Szczyty Fellarionu[Jaskinia w górach] W ciemności widać prawie wszystko

Pokryte śniegiem malownicze góry kryjące w sobie wiele tajemnic. Rozciągają się od granic Rododendronii aż po tereny hrabstw Wybrzeża Cienia. Dom Fellarian.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Xelliks
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

[Jaskinia w górach] W ciemności widać prawie wszystko

Post autor: Xelliks »

Po wielu długich i żmudnych dniach żeglugi statek w końcu przybił o świcie do portu Trytonii.
Xelliks zabrał swoje rzeczy z kajuty i ruszył w stronę trapu prowadzącego ze statku na stały ląd. Z mocno naciągniętym kapturem na głowę i chustą na twarzy, zamaskowany zaczął przechadzać się poniszczonymi ulicami, złowrogo wyglądającego miasta. Normalny podróżny zatrzymałby się pewnie w jednym z tutejszych przybytków i odpoczął przy kuflu zimnego piwa oraz lokalnej strawie dopatrując jednocześnie swego dobytku. Jednakże jedynym pragnieniem tego lisza jest wiedza, której nie podejrzewał znaleźć w tak zapyziałej dziurze.

Szybki rekonesans po okolicy i kilka zadanych pytań dostarczyło mu potrzebnych informacji. Okazało się, że miał szczęście, gdyż w odległości maksymalnie kilku dni drogi znajdowały się aż dwa warte uwagi miejsca. Jedynym mankamentem było to, że dzieliły je góry, więc musiał zdecydować gdzie ruszyć prostszą drogą w pierwszej kolejności. Wybór padł na Twierdzę Czarodziejów, wynikało to z chęci zobaczenia przydatnej wiedzy i magii w praktyce. Wybrał się więc znowu do portu poszukać kogoś z dostępem do mapy. Najszybciej wyglądającą drogą wydawało się popłynięcie do Katimy i pójście w górę rzeki skąd, według tego co słyszał, powinien dostrzec już strzeliste wieże zamku pradawnych. Także sięgnął on do sakiewki, pomachał monetą komu trzeba i jeszcze przed końcem dnia ku jemu niezadowoleniu był znowu na pokładzie statku.

Po, na szczęście już, krótkiej żegludze, Xelliks, w ogóle niezainteresowany miastem, do którego dopłynął, od razu ruszył wzdłuż rzeki Larr w kierunku Szczytów Fellarionu. Okolica zdecydowanie przykuwała oko. Miasto na brzegu morza z ternem, który od razu przechodził w pagórki oraz góry. Pierwsze dwa dni mijały spokojnie. Liszowi podobało się wśród leśnej gęstwiny, na niewyznaczonej wcześniej ścieżce gdzie spokojnie i cicho szumiał górski potok. Drogę pokonywał dosyć energicznie posiłkując się magią zawartą w lokalnej florze. W okolicach dnia trzeciego wyszedł w końcu za granicę lasu i rzeczywiście jak z opowiadań ludzi od razu dostrzegł w oddali liczne wierze Twierdzy. „Stąd już tylko z górki, tylko że pod górkę” pomyślał odbijając już od rzeki, ale wciąż idąc po coraz bardziej stromym terenie.

Pod koniec piątego dnia wędrówki był już bardzo blisko potężnych murów należących do Czarodziei, a z dniem szóstym stał już u ich bram. Już od jakiegoś czasu wyczuwał ogromną liczbę zaklęć w okolicy. Szczególnie te, które miały za zadanie wykrywanie istot zbliżających się do zamku. Z tego powodu, kiedy zbliżał się do wejścia, drogę zagrodzili mu strażnicy.
-Czego tu szukasz nieumarły? - zawołała jakaś prawdopodobnie ważna postać stojąca na murach.
-Witajcie moi drodzy Czarodzieje. Przebyłem długą drogę z jeszcze dalszych krain, by zobaczyć waszą magię oraz zdobyć wiedzę niezliczonych ilości ksiąg, które mogą być starsze ode mnie.
-Niestety nie możemy cię wpuścić mroczna istoto. Zawróć lub idź dalej, nie jest to ważne tak długo jak opuścisz to miejsce.
-Spodziewałbym się lepszych manier i bardziej gościnnego powitania od istot szczycących się ogromną wiedzą magiczna, ale nigdy nie spodziewałbym się takiego rasistowskiego traktowania. To oburzające.
-Czekaj, co? - zapytał zdziwiony Czarodziej, a u reszty strażników było widać konsternację -Źle się zrozumieliśmy lichu. Może i jest to stanowcze, ale jest to jednak poparte polityką tego miejsca. Takie zasady. Wpuszczamy do środka jedynie Czarodziejów oraz okazjonalnie upoważnionych do tego kupców dostarczających przeliczne dobra. Dlatego nalegamy żebyś zawrócił.
-W takim razie odejdę. Nawet nie próbujcie mnie zatrzymywać. Wiedzcie też, że już nigdy tu nie powrócę, a słowo o tutejszej gościnie rozniesie się po świecie! Tak rzecze ja, Xelliks - oznajmił wyniośle uderzając się w pierś, po czym zrobił teatralny wręcz pół obrót i ruszył tam skąd przyszedł. Ostatnie co widzieli rezydenci Twierdzy to lisza agresywnie skrobiącego coś w swoim dzienniku, a niektórzy donosili również, że na odchodne mruczał coś pod nosem na temat kości niezgody.

Z dwóch miejsc, na które liczył, na jego nieszczęście do pierwszego go nie wpuścili. Dodatkowym problemem było to, że albo wyruszy w długą wędrówkę wokół góry do kolejnego miejsca, albo będzie musiał znaleźć przeprawę przez skały, żeby dostać się do Klasztoru Mrocznych Sekretów. Jako że żądza przygód buzowała w jego szpiku, stwierdził, że górska wyprawa brzmi interesująco. Wrócił więc on do rzeki Larr i ponownie zaczął iść w górę strumienia.

W międzyczasie Xelliks przeglądał swoje dotychczasowe zapiski z podróży. Uważnie przyglądał się szybko spisanej nazwie drugiego miejsca i zastanawiał się „Ciekawe, jakie tajemnice skrywają te stworzenia. Kto w ogóle stworzył Serkrety? Dlaczego są Mroczne? Czemu mają cały Klasztor przeznaczony swej mądrości? Alarania to naprawdę przedziwne miejsce”.

Kolejne dni podróży również minęły bez większego problemu. Choć pora dnia była mu obojętna to wolał podróżować, kiedy było jasno. Lubił podziwiać otaczające go tereny i górskie szczyty, a przy okazji uzupełniał alchemiczne zapasy. Nocami robił przerwy, uzupełniał magiczną energię oraz dla zabicia czasu odtwarzał sobie ostatnie chwile z dusz zbłąkanych istot, które zmarły w tym regionie. Tak też było łatwiej się poruszać, jako że po ciemku nic nie widział, a nie chciał przyciągać niepożądanej uwagi. Mimo licznych czarów ochronnych i tak nie chciał narażać się na niebezpieczeństwo ze strony zwierząt lub czegokolwiek co mogło czyhać na niego w mroku.

W końcu dotarł do stromych zbocz góry, w miejscu, w którym rzeka zanikała gdzieś wśród głazów. Nie widząc dalszej drogi, z pomocą magii zaczął żmudną wspinaczkę. Liczył na znalezienie jakiegoś przesmyku albo chociaż miejsca z małą ilością gruzu, przez którą mógłby przejść, albo chociaż z pomocą czarów przerzucić się na drugą stronę, jednakże nic nie wskazywało na to, żeby droga przez góry okazała się aż tak prosta. W trakcie dalszych poszukiwań, jego zmysł magiczny podpowiadał mu, że musi być jakieś wejście w głąb Szczytów, bo wyczuwał słabą energię magiczną z prawdopodobnie licznych form życia gdzieś pod powierzchnią, a to oznaczało, że gdzieś może być podziemne przejście. Przez resztę dnia błądził wśród głazów i osuwisk, podążając za przemieszczającą się gdzieś pod jego stopami energią co, w końcu, doprowadziło go do wysuniętej półki skalnej, pod którą znajdowało się wejście do jaskini, powoli przysypywane gruzem z wyższych części gór. Zadowolony z odkrycia bez zastanowienia ruszył w głąb mroku. Jako że takie miejsca mogą szybko okazać się bardzo niebezpieczne, jedyne z czego korzystał do poruszania się w ciemności to magia. Wytwarzając bardzo delikatny nacisk na swoje otoczenie, był w stanie wyczuć, co się wokół niego dzieje. Różnica w wysokości podłoża, gdzie znajdują się ściany jaskini, czy nawet czuwające pod sklepieniem pająki.

Po zbadaniu pierwszych kilkunastu kroków i określenia ich jako bezpiecznych, usiadł on nieopodal wejścia, dalej będąc dobrze skrytym w mroku. „Przerwa dobrze mi zrobi. Szczególnie że w takim miejscu wolałbym być pełnym energii na ewentualne starcia. Chętnie bym cię postawił na nogi Alorze, ale potrzebuję być w pełni sił. Może zobaczymy się po drugiej stronie. Dosłownie, jeżeli napotkamy coś groźnego”.
Awatar użytkownika
Ezra
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Na teren Środkowej Alaranii dostał się dziwną drogą. Szlak Samobójców był czymś, czego wcześniej nigdy nie doświadczył w swoim życiu. Od samego początku, w momencie, w którym postawił tam pierwszy krok, zaczął odczuwać przytłaczające go wręcz negatywne emocje – a im dalej szedł, tym mocniejszy był ich wpływ na jego psychikę. Walczył z tym siłą własnej woli. Walczył, żeby nie poddać się aurze tego miejsca. Po stanie, w jakim był droga, było widać, że nie jest ona często wykorzystywana. Bardziej sprawiała wrażenie takiej, z której korzysta się tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne. Z drugiej strony… miejsce to miało też swój dziwny, może nawet magiczny, urok. Ezra rozglądał się uważnie, choć robił to tylko czasami – wolał skupić się na drodze ciągnącej się przed nim.
Widok majaczących na horyzoncie zabudowań przywitał z ulgą. Domyślił się, że tam skończy się jego walka z aurą tego miejsca. Przyspieszył nawet nieco, żeby tylko znaleźć się tam szybciej. Wybawienie? Nie, to tylko Północna Brama – a przynajmniej tak była podpisana na mapie, którą zakupił, gdy przygotowywał się do wyruszenia w te strony. Strażnicy pilnujący przejścia spojrzeli tylko na niego wzrokiem, którym starali się ocenić, czy będzie sprawiał zagrożenie i, jeśli już, to jak duże. A on, cóż, nie chciał takiego sprawiać. Nie przyszedł tu przecież po to, żeby kogoś zabić lub coś zniszczyć, a po to, żeby badać i odkrywać. Dlatego też po prostu przeszedł przez twierdzę, ale nie obyło się też bez jego ciekawskiego rozglądania się – nie było tak, że pierwszy raz widział taką budowlę, ale nigdy wcześniej niedane było mu ujrzeć tej konkretnej.
        
✾✾✾✾✾
        
Dopiero, gdy opuścił twierdzę, raz jeszcze spojrzał w stronę gór, które dostrzegł już wcześniej. Ciągle znajdowały się po jego prawej stronie, tylko że teraz widział je o wiele lepiej i mógł też poświęcić im chwilę swojej uwagi. Przy okazji podjął też pewną decyzję, bo przecież, dlaczego nie zacząć zbierania materiałów właśnie od tych gór. Konkretniej, dlaczego nie od jaskiń, których na pewno znajduje się tu bardzo dużo? Na mapie tej części kontynentu znajdowały się też inne pasma górskie, które też zamierzał odwiedzić, ale to akurat miał właściwie pod nosem. Szybko zdecydował, że będzie ono dobrym miejscem na to, żeby zacząć.
Najpierw zahaczył jeszcze o najbliższe miasto – Rododendronię – w którym to uzupełnił zapasy i zdobył też nieco informacji na temat miejsca, w które się udawał. Wiedział, że powinien uważać na górzysty teren, przepaście i dzikie zwierzęta, ale dowiedział się też, że do tego musiał dodać również fellarian – rasę skrzydlatych ludzi, która zamieszkiwała Szczyty. Nie był pewien, jak zareagowaliby na wieść o tym, co robił w „ich” górach, więc dla własnego bezpieczeństwa i braku niepotrzebnych nieporozumień postanowił, że postara się nie wchodzić w drogę tym osobnikom. Z Rododendronii ruszył prosto w góry… i zatrzymał się nagle, mniej więcej, w połowie drogi. Rozejrzał się wokół, a później usiadł na kamieniu, który dostrzegł. Tak, naszkicowanie ich będzie dobrym wyborem. Szkic i kilka informacji na temat samych gór. Spędził na tym trochę czasu, ale chciał upewnić się, że na rysunku znajduje się wszystko to, co chciałby, żeby tam było. Wyraźnie zaznaczył pokryte śniegiem szczyty i otaczające je chmury, a także łagodne i te ostrzejsze spadki, po których już z daleka dało się ocenić, jaką drogę należy obrać, jeśli ktoś chciałby się tędy wspinać. Ruszył dalej, gdy stwierdził, że jest zadowolony ze swojego dzieła.

Na początku górska droga nie sprawiała mu żadnych trudności. Przy okazji zastanawiał się też, jaką jaskinię chciałby zbadać – taką, do której łatwo jest się dostać, czy może inną, która będzie stanowić pewne wyzwanie. Z drugiej strony, jego pierwsza książka nie była poradnikiem dla wspinających się po górach, a przewodnikiem po jaskiniach i bardziej chodziło w nim o to, na co można natknąć się w takich miejscach, na co uważać i jak się po nich poruszać. Kolejna też powinna taka być. Poza tym, ta jedna jaskinia nie musi być przecież jedyną, którą tu odwiedzi. A pierwszy rozdział jego drugiej książki – który prawdopodobnie zatytułuje „Górskie jaskinie Szczytów Fellarionu” - powinien zawierać opisy materiałów zebranych w więcej niż jeden jaskini. Dlatego mógł przecież zacząć od takiej, do której trudniej się dostać, przy okazji odświeżyć też trochę swe umiejętności wspinaczkowe, a później poszukać innych, z łatwiejszym dostępem do wejścia.
Najpierw jego uwagę zwróciła wysunięta półka skalna i dopiero to, co znajdowało się pod nią. Dostał się tam i od razu stwierdził, że już samo wejście jest dość niebezpieczne – było w pewnej części przysypane odłamkami skalnymi, które musiały spadać z góry. Istniało też ryzyko, że sama półka osunie się w końcu i całkowicie zakryje to przejście. Wiedział, co powinien zrobić na początku. Nie miał wątpliwości, że powinien zadbać o to, żeby nie stało się to w czasie, gdy on będzie przebywał w środku. Sięgnął do sakiewki z nasionami i wysypał po kilka nasion przy prawej i lewej stronie wejścia. Przykucnął na środku, przyłożył do skały obie dłonie – były ze sobą połączone kciukami, ale tworzyły literę „V”, z ramionami skierowanymi w te dwa miejsca, w których wysypał nasiona – i wyszeptał coś w mowie pradawnych. Nie znajdował się w sytuacji, w której musiał działać szybko, więc mógł skupić się na roślinach, które zaraz stworzy i skierować w nie energię magiczną. Jego dłonie zaświeciły się lekko zielonym blaskiem, który wniknął w skalne podłoże. Chwilę później z nasion wystrzeliły nagle skręcające się łodygi w brązowym kolorze, które nie tylko skruszyły to, co zasypało niewielką część przejścia, lecz także wplątały się w tworzące ją skałę i ją wzmocniły. Kilka z nich ulokował także pod półką skalną tak, żeby podtrzymywały ją. Jednocześnie pnącza te – już w kolorze ciemnego brązu i grubości przedramienia rosłego mężczyzny – wygryzły się korzeniami w skałę, zakotwiczyły się w niej, zupełnie jak statek kotwicą w podwodnym podłożu pod portem. Cały proces nie był specjalnie cichy, ale przecież nie spodziewał się spotkać kogoś w środku. Jeśli już, to jedynie jakieś zwierzęta, które przestraszone hałasem mogły schować się głębiej.

Wszedł do środka. W końcu. I jedynie kilka kroków wystarczyło, żeby poczuł zaskoczenie. Jego oczy zawsze szybko przyzwyczajały się do zmiany, dlatego mógł widzieć w ciemności niemalże od razu, gdy tylko zostawił światło dnia za plecami. Ujrzał nimi sylwetkę, może ludzką. Na początku wydawało mu się, że może jest to jakiś niefortunny poszukiwacz przygód, który tu zmarł, może w wyniku odniesionych ran. Tylko, że wystarczyło mu spojrzeć na to w inny sposób, pod względem wyszukiwania aur, żeby dowiedzieć się, że był w błędzie. Ten ktoś był jak najbardziej żywy. Chociaż, czy na pewno można powiedzieć to o kimś, kogo aura od razu oznajmia, że ma się do czynienia z kimś nieumarłym? W dodatku parał się on magią śmierci, co też niespecjalnie mu się podobało.
         – Nie spodziewałem się tu kogoś spotkać – odezwał się pierwszy. Pozwolił na to, żeby zaskoczenie rzeczywiście znalazło się w jego głosie.
         – Jestem wędrownym uczonym. Człowiekiem nauki, który bada jaskinie i spisuje to, czego się o nich dowiedział. Nie szukam zwady, więc opuszczę to miejsce i poszukam innego, które będę mógł zbadać. Na terenie tych gór na pewno znajduje się mnóstwo jaskiń – dodał, nieco zmusił się do tego, żeby wypowiedzieć tyle słów, ale wolał się wytłumaczyć przed kimś, kogo zamiarów w ogóle nie był pewien. Zrobił też krok w tył. Później drugi. Był gotowy do tego, żeby naprawdę wyjść z powrotem na zewnątrz i poszukać dla siebie innego miejsca.
Awatar użytkownika
Xelliks
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

Nie wiadomo, ile czasu zdążyło upłynąć od momentu wejścia do jaskini. Nie istniejący już prawie zegar biologiczny należący do nieumarłego również nie potrafił oszacować czy minął już dzień, czy jeszcze nie. Choć Xelliks nie może spać i jest on świadom otaczającego go świata i tego, co się w nim dzieje, to potrafi on wejść w specjalny rodzaj „hibernacji”, w którym to rozmyśla zawsze o dotychczasowych poczynaniach, nie zaprzątając sobie zbytnio głowy przemijającą chwilą. Jest to przydatna umiejętność w trakcie podróży, szczególnie dla kogoś, kto w ogóle nie sypia, niezależnie od pory dnia. Jego akt zamyślenia przerwały nowo powstałe dźwięki, które właśnie do niego dotarły od strony wejścia. Konkretniej były to odgłosy kroków. „Nie ma odpoczynku dla nieumarłych. Normalnie to wszyscy życzą po śmierci wiecznego spoczynku. Kolejny dzień z okrutnego życia pod ciągłą opresją istot żywych”.

Z pomocą wszystkich dostępnych mu zmysłów był w stanie zidentyfikować źródło odgłosów jako kroki osoby. I tak oto niedługo po tym, w brzasku światła dziennego ukazała mu się męska, rogata postać, która przystanęła w niewielkiej odległości przed nim. Skąpana w blasku, który uniemożliwiał przyjrzenia się obcemu, który widoczny był tylko jako cienista sylwetka. Nieznajomy najwidoczniej równie szybko spostrzegł, że nie jest w tym miejscu sam. Mimo że z trudem można było dojrzeć mężczyznę w świetlistej poświacie to na szczęście właśnie światło, wpadające częściowo do środka, pozwalało odczytać w pewnej mierze aurę rogatego przybysza. „Trafił swój na swego”.

Przypatrując się, czuł, że też jest obserwowany przez przybysza. Jednak ta chwila nie trwała zbyt długo, ponieważ dotychczasową ciszę przerwało zaskoczenie oraz przedstawienie się, jak się okazało, badacza jaskiń. Xelliks bardzo pewnym i szybkim ruchem poderwał się z ziemi, otrzepując z siebie część ziemi, kamieni i pająków i nawet nie zastanawiając się nad tym, czy w ogóle go widać w ciemnościach, wykonał przesadnie wyrafinowany ukłon.
-Uszanowanie wędrowcze – odpowiedział, po czym się wyprostował i zaczął mówić dalej.
-Mnie również zaskoczył fakt, że spotykam tu żywą duszę, a tym bardziej osoby tak cywilizowanej, jak ja, czyli wędrownego uczonego. Proszę, rozgość się w moich skromnych progach, które nie są ani moje, ani progami. Cała ta skalna jama może być wyłącznie twoja, jeśli chodzi o jej naukowe walory, ja jedynie oczekuję znaleźć w niej przejście na drugą stronę, góry rzecz jasna – kontynuował, cały czas gestykulując wręcz teatralnymi ruchami rąk.
-Jeśli również jak ja jesteś znużony podróżą, to chętnie pomogę dopilnować dobytku podczas odpoczynku, a nawet jeśli trzeba, to poczęstuję jakimś wytrawnym eliksirem na wzmocnienie sił. Zawsze trzymam jakiś w zapasie – wskazał po ciemku w stronę swojego dobytku.
-Nie przejmuj się pająkami, są jedynie zainteresowane gośćmi w swoim domu. Co najwyżej mogą przyjść i się przywitać. Mnie osobiście krzywdy nie zrobiły, ale to może dlatego, że posiadam rękę do zwierząt - mówiąc to, zdjął jednego pająka ze swojej szaty, położył go na ubranej w rękawiczkę dłoni i zaczął drugą ręką głaskać i zaczepiać palcem bezbronne stworzonko, które ewidentnie było rozdrażnione tym, że ktoś przeszkadzał w polowaniu. Próbowało nawet, bez skutku, gryźć Xelliksa w palce. Lisza to rozczuliło i twierdził nawet, że to takie maleńkie całusy. Zapytał nawet rogatą postać czy też by chciała pajęczego całusa, wyciągając dłoń ze zwierzęciem przed siebie.

Nieumarły mógł sprawiać wrażenie osoby nie do końca zdrowej na umyśle, co by się zgadzało, ale nie wyglądał również na takiego, co sprawiałby zagrożenie. Jego zachowanie było wyraźnie przyjacielskie, a jedynym problemem wydawał się brak poczucia niebezpieczeństwa ze strony prawdopodobnie jadowitych pająków.
-Jesteś profesjonalnym badaczem jaskiń, więc na pewno wiesz coś również o istotach żyjących pod ziemią. Czy wiesz może coś na temat serkretów? Podobno są mroczne i mają nawet własny klasztor. Właśnie jestem w drodze, by zobaczyć go na własne oczy.
To nie był jedyny problem.
Awatar użytkownika
Ezra
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Nie sięgnął po magię, nie sięgnął też do sakiewki z nasionami, aby użyć ich w czasie walki, która mogłaby nadejść. Po prostu nie chciał sprawiać wrażenia osoby ze złymi zamiarami wobec nieznajomego, który znalazł się tu pierwszy. Oczywiście, dostęp do energii magicznej, zaklęć i ich efektów mógłby uzyskać od razu, gdyby taka była potrzeba, jednak wcześniejsze przygotowanie się do tego sprawiało, że udawało mu się zrobić to jeszcze szybciej. Tylko, że wolał nie walczyć pierwszego dnia w nowej krainie, dlatego też zdecydował się na przeproszenie, odejście i poszukanie sobie innej jaskini do badań. Mimo wszystko, zanim odwrócił się na dobre, jeszcze przez chwilę obserwował nieznajomego. Widział, jak ten wstaje i kłania się przed nim – na to pozwalała mu zdolność widzenia w ciemnościach, naturalna dla jego rasy niczym oddychanie czy mruganie… albo rogi. Z których swoją drogą był zadowolony, jeśli chodziło o to, jak wyglądały jego rogi. Wolał ich prostotę niż skomplikowane plątaniny, które widywał u części ragarian. Nie to, żeby mu się nie podobało, bo w przypadku kobiet mogą dodawać im piękna i uroku, lecz jemu zwyczajnie by one przeszkadzały. Zwłaszcza, jeśli chodzi o to, kim był, gdzie przebywał i, co robił w czasie wykonywania swojego zawodu. Poczuł też coś jeszcze, oprócz przesady, którą widział – mógł widzieć ją tylko on, nie musiała się tam naprawdę znajdować – w ukłonie tajemniczego osobnika. Co? To, że tamten mu się przygląda. Nie zdziwiło go to, bo przecież sam też to robił i nawet czytał wcześniej aurę nieumarłego, więc on przecież mógł robić to samo. Może, gdyby był bardziej wyczulony na magię, udałoby mu się nawet wyczuć to, że jego aura jest przez kogoś odczytywana.
         – Czyli nie muszę jej opuszczać? Świetnie, to ułatwi mi przynajmniej kilka rzeczy – odpowiedział mu, wyraźnie ożywiony. Nawet uśmiechnął się lekko, choć nie był pewien, czy ten grymas faktycznie wyglądał jak trochę radosny uśmiech, czy może bardziej złowrogi. Taki, który miałby szalony naukowiec, gdy dowiedział się, że może tu przeprowadzać swoje – wątpliwej moralności – eksperymenty.
         – Przejście na drugą stronę? Skąd pewność, że znajduje się właśnie w tej konkretnej jaskini? Po drodze minąłem ich przynajmniej kilka, więc w całych górach na pewno znajduje się ich całkiem sporo. Niektóre można nawet łączą się ze sobą korytarzami – dopowiedział jeszcze i pokręcił głową, pozbył się w ten sposób natłoku myśli, który niechybnie sprawiłby, że pogrążyłby się w nich i zapomniał się na chwilę, ignorując w ten sposób nie tylko nowe otoczenie, lecz także nieznajomego, z którym teraz rozmawiał. Wolał do tego nie dopuścić i miał ku temu przynajmniej dwa powody – nie chciał urazić osoby, którą poznał przed chwilą i wolał też ciągle obserwować otoczenia i wspomnianą osobę, nie wiedział przecież nic o jej charakterze i może akurat próbował go zagadać i jednocześnie szykował też atak z zaskoczenia… Nawet, jeśli był to scenariusz, który miał małe szanse na zajście, to i tak musiał o tym pamiętać i o tym, że taka możliwość istniała.
         – Nie jestem zmęczony – odparł, a dobytek nieumarłego obdarzył jedynie krótkim spojrzeniem. Nie potrzebował niczego na wzmocnienie sił, tym bardziej nie musiał też odpoczywać. Był gotowy do pracy i do zbierania materiałów, motywacja i ciekawość dodawały mu sił.
         – Wydaje mi się, że nie będą do mnie podchodzić, a jeśli już, to jedynie przypadkowo – powiedział po chwili. Był o wiele większy od tych małych stworzeń, więc podejrzewał, że zwyczajnie będą się go bały, a jeśli były jadowite, to nie zaatakują go, jeżeli nie będzie im zagrażał. To akurat mógł powiedzieć o tych zwyczajnych pająkach. Bo wyglądały one na zwykłe, niemagiczne zwierzęta… ale i tak wolał nie zakłócać ich życia. Nie bardziej niż robił to teraz, bo można było przecież powiedzieć, że wtargnął teraz do ich domu.
Zmrużył oczy, gdy nieznajomy zaczął bawić się z pająkiem. Czy mu się tylko wydawało, czy jego palce były zdecydowanie za cienkie? Jakby… były to bardziej wyłącznie kości, niż kości pokryte ścięgnami, nerwami, mięśniami i skórą. To było dziwne, ale z drugiej strony mógł przecież mieć bardzo chude palce, a jego wzrok w ciemnościach nie rejestrował barw tak dobrze, jak w świetle. Pokręcił też przecząco głową, gdy wystawił w jego stronę pająka.
         – Serkretów? Nigdy o czymś takim nie słyszałem… Czytałem, że w tych górach znajduje się Klasztor Mrocznych SEKRETÓW, ale nie wiem niczego o tych serkretach – odpowiedział, ale poświęcił chwilę na zamyślenie się i „przejrzenie” swojej pamięci. Specjalnie zaakcentował też te „Sekrety” w nazwie klasztoru. Miał dziwne wrażenie, że osobnik ten źle usłyszał nazwę tego miejsca i może rzeczywiście chodzi mu o budynek, o którym sam Ezra wspomniał przed chwilą.

         – Początkowo pierwszą ekspedycję miałem odbyć samotnie, ale… jeśli chcesz, może mi towarzyszyć, może znajdziemy przejście do tego Klasztoru – zaproponował, chociaż brzmiał też jednocześnie tak, jakby sam nie do końca był pewien tego, czy na pewno chce powiedzieć to, co przecież przed chwilą opuściło jego usta. A jak już o tym mowa, to ciekawiło go, czy mężczyzna zauważył jego akcent. Wcześniej, gdy przechodził przez Północną Bramę, handlarz, z którym tam rozmawiał, niemalże od razu zwrócił uwagę na to, że brzmi trochę inaczej niż mieszkańcy tego miejsca i ogólnie ci, którzy zamieszkiwali Środkową Alaranię. Ezra tymczasem – mimo bardzo dobrej znajomości języka wspólnego – spodziewał się, że w jego głosie będzie dało się wyczuć ten północny akcent, chociaż może jedynie trochę, a nie tak bardzo, że „byle handlarz” będzie w stanie rozpoznać w nim cudzoziemca. Z drugiej strony… jak często bywają tu przedstawiciele jego rasy? Może już sam jego wygląd sprawia, że z miejsca jest brany za kogoś, kto pochodzi spoza Środka. Chociaż, z drugiej strony, nie był pewien, czy w tym konkretnym przypadku się to sprawdzi, bo przecież akurat jego wygląd mógł być mylący i mógł być brany za diabła.
         – Jestem Ezra – przedstawił się w końcu. Jednocześnie podszedł też bliżej nieumarłego i odruchowo wyciągnął w jego stronę dłoń.
         – Pójdę dalej, do wnętrza jaskini. Jeśli chcesz, zabierz swoje rzeczy i do mnie dołącz – dodał jeszcze. Tym razem był bardziej pewny wypowiadanych przez siebie słów. Może za drugim razem zorientował się, że sam Klasztor też może być czymś ciekawym. Poza tym, ten mężczyzna był pierwszą osobą, z którą porozmawiał dłużej i, która jednocześnie była mieszkańcem tych ziem.
Zaczął też rozglądać się po jaskini. I teraz przypomniał sobie o pająkach, ale jako o pierwszym stworzeniu, które trafi do jego materiałów, a nie o niebezpieczeństwie. Na jego szczęście, na ścianie siedział przedstawiciel tego gatunku – był też dziwnie identyczny jak ten, którego wcześniej chciał podać mu nieumarły. Ten sam osobnik czy może po prostu wszystkie był tej samej wielkości? Nie był pewien, więc zostawił te myśli i wyciągnął szkicownik, a także rysik wykonany z węgla do rysowania. Zatrzymał się, żeby nie spłoszyć pająka, i zaczął go rysować. Nie zajęło mu to wiele czasu, widać było wprawę w tym co robił i to, że nie jest to jego pierwszy szkic. Pod wizerunkiem zwierzęcia napisał też swoje spostrzeżenia, chociaż lepszą nazwą byłyby pytania, na które powinien poszukać odpowiedzi. „Jadowity?”, „Występuje tylko w jaskiniach w Szczytach Fellarionu czy może można je znaleźć w jaskiniach w całej Środkowej Alaranii?”, „Odżywianie?” i kilka innych.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Szczyty Fellarionu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość