MauriaNadchodzi Noelia

Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Noelia
Szukający drogi
Posty: 49
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Wędrowiec , Artysta , Mieszczanin
Kontakt:

Nadchodzi Noelia

Post autor: Noelia »

        Rynek Maurii dobrze nadawał się do odpoczynku, na środku placu stała niewielka katedra, gdzie wszelkie istoty znajdowały ukojenie duchowe. Noelia postanowiła dołączyć do tłumu stojącego przed zabytkiem. Podsłuchała kilka pogawędek starszych kobiet. W okolicy grasowała szajka złodziei oraz narkomanów, więc trzeba było udać się do świątyni, aby prosić boga o lepszy los. Noelia uśmiechnęła się cierpko, gdy usłyszała, że jakaś nieznajoma kobiecina o srebrnych włosach zwraca się do niej błagalnym tonem:
- Najmocniej przepraszam, nie ma pani kilku drobnych?
Ton od razu ją wkurzył. Też mi coś. Co to za starucha i czego chce? Uznała, że zdawkowa odpowiedź uratuje sytuację.
- Ma pani rację, nie mam - odparła i niby przypadkiem nastąpiła starszej pani na kawałek pięty, by szybko ją wyminąć. W tłumie stali zarówno ludzie, elfy, kilku naturian (rozpoznała po kopytach i skrzydłach), jak i jeden zmiennokształtny (rozpoznała po pazurach i spiczastych uszach pokrytych sierścią). Zastanawiała się co to za zlot dziwadeł.
- Suń się - rozkazała postaci stojącej przed nią ze spiczastymi uszami: albo elf, albo kolejny cudak.
Kiedy udało jej się dojść aż pod wrota katedry, po wejściu do środka spłynął na nią błogi spokój. Dotarła aż tutaj, by móc w spokoju pomodlić się za wszystkie lata, w których lekceważyła wszelką religię. Wybrała wiarę w Najwyższego, bo najprościej szło tutaj dołączyć, wystarczyło parę razy pokazać się w świątyni, a i obrzędy nie są skomplikowane. Mauria nigdy przedtem nie znaczyła dla niej tego, co teraz. Było oczywiste, że wybierze akurat te miasto, jej ulubione, pełne oprychów i zła, wszelkiego chaosu, który jednak nikł w takich miejscach jak obecne, gdzie była. Podeszła w kierunku półkolistego ołtarza, zbliżając się do figurki z brązu, była to prawdopodobnie jedyna rzecz z tego tworzywa, albowiem wszystko inne było ze złota. Dowiedziała się, że należy pod tą figurką przedstawiającą anioła położyć pieniążek, a następnie pomodlić się z twarzą zwróconą w jego kierunku. Było to dość niecodzienne, gdyż była pewna, że nie o jakiegoś anioła tu chodzi, no ale skoro inni tak robili, to co mogła poradzić. Przeprosiła niefrasobliwie za wszelkie plugastwa i opuściła świątynię z przekonaniem, iż dokonała najważniejszej rzeczy. Być może byt, którego przepraszała uniżenie i obiecywała gorąco poprawę, przychyli się do jej prośby. Czekała na to. Nie chciało jej się analizować tego, co wydarzyło się w świątyni, no ale coś tam się wydarzyło. Była pewna, że komuś o tym opowie przy jakimś trunku czy coś w tym stylu. Była jakaś rozbita. Nie spłynęło na nią błogosławieństwo. Nie poczuła się lepszą (w kategoriach szlachetności) nieumarłą. Ale ta wiara w Pana głupia nie jest. Byłoby ciekawie móc o sobie powiedzieć w aspekcie pozytywnym pod względem wiary. No bo czemu nie? Odegra postać iście wierzącą i taką poświęcającą się dla dobra wiary. Czy ktoś to łyknie? Może jakiś symbol na szyi będzie nosiła? W tym przypadku dwunastoramiennej gwiazdy.

        I kiedy myślała, że już wszystko załatwione, że już wszystko sobie przemyślała co do swojej nowej drogi w życiu (lekko udawanej, co prawda, ale to dość zabawne), spadł deszcz. Tak po prostu, jak to miał w Maurii w zwyczaju, nieoczekiwanie i nagle. Usiadłaby pod parasolem na rynku, przy wieży z zegarem, ale postanowiła wejść do karczmy. Zamówiła piwo i usiadła pod oknem. Tworzyła obraz kogoś, kto nie do końca pasuje do tawerny. Miała na sobie białą sukienkę z koronki i mieszanek bawełny. Uśmiechnęła się do swoich myśli.
Awatar użytkownika
Lyyndra
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mieszczanin , Kupiec , Złodziej
Kontakt:

Post autor: Lyyndra »

        Lyyndra ponownie musiała opuścić swoją kwaterę i udać się w podróż, by załatwić parę spraw. Tym razem padło na Maurię. Jej ''pracownicy'' ostatnimi czasy zalegali z daninami i według zaufanego księgowego panny Lichwerk, mieli czelność ukrywać prawdziwe zarobki przed swoją szefową. A Lyyndra nie zamierza być okradana z własnych pieniędzy.
Oczywiście mogła wysłać swoich ''komorników'' by odebrali należny dług, ale sytuacja byłą o wiele bardziej poważna. Informator, który jej to zgłosił, zaszył się gdzieś w mieście w obawie o swoje życie. A z tego co przekazał, ktoś chciał być niezależny od Lyyndry i powoli budował sobie własne malutkie imperium w Maurii. Ależ naiwny był ten ktoś. Lyyndra Lichwerk znano tylko jako Krain zamierzała odszukać i poczęstować zdrajcę swoim karambitem. Na szczęście tylko niewiele osób wie, jak Krain wygląda, więc na daną chwilę Lyyndra byłą całkowicie anonimowa i jedynie mogła pozorować jako jeden z wysłanników Kraina. A ci najbardziej byli zagrożeni usunięciem z planszy. Lyyndra liczyła na reakcję zdrajców na nagłe pojawienie się psa byłego szefa.

        Jej pierwszym krokiem było odwiedzić niewielką bazę operacyjną pod postacią świątyni Najwyższego. Świątynie były idealne do pozyskiwania brudnych pieniędzy, bo budynki przeznaczone wierze, nie podlegają podatkom. Nikogo nie dziwiły datki i spore mieszki monet przechodzące z rąk do rąk. A dla zachowania pozorów, część tych datków, faktycznie lądowały w rękach biedoty, która wcześniej zostało odwiedzona przez miłych i bardzo przekonujących do współpracy kleryków Kraina.

I wilk syty, i owca cała.

Lyyndra odziana jak zawsze przedostała się do świątyni wejściem dla pontyfików. Ale po Pontyfiku nie było śladu. Sprawdziła jego komnatę, kwatery ''uciech'' i nawet wychodek. Musiała poszukać kogoś innego.
        Udała się krętymi schodami na górę, gdzie znajdował się niewielki balkon i mosiężne organy przy których zasiadał grajek. Nie zauważył jej, był zbyt skupiony na grze. Lynndra za to mogła obserwować gromadkę ''wyznawców'' z wysokości. Jej uwagę przyciągnęła blada dziewuszka która, w bardzo nieprzyjemny sposób przebijała się przez tłum, po to by chwilę się pomodlić, złożyć datek i wyjść. Lyyndra zauważyła w niej umęczoną duszę.
        - Hej! co ty tu robisz? - krzyknął organista. Mężczyzna nie miał nawet trzydziestu lat, jeszcze życie przed nim więc, widok kobiety o płomiennych włosach jak jej oczy, wywarł na nim małe wrażenie.
Lyyndra się odwróciła. Oparła się w zmysłowy sposób o poręcz i jedna dłonią pokręciła swoim karambitem parę razy.
        - Kraina doszły słuchy, że ktoś mu zagląda i odejmuje z kieszeni monety. Przysłał mnie, by zobaczyć się z nijakim Gabrielem Slassem, który się gdzieś zaszył, ponoć. Mam nadzieję, że wiesz coś na ten temat. Hm? - zapytała delikatnie.
Mężczyzna zmarszczył brwi i chwilę pomyślał oceniając kobietę stojącą przed nim z góry na dół. Ocena była pozytywna.
        - Najwyższa pora, że Krain w końcu kogoś przysłał. Pontifik ledwo daje radę składać datki na na obie strony. Ja zaś od pół roku nie otrzymałem pełnej wypłaty.
        - Poruszyło to moje serce drogi... Jak ci tam?
        - Marvin.
        - Drogi Marvinie. W swoim interesie, radzę ci powiedzieć, gdzie znajdę wielmożnego Pontyfika tego przybytku - Lynndra chwyciła swój karambit mocno i zmieniła ton na bardziej stanowczy.
        - W tym rzecz, że nie wiem... Cały dzień go nie widziałem - wzruszył ramionami.
        - Gdzie mieszka?
        - Stawlowa czterdzieści dwa, naprzeciwko ogrodu Rodendra. Nie do przegapienia. Jako jedyny, posiada pozłacany balkon. Ale częściej spotyka się z karczmarzem w wolnych chwilach. Karczma jest naprzeciwko. Może on będzie wiedział gdzie się podział - Marvin nie wyglądał na wygadanego, ale Lyyndra wiedziała, że musi być do tego ''coś'' jeszcze.
        - Rozumiem, że Krain, dostrzeże moją lojalność i... że szepniesz mu słówko odnośnie mojej pomocy? Prawda?

Lyyndra się nie pomyliła... zbliżyła się do Marvina na wyciągnięcie ręki, bo tylko tyle jej wystarczyło by przytknąć ostrze do gardła organisty. Ten znieruchomiał i zacisnął zęby.
        - To wszystko zależy od efektu końcowego - szepnęła mu do ucha i zwolniła ostrze. Opuściła go wolnym krokiem zaczepiając karambit do paska biodrowego. Był żałosny, ale póki co przydatny. Może się gdy się to wszystko skończy, zastanowi się jak go nagrodzić.

Lyyndra wyszła na zewnątrz a na jej powitanie lunął deszcz. Jedynie co mogła na to poradzić, to wymowny grymas.


        Lyyndra przekroczyła próg karczy cała mokra. Ale nie od parady jest czarodziejką. Przeczesała swoje włosy od dołu w górę, a te się w moment wysuszyły. Tak samo postąpiła z odzieniem, choć przy tym musiała lekko przykucnąć kiedy przesuwała lekko jarzącymi dłońmi po swojej sylwetce z góry na dół. Przykuło to niemałą uwagę, w szczególności mężczyzn. Ci, bardziej obeznani w zaklęciach i badaniu aury, mogli wywnioskować, że mają do czynienia z prawdziwą czarodziejką jak zwykła użytkowniczką magii. Jednak, dziwne, że nie ukryła swoich blizn, kiedy czarodziejki z zasady ulepszają swój wygląd do nieosiągalnych przez zwykłego człowieka kształtów.
        Nie zwracając wielkiej uwagi na gapiów, Lyyndra zbliżyła się do lady i zastukała knykciem o blat trzy razy. Zastanawiała się, jakież to trunki podają w tym porzuconym przez bóstwa mieście. Miała tylko nadzieję, że nie podadzą jej chmielnika.
Ostatniemu, kto podał jej wodę z chmielem pod pozorem i ceny piwa, złamała nos. Teraz nie miała zbytnio ochoty na alkoholowe bójki. Z tego powodu wyciągnęła swoją szkatułkę, z której wybrała małego skręta i pstryknięciem palców przyzwała mały płomyk między jej palcami. Odpalając swój specjalny tytoń, zerknęła na prawo. Niedaleko niej, siedziała ta blada dziewczyna ze świątyni.
Awatar użytkownika
Noelia
Szukający drogi
Posty: 49
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Wędrowiec , Artysta , Mieszczanin
Kontakt:

Post autor: Noelia »

        W świątyni najbardziej podobało jej się to, że mogła się wyciszyć. Kiedy poczuła, że może już wyjść, z niechęcią spojrzała na kilka starszych kobit, które czekały na swoją kolej. Ze względów bezpieczeństwa osoba zarządzająca miejscem kultu nie wpuszczała do środka każdego. W końcu, to Mauria, siedlisko bakterii i różnych chorób. Być może miała zwidy, ale mogłaby przysiąc, że posążek anioła niespodziewanie ożył. Wpatrywał się w nią swoimi drobnymi ślepkami, posyłając jej komunikat do umysłu. Było to krótkie: "dziękuję, zapraszam ponownie".

        Noelia nigdy nie była bardziej zamyślona, niż wtedy, gdy wyszła z tego miejsca. Irytowały ją ciekawskie spojrzenia starowinek, większość z nich miała chustki na głowach i rajstopy na nogach, zapewne, żeby je tam nie przewiało. Za to wampirzyca, istotnie blada jak papier, ale to z nadmiaru wrażeń po wizycie w świątyni, miała na sobie oprócz białej sukienki także wisiorek na szyi oraz pierścionek na serdecznym palcu. Jako obuwie wybrała lakierki czarnego koloru z małą klamerką pośrodku oraz kilkoma zdobieniami w postaci złotych nici. Były to drogie buty, które sprawił jej ostatni kochanek, do którego zaczęła trochę tęsknić. Jeżeli zapewniał przyjemność, był potrzebny, a innym razem, gdy marudził, że musi rano wcześnie wstać, więc nie będzie z nią balangował, miała go dość. Przydawał się głównie w celach hedonistycznych, lecz nie tylko. Sprawdzał się jako bratnia dusza, nie mogła o nim powiedzieć złego słowa, poza tym, że dzieliła ich znaczna odległość. Noelia nawet nie pamiętała jak nazywała się dziura, w której mieszka on. Nie ma co liczyć na rychłą przeprowadzkę w jej rewiry, bo nie zostawi pracy, i tak dalej. Trudno się mu dziwić. Na imię ma Aleksander. Niewiele wie na jego temat, co nie przeszkadza jej po trochu do niego wzdychać. Teraz jednak miała inne rzeczy na głowie. Przed wyruszeniem do tawerny nie uśmiechało jej się czyjeś towarzystwo, ale po jakimś czasie zmieniła zdanie- mogłaby dzisiaj kogoś poznać, czemu nie. To stanowczo lepsze rozwiązanie, niż pobyt w świątyni oraz myślenie na zasadzie "gdyby babcia miała wąsy, to byłaby dziadkiem". Noelia nie lubiła być w takim nastroju, jednak z powodu tego, że była niedługo po zakończeniu swoich kobiecych dni, jeszcze nie przyszła do siebie i marudziła na cały świat. Tak to wyglądało, taka rzeczywistość.
        Gdy opuściła dom babki, gdzie malowała obrazy i takie tam rzeczy (pomagała jej w codziennych czynnościach, szyła, nakrywała do stołu i od czasu do czasu poszła po wodę ze studni), wyruszyła w krótką podróż. Marzy jej się kiedyś zawitać do Rubidii i pozwiedzać te wszystkie małe miejscowości, które swoim urokiem na pewno podbiłyby jej serce, ale nie starczyłoby jej teraz na to funduszy. Babka jeszcze żyła, co nie oznacza, że cokolwiek jej przepisze. Zresztą, żyć w tamtym miejscu, gdzie spędziła kilka miesięcy by nie chciała, mówiąc szczerze, z jakiegoś powodu to właśnie w Maurii czuła się najlepiej i nic nie wskazywało, by to miało ulec zmianie. Życie za miastem miało swoje niewątpliwe plusy, ale na dłuższą metę? Podziękowała. Pożegnała się z babką w awanturze, starucha nie chciała jej wypuścić. Kto by tam chciał się pozbywać darmowej siły roboczej. Zasuwała ostro jak jakieś ciele i mrówka w jednym. Tego było za wiele.
        W karczmie czuła, że lada moment coś się wydarzy. Ciężko to wrażenie uzasadnić, ale takie miała przeczucie. Jeżeli chodzi o jej wygląd, to on przez te miesiące zasuwania u babki zmienił się na niekorzyść. Ślepa nie była i widziała swoje odbicie w lustrze. Zbladła, a wręcz poszarzała na twarzy. Co prawda, mogła w dowolnym momencie sobie gdzieś wyjść, gdy babka ucinała sobie drzemkę, ale nie chciała zostawiać jej samej. Obecnie starsza pani mieszka wraz z pewnym nastoletnim chłopcem, którego przygarnęła pod swoje skrzydła i zaopiekowała nim. To sierota, a więc potrzebuje opieki dorosłego. Postanowiła porozglądać się za kimś ciekawym. Jej uwagę przykuła rudowłosa postać z bliznami na twarzy. Oblicze tej kobiety przedstawiało hardość charakteru i bezpośredniość, a może i coś więcej? Pewien rodzaj zła? Noelia przez lata straciła nadzieję, że nauczy się rozróżniać chaos od nikczemności, była jednak pewna, że rudowłosa mogła prowadzić jakieś szemrane interesy albo być w coś zamieszana po łokcie.
        - Ile kosztuje nocleg w karczmie? Bo macie tutaj pokoje, prawda? - spytała obsługi za ladą. W odpowiedzi usłyszała, że owszem, mają pokoje, część z nich jest zajęta i została tylko jedna jedynka, na którą nieumarła zdecydowała się bez namysłu.
- Jeżeli zostawi pani porządek w pomieszczeniu po jego opuszczeniu, wtedy cena będzie dużo niższa. Gospodarz przymyka oko na pieniądze. Woli, gdy co urodziwsze panie płaciły mu... no wie pani w jaki sposób.
        Noelia zaczerwieniła się, co nie uszło uwadze obsłudze (tęga blondynka w skromnych szatach). Wampirzyca potraktowała ostatnie słowa jak drwinę. Zareagowała bez namysłu:
- Zły adres, nie zarabiam w ten sposób - stwierdziła tonem nieznającym sprzeciwu.
- Ach tak? - Jakby nie zgodziła się blondynka. - To nie ma nic do rzeczy - dodała cierpko.
Noelia lekko się zdenerwowała, ale nie chciała tego po sobie poznać. "Co ty nie powiesz...", pomyślała a jej brew poszybowała do sufitu, okazując dezaprobatę. Chłód jej postawy szłoby porównać do szczytów Gór Dasso. To przypomniało czarnowłosej, że dawno nie była w górach.

        Tak się złożyło, że kilka, jak nie kilkanaście osób obecnych w tawernie usłyszało to, co powiedziała jej blondwłosa kobieta z obsługi, wampirzyca mogłaby w tej chwili pokazać swoje okazałe kły i w ten sposób sprawić, by blondyna się jej wystraszyła, ale nie zamierzała babrać się w takich dziwnych klimatach.
- A właściciel jest na miejscu? - dociekała w dalszym ciągu, a gdy spostrzegła marsową minę swojej rozmówczyni, satysfakcji nie było końca w jej duszy.
- Jest - odparła tylko i skierowała oczy w dół, na ladę unikając wzroku dociekliwej wampirzycy.
        Brunetka zignorowała gapiących się na nią ludzi, elfów, innych nieumarłych czy kim oni tam byli (przecież nie będzie podchodzić do każdego z nich, by spytać jakiej są rasy!), przy czym aury jednoznacznie wskazały, że nie ma tu żadnego naturianina, ani zmiennokształtnego, co Noelia przyjęła z ulgą, po czym kontynuowała spożywanie alkoholu. W karczmie nie było głośno, mimo że gości zaczęło przybywać, chociaż część z nich wolała pić piwo oraz jeść późną kolację na zewnątrz. Spojrzała za okno. Bezpieczniej byłoby tutaj zostać, niż siedzieć na tym zimnie. Ostatnio Noelia źle znosiła chłód, mimo że nie było mowy o chorowaniu, to z pewnych względów niskie temperatury wpływały negatywnie na jej psychikę.
        Raptem do jej stolika podszedł wysoki mężczyzna, na oko czterdziestoletni, o ile był to człowiek. Pachniał drewnem i potem (tak, w tym przypadku pot pachniał, a nie śmierdział). Jeżeli był to wampir, to nie zdradzało go nic, podobnie jak Noelię, która mogłaby uchodzić za kobietę rasy ludzkiej. Przybysz zadał pytanie bez ogródek wprost w jej ucho, nachylając się do brunetki w taki sposób, iż wyglądało to co najmniej komicznie, jak nie- groteskowo.
- Czy to pani mnie szukała? Jestem gospodarzem karczmy i chętnie omówię kwestię płatności za jedną noc w którymś z pokoi.
        Nieumarła ujęła swój mały podbródek w obie dłonie, zaprzestając picia piwa na pewien czas, skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co mówi do niej właściciel interesu. Uśmiechnęła się niewinnie i odparła niespiesznie:
- Rzeczywiście, pytałam o pana. Zamieniam się w słuch, jestem pewna, że się dogadamy. - Jej ton przybrał delikatniejszą formę. Zupełnie niespodziewanie, gdyż zwracając się do blondynki z obsługi, barwa jej głosu była bardzo zdystansowana i ochrypła. Gospodarz z marszu jej się spodobał, miał brązowe krótkie włosy i ładną koszulę oraz spodnie pasujące idealnie do całości. Nie miał pierścionka na żadnym palcu, Noelia od razu to wychwyciła. Po jakimś czasie wskazała ruchem głowy miejsce naprzeciw niej. Właściciel uśmiechnął się, przytaknął również niewerbalnie, a następnie usiadł bezdźwięcznie. Jego twarz prezentowała jasne barwy, podobnie co głos.
- Jeżeli mogę zapytać… godność pani?
- Noelia Cheotia Toreos – przedstawiła się uroczyście. Wolała zaprezentować maksimum swoich możliwości, bo po pierwsze, mogła po prostu zachęcić do siebie właściciela, po drugie, wynegocjować niższą stawkę, a jeżeli już nie będzie ona niższa, to chociaż stała z tendencją do spadku, po trzecie, poznanie nowej osoby w miejscu, gdzie od ostatniego spotkania z kimś sympatycznym i ciekawym minęły lata stanowiła nagrodę samą w sobie.
- Ładnie – przyznał zwyczajnie. - Ja mam na imię Leon, a nazwisko Bramski. Nic specjalnego, myślę, że będzie sobie mówić na ty, tak będzie lepiej. Posłuchaj mnie teraz. Noelio, nie wezmę od ciebie ani grosza. I muszę cię przeprosić za zachowanie mojej asystentki. Klara co jakiś czas ma gorszy okres w życiu. To samotna matka, a jej dziecko często choruje. Ojciec dziecka nie uznaje swojego ojcostwa i nie zawsze płaci w terminie alimenty na rzecz małego. To, co powiedziała Klara… nie powinno mieć miejsca. W życiu nie kazałbym ci płacić w ten (i tu dał akcent przy słowie „ten”) sposób. Nie kazałbym płacić w sposób mało moralny nikomu. Nie jestem kimś takim. Od dziecka ciężko pracuję, odziedziczyłem tę karczmę po moim wuju, wychowałem się bez rodziców i wiem co oznacza godność. Jeżeli to, co usłyszałaś cię obraziło, dołożę wszelkich starań, żeby to się nigdy nie powtórzyło. Ale widzisz, z powodu sytuacji rodzinnej Klary nie mogę jej zwolnić, bo nie mógłbym sobie spojrzeć w lustro, że jej dziecko chodzi głodne czy brudne. Już wstępnie rozmówiłem się z nią na ten temat. Teraz wszystko jest w twoich rękach. Jesteś moim gościem, w dodatku chcesz u mnie nocować, na co się zgadzam, naturalnie. Jeżeli w tym momencie powiesz, że jesteś urażona słowami dziewczyny za ladą, pomyślę o jej zwolnieniu i innych konsekwencjach. Natomiast jeśli powiesz, że nie ma sprawy, uznamy temat za zamknięty. Decyzja? Jak to wygląda z twojej strony?

        Noelia zamyśliła się. Nie chciała poważnych konsekwencji wobec Klary, ale jej egoistyczna natura dawała o sobie znać. W pewnym momencie wpadł jej do głowy pewien pomysł.
- Zadowolę się lepszym standardem pokoju. Więcej nie potrzebuję. A dodatkowo powiem ci, że zapłacę za każdy dzień mojego pobytu tutaj, bo mogę zabawić długo. Nie mam własnego kąta, więc pozostaje mi zatrzymać się w karczmie na dłużej. Rozumiem, że pokoje są na górze?
- Niezupełnie. - Na te słowa Noelia zrobiła niezadowoloną minę wyrażającą zakłopotanie. Widząc pionowo skierowaną dłoń mężczyzny przed jej obliczem, dała mu skończyć, uważnie słuchając. - Pokoje o gorszym standardzie znajdują się istotnie na górze, należy w pierwszej kolejności udać się po klucz, który daje któryś z moich pomocników. On też zaprowadza do pokoju, omawia niektóre rzeczy i wskazuje jaką opłatę należy uiścić. Ale robi to pod sam koniec, w zależności od tego, czy czasowy lokator był kłopotliwy... Pokoje z lepszymi warunkami: wygodne łóżko, świeża pościel, a nad ranem możliwość zamówienia patery z owocami za darmo, płatnego śniadania w postaci jajecznicy, jest tego sporo. Staram się spełniać oczekiwania moich gości, oczywiście, wszystkich żądań się nie da, ale to, co jestem w stanie zrobić, to uczynię. Jeżeli chodzi o lepsze pokoje, są one większe i przestronniejsze, posiadają spore okna z zasłonami, których brakuje w tych skromniejszych propozycjach. Lepsze warianty znajdują się dziesięć, piętnaście minut drogi stąd, zazwyczaj któryś z moich pomocników zaprowadza tam wynajmujących, ale dzisiaj mogę ja to zrobić na twoją rzecz. Czy wyrażasz zgodę, Noelio?
- Oczywiście, nie widzę żadnego problemu.
- Ja tak samo nie widzę żadnego kłopotu w tym, cieszę się, że jesteśmy zgodni. Zostawiam cię na jakiś czas samą, muszę wracać do swoich obowiązków. Jeżeli będziesz mieć ochotę udać się już do pokoju, to poproś Klarę, ona po mnie pójdzie i zrobi to bez ale. Służy pomocą.
        Wampirzyca po oddaleniu się Leona uradowała się na myśl noclegu w lepszej izbie. Podekscytowała się jak dziecko czekające na prezenty. I to za darmo. Niesłychane! Z kolei Leon, po przemyśleniu, wydał się kimś lekko dziwnym. Rozmawiał z nią jak z dzieckiem, w sposób otwarty i bezkonfliktowy, ale nudziły ją rozmowy z kimś równie grzecznym. Pogawędka nie niosła z sobą zwrotów akcji, ani niczego podobnego i to trochę zirytowało zniecierpliwioną wampirzycę. Nudził ją ton Leona, więc to i lepiej, że już sobie poszedł. Brakowało mu pazura, nie był niegrzecznym chłopcem, aczkolwiek gdyby nad nim wystarczająco popracować, byliby z niego ludzie. Ciekawi ludzie. A nie takie grzeczne ciamciaramcia jak na załączonym obrazku. Toreos ziewnęła. Teraz pożałowała trochę, że przedstawiła się tym kurtuazyjnym tonem, lecz dostosowała się do swojego rozmówcy. Leon wprawdzie nie był w jej typie, chociaż… kto wie? Ten rozłożysty tors mówił sam za siebie. Miał pewną nadwagę brzuszną, ale to jej w niczym nie przeszkadzało. Najważniejsze u gościa jest to, by potrafił ruszać tym, czym powinien. Nie zaszkodzi jakby przy tym nie chlapał na prawo i lewo… chodzi tu, rzecz jasna, o dyskrecję, a nie o tajniki alkowy, bo na chwilę obecną w jej głowie nie kiełkowała żadna zbereźna ani nieprzyzwoita myśl. Sącząc swój alkohol, pomyślała, że nad Leonem mogłaby popracować. Jednakże z jakiegoś powodu czuła tremę przed spacerem z nim. Nie chciała tego, oj nie, była dużą dziewczynką, samodzielną i zaradną i nie wiedziała, czy to dobry pomysł z odprowadzeniem jej do pokoju, w którym miała nocować. Przecież świetnie da sobie radę sama. Leon z jakiegoś powodu budził w niej ambiwalentne odczucia, z jednej strony, pierwsze wrażenie sprawiło, że gdyby nie siedziała, zapewne zmiękłyby jej nogi, którymi ledwo by w takiej sytuacji poruszała podczas zajmowania pozycji stojącej, a z drugiej? Widziała wielu takich grzecznych chłopaczków jak on, z tym, że dawno z nikim takim nie udało jej się uciąć chociażby pogawędki, nie mówiąc o dłuższej rozmowie takiej jak ta. Ale z trzeciej strony, co o nim wiedziała? Powinna wyuczyć się postawy dystansu i nie oceniać innych. Tak było najlepiej. Jego głos jeszcze przez pewien czas był w jej pamięci, wybrzmiewał w świadomości i złapała się na tym, że lustruje wnętrze karczmy za nim; żeby jeszcze raz go ujrzeć. Kto wie, czy to nie było jakieś zauroczenie, które same w sobie jest chwilowe, choć co do tego nie mogła być pewna. Za wyjątkiem Aleksandra, nie posiadała z żadnym przedstawicielem płci brzydkiej głębszej relacji. Ciekawe, co przyniesie przyszłość. Gdy już trochę ochłonęła, pomyślała, że podobała jej się w postawie Leona jeszcze jedna rzecz, niezwiązana z jego fizjonomią, mianowicie: dojrzałość emocjonalna. Zachowanie właściciela przybytku budziło podziw, bez dwóch zdań.       

        Naraz jej uwagę zwróciła ponownie rudowłosa postać. Po nawiązaniu kontaktu wzrokowego, chwilę jeszcze obserwowała przybyszkę, po czym postanowiła z nią porozmawiać. Zamierzała pogawędzić z inną sobie podobną istotą na temat aparycji właściciela. Oczami wyobraźni widziała siebie u jego boku na wyjeździe letnim do Rubidii, co było jej marzeniem, chyba największym na ten moment. Przez chwilę oddała się fantazjom. Potem wróciła do świata realnego. Nie dalej jak wczoraj słyszała coś o jakimś najwyższym kapłanie i jego lewych interesach, może rudowłosa piękność będzie coś wiedzieć na ten temat? Wampirzyca nie była ślepa i widziała jakie zainteresowanie budziła osoba płci żeńskiej, o której właśnie myślała. Ruchem głowy zachęciła nieznajomą, by ta usiadła obok niej. Dostrzegła wiele par oczu skupiających się na aparycji obu kobiet. Westchnęła z myślami: "Ech. To zawsze tak wygląda." Gdyby nie blizny na twarzy rudej, na które wampirzyca od razu zwróciła uwagę (przynajmniej wiedziała, że nie ma czego zazdrościć, a, czego nie ukrywała, jej kobieca próżność miała się bardzo dobrze w takich momentach), byłaby śliczną dziewczyną. Wyglądała staro według Noelii. Ucieszyła się, że nie ma w niej rywalki. Trochę też wyglądała jak cudak, więc była ciekawa jaka jest w gadce. Czy umie porwać tłumy? Się okaże.
Awatar użytkownika
Lyyndra
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mieszczanin , Kupiec , Złodziej
Kontakt:

Post autor: Lyyndra »

        Lyyndra zaciągnęła się swoim tytoniem i dmuchnęła dymkiem na ukos. Uniosła brew oceniając odzienie bladej dziewczyny. Całkowicie nie pasował do świata mody Maurii, co oznaczało, że kobieta nie jest stąd, albo bardzo się lubi wyróżniać. Ta druga opcja nigdy nie jest dobra w przypadku tego miejsca. A Mauria słynęła z niegodziwców, czyhających na łatwy, wyróżniający się łup. Bo każdy, kto posiada jakiekolwiek ''plecy'' w tym miejscu, jest dopasowany w mniejszym lub większym stopniu do estetyki tego miasta. Dlatego nikogo nie powinien zdziwić ekwipunek Lyyndry. Jej całkowita prezencja była na tyle zadziorna, że w jakimś stopniu mogłaby należeć do jakiejś grupy rzezimieszków. Aktualnie Lyyndra zauważyła w dziewczynie jeszcze jedną rzecz. Robiła maślane oczy do gospodarza, a ten widocznie się do niej uśmiechał.
Znali się. Dobrze.
Nie czekając na pytanie o napitek powiedziała głośno. - Biały rum, z miętą. - nieprzerwanie wpatrując się w dziewczynę w bieli. Nie musiała nawet patrzeć na karczmarza, bo ten bez słowa wyciągnął szkło i odwrócił się plecami do czarodziejki w poszukiwaniu składników. Szczególnie, że znała go, jeszcze kiedy ten mężczyzna był młodzikiem z... trzydzieści lat temu? Gabe się nazywał? Może Gemb? Coś podobnego. Jego staruszek wszystkie dzieci nazywał, zaczynając na literę G. Niezbyt smaczne, bo w półświatku na ojca mówiono Pan G jeszcze zanim się dorobił dzieciaków.
        Ciekawe gdzie reszta gromadki? Było ich z czterech. Ale tutaj przed nią to z pewnością ten najmłodszy.
Wszędzie pozna te głębokie, błękitne oczy i wilczy nos. Nadal był urodziwy jak wtedy, choć teraz bardziej barczysty. Ciekawe czy ojciec jeszcze żyje? Odwiedziłaby tego starego draba. Mieli wspólną przeszłość kiedy Lyyndra zaczynała podróżować z miejsca na miejsce, wyjaśniając zmiany w stanowiskach pewnych osób. Co by nie było, z jednej strony dobrze, że wie od kogo ma przyjemność uzyskać trunek. Z drugiej... być może on i też ją pamięta. A jeśli tak, to może się domyślać, że jej wizyta nie jest przypadkowa. Ciekawe czy przejął ''spadek'' po ojcu, lub ktoś z jego braci czy siostra? Wtedy bycie karczmarzem jest tylko ''pracą hobby' na boku. Osobiście wolała tego nie sprawdzać, ale to by tłumaczyło zniknięcie pontyfika na dłuższy czas. Usługi ojca cieszyły się tym, że długo zajmowały.

        - Pierwszy raz w Maurii? - zapytała czarnowłosą.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mauria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości