij nas, proszę, na swój powóz i obdarz nas miejscem w swym domostwie, a przysięgam ci, iż każdą sekundę przeznaczoną nam odpracuje po stokroć moją wierną służbą dla ciebie. Każde twe słowo będzie mym rozkazem, jeśli ocalisz nas od marnego losu, jaki nas czeka pośród tej burzy bez twej pomocy!
Awatar użytkownika
Sechmet
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Smokołak
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Sechmet »

Podróż statkiem była dość stresująca ze względu na wszechobecnych mężczyzn oraz brak prywatności przez większość czasu. Mimo to Sechmet nie narzekała, ci ludzie wydawali się mili, co w przypadku takich ras jak jej czy Lullasy nie było wcale takie oczywiste.
Jednakże, gdy po długiej podróży w końcu dobili do portu, zmiennokształtna wyraźnie zbladła. Zdała sobie sprawę, że nawet cała załoga aż tak jej nie peszyła, jak ci wszyscy nieznajomi tutaj. Na dodatek… Wszyscy byli ludźmi, na pierwszy rzut oka przynajmniej. W duchu dziękowała Prasmokowi, że jest przy niej jej wężowa koleżanka oraz ukochany zwierzak, który dzielnie znosił fobie swojej pani.

- Mhm – przytaknęła na słowa eugony. – Ale zapracujemy obie jak już – dodała; nie chciała, aby naturianka musiała na nią pracować. Nawet jeśli w tej chwili zupełnie nie wiedziała, co mogłyby robić.

Smokołaczka od razu wiedziała, że ci wszyscy ludzie źle na nich patrzą, próbowała ukryć swoją twarz za zasłoną z jej własnych włosów. Nawet w tej formie miała wrażenie, że każdy widzi jej prawdziwą postać. Przyśpieszyła nieco kroku, chciała jak najszybciej pozostawić w tyle ten cały tłum. Z tego całego stresu aż zaczęło jej się robić gorąco. Zadrżała, gdy Lullasy złapała ją za rękę, przez moment myślała, że to ktoś z tych obcych.
Po chwili już niemal biegła, kurczowo trzymając się naturianki i pilnując swojego pseudosmoka, który zdecydowanie wolałby lecieć obok zmiennokształtnej, zamiast zwisać z jej rąk niczym maskotka. Nie było jednak czasu na wyswobodzenie. Gad odetchnął w duchu, widząc uliczkę będącą potencjalnym schronieniem, ale właśnie wtedy drogę zaszedł im strażnik. Gad prychnął niezadowolony, a z jego nozdrzy wydobył się siwy dym.

- Um … - mruknęła Sechmet niemal niesłyszalnie, ale na widok zmarszczonych brwi i gniewnego spojrzenia mężczyzny straciła całą odwagę. Niestety on zadał pytanie, a dziewczyna nie bardzo wiedziała co zrobić. Czuła, że cokolwiek powie i tak obróci się to przeciw niej i jej towarzyszom.

Wtem odezwała się Lullasy, smokołaczce w pierwszej chwili ulżyło, wierzyła, że jej koleżanka ma jakiś dobry plan. Jednak to, co zrobiła, speszyło ją jeszcze bardziej. Na twarzy szatynki ukazał się wyraźny rumieniec zawstydzenia. Mimo to taktyka wężowej damy zadziałała. Na dodatek miały teraz eskortę, dzięki czemu mogły spokojnie opuścić miasto.
Nie trwało to długo, ale poza syknięciami wężowych włosów, czy komentarzami Amiego albo kota w butach dziewczyny były dość milczące. Sechmet zdołała się rozluźnić, dopiero gdy mężczyzna pozostawił je same i wrócił do swoich obowiązków.

- Nie, to było… całkiem sprytne – stwierdziła z uśmiechem, choć serce nadal waliło jej jak oszalałe.

Ami, choć miał już dość ściskania, podszedł do dziewczyny, aby ją nieco uspokoić. Zmiennokształtna usiadła na trawie obok Lull i pozwoliła mu wejść na swoje kolana. Delikatnie pogładziła jego łuski.

- Na szczęście już jest dobrze – dodała dziewczyna, zerkając jeszcze w stronę centrum Turmalii, po czym z uśmiechem obserwowała zabawne starcie kocura z wężową fryzurą.

Wtem na jej nos spadła pierwsza kropla deszczu. Sechmet zadarła głowę do góry i mina jej zrzedła. Zwłaszcza że w ciągu kilku sekund przyszła okropna ulewa, a ubrania dziewczyn natychmiast zostały przemoczone do suchej nitki. Niebo pokryły ciemne chmury, przez co, choć był środek dnia, aura zrobiła się iście wieczorna. Smokołaczka odgarnęła włosy z twarzy i właśnie wtedy przeszkodził jej Ami, który wylądował jej na głowie.

- Oh, dzięku… Ej! Aua, masz ostre pazury! – skarciła kota, który wskoczył na jej ramię, niebędące w tej chwili w żaden sposób chronione łuskami. Sechmet westchnęła ciężko i w miarę możliwości pozbyła się grud błota, którymi wybrudził ją zwierzak Lullasy. – To na pewno… Tylko gdzie? Ludzie nie patrzą na nas najlepiej… - stwierdziła smokołaczka, odgarniając kolejne mokre kosmyki z twarzy.

Sugestia eugony odnośnie do lasu brzmiała dobrze. Smokołaczka przytaknęła jej skinięciem głowy. Nie miała sił tłumaczyć, że na pewno jej nie zostawi. Jakby mogła, przecież się przyjaźniły. Szkoda, że naturianka wciąż miała o sobie takie niskie mniemanie. Zmiennokształtna od razu odrzuciła od siebie myśl o przemianie w jej hybrydową postać; tylko w pełni smoczej mogła wszystkich bezpiecznie przetransportować. Jednak nim cokolwiek zrobiła, usłyszała, że ktoś się zbliża. Zmrużyła lekko oczy, próbując dostrzec między gęstymi kroplami deszczu, z kim będą miały do czynienia. Zbliżał się do nich jakiś powóz. Smokołaczka nie była pewna, czy lepiej uciekać, czy zaczekać na rozwój sytuacji. W efekcie tak długo rozważała, że wyszło na to drugie.
Szatynka nieufnie spoglądała na łysego mężczyznę, który właśnie wysiadł. Nie miała pojęcia, czego od nich chce, a jego przybycie w taką pogodę wcale nie wyglądało jak akt dobrej woli. Na dodatek oglądał je jakby były na jakiejś wystawie. Sechmet znieruchomiała sparaliżowana z początku strachem, a później stresem. Dotarło do niej, jak głupio musi wyglądać z tym całym zwierzyńcem na sobie, no i jeszcze jej ubranie przemoknięte do suchej nitki mocno przylegało do ciała, dając dokładny zarys wszystkich jej kształtów. Po raz kolejny tego dnia policzki szatynki zostały przyozdobione parą wyraźnie czerwonych rumieńców. Wcale nie chciała nigdzie z nim iść, ale Lullasy już zaczęła go błagać, by je zabrał.
Mężczyzna najpierw się zastanawiał dłuższy moment, gładząc swój podbródek, po czym gestem ręki zaprosił je do wozu. Nie powiedział ani słowa, choć z lekkim skrzywieniem spojrzał na towarzyszące dziewczynom zwierzaki. Dopiero gdy wsiadły, postanowił się odezwać.

- Jestem William Rint. Mieszkam w pobliskiej wsi, akurat zmierzałem do miasta w celu znalezienia kogoś do pomocy w moim gospodarstwie. Tam to zawsze ktoś szuka pracy, nie to, co w domu, każdy zajęty sobą i swoją zagrodą, a młodzi to tylko w świat ruszają – westchnął. – Ale jeśli potraficie doić krowy i pracować w polu, daruję sobie wycieczkę do Turmalii. Mogę dać wam dach nad głową i zadbać o wasz byt, jeśli tylko zechcecie dla mnie pracować – zaproponował.

Sechmet wprawdzie obce było takie życie, ale mimo wszystko przytaknęła, to nie mogło być aż tak trudne. Po chwili jednak zdała sobie sprawę z dziwnie pokojowego podejścia mężczyzny. Nie patrzył na eugonę dziwnie ani z odrazą czy strachem. Bardziej gniewnie zerkał na kota i błotne ślady, które zostawiał. Nawet chciała go o to jakoś zapytać, ale nie zdążyła ułożyć odpowiedniego pytania, zanim ich prawdopodobny wybawca znów się odezwał.

- Piękne oczy panienko… ?
- Sechmet. — Zmiennokształtna mocno się speszyła i spojrzała w dół. "Naprawdę mu się podobały? Na pewno zobaczył, że nie są ludzkie, co teraz?" – myślała zawstydzona i spanikowana, co niestety było po niej doskonale widać.
- Nie urodziłem się wczoraj i za młodu również podróżowałem po świecie, natykając się na różne rasy… - powiedział jakby z tęsknotą. – Chciałbym, abyście nie ukrywały, tego, kim jesteście, to jest mój warunek – dodał z przyjacielskim uśmiechem. – Od teraz – spojrzał na smokołaczkę wymownie.

Szatynka zamilkła, spojrzała na swoją koleżankę, jakby szukając ratunku. Nie wiedziała, co robić, miała pokazać mu swoją prawdziwą postać? A jeśli odmówi? Niczym przy tamtej sytuacji w porcie serce znów zaczęło jej bić jak oszalałe.

- Dobrze! – krzyknęła w końcu, nie chcąc stracić szansy na schronienie i ciepły posiłek. Już w ciągu kilku sekund siedziała w powozie w swej uskrzydlonej formie, na co mężczyzna uśmiechnął się triumfalnie. Smokołaczka odetchnęła, że nic jej nie zrobił, choć od tej chwili zaczęła go mieć za dziwaka.

Podróż trwała nieco ponad godzinę. W tym czasie William z żywym zainteresowaniem wypytywał o ich jakieś niezwykłe zdolności rasowe, ale nie tylko. Był również ciekawy samych dziewczyn. Skąd się wzięły, co tu robią, co planują. Sechmet odpowiadała krótko, nie znała go jeszcze dobrze, nie miała odwagi mówić o sobie zbyt wiele. Dlatego to głównie na naturiance skupił się mężczyzna.
Gdy w końcu dotarli do wioski, pogoda wciąż była paskudna, na dodatek rozszalała się burza. Co chwilę słychać było grzmoty tak głośne niczym ryk Prasmoka, a przynajmniej tak wyobrażała to sobie zmiennokształtna.
Wysiadając z wozu, spostrzegła całkiem spore domostwo z licznymi zagrodami na podwórzu, które wyglądały na pierwszy rzut oka niczym labirynt. Kawałek dalej widniała również pokaźnych rozmiarów stodoła, a za nią widniał polny krajobraz. Były tu oddzielone ziemie na uprawy kwiatów i ziół, dla zwierząt jak krowy, świnie, nawet słychać było konie. Nic dziwnego, że mężczyzna potrzebował pracowników, zwierzęta, rośliny, dom, sam nie dałby rady wszystkim się zajmować.
Rozmyślania Sechmet przerwało donośne szczekanie łaciatego psa, który przybiegł na powitanie. Pan William uśmiechnął się na widok czworonoga, ale nie miał czasu na pieszczoty, musiał zająć się wozem i końmi. Nie chciał przy tym pomocy, od razu wysłał dziewczyny do środka.

- O Panie najlitościwszy! – W progu przywitała je sympatycznie wyglądająca staruszka, która na ich widok załamała ręce.

Kobieta nosiła na głowie chustę skrywającą przerzedzone już siwe włosy, garbiła się lekko i miała na sobie ciepły kożuch. Westchnęła ciężko i zaprosiła je gestem ręki do środka. – Tylko nic mi tu nie rozwalcie. – Pogroziła palcem.

- Dziękujemy za gościnę... Jestem Sechmet, a to Lullasy… - powiedziała smokołaczka.
- Tamta wilkołaczka też tak dziękowała, a potem co? Owce staremu Kaziowi zżarła, bezczelna… Nie wspominając o innych! – narzekała, prowadząc je do salonu.
- Widzę, że już poznałyście moją kochaną mamusię – powiedział William, który właśnie do nich dołączył.
- Byś w końcu jakąś żonę sobie znalazł, a nie sprowadzasz tu takie cudaki różne, co potem to nie wiadomo.
- Mamo…
- Mam ci przypomnieć, jak wpadłeś na genialny pomysł, by wziąć tamtą grupę krasnoludów do pomocy? Nieroby jedne, pijusy wstrętne.
- Dobrze mamo, wystarczy, powinnaś odpocząć.
- Ta, najlepiej snem wiecznym – prychnęła kobieta, po czym wyszła z pokoju.
- To… Rozgośćcie się, zaraz przyniosę wam coś dobrego i wspólnie zjemy, a potem objaśnię wam wszystko. – Mężczyzna zniknął gdzieś w kuchni.

Naturianka i zmiennokształtna zostały same, wraz ze zwierzakami. Miały chwilę, by się rozejrzeć. Był to całkiem duży pokój dzienny z szerokim stołem i ładnymi krzesłami. Wyglądało na to, że jak na chłopa ten William musi być dość bogaty. W kącie stał kominek, dający przyjemne ciepło, a tuż przy nim przysypiał czarny kotek. Za oknem natomiast wciąż szalała ulewa i widać było błyski.

- Co o tym myślisz, Lullasy? – spytała szatynka.

Jednak nim eugona zdążyła odpowiedzieć, mogła poczuć jak coś albo raczej ktoś położył się na końcu jej ogona i objął go niczym gigantycznego pluszaka. Była to na oko kilkuletnia dziewczynka o złotych lokach. Wyglądała, jakby co najmniej dostała nową zabawkę. Cała rozpromieniona i zadowolona bawiła się ogonem wężowowłosej. Mała cwaniara musiała tu wejść przed chwilą, ale zrobiła to na tyle cicho, że nikt nie był w stanie stwierdzić, kiedy dokładnie.
Awatar użytkownika
Lullasy
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 128
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Eugona
Profesje: Służący , Kurtyzana
Kontakt:

Post autor: Lullasy »

        Lullasy nie wiedziała, jak długo czekała na reakcję mężczyzny. Czuła deszcz na swoich plecach, krople tak ciężkie, że ich uderzenia w miejsca, gdzie skóra była odsłonięta, były niemalże bolesne, a przynajmniej tak to odczuwało jej niezbyt wytrzymałe ciało. Bała się wyprostować, lub choćby unieść głowę w obawie, że ten gest mógłby zaprzepaścić szansę na to, że człowiek na wozie zgodzi się na jej ofertę… o ile takowa szansa w ogóle kiedykolwiek istniała. Naturianka zaproponowała mu swoją służbę w zamian za jego łaskę, co w domyśle zawierało także jej ciało, którym to łysy chłopak zdawał się co najmniej zainteresowany. Co jeśli pomimo tego słowa eugony go obrzydzą? Czy to możliwe, że pozostawi je na deszczu, a wszystko to przez to, że wężowa dama zapomniała o granicach tego, na co mogła sobie pozwolić byle niewolnica, szczególnie taka, co obecnie pozbawiona jest prawdziwego właściciela?

        Co wtedy zrobiłaby Sechmet? Czy byłaby zła, że ich nadzieja na sen z dachem nad głową została zaprzepaszczona? Czy to by było wystarczające, by w końcu ugasić jak dotąd nieskończone źródło dobroci, z którego smokołaczka czerpała całymi garściami? Jak dotąd Sechmet była pozytywnie nastawiona wobec niej, nawet w trakcie zamieszania związanego z miastem, ale Lullasy obawiała się, iż prędzej czy później wielkie serce zmiennokształtnej będzie miało dość niewolnicy i wszystkiego, czemu ta była winna podczas ich wspólnej tułaczki.

        Z zamyślenia wybudziły ją odgłosy brodzenia przez błoto. Natychmiast się wyprostowała, podejrzewając, że Sechmet aż postanowiła bez słowa zostawić ją po tym, co się właśnie stało. Zamiast tego jednak smokołaczka, wciąż z pseudosmokiem na głowie i kotem na ramieniu, zbliżyła się do wozu, a następnie wsiadła do niego w całej swej przemoczonej i ubłoconej chwale. Przenosząc wzrok na człowieka, do którego to wóz najprawdopodobniej należał, zauważyła, że ten ponaglił ją gestem ręki, co naturalnie speszyło niewolnicę. Oznaczało to, iż najwyraźniej zgodził się on na jej ofertę, a w związku z tym naturianka chciała bić pokłony przed nim i całować jego stopy aż do świtu w ramach podziękowań. Na całe szczęście wężowa dama miała wciąż na tyle rozumu w głowie, by pamiętać, że wyczerpanie cudzej cierpliwości, szczególnie jeśli ten ktoś ma wkrótce być źródłem ich utrzymania, było bardzo, ale to bardzo nierozsądne, szczególnie w wykonaniu dobrze wyszkolonej niewolnicy, którą wciąż w głębi serca była.

        Choć nie było to łatwe, ze względu na to, iż konstrukcja wozu była wykonana z myślą o nogach, nie ogonach, to jednak w końcu Lullasy zdołała z błota wylądować na drewnianej posadzce z tyłu furmanki. Nim zdążyła zacząć z głębi serca wyznawać dozgonną wdzięczność wybawcy w ludzkiej skórze, to ten przedstawił się, wyjawiając zarówno powód dla swojej obecności, jak i również to, dlaczego w ogóle postanowił przemyśleć ofertę wężowej damy. Słysząc o czynnościach, do których byłyby potrzebne, Lullasy niemal natychmiast pokiwała głową na tak, nie czekając na dalsze wyjaśnienia. Owszem, jako niewolnica, która należała jak dotąd tylko do jednego szlachcica, nie była zbyt uzdolniona w pracy na wsi, ale to nie miało znaczenia. Dobra niewolnica była gotowa spełnić każdą zachciankę, więc jeżeli jej nadchodzącym rozkazem była praca w polu i dojenie krów, to tak też się stanie.

“Niewolnica, która nie jest w stanie spełnić swych obowiązków, nie jest niewolnicą. Jest niczym.” - Rozbrzmiało echo wspomnień, głos, o którym prawie zapomniała, a który zarazem był tak mocno częścią niej jak jej własny.

- Panie Rint, zrobię wszystko, co w mej mocy, aby nie zawieść cię i twoich oczekiwań. Jestem Lullasy i zrobię wszystko, aby móc odpracować dług wdzięczności wobec ciebie, jakim zostałam obarczona w obliczu twojej nadzwyczajnej łaskawości. - Eugona czuła się… spokojnie. Jakby stres związany z dotychczasowymi wydarzeniami przestał istnieć. Zachowywanie się w ten sposób przyniosło niewyobrażalną ulgę jej duszy, której niewolnica nie potrafiła opisać słowami.

        Łysy chłop nie odpowiedział jej, przynajmniej nie słownie. Jedynie kiwnął głową nieznacznie, patrząc na nią w… zaskakująco łagodny sposób. Dopiero po chwili Lullasy przypomniała sobie, że to nie szlachcic, więc nie mogła się spodziewać tego co po swym pierwotnym panu. Prawdopodobnie ma niejako podobne podejście co Sechmet do tego typu spraw, więc nawet jeśli będzie na jego usługach, to jest duża szansa na to, iż pobyt w jego gospodzie będzie różnił się znacząco od czasów, które naturianka spędziła w willi rodu Kareath.

        Sechmet też chciała coś powiedzieć, prawdopodobnie też planowała się przedstawić i podziękować, ale nim do tego doszło, został poruszony inny temat przez Williama. I choć jego słowa skierowane były głównie wobec smokołaczki, która została zmuszona do zmiany w formę hybrydy, to niewolnica nieco inaczej zinterpretowała jego warunek.

“Nie będę ukrywać tego, kim jestem. Jestem… niewolnicą.”

        Lullasy poczuła ciepło w sercu, a wraz z nim początek bólu, od którego całe jej ciało zesztywniało, a twarz wykrzywił grymas. Zarówno jej emocje jak i odczuwane przez nią katusze rosły z każdą chwilą, którą jej umysł poświęcił na zinterpretowaniu narastającego ciepła.

“Jestem niewolnicą. Zawsze nią będę i nic tego nie zmieni.”

        Czysta egzystencjalna euforia i poczucie spełnienia zrodziło się w niej w momencie, gdy te myśli przeszły jej przez głowę, a jej krew zapłonęła ogniem piekielnym, klątwa ciążąca na niej osiągnęła bowiem swoją pełną moc. Niewolnica nie była dość silna, by zignorować ból, dlatego też nie mogła powstrzymać odruchowej reakcji swojego ciała. Jej długi wężowy ogon zaczął zwijać się w o wiele ciaśniejszy kłębek pod nią, a jej ludzką część przeszły spazmy. Ból był ponad to, co Lullasy była w stanie ścierpieć, a mimo to jej myśli nie ustały, te bowiem nie reprezentowały jej własnej woli, a wyryte w jej duszę instynkty, które nakazywały bez względu na cele oddać się usługiwaniu innym. Węże na jej głowie zaczęły rozpoznawać oznaki tego, co się dzieje, i choć zaczęły bacznie obserwować dalsze poczynania niewolnicy, to jednak nie próbowały tego przerwać. Były na tyle mądre, by wiedzieć, że nie mają szans powstrzymać tego na własną rękę, dlatego też potulnie czekały, w ciszy wspierając męczarnie wężowej niewolnicy.

“Pan Rint ocalił moje bezwartościowe życie, zgadzając się na to, by poświęcić swój czas, miejsce w swym domostwie i zasoby w tymże obecne, by umożliwić moją dalszą egzystencję. Jestem... jego niewolnicą. A on… moim nowym właścicielem.”

        Nikły uśmiech zjawił się na jej ustach, choć wiedziała, iż tak nie powinno być. Niewolnica cieszy się tylko wtedy, gdy dostanie na to pozwolenie. A mimo to emocje jej biły blaskiem silniejszym niż jej samokontrola czy nawet to, że była torturowana, niczym gotowana żywcem od wewnątrz. Nawet węże na jej głowie ożyły momentalnie, w pełni świadome szczęścia bijącego od ich żywego mieszkania.

        Tuż po tym rozległ się krzyk Sechmet, przez co Lullasy zwróciła uwagę na swoją dotychczasową towarzyszkę. Smokołaczka wyglądała na nieświadomą tego, iż jej towarzyszka wyglądała, jakby miała za moment zemdleć. William, choć udawał, że nic nie widzi, był tego świadomy, ale nie reagował, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Tymczasem smokołaczka przybrała formę hybrydy, co ucieszyło Williama, na co dowodem był jego niezwykle szeroki uśmiech. Sama zmiennokształtna nie wydawała się zadowolona z tego, a przynajmniej było widać, iż nie czuła się komfortowo ze względu na prośbę mężczyzny. Lullasy potrafiła to zrozumieć, Sechmet, choć wyraziła chęć współdzielenia obowiązków, to jednak nie była taka jak naturianka. Brakowało jej gotowości do tego, by odrzucić siebie w imię pana, by stać się przedłużeniem cudzej woli. Oznaczało to, że potrzebowała wszelkiej pomocy, by móc przeżyć to, co dla niewolnicy powinno być rzeczywistością.

- Panno Sechmet. - Lullasy po raz pierwszy od… zawsze była pewna siebie i było to słychać w jej głosie, nawet pomimo wciąż panującej dookoła nich burzy. Jej ciało wciąż drżało, ból bowiem, choć powoli ustępował, to jednak wciąż niczym echo rozchodził się po jej wnętrznościach. Naturianka wpatrywała się w smokołaczkę, jej uśmiech wciąż był zbyt silny, by mógł być skryty pod obojętnością, którą każda niewolnica powinna w domyśle wykazywać. Gdyby nie deszcz, to można by było zobaczyć jej twarz zalaną łzami, syndrom bólu, który toczył ją od środka niczym nieuchronna zaraza. - W-wszystko będzie dobrze.





        Podróż pomimo wszechobecnego chłodu i deszczu była zaskakująco miła dla wszystkich obecnych i zlatywała stosunkowo szybko. Wszechobecne zimno i nieustanny potok uderzający w Lullasy ze swą pełną siłą były kojące, pozwalając wężowej damie zachować przytomność aż do momentu, kiedy to jej emocje całkiem ochłonęły, po bólu zostało jedynie zaskakująco miłe wspomnienie. Teraz gdy zarówno ciało jej jak i umysł nie były przytłoczone nadmiarem bodźców, niewolnica mogła poświęcić nieco uwagi na obserwację innych i tego, w jaki sposób umilali sobie tę podróż.

        Kot-zazwyczaj-w-butach zdołał, jakimś cudem, schować się pod swoimi butami, tworząc z nich prowizoryczne schronienie. Jakim cudem buty tu były? Wcześniej Eugona myślała, że miał on buty, gdy wskoczył na ramiona Sechmet, ale już podczas wchodzenia na wóz Lullasy mogła zauważyć, iż buty już były na wozie, ułożone tak, jakby od zawsze tam były, mimo tego, iż kot wtedy dopiero schodził z barku zmiennokształtnej. Czyżby jakaś magia, czy po prostu sztuka tajemna znana tylko kotowatym? Naturianka nie myślała nad tym, głównie dlatego, bo nie było potrzeby, aby wnikać w sekrety, których to ten kot miał aż nadmiar.

        Jej wężowa fryzura była grzeczna i nie trzeba było jej nawet do tego zmusić! Wężowe główki pozwalały, aby krople deszczu przemyły ich łuskowate cielska. Niektóre, znudzone bezczynnością zaczęły kłapać paszczami, łapiąc w swoje czerwone mordki krople deszczu. Niektóre robiły to w ramach zawodów, licząc na to, że złapią więcej od pozostałych, a niektóre po prostu relaksowały się, czując rześki płyn spływający po ich wnętrznościach. Możliwe, że to zimno sprawiło, iż były takie spokojnie, jakby nie patrzeć były gadami, a co za tym idzie, były zimnokrwiste… a przynajmniej powinny. Lullasy też nie przejmowała się nimi zbyt długo. Nie było sensu zawracać sobie głowy swoimi lokatorami, jeśli ci nie sprawiali kłopotów.

        Sechmet i Ami siedzieli blisko siebie, ciesząc się odpoczynkiem i swoim wzajemnym towarzystwem. Zmiennokształtna była okazjonalnie zobowiązania, by odpowiedzieć na pytania ich wybawcy, a zarazem pracodawcy, ale jej odpowiedzi były wyjątkowo krótkie, szczególnie według opinii eugony. Momentami wężowa dama aż bała się, że pan Rint uzna to za obelgę, tak ona bowiem interpretowała zachowanie zmiennokształtnej. Kiedy jednak tak się nie działo, to naturianka musiała po raz kolejny przypominać sobie o tym, że logika pasująca do szlachty nie aplikowała się do Williama ani tym bardziej do Sechmet, atmosfera między nimi była przyjazna bowiem pomimo tego, w jaki sposób Sechmet prowadziła konwersację.

        Kiedy człowiek, William Rint, był skupiony na smokołaczce, to Lullasy korzystała z deszczu, by doprowadzić się do ładu. Jej ogon, kiedy tylko wsiadła do wozu, był cały z błota, pomimo tego, że musiała przemieścić się tylko kilka metrów. W każdym razie deszcz był idealną okazją, by doprowadzić jej łuski do ładu i składu, w przeciwnym wypadku istniało bowiem ryzyko, iż wraz ze swoim cielskiem eugona wniesie brud z zewnątrz do gospody, do której się zbliżali, a tak niewolnicy nie przystoi. Ostrożnie manewrując swoim ogonem, eugona wystawiała jego fragmenty poza wóz, a następnie z pomocą rąk pozbywała się wszystkiego i szorowała rękoma łuski, aż te lśniły w blasku okolicznych błyskawic. Czynność ta pozwoliła jej także nie myśleć o tym, jak bardzo zimno jej było, ani też jak bardzo choroba może ją pochłonąć, jeśli nie zdoła się wkrótce osuszyć i ogrzać.

“Muszę doprowadzić do porządku moje obecne ubranie. To nieakceptowalne, bym reprezentowała swojego pana z tak nieczystym odzieniem.”

        O ile materiał, którym to skryte były jej kobiece aspekty, wyglądał tak jak zawsze - na szarym bowiem bardzo ciężko było zauważyć to, jak bardzo zabrudzona była tkanina - o tyle jej płaszcz nosił na sobie liczne ślady użycia i zużycia. Liczne wyraziste plamy, zarówno od pospolitego brudu, jak i również od krwi, były o wiele bardziej widoczne ze względu na swoją wielkość, a na dodatek powierzchnie tego pokrywały liczne uszkodzenia, dziury i miejsca, gdzie materiał został w ten czy inny sposób rozerwany. Sprawy nie ułatwiał fakt, że wszystkie trzy elementy garderoby były przemoknięte aż do ostatniej suchej nitki, przez co szorstka i nieprzyjemna powierzchnia tego taniego odzienia przylegała do skóry o wiele mocniej, niż to było konieczne, powodując szczególnie mocny dyskomfort w co delikatniejszych miejscach.

“Będę musiała je wyprać w odpowiednich warunkach i dać im wyschnąć jak należy. A później naprawić w miarę możliwości. Będę musiała zapracować na to, aby pan Rint udzielił mi nici i igły. Mam nadzieje, że do tego czasu nie będzie miał mi za złe tego, w jakim stanie będę musiała mu usługiwać.”

- No cóż, dziękuję ci za zaspokojenie choć części mojej ciekawości, panienko Sechmet. - Głos Williama wyrwał ją z zamyślenia i to w samą porę, bo gdy podniosła wzrok i skierowała go na chłopa, to jego łysa łepetyna była obrócona w jej stronę. Stukot kopyt rozbrzmiewał na prostej drodze i jak dotąd wioska była ledwie widocznym kształtem, przysłoniętym przez wszechobecny deszcz i mrok. - A ty, Lullasy? Czy będziesz w stanie umilić mi tę podróż odrobiną informacji o sobie?

- Czego sobie życzysz wiedzieć o mnie, mój Panie?

        Jeśli William był zaskoczony tym, w jaki sposób zwróciła się ku niemu jego nowo nabyta pomoc, to nie dał tego po sobie poznać. Wpatrywał się w twarz niewolnicy, na której to widniał absolutny spokój, w czasie gdy jego własna twarz zaczęła przejawiać oznaki głębokiego zamyślenia.

- Choć przyznać muszę, iż urzeka mnie twa forma, to jednak zastanawia mnie pewna rzecz. Czemu, podobnie jak panna Sechmet, nie przebywałaś w ludzkiej postaci? Jeżeli młodość mnie czegoś nauczyła, to tego, że jeżeli coś może mówić, to niemal na pewno ma postać ludzką.

- Jestem niezdolna do przybrania ludzkiej czy nawet zwierzęcej formy odkąd tylko pamiętam, te bowiem nigdy nie były mi potrzebne do spełniania moich obowiązków.

- Obowiązki? Chodzi o ochronę lasu i takich tam? W końcu ty i tobie podobne służycie naturze, czy też Matce Naturze, dobrze pamiętam? Czy może tylko przypominasz wężowe kobiety z dziczy, o których to tyle słyszałem?

        Choć zdawać by się mogło, że William całkiem zakończył temat brakujących zdolności eugony, to jednak jego przeszywające spojrzenie mówiło co innego. Mężczyzna miał wiele lat na karku i był na tyle doświadczony w sprawach nieludzi, by wiedzieć, że czasami za pytanie wprost można skończyć źle, dlatego też krążył dookoła tematu w sposób, który przy odrobinie szczęścia sprawi, że naturianka sama z siebie udzieli mu odpowiedzi.

- Jestem z urodzenia eugoną, mój panie, ale rodowód i wygląd to jedyne, co łączy mnie i niecywilizowane istoty, o których to pan obecnie myśli. Jestem i od zawsze byłam niewolnicą, a obowiązkiem moim jest, była i będzie służba mojemu panu, którego własnością jest wszystko, czym jestem i wszystko, co robię. Panie Rint... przyjąłeś mnie i Sechmet pod swoją opiekę w akcie łaski, pomimo tego, iż mogłeś nas zostawić i nic na tym nie stracić. Gdyby nie ty, nie miałabym przyszłości, dlatego też całą moją przyszłość powierzam tobie jak i również ciało me, umysł i duszę, abym mogła służyć ci całym swym istnieniem.

        Przez chwilę panowała niekomfortowa cisza, łysy chłop wydawał się posępny, a Lullasy, choć utrzymywała kamienną twarz, to zaczynała się martwić. Czyżby powiedziała coś nie tak? Czyżby popełniła błąd, albo wspomniała o czymś, czego pan Rint nie chciał usłyszeć? Na całe szczęście nie musiała się domyślać długo, William bowiem kontynuował swe pytania.

- Niewolnica, huh? Czyli co, należysz do kogoś? Jesteś własnością pięknookiej? - Gestem ręki wskazał na Sechmet, a Lullasy posłusznie pokiwała głową na nie. William nie wydawał się pocieszony tą odpowiedzią. - Komu więc służysz?

- Tobie, mój panie - skomentowała krótko Lullasy, lecz zaczęła kontynuować, gdy tylko zauważyła grymas na twarzy Alarianina. - Rozumiem jednak, że chodzi ci o to, czy przypadkiem nie należę do kogoś innego. Pierwsza, a zarazem ostatnia osoba, której oficjalnie służyłam, zmarła z tego co mi wiadomo. Był to szlachcic, Adrerion z rodu Kareath, którego posiadłość znajdowała się w okolicach Demary. Kiedy, z oczywistych powodów, przestałam być na jego usługach, zostałam wykupiona, lecz ostatecznie nigdy nie dane mi było poznać osoby, która chciała mnie posiadać. Wydarzenia poza moją kontrolą sprawiły, iż zostałam rozdzielona od osoby reprezentującej mojego kupca, odpowiedzialnej za dostarczenie mnie na miejsce. To właśnie w ten sposób spotkałam i zaczęłam podróżować z Sechmet. - Lullasy przez moment rozważała, czy aby na tym nie skończyć swoich wyjaśnień, ale koniec końców postanowiła powiedzieć na głos to, co dotychczas było ledwie cichą myślą w jej głowie. - Prawdopodobnie jestem uznawana przez mojego niedoszłego właściciela za martwą, a jeśli nie, to pewnie uważa, iż uciekłam, a to jest niemal równoznaczne ze śmiercią. Z tego też powodu do niedawna byłam niewolnicą bez pana... narzędziem bez użytkownika. Niczym. Ale dzięki tobie, panie Rint, moje życie odzyskało sens, który został mi przeznaczony wraz z moimi narodzinami.

        Lullasy przy ostatnim zdaniu brzmiała szczęśliwie, ale na całe szczęście nie była to na tyle silna radość, by aktywować klątwę zawartą w jej krwi. William tymczasem? Wyglądał, jakby był gotów wyrzucić eugonę z wozu i odjechać jak najdalej. Powrócił do patrzenia wprost, pod pozorem pilnowania, żeby konie pogonić, a w rzeczywistości po to, aby nikt nie widział jego zestresowanej miny.

- No świetnie. No, kurwa, świetnie. Tego mi brakowało, przyjąć do siebie własność jakiegoś wysoko-urodzonego obszczymurka. Jeśli ona nie ma racji i jest aktywnie poszukiwana, to skończę na stryczku, a wraz ze mną reszta wioski - wyszeptał pod nosem, zaczął brać głębokie oddechy. Kiedy tylko był pewien, że emocje nie zaczną nad nim górować, to odezwał się ponownie do eugony, choć wciąż nie odważył się patrzeć w jej kierunku. - Dobra, czy jest coś innego, o czym powinienem wiedzieć? - Po jego tonie słychać było, że spodziewa się kolejnych złych wieści i pod tym względem naturianka go nie zawiodła.

- Nie jestem pewna, co dokładnie może być ważnego w mej nieznaczącej osobie, jednak postaram się wyjawić wszystko, co może wpłynąć na moją zdolność usługiwania ci, mój panie. Przeznaczona mi pierwotnie była służba w domu szlacheckim, z tego względu pozbawiono mnie wszystkiego, co było zbędne. Poza niezdolnością do zmiany formy, moje ciało stało się słabsze, cobym krzywdy nawet przypadkiem nie była w stanie wyrządzić innym, a także delikatniejsze, żebym mogła po stokroć mocniej odczuć wszystko, na co zostanę wystawiona. Niestety oznacza to też, iż moje ciało jest porównywalne do szkła, rany moje bowiem krwawią i zasklepiają się dłużej, niż powinny, a choroby o wiele mocniej i dłużej czynią szkody w moim organizmie.

- Mogłaś od tego zacząć…

        William był aż nazbyt świadomy tego, że ma na wozie dwie przemoknięte kobiety oraz że powietrze jest na tyle chłodne, aby przeziębienie było niemal gwarantowane. Teraz jednak, wiedząc o tym, że naturianka jest podatna na tego typu stan, przeziębienie mogło stać się czymś o wiele gorszym, a na nic mu była dodatkowa para dłoni w gospodarstwie, jeżeli te były schorowane i jedynie dodawały pracy, zamiast zajmować się tą obecną. Wyuczonym ruchem nadgarstka przekazał poprzez uprząż ponaglenie do koni, a te w miarę możliwości przyspieszyły.

- Wybacz mi, mój p-

- Zachowaj to na później, kiedy będziesz przykuta do łóżka gorączką. Mów, co jeszcze muszę o tobie wiedzieć, póki masz siły i póki jeszcze nie zmieniłem zdania co do tego, czy aby na pewno chcę cię w mojej gospodzie. - William był zły na to, jak bardzo problematyczna okazała się wężowa kobieta. Słowa jego jednak osiągnęły pożądany przez niego skutek, Lullasy bowiem zaprzestała próby uzyskania przebaczenia, zamiast tego dusząc poczucie nieadekwatności głęboko w sobie. - Przy okazji powiedz, co ty tak w ogóle potrafisz? Mówiłaś o obowiązkach, więc coś musisz umieć, tak?

- Tak jest, mój panie. Wszelka magia zdaje się nie działać tak, jak powinna, jeśli zacznie oddziaływać na mnie w jakiś sposób. Dobre zaklęcia często mają odwrotne skutki, a te negatywne o wiele mocniej nakładają swoje efekty na mnie, jednak poza tym nie znam szczegółów tego, czemu tak się dzieje, ani jaki mechanizm się za tym kryje. Moje ciało otula ból gdy jestem zbyt szczęśliwa, jedyne szczęście bowiem, do którego niewolnica ma prawo, to szczęście, które odczuwa jej pan. Z tego samego też powodu krew moja przynosi euforię każdemu, kto ją skonsumuje. Poza tym istnieje zdanie, które sprawia, iż tracę całkowicie kontrolę nad swym ciałem. Staję się wtedy pustą kukiełką niezdolną do odczuwania emocji oraz całkowicie posłuszną wszelkim rozkazom. - Po tym, co powiedziała, William bardzo powoli odwrócił się, patrząc w eugonę. Widać było, iż spodziewał się, iż niewolnica zaraz wyjawi to zdanie, które pozwala nad nią zapanować. Lullasy jednak zamilkła na moment, po czym niezbyt dyskretnie spojrzała na Sechmet, a w jej oczach widać było dyskomfort, jakby była dziewicą, od której oczekiwano, iż rozbierze się do naga na środku miasta i pod bacznym okiem tutejszych. - Tylko ty, mój panie, masz prawo znać te słowa… nikt inny.

- Porozmawiamy o tym… później - skomentował William, który aż nie był w stanie przetrawić wszystkiego, o czym powiedziała eugona. Zamiast tego postanowił zmienić temat, póki jeszcze był do tego zdolny. - A twoje umiejętności?

- Zostałam wyszkolona do służby w domu oraz w celu zaspokajania zachcianek osób, którym usługuję. Umiem gotować większość popularniejszych potraw, a także w miarę możliwości tworzyć własne z dostępnych składników. Sprzątam, wykonuję wszelkie porządki domowe, a także mam podstawowe doświadczenie w opiece nad dziećmi. Znana jest mi etykieta szlachecka oraz związane z tym okłamywanie na rzecz tych, którym służę. Poza tym jestem uzdolniona w śpiewie, grze na harfie oraz zaspokajaniu cudzych potrzeb poprzez masaż, taniec a w szczególności z pomocą mojego własnego ciała. - W tym momencie William aż zakaszlał, prawdopodobnie nie będąc gotowym na to, iż Lullasy wspomni o tak… specyficznych… zdolnościach. - Poza tym jestem zaznajomiona z podstawami cukiernictwa, ogrodnictwa, zielarstwa, alchemii, anatomii i krawiectwa.

- To… zaskakująco pokaźny wachlarz umiejętności, Lullasy, i skłamałbym, gdybym powiedział, że część z nich nie jest tym, czego akurat poszukuję. Cóż, nigdy nie miałem niewolnicy, ani też nie planowałem takowej posiadać, nie dla mnie takie szlacheckie bzdety, ale postawiłaś mnie w sytuacji, gdzie nieskorzystanie z twoich zdolności byłoby czystą głupotą - przyznał William. - Aczkolwiek to nie znaczy, że chcę, aby ktokolwiek myślał, że zaczynam ochoczo się w niewolnictwie babrać. Od teraz jeśli ktoś spyta, to jesteś służącą czy gosposią, czy czymkolwiek innym, bylebyś trzymała język za zębami odnośnie swego… wykształcenia. Zrozumiano? Panno Sechmet, od ciebie też oczekuję, byś nikomu nie wyszeptała ani słowa o tym.

- Ależ oczywiście, mój panie. Twe słowo jest moim rozkazem, nie pozwolę, aby ktokolwiek wiedział o prawdziwej naturze tego, czemu tobie usługuję - potwierdziła eugona, która aż odetchnęła. Jej pan był zadowolony z jej potencjału, a to oznaczało, że była dobrą niewolnicą. Aż w ramach świętowania postanowiła poświęcić nieco uwagi swoim wężom, które od dłuższego czasu domagały się jej uwagi i wiły się na jej głowie, znudzone i stęsknione za delikatnym głaskaniem, które to każda wężowa główka tak uwielbiała.

        Kilkanaście minut później pogoda wciąż była okropna, ale za to w końcu dotarli do celu. Wóz zatrzymał się przed całkiem zacnym domostwem, które eugona zaczęła obserwować, odkąd to było w zasięgu ich wzroku. Szczególnie mocno przyciągał ją bardzo znajomy widok, gdzie ziemia była przeznaczona na uprawę roślin. Już teraz niewolnica zastanawiała się, nad jakimi roślinami będzie jej dane sprawować pieczę. Sechmet wysiadła jako pierwsza wraz ze swoim pseudosmokiem, Lullasy zaś poczekała, aż kot, który jej nieustannie towarzyszył, przywdzieje swoje buty, coby móc wraz z nim zejść z wozu na ziemię, która coraz bardziej zaczynała przypominać błotniste morze rozciągające się wszędzie, gdzie bujna trawa nie była obecna. Wężowa dama nie zdążyła nawet użalić się nad stanem swojego niedawno umytego ogona, kiedy to łaciaty pies przybiegł przywitać Williama i zaobserwować nowo przybyłe istoty. William poświęcił nieco uwagi czworonogowi, a następnie poszedł schować zarówno wóz jak i ciągnące go konie w stajni, kobietom każąc od razu skierować się do wnętrza domostwa.

        Staruszka, którą zastały w progu, była… specyficzna. Lullasy chciała ją porównać do pokojówki, ale nawet pokojówki mają pewne standardy wieku, które ta kobieta przekraczała i to pewnie kilkukrotnie. Mało tego, przypominała ona bardziej zwykłą babunię niż kogokolwiek, kto z zawodu zajmował się cudzym domem. Mimo tych pozorów Lullasy wykonała z szacunkiem pokłon wobec tej starszej kobiety, kiedy tylko smokołaczka przedstawiła zarówno siebie jak i naturiankę, pilnując zarazem, aby otrzepać swój ogon z błota przed znalezieniem się wewnątrz domostwa. Późniejsze narzekania staruszki oraz bardzo interesująca dyskusja z Williamem nie wywołały większej reakcji u niewolnicy, która jedynie obserwowała i słuchała, póki nie było rozkazów do wykonania. Gdy tylko zostało im nakazane, aby się rozgościły w oczekiwaniu na jedzenie, Lullasy przypełzła do stołu, a następnie z gracją zwinęła swój ogon pod sobą, tworząc sobie siedzisko ze sporej części swojego własnego ogona, którego końcowa część spoczywała spokojnie na podłodze.

        Sama eugona wydawała się zrelaksowana, co było widać po tym, jak zaczęła rozglądać się po pokoju, zapoznając się z umeblowaniem oraz z widokiem kota przy rozpalonym ognisku. Przez chwilę myślała, że to kot w butach, który znowu swe obuwie gdzieś odstawił, ale została wyprowadzona z błędu, gdy futrzak, o którym myślała, zbliżył się do sobie podobnej istoty i jakby nigdy nic położył się tuż obok, tym razem zbyt leniwy, by pozbyć się swych kocich butów ze swych łapek. W końcu zdecydowała się odezwać Lullasy, lecz nim mogła odpowiedzieć, poczuła niespodziewany nacisk na tej części ogona, która nie była częścią jej siedziska. Gwałtownie obróciła się w gotowości do tego, by ruszyć gwałtownie ogonem, lecz powstrzymała się, gdy ujrzała, kim dokładnie jest jej napastnik. Mała dziewczynka, prawdopodobnie zbyt mała, by zrozumieć co bardziej skomplikowane rozmowy między dorosłymi, dzierżyła końcówkę jej ogona niczym miecz i machała nim, wydając przy tym bliżej niezidentyfikowane dźwięki, przez które przeplatał się dziecięcy chichot. Eugona odetchnęła, po czym zakładając, iż ma do czynienia z córką Williama Rinta, zdecydowała już zawczasu wykonać swoje obowiązki i przypilnować, aby malutka nie zrobiła sobie krzywdy. Bardzo delikatnie wykorzystała wolną część swego ogona, by jeden raz owinąć go wokół złotowłosej, dzięki temu trzymając ją w miejscu i bez możliwości upadku. Sama końcówka tymczasem ułożyła się tuż przed twarzą młodej i zaczęła ruszać się rytmicznie niczym grzechotka. I choć nie towarzyszył temu żaden dźwięk, to było to wystarczające, dziecię bowiem zaczęło z zachwytem próbować złapać końcówkę ogona eugony i brzmiało bardzo zadowolone z tego, że nawet w jej młodych rączkach ta iście żywa zabawka ruszała się energicznie w górę i w dół. Sama końcówka ogona była na tyle daleko od jej twarzyczki, by nie stanowić zagrożenia, ani też by niemożliwe było zaciągnięcie tej części ciała eugony do nazbyt ciekawskiej dziecięcej buzi.

- Pomieszczenie jest zadbane, jeżeli reszta domostwa tak się prezentuje, to nasze obowiązki tutaj nie powinny być zbyt ciężkie, nawet biorąc pod uwagę właśnie odkrytą obecność dziecka albo dzieci, bo tych może być więcej. Jedyne co mnie niepokoi, to praca w polu i dojenie krów, obce są mi bowiem te czynności i nie jestem pewna, czy pomimo moich dotychczasowych umiejętności spełnię oczekiwania pana Rinta. - Lullasy mówiła do Sechmet z łatwością pomimo tego, iż jej wzrok wpatrywał się w dziecko, a umysł jej skupiony był na tym, aby nie skrzywdzić przypadkiem młodej w ten czy inny sposób. - Matka pana Rinta wspominała o innych nieludziach i o tendencjach naszego pana do sprowadzania tychże w celach pracy na jego gospodarstwie. Prawdopodobnie będzie tu dużo istot takich jak my, które potrzebowały pomocy lub dachu nad głową, a z którymi to będziemy prawdopodobnie dzielić swoje obowiązki. To oznacza, iż nawet jeżeli nie będziemy czegoś umieć, to możemy liczyć na pomoc, a może i nawet na naukę z ich strony.

        Lullasy zamilkła na chwilę, zastanawiając się nad tym, jak powiedzieć to, o czym chciała wspomnieć, a o czym młode uszy nie powinny słyszeć, nawet jeśli nie były jeszcze w stanie zrozumieć, o co dokładnie chodzi. Eugona wolała być ostrożna, niż potem tłumaczyć się, czemu złotowłosa dziewczynka nagle nauczyła się powtarzać pewne bardzo specyficzne i bardzo niepoprawne słowa.

- Pan Rint jest… inny niż szlachta, do której byłam… jestem przyzwyczajona. Nawet kiedy patrzył na nas i oceniał bezwzględnie nasze ciała, jego intencje wydawały się przyjazne. Nie sądzę, by chciał on wykorzystać swoją pozycję i twój dług wdzięczności, aby w jakikolwiek sposób dokonać czegoś, czego byś nie pragnęła. - Lullasy celowo odwoływała się w tej kwestii tylko i wyłącznie do Sechmet, jako niewolnica bowiem była gotowa znieść i przeżyć wszystko dla swojego pana i cokolwiek by to było, ona była gotowa przyjąć to z otwartymi ramionami, by odpłacić łaskę, jaką została obdarowana. - Podejrzewam, że pewnie pozwoliłby ci spędzić czas tutaj, nawet gdybym tylko ja miała zapracować na to, ale pamiętam o tym, że już wcześniej wyraziłaś swoją chęć do pracy u mego boku, dlatego też nie kwestionuję twej decyzji.

        Eugona chciała jeszcze przedyskutować to z Sechmet, lecz zamiast tego poczuła nadchodzące kichnięcie. Korzystając ze swojego płaszcza, który i tak nadawał się już tylko i wyłącznie do prania i napraw, przysłoniła swoje usta i przytłumiła dźwięk kichnięcia, który i tak aż wybudził obydwa koty ze snu oraz zwrócił uwagę dziewczynki na głowę eugony. Lullasy tymczasem, choć przerażona była wizją choroby, podczas której to niezdolna by była do pracy, to jednak o wiele mocniej zażenowana była tym, co stało się chwilę później. Węże na jej głowie, jeden po drugim, a czasami kilka naraz, zaczęły kichać. Ich kichnięcia były bardziej urocze niż głośne, ale brak rąk sprawiał, iż te nie miały skutecznego sposobu, by zasłonić swe zasmarkane pyszczki. Co mądrzejsze uznały, że idealne do tego celu są pyszczki swych braci, co zaowocowało tym iż niektóre z czerwonych gadów skończyły z glutami na twarzy.

- …Przepraszam, że musiałaś być świadkiem tego, panno Sechmet - wyszeptała Lullasy, która o dziwo aż wyłamała się ze swojej neutralnej twarzy. Zamiast tego jej buzia wyrażała zażenowanie, o czym świadczyły czerwone niczym jej łuski policzki. - Mam nadzieję, że uda mi się wyjść na deszcz i doprowadzić te urwisy do porządku, zanim wróci...

Przerwało jej kolejne kichnięcie od jednego z węży na jej głowie, tym razem jednak było inaczej, nadeszła bowiem niespodziewana odpowiedź ze strony, gdzie ostatnio udał się William.

- Na zdrowie! - Chwilę później William zjawił się w salonie, tuż za nim pojawiła się także kobieta, której wzrost oraz muskulatura godna barbarzyńcy pozwalała z łatwością rozpoznać ją jako przedstawicielkę nordyjczyków. Jej bujne, płowe włosy spływały aż do jej bioder niczym nieokiełznana fala chaosu, a brązowe oczy otoczone błękitnymi zdobieniami na jej skórze zdawały się promieniować szczęściem. Tylko jej strój, który przypominał nieco większą wersję tego, co nosiła matka Williama był dowodem na to, że musiała ona być jedną z osób pracujących u niego, a trzymane przez nią dwa talerze pełne jedzenia były dowodem na to, iż to ona była najprawdopodobniej odpowiedzialna za przygotowywanie jedzenia. William trzymał tylko jeden talerz, ale zawartość znajdująca się na nim zdawała się bardziej obfita i urozmaicona w porównaniu do dwóch pozostałych porcji.

        Zarówno łysy mężczyzna jak i nowa kobieta zamarli, gdy tylko kolejna fala kichnięć przeszyła fryzurę naturianki. Niewolnica wbijała wzrok w podłogę, spodziewając się tego, iż zostanie co najmniej wychłostana za tak niegodne niewolnicy zachowanie, nawet jeśli wywodziło się ono od węży, nad którymi nie miała zbytniej kontroli. Tymczasem złotowłosa dziewczynka, która już dawno straciła zainteresowanie ogonem, uśmiechała się i klaskała delikatnie rączkami, rozbawiona czymś, co z jej perspektywy było kichającymi, czerwonymi kluskami, które dziwnej pani zastępowały włosy.

- … - William powoli zaczął otrząsać się z tego, czego był świadkiem. Wzrok jego spoczął na dziecku, które było otulone bezpiecznie przez ogon eugony. - Och, Gardenyia, a ty co tutaj robisz, skarbie? - rzekł, a następnie odstawił swój talerz, coby móc uklęknąć przy swojej córce.

- Papa! ogun! - wykrzyknęła młoda, która najwyraźniej wcześniej była zbyt zachwycona istnieniem Lullasy, aby w jakikolwiek sposób odezwać się na głos. - Ogun zostani? dulugo? - zapytała ciekawska, w czasie gdy William bez trudu chwycił ją pod pachy i podniósł, czego efektem końcowym było to, iż trafiła w jego objęcia.

- Tata właśnie będzie rozmawiał z nią i jej koleżanką. Do tego czasu jeszcze nic nie wiadomo. A teraz czas wracać do łóżka, jest późno, a dobrze wiesz, że jak się nie śpi, to pani z ogunem może pomylić cię w ciemności z obiadem! - Pomimo tego, jak groźnie brzmiało to, co powiedział, to reakcją Gardenyii był chichot, co prawdopodobnie oznaczało, iż młoda była świadoma tego, że ojciec zmyśla jak z nut. - Borisia, bądź tak miła i zaprowadź naszą gwiazdkę do łóżka. Po tym możesz sama odpocząć, dam sobie radę ze wszystkim, co zostało do zrobienia.

- Spokojna twoja łysa głowa, będzie słodko spać, zanim skończysz zaglądać w bieliznę swoich nowych nabytków - powiedziała wysoka kobieta, a Lullasy aż zakrztusiła się własną śliną, słysząc to, w jak pospolity sposób Borisia zwróciła się do Williama, czemu akompaniowało jeszcze jedno, tym razem ostatnie, kichnięcie ze strony mieszkańców czubka jej głowy. Odstawienie talerzy na stół przez kobietę z północy oraz przekazanie złotowłosego dziecięcia w ręce Borisii przebiegło sprawnie, dzięki czemu w salonie z Williamem i wciąż ciepłym posiłkiem zostały tylko Sechmet i niewolnica. Sam Wiliam zasiadł po przeciwnej stronie stołu w stosunku do naturianki, gdzie pozostawił wcześniej swój talerz. Talerz wężowej damy został pozostawiony przez nordkę tuż przed nią, zaś ten zarezerwowany dla Sechmet znajdował się tuż obok eugony, gdzie już czekało na nią wolne krzesło.

- Sechmet, śmiało, dosiądź do nas. Jeżeli chcesz, to poczęstuj swojego pseudosmoka, bylebym nie obudził się jutro od widoku zaginionych kur i jednego zadowolonego z siebie gada - przemówił William, po czym zaczął nożem i widelcem konsumować pierwsze kawałki jedzenia. Cała trójka miała na talerzu ugotowane ziemniaki z ziołowymi przyprawami, wokół których spoczywały poćwiartowane kawałki marchwi oraz wołowego mięsa. Różnicą między talerzem Williama a tymi, które zostały podane dziewczynom, była ilość przypraw oraz to, że porcja mężczyzny zdawała się większa oraz bardziej soczysta. Chłop po chwili przestał jeść, jakby przypomniał sobie o czymś i zaczął grzebać w kieszeniach swojego odzienia. - A, Lullasy, wybacz, ale nie dość, że pierwszy raz widziałem kichające włosy, to na dodatek moja córka odwróciła moją uwagę od tego, w jakim stanie jesteś ty i twoja… fryzura? - Po tych słowach rzucił w kierunku eugony kawałek materiału, który służyć miał najpewniej za chusteczkę. Lullasy nie zdążyła nawet podnieść ręki, by ten złapać, ale na szczęście węże na jej głowie były na tyle czujne, by nadrobić to. Jeden z nich złapał bowiem materiał w pyszczek, a następnie z delikatnością godnej zatroskanej mamy przetarł nosek eugony, która przybrała jeszcze mocniejszy buraczany kolor. A gdy jej nos był ogarnięty, węże zaczęły z pomocą materiału czyścić się nawzajem, pozwalając humanoidom na rozmowę w ciszy i spokoju, bez zbędnych przerywników natury gadziej.

- Najmocniej przepraszam, mój panie, w życiu nie będę w stanie odpracować hańby, do której właśnie doprowadziłam. Nie wiem, w jaki sposób chcesz ukarać mnie za tak niedopuszczalne zachowanie, ale… - Eugona mówiła bardzo cicho, ale na tyle wyraźnie, by zarówno Sechmet jak i Wiliam byli w stanie ją słyszeć. Pod wstydem kryła się rozpacz, iż już pierwszego dnia zaprzepaściła swoje szanse na godne służenie, co zresztą słychać było po jej głosie, jakby własnymi rękoma zamordowała mężczyźnie matkę i spaliła jego pole.

- Żadnego ale. Nie wiem, jacy zwyrodnialcy wcześniej się tobą zajmowali, ale w tym miejscu najbrutalniejszą karą, jaką uznaję, to obowiązek wykąpania mojej matki, ale tego to nawet najgorszemu wrogowi nie życzę. Za zasmarkany nos to co najwyżej zostaniesz zmuszona do zjedzenia czegoś ciepłego, więc teraz rozkoszuj się jedzeniem, a w międzyczasie możemy obgadać szczegóły pracy twojej i Sechmet na moich włościach.

        Eugona pokiwała głową, dając znać, że zrozumiała jego słowa, nawet jeśli aż do bólu przypominało jej to o tym, jak traktowała ją Sechmet… O tym, jak bardzo nie była niewolnicą w jej oczach. Chwyciła za sztućce i zaczęła z adekwatną gracją spożywać swój posiłek. Nie była dzikuską, umiała usługiwać szlachcicowi jakby nie patrzeć, więc wiedziała, jak jeść, by wyglądać przy tym elegancko i poprawnie. Jedyne, co odstawało od tego zachowania, to momenty, kiedy unosiła swój widelec na tyle wysoko, by jej włosy mogły poczęstować się tym samym posiłkiem co ona. Gadziny były z posiłku bardzo zadowolone i zdanie to jak najbardziej podzielała naturianka, która jadła tak szybko, jak tylko wkute w jej umysł maniery na to pozwalały. William tymczasem, zgodnie ze swoimi słowami, w pewnym momencie zrobił sobie przerwę w jedzeniu, zarówno aby odetchnąć, ale także aby móc porozmawiać z dwójką, którą to obecnie gościł w swym salonie.

- Lullasy, ty wyjaśniłaś mi już to, co potrafisz i myślę, że będziesz bardzo pomocna, szczególnie jeśli to, co słyszałem o niewolnikach, jest prawdą. Nie zamierzam truć ci o moralności, o tym, że możesz być kim tylko chcesz i inne bzdety, nie mam tyle lat, by próbować cię naprostować, jeśli faktycznie jest to jedyna rzecz, którą znasz, dlatego też oferuję ci, że tak długo, jak twoja obecność nie będzie sprawiać problemów, tak długo będziesz mogła tu zostać i służyć mi, zrozumiano?

- T-tak jest, mój panie - odpowiedziała Lullasy, którą przerażał fakt, iż może zostać porzucona, jeśli przyniesie swojemu nowemu panu problemy. Eugona nie chciała tego, nie chciała znowu cierpieć i błądzić.

- Za to ty, Sechmet - Łysy chłop spojrzał na smokołaczkę, jego mina była spokojna jak dotąd. - Wcześniej nie byłaś skora do rozmowy, ale muszę wiedzieć… czy ty umiesz cokolwiek wartościowego, co będzie przydatne w moim gospodarstwie? Poza zianiem ogniem, rzecz jasna, o tym, że to potrafisz, to się domyśliłem ze względu na twoją rasę. Jeżeli nie, to jedyny pożytek, jaki z ciebie widzę na najbliższy miesiąc, to grzanie obiadów, bo co jak co, ale wiele rzeczy, do których brakuje rąk do pomocy, wymaga więcej niż tylko chęci i motywacji, więc trzeba by było cię poduczyć, a to trwa.

Mężczyzna wziął kolejny kęs ze swojej porcji, przeżuł szybko i kontynuował, gdy tylko zdołał przełknąć to, co zalegało mu w ustach.

- Poza tym jest jeszcze inna kwestia… Jak długo mam się spodziewać, że tu zostaniecie? Domyślam się, że nie planujecie być tu zbyt długo, albo że same nie wiecie, ale potrzebuję wiedzieć, czego od was się spodziewać. Od waszych odpowiedzi zależy, jak bardzo będę wam w stanie pomóc, gdy przyjdzie wasz czas na opuszczenie tego miejsca, zarówno finansowo jak i materialnie.

- Nie chcę opuścić tego miejsca.

- … Co proszę? - Zdziwienie na twarzy Williama było widoczne, nawet znając naturę Lullasy nie był on gotowy na to, co właśnie opuściło jej usta.

- Ja… nie chcę… opuścić tego miejsca. Nie chcę...nie chcę opuścić cię, mój panie. Nie chcę być znów narzędziem bez właściciela. Nie chcę być niczym. Nie chcę wolności, jak dotąd wszystkim, czym ona dla mnie była, to ból, strach i ciągłe uciekanie od problemów. - Naturianka starała się zachować spokój przed Williamem, choć widać było, że jej oczy zaszkliły się od nadchodzących łez. - Proszę, mój panie… Zrobię wszystko, absolutnie wszystko, w zamian chcę służyć ci, aż nastanie mój ostatni dech.

        Nawet burza ucichła, a przynajmniej osłabła na tyle, że niezręczna cisza wewnątrz salonu była wyraźna i zauważalna przez każdego z obecnych. Niewolnica drżała, gotowa na to, żeby zaakceptować odmowę ze strony pana Rina. Nie była jej obca brutalność świata, była więc gotowa na to, by po raz kolejny odebrano jej powód, dla którego to wciąż przebywa wśród żywych.
Awatar użytkownika
Sechmet
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Smokołak
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Sechmet »

Sechmet odetchnęła, gdy uwaga skupiła się na Lullasy, w końcu miała chwilę spokoju. Nie wtrącała się wprawdzie do rozmowy, ale aktywnie słuchała. Początkowo wszystko szło dobrze, jednakże gdy temat zszedł na kwestie tego, do kogo należy niewolnica, smokołaczka od razu zauważyła zaniepokojenie na twarzy Williama. W sumie to miał do tego prawo po szczegółowych wyjaśnieniach eugony. Nawet sama zmiennokształtna nieco się zmartwiła, czy jeśli osiądą na dłużej w jednym miejscu, to ktoś nie zacznie kojarzyć naturianki i nie przyniesie to nieszczęścia dla wszystkich związanych z rzekomym przywłaszczeniem charakterystycznej niewolnicy. Niemniej zmiennokształtna miała nadzieję, że jej koleżanka jakoś załagodzi sytuację, naprawdę nie chciała stracić szansy na ciepłe schronienie i być może ciepły posiłek. Niestety, było wręcz przeciwnie, ale ostatecznie pan Rint zamiast je wyrzucić, przyśpieszył konie, aby Lullasy się nie nabawiła jakiegoś paskudnego przeziębienia czy innej grypy.
Sechmet prawie spadła z siedzenia, ale nic nie powiedziała, poprawiła się od razu i lekko uśmiechała, zaczynając coraz bardziej ufać łysemu mężczyźnie, w końcu wykazał się dobrocią serca. Szatynce nawet przez myśl nie przeszło, że mogło to być pokierowane własnymi korzyściami niż prawdziwą troską.
Słysząc pytanie dotyczące umiejętności eugony, spodziewała się, że za chwilę i do niej zostanie skierowane. Na całe szczęście tak się nie stało, przynajmniej na razie. Jednak gdy zaczęła nad tym myśleć, to zrobiło jej się naprawdę głupio, nie pomógł też fakt naprawdę długiej listy kompetencji wymienionych przez wężowowłosą. Dziewczyna aż lekko rozdziawiła usta.

- "Cały czas mówisz, że jesteś nikim, jednak w obliczu tego wszystkiego to ja się czuję jak nikt…" - powiedziała w myślach smokołaczka, dyskretnie zerkając na koleżankę.
- Oczywiście, nie pisnę słówka – powiedziała do mężczyzny, nawet nie zamierzała mówić o Lullasy, że jest niewolnicą. To słowo kojarzyło jej się zbyt negatywnie, niczym obelga.

Będąc już pod dachem, smokołaczka siedziała przy stole i delektowała się ciepłem z ogniska. Palcami przeczesywała poplątane i mokre włosy, z których okazjonalnie spadały krople wody. Miała tylko nadzieję, że nie będzie z tego kałuży. Głupio jej było zrobić bałagan, a potem jeszcze prosić o coś, czym mogłaby posprzątać. Jednak gdy w ich towarzystwie znalazła się mała dziewczynka, zmiennokształtna na chwilę przestała się przejmować zdecydowanie nadmierną ilością rzeczy. Miło było popatrzeć, jak to niewinne dziecko tak po prostu bawi się ogonem naturianki. Bez strachu, bez nienawiści w oczach z powodu tak błahego, jakim była odmienna rasa. Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech.

- Chyba cię lubi – zagadała do Lull. – Pewnie tak, ty na pewno świetnie sobie będziesz radzić… - westchnęła na myśl, jak dawno nie mieszkała w zwykłym domu i jak wiele rzeczy może zrobić źle, wizja pomocy od innych nieludzi była jakimś pocieszeniem, ale jednocześnie kolejnym powodem do stresu – Pewnie masz rację. – Mężczyzna najwyraźniej po prostu lubił nietypowe towarzystwo i nie miał tak naprawdę żadnych niecnych zamiarów.

Wtem stało się coś zaskakującego. Sechmet jeszcze nigdy nie widziała kichającej fryzury, a tym bardziej zasmarkanej fryzury. Początkowo zaniemówiła, ale po chwili jej grymas mówił jasno, że naprawdę ciężko ze sobą walczy, by się nie roześmiać.

- Na zdrowie – powiedziała, zasłaniając usta w celu ukrycia niepoprawnie szerokiego w tej sytuacji uśmiechu.

Na dodatek w tym momencie do pokoju wszedł sam gospodarz. Sytuacja była komiczna, ale skrzydlata nie chciałaby być teraz w skórze naturianki, bo chyba zapadłaby się pod ziemię. Na dodatek pan Rint nie był sam. Kobieta, która obok niego stała, była… duża i to wcale nie w pasie. Samo patrzenie na nią za bardzo onieśmielało drobnej postury smokołaczkę, nawet jeśli w głowie sama do siebie krzyczała, że przecież może się stać smokiem i wtedy umięśniona kobieta już nie byłaby taka straszna. Choć z drugiej strony wyglądała na taką, co dla niej nawet przerośnięta jaszczurka nie stanowi problemu.

- "Spokojnie, przesadzasz, uspokój się" – mówiła do siebie i wzięła kilka głębszych oddechów, które pomogły jej się trochę uspokoić.

Znowu skupiła swoją uwagę na dziewczynce. Od złotowłosej biła jakaś taka przyjemna aura, smokołaczka nie potrafiła tego wyjaśnić. Miło się obserwowało, jak kochający tatuś bierze ją na ręce, widać było, że jest jego oczkiem w głowie. I wtedy całą scenę i nastrój zepsuła Nordka. Sechmet zbladła i popatrzyła na nią z przerażeniem, biorąc jej słowa zupełnie na poważnie. Nie pomagała również reakcja Lullasy. Na dodatek William w ogóle nie skomentował słów kobiety.

- Mhm. – Zmiennokształtna posłusznie wstała i podeszła do swojego talerza kompletnie onieśmielona i zaniepokojona. Przez to wszystko prawie usiadła na własnym ogonie, zdecydowanie za długo przebywała w ludzkiej postaci. – Nie, Ami jest bardzo grzeczny – zapewniła, ale mimo wszystko poczęstowała pseudosmoka kilkoma większymi kawałkami mięsa.

Gad rzucił się na nie wygłodniały, niestety koty też były zainteresowane, więc Ami syknął na nie i rozłożył skrzydła w taki sposób, by zagrodzić im dostęp do swojego kąska. Niestety futrzaki były na tyle uparte, że łuskowaty po prostu chwycił swoją porcję i usiadł na szczycie dużej szafy stojącej w kącie pokoju przeciwnym do tego, gdzie znajdował się kominek. Sechmet zachichotała cichutko, widząc tę scenę.
Zajęta własnym posiłkiem i obserwacją zwierzaków kompletnie nie słuchała tego, o czym gadali Lull i William. Dopiero gdy usłyszała swoje imię, niemal podskoczyła i od razu spojrzała pytająco na pana Rinta.

- T-tak? – spytała nieśmiało, mając nadzieję, że nie przegapiła czegoś ważnego, co mógł mówić mężczyzna w momencie, gdy ona tak po prostu się wyłączyła. – Um… Szczerze mówiąc, nie mam za dużego doświadczenia, ale rozumiem mowę zwierząt i całkiem szybko uczę się opieki nad nimi… No i wiem to i owo o botanice. Przez długi czas nie miałam domu, żyłam w lasach, sypiałam pod gołym niebem… - mówiła speszona. Wyobrażała sobie, że Lull właśnie myśli o tym, jak bardzo bezużyteczną ma towarzyszkę, bała się teraz nawet spojrzeć jej w oczy, aby nie ujrzeć w jej twarzy potwierdzenia swoich przypuszczeń. – Umiem też… polować. No i mogę przybrać smoczą postać i wtedy jestem dość silna… I mogę latać, więc mogłabym pomagać w przenoszeniu ciężkich rzeczy albo coś… – dodała na koniec, domyślając się, że pewnie i tak skończy, podgrzewając obiady z pomocą swojego smoczego ognia.

W przeciwieństwie do Lullasy nie wiedziała, jak długo będzie chciała tu zostać. Naturianka była taka zdecydowana, przynajmniej ona znała swoje miejsce w świecie. William jednak wyglądał na naprawdę zaskoczonego.

- … Czas dłużej nieokreślony? – stwierdziła w końcu Sechmet, przerywając ciszę po tym, co powiedziała eugona. – Chciałabym w końcu mieć gdzieś kąt, do którego mogłabym zawsze wrócić… - dodała ciszej, nie będąc pewna, czy wypadało w ogóle coś takiego powiedzieć.

William westchnął ciężko i podrapał się po głowie. Nie był pewien, co powinien zrobić. Nie chciał wyrzucać dziewczyn, ale nie spodziewał się, że jak weźmie je pod swój dach, to będą chciały zostać na stałe, a przynajmniej jedna z nich.

- No dobrze – stwierdził. – Dzisiaj dam wam czas na odpoczynek i zapoznam z gospodarstwem, a jutro zaczniecie pracę i zobaczymy, jak to będzie.

Gdy wszyscy z całej trójki zjedli już posiłek, pan Rint wstał pierwszy i nakazał Sechmet oraz Lullasy, by z nim poszły. Najpierw wyszli do sieni i tam mężczyzna przystanął.

- W pokoju, w którym byłyście, mogą przebywać wszyscy, posiłki jemy częściej w kuchni niż tam, chyba że na święta. Pokój, gdzie Borisia zaniosła Gardenyie, jest też mój. Prosiłbym, żeby tam nie wchodzić, chyba że trzeba będzie zająć się małą. Mój mały aniołek bardzo tęskni za matką, często płacze w nocy i ją woła… - stwierdził, jakby chciał kontynuować temat, ale nie miał na tyle sił. – Mam jeszcze trójkę dzieci: syna i dwie córki. Ich pokoje są na górze. – Wskazał na schody na poddasze znajdujące się na tyłach przedpokoju, nie rzucały się w oczy przysłonięte nieco wieszakiem na ubrania, który ledwo zipał pod masą tak wielu płaszczy. – Moja matka sypia w drugiej części domu, lubi mieć moich pracowników na oku… - prychnął.

Następnie zaprowadził ich do drzwi, które również znajdowały się obok wejścia na piętro. Było to dość chłodne przejście do szopy, gdzie widniała maleńka spiżarka i schowek na narzędzie czy miotły, o czym od razu William poinformował. Wchodząc do docelowego pomieszczenia, od razu zrobiło się cieplej. Był tu, lekko mówiąc, bałagan i stało sześć prostych łóżek w równych odstępach. Po trzy po prawej i trzy po lewej. W jednym nawet ktoś leżał, jednak łysy mężczyzna nie zwracał na to uwagi.

- Warunki na razie są takie, jakie są, zamierzam część szopy przerobić na normalne pokoje, ale mam tu tyle pracy, że wszystko się opóźnia. – Widać było, że naprawdę chciałby zapewnić lepsze warunki swoim pracownikom.
- Mi pasuje jak najbardziej… - powiedziała z uśmiechem. — Czy wszyscy, których pan zatrudnia, mieszkają z panem? — spytała smokołaczka, zdecydowanie za późno gryząc się w język. Stresowała ją wizja spania przy zupełnie obcych, ale przecież to głupotka w porównaniu do wcześniejszych wydarzeń.
- Tylko nieludzie, nikt im tu nie chce ani domu sprzedać, ani chaty jakiej, bo to nie ludzie, tylko przerażające stwory, czorty jakie – przedrzeźniał swoich uprzedzonych znajomych. – No i zostają u mnie, bo nie mają się gdzie podziać. Obecnie to ich czwórka jest, Borisie już poznałyście, bardzo bystra z niej Nordka, tylko zobaczyła, że nie nadjeżdżam sam, to od razu łóżka dostawiła. Jest też Damien, felanin…Fellarinin… Nigdy nie pamiętam, jak się ta jego rasa nazywa, ale to taki, co to jak człowiek jest, tylko skrzydła ma jak anioł. Wprawdzie chować je może i jak zwykły Alarianin być, ale młody taki jest i zagubiony, a zakręcony jaki! No i z moim synem się zakolegował, no to co, wygonić miałem? Zwłaszcza że konie go słuchają jak nikogo, prawdziwy zaklinacz – rozgadał się William, z czego szybko zdał sobie sprawę i odchrząknął. – Jest jeszcze Arina, ona prowadzi nocny tryb życia, w końcu krydiana w dzień ma sen jak kamień, ale w nocy nikt nieproszony pod jej opieką nie wejdzie na mój teren. No i… - zaczął, ale właśnie wtedy do szopy weszła jeszcze jedna kobieta będąca w połowie w zwierzęcej postaci. Uwagę Sechmet od razu przykuło jej jelenie poroże.
- Dobry wieczór, panie Rint, udało mi się tamten wóz naprawić – powiedziała ciemnowłosa kobieta.
- Dobrze to słyszeć, Kiri, właśnie oprowadzałem nowe, poznaj Lullasy i Sechmet.
- Dobry wieczór wa-... Whoa! Prawdziwa eugona! – Aż zasłoniła usta. – Przepraszam, nigdy nie widziałam po prostu… Czy one gryzą? – Jeleniołaczka spojrzała nieufnie na żywe włosy naturianki, zbliżając do nich rękę w celu pogłaskania.
- No nic, w każdym razie podsumowując, możecie chodzić, gdzie chcecie, oprócz mojego pokoju, jeśli nie jest to konieczne, i do pokojów moich dzieci, o ile same was tam nie zaproszą… I naprawdę nie radzę zaglądać do mojej matki, chyba że chcecie oberwać kapciem – zaśmiał się głośno. – Co ja tam jeszcze miałem… - zastanowił się, gładząc swój podbródek.

W tym momencie z poddasza dobiegły ich przeraźliwe wrzaski, sądząc po tonie głosów, była to jakaś kłótnia. William skrzywił się i mruknął coś pod nosem.

- Wybaczcie, jak coś to Kiri odpowie na wasze pytania – powiedział i czym prędzej pobiegł do źródła hałasów.
Jeleniołaczka słysząc to, wyglądała, jakby właśnie otrzymała przedwczesny prezent urodzinowy. Sechmet natomiast nie wiedziała, o co spytać, ani co w tej chwili zrobić.
- To skąd jesteście? Ach, gdzie moja głowa, zaraz dam wam jakieś czyste ubrania. – Podeszła do sporawej skrzyni stojącej w kącie przy ścianie. Wewnątrz były ładnie ułożone różnego rodzaju stroje, a obok nawet leżało kilka par butów. – Tu są babskie, w tej drugiej są męskie – poinformowała, wskazując na drugi kufer stojący w drugim kącie. – Chcesz buty, Sechmet? Ty, Lullasy, pewnie nie potrzebujesz, ale niektórzy lubią chodzić na boso.
- Nie trzeba, ale dziękuję – stwierdziła Sechmet, spoglądając na swoje w połowie ludzkie i w połowie smocze stopy zakończone szponami, którymi mogłaby łatwo zniszczyć obuwie.
- Jak tam chcesz. – Rozłożyła ręce rogata, po czym podała Lullasy jakąś prostą sukienkę typową dla wiejskich kobiet, ale widać było, że odzienie miało już swoje lata, sądząc po tym, że zdążyło poszarzeć. Następnie podobny strój podała szatynce.
- Dzięki
– Możecie się tu przebrać. Jak się wstydzicie, to się odwrócę, a Ariną się nie martwcie, jeszcze z godzinę będzie chrapać jak zabita – powiedziała z pełnym przekonaniem.
Awatar użytkownika
Lullasy
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 128
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Eugona
Profesje: Służący , Kurtyzana
Kontakt:

Post autor: Lullasy »

        Pomimo niezliczonej ilości zmartwień, obaw i czarnych jak smoła myśli zatruwających rozsądek Lullasy, końcowy rezultat rozmowy przy stole był nadzwyczaj pozytywny - gdyby nie upokorzenie, co wciąż rozgrzewało jej blade policzki, to bez wątpienia padłaby na ziemię od bólu wykrzesanego czystą euforią. William Rint jak dotąd był niemożliwie cierpliwy i łaskawy wobec nieludzkich kobiet, co potwierdziła jego szybka decyzja o zaakceptowaniu obydwu z nich pod swój dach. Nawet okazjonalne kichnięcia ze strony jej włosów, jak i to, że czerwone węże wciąż dzieliły się materiałem do ocierania się ze swoich glutów, zdawało się spływać po chłopie jak woda po kaczce.

        Końcówka posiłku minęła w ciszy i spokoju i nawet nieustanne objawy przeziębienia ze strony eugony i jej fryzury nie zdołały zepsuć ani smaku pozostałym, ani też nastroju panującego w pomieszczeniu. Gdy tylko wstali, Lullasy niemal instynktownie sięgnęła po talerze innych, by zanieść je do kuchni, lecz jedno stanowcze spojrzenie Williama sprawiło, iż zaprzestała tej czynności i zamiast tego, zgodnie ze słowami człowieka, podążyła wraz z nim i Sechmet w inną część domu. Lullasy myślała, że kot w butach i pseudosmok będą im towarzyszyć, ale obydwa zwierzaki najwyraźniej zasnęły przez kombinację soczystego jedzenia i gorącego blasku wydobywającego się z kominka.

        Pan Rint najpierw zaprowadził je do sieni, gdzie z grubsza opisał, gdzie co się znajduje i do czego służą poszczególne pokoje i części domu. Nie skończył jednak na mówieniu, pokazał im też bowiem między innymi spiżarnię, a jeszcze później poszedł wraz z nimi do pomieszczenia, gdzie najwyraźniej spała nieludzka służba, co było bardzo proste do wywnioskowania po nieco uboższym standardzie jak i również po istocie, co już w łóżku spędzała czas i zdawała się pogrążona w głębokim śnie.

- Sam fakt, iż oferuje nam pan dach nad głową i możliwość odpracowania twej łaski jest wystarczający. Nie jestem w stanie słowami wyrazić, jak bardzo wdzięczna jestem za Pańską dobroduszność wobec nas i pozostałych istot, z którymi będziemy dzielić nasze obowiązki.

        Eugona odezwała się tuż po Sechmet, gdy ta wyraziła brak sprzeciwu wobec warunków, w których to przyjdzie im spać. Widać było, że z jednej strony naturianka chciała na głos wychwalać Williama, ale z drugiej pilnowała ona, aby głos jej był cichy, nie chciała bowiem zbudzić już obecnej w łóżku osoby. Chwilę później Sechmet zadała z pozoru normalne pytanie, ale po minie smokołaczki było widać, iż była świadoma tego, jaka mogłaby okazać się reakcja ich pracodawcy.

        Na całe szczęście mężczyzna nie zdawał się przejęty pytaniem, zamiast tego tłumacząc, jaka jest sytuacja i z czego ona wynikała, nie kryjąc przy tym ani swego nastawienia, ani też emocji, którymi pałał do swych sąsiadów. Eugona mentalnie zapamiętała w związku z tym, aby uważać na ludzi niewywodzących się z tego domostwa - dobra niewolnica wiedziała, iż powinna mieć na oku każdego, kto nie był objęty łaską jej pana. Dobra niewolnica postępowała zgodnie z wolą pana, bowiem ta jest zarazem wolą niewolnicy mu oddanej.

        Informacja dotycząca pozostałych służących także była bezcenna, Lullasy mogła bowiem dzięki temu przygotować się mentalnie na współpracę z nimi. Nazwy ras takie jak fellarianin oraz krydiana nie były jej obce, ale jak dotąd w swoim życiu wężowa dama nie miała okazji, by zapoznać się z jakimś przedstawicielem tychże. Domyślała się, że istotą będącą w łóżku jest Arina, to by pasowało bowiem do tego, jak został opisany jej cykl snu, ale spod pościeli nie sposób było dostrzec żadnych cech charakterystycznych innych niż to, że niemal na pewno ma w pełni humanoidalne ciało. Fakt, że Borisia była Nordką zdawał się oczywisty z jej obecnej perspektywy, zwykli ludzie rzadko kiedy przejawiali taki wzrost i muskulaturę, nawet w przebarwionych opowieściach o walecznych krążących wśród powszedniego ludu, a ludy północy są znane ze stereotypu, iż mięśni mają więcej niż bestie żyjące na terenach ich skutej mrozem ojczyzny.

        Właściciel gospodarstwa już miał opowiedzieć o ostatniej istocie, z którą to dzieliliby służbę panu Rintowi, kiedy to właśnie ta istota przybyła do pomieszczenia. Lullasy najpierw zwróciła uwagę na jej jelenie poroże oraz adekwatne zachowanie wobec Williama, ale chwilę później jej uwaga została niemal siłą przeniesiona na nadzwyczajny entuzjazm nowo przybyłej zmiennokształtnej oraz to, jak ów entuzjazm bez trudu pokierował jej zachowaniem.

- Miło mi cię poznać?… - eugona przemówiła do Kiri, ale gdy tylko zobaczyła zbliżającą się rękę, to oddaliła się z pomocą swego ogona na bezpieczną odległość. Była własnością Wiliama Rinta i dopóki jej pan sobie tego nie zażyczy, tak długo nikt inny poza nim nie będzie się tak frywolnie zapoznawał z jej fryzurą… Tak po prostu nie wypadało! Mina niewolnicy aż spochmurniała, widząc to, iż Kiri, podobnie jak Borisia, pozwalała sobie na zbyt wiele w obecności mężczyzny, któremu usługiwały. - Potrafią gryźć, ale robią to tylko w ostateczności i nigdy wobec tych, którym usługujemy. Ty także oferujesz swoje usługi Wiliamowi, więc jako jego wł… służąca także nie jesteś zagrożona.

        Niemal natychmiast po słowach Lullasy jej nowy pan postanowił dodać jeszcze kilka słów dla swoich nowych nabytków, lecz niestety nie zdołał dokończyć tego, co chciał powiedzieć. Ktoś zaczął wrzeszczeć na piętrze, czyli tam, gdzie śpi reszta dzieci gospodarza. Rzecz jasna Wiliam wybiegł w pośpiechu, chcąc załagodzić sytuację, przez co Lullasy ledwie zdołała skinąć głową w stronę mężczyzny, nim ten oddalił się w stronę pokoju, z którego dochodziła kłótnia. Jeleniołaczka zaś… cóż, skorzystała z tego, iż mogła pomóc swym nowym znajomym, co zrobiła z entuzjazmem, który zamiast gasnąć, zdawał się rosnąć z każdą chwilą.

- Skąd jestem… - W normalnej sytuacji Lullasy opowiedziałby o tych, którzy zadbali o zrobienie z niej niewolnicy albo o swoim poprzednim właścicielu, czy też nawet o ciągu zbiegów okoliczności, przez który to znajdowała się tutaj, a nie w zaświatach. Na całe szczęście katar i inne objawy przeziębienia wciąż były na tyle słabe, by wężowa kobieta nie zdołała zapomnieć o swojej obietnicy. Nikt nie miał prawa wiedzieć o tym, iż jest niewolnicą, dlatego też zaczęła łgać, a kłamstwa staczały się z jej języka bez trudu czy wątpliwości, taka bowiem była wola jej pana. Z tego to powodu, gdy jeleniołaczka zajęła się sprawą ubrań, naturianka przemówiła, odpowiadając na wcześniejsze pytanie zmiennokształtnej. - Jeśli chodzi o mój rodowód, to wywodzę się z jednego z nienazwanych lasów Środkowej Alaranii, zaś jeśli chodzi o okoliczności mojej obecności tutaj, to wpierw muszę wspomnieć, iż pałam się zawodem służki na wynajęcie. Niestety ostatnie czasy mi nie sprzyjały, przez co nie miałam komu zaoferować moich usług. W tych to ciężkich czasach poznałam Sechmet i razem zaczęłyśmy przemierzać kontynent, szukając choćby tymczasowego źródła utrzymania, aż w końcu natrafiliśmy na pana Wiliama Rinta.

        Lullasy miała cichą nadzieję, że Sechmet także umie kłamać… albo że chociażby wie, kiedy trzymać język za zębami, jak na służkę przystało, w przeciwnym wypadku bowiem nie wróżyła ona smoczej kobiecie zbyt długiej kariery pod tym dachem. Na całe szczęście Kiri nie dała Sechmet choćby okazji na to, by wykazać się swoim talentem do zatajania prawdy, zaczęła ona bowiem ględzić o butach. Lullasy lekkim skinieniem głowy potwierdziła, iż wszelkie obuwie było bezużyteczne dla niej, chyba że jako pocisk do miotania, ale nawet w takim wypadku oferowane przez rogatą buty nie byłyby szczególnie skuteczne.

- Nie spodziewałam się, iż uzyskam ubrania, mimo iż jeszcze na złamanego ruena nie zapracowałam… ale nie zaprzeczę, iż w moim obecnym odzieniu zaoferować mogę Wiliamowi jedynie hańbę, nieadekwatne jest ono bowiem do poprawnej służby na jego włościach - skwitowała eugona, gdy została jej zaprezentowana sukienka. Już w chwili gdy pochwyciła swoje nowe odzienie, odczuć mogła, iż materiał był wyższej jakości niż to, co obecnie nosiła, nawet jeśli samo ubranie nosiło ślady ciężkiego użytkowania i wielu ubiegłych lat. Nie przejmując się ubraniem, które podane zostało Sechmet, łuskowata kobieta przypełzła w głąb szopy, bliżej jednego z łóżek, na którym to nie było widać śladów użytkowania. - Nie musisz się przejmować spoglądaniem na moje ciało, Kiri. Wstydu wyzbyłam się już za młodu, coby nie przeszkadzał w oferowaniu moich usług.

        Nie dała dalszego ostrzeżenia, chwilę później szmaty, które służyły za jej podstawowe odzienie, wraz z płaszczem wylądowały na ziemi niczym bezwartościowe śmieci, którymi to obecnie były. Ubranie, które zostało jej zaoferowane, było po tysiąckroć lepsze i przyjemniejsze dla oka, więc Eugona nie wahała się ani moment przed zrzuceniem z siebie tych pamiątek po swej przeszłości. Chorobliwie blada skóra, oznaki niedożywienia a także mniej lub bardziej dawne blizny ujrzały świat zewnętrzny, wraz z nimi wszystko inne, co powinno być zazwyczaj ukryte przed wzrokiem innych. O ile istnienie ogona i łusek skutecznie ukrywało bardziej skandaliczny element anatomii, o tyle atuty eugony obecne nad jej żebrami nie miały tego luksusu. Lullasy nie była jednak na nich skupiona, zamiast tego uważnie badając, czy aby nie posiada niezasklepionych ran, o których mogła zapomnieć ze względu na nadmiar adrenaliny.

“Brak krwi czy choćby świeżych ran. Tylko blizny… Mam nadzieję, iż Pan Wiliam nie będzie miał mi za złe, iż ciało moje nosi tak skandaliczne skazy na swej powierzchni…”

- ...APSIK!

        Kichnięcie zaatakowało ją gwałtownie i znienacka, nie oszczędzając ani jej, ani nawet włosów na jej głowie, które także zostały ofiarą tego zjawiska. Eugona była pewna, że zmarli zaraz powstaną z okolicznych grobów, by oskarżyć ją o zakłócanie ciszy. Poza tym jednak kichnięcie to przypomniało jej o tym, iż spędziła sporo czasu na deszczu, oto bowiem jej ciało przechodziły dreszcze, czemu towarzyszyła wyraźna gęsia skórka wszędzie tam, gdzie zamiast gadzich łusek obecna była ludzka skóra.

- Wybaczcie - powiedziała naturianka, po czym natychmiast zabrała się za nakładanie na siebie sukienki.

        Sam proces trwał stosunkowo krótko, głównie ze względu na to, jak chuda była niewolnica. Ktokolwiek stworzył to ubranie, stworzył je dla kobiety bardzo obficie obdarzonej, przez co materiał leżał na Lullasy równie dobrze co worek ziemniaków z otworami na głowę i kończyny, ale to i tak było lepsze niż żałosna podróbka ubrania, na którą wężowa dama była wcześniej skazana. Gdy tylko Lullasy upewniła się, iż spódnica sięga wystarczająco nisko, a samo ubranie pomimo luzu nie zechce zsunąć się z niej w chwili nieuwagi, przypełzła ona z powrotem do dwóch zmiennokształtnych, ciągnąc przy tym nosem tak dyskretnie, jak tylko sytuacja na to poznawała.

- Kiri, czy byłabyś w stanie jeszcze przed nocą oprowadzić mnie po reszcie domostwa, a może i nawet przy okazji zaprezentować moje potencjalne obowiązki? Nie chce zawieść pana Rinta, szczególnie na samym początku mojej … współpracy z nim. - Po tych słowach wzrok niewolnicy przeniósł się na Sechmet. Naturianka wpatrywała się w zmiennokształtną wzrokiem, który był zarówno zapytaniem jak i sugestią. - P… Sechmet, czy zechcesz dołączyć do mnie, jeśli Kiri zgodzi się na moją propozycję? Masz mniej doświadczenia niż ja i wierzę, iż każda, choćby najmniejsza chwila poświęcona na przygotowanie cię do twej roli w gospodarstwie będzie bezcenna, jeśli twój pobyt tutaj będzie się dłużył.

        W czasie gdy Kiri i Sechmet zastanawiały się nad swoimi odpowiedziami, coś ważnego przemknęło przez myśli eugony. Coś na tyle ważnego, iż nie mogło czekać, dlatego też nie dała ani jeleniołaczce, ani smokołaczce dojść do słowa, zamiast tego wydobywając z siebie kolejne pytanie.

- Jest też inna kwestia, o którą chciałam spytać… Kiri, według czego wybierana jest osoba odpowiedzialna za współdzielenie łoża z panem Rintem na daną noc? - Lullasy była śmiertelnie poważna i nawet delikatny rumieniec nie pojawił się na jej policzkach, gdy wspomniała o współżyciu z osobą, dla której to pracowały. - Nordka Borisia była bardzo, ale to bardzo bezpośrednia, gdy wspomniała o tym, zrobiła to bowiem w obecności małego dziecięcia. Wiliam nie zaprzeczył ani się nie zaśmiał, choć był tuż obok, co oznacza, iż faktycznie jest to w tej gospodzie praktykowane. Z tego też powodu moje pytanie, bo poza tym pojedynczym incydentem nie było wspomniane, więc nie wiem, czy robicie to z własnej woli, czy też pan Wiliam swoją wolą wymusza to na was. Dla mnie nie byłby to problem, ale… - Po tych słowach przeniosła wzrok na Sechmet, która bez wątpienia nie lubiła ani tej dyskusji, ani też potencjalnych implikacji tejże…
Awatar użytkownika
Sechmet
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Smokołak
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Sechmet »

Kiri westchnęła, widząc, jak eugona się odsunęła. Nie była o to zła, uznała, że to najzwyklejsza w świecie nieśmiałość. Najwyżej później przyjrzy się tym wężowym włosom, jak się lepiej poznają. Może wtedy pozwoli jej też pogłaskać te przeurocze gadzinki.

- O, to widzę wy też podróżniczki. Za młodu chyba pół środkowej Alaranii zwiedziłam czy to wozem, czy na nogach, czy na kopytkach. Może opiszesz, z którego lasu? Bo w sumie ja też pochodzę z takiego mniejszego, może jesteśmy z tego samego miejsca? W sumie dziwne, że nigdy na siebie nie wpadłyśmy, bo w sumie jestem tu też od niedawna całkiem – oznajmiła wiecznie zafascynowana jeleniołaczka.

Sechmet nie była zbyt dobrym kłamcą, więc tylko przytakiwała na to, co mówiła Lullasy, wykorzystując swoją nieśmiałość jako idealną wymówkę, by Kiri nie postanowiła męczyć i jej wypytywaniem o więcej szczegółów. Na szczęście temat szybko zszedł na ubrania.

- Dokładnie Lullasy, może to i wioska, ale pan William ma pewien majątek, a pracownicy w obdartych łachmanach raczej nie zapewniliby mu dobrej reputacji. I tak już tutejsi mają ogromną pożywkę do plotek przez to, że nie jesteśmy ludźmi – wyjaśniła zmiennokształtna – Dam wam chwilę prywatności.

Jeleniołaczka odeszła kawałek i odwróciła się do dziewczyn plecami, by te mogły się w spokoju przebrać. Zdołała zauważyć zakłopotanie Sechmet, więc mimo braku wstydu ze strony naturinki podjęła taką decyzję.
Smokołaczka z rumieńcami na policzkach ściągnęła swoje ubrania i założyła te podane przez Kiri. Chciała to zrobić jak najszybciej by uniknąć jakichkolwiek niepożądanych spojrzeń, przez co trwało to dwa razy dłużej, a na dodatek niezwykle niezdarnie, co przysporzyło skrzydlatej jeszcze więcej stresu. W końcu jednak zdołała się poprawnie odziać i odetchnęła z ulgą. Miała na sobie prostą, nieco starą sukienkę z kilkoma łatkami, ale mimo to całkiem dobrze na niej leżała. Ku zaskoczeniu dziewczyny miała dodatkowe otwory na ogon i skrzydła. Musiało się tu przewijać naprawdę wielu nieludzi. Po chwili, gdy już skończyła oceniać, jak sama wygląda, spojrzała na Lullasy, ona również już była przebrana. Jej sukienka była zdecydowanie za duża, ale nie wyglądało to tak źle, nawet dodawało eugonie pewnego uroku.

- Na zdrowie – powiedziała Sechmet równocześnie z Kiri, gdy naturianka kichnęła.
- Na przeziębienie najlepsza jest herbata z lipy – stwierdziła jeleniołaczka – Zrobię wam i przyniosę, nie akceptuje sprzeciwu! – zawołała, uciekając w podskokach do kuchni.

Nie minęło wiele czasu, dosłownie tyle ile potrzebne było zalanie kwiatów lipy. Ktoś wcześniej musial już zagotować wodę. Jeleniołaczka podała kubki nowym koleżankom.

- No już, do dna – zachęciła.

Sechmet wypiła połowę jednym tchem, bardzo przypadła jej do gustu ta herbata.

- Jasne Lull, mogę was zaraz oprowadzić, ale co do pracy to na spokojnie, najpierw odpocznijcie i odzyskajcie siły, a dopiero potem, czyli jutro, zajmiemy się waszymi obowiązkami – wyjaśniła, nim Sechmet zdołała cokolwiek odpowiedzieć.
- Mhm – mruknęła smokołaczka, zgadzając się ze słowami rogatej z lekkim uśmiechem.

Prawie wypluła ostatni łyk herbatki, słysząc pytanie Lullasy. Na szczęście się powstrzymała, ale wyraz jej twarzy i wybałuszone oczy mówiły wszystko. Kiri natomiast po dłuższej chwili konsternacji wybuchła gromkim śmiechem.

- Pana Rinta ciągnie do nieludzkich dziewczyn, ale bez przesady, do niczego nikogo nie zmusza. Natomiast Borisia… Ona jest po prostu bardzo bezpośrednia.
- I jest tu jakiś czas, więc się napatrzyła już na te wszystkie romanse Wiliama i jego gromadki mieszańców – powiedziała krydiana, która chwilę wcześniej się obudziła i dokładnie słyszała całą rozmowę.
- O, dobry wieczór Arina! Poznaj Lullasy i Sechmet.
- Miło mi – ciemnoskóra kobieta o długim czarnym warkoczu podeszła do łuskowatych dziewczyn i podała im dłoń na powitanie – Ja je oprowadzę, skoro tak chcą jeszcze dzisiaj – zaproponowała w stronę Kiri.
- Jesteś pewna?
- Noc to mój czas, ty się wykażesz rano – zachichotała ciemnoskóra.
- No to zostawiam was w jej rękach, pozwólcie – zabrała puste kubki po herbacie i udała się najprawdopodobniej odnieść je i umyć.
- Chodźcie za mną – zarządziła. Była znacznie bardziej opanowana i mniej żywiołowa niż jeleniołaczka, mimo to sprawiała wrażenie bardzo przyjacielskiej.

Krydiana pokazała im kilka pozostałych pomieszczeń. Między innymi piwnicę gdzie trzymano mnóstwo gratów i narzędzi. Był tu okropny bałagan, ale zgodnie z tym, co opowiadała ciemnoskóra, nikt nie miał odwagi podjąć się wysprzątania tego miejsca, zwłaszcza że przy próbie wyrzucenia czegokolwiek wypadałoby się pytać pana Rinta, więc musiałby on być przy tym obecny. Najważniejsze narzędzia jednak leżały na widoku, tuż przed górą z mebli, sprzętów, starych zabawek i wszystkiego, co można wrzucić do piwnicy, żeby nie walało się po kątach. Na strychu natomiast dziewczyny zastały czarnowłosego dzieciaka, który wisiał do góry nogami zaczepiony nogami o belkę. Obok niego stała białowłosa dziewczynka o lekko spiczastych uszach i patrzyła na niego z dezaprobatą.

- Nie uda ci się, już mówiłam!
- Cicho bądź i daj się skupić, już prawie mi się udało!
- Nic ci się nie udało, cały jeden guzik zrobiłeś! Idę spać…
- Nie czekaj, patrz teraz!
- Nie będę czeee…o – dziewczyna zauważyła właśnie trójkę kobiet, które weszły na strych.
- Eryk, Merra? Co wy tu jeszcze robicie? – spytała groźnie krydiana.
- Błagam, nie mów tacie, chciałem pokazać Merr, jak się zmieniam w nietoperza…
- I tylko zmarnował mój czas – prychnęła spiczastoucha.
- Dobra, starczy tego, do spania tylko cicho – wgoniła młodzież.

Dzieciaki zbiegły po schodach na piętro niżej, po czym słychać było ich kroki, jak wchodzą w drugą część poddasza, gdzie były ich pokoje. Nie dało się do nich dostać od tej strony, trzeba było najpierw zejść niżej i wejść innymi schodami do góry.

- Przy złej pogodzie zazwyczaj wieszamy tu pranie, a w tych szafkach chowamy różnego rodzaje słoiki, głównie z kompotami. Jest tu całkiem sporo miejsca, więc dzieciaki często tu przesiadują, szczególnie gdy jest zimno – wskazała na komin – Gdy piec grzeje, jest tu naprawdę gorąco.

Nagle drzwiczki jednej szafki otworzyły się same, skrzypiąc przy tym przeraźliwie. Wyskoczyła zza nich dziewczynka o ciemnej skórze z donośnym okrzykiem „BU!’.

- Wystraszyliście się, wystraszyliście się? – spytała podekscytowana.
- Zdecydowanie – powiedziała smokołaczka, która już, gdy tylko zauważyła, że drzwiczki same się otwierają, obrała bezpieczną pozycję, trzymając się tuż za plecami Lullasy i osłaniając skrzydłami.
- No to jesteś tchórz! – zaśmiała się mała.
- Sara…
- O-o… - młoda uciekła czym prędzej na widok krydiany – Nocna strażniczka, powtarzam nocna strażniczka na służbie! – zawołała i wyjęła ze swojej wcześniejszej kryjówki dwie szmaciane lalki – Oh nie, co my teraz zrobimy? – powiedziała zmienionym głosem, udając, że to głos zabawki – Czas na ostateczną broń łóżkoskok! – krzyknęła w stronę lalek, po czym wraz z nimi uciekła tam, gdzie jej starsze rodzeństwo, czyli do spania.
- Tak, jak już mówiłam, na dzieciaki można się natknąć wszędzie – zachichotała krydiana.
Awatar użytkownika
Lullasy
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 128
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Eugona
Profesje: Służący , Kurtyzana
Kontakt:

Post autor: Lullasy »

        Jeleniołaczka, pomimo swego początkowego zachowania, okazała się nadzwyczaj miła, nawet jeśli była zbyt ciekawska według Lullasy. Była niewolnica prędzej by poderznęła sobie gardło, niż pozwoliłaby sobie na takie zachowanie w domu osoby, dla której miała służyć. Eugona nie skomentowała jednak tego na głos - jej nowy Pan domagał się, aby nikt nie znał jej niewolniczej natury, więc nie mogła pozwolić sobie na mocniejszą reakcję niż ciche westchnięcie, gdy padło więcej pytań odnośnie jej pochodzenia.

- Jak wspomniałam wcześniej, mój las nie miał nazwy, a przynajmniej żadnej, o której bym wiedziała. A co do tego gdzie się znajdywał, już potwierdziłam, iż znajdował się gdzieś w centrum kontynentu… Wybacz mi, ale nic więcej nie pamiętam. Zbyt długo poza ów lasem przebywałam, a i nie miałam żadnych mocnych wspomnień z nim związanych, to też nie przywiązywałam temu miejscu dużej uwagi.

        Informacja o reputacji Pana Rinta była przydatna, choć zarazem spodziewana. Lullasy była niewolnicą, i nawet jeśli wola jej Pana była jej własną, to mimo wszystko nie była ani ślepa, ani głupia. Przed śmiercią jej pierwszego właściciela usłyszała i nauczyła się różnych rzeczy, między innymi tego, iż ludzie lubili wytaczać granicę między sobą a ‘nieludźmi’. Gdyby była wolną istotą to może by zaczęła rozmyślać czemu tak jest, lub czy u innych ras też ma to miejsce, ale tak nie było, dlatego też po prostu postanowiła zapamiętać, by za wszelką cenę unikać bycia zauważoną przez osoby z zewnątrz, co by nie pogarszać już obecnych plotek dotyczących Williama.

        Gdy kichnięcie było już przeszłością, a kubek wciąż gorącej lipowej herbaty został niemalże wciśnięty w dłonie naturianki, wężowa dama zaczęła kosztować zalecony jej płyn. Jako niewolnica była aż nazbyt świadoma tego, jak wielką łaską jest otrzymanie czegoś takiego, ale zarazem wiedziała, że musiała być zdrowa, aby spełniać swoje obowiązki, a co za tym idzie, ów łaska była niemalże konieczna do tego, by zagwarantować jej użyteczność na gospodarstwie. 

        To, że jeleniołaczka nie wyraziła sprzeciwu wobec oprowadzenia naturianki i zmienokształtnej sprzyjało niewolnicy, nawet jeśli jej warga drgnęła na informacje o odpoczynku i zdobywaniu sił. Stała na własnym ogonie, więc była na tyle silna, by służyć. Choć rozumiała, że rogaczka nie miała złych zamiarów, to jednak nie mogła nie myśleć o tym przez pryzmat swego pierworodnego zawodu. Niewolnica, która odpoczywała, była haniebną niewolnicą. Jeśli czuło się zmęczenie to pracowało się nieco wolniej, chyba że już całkiem ciało odmawiało posłuszeństwa.

        Myśl o tym jednak szybko zaginęła, gdy pojawiły się reakcje na nawiązania do co bardziej prywatnych obowiązków służek tego domu. Obowiązków, które z tego co mówiła Kiri, były najwyraźniej w pełni dobrowolne i opcjonalne. Niewolnica potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie, że pozostałe istoty pracują tu z własnej woli i mogą w każdej chwili odejść, więc coś takiego było tutaj normalne. Nim temat został przez kobiety kontynuowany, krydiana o imieniu Arina dołączyła do rozmowy, wybudzona ze swojego dotychczasowego snu. Lullasy postanowiła przywitać się z nią wyraźnym kiwnięciem głowy i cichym ‘Miło mi’, głównie ze względu na to, iż ona i Kiri na moment skupiły się na konwersacji między sobą. Koniec końców okazało się, iż to ciemnoskóra naturianka zostanie ich przewodnikiem na resztę tego wieczoru, z czego wywiązała się bez większych problemów, nawet jeśli natrafili na rzeczy, które niemal na pewno nie były częścią ich oprowadzania po gospodarstwie.

        Spotkanie trójki dzieci na strychu nie było zaplanowane, a i sami młodociani byli eugonie kompletnie nieznani, więc niewolnica postanowiła milczeć i obserwować, polegając na doświadczeniu Ariny, która w stanowczy, ale pozbawiony zbędnych kar cielesnych sposób przegoniła małolaty do spania. Lullasy mentalnie zanotowała, aby w przyszłości spytać o to, jak powinna obchodzić się z dziećmi pana Rinta. To, że krydiana tak je traktowała, nie znaczyło, że tego sobie życzył William.

        Dalsze wyjaśnianie tego, do czego służy strych, zostało przerwane przez psoty pojedynczego dziecka, które zdołało wystraszyć Sechmet do tego stopnia, iż smokołaczka skorzystała z Lullasy jako z żywej tarczy. Niewolnica rzecz jasna była dumna z tego, iż panienka Sechmet była gotowa dać jej umrzeć w imię swego własnego bezpieczeństwa - to była bowiem jeden z wielu losów, który zniewolona eugona przywitałaby z otwartymi ramionami. Na całe szczęście Sara, bo tak brzmiało imię psotnej dziewczynki, nie była zagrożeniem, ani tym bardziej takim śmiertelnym, co zademonstrowała, gdy uciekała przed ciemnoskórą. Rzecz jasna nawet taki odwrót taktyczny dokonany był w towarzystwie lalek, którym na bieżąco podkładała głos.

- Jeśli dobrze rozumiem, wśród naszych zadań będzie między innymi pilnowanie tychże dzieci w międzyczasie naszych pozostałych obowiązków, co by nie zrobiły sobie krzywdy bądź nie narobiły problemów, tak? - Lullasy zapytała, gdy tylko zauważyła, iż czarnoskóra przestała aktywnie opowiadać o strychu, na którym byli. - Czy będziemy też odpowiedzialne za uczenie, a w związku z tym pilnowanie dyscypliny u dzieci, czy też może pan Rint nie pozwala służącym ingerować w wychowanie swego potomstwa?

        Ten tok myślenia sprawił, iż przez myśli niewolnicy przeszło wspomnienie, które na dobrą sprawę powinna zignorować. Niewolnica taka jak ona nie powinna zadawać pytań, szczególnie nie takich, które nie mają wpływu na jej pracę. Jednak rozsądek szybko przytłumił te obawy, tłumacząc się, że wiedza ta może okazać się kluczowa w uniknięciu sytuacji, które mogłyby zakończyć jej służbę u pana Rinta.

- Arina, jeśli pozwolisz mi spytać… Kim były kobiety, które poczęły dzieci Pana Rinta? I... co się z nimi stało?

Nastała chwila niezręcznej ciszy, temat ten bez wątpienia był czymś, co nie było poruszane na porządku dziennym, a już na pewno nie za plecami właściciela tego domostwa.

- Pan Rint wspomniał wcześniej tego dnia, iż Gardenyie tęskni za swą matką. Chce wiedzieć, czy powinnam za wszelką cenę unikać wspominania o tym temacie także przy pozostałych dzieciach, co by nie wzbudzić w młodocianych wielkiego smutku, a w Panu Rincie równie wielkiego gniewu.

        Węże na głowie eugony pokiwały swymi łebkami, a przynajmniej większość z nich. Niektóre gapiły się na czarnoskórą w bardzo jednoznaczny sposób, który sugerował, iż jej skóra wyglądała na bardzo niewylizaną. Tak, nie były to najmądrzejsze z istot, ale były przy tym cholernie urocze, szczególnie gdy ich tycie języczki na chwile wychylały się z ich pyszczków, więc Krydiana raczej nie będzie miała im za złe tego, że co niektóre gapiły się na nią jak na zwierzynę.
Awatar użytkownika
Sechmet
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Smokołak
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Sechmet »

Kiri pomyślała dłuższą chwilę nad lasami z centrum kontynentu, podejrzewała, że Lullasy mogła być z Szepczącego, jest w końcu ogromny i mogło się zdarzyć, że przedstawicielka tak dzikiej rasy nie słyszała o jego nazwie. W każdym razie jeleniołaczka nie kontynuowała tematu, widziała, że naturianka nie ma na to zbytniej ochoty. Po chwili i tak temat zszedł na inne tory oraz do rozmowy dołączyła krydiana. Sechmet tylko nieśmiało skinęła głową na przywitanie i omiotła ciemnoskórą dziewczynę wzrokiem. Była naprawdę ładna, taka wysoka i szczupła, choć z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Smokołaczka natychmiast spuściła głowę, gdy tamta na nią spojrzała, a w jej głowę kotłował się szereg dość absurdalnych zmartwień i poczucie niezręczności towarzyskiej. Dlatego była bardzo uradowana, jak przeszli do oprowadzania, mogła spokojnie schować się za Lullasy na szarym końcu i udawać, że nie istnieje. Przynajmniej do czasu, gdy nie wystraszyło ją jedno z dzieciaków.
Sechmet aż skryła twarz w dłoniach z zażenowania, gdy tylko młoda Sara zniknęła z widoku.

- Co do dzieciaków… - zamyśliła się krydiana, myśląc, od czego zacząć – Eryk i Merra mają własnych nauczycieli, przychodzą do nas kilka razy w tygodniu, uczą pisać, czytać, liczyć i tak dalej. Sara za rok dopiero zacznie edukacje, a Gardenya to wiadomo. Oczywiście dzieciakom można zwracać uwagę, jak robią coś nie tak, można się nimi opiekować, a nawet trzeba, bo pan William często jest bardzo zajęty. Tak szczerze mówiąc, myślę, że bardzo brakuje im matczynej miłości – westchnęła ciężko Arina, a gdy usłyszała pytanie Lullasy, westchnęła jeszcze ciężej i przycupnęła na starym fotelu, gestem ręki zapraszając, by dziewczyny usiadły na podłodze.

Sechmet zrobiła to od razu i zaciekawiona patrzyła na Arinę, unikając patrzenia jej prosto w oczy, bo na tyle śmiała jednak nie była. Przez chwilę poczuła, jakby przeniosła się w czasie do momentu, gdy jej rodzice żyli i wieczorem przed spaniem opowiadali bajki na dobranoc. Nawet było tu na tyle ciepło, że wprowadzało to naprawdę miłą atmosferę, jedynie wyraz twarzy naturianki zwiastował, że to nie będzie historia z dobrym zakończeniem.

- Eryk jest najstarszy, to dhampir, jego matką była wampirzyca z Maurii. Gospodarstwo pana Rinta dopiero się rozwijało, pomogła mu finansowo, później zaszła w ciążę. Była wściekła, nie chciała dziecka, więc zaraz po urodzeniu tak po prostu zostawiła ich samych i nigdy więcej nie wróciła. Później pojawiła się ta morska elfka z Aquentii. Szukała pracy i zatrudniła się tu. Niedługo później urodziła Merre, dziewczyna była w ciąży już wcześniej mimo to William wychowuje dziewczynkę jak swoją i całe szczęście, bo tamta kobieta była paskudna, dzieckiem się nie chciała zajmować, mało pracowała, ale rueny to brała, nawet kilka razy ukradła, więc wyrzuciliśmy ją. Nawet nie pytała o swoją córkę, tak po prostu ją tu zostawiła. Potem pamiętam, jak William był załamany, szukał kogoś, z kim mógłby spędzić resztę życia i wtedy pojawiła się Rizi, zbłąkana i zagubiona, nawet bardziej niż wy, przyjął ją pod swój dach i choć nigdy tak naprawdę jej nie pokochał, to tak wyszło, że za parę miesięcy pojawiła się Sara, niestety Riz zmarła przy porodzie. Ostatnia była anielica. Tym razem to była najprawdziwsza miłość od pierwszego wejrzenia. Przepiękna i przepełniona dobrem, nawet dzieciaki ją pokochały i już zaczynały nazywać mamą. Miała na imię Liria. I zapowiadało się, że wszystko będzie dobrze, urodziła się Gardenya, dom był przepełniony szczęściem. I nawet pani Rint uwielbiała swoją synową, a to już graniczy z cudem – dodała szeptem – Niestety podczas wyprawy do lasu zaatakowali ją piekielni. Nie przeżyła tego. Minęły już chyba dwa lata, hmm, tak, bo Gardenya ma pięć… Matka pana Williama, choć ma swój charakterek, co jakiś czas stara się go z kimś zeswatać, żeby zapomniał o Lirii. Ale on nie ma na to ochoty, nadal się nie otrząsnął po jej śmierci. Sugeruje więc nie poruszać tego tematu, chyba że sam zacznie.
- To bardzo przykra historia – stwierdziła smokołaczka.
- Tak to czasem bywa w życiu – powiedziała Arina, przecierając oczy, jakby chcąc ukryć pojedynczą łezkę – A wracając, może teraz już odpocznijcie, a zwierzęta pokaże wam jutro, nie ma sensu ich teraz niepotrzebnie budzić – zaproponowała – Traficie same do łóżek?
- Mhm… Myślę, że pamiętam jak iść – powiedziała smokołaczka.
- No to dobranoc, ja idę na swoją wartę – powiedziała i ruszyła w stronę drzwi wyjściowych.

Gdy tylko dotarły do łóżek nordka, fellarianin i jeleniołaczka już przysypiali i zmiennokształtna niemal natychmiast ruszyła w ich ślady. Była naprawdę wykończona. Tymczasem Lullasy nim zdążyła też się położyć, poczuła delikatne tykanie w końcówkę ogona. Był to Eryk, który od razu przyłożył palec do ust, by Lullasy go nie wydała. Podszedł do niej na paluszkach i zapytał szeptem.

- Co wiesz o wampirach?
Awatar użytkownika
Lullasy
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 128
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Eugona
Profesje: Służący , Kurtyzana
Kontakt:

Post autor: Lullasy »

        Lullasy była wdzięczna za wiedzę i informacje przekazane przez Krydianę, co okazywała tym iż w absolutnej ciszy poświęcała całą swoją uwagę na to, aby zapamiętać otrzymywane od Arinę informacje. Wiedza o tym, iż dzieci mają swoich własnych nauczycieli, a głównym zadaniem naturianki i zmiennokształtnej będzie opieka nad dziećmi w ogólnym tego słowa znaczeniu było bardzo dobrą informacją. Wiedza niewolnicy była dosyć ograniczona w wielu kwestiach, które nie były bezpośrednio związane z tym, jakie przeznaczenie zostało jej nadane. Nie byłaby z niej dobra nauczycielka, szczególnie że do nauczania potrzebny jest autorytet, a to kłóciło się z jej naturą tak samo, jak woda nie potrafiła współistnieć z ogniem.

        Gdy tylko gestem ręki zostały zaproszone do usadowienia się na podłodze, eugona zwinęła swój ogon tak, by zwinąć go w kłębek, który służył jej za siedzisko. Była to dosyć wygodna pozycja dla wężowej niewolnicy, dlatego też mogła ona bez problemu skupić się na tragedii, jaką była przeszłość jej nowego Pana oraz dzieci, które mieszkały w jego domostwie. Naturianka nie wątpiła, że dzieci pozbawione swych matek mogły okazać się niezwykle problematyczne, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i w kwestii utrzymania kontroli nad nimi,

- Przysięgam, że nie wspomnę choćby słowem o tym, co nam powiedziałaś, dopóki Pan Rint sam wyraźnie nie stwierdzi, iż chce ze mną o tym porozmawiać.

        Słowa eugony były śmiertelnie poważne, a zarazem zdołały brzmieć kulturalnie, jak na niewolnicę przystało. Lullasy skinęła głową w stronę Ariny, nie zauważająć, że jej wężowa fryzura chciała wykorzystać tę okazję i rozciągnęła się w stronę kyriady, próbując dosięgnąć ją swoimi językami. Niestety odległość wciąż była za daleka, przez co można było patrzeć, jak węże z uporem godnym bogów próbowały stać się dłuższe niż były, co by swymi języczkami obślinić ciemnoskórą i wszystko, co na sobie nosiła.

- Dziękuje ci zarazem, że postanowiłaś uznać nas za godne zaufania na tyle, abyśmy mogły się o tym dowiedzieć. Obiecuję, że będę całe serce, ciało i duszę w moją pracę tutaj będę wkładać, w nadziei, że kiedyś zdołam się choćby częściowo odwdzięczyć się za twój gest.

        Eugona ledwie się wyprostowała i powstała z podłogi, a węże na jej głowie zaczęły syczeć żałośnie, niczym rozwydrzone dzieci, którym zabrano cukierki. Eugona aż skrzywiła się z niezadowolenia, po czym zaczęła delikatnie stukać główki tych gadzin, które najgłośniej zawodziły.

- Co z wami? Ciszej, jest już późno, jeszcze kogoś obudzicie. - Trzeba było jeszcze kilka wężowych mordek pacnąć, nim w końcu reszta umilkła w obawie przed dyscypliną którą rozdawały ręce eugony. - Arina, jeszcze raz dziękuje ci bardzo i życzę spokojnej nocy.

        Eugona popełzła za Sechmet, która zdawała się wykończona po dzisiejszym dniu. Ledwie dotarły do swych łóżek, a zmiennokształtna niemal natychmiast została pojmana przez sidła snu. Niewolnica aż uśmiechnęła się, widząc jak bardzo ciało smokołaczki nie było przyzwyczajone do ilości stresu i wysiłku, który ostatnimi czasy ją nawiedzał. Eugona także chciała spocząć, miała bowiem wrażenie, że żadna ilość determinacji nie pomoże jej jutro, jeśli nie spędził nocy na odpoczynku. Już miała udać się na spoczynek, nie zważając na ubrania, które wciąż nosiła, lecz nim do tego doszło, ktoś zaczął dotykać jej ogon. Ledwie się obróciła, równie zaskoczona co zaniepokojona, a młodzieniec uciszył ją, nim wydała z siebie jakikolwiek dźwięk, po czym zadał pytanie, dzięki któremu Lullasy od razu zdołała go zidentyfikować.

“Eryk, najstarszy syn. Dhampir… pół wampir, jeśli dobrze zrozumiałam z kontekstu.”

Lullasy rozglądnęła się po łóżkach, w których mniej lub bardziej słodko drzemała część służby. Następnie wróciła wzrokiem do młodzieńca, który wciąż oczekiwał od niej odpowiedzi.

- Nie tutaj, młody panie, nie chce przypadkiem obudzić nikogo.

        Jej ogon poruszył się, i z gracją kobry czyhającej na swoją ofiarę, Lullasy poruszyła się do przodu, nie wydając przy tym ani jednego dźwięku innego niż szept wydobywający się z jej ust. Podeszła do drzwi do sypialni, a następnie poczekała, aż Eryk zacznie iść za nią. Nie oddalili się daleko, po prostu przeszli kawałek korytarza, na tyle daleko od wszelkich drzwi by niewolnica uważała, że nikogo nie obudzą, nawet jeśli przestaną szeptać.

- Młody panie, muszę od razu prosić o wybaczenie, ale moja wiedza o wampirach nie dość, że dosyć ograniczona, to pochodzi nie z doświadczenia, a słów innych istot.

        Eugona pokornie pochyliła głowę, którą przyozdabiają ziewające od zmęczenia węże. Gdy tylko znów ją podniosła, patrzyła ona prosto na Eryka, po czym zaczęła niemal mechanicznie wymieniać to, co podsłyszała w ten czy inny sposób jeszcze w dawnych czasach.

- Wampiry to istoty nocy, żywiące się krwią, w pewnym sensie nie tak żywe jak inne śmiertelne rasy. Posiadają zdolności graniczące z magią i żyją tak długo, że zwani są nieraz nieśmiertelnymi. Istnieją wampiry szlachetne, odporne na słońce i zdolne do tworzenia wampirów zwykłych, które płoną w słońcu i nie umieją tworzyć kolejnych ze swoich braci. Niestety, o pół-wampirach, takich jak ty, wiem tyle, co nic. Podejrzewam jedynie, że są czymś, o czym wampiry nie są chętne rozmawiać.

Nastała chwila ciszy, podczas której eugona spoglądała na Eryka, oczekując od niego reakcji. Gdy tej nie otrzymała od razu, postanowiła zadać swoje własne.

- Młody panie, powiedz mi… Czy to jest pytanie, na które chciałeś odpowiedzi, czy też coś innego ciąży na twym sercu, w czym mogłabym pomóc?
Awatar użytkownika
Sechmet
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Smokołak
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Sechmet »

Krydiana uśmiechnęła się do Lullasy nieco zmieszana, nie przywykła, by ktoś mówił do niej w taki sposób, niczym do jakiegoś pana i władcy.

- Um, nie ma sprawy, naprawdę. To nic takiego przecież… – odpowiedziała eugonie, kątem oka zerkając na jej węże, które jakby podążały za nią oczami.

Zarówno Sechmet i krydiana cicho zachichotały na widok uciszającej swoją fryzurę naturianki. Zaraz po tym ciemnoskóra poszła spełniać swoje obowiązki, a smokołaczka wraz z koleżanką ruszyły na upragniony spoczynek.
Zmiennokształtna padła od razu, natomiast wężową damę powstrzymał przed tym pierworodny syn pana Williama. Liczył, że nowi pracownicy ojca być może będą wiedzieć coś, co reszta nie wie, a trzeba wspomnieć, że Eryk był nad wyraz ciekawy swojego wampirzego dziedzictwa.

- To chodźmy gdzieś indziej – szepnął lekko zniecierpliwiony, dlatego od razu poszedł za naturianką.

Niestety całe to kilkusekundowe czekanie, które trwało niczym wieki okazało się zupełnie zbędne. Chłopak westchnął pełny rozczarowania, ale mimo wszystko chciał wyciągnąć jakiekolwiek informacje od Lullasy.

- Ale powiedz, co słyszałaś, no prooooszę – błagał, aż w końcu usłyszał to, co chciał. Niestety zrodziło to jeszcze więcej pytań. Nim jednak odpowiedział nastała chwila ciszy, ponieważ młodzik musiał przemyśleć swoje pytania – Jak to nie są żywe? Jestem w połowie martwy? Jestem pół trupem? A o krwi to wiem, szczerze to nigdy jej nie piłem, ale czasem… - ściszył głos – jestem bardzo ciekawy, jak smakuje, stale czuje jej zapach, twoja pachnie dosyć słodko – powiedział śmiertelnie poważnie, wpatrując się w nią tymi swoimi czerwonymi ślepiami – A dlaczego te wampiry odporne na słońce są szlachetne? Czy mogę być pół szlachetnym wampirem? Czy wampiry nie lubią dhampirów w takim razie? – kontynuował jak gdyby nigdy nic, aż w końcu spojrzał na Lullasy z lekkim uśmiechem – Po prostu chciałem wiedzieć więcej.

Po tej niezbyt długiej rozmowie młodzieniec wrócił do swojej sypialni i eugona również mogła oddać się w objęcia snu.

Nad ranem Borisia zbudziła wszystkich, dzwoniąc niewielkim dzwonkiem. Damien i Kiri natychmiast wstali, przebrali się i poszli wykonywać swoje obowiązki. Nordka tymczasem miała przydzielić zadania dla nowych pracownic. Zabrała obie na pole, lato powoli się kończyło, a potrzebowano dodatkowych rąk do pracy przy wykopkach. Teren wprawdzie nie był przesadnie rozległy, ale zapowiadała się praca na cały dzień.

- Dziś będę tu z wami, Damien karmi zwierzęta, a Kiri naprawia dziurę w płocie. Śniadanie będzie za godzinkę dwie – powiedziała, po czym wręczyła łuskowatym kobietom po motyce – Pójdę jeszcze tylko po kosze i wiadra.

W tym czasie przybiegła do nich Sara i jak się okazało, była pełna motywacji i chęci pomocy kobietom. Jednakże Sechmet nie była co do tego pewna.

- Nie wolisz pobawić się z rodzeństwem? – zapytała, starając się utrzymać jak najmilszy ton.
- Pff, a czy mają oni skrzydła?
- Um, nie? – smokołaczka była zmieszana.
- No właśnie, a ty masz! Jak wam pomogę, to pokażesz mi, jak to jest latać – zarządziła dziewczynka z zaskakującą pewnością siebie.
- A-ale… - Sechmet próbowała protestować i spojrzała na Lullasy.
- Tato mówi, że nie ma nic za darmo, więc oferuje wam swoją pomoc, a w zamian chce polecieć do chmur! – aż podniosła ręce, spoglądając w niebo.
- A czy twój ojciec…
- Zgodził się – odpowiedziała z szerokim uśmiechem – Potem przyjdzie jeszcze reszta.
- Jak to reszta?
- No bo plan jest taki, smokołaki zmieniają się w smoki prawda? No to się zmienisz i polecimy na tobie razem z Erykiem i Merrą. Gardenya nie dostała zgody… Ale może za rok czy dwa dostanie – dodała podekscytowana mulatka.
- I mamy zjeść najpierw śniadanie – dodała spiczastoucha, która dołączyła do reszty wraz z Erykiem niosącym dodatkowe trzy motyczki tuż obok Borisii.
- No dobrze… - zgodziła się Sechmet, choć była co do tego pełna wątpliwości.
- No, słyszałam, że zobaczymy cię jako potężnego smoka, ciekawa jestem w sumie, jak wtedy wyglądasz – mówiła nordka, zaczynając robotę – Widziałaś ją już w tej postaci Lullasy? Jakieś wrażenia? – spytała.
- Nie jestem jakoś bardzo potężna… - wymamrotała pod nosem smokołaczka mocno onieśmielona.
- Eryk! Nie wal w tę ziemię tak mocno, bo pokaleczysz ziemniaki!
- No dobra… - westchnął, przewracając oczami.
- A może zrobimy tak, kto uzbiera najwięcej ziemniaków, ten najdłużej leci? – zaproponowała Merra, zacierając ręce. Miała wielką ochotę na małą rywalizację.
- W tym tempie to nie oderwiesz stóp od ziemii – zaśmiał się chłopak – Co zapewne będzie dla ciebie bardzo przykre, bo ja kiedyś nauczę się zmieniać w nietoperza i będę mógł latać, gdzie tylko zechcę! – mówił pełny przekonania.
- No dobra, mniej gadania więcej działania. Bo w tym tempie nikt z was nie poleci – zarządziła nordka.
Mimo to co jakiś czas rodzeństwo sobie dogadywało albo dokazywało dorosłym. Jednak mimo to udało im się uzbierać kilka dobrych koszy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Jadeitowe Wybrzeże”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość