Nowa AeriaKlient w parze z kłopotami...

Podczas Wielkiej Wojny Aeria została zrównana z ziemią, jedyne co po niej pozostało to sterta gruzów. Zanim Wielka Armia dotarła do miasta Król ewakuował ludność w góry, sam zaś zginą broniąc bram miasta. Po wojnie Aerczycy postanowili odbudować miasto, dziś na jego gruzach powstała Nowa Aeria - piękne, przyjazne, nowe miasto, niesplamione jeszcze żadną wojną.
Awatar użytkownika
Mikao
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mikao »

Na myśl o czekającej ich trójkę podróży, Mikao czuł wyraźną ekscytację. Ile to już lat minęło, odkąd razem z żoną porzucili wędrowny tryb życia…? Tyle, ile liczyła sobie ich córka, czyli… chyba dziewięć. Chyba. Tai bywał tak roztargniony, że zupełnie zapominał o istnieniu czegoś takiego jak kalendarz. W każdym razie, wiele liści opadło z drzew i wiele śniegów stopniało od tamtej pory i mężczyzna zastanawiał się, czy jeszcze choć trochę pamięta, jak to jest nocować pod gołym niebem, podziwiając gwiazdy. Albo kąpać się w leśnym strumieniu, krystalicznie czystym, ale za to zimnym jak lód. No i uważać na to, aby nie usiąść na jakimś mrowisku, nie wejść w gąszcz trującego bluszczu czy nie wpaść w łapy przygodnych rzezimieszków...
Cóż, teraz miał okazję wszystko to sobie przypomnieć. A przy okazji pokazać Svecie życie inne niż to, które znała do tej pory.
Na razie jednak wciąż szli przez nieobce im uliczki Nowej Aerii, mijając znajome budynki i twarze. Wiele osób, znając Mikao ze względu na dobrą reputację jego warsztatu, pozdrawiało maga uprzejmym skinieniem głowy lub machało w jego stronę. Speszony tą jawną atencją mężczyzna uśmiechał się pod nosem z zakłopotaniem i nieśmiało odpowiadał na te serdeczności, w charakterystycznym odruchu drapiąc się za uchem. Jego uwadze nie uszedł fakt, że spora część tych osób obrzucała Fenrira podejrzliwymi spojrzeniami. Na to jednak nie mógł nic poradzić. Mikao rzadko widywany był na mieście w towarzystwie, zwłaszcza tak… rzucającym się w oczy, więc obraz maga, idącego ramię w ramię z postawnym smokołakiem, był dość nietypowym zjawiskiem.
Na słowa Fenrira, dotyczące możliwych nieprzyjemności, Tai zmarszczył lekko brwi i westchnął.
- Czymże byłaby wycieczka w nieznane bez kilku dodatkowych atrakcji? - mruknął, niby półżartem, jednak w jego głosie dało się wyczuć delikatne napięcie. Przez chwilę milczał, zastanawiając się, jakiej odpowiedzi powinien udzielić towarzyszowi. - Nie martwię się o siebie. Ja sobie jakoś poradzę. Ale ona… - Ruchem głowy wskazał Svetę, podskakującą żywo na ścieżce, kilka kroków przed nimi. - Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało. Nie mówiąc już o tym, że jeśli choć włos spadnie jej z głowy, Nadye przerobi mnie w domu na gulasz… Dlatego chcę, żeby między nami była jasność. W trakcie podróży możesz liczyć na moje wsparcie w niektórych kwestiach. Gdyby doszło do… konfrontacji i gdyby któryś z nas w niej ucierpiał, co oczywiście mam nadzieję, że się nie wydarzy, postaram się posklejać nas ładnie do kupy. Ale moim priorytetem jest zapewnienie bezpieczeństwa mojemu dziecku. Więc jeśli będzie to wymagało wycofania się z obszaru walki, to tak właśnie postąpię.
Mikao mówił bardzo poważnie. Nie był tchórzem - i nie chciał, by Fenrir miał go za takowego - ale jego doświadczenie w bójkach było niemal zerowe. Poza tym miał miękkie serce i nie był pewien, czy byłby w stanie umyślnie kogoś skrzywdzić. Choć gdyby przyszło mu zrobić to w obronie córki… Miał nadzieję, że nie będzie konieczności, by się o tym przekonać.
Czuł jednak, że może zaufać smokołakowi. Gdyby tak nie było, nie zdecydowałby się na podróż w pierwszej kolejności. A skoro klamka zapadła, trzeba było zmierzyć się ze wszystkimi konsekwencjami tej decyzji.
Wychodząc poza mury miasta, Tai obejrzał się jeszcze za siebie. Chwilowo porzucił swój stateczny i na swój sposób satysfakcjonujący żywot miejskiego rzemieślnika i uzdrowiciela w jednym. Czy czuł się z tego powodu źle? Tego jeszcze nie wiedział. Wiedział natomiast, iż Sveta była w siódmym niebie. Podskakiwała w miejscu jak mała sprężynka, a jej ciekawski umysł zapewne już miał w zanadrzu lawinę pytań, którymi dziewczynka ich zasypie, lecz póki co, nie odzywała się ani słowem i wszystkimi zmysłami chłonęła pozamiejską atmosferę wolności. Prawdopodobnie była zbyt podekscytowana, żeby w ogóle móc się odezwać.
- Wracają stare wspomnienia… - odezwał się cicho Mikao, robiąc nosem głęboki wdech. W myślach cofał się do czasów, gdy razem z Nadye przemierzali piechotą Alaranię, nie wiedząc, gdzie znajdą się za rok o tej samej porze. To były dobre czasy. Co nie znaczy, że te, które nadeszły po nich, w czymkolwiek im ustępowały.
“No, Sancia, zgadnij kto niebawem wpadnie z wizytą”, pomyślał mag, cofając się jeszcze dalej, w lata swojej młodości i dzieciństwa. Próbował wyobrazić sobie, jak mogła w chwili obecnej wyglądać jego siostra, ale po chwili porzucił te próby. Sanaya nie była osobą, której zachowanie umiałby kiedykolwiek przewidzieć. Trudno więc było powiedzieć, w jaki sposób mógł zmienić się jej wygląd na przestrzeni lat. Mikao dowie się tego dopiero, gdy ją zobaczy.
Wędrowali kawałek w ciszy, każde najwyraźniej zatopione we własnych rozmyślaniach. Przez chwilę Tai miał ochotę po przyjacielsku zagadać Fenrira, ale ostatecznie wygrała nieśmiałość maga… I jego córka, która zaczęła już zadręczać smokołaka swoją paplaniną, której zdania najczęściej kończyły się znakiem zapytania.
- … Będziemy polować na jedzonko? Umiesz polować? Nauczysz mnie, jak się to robi? Przyjaciółka mi opowiadała, że w lesie można znaleźć dużo smacznego jedzenia. Skąd ono się w nim bierze? I dlaczego w mieście trzeba za nie płacić, skoro tutaj można je znaleźć i nie płacić nic? Gdybym mogła, zamieszkałabym w lesie i nie musiałabym mieć pieniążków, tato nie musiałby tyle pracować i mógłby swoją magią tworzyć dla mnie tyle fajnych rzeczy…!
Mikao przysłuchiwał się tej mocno jednostronnej rozmowie, czując jak dopadają go wyrzuty sumienia. Ostatnio rzeczywiście tak dużo uwagi poświęcał pracy - i tej za pieniądze, i tej w ramach bycia dobrym człowiekiem dla innych - że istotnie nieco zaniedbał ojcowskie obowiązki. Cóż, może podczas podróży zdoła nadrobić czas, który powinien był poświęcić swojemu dziecku… I zapewnić jej wspomnienia, które zostają do końca życia.
Oby tylko jak najlepsze.
- Jak długą drogę zamierzamy dzisiaj przebyć? - odezwał się nagle w stronę Fenrira. Nie zamierzał narzekać, ale ani on, ani Sveta, nie byli przyzwyczajeni do długodystansowych wędrówek i miał nadzieję, że nie będą zbytnio opóźniać marszu. - I jak długo w zasadzie zajmie nam droga do… gdzie Sanaya obecnie przebywa?
Czy Fenrir wspominał coś wcześniej o miejscu zamieszkania San? Możliwe. Mikao jak zwykle zapomniał, żeby to zapamiętać… Ech. Musiał się skupić. Nieuwaga czasem może słono kosztować, o tym mag wiedział doskonale. A przysparzanie problemów było ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował.

Awatar użytkownika
Fenrir
Splatacz Snów
Posty: 364
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Fenrir »

Smokołak – przyzwyczajony już do różnych spojrzeń, którymi obdarowywali go mieszkańcy miast i podróżnicy, których spotykał – nie przejmował się tym, jak patrzą na niego i jego towarzysza osoby, które chyba znały Mikao. Co prawda, ludzie ci nadal witali się z mężczyzną, jednak uwadze Fenrira nie umknęło też to, że ich nastawienie zmieniało się momentalnie, gdy tylko spoglądali na niego i jego łapę. Nie przejmował się tym, chociaż w takich sytuacjach przypomniały mu się dawne lata, gdy jeszcze źle się czuł z tym, że wyglądał inaczej i tym, że ludzie patrzyli na niego raczej nieprzychylnie, a przynajmniej zdecydowana ich większość, bo zdarzali się tacy, którzy zdawali się po prostu tego nie widzieć albo nie patrzyli na łapę jak na coś odmiennego, a bardziej, jak na coś normalnego, co po prostu jest częścią jego ciała. Wtedy też – lata temu – w takich sytuacjach najczęściej od razu kierował się w stronę bramy wyjściowej, przyspieszając kroku na tyle, żeby poruszać się szybkim marszem, ale też nie tak mocno, żeby przejść do truchtu lub biegu, bo tym mógłby zwrócić na siebie jeszcze większą uwagę – i to nie tylko zwykłych mieszkańców, lecz także strażników miejskich.
         – Nie będę miał ci za złe, jeśli postanowisz schować się gdzieś razem z córką albo uciec z niebezpiecznego miejsca. Zdaję sobie sprawę z tego, że jej bezpieczeństwo jest dla ciebie najważniejsze – odpowiedział smokołak. Mówił spokojnie, a w jego głosie dało się wyczuć to, że mówi prawdę, co jeszcze bardziej powinno uświadomić Mikao, że Fenrir rzeczywiście tak uważa. Zdawał sobie sprawę, że Sveta jest dzieckiem, które – w razie czego – będzie wymagało ochrony i zapewnienia jej bezpieczeństwa, o które sama nie będzie mogła się postarać. Fenrir już wcześniej mówił, że ma zamiar ochraniać zarówno ją, jak i jej ojca – i miał zamiar dotrzymać tej obietnicy do samego końca, czyli do momentu, w którym dotrą do miejsca, w którym mieszka Sanaya.

W końcu dotarli do bramy wyjściowej z miasta, a smokołak kolejny raz poczuł się trochę lepiej, będąc na terenach znajdujących się poza siedzibami ludzkimi. Widział też, że córce Mikao taka wyprawa naprawdę się podoba – widać to było po jej zachowaniu i sposobie, w jaki się poruszała. Zmiennokształtnemu nie przeszkadzało to, że dziewczynka nadal szła… a raczej podskakiwała, kilka kroków przed nimi, dopóki otaczały ich jeszcze jakieś ślady cywilizacji. Takie, które były czymś więcej niż tylko drogą, na której widać było ślady kopyt, butów i przejeżdżających tędy wozów.
Po jakimś czasie przekroczyli niewidoczną granicę między jednym obszarem i drugim. Fenrirowi właściwie nie przeszkadzała ta cisza, która zapanowała, bo sam nie był też osobą, która jako pierwsza zaczynała rozmowę tylko po to, żeby właśnie pozbyć się tego braku głosu w powietrzu.
         – Lepiej byłoby, gdyby szła bliżej nas – odezwał się, mówiąc o córce Mikao, która nadal wyprzedzała ich o dobrych kilka kroków. Już miał dodać, żeby może zawołał ją w ich stronę i powiedział jej, żeby nie oddalała się za bardzo, jednak Sveta sama się do nich zbliżyła, zanim jeszcze Fenrir zdążył odezwać się ponownie.
         – W lesie żyją zwierzęta, które można upolować i później upiec ich mięso nad ogniskiem. W lasach można też znaleźć różne rośliny jadalne jak jagody, poziomki albo maliny. Myślę, że wzięliśmy ze sobą spore zapasy jedzenia i nie będziemy musieli polować… ale jeśli się uda, możemy poszukać owoców leśnych – odpowiedział zmiennokształtny. Już wcześniej, poprzedniego dnia, gdy jadł kolację z Mikao, jego żoną i Svetą, na własnej skórze przekonał się, że dziewczynka lubi zadawać dużo pytań.
         – Lasy… hmm… jakby to powiedzieć… Są miejscami, w których panują inne, naturalne zasady. Są też schronieniem dla zwierząt, które żyją tu, pożywiają się i zwiększają swoją liczebność, co także dotyczy roślin. Oczywiście, można szukać ich i polować samemu, nie płacąc przy tym za mięso, skóry czy właśnie owoce leśne, ale jeśli kupuje się je, to wtedy tak naprawdę płaci się za pracę innych, jak na przykład myśliwych, którzy musieli wytropić i upolować zwierzę, którego mięso i skórę później albo sprzedają sami, albo sprzedaje je handlarz, który wcześniej kupił je właśnie od nich – dopowiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie rozmawia z osobą dorosłą, więc musiał mówić trochę prościej tak, żeby dziewczynka zrozumiała go. Nie był pewien, czy mu się to udaje, ale cóż, starał się mówić w sposób, który uważał za odpowiedni.

Przeniósł spojrzenie na Mikao, gdy zapytał go o to, jak długo będą podróżować.
         – Myślę, że was zmęczenie marszem dopadnie szybciej niż mnie, więc to ono będzie wyznacznikiem tego, jaką odległość pokonamy danego dnia. Po prostu mówcie otwarcie, gdy będziecie zmęczeni i wtedy poszukamy jakiegoś miejsca na krótki albo dłuższy odpoczynek – odparł. Nie czuł potrzeby dodawania, że on jest przyzwyczajony do długich marszy, bo Mikao na pewno domyślił się tego po wypowiedzi, która przed chwilą padła z jego ust. Z drugiej strony, Fenrir nie miał im też za złe tego, że podróż w takiej grupce może zająć więcej czasu niż wtedy, gdy odległość tą pokonywałby sam. Wiedział, że na świecie żyją ludzie, którzy mają swój dom, rodzinę i obowiązki, no i przez to wolą osiedlić się w jednym miejscu, zamiast podróżować po wielu, w żadnym z nich nie znajdując sobie kąta dla siebie. Znaczy… od jakiegoś czasu właściwie miał osobę, do której chciał wracać i też dom, w którym alchemiczka mieszkała, jednak już tak bardzo był przyzwyczajony do podróży, że najpewniej minie trochę czasu, zanim powie jej, że właściwie to może z nią zamieszkać i to na dłużej.
         – Sama droga powinna zająć nam… kilka dni. Na pewno nie więcej niż dwa tygodnie marszu, a jeśli spotkamy jakiś wóz, którego właściciel będzie chciał nas ze sobą zabrać, to może dotrzemy na miejsce jeszcze szybciej – odpowiedział, wcześniej chwilę zastanawiając się nad odległością i tym, ile – mniej więcej – będą w stanie przejść w ciągu jednego dnia. Postanowił też nie wspominać o tym, że prawdopodobnie komuś takiemu będzie trzeba zapłacić i to właśnie on zajmie się kwestią opłaty. Był najemnikiem, który zajmował się różnymi rzeczami, jednak jeśli chodziło o rodzaj pracy to… był dość elastyczny i przez to prawie zawsze udawało mu się znaleźć coś do zrobienia, przy czym będzie mógł też zarobić – dlatego też nie narzekał na brak ruenów lub małą ich liczbę.

Awatar użytkownika
Mikao
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Mikao »

         “Co właściwie stało na przeszkodzie, żeby kontynuować taki tryb życia po narodzinach Svety?” - zastanawiał się Mikao, kiedy jego córka zajęła się dręczeniem rozmową ich towarzysza podróży. Opuściwszy warsztat, odkrył, że ma teraz aż nadmiar czasu na rozmyślanie i zbyt mało spraw, o których mógłby rozmyślać. Poza, oczywiście, wyszukiwaniem w głowie najgorszych możliwych scenariuszy, które mogłyby przytrafić się jego rodzinie.
         O dziwo, czuł się całkiem dobrze, wędrując w nieznane, z dala od zgiełku miasta i wszędobylskich żebraków, którym nigdy nie umiał odmówić. Może i nie był już tym samym żądnym przygód młodzieniaszkiem - chociaż zapałem Sveta nadrabiała za ich oboje, a nawet więcej - lecz zachowywał niezłą kondycję, a świeże powietrze i zapach natury zdecydowanie mu służyły. Błądził myślami po niesprecyzowanych ścieżkach, jednym uchem słuchając rozmowy córki z Fenrirem. Uśmiechał się pod nosem. Był pewien, że podczas tej podróży dziewczynka wiele się nauczy; na pewno więcej, niż biegając całymi dniami po mieście z lokalnymi urwisami, robiąc kawały staruszkom i strażnikom miejskim…
         - Chciałabym zobaczyć polowanie. Chciałabym upolować dzika! - oświadczyła Sveta, nadal na krok nie odstępując Fenrira. - O, a mogłabym sama go wypatoczyć? Pochwalę się potem Gohanowi, bo on ciągle opowiada, że kiedyś wypatoczył wiewiórkę, ale ja jestem pewna, że nigdy niczego nie patoczył, bo to zwykły cienias - wydęła usta w ciup.
         - Sveta… - mruknął Mikao pod nosem, posyłając córce karcące spojrzenie.
         - A ty, tato, wypatoczyłeś kiedyś jakieś zwierzę?
         - Wypatroszyłem niejedno, owszem. Ale to było dawno temu - dodał szybko, widząc, że dziewczynce już zaświeciły się oczy - i nie wiem czy teraz umiałbym zrobić to tak wprawnie jak kiedyś. Choć, jeśli będzie okazja, możemy się o tym przekonać, co ty na to?
         - Tak! - Sveta wyszczerzyła ząbki i ponownie zwróciła się do Fenrira pseudokonspiracyjnym szeptem. - Wiedziałam, że mój tato wcale nie jest cieniasem…!
         Mikao pokręcił głową z mieszanką zażenowania i niedowierzania. Poprawił rzemyk zarzuconej przez ramię torby, nasunął okulary głębiej na nos i westchnął głęboko, acz pogodnie. Pokiwał głową, przyjąwszy do wiadomości informacje na temat planowanej długości podróży. Nie odezwał się w odpowiedzi, gdyż po prostu nie było już chyba nic do dodania, a sztuczne podtrzymywanie rozmowy nie leżało w charakterze maga.
         Słońce świeciło jeszcze wysoko, chowając się co jakiś czas za pojedynczymi chmurami; dzień był nadal bliższy swemu początkowi niż końcowi, podobnie jak wędrówka, która czekała podróżników. Na pewno będą musieli jeszcze dzisiaj zrobić kilka mniejszych przerw, ze względu na Svetę, która jakkolwiek energiczna i pełna zapału by nie była, nadal pozostawała tylko dziewięciolatką i ograniczały ją możliwości jej drobnego ciała. Na razie jednak się nie zapowiadało, by entuzjazm miał ją szybko opuścić. Zostawiwszy w końcu w spokoju smokołaka, biegała od jednego krańca ścieżki do drugiego, zbierając wszystko, co uznała za godne zainteresowania i chowała swe znaleziska do sakiewki, w którą matka wyposażyła ją dokładnie w tym celu. Co jakiś czas jeden z mężczyzn upominał ją, by zanadto się nie oddalała, jednak droga przed nimi póki co była prosta i jakieś większe zagrożenie raczej byłoby widoczne z daleka. Sytuacja ulegnie zmianie, kiedy wejdą do lasu, więc tak długo, jak środowisko sprzyjało, Mikao chciał pozwolić córce korzystać z poznanej właśnie swobody. Poza tym… chciał móc porozmawiać z Fenrirem bez bądź co bądź wścibskiej dziewięciolatki, która nie powinna słuchać wszystkich dorosłych spraw.
         - Kim są ludzie, bądź nieludzie, którzy na ciebie polują? - spytał bez ogródek, nie spuszczając wzroku z rzucającej kamieniami do potoku Svety. Nie chciał być wścibski, ale wiedząc zawczasu, z czym może mieć do czynienia, mógł lepiej przygotować się na różne ewentualności. Wątpił w swoją wartość jako wojownika, ale przecież dobra drużyna nie składała się wyłącznie z osób nastawionych na zadawanie obrażeń. Jako medyk mógł okazać się równie przydatny, chciał więc wiedzieć, jaki rodzaj urazów wchodził w grę. Rany cięte, kłute, szarpane, poparzenia, połamane kończyny, trucizny, szeroko rozumiane zaklęcia ofensywne lub klątwy… Z tymi ostatnimi Mikao miał nadzieję nie mieć styczności, bo długotrwałe efekty magiczne potrafią być upierdliwe i ciężkie do odwrócenia, chociaż w zasadzie w warunkach polowych każde z wyżej wymienionych obrażeń mogło okazać się katastrofalne w skutkach. Na szczęście mag zawsze miał przy sobie awaryjny zapas przydatnych narzędzi - jak scyzoryk, igła z nićmi czy niewielkie cążki - poupychanych w kieszeniach ubrań.
         - Nie muszę wnikać w szczegóły konfliktu, ale nie jestem szczególnie silny fizycznie, dlatego im więcej wiem o zagrożeniu, tym większą mam szansę, żeby obrócić sytuację na swoją korzyść. A na razie mogę się domyślić, że jest mowa o gościach, którzy nie są “cieniasami” - uśmiechnął się niemrawo, stukając się palcem w obojczyk, co miało symbolizować uszkodzoną wcześniej zbroję smokołaka.
         - Cóż, mam nadzieję, że uda nam się uniknąć bliższej konfrontacji.
         Miał jednak złe przeczucia w tej kwestii.
         Mniej więcej po dwóch godzinach od wyruszenia z miasta, Sveta zaczęła przejawiać pierwsze oznaki zmęczenia. Widać było jednak po niej, że starała się trzymać dzielnie i nie pokazywać po sobie, że potrzebuje przerwy. Biegała jeszcze bardziej chaotycznie i - o ile to w ogóle możliwe - zadawała mężczyznom jeszcze więcej pytań, od czasu do czasu chwaląc się tym, co udało jej się do tej pory znaleźć. W końcu jednak musiała się poddać.
         - Czy możemy stanąć na chwilkę? Tylko na pięć minut, obiecuję!
         Okolica wydawała się spokojna, a leżące tu i ówdzie kamienie wielkości ludzkiej głowy nie były najgorszym miejscem, by przycupnąć na chwilę i nawodnić organizm. Ostateczna decyzja odnośnie postoju jednak należała do przywódcy tej wycieczki; rzemieślnik nie chciał i nie zamierzał się rządzić. On sam nie odczuwał jeszcze konieczności odpoczynku, ale w końcu był dorosłym mężczyzną i wytrzymałością daleko przewyższał cztery razy młodsze dziecko, które nigdy nie miało do czynienia z tego typu wysiłkiem fizycznym. Postanowił jednak trochę się podroczyć z córką.
         - Czyżby ktoś tu się zmęczył? - spytał, unosząc brew.
         Wywołało to natychmiastową falę gniewu, widoczną na twarzy Svety.
         - Chyba ty! Ja mogę iść tak cały dzień! Iść i iść, i iść, i tak aż na koniec świata! Tylko… moje nogi nie chcą działać… O nie,a jeśli moje ręce też przestaną działać? Nie będę wtedy mogła niczego wypatoczyć…!
         Mikao powstrzymał szczerą ochotę, żeby parsknąć śmiechem i jedynie poczochrał rude włosy córki (za co otrzymał zirytowane prychnięcie). I zastanawiał się, po kim, na Prasmoka, to dziecko odziedziczyło takie zamiłowanie do krwi i przemocy...

Awatar użytkownika
Fenrir
Splatacz Snów
Posty: 364
Rejestracja: 6 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Fenrir »

Dlaczego miał wrażenie, że w trakcie tej podróży będzie mówił tyle, ile wcześniej nigdy nie mówił w tych wszystkich, które miał już za sobą? No tak, Sveta, córka Mikao. Dziewczynka była rozgadana i jednocześnie ciekawiło ją właściwie wszystko, co ją otaczało albo, co było związane z nim samym lub miejscem, do którego się udają. Może wyjdzie mu to na dobre? Teraz jeszcze tego nie wiedział i pewnie dowie się dopiero wtedy, gdy zacznie widzieć jakieś zmiany w sobie, które mogłyby być z tym powiązane. Poza tym… nadal miał małe wątpliwości co do tego, czy w ogóle dobrym pomysłem była ta propozycja i, czy nie okaże się, że Sanaya nie zareaguje pozytywnie na takie spotkanie z bratem i jego córką. Jeśli tak będzie, to nie będzie miał nic przeciwko wzięciu winy na siebie – chociaż wydawało mu się, że tak źle nie będzie.
         – Dziki są zbyt niebezpieczne dla małych dziewczynek – odpowiedział jej smokołak. Nie miał zamiaru jej okłamywać i mówić jej, że na pewno uda jej się upolować takie zwierzę. Leśne, dzikie zwierzę, z którym spotkanie może być groźne dla dorosłego mężczyzny, a co dopiero dla kogoś, kto ma przed sobą jeszcze całe życie.
         – Mogłabyś też nie dać rady naciągnąć odpowiedniego łuku lub kuszy. Bo, widzisz, łuk musi mieć odpowiedni naciąg i być odpowiedniej wielkości, żeby móc rozpędzić strzałę tak, żeby przebiła grubą skórę dzika – dopowiedział, przy okazji tłumacząc też jej, o co chodziło mu w pierwszym zdaniu. Wolał nie zostawiać tego jej domysłom.
         – Patroszenie zwierzęcia też nie jest czymś przyjemnym – dodał na koniec, jednak tego już nie rozwinął. Niekoniecznie chciał opowiadać o zapachu krwi, wnętrzności czy nawet martwego ciała. Mógłby jedynie wspomnieć, że zajęcie brudzi ubrania i ciało, jednak to też zostawił dla siebie i nie wspomniał o tym słowem. Niektórych rzeczy nie powinno się mówić małym dziewczynkom, nawet tak ciekawskim, jak Sveta.

         – Grupa bandytów grasujących w okolicznych lasach. Napadli na mnie w drodze do miasta, może myśleli, że będę dla nich łatwym celem. Starłem się z ich przywódcą, wcześniej pozbawiając życia tych, którzy rzucili się na mnie w pierwszej kolejności. Ten człowiek musiał skądś zdobyć magiczną buławę i walczył nią naprawdę dobrze. Uszkodził mi pancerz, co zresztą widziałeś na własne oczy. Wycofałem się za mury miasta, ale krzyczeli za mną, że mnie znajdą i dokończą to, co zaczęli – odpowiedział towarzyszowi podróży. Nie wyglądał na przejętego tym wszystkim, nawet tym, o czym wspomniał na koniec tej krótkiej opowieści.
         – Nie przejmowałbym się tym, że w czasie podróży natkniemy się na nich… Tacy ludzie rzadko kiedy dotrzymują takich „obietnic” - dodał jeszcze. Nie chciał oczywiście, żeby Mikao się tym przejmował. Co prawda, w jego głowie kłębiły się też myśli związane ze scenariuszem, w którym ci bandyci robią jednak to, co mu powiedzieli, że zrobią, ale nie miał zamiaru wspominać o tym bratu Sanayi. Po chwili westchnął, co było nie tylko sygnalizacją tego, że zmienił zdanie na temat czegoś, o czym – na razie – on sam wiedział, lecz też było związane z tym, co powiedział mężczyzna.
         – Jeżeli doszłoby do starcia z nimi, to tak naprawdę musielibyśmy się wtedy przejmować tylko ich przywódcą… którego wezmę na siebie. Reszta walczy bardzo przeciętnie, czyli tak, jak typowi bandyci, którzy walki uczyli się albo samodzielnie, albo od kolegów „po fachu”, którzy też znajdowali się w ich grupie – odparł, nawet wtedy był nie do końca przekonany, czy na pewno chce o tym mówić i może niepotrzebnie straszyć towarzyszy podróży, a także sprawiać, że w ich głowach – zwłaszcza w głowie Mikao – może pojawić się myśl o zagrożeniu, które jest szansa, że może nadejść.
         – Tak… Też wolałbym, żeby nasza podróż przebiegła spokojnie – dodał jeszcze. Nie przeszkadzałoby mu to, że bandyci i ich przywódca rzeczywiście mogliby zaatakować, jeśli podróżowałby sam. Teraz, gdy musiałby bronić życia nie tylko swojego, lecz także dwóch osób, z którymi podróżuje… taki scenariusz nie jest czymś pożądanym.

W swoich obliczeniach odnośnie czasu podróży, chyba niekoniecznie przewidział to, że będą musieli zatrzymywać się więcej niż dwa razy w ciągu dnia. Nie przewidział, że Sveta będzie ciągle biegała, zachwycała się przyrodą i zbierała to, co akurat wyda jej się ciekawe – może myślał, że dziewczynka będzie bardziej spokojna, zwłaszcza wtedy, gdy będą odpowiadali na jej pytania.
         – Poszukajmy jakiegoś odpowiedniego miejsca i zatrzymajmy się na chwilę – odparł, zgadzając się na odpoczynek. Wiedział, że Sveta nie będzie mogła podróżować tak długo, jak on czy Mikao, ale, cóż, jednak zakładał nieco mniej postojów. Nie miał też zamiaru zmuszać ją do marszu i do tego, żeby odczuwała jeszcze więcej zmęczenia, dlatego też zgodził się na zatrzymanie się w jakimś dobrym do tego miejscu.
Kamienie na jednej ze stron pobocza wydawały się odpowiedniej wielkości, żeby można było na nich usiąść, jednak Fenrir chciał znaleźć też jakieś drzewo, które będzie nad nimi rosło i zapewni im trochę cienia, aby nie musieli siedzieć bezpośrednio na słońcu. Dojrzał je już kilka kroków później, wyłoniło się zza niewielkiego wzniesienia, po którym biegła droga.
         – Myślę, że tam możemy się zatrzymać – powiedział to i wskazał dłonią drzewo, a także spore kamienie, które znajdowały się w jego cieniu. Już z tego miejsca było widać, że jest tam trochę chłodniej niż na drodze, na którą padają promienie słońca. Chociaż… gdy podeszli bliżej, smokołak zauważył, że trawa tu rosnąca wydaje się na tyle długa, że można usiąść bezpośrednio na niej, a plecy oprzeć o pień drzewa. Jak postanowił, tak zrobił.
         – Bezpośrednio na ziemi siedzi się wygodniej niż na kamieniu – odezwał się, a słowa te jednocześnie były wytłumaczeniem tego, co zrobił, a także propozycją związaną z tym, żeby pozostała dwójka może też zrobiła podobnie, nawet jeśli plecami opieraliby się o kamienie, a nie o drzewo, jak on. Nie był też głodny, jeszcze nie przynajmniej, jednak nie był jedynym, który nosił zapasy jedzenia, bo przecież Mikao też na pewno zabrał je zarówno dla siebie, jak i dla swojej córki.
         – Cisza, spokój… Czasem chciałoby się zostać w takim miejscu na dłużej – powiedział trochę ciszej, jakby słowa te kierował bardziej do siebie.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Nowa Aeria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość