Równina Magenar[Na drodze] Cwałujmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja

Wielka równina rozciągająca się od Nandan-Theru po Lasy Eriantur. Malowniczy teren pokryty trawami zakończony na południu Wzgórzami Mirinton. W centrum owej równiny znajduje się wielkie miasto Teravis.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Natanis
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Duch Światłości
Profesje: Urzędnik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

[Na drodze] Cwałujmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja

Post autor: Natanis »

        Duchy Światłości, w przeciwieństwie do większości istot zamieszkujących Alaranię, nie potrzebowały odżywczych posiłków czy regularnego nawadniania. Sprawiło to, że plecak Natanisa był znacznie lżejszy niż można się było tego spodziewać przy tak ambitnej podróży. Dziękowały temu nóżki niebianina, które w ciągu jednego dnia zdołały go zanieść daleko na wschód od Nandan-Ther. Ostatecznie jednak nawet posłaniec Najwyższego musiał zmierzyć się z własnymi ograniczeniami i poddać się potędze Matki Natury, w tym przypadku ujawniająca się jako ciemniejące niebo, z pomarańczowym rumieńcem dyskretnie skradającym się na jego oblicze za plecami Natanisa. W głowie mężczyzny jednak nieszczególnie kotłowały się myśli o flirtowaniu ze sklepieniem niebieskim; była przepełniona puszystymi wspomnieniami o jego własnym łóżku, którego dalekiego, mniej kochanego kuzyna zapakował do swojego tornistra.

        Tak, nawet dobre duszki potrzebowały snu, szczególnie po długim, męczącym dniu.

        Równina Magenar była znana z dwóch rzeczy – suchego morza brzegów oraz pływających po nim gentelmenów na dziarskich konikach, o dobrotliwym zwyczaju pozbawiania okazjonalnych kupców i podróżnych ciężaru ich sakiewek czy innego niepotrzebnego rupiecia. Ah, było też wielkie, malownicze, słynne miasto gdzieś tak pośrodku krainy, ale to była tylko okazjonalna, przydrożna atrakcja. Mając na uwadze koniki i ich bardziej poręcznych partnerów w zbrodni, Natanis poszukał odpowiedniego miejsca do rozbicia obozowiska.

        Przeszło dwa lata temu niebianin musiał zmierzyć się z kultem działającym w jego mieście – obserwując działania wojska w akcji, miał okazję nauczyć się co nieco o strategii i taktyce, dlatego za swoje pozycje obronne obrał najwyższe wzgórze, jakie mógł znaleźć. Zrzucając plecak na ziemię, westchnął, napawając się najlepszym widokiem na malownicze trawy. Ah, jak romantycznie. Zmęczenie jednak szybko dało o sobie znać i Natanis przystąpił do rozpakowywania zgrabnego namiotu zakupionego w pobliskim mieście. Jednoosobowy bądź intymny małżeński, o trójkątnym wejściu i pochyłych daszko-ścianach. Wkrótce stanął na cztery patyczkowate nogi i zajął imponujące wzgórze w całej swej kanciastości. Zadowolony niebianin wytrzepał dłonie o podróżne spodnie i przyjrzał się swojemu dziełu, tylko aby po zorientować się, że zajmowanie obronnej pozycji nieszczególnie ma sens, jeżeli nie ma się żadnych środków obrony.

        Rozsądek podpowiadał mu przeniesienie obozowiska mniej widoczne miejsce, ale zmęczenie dało o sobie znać, znajdując mnóstwo argumentów przeciw podobnemu pomysłowi. Co najgorszego mogło się stać? Namiot był niewielki, w dodatku ludzie nie widzieli w nocy, a Natanis nie spodziewał się bandy kotołaków rzezimieszków w tym rejonie Alaranii. Dla spokoju ducha, Duch szybko przygotował jednak plan na taką ewentualność. Miał na sobie podróżnicze, ale bardzo porządne ubrania, jego magicznie regenerująca się twarzyczka była bez skazy i emanowała nieziemskim pięknem, w dodatku potrafił się wysławiać w języku handlu oraz polityki. Udawałby zbiegłego księcia, za którego podstępni porywacze mogą zgarnąć wielki okup. Wymknąłbym się uchyłkiem kiedy to oni zostaną ofiarami znużenia i lenistwa przedsennego. Tak, doskonale.

        Zainspirowany, aczkolwiek na wpół śpiący umysł Natanisa podsunął mu jeszcze jeden pomysł, jak zaradzić potrzebie przeniesienia się w dyskretniejsze miejsce. Wkrótce nad namiotem powiewała dumnie biała flaga – a dokładnie nieskazitelnie czysta tunika, którą niebinin zwykł nosić w bardziej cywilizowanych miejscach, teraz łopocząca na zapasowej nóżce aka patyku, który mężczyzna zdołał wynegocjować od sprzedawcy namiotów. Ten uniwersalny symbol czystości oraz niebian z niewiadomych względów był uznawany przez ludzi jako sygnał kapitulacji. W tym wypadku Duch Światłości był w stanie wybaczyć im taką pokrętną interpretację, jako że oba znaczenia były mu całkiem na rękę.

        Nie czekając aż zapadanie noc, niebianin wślizgnął się do środka swojej warowni, gotowej do bycia oddanej w ręce wroga. Tam szybko pozbył się wierzchniego odzienia, aby przedstawiać się w stanie idealnym do bycia porwanym w środku nocy. W końcu Natanis zapakował się w śpiwór, niezbyt wygodny, ale przynajmniej ciepły i dosyć przyjemny do rozerwania, aby dostać ukryty w nim prezent. Jego umysł wkrótce został uniesiony przez leniwą rzekę snu, a biała tunika na zewnątrz – zimny, nocny wiatr, pozwalający białej fladze dumnie łopotać nad okupowanym wzgórzem.
Awatar użytkownika
Loke
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Centaur
Profesje: Uczeń , Mag , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Loke »

        Taki prezent to można rozpakować!
        Koci rzezimieszek wyszczerzył się widząc zawartość namiotu i jego jedynego, pogrążonego w błogim śnie mieszkańca. Bała się przez chwilę, że ta kusząco łopocząca flaga jest pułapką, zmyłką by ona i jej braciszek wpadli w oczywistą zasadzkę - ale nic z tego! Zapraszający sygnał naprawdę był zaproszeniem, a słodko-piękny młodzieniec spał sobie bez żadnej ochrony! Nie zbudził go hałas, kotki nie poraziło zaklęcie, do namiotu dało się wejść i z niego wyjść. To jak uczta za darmo! Pokazała pospiesznie parę wesołych gestów wspólnikowi w zbrodni i znów zniknęła w namiocie. Rozciągnęła się nad spokojnie oddychającym nieszczęśnikiem i tylko z grubsza uważając, by go nie nadepnąć, zaczęła przeszukiwać tobołki. Nie było tego wiele, ale…
        - A co zrobimy z nim? - Męski szept zjawił się wraz łbem brata w namiocie. - Ma na sobie coś cennego?
        - Kalesonki chcesz? Śpiwór? Nie rozbierałam go, nie wiem!
        - To sprawdź!
        - Czekaj no, robię tu co… oja! - Prawie upadła na swoją ofiarę. Zastygli na moment w przerażonym bezruchu spinając mięśnie i gotując się do szybkiego spacyfikowania pięknisia. On jednak nadal spał, więc odetchnęli, aż ze zbyt wielką ulgą.
        - Ufff. Nie rozpraszaj mnie tak!
        - Wybacz. Ej, tak mocno śpi, może weźmiemy wszystko i zostawimy go nagiego na wzgórzu? Flagę przyczepimy mu do…
        - Cichaj! Nie ma szans. Obudzi się! Jak chcesz to zrobić to lepiej poderżnij mu gardło. Ha!
        - Ja!? Ty to zrób, ty tu jesteś kobietą.
        - A ty mógłbyś być jak raz facetem, wykończ go!
        - Czemu!?
        - Bo chciałeś!
        - Od kiedy!? Chciałem się tylko zaba…
        Coś zatętniło na zewnątrz.
        Znów zastygli, nadstawiając uszu. Brat, nadal klęcząc przy wejściu do trójkątnej fortecy, powoli i nie całkiem chętnie odwrócił głowę i spojrzał w stronę… końskich stąpań. To musiało być stąpanie.
        - Oż w mordkę.
        - Towarzystwo?
        - Nie wiem. Myślałem, że jest sam!
        - Ja też. A może to inni złodzieje? No jak można!? To nasz łup!
        - Rozwalę ich.
        - Tak jest, braciszku, dajesz!
        Wychyliła się, by dopingować brata, który trzymając zakrzywiony nóż stanął w pozycji już niemalże bojowej. Prawie wcale nie zamierzał uciec.
        Do boju!
        A wielka sylwetka wynurzała się zza pochyłości skarpy nabierając masy i przedziwnych kształtów. Groteskowy kapelusz wiedźmy przykrywał blade włosy połyskujące eterycznie w świetle księżyca, pikowana kurta szeleściła wojowniczo, przywołując niedobre wspomnienia, a ciężkie kroki wbijały się w ziemię grożąc zmiażdżeniem każdemu, kto stanie na ich drodze. Widzieli bestię o okrągłej twarzy, upiornej bieli lica, postawie małego domu i z łupami zwisającymi smętnie po obu stronach grzbietu. Tajemnicze fiolki z truciznami, pęki martwych ziół! Ptasia nóżka!
        Potwór spojrzał na nich okiem bladym i pustym jak śmierć.

        - Emm, przepraszam?


        Natanisa dawno nie zbudził taki wrzask. Kotołaki przebiegły po nim w amoku powalając namiot, rozrywając płachtę i uciekając tak szybko, że Loke ledwie zdążyła się cofnąć, zamrugać i już znikali jej z pola widzenia. Pozostał tylko stratowany mężczyzna i biała flaga, smętnie przygnieciona do ziemi.


♠︎ ♧ ♠︎



        Loke nie sądziła, że może mieć rację. Nie spodziewała się tym bardziej, że faktycznie zdoła pomóc biedakowi, który był w namiocie. To był ledwie ósmy dzień jej - od wczoraj samotnej - wędrówki. Słyszała wiele opowieści od kupców, z którymi się rozdzieliła, ale nie wiedziała czego naprawdę spodziewać się po równinach. Jak wyglądają bandyci. Czy natknie się na nich. Jak przerażający będą. Jak się wtedy zachowa. Ucieknie? Spanikuje? Użyje magii?
        Świat zdawał jej się taki rozległy, kolorowy i nieodgadnięty. Miała nóż, ale używała go do podcinania grzybów. Słyszała dobrze, ale ledwie rozpoznawać zaczęła mowę dziczy - ptasie śpiewy, nawoływania, skrzeczenia, szum wiatru, traw, trzcin, trzask gałęzi, gałązek, krzewów. Kroki uczciwych ludzi brzmiały dla niej tak samo jak kroki bandytów. Ich konie parskały identycznie. Szczęk zbroi najętej ochrony nie różnił się od pancerzy nikczemników. Nigdy nie stanęła oko w oko z rabusiami. Nie wiedziała nawet czy ich pozna. Złoto i żelazo z bursztynową poświatą? Rubinowe przebłyski? Czy od razu zachowaniem zdradzają kim są?
        Dwie sylwetki zakradające się do samotnego namiotu oceniła właśnie w ten sposób. Cienie ledwo odcinające się od nocnego nieba z początku wzięła za zwykłych podróżnych, takich jak i ona. Jednak ich ostrożność budziła podejrzenia. Gdyby nie to ominęła by namiot z flagą. Nie wiedziała co taki sygnał może oznaczać - był prowokacją? Oznaczeniem, że wzgórze jest zajęte? Ostrzegało? A może używali go szlachcice lub magowie, by zaznaczyć, że nie warto ich atakować? !!! - Podróżny medyk!         Albo nie, raczej nie…
        Wolała więc nie ryzykować nieporozumienia.
        Ale ktoś się zakradał.

        Musiała zainterweniować - obcych była dwójka, to wcale nie tak dużo. A ryzyko, że zrobią komuś krzywdę budziło w niej wewnętrzną siłę i poczucie odpowiedzialności. Jako jedyny świadek musiałaby przyjąć na siebie winę za masakrę gdyby do niej doszło. Już z dwojga złego, wolała na kogoś krzyknąć i przyłożyć mu drągiem.
        Z natury ostrożna podreptała ledwie kłusem, przygotowując się w duchu, nasłuchując i wczuwając się w aury. Żadna z nich nie była potężna, więcej - wszystkie trzy zdawały się nieznaczne. A potem, zniesione przez magiczny wiatr zjawiły się szepty i zapach. Dziwnie przyjemny ton głosu, brezent, kocia sierść. I choć złoto w dwóch aurach stało się wyraźne, Loke straciła pewność, że są to intruzi. Może to była grupa? Kupcy? W takim wypadku będzie musiała przeprosić.

        Weszła na szczyt z zamiarem uczynienia właśnie tego - lecz krzyk kotołaków i ich dziki popłoch na jej widok zmieniły jej plany. Nie mogła ich już przeprosić, bo zaraz były za daleko. Została sama naprzeciw obcej osoby jaśniejącej bielą, żywej na całe szczęście i już rozbudzonej. Lecz nim zdążyła namyślić się - może podejść, zapytać czy wszystko w porządku, dała się na dobre otulić jej aurze. To była cudowna, kojąca emanacja niebianina, pomocna i błoga, choć nie pozbawiona wielu wymiarów emocjonalnych - ten kto przed nią siedział wiele już przeszedł, był dojrzały i musiał znać świat. Gotów był wspierać, a cyna zdradzała, że musiał już podróżować. Może niepotrzebnie się wtrącała? Pewnie poradziłby sobie bez problemu. Aż złudnie odczuła, że to nieznajomy pomaga jej teraz odprężyć się i koi jej myśli, a nie że sam potrzebuje asysty przy - chociażby - wygrzebywaniu się ze śpiwora.

        Dlatego też stała nad nim, zamyślona i całkiem spokojna, patrząc gdzieś w dal i poprawiając kapelusz.
Awatar użytkownika
Natanis
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Duch Światłości
Profesje: Urzędnik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Natanis »

        W poprzednim życiu Natanis był niewiele znaczącym, zdecydowanie niewytrenowanym do walki czy jakichkolwiek konfrontacji mieszczaninem, który na widok cudzych problemów zwykł albo spuszczać głowę i udawać, że ich nie widzi, albo ukrywać się na uboczu i czekać, aż miną, aby dopiero po fakcie móc zaoferować pokrzywdzonemu niepewny uśmiech i pocieszenie. W niebie aniołki wzięły się za niego i potrząsnęły nim dostatecznie, aby mógł w końcu pomagać innym w potrzebie. Dlatego też na wrzask zareagował szybko. Tors niebianina błyskawicznie się podniósł, aby złote oczy mogły się rozejrzeć za źródłem krzyku.

        - Co się... - Jego słowa zostały nagle przerwane przez smak oraz ciężar kotołaczej podeszwy (bądź po prostu stopy, jeżeli rzezimieszki były bose).

        Nadepnięcie na twarz przez przebiegającą po nim dwójkę kotołaków posłało głowę Natanisa z powrotem na ziemię. Niebianin skorzystał z chwili, kiedy jego policzek był przyciśnięty do podłoża, aby z dezorientacją przyjrzeć się pakunkom porozrzucanym wokół. Rzezimieszki? Głodni wędrowcy bez szacunku do wartości prywatnej? Ciekawskie zwierzątka? Dopiero po chwili mężczyzna mógł podnieść się ponownie i wygrzebać ze śpiwora, choć zawroty głowy po nagłym przebudzeniu i napaści nie pomogły – cały świat chwiał się wokół niego.

        Wynurzył się z namiotu i zamarł, zdając sobie sprawę z tego, że wcześniejszy wrzask był jak najbardziej uzasadniony. Dostrzegł chwiejące się, wirujące sylwetki trzech jeźdźców górujących nad nim, z twarzami skrytymi w cieniu, przyglądających się mu w milczeniu. Do głowy wystającej ze szczeliny dołączyły ramiona i ręce, które niebianin szybko uniósł w geście kapitulacji.

        - Poddaję się, nie ma powodu do walki! - powiedział szybko głosem nieco przestraszonym, ale wciąż podejrzliwie spokojnym jak na sytuację. - Jestem wart więcej niż wszystko, co możecie przy mnie znaleźć. Jeżeli dostarczycie mnie do Teravis, zapewniam, że w zamian otrzymacie moją wagę w złocie.

        Natanis zmrużył oczy, próbując lepiej przyjrzeć się najeźdźcom tańczących ponad jego obitą głową. Cała trójka powoli zbliżała się do siebie, zupełnie jak trzy księżyce za ich plecami, a niebanin mógł rozpoznać kolejne szczegóły, które bynajmniej nie pomagały z jego dezorientacją.

        - Bardzo ładne kapelusze... lub... kapelusz... oh...

        Regeneracja była domeną duchów światłości, dlatego jego spojrzenie szybko pozbyło się kopii nieznajomego i pozwoliły Natanisowi zorientować się, że jeźdźcowi brakuje siodła, a wierzchowcowi – głowy. Centaur... Przypomniał sobie lekcje na temat różnych ras z Alaranii, które otrzymał w Planach. Życie w klanie. Szkolenie wojowników. Skłonne do gniewów. Anielica, która go nauczała, miała w zwyczaju obrazowe demonstracje, dlatego przy odgrywaniu rozmowy z centaurem Natanis wiele razy dostał skrzydłem po głowie. Teraz był za to wdzięczny – doskonale pamiętał, jak bardzo powinien być uważny, aby naturianina nie obrazić.

        - Wybacz, wielki obrońco natury!

        Natanis szybko opuścił dłonie i spuścił głowę w pokłonie szacunku, ale i w wyrazie pewnego przestrachu postacią centaura. Słowo „wielki” użył bez zastanowienia się nad nim i po fakcie zamieniłby pewnie na coś innego, ale rozmiary naturianina były imponujące i zastraszające. Wcześniej widział ich tylko na obrazkach, a teraz - żywy, ogromny, z ludzkimi i końckimi plecami skąpanymi w świetle księżyca, górujący ponad klęczącym niebianinem...

        - Pozdrawiam cię i twój klan – powiedział szybko, po czym przypomniał sobie, że koniowata rasa nieszczególnie przepadała za ludźmi. - Jestem tylko skromnym duchem z Planów Niebieskich, wędrującym przez te równiny. Szanuję naturę i nie szukam sposobu, aby ją skrzywdzić. Czuję się zaszczycony, móc ujrzeć jednego z was, wasza forma jest jeszcze bardziej okazała, niż mogły to oddać jakiekolwiek rysunki!

        Niebianin pozwolił sobie na ponowne uniesienie wzroku i dopiero teraz zdołał dostrzec w mroku kolejne detale żeńskie kształty centaurzycy. Słowa dawnej nauczycielki zadźwięczały w jego głowie. ”Jeśli chodzi o kobiety – nie mają ich wiele. Mężczyźni z reguły są bardzo protekcjonalni w stosunku do nich. Nie gap się za długo. Nie podchodź za blisko najlepiej. A przede wszystkim, nie praw komplementów. Jeżeli jakiś centaur w pobliżu stwierdzi, że próbujesz z nimi flirtować albo masz inne niecne intencje co do nich, skończysz pod ich kopytem. W najlepszym wypadku.”

        - W sensie... ahhh, witaj, pani... n-nie chciałem cię obrazić w żadnym w-wypadku! - dodał Natanis pośpiesznie, zaczynając się nieco jąkać. Kto mógł spodziewać się wielkiej centaurzycy w środku nocy?!
Awatar użytkownika
Loke
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Centaur
Profesje: Uczeń , Mag , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Loke »

        Pierwsze słowa wypowiedziane łagodnym, ale nadal obco brzmiącym, bo męskim głosem przywrócił ją ze świata aur na alarańską ziemię. Zatroskała się, czując, że nieprzyjemna sytuacja była poniekąd jej winą. Wydawało jej się, że nie można było podejść dużo bardziej ostrożnie do tego tematu, ale może w innym momencie? Przebiegli chyba po nim dosyć brutalnie. Musiała jak najszybciej wytłumaczyć, że ona nie zamierza po nim deptać. Tylko jednak ta myśl powstała w jej głowie już kolejne słowa dotarły do długich uszu.
        Waga w złocie? Teravis?
        Kojarzyła nazwę tego miasta, bo nie znajdowało się aż tak daleko na mapie od akademii i czasami coś stamtąd przywożono… ale doprawdy było aż takie bogate? Inna sprawa, że nieznajomy był raczej chudziutki i niewielki, może nie zużyliby na niego aż tyle kruszcu - nadal jednak jego słowa wydawały się nadzwyczaj śmiałe, ale i pewne.
        Naprawdę musiał być ważny.
        Tylko…
        Dlaczego ktoś tak ważny spał tutaj samotnie? Ważni ludzie niemal zawsze podróżowali przecież z ochroną i służbą! Delegacje, karawany, lektyki… coś niecoś o tym chyba wiedziała. Bardzo ważne osobistości zwykle wolały też trzymać przy sobie mniej znaczących towarzyszy, chyba, że były wyjątkowo samodzielnymi i potężnymi czarodziejkami, które chlubiły się tym, że mogą wszędzie i wszystko same. Często słyszało się wtedy komentarze namawiające je do zmiany zdania i odstąpienie od samotnej wyprawy.
        Bardzo rzadko słuchały.

        A ten jasnowłosy?
        Nie był chyba potężnym czarodziejem. Nie, na pewno nie był czarodziejem. Był spokojnym niebianinem, z jedną pomocną magią. Nie był słaby i kruchy jak by się mogło wydawać, ale ciężko było uznać go za kogoś kto umie się bronić. Nie miał w emanacji ani krzty żelaza, za to bystry umysł… chyba.

        - Dziękuję - odparła nieśmiało, bezwiednie poprawiając wspomniany kapelusz. Jeden.

        Biedny nieszczęśnik! Uznałaby, że doznał wstrząsu teraz, może go uderzyli czym w głowę, ale był tu sam o wiele dłużej. Sam mimo, że… och, chyba, że tak jak i ona miał coś innego niż broń w zanadrzu. Może jakiś talizman ochronny? Skupiła się raz jeszcze na świecie aur i szybko znalazła coś, co faktycznie odstawało tak od otoczenia, ich dwójki, jak przedmiotów codziennego użytku ledwie widocznych nawet przy świetnym zmyśle - coś co niebianin miał przy sobie, coś zaklętego… albo nawet poziom wyżej, tajemnego jak jej broszka. Miało w sobie bardzo dużo magii - Loke słyszała charakterystyczne echo muzyki, odległe, przestrzenne…
        Podobnie jak u niej.

        Zerknęła na broszkę zdradzając się z myślami, ale nie tłumaczyła ich skołowanemu mężczyźnie. Być może i tak tego nie zauważył zajęty własnymi majakami.
        Coraz i coraz gorszymi!

        Szybko wciągnęła powietrze, gdy klęknął przed nią z szacunkiem, mimo że sam był podobno bardzo bardzo istotny dla miasta Teravis. Spróbowała zrozumieć o co mu może chodzić, co najlepszego zrobiła. Dopiero po chwili stało się to stosunkowo jasne.
        Centaury - natura - klany i takie tam.
        Rozluźniła się widząc w tym jakąś logikę i szanse dla ,,skromnego ducha z Planów Niebieskich”. No tak, w świecie właśnie z tym kojarzono centaury. Nawet gdy dołączała do kupców miała z tym pewne problemy - zakładali, że jest związana z naturą o wiele bardziej niż była w rzeczywistości, a najgorsze, że przypisywali jej chęć wojaczki i zdolności w tym kierunku. A ona nic nie umiała!

        Zaczynała się czuć jednak coraz pewniej - lęk o nieznajomego i nieufność względem jego osoby przeradzały się w spokój podparty racjonalnymi dowodami na to, że ani on nie oszalał, ani nie ma zamiaru obrażać się na nią czy też robić awanturę. Był nawet poza aurą całkiem ciepłą i na pewno dosyć pokorną osobą. Może… może nieco bojaźliwą. Nie sądziła, że mężczyźni bywają bojaźliwi. A już na pewno nigdy nie słyszała jak jeden z nich się jąka!

        - Nic się nie stało, nie obraziłe... nie obraził mnie pan. - Zapewniła, bo ani pochwalenie jej kapelusza, ani pozdrowienia dla klanu czy uznanie jej fizycznej wielkości nie było czymś co zaklasyfikowałaby jako afront. Prędzej nieudolny komplement.
        - Pan się jednak myli - dodała łagodnie. - Nie jestem obrońcą natury. A ty, pan nie jest skromnym duchem. Jest pan wart swojej wagi w złocie. - Uśmiechnęła się porozumiewawczo i przyklęknęła na napięstkach, by zmniejszyć nieco różnicę w wysokości.
        - Chyba był pan… obrabowywany. Byłam niedaleko, postanowiłam sprawdzić co się dzieje, bo flaga zwróciła moją uwagę i zobaczyłam dwie skradające się sylwetki… dlatego… jestem.
        I skoro już tu była…
        - Pomóc panu może? Chyba nic nie zabrali, ale wszystko się tak - szukała słowa - porozparcelowywało.
Awatar użytkownika
Natanis
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Duch Światłości
Profesje: Urzędnik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Natanis »

        Natanis w zastanowieniu wpatrywał się w Osobliwość, którą niewątpliwie stanowiła gigantyczna czterokopytna. Z jednej strony rozmiary prawdziwego zdobywcy, z drugiej mowa powabnego dziewczęcia. W swej istocie centaurzyca przedstawiała stworzenie stosunkowo dzikie i groźne, jej ubrania jednak sugerowały… no właśnie co? Niebianin poczuł, jak kręci mu się w głowie od tego wszystkiego - bycia obrabowanym na trakcie i obitym po głowie tylko po to, aby teraz musieć poradzić sobie z tą sytuacją i przyglądającą mu się obcą przedstawicielką nieznanej mu rasy.

        - Muszę w takim razie podziękować za przegonienie złodziejaszków - powiedział duch, podnosząc się z ziemi, aby wyprostowany mógł spojrzeć na nieznajomą, choć wciąż musiał zadzierać do tego głowę. - I proszę o wybaczenie za poprzednie słowa. W tym amoku wziąłem panią za jednego z konnych rabusiów, o których tyle słyszałem. Nie spieszy mi się do powrotu do Planów Niebieskich, stąd przygotowane takie niewinne kłamstewko, aby moje życie przedstawiało większą wartość; nigdy nie byłem w Teravis, właściwie to tam właśnie wędruję. Nazywam się Natanis, Duch Światłości, do pani usług.

        Mężczyzna skłonił się ponownie, używając okazji, aby rozejrzeć się po stanie swoich rzeczy. Kocie rzezimieszki potraktowały jego torby z niezwykłą dozą beztroski - na tyle wielką, aby kilka notesów, ołówek, ksiąg, pergaminów i sakiewek wylądowały przed namiotem. Nie mówiąc już o tej nieszczęsnej białej koszuli, teraz przybierającej o wiele ciemniejsze barwy.
- Choć nie odmówię w tej sytuacji także pani usług… Byłbym wdzięczny za pomoc przy derozparcelowywaniu moich rzeczy, tylko wybaczy pani na chwilę.

        Po raz kolejny Duch Światłości skurczył się przed Loke, tym razem jednak aby cofnąć się i pozwolić wejściu do namiotu połknąć jego niewielką formę. Tyle go centaurzyca widziała, zamiast tego mogła zaobserwować kołyszący się namiot i sylwetkę Natanisa, kiedy materiał ścian naciskał na jego szamoczące się ciało. Po kilku minutach niebianin wynurzył się ponownie, tym razem w pełni ubrany. Wcześniej odsłoniętą klatkę piersiową teraz przytulała lniana koszula, na którą narzucony był podróżniczy płaszczyk. Pod skórzanym odkryciem ukrywała się torba podróżnicza - mniejsza siostra plecaka, który mężczyzna trzymał w dłoniach. Zaoferowałby jego szeroko otwartą otchłań centaurzycy, aby mogła wrzucić tam zebrane rzeczy, po czym podziękowałby; w przeciwnym wypadku padłby na kolana przed naturianką ponownie, aby mógł pozbierać te wszystkie rzeczy.

        - W ramach wdzięczności chętnie zaprosiłbym panią do zostania do rana w moim obozowisku, ale nieszczególnie jestem w posiadaniu ogniska, a obawiam się, że mój namiot to nieco zbyt skromne progi jak na pani nogi - wytłumaczył z niepewnym uśmiechem i rękami skrzyżowanymi za plecami; nie wziął ze sobą opału, bo ani nie miał jedzenia na przygotowanie, ani nie spodziewał się towarzystwa, ani żadnych dzikich zwierząt, które niespecjalnie byłyby zainteresowane niskokalorycznym, bezmięsnym duchem. A do ogrzania się miał śpiworek. - Wybaczy mi pani, ale po takich atrakcjach czuję się dosyć przebudzony i chyba potrzebuję nieco się przewietrzyć. Chciałaby pani mi potowarzyszyć, przynajmniej do świtu, jeżeli także wędruje pani na wschód? Przydałaby mi się pomoc w przypadku kolejnej napaści.

        Chłopak uśmiechnął się żartobliwie - nie miał nic przeciwko zachowaniu się jak mały bezbronny duch przez jakiś czas. Chciał jakoś zwrócić dług wdzięczności, ale nie miał pojęcia, jaki rodzaj pomocy Loke mogłaby przyjąć. Z ludźmi było prosto - leczenie chorób, wspomożenie dobrym słowem, posunięcie celnego pomysłu - jednak z centaurem? Z nietypowym centaurem w dodatku?! Natanis musiałby się trochę przy niej pokręcić, aby zrozumieć, co potrzebowałby trzymać w pomocnej dłoni wyciągniętej w jej stronę.
Awatar użytkownika
Loke
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Centaur
Profesje: Uczeń , Mag , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Loke »

        Centaurka zmieszała się z lekka, gdy białowłosy podziękował. Nie chciała przypisywać sobie żadnych zasług - nic nie zrobiła poza tym, że postanowiła sprawdzić co się dzieje w dziwnie oznakowanym namiocie. Płochliwi rabusiowe uciekli sami, a ona, cóż… jeśli chciała pomóc to powinna pozbierać rozsypany dobytek. Nim jednak na czymkolwiek położyła ręce wysłuchała wyjaśnień Natanisa - pana Natanisa - i spróbowała zrozumieć co miał na myśli. Nie była obyta w podróżach, nie wiedziała jak zachować się w razie napaści. Może więc powinna zapamiętać jego sposób na rządzenie sobie z kłopotami. ,,Stójcie, dostaniecie za mnie okup!”? Czy brzmiałoby to wiarygodnie w jej ustach? Hmmm… chyba możliwe, jeżeli udawałaby członkinię klanu. Chociaż centaury raczej nie posiadały wielu bogactw? Niestety. Pewnie mogłaby jedynie twierdzić, że jak ją oszczędzą to horda wściekłych pobratymców nie rozpłata im głów. Ale to pewnie nie przeszłoby jej przez gardło… raczej nie potrafiła kłamać.

        - Loke. Z Zamku Czarodziejek. - Odprzedstawiła się skinąwszy głową. - Dziękuję - dodała odruchowo, skoro stwierdził, że jest do jej usług. Być może tak się tylko mówiło, ale nadal brzmiało dość przyjemnie.
        - Duch światłości… przepraszam, nigdy nie widziałam ducha. - przyznała po chwili, chcąc jakoś podtrzymać rozmowę. Normalnie chyba wolałaby to przeanalizować i milczeć, może obserwować, ale ten przyjemny nie-człowiek ją nieco ośmielał. Miała wrażenie, że nie będzie miał jej za złe ewentualnych pytań, skoro sam czasami wpadał w małe, paniczne słowotoki. - Czy wy… czy to wy jesteście tylko mężczyznami? Wasza rasa? To dosyć niezwykłe - stwierdziła, choć mało podekscytowanym tonem. Była bardzo ostrożna i wolała zachować tak neutralny ton jak się dało, kiedy już otrząsnęła się z pierwszego szoku. Uśmiechnęła się jednak słysząc ,,derozparceloywanie”. Mężczyzna, choć trochę zabawny był jednak bystry i obecną nieporadność mógł zawdzięczać bardziej sytuacji niż własnym predyspozycjom. To ją jednocześnie martwiło i radowało, bo inteligentnego, zaradnego mężczyzny mogła się obawiać bardziej niż bezradnego kluska, a z drugiej strony bezsradnego kluska byłoby jej szkoda i zastanawiałaby się czy dotarł do celu przez resztę swojej podróży.

        - Oczywiście - nadal przyklękując wyciągnęła ręce po pierwsze rozsypki pana Natanisa, a na niego zerknęła ciekawsko spod ronda. A skoro tylko zniknął w namiocie skupiła się na zadaniu i sprawnie zbierała książki, przecierając je z lekka i patrząc na tytuły, jak na uczoną przystało. Dla ułatwienia rozjaśniła przestrzeń magią, otaczając okolice namiotu delikatnym, kojącym poblaskiem, a co miała poza zasięgiem ręki podawała sobie wiatrem. Skończyła nim pan Natanis przestał się szamotać i na wszelki wypadek, już sama nie wiedząc czemu wygasiła zaklęcia aby ich nie dostrzegł. Nie była pewna, może umiał czytać aury, ale z drugiej strony… zareagował na nią przez to jak wyglądała a nie jak prezentowała się jej emanacja, bo ta raczej nie była groźna. Więc ostatecznie mogła nie zdradzać się jeszcze ze swoimi umiejętnościami. Dobry z natury czy nie, może nawet duch z Planów Niebieskich… ale obcy to nadal obcy. W dodatku mężczyzna. Było jej szkoda, że już zasłonił tors - rozproszona mu się nie przyjrzała, a chyba ciekawie wyglądał. Przynajmniej na tle tych wszystkich kobiecych sylwetek, które miała w pamięci.

        Oddała mu co uzbierała, starając się wkładać to do plecaka ostrożnie i podniosła się czując, że jeżeli duch się teraz nie odezwie to będzie niezręcznie. Na szczęście ten konkretny egzemplarz nie miał żadnych problemów z mówieniem i zagadywaniem i nawet był przy tym zaskakująco nieformalny. Popatrzyła na niego od góry, zastanawiając się w miarę jak mówił. Nie umiała go rozpracować i ocenić czy bardziej jest zagubionym geniuszem czy może ostrość w aurze jest przerysowana. Chociaż z drugiej strony wielu mędrców i wynalazców w codziennym życiu radziło sobie średnio. To była nisza takich jak ona, twardo chodzących po ziemi.
        - Z przyjemnością panu potowarzyszę - odparła ostatecznie, bo niebiańska poświata i pochodzenie przekonywały ją do nieznajomego. Nie sądziła, by w razie faktycznych problemów mogła go obronić, ale sądziła, że tego był jednak świadomy. No i jednak duchy… im mogło się coś stać?
        Zerknęła na nadal ciemne niebo na wschodzie. A gdy zawiał wiaterek niosący obce wonie i znajomą nutkę ziół, poczuła się jak prawdziwa heroina z powieści - stojąca pośród nocy na wzgórzu, z białowłosym niebianinem u boku.
Gdyby to była książka musiałoby się to skończyć magicznie, a historia porywałaby serca. Ale życie Loke było raczej zwykłe i ustabilizowane - nawet jej podróż nie miała odznaczać się niczym szczególnym.
        - Pozwolisz emm… pan pozwoli, że trochę oświetlę drogę - uprzedziła nim dotknęła sznureczka przy swoim ubraniu, a trawę przed nimi przeczesał lekki wietrzyk i droga rozjaśniła się dziennie, choć blask kończył się niecałe dwa palce od gruntu. Tonęli więc nadal w ciemnościach a jasna plama przed nimi sunęła dyskretnie, widoczna lepiej jedynie za zboczu, z którego schodzili. Nie wiedziała czy duchy widzą w ciemności, a sama mogła orientować się w nierównościach dzięki dziedzinie ziemi, ale… gdyby jednak pan Natanis nie radził sobie po ciemku pewnie w końcu i tak użyłaby światła. Jak wtedy tłumaczyłaby zwłokę w decyzji? ,,Przepraszam, nie ufam pańskiej niebiańskiej aurze?”. Nawet jej brzmiało to paranoicznie, więc postanowiła pokazać chociaż małą cześć z tego co potrafi i jedynie ograniczyć swój zasięg.
        Może i niebianin… ale to nadal mężczyzna.
Awatar użytkownika
Pani Losu
Splatający Przeznaczenie
Posty: 619
Rejestracja: 12 lat temu
Rasa:
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Pani Losu »

Gdyby to była książka musiałoby się to skończyć magicznie, a historia porywałaby serca. Ale życie Loke było raczej zwykłe i ustabilizowane - nawet jej podróż nie miała odznaczać się niczym szczególnym.

Niestety owe słowa były nader prawdziwe. Chociaż spotkanie niebianina w szczerym polu nie było czymś codziennym nawet dla wprawionych podróżnych, o centaurzycy nie wspominając, to jednak nie było to spotkanie zmieniające ich losy. Nie przerodziło się w przygodę życia, ani nawet pierwszy wielki test przetrwania w męskim towarzystwie dla Loke - ot, spotkali się, nie mieli złych zamiarów (co jakoś wydedukowali) i zgodnie ruszyli w drogę. Może Natanis chciał poznać białowłosą nieco lepiej, by wiedzieć czym odpłacić jej za niecelowy ratunek (a przynajmniej pomoc), ta jednak nie wydawała się potrzebować od niego czegokolwiek w ramach podzięki. Wystarczyła jej spokojna rozmowa w trakcie marszu i parę opowieści - a tych niebianin musiał trochę mieć!

Uznała, że to dosyć - niedługo po tym jak zaczęło świtać trafili na kupiecki szlak, gdzie mogła go zostawić na pastwę spokoju. Zmierzała w inną stronę. Z tego zaś co zdążyła się dowiedzieć Natanis nie był aż taki bezbronny. Był w końcu Duchem! Mogła więc bez wyrzutów sumienia życzyć mu miłej drogi i kontynuować samotnie swoją pierwszą prawdziwą podróż.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Magenar”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości