Ruiny NemeriiNadepnięcie na Funga przynosi siedem lat nieszczęść

Miasto które niegdyś tętniło życiem, zniszczone po Wielkiej Wojnie dziś jest miastem nieumarłych... tutaj za każdym rogiem czai się cień. Długie ulice, tajemnicze zakamarki opuszczonych ogrodów i domów. Wampirze zamki, komnaty luster, rozległe katakumby i tajemne mgły zalegające nad miastem. Jeśli nie jesteś jednym z tych którzy postanowili żyć wiecznie strzeż się, bo możesz już nigdy nie wrócić do swojego świata!
Awatar użytkownika
Llewellyn
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Panterołak
Profesje: Myśliwy
Kontakt:

Post autor: Llewellyn »

        Zmarszczył lekko brwi, ostrząc spojrzenie na tajemniczej łani. Przypuszczenia Nadeyi miały swoje podstawy. Zakładając, że zwierzę jest tak naprawdę rozumnym bytem i ukazana forma nie jest jego prawdziwą, powinni się czegoś obawiać? Możliwe, że jedynie udawało pokorną, beztroską istotę, ale spięcie, które chwilę później utworzyło się między nią a Łatkiem, nie zostało przez panterołaka całkowicie zignorowane.

        Edvin za moment uśmiechnął się mimo irytacji wznieconej ohydnym gestem. Zwrócił się w kierunku centaurzycy, pokazując, że tak jak ją rozbawiła go cała sytuacja. Zaś kiedy wrócił już nieco bardziej stanowczym spojrzeniem do zuchwałej parzystokopytnej, oniemiał.

        Słowa Nadeyi wyraźnie poruszyły jeleniołaczkę. Na wieść o magicznym psie, który w gruncie rzeczy nie ma wiele związanego z magią, zachichotała bezgłośnie, ale na jej obliczu trudno było dostrzec zdziwienie. Dopiero po chwili brwi dziewczyny się lekko zmarszczyły. Spojrzała na Edvina zupełnie inaczej niż do tej pory - jej wzrok był chłodny, a pośród szalejącej w nim, śnieżnej zamieci, tańczyła iskierka dzikości, która uderzyła w ostrożnego myśliwego niepokojącą impresją.
        Z jednej strony było to coś znajomego, co widział zawsze, gdy stawał w szranki z leśną zwierzyną. Z drugiej zaś stanowiło ono zupełnie nowe doświadczenie, po raz pierwszy bowiem spotkał się z czymś podobnym u istoty rozumnej, u innego zmiennokształtnego - kogoś, kto nie różnił się zbytnio od niego samego. Słyszał, że niektórzy mogą zatracić się i utracić kontakt z rzeczywistością. Myśl, że taki los mógłby spotkać również jego, czasami nawiedzała panterołaka... i przerażała mężczyznę bardziej niż wszystko inne.
        - To nie było zbyt uprzejme, Edvinie! - Ewidentnie starała się powstrzymać gniew na wodzy, ale ten przelewał się ciurkiem przez wytrzymałą, acz nieszczelną tamę, przenikając w niewielkich ilościach do jej delikatnego głosu. - Nie powinno się zostawiać innych w tyle. - Po tych słowach popatrzyła smutno na białowłosego, aby już za moment uśmiechnąć się, zacierając ślad wcześniejszych emocji. - Miło cię poznać, Llewellynie.
        - Mi ciebie również, Tlalli - odparł nieco zmieszany tą nagłą zmianą klimatu.
        Edvin tymczasem skulił głowę. Zacisnął pięści, zmarszczył lekko brwi, a chwilę później szepnął niezręcznie:
        - Przepraszam. To trudne imię i źle je zapamiętałem.
        Twarz jeleniołaczki skrzywiła się w wyrazie zaskoczenia. Po chwili zachichotała, czochrając chłopaka po głowie jak gdyby nigdy nic.
        - Wszystko w porządku. Czasem mi się to przydarza. - Panterołak uśmiechnął się lekko, usilnie powstrzymując od śmiechu. "Dziwny duet", pomyślał.
Awatar użytkownika
Nadeya
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Centaur
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Nadeya z uśmiechem słuchała całej trójki. Łatek tymczasem latał sobie tu i ówdzie, merdając ogonem zadowolony z towarzystwa. Niestety centaurzyca wciąż nie potrafiła do końca odetchnąć i odłożyć zmartwień na bok. Wciąż nasłuchiwała, czy jakiś z dziwnych dźwięków z oddali to nie ludzie, którzy ją ścigali. Byłoby to zapewne dość nielogiczne, że nagle pojawiliby się tu, ale mimo to wciąż miała z tyłu głowy cień stresu. O siebie, o siostrę, o życie.
Starała się skupić myśli na prostszych sprawach. Najpierw musiała oddać Łatka w jakieś dobre miejsce. Llewellyn wprawdzie wspominał o znajomym, ale gdy tak patrzyła na tego młodzieńca, zaczęła się zastanawiać, czy nie zechciałby się zaopiekować szczeniakiem. Z drugiej jednak strony ledwo radził sobie z samym sobą. Westchnęła cicho.

- Wspominałeś, że jesteś z Rapsodii, dobrze zrozumiałam? – zwróciła się do chłopaka. – To daleko? – dopytywała.

Nagle poczuła uderzenie jakiegoś badyla, nieco powyżej przedniego kopyta, więc po prostu cofnęła nogę, myśląc, że stanęła na gałęzi, ale znów to poczuła, więc spojrzała w dół. Ten dziwny grzybek najwyraźniej nadal był rozwścieczony i przyprowadził kolegę, który wyglądał bardzo podobnie, choć jego kapelusz był bardziej okrągły i biały. Oboje uzbrojeni w patyki atakowali przednie, lewe kopyto naturianki. Nim jakkolwiek zareagowała, szczeniak je dostrzegł i rzucił się na te stworzonka. Chwycił oba naraz w zęby, zachowując przy tym ostrożność, by ich nie zmiażdżyć. Wypluł je bardzo szybko. Zaskomlał żałośnie i starał się wytrzeć swój nosek łapą. Dopiero po chwili do reszty dotarło, o co mu chodziło. Drugi fung najwyraźniej przyjął taktykę obrony charakterystyczną dla skunksów. Blondynka nie mogła uwierzyć, jak coś tak małego może być aż tak smrodliwe.

- Uhm, może przenieśmy się gdzie indziej? – zaproponowała, zakrywając nos z wyraźnym zniesmaczeniem na twarzy.

Przykra woń roznosiła się coraz bardziej, więc Nadeya jako pierwszą ruszyła kawałek dalej. Dałaby głowę, że kątem oka widziała fungi podskakujące, jakby celebrowały zwycięstwo i wygnanie intruzów ze swojego terenu. Po odejściu kilku kroków w końcu można było odetchnąć. Łatek przybiegł tuż za nią i najwyraźniej również szczęśliwy z tego powodu zaczął tarzać się w rosnącej tu kępie dmuchawców, roznosząc ich puszki wszędzie wokół siebie. Gdy dołączył do nich Edvin, szczeniak niemal natychmiast zaczął go zaczepiać, pragnąc więcej uwagi.

- Wiesz co? Tak sobie myślałam, nie chciałbyś może pieska? – spytała ostrożnie. – Będę musiała ruszyć w niebezpieczne strony i nie chciałabym, aby coś mu się stało – dodała w celu wyjaśnienia.

Panterołak i tak miał zmierzać do tej całej Rapsodii, mogłaby przejść się z nim i odprowadzić chłopaka do domu oraz zostawić psiaka w dobrych rękach. Przynajmniej miała nadzieję, że dałby radę no i że się zgodzi. W ten sposób nie marnowałaby czasu na szukanie małemu domu, zrobiłaby to po drodze. Ciężko jej było ukryć, że najchętniej już by galopowała w stronę Doliny Umarłych ku swojej ledwo co odnalezionej siostrze. Nie chciała być jednak niegrzeczna, uśmiechnęła się więc jak najładniej do chłopaka, licząc, że może to go przekona.
Awatar użytkownika
Llewellyn
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Panterołak
Profesje: Myśliwy
Kontakt:

Post autor: Llewellyn »

        Panterołaka wciąż zadziwiało, jak łatwo może ulec zmianie nastrój Edvina, bowiem chłopak ponownie się ożywił i z promieniejącym obliczem skinął Nadeyi głową.
        - Około trzy staje na północny zachód - odparł serdecznie z dziwną dla niego precyzją, zupełnie jak wtedy gdy wypowiadał się na temat gatunków zwierząt.
        Tlalli zachichotała.
        - Jak to możliwe, że tak dobrze przyswoiłeś sobie teorię, a nie potrafisz wykorzystać jej w praktyce? Wystarczyło trzymać się rzeki, a gubiłeś się na każdym skrzyżowaniu, szukając skrótu, mimo że od początku szliśmy najkrótszą możliwą drogą.
        - T-to dlatego, że... - Młodzieniec wyraźnie się zmieszał, szukając w głowie odpowiedzi. Wyglądał na bardziej zmartwionego niż powinien.
        Llewellyn spostrzegł, że choć jeleniołaczka emanowała pozytywną energią, to nie była tak uprzejmą osobą, jak z początku przypuszczał. Jej pewność siebie i gadatliwość nie przeszkadzały mężczyźnie, choć od czasu do czasu powinna ugryźć się w język. Sam miał w poważaniu zasady etykiety, aczkolwiek w jego mniemaniu wyśmiewanie się z czyichś wad było wysoce nietaktowne.
        - Większa część ludzi żyje w miastach i nie szczyci się tak dobrze wykształconymi zmysłami jak rasy zbliżone do zwierząt. Mogą mieć gorszą orientację w terenie, ale nadrabiają innymi cechami - pouczył łagodnie naturiankę, po czym dodał nieco wymownie: - Nie sądzisz?
        Ta przybrała na twarz rumieniec. Posmutniała, jednak nie odezwała się słowem.

        Pochmurny ton ich rozmowy odciążył nagły szturm przeprowadzony przez znajomego grzyba, który, jak się okazało, zniknął tylko po to, aby powrócić ze wsparciem.
        - Uparte są - zauważył panterołak chwilę przed tym, jak Łatek złapał je w pysku.
        Edvin wyglądał na oczarowanego.
        - To fungi leśne! - wykrzyknął z niedowierzaniem.
        - Nie! Wypluj je, bo zaraz...
        Nim jeleniołaczka dokończyła wypowiedź, wszyscy poczuli nieprzyjemny zapach, który w defensywie uwolnił jeden z grzybów. Nadeya zaproponowała ucieczkę, na co reszta zgodziła się w milczeniu.

        - Pierwszy raz spotkałem te rośliny... albo zwierzęta? Mimo że odwiedzam lasy codziennie, w jednym w sumie mieszkam.
        - Nie ma tych stworzeń za wiele, a na dodatek potrafią się bardzo sprytnie ukryć. Jeśli nie szukasz w lesie grzybów, prawdopodobnie nigdy się na nie nie natkniesz. Nawet zawodowi zbieracze mogą się nazywać szczęściarzami, jeśli choć raz w życiu spotkają na swojej drodze funga - wyjaśniła Tlalli, której wstrzymywany od kilku sekund oddech powoli wracał do normy.
        Edvin zasłuchany w odpowiedź naturianki nie zauważył szarżującego w jego kierunku psiaka. Gdy poczuł na kolanie ciężar psich łap, drgnął, lecz już po chwili przybrał wesoły uśmiech i zaczął tarmosić kundelka po pysku.
        Z początku był zaskoczony. Nadeya wyglądała na zżytą ze swoim zwierzakiem, dlaczego miałaby chcieć dać go komuś obcemu pod opiekę? Tego dowiedział się niemal natychmiast. W głębi jednak czuł, że rozumie coraz mniej.
        - Byłby wspaniałym towarzyszem... - Spojrzał psiakowi w oczy. - Ale czy nie ma innego wyjścia? Wolałbym, żebyś nie pakowała się w kłopoty - powiedział naprędce, aby zaraz się poprawić. - Wierzę, że jesteś silna i umiesz sobie poradzić, ale może... przemyśl to jeszcze?
        Llewellyn przysłuchiwał się rozmowie, aczkolwiek na tym poprzestał. Jeszcze chwilę temu zgodziłby się z młodzieńcem, lecz znał sytuację centaurzycy i wiedział, że stawka jest wysoka. Nie chciał wpływać na jej decyzję w żaden sposób.
        - W jakiej sprawie tu przybyliście? Jeśli skończyliście załatwiać własne sprawunki i zamierzacie wrócić do Rapsodii, dobrym pomysłem byłoby trzymać się razem - zagaił po chwili. Jego pomysł został jednak nie najlepiej odebrany przez co poniektórych...
        - Nie! - rzucił Edvin impulsywnie. Jego oczy wyrażały obawę, ale już po chwili wróciły do poprzedniego stanu. - Nie mogę jeszcze wrócić - odparł spokojnie. - Wciąż mam do wykonania misję, od której zależy moje życie.
Awatar użytkownika
Nadeya
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 54
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Centaur
Profesje: Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Nadeya odetchnęła, słysząc odpowiedź chłopaka, trzy staje to nie było tak daleko. Dłuższy spacerek i będą na miejscu jeszcze przed zachodem słońca. Chociaż… Centaurzyca zaczęła szybko w to wątpić, jeśli przewodnikiem miałby być chłopak. Przynajmniej jeleniołaczka wydawała się w miarę godna zaufania.

- Fakt – naturianka zgodziła się z uwagą panterołaka – Ale i tak ludzie całkiem dobrze sobie radzą. Może momentami za dobrze nawet – dodała, zupełnie nie zauważając, iż Llewallyn powiedział to w całkowicie innym kontekście. Skupiona rychłych odwiedzinach w mieście mimowolnie rozgrzebywała kopytkiem ziemię, skupiona na tym, co będzie dalej.

Tymczasem na poziomie trawy fungi nie dawały za wygraną. Przy ich zawziętości Nadeya nie zdziwiłaby się na widok całej armii grzybowatych. Ich bezsensowna próba ataku była całkiem urocza i nieszkodliwa, dopóki nie wkroczył Łatek.
Ostatecznie wszyscy musieli się szybko przemieścić, bo chmura smrodu była gorsz niż po ataku skunksa.

- Cóż, bez względu na ich wyjątkowość chyba wolałabym ich już więcej nie spotykać, bleh… - mruknęła naturianka, wachlując dłonią przed swoim noskiem.

Szybko jednak jej myśli zajęło co innego. Musiała zająć się paroma sprawami, a pierwszą z nich był szczeniak. Edvin wyglądał na skorego do adopcji malucha, co ucieszyło centaurzyce. Jeszcze chwila i jedno będzie miała z głowy i wszyscy będą szczęśliwi.

- Są ryzyka, które warto podjąć. A ja mogę jedynie zminimalizować je w stosunku do osób czy też istot postronnych. Dlatego szukam kogoś, kto się nim zaopiekuje – blondynka zniżyła się do poziomu futrzaka i czule rozczochrała mu futerko.

Na propozycje Llewallyna miała zaraz przytaknąć, ale Edvin miał zgoła odmienne zdanie. Naturianka spojrzała na niego pytająco, dosłownie chwilę temu była niemal pewna, że zaraz wyruszą w tamte strony, co więc było nie tak?

- Co? Jaką misję? O co chodzi? – dopytywała naprawdę zmartwiona królikoucha, przecież to był dzieciak i już jego życie miało wisieć na włosku? – Może byłabym ci w stanie jakoś pomóc? Co ty na to?

Na domiar złego, jakby wieść o czymś takim nie wystarczyła, również pogoda postanowiła im nie sprzyjać. Najpierw było kilka drobnych kropel, a zaraz po tym lunęło jak z cebra. W jednej chwili wszyscy zostali przemoczeni niemal do suchej nitki. Długie włosy Nadeyi niekomfortowo przylgnęły do ciała, na dodatek jej uszy ociekały wodą.

- Dobra albo mówisz teraz i to szybko, albo biegniemy pod jakieś drzewo i dopiero wtedy wszystko nam wyjaśnisz – zarządziła, odgarniając pojedyncze kosmyki z twarzy.

Niespodziewanie deszcz ustał. Przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. Kawałek dalej wokół nich nadal widać było ulewę. Na dodatek pojawił się dziwny i tajemniczy cień jakby wielka czarna chmura. Centaurzyca zadarła głowę do góry, a jej uszy opadły wrażenia. Tam hen wysoko leciał kolosalnych rozmiarów, zielony smok. Dziewczyna rozdziawiła usta. Wielokrotnie słyszała o tych istotach, nieraz widziała ich mniejsze wersje w postaci wiwern czy pseudosmoków, ale nigdy prawdziwego przedstawiciela tej rasy. Dosłownie zaniemówiła, nie wiedziała, czy powinni uciekać. Pewnie dla kogoś takich rozmiarów na dodatek z tej wysokości byli niczym mrówki, może nawet mniejsi.
Pradawny z każdym machnięciem skrzydeł lekko zniżał swój lot, co dało się dostrzec dopiero po dłuższej chwili. Kto wie, może gdzieś wśród ruin miał swoją pieczarę?

- Na jego grzbiecie dostałabym się do Mrocznych Dolin w mgnieniu oka – pomyślała, nie mogąc wyjść z szoku i podziwu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ruiny Nemerii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości