Księstwo Karnstein[Obrzeża Karnstein] Nauczyciel potrzebny od zaraz

Miasta Karnsteinu są istnym kotłem, do którego wrzucono wielość nacji i upodobań architektonicznych. Wystawne domy w kolorach purpury i złota sąsiadują tutaj z dzielnicami, w których budowle mają być przede wszystkim funkcjonalne. Proste domy ułożone wśród wąskich, równoległych uliczek, wyłożonych kamieniami, zamieszkiwane są głównie przez mroczne elfy, dla których przepych jest zbędny. Po przeciwnej stronie są budowle, które zaskakują dbałością o szczegóły. Kolumny z głowicami przedstawiającymi sceny z legend.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Fejra
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 2 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Rozbójnik , Złodziej , Uczeń
Kontakt:

[Obrzeża Karnstein] Nauczyciel potrzebny od zaraz

Post autor: Fejra »

        Życie jest krótkie, mówili. Przychodzisz na świat, uczysz się, jak żyć, żyjesz i gdy już to opanujesz - umierasz. Ot, proste streszczenie egzystencji ludzkiej. Ba, tylko jedno zdanie wystarczy, aby takowe opisać, co po głębszym namyśle wydaje się naprawdę smutne. Życie młodej czarodziejki jednak zdawało się nie mieć takiego samego końca jak u prostego człowieka.
A może ona ciągle uczyła się, jak żyć?
Fejra ponownie utknęła w martwym punkcie. Odkąd znalazła się na tajemniczej radzie czarodziei, zaprzątała sobie głowę o to, dlaczego nie pamięta swojej przeszłości. Co prawda czasami w snach nawiedzały ją te same obrazy od paru lat - niebieskowłosa dziewczynka, do której nie wiadomo czemu Fejra czuła wyłącznie obrzydzenie, nienawiść, mimo że dziewuszka wydawała się adorować jasnowłosą niczym bóstwo. Kolejna zagadka do rozwikłania, z którą Fejra musi się zmierzyć, lecz najpierw, po dziwnym spotkaniu magów w środku lasu i poznaniu wyjątkowo strasznej pani, pradawna potrzebowała tylko jednego, aby przerwać ciąg napływających wrażeń i związanych z nimi negatywnych emocji.
Piwa.

        W księstwie Karnstein istniało od groma tawern, zatem nową misją Fejry było zwiedzenie każdej po kolei. Kiedy jednak pierwsza z nich, o wesołej nazwie Zgniłe Kaczątko, ukazała się oczom młodej czarodziejki, kobieta nie zastanawiała się długo i ruszyła w kierunku karczmy.
W środku panował zaduch. Ludzie widocznie zebrali się, aby świętować błachostkę, która zapewne miała miejsce jeszcze tego samego dnia. Powodem celebracji mógł być oczekiwany powrót władcy ich ziem. Wtedy przepych w tawernie i obecność barda wydawała się jak najbardziej uzasadniona, ale całe to zebranie równie dobrze mogło oznaczać, że któremuś z wieśniaków krowa nie zdechła przez całą zimę i waćpan przetrwa kolejny kwartał. Księstwo będzie z niego zadowolone, a on sam będzie mógł cieszyć się łaską pana. Fejrze oczywiście takie zgromadzenie było bardzo na rękę.
Po znalezieniu się w niemałych tarapatach z magami i krótkiej podróży, czarodziejka musiała zdobyć pieniądze, a znała na to tylko jeden sposób - kradzież sakwy zapatrzonego w kufel piwa albo nadobną damę mężczyzny. Pradawna z łatwością, gdy tylko weszła do karczmy, zdobyła kilka ruenów. Starała się jednak sięgać do kieszeni jegomości tylko po jedną monetę - wtedy istniało większe prawdopodobieństwo, że nikt nie zauważy straty i kobiecie kradzież ujdzie płazem.
Dopiero później miała przekonać się, jak bardzo była w błędzie.

        Niewiele minęło czasu od momentu, gdy Fejra zasiadła przy szynkwasie, zamówiła najtańszy trunek i w trakcie oczekiwania wsłuchała się w niedorzeczną historię barda o nowej przygodzie, która stawiała go w świetle bohatera. Czarodziejka uśmiechnęła się pod nosem. Doskonale zdawała sobie sprawę, że to tylko stek bzdur, ale przynajmniej odciąga uwagę wieśniaków od jej tajemniczej persony. Niestety, nie trwało to długo, aż jeden z nich zainteresował się nowo-przybyłą kobietą. A niestety, ponieważ właśnie to zainteresowanie okazało się dla Fejry ponownie zgubne.
        - Te - usłyszała nagle pradawna, na co wzdrygnęła się. Nie musiała nawet spoglądać za siebie, aby zobaczyć właściciela niskiego i niemalże gardłowego głosu jak u starszego pana, ponieważ ów zaczepnik przysiadł zaraz obok niej, zasłaniając rozgadanego barda.
Przez krótką chwilę Fejra zmierzyła go wzrokiem. Prosty człowiek, można rzec, lecz jasnowłosa opisała go w myślach jednym, innym słowem. Potężny.
        - Złotko, powiem wprost. Moim kompanom nie wystarczy na nocleg tutaj, a wyjechaliśmy z zapasem takim, który starczyłby jeszcze na śniadanie - oznajmił sucho, wpatrując się w czarodziejkę, wówczas gdy ona spuściła wzrok. “Cholera”, zdążyła pomyśleć kobieta, nim mężczyzna wdał się w większy monolog.
        - Odkąd tu weszłaś. I nagle akurat kupujesz coś za taką kwotę, jakiej nam brak. Powiesz mi coś? - Uniósł brew, oczekując odpowiedzi, której nie dostał. Fejra zacisnęła wargi i tylko patrzyła w przestrzeń nieco niżej za jego plecami. Myślała, że jeżeli uzna ją za głupią, odpuści. Gdyby tylko czarodziejka wyglądała jak jedna z tych pięknych, przyozdobionych jak niektóre królewskie komnaty kobiet, wystarczyłoby jej teraz zatrzepotać rzęsami, uśmiechnąć się niewinnie i zaproponować nieznajomemu kolejny trunek, który on - omotany jej wdziękiem i wytworzoną sztucznie aurą niewinności - sam by postawił, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Był w tym planie jednak problem, a nawet kilka.
Fejra nie należała do najpowabniejszych. Nawet nie miała tak długich rzęs. Wyglądała jak dziecko.
Dłuższa chwila milczenia nie przyniosła oczekiwanych skutków. Nieznajomy widocznie poczerwieniał ze złości, wstał i mocno chwycił Fejrę za ramię, na co ona syknęła z bólu. Gdyby tylko mocniej zacisnął dłoń, mógłby złamać czarodziejce rękę.
        Mężczyzna odezwał się, ale w chaotycznej atmosferze Fejra nie zwróciła uwagi na słowa, które padały z jego ust. Albo uda jej się wybrnąć z twarzą, albo…
Kobieta próbowała się wyrwać. Gdy jednak samodzielne oswobodzenie wydało jej się niemożliwe, pisnęła. Fejra ponownie zaklęła. Nikt nie przyjdzie na ratunek obcej dziewce spoza wsi. Zostało zatem tylko jedno.
        Niektórzy mają niesamowite szczęście do znajdowania się w złym czasie i niewłaściwym miejscu. Karczmarz, który widocznie postanowił zareagować na bójkę, podszedł zbyt blisko do Fejry i trzymającego ją mężczyzny. W tej samej sekundzie, w której kobieta straciła nadzieję na ratunek, pojawił się bohater.
         W tym rzecz, że jasnowłosa nie potrzebowała takiego herosa. Poradziła sobie z nawiązką, albowiem nie dość, że nagły wybuch żaru odstraszył wszystkich w karczmie (w tym, co najważniejsze, oponenta), to jeszcze zapewnił Fejrze dożywotni zakaz wstępu do Zgniłego Kaczątka. Karczmarz syknął z bólu i prędko odsunął się od źródła ciepła. Czarodziejka nie zwróciła uwagi na swojego zaczepnika, który uciekł szybciej niż pozostali, a znajdował się najbliżej zagrożenia. Biedny pan, który chwilę wcześniej nalewał jej trunek, przeklinał ją od wszystkich diabłów, kurczowo trzymając swoją poparzoną dłoń. Fejra zbladła. Mimo że podświadomie chciała mu pomóc, wytłumaczyć się i opatrzyć ranę, instynkt podpowiedział jej coś innego. Pradawna zatem zrobiła to, co potrafiła najlepiej - uciekła, choć nie miała dokąd, z nadzieją, że nadchodzący mrok da jej schronienie.
Awatar użytkownika
Brall
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 9 miesiące temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Medium , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Brall »

        Przybywając do Karnstein, Brall nie miał na siebie żadnego konkretnego planu. Po prostu powędrował tam, gdzie poniosły go nogi, po cichu licząc, że u celu swej wędrówki znajdzie coś, czym będzie mógł zająć się na dłużej. Kiedy jednak dotarł do miasta, srogo się rozczarował. Wśród wystawionych zleceń nie znajdywało się nic godnego uwagi. Tablice z ogłoszeniami albo wisiały puste, albo przepełnione były zleceniami kompletnie niezwiązanymi z jego zainteresowaniami. Nie pozostało mu zatem nic innego jak wmieszać się w tłum i podpytać tu i ówdzie o jakieś ciekawe informacje i plotki. Wszędzie bowiem znajdą się ludzie, którzy odpowiednio zachęceni opowiedzą wiele historii, zwłaszcza jeśli dotyczą one ich sąsiadów lub znajomych. Ktoś w Karnstein na pewno potrzebował usług medium, wystarczyło tylko odpowiednio dobrze poszukać.
        Kierując się tą myślą, Brall udał się w najlepsze miejsce do zagadywania nieznajomych ludzi, a mianowicie do karczmy. W końcu nic nie łączy towarzystwa tak dobrze, jak alkohol i jedzenie, zwłaszcza jeśli ów spotkania odbywały się wieczorową porą, kiedy to wszyscy odpoczywali już po ciężkiej pracy.
        Jak to w stolicy, karczm i gospód nie brakowało. Praktycznie na każdym rogu znajdował się jakiś lokal, z którego wnętrza dobiegał gwar rozmów. Zapachy też były niczemu sobie, zwłaszcza że Brall zawitał do miasta w porze wieczerzy. Postanowił, więc połączyć przyjemne z pożytecznym i poza małymi przeszpiegami, zadbać także o napełnienie brzucha. Wybór w jadłodajniach był jednak tak duży, że przez większość czasu kluczył po głównym deptaku i przypatrywał się szyldom. Stwierdził, że wejdzie do lokalu, którego nazwa najbardziej go zaintryguje. Ostatecznie padło na Zgniłe Kaczątko, przede wszystkim dlatego, że na tablicy wiszącej przy wejściu wymalowano małe, szare pisklę w koronie. Nazwa adekwatna, gdyż zamiast wesołego dziobka, gość mógł napatrzeć się na ptasią czaszkę z pustymi, ponurymi oczodołami. Kaczątko wyglądało co najmniej tak, jakby dopiero co wstało zza grobu i planowało przejąć władzę nad całą Alaranią. Na jego widok Brall, aż się uśmiechnął.
        Wnętrze karczmy było zaskakująco przytulne i zadbane. Co prawda panował lekki zaduch, ale przy tak dużej liczbie osób, jaka znajdowała się w środku, było to czymś nieuniknionym. Brall był wprawnym podróżnikiem. Zwiedził już kawał świata, w tym wiele gospód i tawern, można zatem powiedzieć, że posiadał swego rodzaju doświadczenie, dzięki któremu potrafił ocenić czy miejsce go zawiedzie, czy nie. Zgniłe Kaczątko, póki co zrobiło na nim pozytywne wrażenie. Miał tylko nadzieję, że jadzenie będzie mu smakowało i tym samym po raz kolejny utwierdzi się w przekonaniu, że im śmieszniejsza nazwa, tym trafniejszy wybór.
        Z uśmiechem na ustach podszedł od szynkwasu. Wzrokiem odnalazł wymalowaną na czarno tablicę wiszącą nad blatem i przejrzał dokładnie wypisane kredą menu. Karnstein słynęło z wielokulturowości, która przejawiała się w wielu aspektach życia mieszkańców, również i w kuchni. Ciężko było zdecydować się na jedno konkretne danie, zwłaszcza jeśli bardzo chciało skosztować się tutejszych specjałów. Finalnie Brall wybrał to, co według niego najbardziej mogło przypaść mu do gustu i jednocześnie poszerzyć jego horyzonty smakowe.
        Kolejka była długa i sądził, że trochę w niej wystoi. Podczas gdy karczmarz rozlewał trunki, kelnerki obsługiwały ludzi przy szynkwasie. Brall nawet nie zdążył mrugnąć, a tuż przed nim pojawiła się młoda dziewczyna ze szmatką w rękach.
        -W czym mogę służyć?
        Brall od razu posłał w jej stronę jeden, ze swych najmilszych uśmiechów. Nawet jeśli część jego twarzy odznaczała się brzydkimi bliznami to jego szczera radość, wciąż potrafiła poprawić innym humor. Kelnerka nie mogła zareagować w inny sposób, niż odpowiadając tym samym gestem. Sprawiała wrażenie, jak gdyby była mile zaskoczona.
        -Poproszę udziec ze strusia i miód pitny, dwójniak. - odparł.
        -Podam do stołu. Proszę się rozgościć i zająć jakieś miejsce... - zaproponowała i oboje w tym samym momencie spojrzeli na zatłoczoną salę. - ...o ile jeszcze jest coś wolnego. - dodała pośpiesznie i zakończyła ich krótką wymianę zdań ponownym uśmiechem.
        Brall cieszył się, że ją nim zaraził. Jednocześnie nie obawiał się o to, że nie znajdzie wolnego siedzenia. Odkąd stanął przy szynkwasie, ktoś już pomagał mu w poszukiwaniach, a gdy tylko skończył rozmowę, poczuł na ramieniu przywołujące klepanie.
        Niewidzialna siła kierowała nim w głąb karczmy, aż ostatecznie doprowadziła go do jednoosobowego stolika, przylegającego do ściany. Krzesło samo odsunęło się w zapraszającym geście. Co prawda był to dyskretny, trudno dostrzegalny ruch, ale Brall mimo wszystko rozejrzał się dookoła. Wolał upewnić się, że nikt tego nie zauważył. Wszyscy byli jednak pochłonięci swoimi sprawami.
        -Dziękuje ci Friadre. - szepnął z uśmiechem.
        Zajął miejsce i oddał się jednej ze swych ulubionych czynności, przypatrywaniu się otoczeniu. Tego dnia nie mógł określić mianem wyjątkowego, choć zarazem nie posiadał też w sobie nic z powszedniej monotonności. Stanowił natomiast preludium do nadejścia czegoś ekscytującego i długo wyczekiwanego, a przynajmniej takie wrażenie odniósł, obserwując ludzi zebranych w karczmie. Znaczna większość wydawała się czymś żywo zaaferowana, tak jakby w niedługim czasie w mieście miało mieć miejsce jakieś większe wydarzenie.
        Brall chciał trochę podsłuchać, ale z każdej strony dochodziły do niego tylko strzępki różnych rozmów. Zwłaszcza że jakiś niedołęgi bard produkował się na mandolinie z opłakanym skutkiem. Brzmiał tak, jakby pierwszy raz trzymał w dłoni ten instrument. Co gorsza, wiele zagłuszał. Brallowi z całego tego hałasu udało się wyłapać jedynie tyle, że zbliżała się data jakiegoś ważnego święta, powiązanego z celebracją. Wzmianka ta zainteresowała go i był skory dowiedzieć się czegoś więcej, ale w tej samej chwili kelnerka postawiła przed nim kufel i talerz z jedzeniem.
        -To będzie razem 5 ruenów szanowny panie.
        Brall sięgnął do sakwy, która z dnia na dzień niepokojąca się uszczuplała. Zapłacił, a następnie przeszedł do posiłku. Oczekiwania go nie zawiodły, jedzenie było pyszne, a miód przyjemnie słodki i co najważniejsze niedrapiący po gardle.
        Wtedy brakowało mu tylko jednego... dobrego kompana do picia.

                                                                                                                                ☙ ❧

        W przypadku Bralla nie trzeba było długo czekać, aż znajdzie sobie towarzystwo. Zaledwie chwilę po spożyciu posiłku odnalazł sposobność dołączenia do sąsiedniego stolika. Zajmowali go mężczyźni pracujący w stolarni. Na co dzień wyrabiali różnego rodzaju meble i powozy. Tego dnia byli już po pracy i postanowili spędzić wieczór przy kuflu piwa. Rozmawiali o błahych sprawach, głównie szerzyli plotki, a Brall w niczym nie odnajdywał się tak dobrze, jak w nic nieznaczącej i niezobowiązującej rozmowie.
        Wyczekał odpowiedni moment i w pewnym momencie wtrącił się do wypowiedzi jednego z nich. Ktoś mógłby to odebrać za bezczelne wściubianie nosa w nie swoje sprawy, ale oni wydawali się zainteresowani jego słowami i zaoferowali mu ostatnie, wolne miejsce przy stole. Było ich pięciu, z czego każdy nieco się przedstawił. Mieszkali w okolicy i znali się razem od dziecka. Dwóch z nich miało już własne rodziny, a trzej pozostali korzystali jeszcze z życia i raczej nie śpieszyli się do ożenku. Wszystkim zależało jednak na dobrej zabawie. Opowiedzieli Brallowi trochę o Karstein i bieżących sprawach, którymi żyli tutejsi mieszkańcy. To poszerzyło wiedzę Bralla, który właśnie takich informacji oczekiwał najbardziej. Szczególne zainteresowanie wzbudziła w nim wzmianka o nawiedzonej rezydencji barona Daliasa von Dauera. Nie wypytywał jednak o szczegóły, przede wszystkim dla zachowania pozorów. Postanowił, więc przejąć inicjatywę w rozmowie. Nie trwało długo, nim cała gromada piła i śmiała się do rozpuku, słuchając jego rozmaitych opowieści.
        -Nie wierzę, że za Pustynią Słońca istnieją tak dziwne stworzenia. - zaoponował towarzysz imieniem Hawk. - Koń i małpa? Nie to niemożliwe.
        Trzask kufla odkładanego na stół przywołał uwagę wszystkich na Hilarego. Z całej gromady to on miał najsłabszą głowę do alkoholu. Brall zauważył jednak, że gdy jakiś temat go interesował, to od razu potrafił wytrzeźwieć.
        -Mówi prawdę, też już kiedyś o nich słyszałem.
        -I, że niby gdzie? Ptaszki tak ćwierkały? - wtrącił Edgar.
        Hilary, aż poczerwieniał ze złości.
        -A nie dość tu przyjezdnych? Brall przecież niejedyny co z dalekich stron zawitał. Ostatnio się napatoczyłem na takiego, jednego. Z południa przyszedł. I podobne dziwa opowiadał.
        -Małpa... Jak w ogóle wygląda małpa? - zastanowił się Jerem. Wyglądał, jak gdyby pytanie to nie dawało mu spokoju. W tej samej chwili spojrzenie jego brata bliźniaka, siedzącego obok, zabłysło iskierkami rozbawienia.
        -Spójrz do lustra, to się dowiesz.
        Pozostali wybuchli śmiechem.
        -Właściwie to nawet nie jest małpa, a goryl. - sprecyzował Brall. - Wiecie, to takie duże włochate zwierze, a ta jego cudaczna krzyżówka z koniem nazywa się goryloń i... - nie dokończył.
        Ich rozmowę, jak i pogawędki pozostałych gości, przerwał harmider powstały przy szynkwasie. Najpewniej jakieś natarczywe opijusy opatrzenie zrozumiały czyjeś słowa i z tego względu gorzeli chęcią wyjaśnienia nieporozumienia. Oczywiście do pertraktacji chcieli użyć języka pięści, gdyż jako jedyny posiadał jasny przekaz dla każdego, również obcokrajowców. Sytuacja jednak szybko nabrała niepokojącego obrotu, gdy okazało się, że w centrum całego zamieszania znalazła się zwykła dziewczyna, otoczona przez trzech mężczyzn w kapturach. Jeden z nich siedział obok niej i mówił na tyle głośno, że łatwo można był usłyszeć jego słowa. Zwłaszcza że w przeciągu chwili wszyscy goście znajdujący się w karczmie ucichli i zwrócili na nich swoją uwagę.
        -To jak będzie? Wytłumaczysz się z kradzieży, czy nie?
        Milczenie dziewczyny nie załagadzało sprawy. Brall był pewien, że jeśli w końcu się nie odezwie, to jej napastnik zareaguje w nieprzewidywalny sposób. Nie wyglądała na taką, która mogłaby rozpętać takie zamieszanie. Sprawiała natomiast wrażenie bardzo niewinnej i delikatnej, a tym samym trudnej do osądzenia o coś podłego.
        Oszukany mężczyzna najwidoczniej uważał inaczej.
        -Masz ci... znowu jakiś problem. - wymamrotał Hawk.
        Sądząc po tonie jego wypowiedzi, za pewnie nie był to pierwszy taki przypadek w Zgniłym Kaczątku. Karczmy oczywiście rządziły się swoimi prawami, ale Brall naprawdę miał nadzieję, że tym razem uniknie podobnych scen. Niestety istnieli ludzie, którzy wszędzie potrafili zrobić chlew.
        -Znacie ich? - spytał Brall.
        Jeden z bliźniaków, odwrócił się i przyjrzał im się uważnie. Po chwili wrócił spojrzeniem do stolika i pokręciło przecząco głową.
        -Nie, na pewno nie są stąd, kojarzylibyśmy ich.
        Istniała nadzieja, że afera rozejdzie się po kościach do momentu, aż natarczywy mężczyzna nie chwycił dziewczyny za ramię. Wtedy już wszyscy nabrali pewności, że dla kogoś z obecnych wypad do karczmy nie skończy się dobrze. Chwyt, jakim została potraktowana jasnowłosa, widocznie sprawił jej ból. Nikt jednak nie postanowił wejść między nich.
        Brall poważnie rozważał zareagowanie na całą tę sytuację. Wiedział jednak, że nie powinien zanadto się wychylać. W mieście był nowy i jeśli chciał pobyć tutaj na dłużej, to musiał pozostać anonimowym. Dolepieniem sobie łatki karczemnego zabijaki znacznie utrudniłoby mu zdobywanie informacji i przyjmowanie zleceń. Z kolei Friadre miała inne zdanie na temat. Ponaglała Bralla nieustannym szczypaniem w kark. On jednak siedział niewzruszenie, ignorując wszelkie jej zaczepki. Prawdziwie zirytował się dopiero wtedy, gdy przywołała skurcz w jego mięśniach. Syknął z bólu, ale szybko zagryzł zęby. Czuł, że coś jest nie tak. Jego ukochana robiła tak tylko, gdy chciała zasygnalizować mu coś niezwykle ważnego. Nie potrafił jednak pojąć co wstrząsnęło nią do tego stopnia, że aż zadała mu ból. Odpowiedź otrzymał, dopiero gdy wrócił spojrzeniem do zbiegowiska przy szynkwasie. Choć nie widział w tym większego celu, to za namową Friadre otworzył swój umysł i uruchomił widzenie. To, co zobaczył, dogłębnie nim wstrząsnęło.
        Przedtem nie dostrzegł, że na plecach dziewczyny spoczywał kostur. Nie był to jednak pierwszy lepszy kawałek drewnianej laski. Przedmiot ten trzymał na uwięzi dusze. Brall czuł, że było ich mnóstwo, choć ostatecznie obok nieznajomej zmaterializowało się tylko kilka duchów poruszonych jej niepokojem. Chciały pomóc, choć nie wiedziały jak. Nie wyglądały jednak na przyjaźnie nastawione względem reszty zbiegowiska. Niewola poszargała ich zdrowymi zmysłami. W tym przypadku niepokój Friadre był jak najbardziej uzasadniony. Brall nie wiedział jednak, czy dziewczyna posiadająca kostur w ogóle zdawała sobie sprawę z jego mrocznej tajemnicy. Jeśli tak, to była niebywale niebezpieczną osobą. Mimo to nie postawiła się swojemu oprawcy.
        Ostatecznie to karczmarz okazał się tym, który postanowił załagodzić sprawę. Obawa o reputację miejsca musiała pchnąć go do podjęcia takiej decyzji. Nim jednak zdążył podejść na tyle blisko, aby zadziałać, wydarzyło się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. Z rąk dziewczyny uciekły iskry, a zaraz po nich gorący język ognia smagnął przestrzeń wokół niej.
        -Jasny gwint! - zawołał Jerem.
        Brall wstał i porwał do ręki pelerynę.
        Karczmarz natomiast zawył z ból, przytrzymując przy sobie poparzoną dłoń. Mężczyźni w płaszczach również przestraszyli się nie na żarty. Puścili dziewczynę i odskoczyli na bezpieczną odległość. Wszyscy w karczmie zaniemówili. Tak niekontrolowany wybuch magii w miejscu publicznym uznawany był za czyn niezwykle haniebny. Od tego momentu wszystkie spojrzenia spoczywające na czarodziejce przepełnione były odrazą. Sama musiała dostatecznie odczuć ich ciężar. Nie czekając, aż ktoś ponownie ją chwyci, czmychnęła w stronę wyjścia.
        Na jej nieszczęście w głębi karczmy, przy jednym z największych stołów stacjonowali stróżowie. Jeden z nich wstał i chwycił do ręki rapier podpierający dotychczas nogę stołu.
        -Brać ją chłopcy!
        Ci w mgnieniu oka pozbierali się i rzucili w stronę wyjścia. W swoich chaotycznych i szybkich ruchach przypominali nieco myśliwskie psy, które oddały się pogoni za okaleczoną łanią. Goście rozstąpili się na boki. Co poniektórzy podeszli do karczmarza, oferują swoją pomoc. Pozostali albo wrócili do swoich rozmów, albo wyszli zmęczeni wrażeniami, jakie spotkały ich tego dnia.
        Edgar przeklął siarczyście, a Hawk mu przytaknął.
        -Chuje, mogli rozwiązać ten konflikt, za nim komuś stała się krzywda, to jak zwykle woleli udawać niewidzialnych. - stwierdził Jeremy.
        -Dziwi cię to? - spytał Edgar. - W straży miejskiej nie ma nikogo o zdrowym kręgosłupie moralnym. Mieliby to wszystko w dupie, gdyby nie użyła magii.
        -Nie zrażaj się Brall, na co dzień jest tu o wiele spokojnej... - oznajmił Hawk, po czym odwrócił się w stronę nowego znajomego. Zdziwił się jednak, dostrzegając puste miejsce. - Brall? A tego, gdzie wcięło?
        -Pewnie poszedł domówić piwa, zaraz wróci.
        Brall jednak już dawno opuścił Zgniłe Kaczątko i szedł ciemnymi uliczkami miasta. Jego zmysł wyczuwania duchów drgał jak oszalały. Dziewczyna nie uciekła daleko, ale schowała się na tyle dobrze, że ani on, ani straż nie byli w stanie jej znaleźć. Friadre również wytężała swoje zdolności, ale poza samym szlakiem energii po czarodziejce nie pozostał choćby najmniejszy ślad. Fakt ten pozwolił przypuszczać Brallowi, że to nie pierwszy raz, kiedy zmywała się w podobny sposób. Być może całej jej życie było jedną, wielką ucieczką i ukrywaniem się. Nie dziwiło go to, biorąc pod uwagę moc, jaka drzemała w duszach zamieszkujących kostur. Dla własnego dobra wiedział, żeby lepiej się w to nie mieszać, nawet pomimo nalegań Friadre. Jeszcze za życia potrafiła pomagać innym, nie zastanawiając się nad swoim własnym bezpieczeństwem. Brall również czuł się źle, słysząc i widząc zachowanie duchów zamkniętych w kosturze. Wiedział, że nie zasłużyły sobie na taki los, ale chęć zbliżenia się do nich mogła być zbyt ryzykowna.
        Obiecał sobie zatem, że na razie pozostawi tę sprawę i zajmie się innymi rzeczami. A jeśli los zechce i ponownie splecie jego ścieżki z tajemniczą czarodziejką, to wtedy nie popełni tego samego błędu.
        Zareaguje od razu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Księstwo Karnstein”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości