Daleka Północ[Śnieżny Las] Echa Przeszłości

Niezwykle odległe miejsce, położone daleko, daleko na północ od Środkowej Alaranii. Tutaj wznoszą się wysokie Góry Thargorn, a przed nimi rozciągają się wielkie Lodowe Pustkowia. To właśnie stąd pochodzą lodowe elfy, a także krasnoludy i pozostali nordowie.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Łowca , Zielarz , Rzemieślnik
Kontakt:

[Śnieżny Las] Echa Przeszłości

Post autor: Eilys »

         Śnieżny Las o świcie robi zaiste niesamowite wrażenie. Niebo przyobleka się w ciepłe barwy, tak rzadkie na dalekiej północy, a pierwsze promienie słońca odbijają się od lustra pokrytych szadzią drzew, budząc je do wyjścia z zamarzniętej skorupy. Kwiaty nieśmiało rozprostowują łodygi i unoszą swe pąki ku niebu, chłonąc życiodajne światło, przebijające się przez korony świerków, sosen i jodeł. Nad leśnym runem jeszcze rozpościerają się resztki delikatnej mgły, która niczym woal nocą otulała pnie drzew. Nieliczne ptaki śpiewające, dla których tutejszy klimat bywa zbyt surowy, wychylają się z gniazd i dziupli, by oznajmić nastanie kolejnego dnia - i zaraz po tym wyruszyć na poszukiwanie pożywienia. Nie tylko one zresztą rozpoczynają łowy. Tego ranka, oprócz leśnej zwierzyny, przez gęste krzewy przedzierało się coś jeszcze.
         A raczej: ktoś.
         Ślady, zbaczające z utartej ścieżki prosto w sosnowy gąszcz, należały do białowłosej kobiety i jej dwóch futrzastych towarzyszek. Mimo niskiej temperatury - wzrosnąć miała dopiero bliżej południa - elfka zrezygnowała z zakładania cieplejszej odzieży; zimno nie robiło na niej specjalnego wrażenia. Zwykła szara bluzka z podwójnej warstwy materiału i o długich rękawach w zupełności jej wystarczała. Jedynie grube buty przejawiały pewne właściwości ochronne. W końcu nie ma nic gorszego od włóczenia się po lesie w przemoczonym obuwiu przez cały dzień… A może nawet i dłużej. Nigdy nie wiadomo, co może się komu przytrafić podczas polowania, o czym Eilys nieraz przekonała się na własnej skórze. Tym razem nie planowała żadnych bardziej ambitnych tudzież ryzykownych przedsięwzięć, lecz plany nierzadko nijak mają się do rzeczywistości, na którą czasem nie ma się wpływu. Wszak zawsze należy spodziewać się niespodziewanego. Nawet podczas czegoś równie nudnego jak grzybobranie.
         Eis nie pałała zbytnią sympatią do grzybów. Miała z nimi styczność kilka razy; jej żołądek nie tolerował ich najlepiej, w związku z czym na co dzień elfka niezbyt się nimi interesowała. No, chyba że w kontekście leczniczych wywarów - ale do tych można było równie dobrze posłużyć się ziołami, o wiele łatwiejszymi do zdobycia. Co innego Setya. Eilys wiedziała, że Mama miała słabość do grzybów, a nade wszystko uwielbiała duszony z nich sos do mięsa. Ostatnio nie czuła się najlepiej, więc elfka postanowiła o świcie zebrać trochę rydzów, by na poprawę humoru przyrządzić Mamie jej ulubiony obiad. Właśnie z tej przyczyny węszyła teraz w sosnowym borze - wiedziała, że rydze lubią towarzystwo właśnie tych drzew - rozgarniając mech długim, akacjowym kijem. Kotki miały dotrzymywać jej towarzystwa, może czasem trochę pomóc, jednak przez większość czasu zajęte były gonieniem za nornicami i inną drobną zwierzyną.
         Na dnie koszyka, który Eis przerzuciła sobie przez rękę, znajdowały się pojedyncze sztuki pomarańczowych grzybów, wciąż jednak zbyt mało, aby uwarzyć z nich sos. Elfka westchnęła. Wolałaby zapolować teraz na jakąś łanię, lecz łuk zostawiła w domu. Nie był jej teraz potrzebny i tylko by zawadzał przy przedzieraniu się przez chaszcze. Poza tym… ostatnio w okolicach widywała niewiele zwierzyny. Zupełnie jakby coś przepłoszyło ją z tego terenu. Coś groźniejszego od śnieżnych wilków, których wyjące koncerty od kilku nocy także ucichły. Eilys rozważała nawet wybranie się do wioski, by zasięgnąć języka, lecz znowu taka całodniowa wyprawa bez łupów na sprzedaż była kompletnie nieopłacalna, łupów zaś kobieta nie miała, gdyż nie znała przyczyny nagłej pustki w lesie - i w ten sposób błędne koło się zamykało. A zima zbliżała się nieubłaganie, podczas gdy zapasów w spiżarni wcale nie przybywało.
         “Jak tak dalej pójdzie, będziemy musiały wprowadzić dietę opartą na tych wstrętnych grzybskach - myślała Eis ponuro. - Tylko co wtedy będą jeść koty?
         A koty właśnie zaczęły dokazywać. Widocznie znudziło im się polowanie na gryzonie i postanowiły stoczyć ze sobą pojedynek. Pstrokata kotka, o futerku w barwach bieli i czerni z domieszką rudego, syknęła ostrzegawczo sekundę przed tym, jak rzuciła się na swoją szaroburą przyjaciółkę. Przez chwilę biegały po ściółce jak szalone, rozrzucając wokół szyszki, igliwie i resztki staranowanej grzybni, by w końcu uderzyć w Eilys skotłowanym kłębkiem łapek i ogonów. Elfka zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową.
         - Milva… Ładnie to tak napastować staruszków? - Pogroziła palcem kotce, która zamrugała niewinnie ślepiami w dwóch różnych kolorach. Druga z nich prychnęła z pogardą i Eis wyczuła płynącą od niej dezaprobatę. Mimo, iż miała na karku niemal półtorej setki, Finja nie lubiła, gdy ktoś wypominał jej wiek. Teraz również postanowiła pokazać, że poczuła się dotknięta i przez resztę wędrówki trzymała się na dystans, obrażona.
         Ilość rydzów w koszyku zdawała się być już satysfakcjonująca, więc Eilys śmiało mogła wracać do domu, lecz przypomniała sobie o wnykach, które niedawno rozstawiła kawałek dalej. Nic nie stało na przeszkodzie, by nadłożyć trochę drogi i sprawdzić czy przypadkiem coś się w nie nie złapało. Świeże mięsko z królika byłoby idealną bazą na obiad. Elfka zmieniła kierunek marszu i ruszyła przed siebie. Przeprawiła się przez strumień i podeszła na skraj polany; po jej drugiej stronie znajdowały się sidła.
         Uszła jeszcze kilka kroków, gdy poczuła wyraźne ostrzeżenie od zwierzęcych kompanów. Obie kotki były zaniepokojone, co widoczne było w ich nastroszonej sierści. Eilys wzmocniła uścisk na kiju, który trzymała w dłoni i w myślach nakazała sobie - a także Finji i Milvie - zachować ostrożność. Wyostrzywszy zmysły, zaczęła powoli, krok po kroku, zbliżać się w stronę polany; na ugiętych nogach, w pozycji gotowej zarówno do ataku, jak i szybkiej ucieczki. Milva wspięła się na świerk, by zbliżyć się do potencjalnego zagrożenia, skacząc po gałęziach drzew, Finja zaś porzuciła swoją obrażoną postawę i skradała się z elfką, tuż przy jej boku.
         Eilys nie wiedziała, czego mogła się spodziewać, ale na pewno nie spodziewała się tego, co zastała. Widok, jaki ukazał się elfce, gdy wyminęła ostatnie ograniczające wolną przestrzeń drzewa, w pierwszym odruchu przyprawił ją o mdłości. Szybko jednak się opanowała i, nadal czujna, podeszła jeszcze bliżej, by dokładnie zbadać miejsce straszliwej masakry.
         Na środku polany, gdzie teren odrobinę się obniżał, znajdowało się teraz jeziorko. Szkarłatna kałuża krwi. Ludzkiej krwi - to podpowiedział elfce jej zapach. Krew zwierzęca śmierdziała zupełnie inaczej. Jednak posoka sama w sobie nie była jeszcze najgorsza. Znacznie bardziej odrażający widok przedstawiały rozrzucone po polanie ciała i ich części. Jedno, straszliwie poszarpane, rozciągnięte było na korzeniach potężnego świerka; przynajmniej jedna jego część. Druga leżała porzucona w trawie, po przeciwległej stronie polany. Inne przedstawiało stan tak opłakany, iż trudno było w ogóle ocenić, jakiej rasy i płci był ów nieszczęśnik. Trzecie, ostatnie - przynajmniej z tych widocznych - leżało nieco dalej, twarzą do ziemi. Należało do mężczyzny. Do niego właśnie zbliżyła się Milva i miauknęła cicho, trącając pyszczkiem nieruchomą rękę. Eilys podbiegła w to miejsce i walcząc ze słabością, która nagle ją ogarnęła, odwróciła mężczyznę na wznak. Ze zdziwieniem, pomieszanym z przerażeniem, dostrzegła, iż biedak jeszcze żył, jednak szybki rzut oka na odniesione przez niego rany upewnił elfkę w tym, że był to koniec jego podróży po tym świecie. Dziury, jaka ziała w jego gardle, nie zdołałby uleczyć nawet najlepszy medyk, a jego klatka piersiowa była wklęsła niczym krater. Mężczyzna zacharczał przeraźliwie i otworzył na chwilę oczy, w ostatnim przebłysku świadomości posyłając Eis błagalne spojrzenie. Choć kobieta nie była szczególnie empatyczna względem obcych, zrozumiała prośbę, jaka kryła się w tym spojrzeniu. Zza paska wyjęła nóż, którego używała do dobijania zwierzyny i szybko, bez zbędnych szlochów, poderżnęła mężczyźnie gardło. Wówczas resztki życia uleciały z jego ciała, które znieruchomiało już na zawsze. Eilys zaś podniosła się z klęczek i raz jeszcze powiodła wzrokiem dookoła.
         - Przynajmniej wiemy już, co się stało z naszą zwierzyną - mruknęła. Starała się nie okazywać zdenerwowania i wyglądała na nieporuszoną, lecz jej dusza drżała. Takich okropieństw nie ogląda się na co dzień.
         Ślady krwi powiedziały jej, co mogło zajść w tym miejscu. Chaotyczne smugi wskazywały, w którym miejscu stoczono walkę na śmierć i życie - którą jak widać nie wszyscy ukończyli szczęśliwie - a dalej dało się zauważyć odbicia podeszw wielu butów. I znacznie większe ślady łap czegoś groźnego. Łap niedźwiedzia. Musiał mieć co najmniej ze dwa metry wzrostu, choć patrząc po głębokości odcisków w ziemi, Eilys szacowała, że liczba ta była bliższa trzech. Najwyraźniej jakaś grupa urządziła sobie polowanie i poniosła porażkę. Lub też została zaskoczona podczas wędrówki. Tak czy inaczej, elfka poczuła jak nieprzyjemny dreszcz przeszedł jej po plecach na myśl, jak potężna musiała być ta bestia, skoro zdołała tak zmasakrować członków skądinąd dość licznej drużyny.
         Część jednak przeżyła starcie. Ich krwawe ślady prowadziły do lasu, w stronę przeciwną od tej, z której przyszła Eis. Elfka spoglądała przez chwilę w tamtą stronę, bijąc się z myślami. Niespokojnie przekładała kij z ręki do ręki.
         - Powinnam się tym zająć - stwierdziła, stawiając ledwo wyczuwalny znak zapytania na końcu tej wypowiedzi.
         Milva wydała z siebie dźwięk między miauknięciem, a mruczeniem, wyrażając w tej sposób swoje poparcie. Czuła lęk, ale wygrywał z nim duch przygody, która kryła się za tym wszystkim. Finja z kolei podeszła do elfki i w ciszy usiadła przy jej nodze. Cała jej postawa wyrażała niepokój. Kotka martwiła się o Eilys i nie chciała, by te niepotrzebnie ryzykowała życiem. Kobieta przykucnęła, by pogłaskać swoją najwierniejszą przyjaciółkę po głowie.
         - Też mi się to nie podoba - zapewniła ją. - Ale to coś niebezpieczne i płoszy mi zwierzynę. Poza tym, jeśli oni go nie pokonają, to może wrócić i zaatakować naszą rodzinę. Muszę się tym zająć - powtórzyła, tym razem bardziej stanowczo.
         Zdawało jej się, że ze strony kotki dobiegło ją coś na kształt westchnienia, lecz nie mogła sobie pozwolić, by ją to zatrzymało. Wsunęła kij w uchwyt na paskach, które nosiła na plecach i podążyła za śladami.
         Zaiste, zawsze należy spodziewać się niespodziewanego. Nawet podczas czegoś równie nudnego jak grzybobranie.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 142
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Wędrowiec , Łowca , Zwiadowca
Kontakt:

Post autor: Calathal »

Właściwie nawet teraz, gdy już wkraczał na teren Śnieżnego Lasu, nie był do końca pewien, dlaczego jakiś czas temu zdecydował się na to, żeby wrócić w rodzinne strony. Co więcej, chciał nawet udać się do miejsca, w którym mieszkał, a przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że do tego czasu zostały z niego wyłącznie spalone ruiny domów… chociaż aktualnie nawet tego nie był pewien. Naprawdę nie zdziwiłby się, gdyby na miejscu zobaczył wyłącznie ziemię ukrytą pod śniegiem i w zasięgu wzroku nie znalazłby nawet najmniejszego fragmentu ściany jednego z budynków. Budynków, których lata temu stało tu kilkanaście i razem tworzyły niewielką wioskę. Jego dom… ale nie tylko, bo przecież każdy z domów zajmowany był przez większą lub mniejszą rodzinę. Już dawno pogodził się ze stratą, jednak teraz wspomnienia zarazy nawiedziły go ponownie. To zdarzenie sprawiło, że stracił rodzinę i przyjaciół, wszystkich, których wtedy znał. Został sam, ale poradził sobie, o czym świadczył fakt, że żył i wiedział, jak na siebie zapracować.
Westchnął, sam do siebie, bo przecież podróżował samotnie. Co prawda, pogoda dopisywała, a śnieg cicho skrzypiał pod podeszwami jego butów, ale las i tak wydawał się jakiś cichy. Niewiele zmieniało to, że podróżował drogą, zamiast przedzierać się przez gęstwinę pokrytych śniegiem gałęzi i krzewów. Nadal myślał o tym, dlaczego właściwie zdecydował się odwiedzić to miejsce i konkretniej też to, które jest celem jego podróży. Może chciał odbyć jednostronny dialog z osobami, które tam zginęły, konkretniej ze swoją matką? W końcu to jej zawdzięczał to, że przeżył. To ona nalegała na to, żeby uciekał, póki zaraza jeszcze go nie dopadła i, mimo iż sama była już chora, to i tak udało jej się przekonać go do tego, że opuszczenie domu jest najlepszym wyjściem z sytuacji. Poza tym, nie była to też jego pierwsza wędrówka i, co mogłoby być dziwne, za każdym razem mówił sobie, że poprzednia będzie już ostatnią – tak nie było, czego również był świadom. Mówił sobie, że powinien zamknąć ten rozdział, zapomnieć o swoim dzieciństwie i nie rozdrapywać starych ran, jednak ostatecznie i tak robił to sobie. To była kolejna, dziwna rzecz, bo wiedział przecież, że powinien już dać sobie spokój i najlepiej żyć tak, żeby nie musieć tu wracać, w dodatku z własnej, nieprzymuszonej woli. A, cóż… rzeczywistość była zupełnie inna.

Pierwszą część drogi ze Środkowej Alaranii do Śnieżnego Lasu pokonał konno, jednak zdecydował się pozostawić zmęczonego wierzchowca w jednej z przydrożnych gospód. Większość drugiej części przebył głównie z pomocą innych osób, które akurat podróżowały w tę samą stronę i robiły to na mniejszym lub większym wozie albo będąc częścią jakiejś karawany. Jeśli akurat konkretna część drogi była niebezpieczna, oferował swoją tymczasową, a jeśli była spokojniejsza, to chciał po prostu zapłacić za możliwość podróży w inny sposób niż pieszo. Niektórzy przyjmowali rueny, a inni nie zgadzali się na zapłatę, zwyczajnie zapraszając go na wóz. Może liczyli na to, że nowy kompan podróży, nawet jeśli wyłącznie tymczasowy, może okazać się ciekawym towarzyszem do rozmów. Zapytany, starał się odpowiadać, nawet zdarzało mu się opowiadać coś, co sam przeżył, jeśli został o to poproszony… I tak minęła mu cała ta podróż.
Nie spodziewał się, że w tym miejscu na kogoś się natknie, dlatego też zdziwił się, gdy na skraju drogi zobaczył grupę ludzi. Z jakiegoś powodu stali w miejscu, nawet, gdy już był pewien, że go ujrzeli. Jego droga prowadziła w ich stronę, więc zbliżał się do nich krok po kroku, a im bliżej był, tym lepiej mógł im się przyjrzeć. Byli ubrani w skórzane rzeczy, dodatkowo wzmocnione futrem i może nawet warstwą dodatkowego materiału, aby zapewnić ciepło ciała, chociaż jednocześnie nie wyglądało to tak, jakby ubrania te miały krępować ich ruchy. Zobaczył też, że mają łuki, chociaż jeden opierał na ramieniu kuszę – każdy z nich miał też kołczan wypełniony pociskami, a gdy podszedł bliżej, ujrzał również długie, myśliwskie noże przy pasie każdej z postaci. Dopiero, gdy znalazł się kilkanaście kroków od nich, zobaczył, że grupa myśliwych dzieli się równo na dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Teraz też zauważył, że niektórzy są też ranni. Właściwie, prawie wszyscy byli, ale wyglądało na to, że zajęli się już sobą. Tylko mężczyzna z kuszą, który jednocześnie był najwyższy z nich – wzrostem niemalże dorównywał samemu Calathalowi – nie miał na ciele żadnych widocznych bandaży. Jedna z kobiet miała prawie całą lewą rękę ukrytą w tkaninie opatrunku, druga miała opatrzone lewe udo, a bandaże mężczyzny zabezpieczały ranę znajdującą się na jego brzuchu. Cała trójka siedziała na przewróconym pniu, tylko ten z kuszą stał i ciągle patrzył się w stronę Cala, przy okazji mówił też coś do swoich towarzyszy, którzy na koniec zgodnie kiwnęli głowami.
         – Nieznajomy, zechciałbyś nam może pomóc? - zapytał głośno, gdy elf znajdował się zaledwie kilka kroków od nich.
         – Nie wiem, co was tak urządziło, ale widzę, że zajęliście się swoimi ranami, więc…? - odpowiedział mu. Domyślał się już, o co może zostać poproszony, jednak chciał, żeby padło to z ust jednego z myśliwych.
         – Zauważyłem, że nosisz łuk i ogólnie wyglądasz na kogoś, kto radzi sobie z rzeczami związanymi z zawodem myśliwego, więc… Może pomógłbyś nam upolować to, co nas tak urządziło? - Cal usłyszał to, na co czekał i jednocześnie słowa, których się spodziewał. Bez słowa spojrzał w stronę mężczyzny, lekko podniósł też brwi w górę, co raczej było niemym pytaniem związanym z tym, żeby kontynuował, powiedział mu coś więcej na temat zadania tej grupy i może powiedział mu też, co on sam będzie z tego miał.
         – Na początku było nas siedem w tej grupie, ale pierwsze spotkanie z tym… stworzeniem zmniejszyło liczbę o trzy. Jeśli nam pomożesz i uda nam się zabić Bestię, przy okazji nie tracąc już nikogo, kto pozostał przy życiu, odstąpimy ci nagrodę tej trójki, która zginęła – powiedział to tonem, który raczej nie był przesadnie prawdomówny, nie brzmiał, jakby chciał ukryć swoje prawdziwe zamiary, więc bardziej prawdopodobne było, że mówi prawdę i, że rzeczywiście byliby skłonni oddać mu rueny, które normalnie przeznaczone były na nagrodę dla trzech myśliwych. Tylko, że jego nie przekonała wizja nagrody, a bardziej chęć dowiedzenia się, z czym ci ludzie mieli do czynienia. Co mogło zabić trzech myśliwych i ranić następną trójkę, wychodząc z tego bez szwanku lub z ranami, które nie sprawiły, że stworzenie to się wykrwawiło.
         – Na pewno mam zastąpić trójkę? Nie wydaje mi się, żeby ona… - Cal nie dokończył, bo dziewczyna, ta z zabandażowaną ręką, weszła mu w słowo.
         – Dam sobie radę! - krzyknęła w jego stronę, a jasne, niebieskie oczy spojrzały na elfa. Zarówno w jej głosie, jak i w jej spojrzeniu było widać determinację i pewność siebie. Przy okazji, już po samym głosie Calathal poznał, że jest to raczej młoda osoba, zauważył też, że spod jej kaptura wystaje kilka rudych kosmyków, a twarz ukryta tam faktycznie jest dość młoda i gęsto pokryta piegami na policzkach. Dziewczyna ściągnęła kaptur – ukazując długie, rude włosy splecione w warkocz – a pozostali poszli jej przykładem. Druga kobieta była starsza, miała niemalże czarne włosy i brązowe oczy, jej twarz była ładna, a jej wyraz wydawał się miły, poza oczami, w których widać było ciągłą czujność i baczną obserwację terenu… chociaż teraz tak samo uważnie patrzyła w jego stronę. Mężczyźni byli podobni do siebie, chociaż ten z kuszą wydawał się starszy – obaj mieli brązowe włosy i szare oczy z brązowymi plamkami, mieli też krótkie brody i podobne twarze, trójkątne, ale ich krawędzie były bardziej zaokrąglone, a nie ostre. Prawdopodobnie byli braćmi, ten z kuszą musiał być starszy, a ten ranny – z łukiem – młodszy.
         – Skoro zdecydowałem się wam pomóc, może opowiesz mi o tym, jak to się stało, że polujecie na to stworzenie i, jak ono wygląda? - zapytał i postanowił, że usiądzie. Przypadek chciał, że jedyne wolne miejsce znajdowało się obok rudowłosej dziewczyny.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Łowca , Zielarz , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Ten dzień potoczył się zupełnie inaczej, niż Eliys to sobie zaplanowała, a tego typu zmiany scenariusza ostatnimi czasy zdarzały się nad wyraz rzadko. Z jednej strony łowczyni nie miała nic przeciwko sporadycznym urozmaiceniom codziennej rutyny, z drugiej zaś… mordercza bestia grasująca w pobliżu domu nie była szczytem marzeń. Stwarzała zbyt duże zagrożenie, zarówno dla kobiety, jak i dla całej rodziny, dlatego też należało się jej pozbyć jak najszybciej, zanim monstrum rozzuchwali się na tyle, że zacznie wchodzić do ogródków mieszkańcom wioski.
Zamiast wrócić do domu po zdobyciu celu wyprawy, Eis porzuciła przy wnykach - pustych zresztą - koszyk z grzybami i przedzierała się dalej przez las, razem z kotkami, wiernie dreptającymi przy jej boku. Jedna rzecz nie dawała jej jednak spokoju. Po namyśle, elfka zawróciła w stronę polany. Milva miauknęła pytająco.
         - Nie mogę tak po prostu zostawić tych ciał - wyjaśniła. Nie była sentymentalna ani w żadnym stopniu religijna, lecz miała na tyle poczucia przyzwoitości, by traktować zmarłych z należnym im szacunkiem. Tego zdążyła się nauczyć w ciągu dziesięcioleci, kiedy to musiała co jakiś czas, siłą rzeczy, pożegnać któregoś z kocich braci i sióstr.
         Sama w środku lasu, bez jakichkolwiek narzędzi - łopaty czy siekiery - nie miała możliwości zorganizowania myśliwym choćby symbolicznego pochówku. Mogła jednak zabezpieczyć ciała tak, by nie dobrały się do nich wilki czy niedźwiedzie - jeśli jakiekolwiek jeszcze pozostały w okolicy. Jeśli później odnalazłaby resztę drużyny, mogła wskazać im miejsce, gdzie ukryła szczątki ich towarzyszy; wówczas oni sami zadecydują, co z nimi zrobić. Nie bez wysiłku przeniosła ciała do niewielkiego zagłębienia w terenie. Ze względu na braki w krzepie, te dwa, które pozostały w jednym kawałku, musiała ciągnąć po ziemi, zostawiając na polanie krwawe smugi. Złożywszy je w jednym miejscu, nacięła scyzorykiem nieco gałązek z ciernistych krzewów, przykrywając nimi ciała, a na to wszystko rzuciła jeszcze kilka kamieni i grubszych patyków, co by wiatr nie rozdmuchał tej prowizorycznej osłony. Po tym wszystkim podjęła próbę częściowego oczyszczenia ubrań z posoki za pomocą roztopionego w dłoniach śniegu; zapach krwi mógł niepotrzebnie przyciągać drapieżniki, z którymi spotkania elfka wolałaby uniknąć. Po tym zabiegu stanowi jej ubrań daleko było do określenia “czysty”, jednak większość plam wyblakła i nie wydzielała już tak intensywnie metalicznego zapachu. Oczywiście, po powrocie do domu Eliys będzie musiała porządnie wyprać odzienie, lecz na ten moment to musiało wystarczyć. Nie miała więcej czasu.

         Sądząc po kondycji zwłok, Eis oceniła, iż całe zajście musiało mieć miejsce nie dawniej niż dwie godziny wcześniej. Krew dawno zdążyła zakrzepnąć - nic dziwnego przy niskich temperaturach - ale ślady na śniegu były stosunkowo świeże, ponadto ów mężczyzna, którego elfka zmuszona była dobić, nie mógł przeżyć dłuższego okresu czasu z tak paskudną raną. Wnioskowała zatem, że po około dwóch godzinach marszu natknie się na grupę ocalałych, jednak szacunki te okazały się błędne. Ślady na śniegu stawały się coraz wyraźniejsze, mimo to w zasięgu wzroku kobiety nie było żywej duszy, poza ich trójką.
         - Muszą mieć twardą motywację - odezwała się, ni to do siebie, ni do kotów; Finja wydała z siebie zgodne miauknięcie. - No nic, idziemy dalej.
         Wędrówka zajęła jeszcze kolejne pół godziny, zanim do czułych uszu elfki dotarły dźwięki głosów. Zatrzymała się, nasłuchując. Udało jej się rozróżnić cztery różne głosy, zatem grupka musiała składać się co najmniej z tyluż osób; Eis mogłaby określić to dokładniej, gdyby zdołała wychwycić odgłosy kroków, jednak wciąż znajdowała się zbyt daleko, by było to możliwe. W myślach nakazując towarzyszkom ostrożność, elfka sama przeszła w tryb kota: jej zmysły wyostrzyły się, synchronizując z Finją i Milvą, a ruchy stały się szybkie, acz przy tym ostrożne i bezszelestne. Zdawało jej się, iż głosy myśliwych dochodziły ze stałych punktów, więc ci najprawdopodobniej w międzyczasie zatrzymali się w miejscu. Z każdą sekundą Eilys zmniejszała odległość między nimi, cały czas kontrolując pozycje kotów. Milva, swoim zwyczajem, skakała po gałęziach, podczas gdy Finja trzymała się ziemi, zachowując kilkumetrowy odstęp od elfki. Kobieta zastygła w bezruchu na kilka sekund, wychwytując głos, którego nie słyszała wcześniej; wprowadziła poprawki do swoich spekulacji w kwestii liczebności grupy. Pięć osób. Teraz była już tego niemal pewna, zwłaszcza że wyczuwała nieme potwierdzenie kotów, które znacznie lepiej od niej rozróżniały zapachy.
         Zbliżywszy się do ocalałych na tyle blisko, że dostrzegała już ich sylwetki między pniami, jeszcze bardziej wzmogła ostrożność. Niepostrzeżenie podbiegła do drzewa, bezszelestnie wspinając się na wysokość, która pozwalała jej na obserwację obcych, równocześnie nie będąc zauważoną przez nich. Oczy elfki czujnie przesuwały się od osoby, do osoby, zbierając informacje. Grupa myśliwych, z nieco odleglejszej wioski; nie znała ich wprawdzie, choć na tych dwóch braci, zdaje się, natknęła się raz czy dwa podczas polowań na grubszą zwierzynę. Kobiet nie kojarzyła zupełnie, ale głosy obu brzmiały twardo, jak u osób, które wiedzą czego chcą - i do tego dążą. Byli ranni, co Eis zauważyła już na samym początku; domyślała się pochodzenia owych ran. Przygryzła wargi. Z drużyną w takim stanie walka z bestią mogła okazać się większym wyzwaniem, niż elfka początkowo przypuszczała. Niedobrze. Choć w zasadzie łowczyni nawet nie wiedziała, jakie plany wobec drapieżnika mieli ci ludzie; postanowiła nie wychylać się na razie i zaczekać, aż dowie się czegoś więcej.
         W dole, pod drzewami, znajdowała się jeszcze jedna osoba. Eilys widziała ją od samego początku, jednak jego oględziny zostawiła sobie na koniec. Zainteresował ją najbardziej i wiedziała, że jeśli najpierw poświęci uwagę jemu, nie powstrzyma ciekawości na tyle, by móc skupić się na pozostałych.
         Lodowy elf. Osoba jej rasy.
         Był pierwszym, którego miała okazję spotkać. Choć mieszkała na Dalekiej Północy i powinna była wcześniej czy później natknąć się na kogoś ze swoich, jak dotąd nigdy taka sytuacja nie miała miejsca. I, co uświadomiła sobie dopiero w tej chwili, Eis w zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Nie szukała swoich korzeni i prędzej utożsamiłaby się z kotem, niźli z którymkolwiek z członków rodziny, a przebywanie w towarzystwie ludzi - i Mamy, która Prasmok jeden wie, kim tak naprawdę była - wydawało jej się naturalne. Aż do tej pory.
         Lodowy elf. Eilys poczuła dreszcz, przebiegający po jej plecach. Zmarszczyła brwi. Nie przywykła do takich reakcji organizmu i nie miała pojęcia, jak powinna to interpretować. Przyglądała się mężczyźnie, podświadomie szukając w jego wyglądzie podobieństwo do siebie samej. Czy chciała je znaleźć, czy też wolała myśleć o sobie, jako kimś zupełnie innym - nie wiedziała. Dawno już stwierdziła, że nie interesuje jej własne pochodzenie ani rasa, bo w końcu bliscy zostawili ją na pastwę losu, teraz jednak zaczęła odczuwać… ciekawość. Tak, to było to odczucie. Nie ekscytację, nie radość, nie lęk - po prostu zwyczajne zaintrygowanie.
         Obserwowała z góry mężczyznę oraz sposób, w jaki przeprowadzał interakcję z myśliwymi. Usiłowała przy tym wychwycić istotne informacje na temat bestii, ale tych nie padło zbyt wiele. Futro, pazury, szczęka o nacisku tak wielkim, że kości łamały się jak chrust. Nic, czego elfka nie wywnioskowałaby sama, na podstawie poszlak pozostawionych na polanie. Powstrzymała pełne irytacji prychnięcie, by nie zdradzić swego położenia i pozostała w ukryciu. Gdy grupa ruszyła dalej, elfka zeszła z drzewa i skrycie podążyła za nimi, cały czas trzymając się kilka kroków z tyłu. Postanowiła nie wyjawiać swojej obecności.
         Jeszcze nie teraz.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 142
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Wędrowiec , Łowca , Zwiadowca
Kontakt:

Post autor: Calathal »

         – Może najpierw, zanim jeszcze przejdziemy do tego, co tropimy, przedstawimy się sobie? - zaproponował jeden z braci. Cal nie miał nic przeciwko, chociaż dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że przecież nie zapytał ich o imiona, ale sam też nie zdradził im swojego.
         – Calathal – elf odezwał się jako pierwszy, poczuł, że to właśnie on powinien zacząć.
         – Robert, a ten z łukiem to Kriss, mój młodszy brat – odpowiedział mu mężczyzna z kuszą i kiwnął głową, to samo powtórzył podobny do niego, ale młodszy, Kriss.
         – Ja mam na imię Elisa – odezwała się rudowłosa, ciągle spoglądając na Calathala. Czyżby nadal miała mu za złe to, że zbyt wcześnie uznał ją za niezdolną do ponownego starcia z Bestią? Może… A może chodziło też o to, że mogła pierwszy raz widzieć kogoś takiego, jak on, bo w końcu wyglądała na dość młodą osobę.
         – Alyson – na końcu swe imię wypowiedziała czarnowłosa kobieta.
         – Myśleliśmy, że to będzie łatwa robota i szybko uporamy się z problemem, zgarniemy nagrodę i wrócimy do swojej wioski. Myliliśmy się, a ta przeklęta Bestia okazała się groźniejsza, silniejsza i sprytniejsza, niż podejrzewaliśmy – przerwał swą opowieść tylko po to, żeby splunąć gdzieś na bok. W ten prosty sposób chciał wyrazić pogardę względem tego stworzenia, które w końcu zabiło już jego towarzyszy. Członków grupy, której prawdopodobnie był dowódcą. Nie powiedzieli mu tego wprost, ale wydawało mu się, że był on właśnie kimś takim.
         – Jak wiesz, zwierzę to zabiło trójkę naszych towarzyszy, a nas poraniło mniej lub bardziej. Jeśli o samą Bestię chodzi, to… z ogólnego wyglądu najbliżej było jej do niedźwiedzia, jednak byłaby największym niedźwiedziem, jakiego kiedykolwiek widziałeś i byś zobaczył do końca swego życia. Gruba skóra i futro stanowiące dodatkową warstwę ochronną nie tylko przed zimnem, lecz także przed bronią, wielkie łapy zakończone ostrymi jak brzytwy pazurami, czerwone ślepia i szczęki, którymi może bez problemu miażdżyć kości, a w których ukryte są też zęby, ostrością nieodstające od jej pazurów. Poza tym, jest bardzo silna i szybka, myślę, że ma też bardzo wyostrzony węch i dobry wzrok – dokończył. Cal patrzył się na Roberta, starał się zapamiętać opis tego potwora – bo zwierzęciem już nie można było tego nazwać – i właściwie nie sprawiło mu to większych problemów. Na pewno brzmiało to jak coś, z czym walka będzie trudna.
         – Nasz zleceniodawca powiedział tylko, że musimy wytropić i pozbyć się zwierzęcia, które im uciekło. Nie wspomniał nic o tym, że przeprowadzali na nim jakieś eksperymenty… Przecież w normalnych warunkach nie powstałoby coś takiego! - dodał jeszcze, na sam koniec podniósł też głos, jakby chciał nadać jeszcze większego brzmienia tym konkretnym słowom. Co więcej, jego towarzysze pokiwali głowami, w ten sposób wskazując elfowi, że w pełni się z tym zgadzają. Cóż, on właściwie też mógłby się zgodzić, Bestia musiała być jakimś obiektem badań, który uciekł i, który okazał się zbyt niebezpieczny na to, żeby próbować go złapać. A teraz chcą się jej zwyczajnie pozbyć.
         – Udało wam się ją w ogóle zranić, gdy walczyliście z nią wcześniej? - to pytanie zadał Cal, bo przecież jako jedyny w tej grupie nie uczestniczył w pierwszym starciu z tamtym stworzeniem, więc nie wiedział, jak ono przebiegło. No, poza tym, że Robert stracił w nim trzech ludzi, a pozostali zostali ranni.
         – Trafiło go kilka naszych pocisków, ale nie jestem pewien, czy wszystkie przebiły się przez warstwę futra – szybko odpowiedział mu mężczyzna. To nie musiało od razu oznaczać, że nie zranili tego „zwierza”, a jeśli Cal sam miał oceniać szansę na to, jaka broń – z ich wyposażenia – miała największe szanse na zrobienie tego, cóż, zdecydowanie byłaby to kusza. Ona albo ktoś, kto postępował ze swoimi strzałami podobnie, jak robił to on, czyli wzmacniał je magią i sprawiał, że leciały szybciej, a dzięki temu miały też większą siłę przebicia. Nie chciał się przechwalać, ale uważał, że dobrze wycelowana przez niego strzała – i wzmocniona oczywiście – nie będzie miała problemów z przebiciem się przez skórę tej Bestii.
         – Chcecie wyruszać już teraz? - zapytał ich, głównie dla pewności, w końcu to oni byli ranni, a nie on. Cała czwórka szybko i jednogłośnie odpowiedziała twierdząco na to, o co ich zapytał. Po chwili kaptury znów znalazły się na ich głowach, a cień rzucany przez nie częściowo zasłaniał ich twarze. Cal postąpił podobnie i również zarzucił materiałowy kaptur płaszcza na swoją głowę, ukrywając pod nim swoje włosy i uszy. Swoje pochodzenie i przynależność.

Śnieg w lesie tworzył grubszą warstwę niż ten, który zalegał na drodze lub w jej pobliżu. Chociaż to może zadziałać na ich korzyść, bo dzięki temu łatwiej będzie odszukać ślady Bestii i podążać za nimi, jeżeli na takie trafią. Poza tym, jeżeli ostatnio widzieli ją wtedy, gdy z nią walczyli, to… oznaczało to tylko tyle, że będą musieli wrócić w tamto miejsce. Co prawda, towarzyszący mu myśliwi wyglądali na twardych – nawet najmłodsza z nich, rudowłosa dziewczyna – ale i tak nie był pewien, czy na pewno będą chcieli zobaczyć ciała swych towarzyszy raz jeszcze, czy może wyślą jego, żeby nie tylko poszukał śladów, ale także przyjrzał się ciałom i, może nawet, pochował je. Chyba, że uda im się znaleźć trop wcześniej.
         – Właściwie… Co ty robisz w tej okolicy? - o dziwo, pytanie to padło z ust Elisy. Elfa nie zaskoczyło to, że został o to zapytany – spodziewał się takich pytań – ale bardziej to, kto mu je zadał. W każdym razie, nie zmieniało to tego, że i tak miał zamiar odpowiedzieć im zgodnie… z prawdą, chociaż odpowiednio dobranymi słowami, żeby nie zdradzać im wielu szczegółów.
         – Chciałem odwiedzić jedno, cóż, dość ważne dla mnie, miejsce. Raz na jakiś czas robię coś takiego, chociaż za każdym razem, gdy jestem już w drodze powrotnej, mówię sobie, że ten raz był ostatni – odpowiedział jej, a nawet spojrzał w jej stronę, chociaż mówił dość głośno i wyraźnie, tak, żeby inni też mogli go usłyszeć i, żeby jego głosu nie zagłuszyły dźwięki ich przemarszu przez zaśnieżony las.
         – Masz też… ciekawy łuk. Nie do końca wygląda jakby stworzony był z drewna, przynajmniej nie ze zwyczajnego i… czuję też od niego jakąś energię – rudowłosa mówiła dalej, chociaż jej oczy rozszerzyły się lekko w zaskoczeniu, gdy zorientowała się, co powiedziała.
         – O, czyli znasz się na aurach? - zapytał Cal, a dziewczyna poczerwieniała lekko na policzkach, co było widać mimo cienia jej kaptura i na pewno nie było to spowodowane niską temperaturą otoczenia.
         – Nie… Ja tylko… po prostu, gdy spojrzę jakiś przedmiot, czuję bijącą od niego energię i dzięki temu wiem, że jest to coś niezwykłego – odpowiedziała mu, choć przez chwilę widocznie zastanawiała się, czy na pewno chce to powiedzieć.
         – A zamierzasz przygotować go do strzelania? - dopytywała. Wydawała się dość ciekawa jego samego, jak i jego broni rodowej. Sam Cal jeszcze nie był pewien, czy chce zdradzić im, że Czarny Łabędź przechodzi z pokolenia na pokolenie wśród członków jego rodziny. Sam elf nie miał pewności, jak długo broń ta znajduje się w rodzie Maldragheil. Rodzie, którego prawdopodobnie jest jedynym, żywym przedstawicielem.
         – Mogę to zrobić w każdej chwili, gdy się przemieszczamy – odpowiedział jej, nawet pozwolił sobie na wzruszenie ramionami, choć było ono lekkie, a przez to słabo zauważalne. Już samo to mogło wskazywać na to, że jest doświadczonym strzelcem i na pewno zna też bardzo dobrze łuk, z którego strzela. Nałożenie cięciwy i napięcie jej nie należało do najłatwiejszych rzeczy, to wiedział i to, aż za dobrze.

Cal obejrzał się nagle za siebie, wiedziony przeczuciem tak samo nagłym, jak ruch głową, który wykonał. Przez krótką chwilę przyglądał się drzewom i ogólnie terenowi, który właściwie mieli już za plecami – zupełnie, jakby czegoś tam szukał, czegoś, co mogli nie zauważyć, gdy tamtędy przechodzili. Po chwili, gdy jego oczy nie dostrzegły niczego podejrzanego, wzruszył tylko ramionami sam do siebie i wznowił marsz.
         – Wydawało mi się, że ktoś za nami idzie, że ktoś nas śledzi i obserwuje… Ktoś lub coś – odezwał się do myśliwych. Wolał wytłumaczyć im swoje zachowanie, które przypadkowo mogło sprawić, że nagle zaczęliby być jeszcze bardziej uważni i nerwowi. Zresztą, powiedział to też spokojnym tonem głosu, co również mogło świadczyć o tym, że rzeczywiście uważał, że tylko mu się wydawało i w rzeczywistości nie ma tam niczego, co mogłoby okazać się dla nich niebezpieczne.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Łowca , Zielarz , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Nie wiedziała, jak długo zamierzała śledzić drużynę myśliwych, zanim ujawni im swoją obecność - jeśli w ogóle postanowi to zrobić. Gdyby po drodze natknęli się na bestię, zamierzała włączyć się do walki - choć pewnie musiałaby dość mocno improwizować, zważywszy na to, iż nie wzięła z domu swego łuku i jej jedyną bronią był obecnie akacjowy kij - lecz w sytuacji, gdyby nie znaleźli śladu potwora, Eilys nie była pewna czy chce doprowadzać do konfrontacji z grupą. Kojarzyła ich imiona, zwłaszcza dwóch braci; pochodzili z wioski oddalonej o dwa dni drogi na wschód od jej domu. Za czasów kariery łowieckiej elfka miała okazję łączyć siły z różnymi ekipami, lecz z ludźmi idącymi przed nią jak dotąd nie miała do czynienia.
         Obecność między nimi lodowego elfa, Calathala - powtórzyła w myślach imię mężczyzny, by dobrze je zapamiętać - nieco zmieniała postać rzeczy, jeśli chodzi o chęć rozmowy. Eis była ciekawa jego osoby. Nie żeby od razu nagle zapragnąć odkryć swoje korzenie, ale na tyle, by zainteresować się tym, jakie w ogóle są lodowe elfy. Do tej pory kobieta nie czuła ze swoją rasą połączenia w stopniu innym niż charakterystyczna budowa ciała; była ciekawa czy może to ulec zmianie. Na pewno zainteresowało ją stwierdzenie “ważne miejsce”. Takie określenie zazwyczaj kojarzy się z rodzinnymi stronami, ale… w okolicy nie było żadnej elfiej wioski. Eis polowała w tych lasach od dziesięcioleci, raczej wiedziałaby, gdyby było inaczej.
         Zwróciła uwagę na łuk elfa, gdy wspomniała o nim rudowłosa dziewczyna. Eilys nie wyczuwała w nim niczego niezwykłego, ale to ją nie dziwiło. Nie miała szczególnego daru do wyczuwania magii. Dla niej tenże łuk mógł równie dobrze być zupełnie zwyczajnym kawałkiem drewna - czy z czego tam był zrobiony - ale niewerbalny komunikat ze strony Finji, której zmysły były znacznie czulsze od zmysłów elfki, podpowiedział jej, że stwierdzenie Elisy było trafne. To elfce w zupełności wystarczyło, by przyjąć ten fakt za pewnik. Zmniejszyła nieco dystans między nią a grupa, by móc z bliższa przyjrzeć się łukowi Calathala. Nawet z odległości wyglądał imponująco dla kogoś, kto znał się na tego typu broni i Eis z nutą zazdrości porównała go do jej własnego łuku, który czekał na nią, oparty o ścianę przy drzwiach wejściowych. Mimo różnicy sprzętowej, chętnie zmierzyłaby się z mężczyzną w pojedynku na umiejętności strzeleckie. Wśród ludzkich myśliwych nie miała sobie równych, ale drugi elf… Eilys nie byłaby pewna swojego zwycięstwa. A to, samo w sobie, było intrygujące. Cóż, może po wszystkim zaproponuje mu coś takiego, kto wie… O ile oboje przeżyją potencjalne starcie z mutantem.
         Przywarła do drzewa i zamarła w miejscu, gdy elf odwrócił się nagle. Nie wystraszyło ją to, ale upomniała samą siebie, by zachować większą ostrożność, jeśli nie chce zostać zauważona. Calathal nie mógł jej usłyszeć, poruszała się całkowicie bezszelestnie, lecz skoro posiadał magiczną broń, być może mógł także wyczuć jej aurę czy jak to zwą. Albo po prostu miał cholernie dobrą intuicję.
         Poczuła nieme zapytanie, płynące od wciąż skaczącej po gałęziach Milvy.
         “Nie wiem, dlaczego nie chcę się ujawniać - odpowiedziała jej w myślach. - Chyba po prostu wolę być sama.
         Otwarte wejście w grupę zapewne wzbudziłoby ciekawość jej członków, a co za tym idzie - pytania i konieczność interakcji. Na tą zaś elfka nie miała zbytniej ochoty. Przywykła do polowania w pojedynkę i rozmów z kotami, a sytuacje społeczne, kiedy musiała wysilać mierne zdolności interpersonalne, męczyły ją i zmuszały do skupienia na durnych pogawędkach kosztem rzeczy istotnych. Jak przetrwanie. Eis wolała więc trzymać się na uboczu i tak też planowała kontynuować wędrówkę.
         … tylko że najwyraźniej nie było jej to dane.
         Nie zdążyła nawet wyczuć zamiarów Finji, by spróbować ją powstrzymać. Szarobura smuga śmignęła jej przed oczami i pognała prosto w stronę myśliwych, wpadając pomiędzy nich. Wywołało to okrzyki zaskoczenia i chaotyczne ruchy wszystkich obecnych; w pierwszej chwili Eilys obawiała się czy kotce nie stanie się krzywda, choćby przez to, że ktoś z grupy mógł zareagować odruchowo na potencjalne zagrożenie i w akcie obrony zranić Finję. Na szczęście zanim takie wydarzenie miało miejsce, kotka w kilku susach wróciła na swoje miejsce przy Eis. Elfka posłała jej zirytowane spojrzenie.
         - Bardzo dojrzałe - prychnęła.
         Finja zamiauczała przeciągle, wyraźnie z siebie zadowolona, w czym zawtórowała jej Milva. Do tej kakofonii elfka dołożyła swoje westchnienie. Ona już taka zadowolona nie była. Chwyciła dłonią układający się w poprzek na jej piersi pas, na którym zamocowany był jej kij i spokojnie wyłoniła się spomiędzy drzew, ukazując swą postać myśliwym. Bez słowa stanęła przed nimi, mierząc ich wzrokiem po kolei; spojrzenie posłane w kierunku elfa zatrzymało się na nim nieco dłużej niż planowała. Nie gapiła się jednak nachalnie ani intensywnie, po chwili zaś przeniosła wzrok na mężczyznę, któremu najbliżej było do roli lidera grupy.
         - Zaraz… Ty jesteś tą cizią od Szalonej Kociary. - Jako pierwszy ciszę przełamał młodszy z braci.
         Elfka posłała mu rozdrażnione spojrzenie.
         - Eilys - rzuciła dość ostrym tonem, wyraźnie urażona reakcją mężczyzny. - Mam na imię Eilys.
         - To tłumaczy ten koci atak sprzed chwili…
         Eis zupełnie zignorowała dalsze wywody Krissa i skupiła się na pozostałych. Teraz mogła przyjrzeć im się dokładniej, skoro nie musiała robić tego z daleka, w dodatku poświęcając znaczną część uwagi na ukrywaniu śladów własnej obecności. Wyglądali na zmęczonych, ale i zdeterminowanych. Na pewno byli w znacznie lepszym stanie niż ci, których Eliys znalazła kilka godzin temu. Niemniej wątpiła, by dali radę mutantowi w uszczuplonym i rannym składzie, nawet mimo obecności elfiego sprzymierzeńca. Ba, nie była pewna czy nawet obecność jej samej cokolwiek zmieni, ale to nie był czas na dzielenie się takimi spostrzeżeniami i osłabianie morali.
         - Byłam na polanie - oznajmiła bez zbędnych wstępów. - Zabezpieczyłam ciała waszych towarzyszy, żeby nie dobrały się do nich drapieżniki i padlinożercy. I pomogę wam ubić bestię.
         - Będziesz ryzykować życie dla garstki obcych ludzi? - spytała milcząca dotąd kobieta. - Nagroda nie jest znowu tak wysoka.
         - Nie zależy mi na nagrodzie. Mam w tym własną korzyść. To coś płoszy albo zabija leśną zwierzynę i jak tak dalej pójdzie, nie będę miała co wsadzić do garnka. Muszę wyżywić moją rodzinę. Dlatego pójdę z wami, czy się wam to podoba, czy nie.
         - I co, będziesz walczyć tym… drągiem?
         - Poradzę sobie.
         - Nasi kompani też tak mówili i spójrz, co im z tego przyszło - mruknął Robert.
         Wspomnienie wybebeszonych ciał odżyło w umyśle elfki i złagodziło jej surowość. Zdecydowanie nie chciała skończyć tak jak ci nieszczęśni łowcy, ale dawno już przemyślała wszystkie za i przeciw, i wiedziała, jak powinna w tej sytuacji postąpić.
         - Mimo to, chcę wziąć w tym udział. Nie mówcie, że nie przyda wam się dodatkowa para rąk, oczu i uszu.
         Na krótką chwilę po tym stwierdzeniu zapanowało milczenie, które przerwał dopiero śmiech Roberta. Nie był to wesoły śmiech, ale niósł ze sobą odrobinę pozytywnego nastawienia, którego chyba wszyscy w tamtym momencie potrzebowali.
         - To nam się poszczęściło. Dwa elfy w jednej drużynie to jak dobry los na loterii. Zaczynam wierzyć, że mamy jakieś szanse.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 142
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Wędrowiec , Łowca , Zwiadowca
Kontakt:

Post autor: Calathal »

         – Naprawdę? - tym razem, co mogło być małym zaskoczeniem, odezwała się starsza z kobiet. Do tej pory jedynie słuchała, nie dołączała do rozmowy, choć to akurat można było powiedzieć także o braciach. Cal wiedział, że wszyscy słuchali, może nawet zapamiętywali niektóre rzeczy, te które uznali za warte zanotowania, ale jednocześnie również rozglądali się i byli uważni.
         – Nie uwierzycie na słowo nowego, elfiego kompana, prawda? - zapytał ich. Pokiwali głowami, chociaż rudowłosa zrobiła to z lekkim opóźnieniem i, cóż, Calathal stwierdził, że to właśnie ona mogła ocenić go najlepiej, a przez to mogła uznać, że wcześniejsze słowa nie były przechwałkami, a prawdą. Elfi łowca wzruszył tylko lekko ramionami. Chwilę później zdjął łuk z pleców jedną ręką, a drugą – w tym samym czasie – wyciągnął z sakiewki czarną cięciwę. Następnie bardzo zręcznie, bo przecież robił to już wiele razy, założył ją na łuk. I wszystko to w czasie, gdy cały czas szli przed siebie, co więcej swe ruchy dostosował nawet do tempa ich marszu. Później rozejrzał się po nowych towarzyszach i wszyscy wyglądali na bardziej zadowolonych, a nie zaskoczonych. Może i lekko zaimponował im, jednak wydawało mu się, że mimo wszystko podejrzewali, że będzie w stanie to zrobić. Później Cal zrobił to samo, ale w odwrotnej kolejności – nie chciał, żeby cięciwa cały czas znajdowała się na łuku, nawet jeśli ten był magiczny.
         – A to miejsce, o którym wspomniałeś? To, do którego szedłeś, gdy cię zatrzymaliśmy i zmieniliśmy twoje plany? - o to zapytała już Elisa, spoglądając na niego spojrzeniem, w którym kryła się ciekawość.
         – To miejsce, w którym… - niedane mu było dokończyć, bo w grupie nagle zapanował chaos. Jakiś mały kształt wpadł między nich. Biegał i skakał tak szybko, że czasem wydawał się znajdować w dwóch miejscach jednocześnie. Udało mu się dostrzec, że był to… kot? Tak, chyba tak. Co więcej, Cal nawet spróbował go złapać, gdy zwierzę znalazło się przy jego nogach, jednak udało mu się jedynie dotknąć sierści na jego grzbiecie. Widział, że myśliwi też próbowali złapać sprawcę zamieszania, jednak im również się to nie udało. Po chwili, zwierzak zniknął tak szybko, jak się pojawił… a właściwie odbiegł i to w konkretną stronę. Prosto do kobiety, która ukrywała się niedaleko.

         – Czyli przeczucie mnie nie myliło? Intuicja wieloletniego myśliwego, można by rzec – odparł, głównie do swoich kompanów, bo tamta kobieta mogła tego zwyczajnie nie usłyszeć i to nie tylko przez odległość, lecz także przez to, że nie powiedział tego zbyt głośno. Nie wyglądało na to, żeby miała wobec nich wrogie zamiary – inaczej możliwe, że nie ujawniłaby im swojej pozycji, nawet jeśli jeden z jej zwierzęcych towarzyszy zrobił to, co zrobił.
Przyglądał się jej, tak jak ona przyglądała się im. I dopiero teraz dojrzał, że należy ona do tej samej rasy, co on. Było to dla niego lekkim zaskoczeniem, bo zdecydowanie zbyt rzadko spotykał przedstawicieli swojej rasy. Nie pomyślał o tym świadomie, gdy wybierał się w te rejony, ale może chciał się tu pojawić nie tylko po to, żeby odwiedzić miejsce, w którym kiedyś się urodził. Może liczył też na to, że dopisze mu szczęście i natknie się na innego lodowego elfa. Czuł, że mu się przygląda, więc i on ponownie spojrzał w jej stronę, ale nie odezwał się, za to zrobił to jeden z myśliwych. Wydawało się, że ją rozpoznał. Zdziwił się, gdy wprost powiedziała, że chce się do nich przyłączyć i pomóc im w walce z bestią. Co nią kierowało? Wychodziło na to, że troska o swoją rodzinę. Calathal wywnioskował, że dziewczyna musiała mieszkać gdzieś na terenie tego lasu, razem z kotami i tą „Szaloną Kociarą”, o której wspomniał młodszy z braci. Chciał się odezwać, jeżeli doszłoby do tego, że myśliwi nie chcieliby przyjąć jej do drużyny lub mieliby co do tego wątpliwości, jednak zgodzili się oni na to, żeby się przyłączyła. To dobrze, akurat dziewczyna miała rację, gdy powiedziała, że przyda im się jeszcze jedna osoba w drużynie.
         – Ja uważam, że mamy dość spore szanse, jeśli walkę rozegramy… cóż, taktycznie – odezwał się, zresztą pierwszy raz od momentu, w którym podeszła do nich ta Eilys.
         – Najpierw jednak proponuję się przedstawić, więc ja mam na imię Calathal. Calathal Maldragheil – odparł i ukłonił się lekko, tak bardzo zwyczajnie. A swe nazwisko dodał tu specjalnie. Zawsze istniała jakaś szansa na to, że dziewczyna może rozpozna nazwisko rodziny, z której pochodził i, której był ostatnim żyjącym przedstawicielem. A przynajmniej on sam nie wiedział o tym, żeby po świecie chodził inny lodowy elf z właśnie takim nazwiskiem. Przedstawianie się obiegło później całą grupę myśliwych, więc Eilys mogła poznać imiona każdego z nich.
         – Chodźmy dalej, w trakcie marszu wytłumaczę wam, co miałem na myśli – zaproponował, ale nie wyszedł na przód grupy. Mimo wszystko, nie był ich liderem, więc nie miał zamiaru być prowadzącym marsz, zdecydowanie wolał trzymać się z tyłu, czyli właśnie tam, gdzie znajdował się wcześniej. Pasowało mu takie zabezpieczanie pleców, a jego wyostrzone zmysły były tam bardzo przydatne. Ciekawe tylko, gdzie w tym pochodzie usadowi się ich nowa towarzyszka ze swoimi kotami?

         – Ten niedźwiedź nadal jest bestią, bez różnicy na to, jak bardzo został „napompowany” magią, więc kieruje się instynktem, prawda? - zaczął i pierwsze słowa zakończył pytaniem, choć należało ono do tych, na które zadająca je osoba nie oczekiwała odpowiedzi.
         – Jeżeli będzie głodny, będzie polował. Jeśli go zaatakujemy, będzie się bronił, więc proponuję, żebyśmy zaatakowali go jednocześnie z jak największej liczby stron. Może uda nam się go zdezorientować przynajmniej na chwilę, zanim zdecyduje się zaatakować kogoś z nas. Będziemy musieli to wykorzystać na własną korzyść, poza tym, mogę spróbować ściągnąć go na siebie. Nie chcę nikogo obrazić czy zwątpić w czyjeś umiejętności, jednak wydaje mi się, że w bezpośredniej walce z nim mogę mieć największe szanse na to, żeby unikać jego ataków i przeżyć jak najdłuższej, jednocześnie ciągle skupiając jego uwagę właśnie na sobie – zdradził im swój plan, który w jego głowie powstał właściwie nie tak dawno. Nie robił też pauz, gdy mówił i nie zastanawiał się nad tym, co chciałby powiedzieć następne, więc dało się słyszeć, że plan najpierw ułożył sobie w głowie i dopiero później podzielił się nim zresztą grupy.
         – Jesteś tego pewien? Nie wiesz, jak zajadłe są ataki tej Bestii. Nie wiesz, czego się po niej spodziewać – odezwał się jeden z braci. Ten starszy.
         – Jestem pewien swych umiejętności. Może i nie wiem, jak atakuje, ale wiem, jak wygląda i trochę na temat tego, jak może się zachowywać. Reszty dowiem się, gdy już będziemy z nią walczyć – odparł Calathal, w jego głosie wyczuwalna była pewność siebie i prawdomówność. Po prostu wiedział, o czym mówił. Robert przymknął na chwilę oczy i pokiwał głową. Zgodził się na taki sposób działania i reszta właściwie zrobiła to samo, chociaż może mieli jakieś wątpliwości i pytania… Tylko, czy były one inne od tego, które zadał myśliwy? Wydawało mu się, że niekoniecznie. W końcu, nie znali go i nie wiedzieli, co umie, więc mogli mieć wątpliwości co do takiego planu. Planu, w którym ważną rolę odkrywa właśnie on. Cal spojrzał też na Eilys, ciekaw, co ona myśli o tym, co powiedział i, czy chciałaby podzielić się tym z nimi.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Łowca , Zielarz , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Eliys wiedziała, iż myśliwi nie odrzucą jej propozycji dołączenia do ich grupy. Gdyby tak zrobili, byliby największymi idiotami świata, aspirującymi na samobójców. Ktoś inny na jej miejscu może mógłby oczekiwać nieco większej wdzięczności, ale nie Eis. Elfka nie dbała o uznanie tych ludzi, obchodziło ją tylko pozbycie się własnego problemu; a że przy tym wypadło im współpracować - niech tak będzie. Mniejsza szansa na śmierć to zawsze dobra rzecz. Dlatego stwierdzenie Calathala o szansach przy taktycznej walce spotkała się z aprobatą kobiety, wyrażoną w postaci nieznacznego skinienia głową. Uprzejme przedstawienie się elfa trochę ją zdziwiło, bo przecież znała już jego imię - zapomniała, że usłyszała je na przeszpiegach, z czego mężczyzna nie musiał sobie zdawać sprawy - w związku z czym jego słowa spotkały się z… zupełnym brakiem reakcji. Nie było to ze strony Eilys złośliwe ani rozmyślnie niegrzeczne. Elfka zwyczajnie nie miała nic do dodania. Przecież ona sama już się przedstawiła i nie widziała celu w robieniu tego ponownie, imię Calathala również było jej znane... Znajomość etykiety - a raczej brak tej znajomości - nie podsuwały jej żadnej sensownej odpowiedzi. Nazwisko mężczyzny niewiele w tej sytuacji zmieniało; nic jej nie mówiło, w związku z czym Eis uznała tę część informacji za niewartą zapamiętywania.
         - Ja nie używam nazwiska - stwierdziła. To było jedyne zdanie, jakie przyszło jej do głowy.

         Podczas grupowych polowań, Eilys zdarzało się zarówno otwierać pochód - jako tropicielce - jak i go zamykać. Nigdy jednak nie trzymała się w środku. Nie pasowała tam. Była z tymi ludźmi, ale nie była z nimi. Była częścią drużyny, ale nie była jej częścią. Tym razem także nie zamierzała wchodzić w szeregi. Naturalnym wydawało jej się zajęcie miejsca na końcu, jako że znalazła się tu “na doczepkę” i nikt nie prosił jej o podjęcie się prowadzenia grupy. Podążała więc za myśliwymi, idąc mniej więcej równo z elfem, lecz równocześnie trzymając się nieco na uboczu, wraz z kotkami.
         Pozwoliła Calathalowi przedstawić jego plan. Nie była typem lidera, w ogóle w grupie czuła się cokolwiek nieswojo, dlatego też nie rwała się do wychodzenia z inicjatywą. W milczeniu słuchała jak lodowy elf tłumaczy taktykę walki i w głowie rozrysowywała sobie ten obraz. O ile z większością stwierdzeń, jak to o ataku z kilku stron jednocześnie, rzecz jasna się zgadzała, o tyle miała pewne wątpliwości. Myślami uciekła do propozycji własnych rozwiązań, ale nie przerywała mężczyźnie. Wpatrywała się w niego z twarzą o trudnym do rozszyfrowania wyrazie, wyglądającym w zasadzie na neutralny. W końcu, kiedy wszyscy pozostali wyrazili swoją aprobatę wobec przedstawionego punktu widzenia, Eis postanowiła się odezwać.
         - Ja wezmę bestię na siebie - oznajmiła cicho, ale zdecydowanie. W tonie jej głosu nie było buntu ani arogancji, mówiła to całkowicie rzeczowo. Poczuła, że Finja karci ją mentalnie, ale zbyła kotkę machnięciem ręki. - Potrafię unikać ataków. A ty masz łuk - ruchem głowy wskazała broń Calathala, zwracając się bezpośrednio do niego. - Bardziej się przydasz jako strzelec. Ja nie wzięłam swojego.
         Mogła wdać się w dłuższą dyskusję i wyjaśnić, że drewniany kij w starciu z potworem na niewiele się zda, w związku z czym elfka sprawdzi się najlepiej w roli przynęty. Mogła - ale po co? Nie miała do czynienia z amatorami, więc uznała, iż myśliwi, z elfem na czele, wywnioskują to zarówno z jej krótkiej wypowiedzi, jak i z całego kontekstu. Taka już była: proste zdania, minimum interakcji; tak, co by się jeno dogadać.
         Finja z Milvą wydały z siebie przeciągłe, ostrzegawcze miauknięcia. Eis odwróciła się w ich stronę i prychnęła cicho.
         - Wiem co robię!
         Kątem oka wychwyciła spojrzenia, jakimi wymienili się myśliwi. Wiedziała, o czym pomyśleli. Że jest dziwna. Jak każdy, kogo spotykała. Nie obchodziło ją to. Rodzina kochała ją taką, jaka była - i tylko to się liczyło. Nie potrzebowała zdobywać aprobaty ani sympatii mniej lub bardziej nieznajomych, którzy liczyli się tylko o tyle, że czasem trzeba było z którymś pohandlować albo wymienić przysługi. Jeśli chodzi o plotki - Eilys nie dbała o nie zupełnie. Jeśli z rozmowy nie wynikały ważne dla niej informacje, które mogłyby się jej przydać na przykład podczas polowań, to taka rozmowa była według niej bezużyteczna. Kobieta nie nauczyła się nawiązywać relacji z ludźmi spoza skromnej i istotnie nieco dziwnej rodziny, lecz nie odczuwała z tego powodu jakiejś większej pustki. Lubiła swoje życie i to, jak ono się toczyło. Nie potrzebowała niczego w nim zmieniać. Musiała jednak przyznać, iż spotkanie na swojej drodze pierwszej osoby z tej samej rasy było dość niezwykłe.
         - Instynkt… - powtórzyła słowo użyte przez Calathala. Obrała go sobie za swojego głównego rozmówcę, toteż przez większość czasu patrzyła właśnie na niego, chyba że ktoś z grupy zwrócił się bezpośrednio do niej. - Jeśli bestia jest niedźwiedziem, zbliża się dla niej czas snu zimowego. Jej sen na co dzień będzie coraz głębszy. Jeśli zaatakujemy ją podczas snu, jest szansa, że po przebudzeniu nie będzie tak sprawna, jak wtedy, kiedy jest aktywna.
         - Dobrze by też było zaatakować ją z góry - dodała po chwili. Nie tłumaczyła, że potężny rozmiar stwora najprawdopodobniej uniemożliwia mu, lub chociaż utrudnia, wspinanie się po drzewach, w związku z czym można wówczas przeprowadzać atak, równocześnie pozostając poza zasięgiem pazurów zwierza. Jej towarzysze powinni to wiedzieć.

         W pewnym momencie Eilys, jakby o czymś sobie przypomniała, zatrzymała się w miejscu, przykucnęła i pozwoliła kotom podejść do siebie.
         - Milva… Nie spodoba ci się to, ale musisz biec do domu - odezwała się, głaszcząc kolorową sierść kotki. Milva prychnęła z oburzeniem. - Wiem, ale ktoś musi powiedzieć Mamie i reszcie, że wrócę, jak tylko rozwiążę ten problem. Nie chcę, żeby się martwili.
         Kotka zamiauczała smutno, ocierając się pyszczkiem o nogę elfki.
         - Będę ostrożna - obiecała kobieta. - I ty też uważaj na siebie.
         Wydawszy z siebie ostatnie miauknięcie, Milva, nie bez pewnego wahania, odłączyła się od drużyny, wspięła pniu najbliższego świerka i po chwili zniknęła między gałęziami drzew.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 142
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Wędrowiec , Łowca , Zwiadowca
Kontakt:

Post autor: Calathal »

Znali swoje imiona, póki co tyle powinno wystarczyć do owocnej współpracy. To, a także ogólny plan, jaki mieli, który zresztą zaproponował on sam. Widocznie był na tyle dobry, że zaakceptowała go każda osoba z tej grupki. Nie było też tak, że mieli trzymać się go przez cały czas, w ogóle go nie modyfikować i tak dalej – jeśli o niego chodziło, nie miałby nic przeciwko, gdyby ktoś chciał coś doń dodać lub może usunąć jeden z „punktów”. Tak się nie stało, przynajmniej póki co, więc cała grupa szła dalej, ciągle kierując się w stronę, w którą odbiegło tamto stworzenie. Nie był pewien, jak długo będą go tropić i, ile czasu zajmie sama walka, ale nie spieszył się przecież. Owszem, miał miejsce, do którego zmierzał, jednak nie musiał zjawić się tam konkretnego dnia – chciał się tam dostać. Po prostu. I brał też pod uwagę to, że gdyby do takiego spotkanie nie doszło, to istniała jakaś możliwość, że sam natknąłby się na niedźwiedzia, a wtedy walka w pojedynkę z czymś takim byłaby naprawdę trudna. Nawet nie był pewien, czy udałoby mu się zranić go śmiertelnie. Zanim by do tego doszło, możliwe, że musiałby ratować się ucieczką, żeby samemu nie zginąć od pazurów lub kłów wzmocnionego magią drapieżnika. Nie przeszkadzało mu też, że szedł bardziej z tyłu. Co prawda, mogłaby to być okazja, żeby porozmawiać z elfką, która do nich dołączyła, jednak ona sama wydawała się kimś, kto raczej nie będzie skłonny do towarzyskiej rozmowy. Dlatego postanowił, że może z tego zrezygnuje. Domyślał się, jak taka osoba mogłaby zareagować na jego próby rozmowy – chciałaby zredukować ten czas do minimum, a przez to sam dialog byłby krótki lub zwyczajnie ucięłaby go od razu, zanim jeszcze sam Cal zdążyłby ją o coś zapytać. Wzruszył ramionami sam do siebie, reagując właśnie w ten sposób na swoje myśli. Nie miał zamiaru dzielić się nimi z innymi. Jego fioletowe oczy spoczęły na dziewczynie, gdy powiedziała, że sprowokuje bestię, aby zaatakowała właśnie ją.
         – Skoro uważasz, że na takiej pozycji będziesz najlepsza… Nie będę ci niczego zabraniał – odpowiedział jej tylko. Wolał nie pożyczać nikomu swojego łuku, który właśnie w jego dłoniach był najbardziej zabójczy. Nie powiedział też, że w bliskiej walce też radzi sobie bardzo dobrze. W końcu nie przepadał za przechwalaniem się, a wspomnienie o tym mogłoby zostać uznane właśnie za coś takiego. Zresztą, już teraz wiedział, że będzie wzmacniał swe strzały magią. Walka będzie nieco łatwiejsza, a same strzały będą łatwiej wbijać się w cielsko niedźwiedzia. Skoro Eilys chciała robić za przynętę, to niech właśnie tym będzie, gdy już wytropią bestię i będą chcieli wdać się z nią w walkę,
Właściwie nie zwrócił zbytniej uwagi na to, że elfka odezwała się nagle do kotów, które jej towarzyszyły. Podejrzewał, że może ona wiedzieć, jak rozmawiać ze zwierzętami i był świadom, że żyją osoby i nawet całe rasy, które rodzą się z takimi zdolnościami. Myśliwi na pewno patrzyli na to w inny sposób, może nie wiedzieli o istnieniu takich zdolności, a może sama Eilys wyrobiła już sobie u nich reputację, której wynikiem były właśnie takie spojrzenia. Urodził się w tej okolicy, ale opuścił ją już dawno, więc nie wiedział, kto teraz ją zamieszkuje i, jakie stosunki do siebie mają te osoby lub grupy tychże osób. Przez chwilę zastanowił się nawet nad tym, czy tajemnicza choroba, która zabiła wioskę, z której pochodził, odeszła w zapomnienie, czy może nawet teraz ktoś pamięta o tamtych wydarzeniach, nawet jeśli pamięć ta zachowałaby się wyłącznie w postaci jakichś opowieści.
         – Może… Tylko, że musimy brać też pod uwagę to, że nie jest to zwyczajny niedźwiedź – wspomniał tylko. Nie wiedział, jak wiele magii ktoś zapieczętował w tym zwierzęciu i, jak bardzo je ona wzmacnia. Poza takimi oczywistościami, jak sprawienie, że niedźwiedź był większy, silniejszy i bardziej agresywny, mogła przecież wywołać w nim również inne zmiany. Takie, które na pierwszy rzut oka nie były w ogóle widoczne.
         – To też jest dobry pomysł. Dlatego proponowałbym, aby dwie osoby, najlepiej te najbardziej ranne, dostały się na drzewa i prowadziły ostrzał z góry – odparł. Prawie wszyscy myśliwi kiwnęli zgodnie głowami. Jedynie najmłodsza z nich wydała z siebie zabarwiony złością odgłos podobny do warknięcia. Nawet otwierała już usta, żeby coś powiedzieć, jednak wzrok drugiej kobiety sprawił, że zamknęła je, nie wypowiedziawszy nawet słowa.
         – Niech będzie – odparła po chwili. Cal pamiętał, jak jeszcze nie tak dawno zapewniała go, żeby da sobie radę, gdy tylko poddał wątpliwości to, czy na pewno – ze swoimi ranami – nadaje się do dalszego tropienia zwierzęcia. Może nadal miała mu to za złe. Zauważył spojrzenie myśliwych, gdy Eilys znów wdała się w rozmowę z kotami, ale jego tym razem w ogóle to nie zaskoczyło – teraz miał przecież pewność, że między nią i kotami istnieje coś, co pozwala im na komunikowanie się ze sobą.

Gdy tak szli w stronę, w którą pobiegło monstrum, do nozdrzy Calathala dotarł nagle zapach krwi. Dość świeżej, więc coś, do czego ona należała i, co mimowolnie jest jej pozbawiane, musiało zostać ranne lub zabite stosunkowo niedawno. To, że poczuł to szybciej niż inni, może poza Eilys, którą podejrzewał o podobnej czułości zmysł węchu, zawdzięczał właśnie temu, że ten jego konkretny zmysł był powyżej przeciętnej. Rozejrzał się w poszukiwaniu ciała lub ciał, ale – jeszcze – niczego nie zobaczył. Miał zresztą pewne podejrzenia i wydawało mu się, że zapach ten to pozostałość czegoś, co zrobił wyrośnięty niedźwiedź, którego tropili. Im dalej szli, tym bardziej wyczuwalny był zapach krwi.
W końcu natknęli się na trzy sarny, a raczej na to, co z nich zostało. Wokół, oprócz nieco zasypanych już przez śnieg wielkich śladów łap, znajdowały się też ślady pozostałej części stada, do którego należały nieżywe już osobniki. Stado rozpierzchło się, dlatego trop saren prowadził w kilka stron, choć po czasie mogło połączyć się ono ponownie. Zwierzęca krew barwiła śnieg szkarłatem. Wylewała się nie tylko z tułowi – jedna sarna właściwie nie miała głowy, której nie sposób było zlokalizować, a kolejna straciła przednie kończyny, które leżały kilka kroków od reszty jej ciała. Trzecia spoczywała oparta o drzewo, na którego pniu wykwitła czerwona plama – kolejna otaczała zarówno nieżywe zwierzę, jak i drzewo, z którym się ono zderzyło. Gdy podeszli bliżej, wszyscy od razu mogli zauważyć, że na ciałach nie ma śladów żerowania. Sarny zostały zabite wyłącznie dlatego, że stały na drodze rozwścieczonego, magicznie wzmocnionego niedźwiedzia, który ciągle pałał żądzą mordu i próbował zabijać wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku.
Rozejrzał się po towarzyszach, chciał sprawdzić, jak znoszą taki widok. On… nie był młodym elfem, nie oszukujmy się, dlatego obraz ten, jak i zapach, nie robiły na nim wrażenia. Widział, że dwójka mężczyzn-myśliwych, również zdaje się nie przejmować tymże widokiem. Jedna z kobiet, ta starsza, starała się nie dać poznać po sobie tego, że zmasakrowane ciała zwierząt wywołują w niej jakąś reakcję. Młodsza, Elisa, nie robiła nawet tego. Po prostu odwróciła głowę w przeciwną stronę, a zdrową ręką zakrywała usta i nos.
         – To jej pierwsze, prawdziwe polowanie. Wzięliśmy ją ze sobą, żebyśmy mogli sprawdzić jej umiejętności. Nikt nie spodziewał się, że zwykła wyprawa w las przerodzi się… w coś takiego – odparł po chwili Robert. Cal przypomniał sobie jego słowa, gdy się na nich natknął. Na początku myśliwi uważali, że będzie to łatwe zadanie, może właśnie dlatego wzięli ze sobą Elisę. Może dziewczyna chciała się też wykazać. Nie wiedział, nie był pewien. Podejrzewał też, że gdyby o to zapytał, znów naraziłby się na złość ze strony najmłodszej z myśliwych.
         – Chodźmy dalej – tylko tyle powiedział do nich elf.
         – Mogę iść przodem, jeśli chcecie – dodał po chwili. Tamci nie oponowali, może w końcu dostrzegli, że jego wyostrzone zmysły mogą bardziej przydać się w pierwszej linii. Poza tym, był też w pełni sił, żadne rany nie zmniejszały jego przydatności i, w razie czego, szybciej dostrzeże zagrożenie lub coś innego, a przez to będą mieli więcej czasu na jakąś reakcję. Spojrzał na ślady niedźwiedzich łap i chwilę później zaczął iść właśnie za tym tropem.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Łowca , Zielarz , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Nie kwestionował jej zdania.
         To było pierwsze, co Eilys odnotowała na temat Calathala. Będąc kobietą - w dodatku w opinii publicznej zdziwaczałą - przywykła do sytuacji, w których członkowie myśliwskich drużyn nie brali jej na poważnie. W najlepszym wypadku ignorowali jej uwagi, w najgorszym… zdarzało się, że była wprost wyśmiewana. Nie dotykało jej to na jakimś głębszym emocjonalnym poziomie, lecz nie skrywała irytacji, gdy później okazywało się, że od początku miała rację. I tak niczego ich to nie nauczyło, nawet mimo reputacji, jaką Eis zdążyła sobie wyrobić w ciągu dziesięcioleci. Najpierw traktowali ją z góry, a potem ratowała im tyłki, a jednak w każdej kolejnej drużynie zawsze trafiał się ktoś, u kogo jej osobliwe nawyki z góry stawiały elfkę na przegranej pozycji. Calathal tego nie zrobił, co Eilys poczytała mu za zaletę. Choć jeśli chodzi o stwierdzenie, że nie będzie jej czegoś zabraniał… Cóż. Kobieta zwalczyła odruch zmarszczenia brwi - takie zdania zazwyczaj traktowała jako przejaw arogancji - i skinęła lekko głową.
         - Nie jestem najsilniejszym członkiem tej drużyny - stwierdziła racjonalnie. - Nie mam też przy sobie broni, która mogłaby zadać bestii realne obrażenia. To jedyny sposób, żebym była w tej walce użyteczna.
         Żałowała, że nie wzięła ze sobą łuku. Wtedy mogłaby wesprzeć myśliwych ostrzałem, wzmacniając atak elfa. Ale kto normalny brałby ze sobą łuk na grzybobranie? Eliys z przyszłości. Od tej pory będzie pamiętała, żeby nie ruszać się bez niego z domu na taką odległość, by nie mogła się wrócić po broń w razie potrzeby. To była lekcja warta zapamiętania.

         Wyczuła zapach krwi niemal w tym samym momencie, co Calathal. Ale złe przeczucia miała znacznie wcześniej - odczytując niepokój Finji, do której zmysłów metaliczny zapach dotarł jako pierwszych. Widok zmasakrowanych saren nie zaskoczył elfki. Była gotowa na coś takiego, zwłaszcza po horrorze, jaki dopiero co miała okazję oglądać na tamtej polanie - a nawet po części wziąć w nim udział, dobijając jedną z rannych osób. Ponadto martwa zwierzyna nie była dla niej niczym nowym. Fakt, może nie przywykła do porozrzucanych po ściółce elementów sarniny, lecz nie wzbudziło to w niej grozy. Jedynie wzmogło czujność. I obudziło coś… jakby… gniew?
         Eilys polowała dla mięsa i skór. Zabijała, żeby zapewnić przetrwanie rodzinie. Krąg życia; ktoś ginie, aby żyć mógł ktoś. To zaś, co zaszło w tym lesie, było przejawem czystej agresji. Bestia zabiła nie dlatego, że była głodna. Ani w samoobronie. (Trudno sobie wyobrazić żeby trzy płoche sarny stanowiły jakiekolwiek zagrożenie dla kilkutonowego potwora.) Zabiła dla kaprysu, dla zaspokojenia morderczych żądz. A czegoś takiego elfka nie potrafiła znieść. Nieuzasadnionej krzywdy… i… i marnowania zasobów. Obiecała sobie, że gdy - jeśli - już pokonają bestię, wróci tu i zabierze do domu, co tylko zdoła. Z jedzeniem ostatnio było dość krucho; takiego daru od losu nie można odrzucać, nieważne z jakich przyczyn się na niego trafiło.
         Elfka zauważyła, że Elisa odwraca się i zakrywa dłonią usta. Dobrze znała ten odruch, pamiętała go z czasów pierwszych polowań. Podeszła kilka kroków w jej stronę.
         - Zwymiotuj, poczujesz się lepiej - rzuciła, starając się brzmieć życzliwie, jednak ta rada nie spotkała się z ciepłym przyjęciem. Młoda kobieta posłała elfce urażone spojrzenie i uniosła głowę z wyższością. Bardzo chciała udowodnić, że nie jest słaba. Eliys rozumiała to, dlatego nie drążyła tematu. Po prostu ruszyła za Calathalem, gdy ten zasugerował kontynuowanie wędrówki.
         Podczas kiedy on otwierał pochód, Eilys go zamykała. Dwoje elfów, będących początkiem i końcem. Ona, tak jak uprzednio, trzymała się na dystans. Szła w pewnej odległości, nasłuchując czy zagrożenie nie nadciąga ze strony innej niż frontalna. Jej kroki były tak ciche, że starsza z kobiet co jakiś czas odwracała się w jej stronę, by upewnić się, że elfka nadal z nimi idzie. Raz nawet Eilys odpowiedziała lekkim uśmiechem. Oczywiście że szła, obiecała ich wesprzeć. Finja zaś krążyła między członkami drużyny, na swój koci sposób obserwując ich wszystkich i każdego z osobna. Sporą część czasu poświęciła Calathalowi. Dreptała obok niego, choć w pewnym oddaleniu, noga w nogę. Uczepiła się go, zupełnie jakby coś przykuło jej zainteresowanie. Idąca z tyłu Eilys mogła wyczuć ciekawość kotki, podszytą czymś, czego ona sama do końca nie rozumiała. Finja pomiaukiwała cicho, jak gdyby chciała zwrócić na siebie uwagę. Tego Eis nie rozumiała już w ogóle. Dostrzegła jednak wymianę spojrzeń między myśliwymi i domyśliła się, że takie wybryki mogą ich drażnić. Przyspieszyła tempo marszu, wyforsowała się na przód i rzuciła towarzyszce krótki myślowy przekaz.
         “Zachowuj się.”
         Finja miauknęła przeciągle w odpowiedzi i w kilku wesołych susach pobiegła przodem, co po chwilę znikając w okolicznych krzakach. Elfka westchnęła. Czuła, że bycie traktowanym na poważnie właśnie trafił szlag. Zerknęła na Calathala. On był największą niewiadomą w całym towarzystwie. Była ciekawa jego reakcji. Nie znała innych elfów, nie mówiąc już o lodowych, i nie wiedziała, czego mogła się po nim spodziewać. Czego oczekiwać.
         - Pochodzisz… z okolic? - spytała nagle, nieco zaskakując tym samą siebie. - Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam.
Awatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 142
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Wędrowiec , Łowca , Zwiadowca
Kontakt:

Post autor: Calathal »

Widział już dużo, dlatego widok zabitych saren niczego w nim nie poruszył. Nie sprawił, że było mu niedobrze czy, że musiał odwracać wzrok chociaż na chwilę. Dla niego obraz ten świadczył o brutalności stworzenia, które tropili. O tym, że różniło się ono od zwykłych niedźwiedzi i, że zabijało dla przyjemności. Dla posiłku na pewno też, jednak ciała leśnych zwierząt i to, w jakim były stanie były świadectwem tego, że straciły życie tylko dlatego, że akurat – najpewniej przypadkowo – natknęły się na rozszalałą bestię. Próżno było szukać na nich śladów żerowania, występowały tam jedynie śmiercionośne rany zadane pazurami. Zapach krwi i, później, rozkładających się ciał na pewno przyciągnie do tego miejsca inne zwierzęta, które żywiły się mięsem lub padliną. Na szczęście dla nich – prawdopodobnie – stworzenie to nie przejmowało się skradaniem i zacieraniem śladów. Zwyczajnie parło przed siebie, wiedzione albo jakimś celem, albo po prostu szałem, w którym ciągle się znajdowało. Niszczyło wszystko na swej drodze, zabijało każde stworzenie, które miało pecha stanąć na jego drodze. Musieli iść dalej, zostawić za sobą pozbawione życia sarny i w dalszym ciągu tropić to, co je zabiło. To, co wcześniej walczyło z myśliwymi i tak ich urządziło. Calathal z minuty na minutę miał coraz większą pewność, że sami by sobie nie poradzili i prośba o pomoc, którą do niego wystosowali, była dobrym pomysłem. Poza tym, na pewno dobrym wsparciem okaże się też ta tajemnicza elfka – Eilys – która się do nich przyłączyła.
Bardziej skupił się na tropie. Niezbyt zwracał uwagę na to, o czym rozmawiali myśliwi, choć dialog ten i tak docierał do jego uszu. Cal jedynie nie wsłuchiwał się w niego, choć rejestrował go, lecz nie starał się zapamiętać.

         – Na pewno damy sobie radę z tym… czymś? Nawet z ich pomocą? - zapytał dziewczęcy głos. Należał do najmłodszej z ich grupy, do, dopiero zaczynającej bycie myśliwym, Elisy. Taki marsz, zwłaszcza po zobaczeniu, do czego ten konkretny niedźwiedź jest zdolny, sprawiał, że człowieka nachodziły różne myśli, pytania i, w końcu, wątpliwości. Widocznie to mająca najmniej doświadczenia osoba stała się ich pierwszą ofiarą.
         – Nie martw się, poradzimy sobie – odpowiedział jej Robert. Cal w tym samym czasie poczuł czyiś wzrok na sobie, możliwe, że właśnie tego człowieka. Cóż, mógł on wiedzieć i widzieć więcej, niż dostrzegała jego rozmówczyni.
         – Zawsze możesz zawrócić, jeśli się boisz, czy o własne życie, czy samego starcia z tym potworem – dodał jeszcze, nieco zaczepnie zresztą. Posłał nawet uśmiech w stronę rudowłosej.
         – Nie zrobię tego…! - powiedziała głośno i z pewnością siebie i swego zdania. Po chwili zaczerwieniła się lekko, gdy uświadomiła sobie, że w istocie zrobiła to zbyt głośno. Nawet Calathal obejrzał się na krótką chwilę w ich stronę, co chyba sprawiło, że jej policzki pokryły się nieco głębszą czerwienią.

Zauważył kotkę idącą tym samym tempem, co on, ale pomyślał po prostu, że było to zwierze, które szło z przodu; chciało iść przodem, a nie zostawało gdzieś z tyłu lub z właścicielką. Dopiero jej miauknięcia zwróciły jego uwagę na tyle, że zaczął spoglądać w stronę zwierzęcia. Zastanawiał się, o co może chodzić, jednak nie mógł o to ot tak zapytać – w końcu nie wiedział, jak rozmawiać ze zwierzętami. Zresztą, Eilys i tak dość szybko postanowiła wkroczyć i uspokoić kotkę. Zawsze mógł ją zapytać, o co mogło tu chodzić, jeżeli był tego na tyle ciekaw oczywiście. Może później, w końcu teraz jedno z nich otwierało marsz tropicieli-myśliwych, a drugie je zamykało. To sprawiało, że mogliby mieć trudności w rozmawianiu ze sobą… Chyba, że jedno zdecyduje nagle podejść do drugiego i zadać mu pytanie, którego to drugie się nie spodziewa. Właśnie taka sytuacja nadeszła nagle, gdy Cal usłyszał głos elfki. I jej pytanie.
To pytanie… Nie był pewien, jak chce na nie odpowiedzieć. Właściwie, nie było to jakaś tajemnica, a przecież nie zawędrowałby tutaj bez jakiegoś powodu. Zwlekał nieco z odezwaniem się do niej, ale nie chciał też, żeby pomyślała, że ją zignorował. Poza tym, jakby nie chciał w ogóle odpowiadać, to zwyczajnie powiedziałby, że nie powinna się tym interesować. Zamiast tego postanowił, że zrobi coś innego. Nie czuł potrzeby okłamywania tej kobiety. Rzadko w swych podróżach spotykał przedstawicieli swojej rasy, może nawet zbyt rzadko.
         -Tak… Urodziłem się w jednej z wiosek w okolicy tego lasu – powiedział te słowa nieco nieobecnym tonem głosu. Spoglądał też przed siebie i nie patrzył na dół, na trop bestii, choć cały czas podążał w jej śladach.
         – Choć tam, gdzie kiedyś się znajdowała, znajdziesz teraz jedynie dawno spalone ruiny przykryte śniegiem – dodał jeszcze. Wiedział, kiedy doszło do tego wydarzenia, które już na zawsze zostało i zostanie w jego pamięci. Nie wiedział za to, jak długo żyła Eilys, więc nie był pewien, czy o tym słyszała, nawet jeśli, na przykład, od swoich rodziców. To samo tyczyło się myśliwych, choć w ich przypadku mogli to usłyszeć bardziej od dziadków i babć… albo też od rodziców, którym z kolei mogli powiedzieć o tym ich rodzice.
         – Wracam tu czasami, tak po prostu, gdy akurat poczuję chęć powrotu w rodzinne strony – dopowiedział jeszcze. Na sam koniec właściwie, bo nie odezwał się ponownie, przynajmniej nie na temat tego, o co został zapytany.

         – O co chodz… - zapytał, a przynajmniej chciał. Bo druga część tego pytania została kompletnie zagłuszona przez ryk, który rozbrzmiał w całym lesie, dodatkowo odbijany echem od pni drzew, może nawet spotęgowany właśnie przez to. Był niemalże ogłuszający, a Cal, z racji posiadania wyostrzonego słuchu, skrzywił się i napiął mięśnie, czym powstrzymał się od odruchowego zakrycia sobie szpiczastych uszu.
         – Coś stanęło na drodze Bestii. Coś, co stawia albo chce stawiać jakiś opór i próbować walki z nią – powiedział, nieco głośniej niż zamierzał. Nie piszczało mu w uszach, tyle dobrze, a ryk ucichł, choć dzięki niemu wiedzieli też, gdzie zatrzymało się to stworzenie. Na jak długo? Prawdopodobnie tylko na chwilę.
         – Chodźmy! - wydał krótkie polecenie i zaczął biec przed siebie, niezbyt szybko, z racji chociażby tego, że mieli w grupie rannych, lecz szybciej niż szliby marszem.
Awatar użytkownika
Eilys
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Łowca , Zielarz , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Eilys »

         Eilys otworzyła szerzej oczy na wieść, że Calathal w rzeczy samej pochodził z okolic. Nie zdając sobie sprawy z tego, iż takie zachowanie może stanowić pewien nietakt, ponownie zmierzyła elfa uważnym spojrzeniem, od stóp do głów; jak gdyby fakt jego pochodzenia mógł zmienić cokolwiek w kwestii wyglądu mężczyzny. Zresztą, Eis nie wiedziała nawet, co mogłoby go odróżniać od elfów, które urodziły się i wychowały w innej części świata, gdyż jak dotąd żadnego nie spotkała. Nie miała więc porównania. Zerknęła w stronę, w którą odbiegła Finja, nagle po części zrozumiawszy nietypowe zachowanie kotki.
         “A więc o to ci chodziło z tymi popisami…”, mruknęła w myślach. “Spotkałaś go już wcześniej?
         Emocjonalny przekaz płynący od towarzyszki był niejasny. Elfka uznała to za intrygujące, ale nie zamierzała teraz bardziej się w to zagłębiać. Zrobi to w domu, kiedy już wrócą z polowania na bestię. Może przy okazji zagadnie też o to Mamę. W końcu ona żyła tu dłużej, mogła więc kojarzyć osoby z okolicy, nawet takie, które wyprowadziły się stąd dawno temu. Z drugiej strony, co Eilys to w ogóle obchodziło…
         - Wiem, gdzie to jest - stwierdziła, mówiąc oczywiście o ruinach wioski. - Nie lubię tego miejsca.
         Wyrażanie się w ten sposób o czymś, co kiedyś było cudzym domem, też nie było szczególnie uprzejme, jednak w rozumieniu Eilys stanowiło jedynie wypowiedzenie prawdy. Kilkakrotnie zdarzało jej się polować w sąsiedztwie rzeczonych ruin i za każdym razem nachodziło ją uczucie… niepokoju? Lęku? Sama w zasadzie nie wiedziała, jak również nie znała przyczyny tego uczucia - w końcu to było jedynie trochę przysypanego śniegiem gruzu - ale fakt, że Finja zdawała się podzielać odczucia elfki, wystarczał jej do tego, by raczej starać się unikać zapuszczania w najbliższe rejony ruin, jeśli nie musiała koniecznie tego robić. Jak dotąd nie przyszło jej do głowy, aby zapytać o wydarzenia, jakie stały za upadkiem tamtej wioski; instynktownie czuła, że nie powinna tego robić. I znów nie wiedziała, dlaczego. Ale kiedy tylko przez myśl przechodził jej pomysł zagajenia rozmowy na ten temat, cała świadomość Eis krzyczała: nie rób tego!
         Nie chcesz wiedzieć.
         Więc nie wiedziała. Teraz zaś zrozumiała, że w owej wiosce zamieszkiwały niegdyś lodowe elfy, prawdopodobnie w liczbie więcej niż jednego, co powoli uruchamiało dawno nieodwiedzane - jeśli w ogóle kiedykolwiek - zakamarki umysłu Eilys. Istniała spora szansa, że Calathal znał jej biologicznych rodziców… może nawet był jednym z nich? Eilys jeszcze raz przyjrzała się profilowi mężczyzny. Ile mógł mieć lat? Nie miała pojęcia. Nie spotkała go wcześniej, ale to nie musiało o niczym świadczyć; Śnieżny Las był rozległy.
         - Mam nadzieję, że to nie jest opowieść o ojcu, który przypomniał sobie, że kiedyś porzucił córkę i nagle postanowił ją odnaleźć? - spytała, bardzo bezpośrednio i bardzo bezczelnie. W jej głosie nie słychać było silniejszych emocji, jedynie zwykłą ciekawość.
         Zdawała sobie sprawę z tego, jak absurdalnie brzmiało jej pytanie. Nie była nawet pewna, po co tak właściwie je zadała, skoro nie dbała o losy swojej rodziny i nie sądziła, żeby jakakolwiek rewelacja w tej sprawie zdołała cokolwiek zmienić. Spisała jej historię i wszystko co za nią stało na straty, dokładnie tak, jak rodzina spisała na straty ją. Kobieta doskonale obywała się bez tych informacji przez całe sto czterdzieści cztery lata swojego skromnego, acz szczęśliwego żywota; przybrana rodzinka w zupełności jej wystarczała. Tak więc nawet gdyby się okazało, że Calathal był w jakimś stopniu z nią spokrewniony, dla niej nadal pozostałby tą samą, obcą osobą.

         W pewnym momencie Finja, która do tej pory biegła przodem i buszowała w krzakach, niespodziewanie pojawiła się tuż przy nodze elfki, nastroszona i sycząca dziko. Niemal w tej samej chwili rozległ się potworny dźwięk, tak głośny, że aż bolesny dla czułych elfich uszu. Eilys zakryła je sobie dłońmi, zmrużonymi oczami wodząc dokoła. Zdawało jej się, że akompaniuje mu znacznie subtelniejszy, ale równie przeraźliwy skowyt. Być może nawet nie zwróciłaby na to uwagi, przytłoczona potęgą ryku, ale doskonale wiedziała, że Finja reagowała w ten sposób tylko na jeden gatunek zwierzęcia. To pozwoliło jej na wychwycenie dźwiękowego niuansu, który w innym przypadku prawdopodobnie umknąłby jej świadomości.
         - Wilki - uzupełniła wypowiedź Calathala. - Bestia walczy z wilkami.
         To mogło oznaczać, że nieoczekiwanie zyskali sojusznika. Takiego, który może niekoniecznie miałby przyjazne zamiary, niemniej jednak mógł dokonać przynajmniej dwóch rzeczy: rozproszyć przeciwnika, jak również nieco go osłabić. A przynajmniej to Eilys wyczytała z twarzy myśliwych, na których strach mieszał się z nadzieją i determinacją.
         Gdy Calathal wydał prostą komendę, skinęła głową. Nie zamierzała się wykłócać o rolę przywódcy grupy - zakładała, całkiem słusznie zresztą, iż obydwoje mieli w tej dziedzinie podobne kompetencje. Kiedy więc elf i podążająca za nim czwórka myśliwych ruszyli w stronę, w której musiała znajdować się bestia, Eis podeszła do najbliższej sosny i zwinnie niczym kot, wspięła się po niej, na drugą najniższą gałąź. W tym miejscu drzewa rosły na tyle gęsto, by możliwe było przemieszczanie się po ich gałęziach - i dokładnie to elfka zamierzała zrobić. Przemieścić się górą niezauważanie, wykorzystując zamieszanie wywołane przez wilki, by następnie zaatakować bestię prosto z drzewa, wkładając w to nie tylko siłę własnych mięśni, ale także wzmocniony grawitacją pęd.
         Była szybka. Mimo iż poruszanie się po gałęziach wymagało większej precyzji od zwykłego biegu przez las, elfka nie zostawała w tyle za grupą, której członkowie z powodu odniesionych wcześniej ran nie mogli osiągnąć większego tempa. W pewnym momencie, kiedy z góry widziała już ruch między drzewami, gwizdnęła cicho na palcach, dając pozostałym znak, by pozwolili jej pójść przodem. Pokonała w ten sposób jeszcze kilka sosen i znalazła się wystarczająco blisko bestii, by móc na nią skoczyć w chwili, gdy otrzyma od myśliwych sygnał gotowości do ataku.
         Musiała przyznać, że wilki w starciu z bestią radziły sobie znacznie lepiej niż sarny. Jak dotąd tylko dwa - z ośmiu, a więc całkiem sporej watahy - leżały martwe. Nie ulegało jednak wątpliwości, że ten stan miał się bardzo szybko zmienić, zatem grupa miała niewielki margines czasu, by zdążyć włączyć się do walki, kiedy bestia była jeszcze zajęta nieszczęsnymi wilkami, które zupełnie przypadkowo - i niezależnie od ich woli - weszły w rolę przynęty.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Daleka Północ”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości