Góry Dasso[W pobliżu Nowej Aerii] Jaki jest cel podróży?

Rozciągające się od Równin Andurii aż po Równinę Maurat góry z wierzchołkami pokrytymi wiecznym śniegiem, przeplatane zielonymi dolinami i niebezpiecznymi przełęczami, zamieszkałe przez dzikie zwierzęta i legendarne potwory. Góry otaczają i chronią przed niebezpieczeństwami Szepczący Las, dając mu w ten sposób spokój.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Esmeralda
Splatacz Snów
Posty: 390
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Wojownik , Włóczęga
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Kontakt:

[W pobliżu Nowej Aerii] Jaki jest cel podróży?

Post autor: Esmeralda »

Esme wciąż czuła się bardzo dziwnie. Prawie wpakowała się w randkę z pokusą, a co najgorsze – kobietą. Wciąż w jej głowie rozbrzmiewały śmiechy i docinki Iry, która raczej nie zamierzała prędko dać jej spokoju. Kobieta wąż też wcale lepsza nie była i miała wrażenie, że nie powinna jej zanadto ufać. Bo nie oszukujmy się, kto normalny ufa czemuś, co jest w połowie wężem? Strasznie podstępne gadziny. Ale sukienki miała naprawdę ładne, choć nie zamierzała nikomu tego przyznawać, to przecież kompletnie nie był jej styl, ale i tak wzięła.

- I po co ci to, będziesz to nosić, ty? – dopytywała szczerze rozbawiona Ira.
- Zamknij się, jest na tyle ładna, że może uda się sprzedać za jakąś sporą sumkę.
- Albo zarobić w niej sporą sumkę – zasugerowała Ira.

Czarnowłosa westchnęła ciężko i skupiła się na locie. Gdy wczoraj znalazła list od Sitriny, od razu czmychnęła z tego miejsca, odlatując jak najdalej, a potem już kierując się mapą. Doceniła piekielną za pomoc i prawdopodobne uratowanie skóry. Zapewne, gdyby była młodsza i mniej styrana trudami życia postanowiłaby biednej piekielnej pomóc, ale to mogłoby się skończyć randką o zgrozo.

- Na pewno sobie poradzi – myślała, gdy tylko nachodziły ją jakieś wyrzuty sumienia za pozostawienie diablicy samej z Lady Cravią.

Poza sukienką Es wzięła ze sobą również szkicownik z kilkoma wykonanymi wcześniej malunkami i przybory do rysowania, miała też mapę i list, do którego co jakiś czas zerkała, żeby zapamiętać imię bibliotekarza na wszelki wypadek. Co jakiś czas robiła postój w drodze, aby się napić i skorzystać z dobroci natury, aby coś przekąsić. Spanie pod gołym niebem również nie było problemem, aż do czau, gdy trzeciego dnia obudził ją świst miecza i w ostatniej chwili zdołała wykonać unik.

- Co jest?! – krzyknęła, brutalnie wyrwana ze snu stając na równe nogi.

Obok niej stał blondwłosy mężczyzna o białych skrzydłach. Paplał coś o wymierzaniu sprawiedliwości i niszczeniu wszelkiego zła w tym świecie. Es go nie słuchała, w czasie gdy wygłaszał swój monolog, rozłożyła skrzydła i wzniosła się w powietrze gotowa do walki. Już miała wyjąć miecz, ale okazało się, że zniknął.

- Cholera! – krzyknęła. Nie wiedziała, czy ktoś jej go ukradł, czy zostawiła go w Ostatnim Bastionie, ale w tej sytuacji nic to nie zmieniało. Pozostała jej do obrony jedynie własna siła i magia.

Słońce dopiero wschodziło, więc magiczne rozbłyski widoczne dla kogoś z dołu musiały wyglądać niezwykle zjawisko. Tymczasem Esme boleśnie przekonała się, że anioł też całkiem sprawnie radzi sobie z czarami. Nikt nie lubi obrywać magicznym pociskiem, a na koniec wylądować pod ścianą jakiejś ruiny i jeszcze musieć uciekać przed spadającymi cegłami.

- Za twe przewinienia, skazuje cię na śmierć poprzez ścięcie – niebianin mówił pełnym wyższości głosem, powoli podchodząc do rannej demonicy, która miała chwilowy problem ze wstaniem na własne nogi. Skrzydła również odmawiały współpracy, a Ira wręcz przeciwnie. Tylko to był akurat niewskazane.
- A kim ty jesteś, żeby znać moje przewinienia – prychnęła Esme.
- No… Aniołem – odpowiedział lekko zmieszany – A ty jesteś upadłym. Zwróciłaś się przeciw Panu, a to najgorsze co…
- Nie jestem żadnym aniołem – przerwała mu Esmeralda – I szczerze mówiąc, trochę mnie już męczą te nieporozumienia. Jestem tylko człowiekiem ze skrzydełkami, podajmy sobie rączki na zgodę i wszystko będzie dobrze, co ty na to? – zaproponowała, udając najsłodszy głosik, jaki tylko mogła z siebie wydać.
- Ym… Nie zwiedziesz mnie na pokuszenie! – zawołał niebianin – Nigdy nie zniżę się do poziomu czegoś tak plugawego, tak perfidnego, tak…!

W tym momencie anioł zamilkł na zawsze, całkowicie pozbawiony energii życiowej. Po prostu padł bezwładnie na ziemię, opuszczając trzymany w dłoni miecz. Przemieniona, która dzięki temu mimo obrażeń zyskała siłę, by wstać, po czym zabrała broń niebianina i dokładnie sprawdziła, czy ma jeszcze jakieś wartościowe przedmioty. Niestety nic takiego nie znalazła.

- Myślisz, że trzeba schować ciało? – pomyślała Es, wciąż będąc lekko zmachaną.
- To zależy, jak bardzo chcesz mieć kłopoty – skwitowała Ira.
- Taa… Racja - westchnęła przemieniona i chwyciła blondyna za nogi.

Następnie ruszyła w stronę ruin czegoś, co przypominało jakąś dawną twierdzę. Nie uśmiechało jej się specjalne kopanie dołu w ziemi, więc postanowiła znaleźć jakąś wystarczająco głęboką dziurę albo piwnicę, skoro już była przy tych ruinach.
Pierwsze co znalazła to studnie, jak się okazało chyba od wieków wyschniętą. Niewiele myśląc, wrzuciła tam ciało, a dopiero potem stwierdziła, że trzeba będzie to jakoś zakryć. Rozejrzała się po niszczejących murach i znalazła kilka starych, spróchniałych desek. Wzięła je i przykryła studnie. Na nie natomiast położyła kamienia tak, aby przy większym wietrze nie spadły.

- Ugh… - Esme usiadła obok, na stosie zwalonych kamieni i odetchnęła ciężko. Korzystając z chwili spokoju, postanowiła podleczyć te nieco większe obrażenia. Najgorzej było z prawym skrzydłem i nim postanowiła się zająć, żeby nie musiała kontynuować drogi na piechotę.
Awatar użytkownika
Haumea
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 7 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Haumea »

        - Daleko jeszcze? - spytała naturianka. Piętnastominutowy marsz u boku podrostka wyraźnie ją znużył.
        - Już prawie jesteśmy. Zaraz ją zobaczysz - zapewnił chłopak. - Jest tak onie... onieśmiejąca, że oczy wyjdą ci na wierzch!
        Minąwszy kilka brzózek i ściętych, bukowych pni, ujrzeli przebijającą się przez konary drewnianą konstrukcję. Umieszczona dwa sążnie nad ziemią, przybita do wysokiego dębu i... na pierwszy rzut oka dość stabilna, choć maie z marszu potrafiła stwierdzić, że nie wytrzyma długo. Deski były źle dobrane i słabo zakonserwowane, łatwo pochłaniały wilgoć, szybko puchły i rozkładały się. Przypuszczała, że prowizoryczny domek nie przetrwa pierwszej większej ulewy, a nawet jeśli, to dobije go dodatkowy balast w postaci kilku depczących po nim smarkaczy.
        - I jak? Robi wrażenie, prawda? - Dumny z siebie podparł boki pięściami i zadarł głowę wysoko do góry.
        - Niezbyt - odparła bez chwili namysłu. Cały zapał Haumei i ciekawość ulotniły się jak ręką odjął.
        Atilio zmieszał się, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Przez pierwsze sekundy nie mógł wypluć ani słowa, lecz już za moment potrząsnął głową i prychnął pod nosem.
        - Phi! Może stąd nie wydaje się zbyt imponująca, ale jak tylko zajrzysz do środka, zorientujesz się, że nie znajdziesz lepszej bazy w całej Nowej Aerii.
        Gdy jasnowłosej przeszło przez myśl, że ciężko nawet nazwać to bazą, młodzieniec podszedł bliżej swego dzieła, zaczerpnął powietrza, a po chwili krzyknął:
        - Magna! Izzy! Mamy nowy nabytek, przywitajcie się!
        Wbrew temu, czego oczekiwał, nikt nie wystawił głowy przez okno, ani nie łypnął zza otworu stanowiącego wejście do wiszącej chatki. Atilio skrzywił się nieznacznie, a niedługo po tym wzruszył ramionami. "To było dość nagłe. Pewnie się wstydzą."
        Haumea postanowiła dać mu ostatnią szansę, skoro i tak pofatygowała się, by chwilowo opuścić miasto i zapuścić się w leśne ostępy. Podążając za blondynem, wspięła się po drabinie, a następnie postawiła w "bazie" swój pierwszy krok.
        Jej przypuszczenia się sprawdziły. Nie było tu niczego godnego uwagi. W sumie, nie było tu dosłownie niczego.
        - Dziwne, gdzie oni są? - zastanawiał się chłopak, rozglądając po pomieszczeniu z wymalowanym na twarzy zdziwieniem.
        Haumea westchnęła. Jej uśmiech całkiem już zrzedł.
        - Nic tu po mnie. Dzięki za stratę czasu - mówiąc to, skierowała się ku wyjściu.
        - Cz-czekaj!
        Zignorowała jego prośby, ale chłopak nie zamierzał tak łatwo odpuścić.
        - Nie możesz tak po prostu odejść. - Zacisnął pięści. - Skoro znasz już to miejsce, nie waż się nikomu wypaplać. Obiecaj!
        - Nie mam zamiaru strzępić sobie języka na takich błahostkach - zapewniła go tylko po to, by dał jej spokój, choć wcale nie kłamała.
        Gdy z powrotem znalazła się na twardym gruncie, usłyszała huk w oddali. Natychmiast zwróciła się w stronę podejrzanego dźwięku, który całkowicie przykuł jej uwagę. Przez krótką chwilę zapomniała nawet o obecności drugiej istoty.
        - Słyszałeś to? - spytała niedoszłego towarzysza.
        - Ale co? - odparł zaskoczony.
        Dalsza dyskusja nie miała dla niej sensu. Pomimo braku potwierdzenia, ufała swoim zmysłom na tyle, że postanowiła sprawdzić źródło głuchego dźwięku.
        - Gdzie idziesz? Poczekaj!
        Lecz ona nie zaczekała. Atilio w tamtej chwili nie istniał dla niej. Liczyło się wyłącznie zaspokojenie własnej ciekawości.

        Przed Haumeą pojawiły się zarysy ruin. Wyczuła obecność jednej istoty... Nie, dwóch! Albo czegoś pomiędzy? Zresztą, jakie to ma znaczenie, skoro i tak zamierzała stanąć temu naprzeciw? Była szybka. W razie zagrożenia zdoła się wymsknąć.
        Gdy tylko znalazła się na terenie powalonych murów, zniszczonych budowli i pozabijanych dechami studni, jej instynkt się urwał. Nie wiedziała, kto ani gdzie się w tej chwili znajduje. Mogła jedynie zgadywać... i to już ją lekko zaniepokoiło.
Awatar użytkownika
Stulavis
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Rarog
Profesje: Żebrak , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Stulavis »

To był naprawdę cudowny poranek dla wielu istot Alaranii.

- …waaa…

Słońce swym objęciem dosięgało wszędzie, gdzie tylko mogło, dzieląc się swoim ciepłem.

- …K…wa…

Drzewa kołysały się w rytm wiatru, kłaniając swe gałęzie ku ziemi, dzięki której mogą rosnąć zdrowe i silne.

- …Ku…wa!…

A i jakże by można było zapomnieć o cudownym śpiewie ptaków, przy którym aż ciężko nie cieszyć się życiem. Tego akurat poranka jeden z ptaków szczególnie głośno oznajmił swoją miłość do świata, w którym to dane mu było się narodzić

- KURWAAAAAA!

        Stulavis, bo to właśnie o nim mowa, właśnie robił to co szło mu najlepiej, czyli uciekał przed konsekwencjami swoich nieprzemyślanych czynów. Jego ptasie szpony przedzierały się przez leśne gęstwiny, pchając go naprzód nawet przez zdradliwe tereny, gdzie korzenie i krzewy były w stanie powalić dorosłego konia, a co dopiero kogoś o wadze piórkowej.

- Wracaj tu, bym mogła ci pióra z dupy powyrywać! - Głos rozwścieczonej kobiety dochodził o dziwo od humanoidalnego drzewa, czyli Irminsulanki. Była ona niezwykle urodziwą przedstawicielką swojej rasy o urodziwym ciele, pięknych liściach i cudownie pachnących pąkach kwiatowych. Niestety, na chwilę obecną towarzyszył jej także inny, nieco mniej przyciągający zapach.

- To już facet nie może mieć własnych potrzeb?! - Wykrakał z siebie papug, jedną ręką trzymając swoją lutnię, a drugą pilnując, aby nie zgubić kapelusza, który był jego ulubionym elementem obecnej garderoby. Widać to było teraz szczególnie mocno, bowiem spodnie jego i koszula nie dość, że brudne od ziemi i roślin, to na dodatek posiadały liczne wyszarpane w nich dziury. - Poza tym od tego są drzewa, by ptak sobie mógł w spokoju ulżyć!

        Akurat gdy skończył mówić, musiał on skoczyć w bok, by uniknąć terenu, który zagwarantowałby upadek i bolesny koniec pościgu. To był zarazem moment kiedy to miejsce wcześniej zajmowane przez jego zakuty łeb przeszył kamień, pędzący niczym strzała posłana z łuku.

- Gdy z tobą skończę, to sama Matka Natura nie będzie chciała zaakceptować twojego parszywego truchła w swoje objęcia! - Okoliczne zwierzęta uciekły z przerażenia na dźwięk furii, którą uwalniała zazwyczaj spokojna naturianka.

- I dobrze, bo nie chce mieć z nią nic wspólnego! Skoro też baba to pewnie jest równie parszywa co wszystkie inne!

- RGHAAA!

        Zarówno papug, jak i drzewna istota, której zdołał dopaść, nawet nie zauważyli kiedy leśny gąszcz zniknął, a ich oczom ukazały się budowle, czy też raczej ruiny tychże. Stulavis był zbyt przejęty bieganiem, by zwrócić uwagę na tak drobny szczegół, dlatego też ledwie zobaczył znaki cywilizacji, a zaczął drzeć się wniebogłosy.

- Pomocy! Wściekłe drzewo próbuje mnie zamordować!

- Jaja ci pourywam i wsadzę tak głęboko w gardło, że będziesz je wysiadywać!

- Co jest z wami kobietami i okaleczeniem klejnotów rodowych?!

        Byli już pośród ruin, kiedy rozzłoszczona Irminsulka zamachnęła się, a kamienny kawałek pobliskiej budowli, wielkości dorosłego konia, wystrzelił w stronę raroga. Gdy tylko papug oberwał, wydał z siebie pisk godny małoletniej dziewicy. Sam kamień wytracił większość swojej energii przy uderzeniu, rozbijając się na drobniejsze kawałki, Stulavis zaś z pomocą impetu pofrunął przed siebie, kontynuując swój wrzask, przy którym stara farba zaczęła ze zdwojoną siłą odchodzić od okolicznych desek.

Na całe szczęście, czy też nieszczęście jeśli patrzeć na to z perspektywy żadnej zemsty irminsulki, Stulavis nie trafił w inny budynek, zamiast tego lecąc w okolice pewnej studni, przy której przesiadywała Esmeralda. Jego lądowanie było równie tragiczne co komiczne, jak bowiem na raroga przystało papug miał niemal nadprzyrodzoną równowagę, ale w tym momencie jego dwie spanikowane komórki mózgowe wykorzystały ów dar nie po to, by z gracją artysty zatrzymać się na dwóch nogach, ale po to by utrzymać lutnię i kapelusz nad sobą, a swój pęd wytracić poprzez hamowanie dziobem jak i również resztą swego cielska po dawno nieużywanej drodze.

Stulavis potrzebował sekundy, by się podnieść, przy czym w czynność tą wliczało się zarówno staranne odłożenie lutni na bok, jak i również założenie kapelusza, który na chwilę niezbyt pasował do jego lica, co to przed chwilą ulicę całowało. Oszołomiony lądowaniem papug rozejrzał się dookoła, niemal natychmiast zauważając nieopierzoną kobietę o czarnych skrzydłach, po której od razu było widać, że niedawno wdała się w nie byle jaką zwadę.

- A ty pod jakim drzewem się załatwiałaś, że tak skończyłaś? - Zapytał uskrzydloną kobietę Stulavis, a po oczach widać było, że orzeszek obecny w jego czaszce jeszcze nie skończył turlać się po bezkresnej pustce, którą w teorii powinien zajmować mózg.

Tymczasem przyszła oprawczyni Stulavisa szła w tą stronę powolnymi krokami, a kamienie, głazy i fragmenty budynków lewitowały wokół niej. Jeden z nich wystrzelił w stronę papuga z iście przerażającą siłą. Niestety nie był to celny strzał, kamień ów przeleciał tuż przed dziobem raroga. Zamiast tego została trafiona studnia, która praktycznie wybuchła od energii kinetycznej zawartej w kamieniu posłanym przez kobietę drzewo.

Rzecz jasna Stulavis zarejestrował to dopiero wszystko dopiero tuż po fakcie, co widać było po tym, że z szoku i przerażenia otworzył swój dziób i wydał z siebie żałosny ćwierk, jakby już teraz był wykastrowany, a nie dopiero za kilka minut.
Awatar użytkownika
Maro
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Artysta , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Maro »

Słońce leniwie wyglądało zza horyzontu, powoli wpuszczając swoje promienie pomiędzy leśną gęstwinę. Był to nad wyraz urzekający widok, szczególnie kiedy strugi światła rozbijały się o poranną mgiełkę otaczającą drzewa i krzewy. Niektórzy ośmieliliby się rzec, że był to widok warty uwiecznienia. Te same osoby jednak poprzestałyby na tym stwierdzeniu, zatrzymały swój krok jeszcze na krótką chwilę i ruszyłyby w dalszą drogę. Maro nie był jedną z takich osób. Owszem, tego typu sentencje często pojawiały się w jego głowie, ale nie były to puste słowa, a prawdziwe obietnice. W ten sposób oznajmiał zawsze światu, co się zaraz wydarzy. A działo się to, że za chwilę przed nim pojawiało się płótno, a w jednej z jego dłoni liczne przybory, w zależności czego aktualnie potrzebował, by móc uchwycić esencję tego, na co właśnie patrzył. Kilka szybkich i precyzyjnych ruchów ręką rozprowadzały równomiernie farbę po płótnie. Można by się pokusić o stwierdzenie, że czasami nie potrzeba było więcej by obraz uznać za skończony. Oczywiście niebianin nigdy tak nie uważał. Zawsze było mnóstwo różnych i małych szczegółów, które trzeba było nanieść na płótno.

        Kiedy obraz został ukończony, trzeba było go gdzieś umieścić na resztę drogi. Maro nie posiadał żadnego powozu, na którym przewoziłby wszystkie przybory i liczne płótna te mniejsze, jak i większe. Przed opuszczeniem Arrantalis, z którego nie ruszał się przez bardzo długi czas, stwierdził, że musi zaopatrzyć się w coś, co pomoże mu poruszać się bez problemu, a jednocześnie mieć przy sobie prawie całą pracownię. Jako, że anioł dzięki swym dziełom stał się dosyć zamożny, mógł on sobie pozwolić na zaklęcie przedmiotu magią dostosowaną do jego potrzeb. Zaklął więc on swój pędzel, by ten pomógł mu manipulować wielkością jego płócien. Dzięki temu pozyskał możliwość zmniejszania ich do naprawdę małych rozmiarów, co umożliwiło noszenie ich przy sobie w kilku torbach.

        ”Skończone, pora ruszać dalej. Hmm, jestem dopiero u podnóża góry, chyba powinienem oszczędzać trochę materiałów na później, kiedy to uda mi się już dotrzeć na szczyt łańcucha górskiego.” zamyślony anioł spakował swoje rzeczy i ruszył dalej przez knieję, w której zrobiło się już widno po wschodzie słońca. Dzień rozpoczynał się bardzo spokojnie. Przyroda już jakiś czas temu obudziła się do życia. Ptaki ćwierkały dookoła i brzmiały naprawdę radośnie. Chociaż w oddali było słychać przeraźliwe piski i skrzeki jednego z nich. Maro i źródło dźwięku dzieliła mniej więcej jedna staja. Zainteresowany anioł ruszył przed siebie spokojnym krokiem. Nie sądził, że uda mu się być świadkiem kiepskiego dnia jakiejś biednej istoty, ale może przynajmniej zastałaby go jakaś interesująca scena do namalowania. Ta myśl sprawiła, że anioł przyspieszył trochę kroku, a w ostateczności rozprostował nawet skrzydła, skryte do tej pory pod niedużą peleryną, i wzbił się w powietrze. Leciał krótką chwilę, kiedy to spostrzegł w pobliżu ruiny twierdzy, z których dobiegł go harmider. Wylądował tuż przed tym, co pozostało ze starej bramy fortecy i ukrył się w jej cieniu. Zaczął z uwagą przypatrywać się temu, co znajdowało się naprzeciw niego. A raczej kto.

        Wokół placu zebrały się cztery osoby. Prawie tuż przed nim stała, podobnej wysokości co Maro, dziewczyna. Miała siwe, długie aż do kolan włosy. Była ubrana dość dziewczęco i nie nosiła żadnych butów. Gdyby mógł, to niebianin już zabrałby się za malowanie tej kobiecej postaci wśród niszczejących budynków. Jednak był on w ukryciu i obserwował dalej. Tym razem przeniósł wzrok na hałasującą przed nią dwójkę. Barwny ptak oraz drzewo, oboje ludzkiej postury. Kobieta-drzewo była zdecydowanie czymś rozsierdzona i ciskała magią w żenująco skrzeczącego ze strachu Ptako-Ludzia. Był to kolejny intrygujący widok, który Maro chętnie by uwiecznił. Ostatnia osoba była kobietą o czarnych skrzydłach. Myśl o tym, że patrzy właśnie na upadłego anioła, nie wywołała w nim nic więcej jak przypływ ekscytacji, że mógłby z bliska obejrzeć jednego i móc go namalować. Nie bał się, że zostanie skuszony do odejścia od Pana jako, że jest mu bardzo wierny, a ten pozwala mu malować, a to jedyne czego w życiu pragnie. Kiedy tak dumał o malowaniu wszystkich tych barwnych postaci, kolejny magiczny pocisk rozbił się gdzieś obok i wyrwał go z zadumy. Mimo iż wiedział, że zdradzi tym swoją obecność, to postanowił, że nie będzie stać obojętnie i rozdzieli agresora od ofiary. Wyciągnął pędzel i traktując przestrzeń przed nim jak płótno, namalował w powietrzu klatkę z kajdankami, która po chwili zmaterializowała się wokół Irminsulanki, uniemożliwiając jej dalsze wyładowywanie złości na bezbronnym ptaszysku.
Awatar użytkownika
Esmeralda
Splatacz Snów
Posty: 390
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Przemieniony
Profesje: Wojownik , Włóczęga
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/ekspert%20moderator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Esmeralda »

Esmeralda zdołała się pozbyć obrażeń i znów była w pełni sił. Zamierzała ruszyć dalej, ale w tym momencie do jej uszu dotarł rozpaczliwy krzyk o pomoc. Nie do końca zrozumiała kolejne słowa, ale usłyszała coś o drzewie. Zaintrygowana wstała i omiotła wzrokiem okolicę.

- Pewnie jakaś ofiara losu weszła na drzewo i nie umie zejść – pomyślała w pierwszym odruchu.

Jednak coraz to głośniejsze krzyki jasno temu przeczyły. Przemieniona zaniemówiła, widząc, jak jedna z pobliskich ruin została pozbawiona części ściany i całkiem się zawaliła. Nie wiedziała, kto nadchodzi, ale na pewno używał jakiejś silnej magii. Była gotowa odeprzeć potencjalny atak w podobny sposób, choć na wszelki wypadek chwyciła również miecz pozostawiony przez niebianina. Pozostało czekać na rozwój sytuacji i wypatrywać napastnika. W ostateczności zawsze mogła odlecieć, nim ktokolwiek ją zauważy. Gdyby była u siebie pewnie by tak zrobiła, ale w tym świecie mogło wydarzyć się więcej niż wszystko.
Mimo pełnej gotowości, na wszelkiego rodzaju niespodzianki, ostatnim czego oczekiwała, była przerośnięta papuga z gracją słonia. Cofnęła się od pierzastego wynaturzenia i zdegustowana rozważała, czy nie zakończyć cierpienia tego dziwoląga. Ostrożnie i w miarę delikatnie dźgnęła go nowo zdobytym mieczem w bok. Niestety jak się okazało, pradawny wciąż był w pełni sił.

- Eee?! – czarnoskrzydła była zaskoczona, że ptaszysko w ogóle potrafi mówić, choć zupełnie nie rozumiała, o co mu chodzi.
- Myślę, że komuś ostro podpadł – odezwała się Ira, wymuszając na przemienionej obrócenie głowy w stronę nadchodzącej naturianki, która przypominała bardzo wkurzone drzewo.

Esme nawet nie zdążyła odpowiednio na to zareagować, bo już musiała zrobić unik przed pociskiem naturianki. Rozgniewana kobieta zdołała roztrzaskać resztki studni w drobny mak. Przemieniona przez chwilę zawisła w powietrzu, schowała bezużyteczną w tym momencie broń, po czym odleciała nieco dalej od Stulavisa, wciąż jednak będąc w zasięgu jego wzroku i słuchu.

- Dobra, nie mam pojęcia, co tu zaszło, ale mnie w to nie mieszaj! – krzyknęła do pradawnego.

Czarnowłosa cały czas myślała, czy tamta pokusa nie podsunęła jej czegoś podejrzanego do picia. Ciężko jej było uznać te dwie istoty za realne, a nie zwykłą halucynację. Naprawdę myślała, że już mniej więcej załapała, na jakie istoty może się natknąć w tej krainie. Nie była jednak gotowa na coś takiego. Teraz będzie podejrzliwie spoglądać na każde drzewo w lesie, bo kto wie, czy to nie jest przypadkiem coś więcej, a raczej ktoś.
Niestety to wcale nie był koniec niespodzianek. Irminsulanka ni z tego, ni z owego została zamknięta w klatce znikąd. Przemieniona zmarszczyła brwi i nie wiedziała co powiedzieć. Inne zdanie miała jednak demonica.

- Co tu się kurwa dzieje? – spytała Ira.
- Nie wiem, czy chce wiedzieć.
- Chcesz, idddź! – krzyknęła demonica, próbując zmusić Esme, by ta podleciała bliżej.

Nie musiała się jednak zbytnio wysilać, przemieniona sama uznała, że sprawdzi, o co z tym wszystkim chodzi. Wylądowała na ziemi, jako że odłamki cegieł nie latały już po całej okolicy i podeszła do uwięzionej kobiety. Przyglądała jej się dobrą chwilę, zapewne rozjuszając i tak już wściekłą irminsulankę. W końcu przemówiła.

- Nie mam halucynacji, prawda? Jesteś kobietą-drzewem? – spytała, unosząc brew – I dlaczego ścigasz tego… em, papugę?

Zastanawiało ją również, dlaczego to wielkie ptaszysko zwyczajnie nie odleciało, kobieta nie miała skrzydeł, więc to byłby najrozsądniejszy ruch, jeśli było mu życie miłe. Pozostawała jeszcze kwestia klatki, nie sądziła, by wyczarował ją pradawny, a tym bardziej nie jego oprawczyni. Mogła więc pojawić się sama, co byłoby nad wyraz absurdalne albo w okolicy chował się ktoś jeszcze.
Para wynaturzeń po początkowym skoku znów była bliska, by skoczyć sobie do gardeł, dlatego Esme zostawiła ich na chwilę, jako że miała litość dla swoich uszu. Poza tym postanowiła poszukać tej trzeciej osoby. Nie było to trudne, ledwo podleciała nieco wyżej, a zauważyła dwóch obserwatorów.

- No witam, niezwykle żywe to miejsce jak na ruiny. Tamta dwójka to wasi znajomi? – spytała przemieniona, zwracając się do anioła i tej mniej liściastej naturianki.
Awatar użytkownika
Haumea
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 7 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Haumea »

        Rozbrzmiewające w oddali krzyki natychmiast zwróciły na siebie uwagę maie. Zaciekawiona spojrzała w kierunku drzew i krzewów, z których już po chwili wyskoczyła dość nietypowa dwójka. Wyglądali, jakby się dobrze bawili, albo wprost przeciwnie. Dopiero śledząc ruchy humanoidalnego ptaka w dość zabawny i bolesny sposób lądującego na dziobie, zauważyła również trzecią sylwetkę, która nieruchomo skrywała się w cieniu starego muru. Nic dziwnego, że ją wcześniej przeoczyła - była ubrana na czarno, miała równie ciemne włosy i coś w tym samym kolorze uczepiło się jej pleców. To mogło być albo jakieś zwierzę, albo skrzydła.
        "Fellarianka?"
        Z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy oglądała dalszy rozwój wydarzeń. Jej humor popsuł się dopiero w momencie, gdy ktoś ostudził morderczy gniew irminsulanki, więżąc ją w klatce. Odwróciła się, prychając pod nosem. Do tej pory ignorowała odgłosy szeleszczenia, łamania suchych gałązek i... czegoś w rodzaju trzepotania skrzydłami? Za swoimi plecami. Sądziła, że dołączył do niej chłopak z domku na drzewie. Jak się okazało, niezupełnie.
        - Hej, gołąbku, ładnie to tak psuć komuś zabawę? - rzuciła stanowczo i pomimo uśmiechu, rozbawienie autentycznie ją opuściło. - Jeszcze trochę i rzuciliby się sobie do gardeł. Tak rozwścieczone drzewo to prawdziwa rzadkość. - Zmarszczyła nieco brwi i nos, przy czym skrzyżowała ramiona. Wydawała się niewzruszona obecnością kolejnej istoty
        Nie minęła chwila, nim w jej mimice zaczęło przejawiać się zaskoczenie. Otworzyła szerzej ślepia. Coś się zbliżało, wolała więc mieć to na oku, zwłaszcza jeśli obcym okaże się ktoś z tej oszalałej dwójki. Uważała, że znalezienie się w ich polu rażenia byłoby dużym błędem. Nie chciała oberwać ogromną skałą...
        W mgnieniu oka pojawiła się przed Haumeą i Gołąbkiem kruczowłosa postać. Maie odetchnęła z ulgą.
        - Dzień dobry. - Odgarnęła włosy na bok, z kolei łuski na jej ciele zalśniły w blasku słońca. - Nie wydaje mi się, żebym ich znała, ale być może oni znają mnie. Możemy spytać - rzuciła z entuzjazmem - jednak najpierw poczekajmy, aż ta pani spełni swoje obietnice - nawiązała o zasłyszanym wcześniej urywaniu jaj i wsadzaniu ich w gardło. - Zapowiada się na ciekawe widowisko.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Góry Dasso”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości