Opuszczone Królestwo[Tymczasowy chwilowy obóz gdzieś pośrodku niczego] Komu w drogę temu konia

Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 2 miesiące temu
Kontakt:

[Tymczasowy chwilowy obóz gdzieś pośrodku niczego] Komu w drogę temu konia

Post autor: Koris » 1 tydzień temu

Koris przytroczył wszystkie swoje zabawki w całej ich ciężkiej okazałości do biednego zwierzęcia które zostało mu rzucone na pożarcie, przepraszam, na wykorzystanie do transportu nie-wolniejszego niż prędkość z jaką miała zamiar się przemieszczać Loraneel. O dziwo ich konie były podobnej klasy i umiejętności, co może być zaskakujące - spodziewałby się raczej po takich wrednostkach z jego strony i stosunkowo szorstkiej jak żwir początkowej znajomości jakiegoś ataku - na ten przykład ona by wzięła jakiegoś super konia co ma wszystkie konie pod sobą, a jemu dała osiołka. Z drugiej strony osiołki są super, więc by się nawet nie obraził. Teraz Koris zrozumiał, że jego życie jest pustsze bez osiołka i chce osiołka. I tak, tak, tutaj też, w momencie w którym Koris by wsiaidł na koń, mógłby rzucić bardzo niesympatycznym stwierdzeniem, że co to za cuda co to za dziwy - osioł na koniu!
Wracając jednak do sedna, Loraneel wszystkiego sobie z takich wrednostek postanowiła najwyraźniej odpuścić. Szkoda, niewątpliwie byłoby bardzo śmiesznie tak sobie podogryzać.
i cierpliwość w takim wypadku była raczej wadą, toż Loraneel musiała niechybnie zdawać sobie sprawę, że gdyby kopnęła Korisa w tyłek za bycie bucem to by na tym straciła bo nigdy nie spotka już kogoś równie wspaniałego.

-Kto nie próbuje ten wina nie pije, kto oszukuje tego łupie w krzyżu. - Podrapał się po głowie i zaczął chichotać. - Te zdanie kiedyś mi przepowiedział pewien czarodziej, stary jak sam świat. Za uratowanie mu życia, po tym jak pokonałem innego maga przynosząc miecz na pojedynek magiczny. Podobno po tym zdaniu, kobieta która wybuchnie śmiechem, będzie mi przeznaczoną i wyśnioną, tą jedyną w sensie. Dlatego teraz to często mówie i sprawdzam, bo to nigdy nie wiadomo, każda może być tą jedyną, tyle w końcu ryb w morzu, kwiatów na polanie… - Tak, Koris dalej się nie zamykał, momentami wydawało się, że całkowicie niezależnie od reakcji i odpowiedzi Loraneel, tak jakby sam sobie nadawał rytm i sam sobie grał i sam sobie tańczył we własnym werbalnym szaleństwie.

-I serio, wybacz mi to recytowanie aury panienko. Nie ukrywam, że świerżbiło mnie odkąd cię zobaczyłem. Straszny kontrast mnie uderzył. Ogłoszenie o szukaniu pojętnego zabijaki co to w każdej sytuacji da radę, paskudna tawerna w niemalże gettcie, spodziewałem się raczej jakiegoś najemnika szukającego innych najemników by po zdobyciu skarbu ich powybijać. Wiesz, takiego brzydkiego z mordy, brudnego chłopa dwa metry jak kucnie. A co zastałem? Piękną gładkolicą kobietę dookoła której wszyscy tańczą i nadskakują jakby w obawie o życie swoje i swoich potomków kilka pokoleń wprzód, żaden nawet nie rzuci nic lubieżnego ze strachu lub szacunku… No, kontrast mnie zabił i musiałem wyczytać twoją aurę by wiedzieć z kim mi przyjdzie współpracować. Czy się nie zmienisz nagle w gigasmoka czy inne tatałajstwo… - Ukłonił się lekko, mając szczerą nadzieję, że wyjaśnił jej całkowicie i klarownie powód swoich działań i swojego zachowania. W rzeczy samej w tym momencie akurat był szczery, serio intrygowało go solidnie kim lub czym ta kobieta jest, a mogła być w praktyce wszystkim i niczym.

Kiedy jednak dogryzła mu w sprawie czosnku, wzruszył ramionami.
-O walkę to ja się nie boje ni trochę. Z tym nie mam problemów. Tylko węch mam dość dobry, a większość nieumarłych jednak śmierdzi. Wole zapach świeżego czosnku niżli czyjeś ciało w stanie różnego zakonserwowania tudzież rozkładu fizycznego i duchowego.
Także wskoczył na swoje zwierze, przytulając się do zwierzaka mocno i szepcząc “kocham cię koniu pij ze mną wodę”. Zwierze conajmniej skonfundowane dalej poddało się działaniom i zabiegom Korisa, który dość sprawnie zrównał z koniem Loraneel, jednak minimalnie dając jej narzucać tempo i kierunek.
Podróż mijała stosunkowo dobrze. Kiedy przyszła pora napoić konie i dać im trochę odpoczac, Koris wykorzystał swoje zapasy na plecach, a potem na koń przeniesione, by skonstruować namiot i palenisko. Nierozważnym byłoby w nocy podróżować.
-Możesz spać, ja wezmę wartę. Zdrzemnę się potem w drodze, jak przywiąże swojego konia do twojego. Co to ja miałem. A. W Nie wiem, co planujesz robić w Nemerii, ale boję się, że może to wiązać się z obfitą ilością walk. Mam jedną… radę i prośbę, co do naszej współpracy. Jeśli będzie sytuacja, nie daj prasmoku aby to się wydarzyło, że będziemy w sporej niedowadze liczebnej, a sytuacja będzie ciężka… zostaw mnie i uciekaj. Jest pewien as w moim rękawie, ale dla dobra wszystkiego co święte lepiej, żeby nie było cię wtedy w pobliżu. Dla twojego własnego bezpieczeństwa. Więc kiedy każe ci uciekać proszę byś mnie wysłuchała. - Po tych słowach i nielicznych gadkach o niczym w których Koris próbował zaaktywizować i wyciągnąć coś nowego i coś ciekawego z Loraneel - przyszła pora na sen.
A rano na przywiązanie konia i sen na grzbiecie, zasłużony odpoczynek dla Korisa będący w planach, jeśli noc nie postanowi ich czymś zaszczycić - jak atak z zaskoczenia bandy wagabondów.

Awatar użytkownika
Loraneel
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel » 1 tydzień temu

Koris mógł sobie tłumaczyć to jak chciał. Nie zabraniała mu przecież aurze się przyjrzeć, nic w tym zbrodniczego nie było. Ciekawość - rzecz ludzka i nie tylko przecież. Jednakże darować mógł sobie to ostentacyjne recytowanie i opisywanie kolejnych rzeczy po kolei. Nikt nie lubił chyba takich rzeczy słuchać. Mógł także choć podjąć próbę przed czytaniem aury zapytania jej o interesujące go kwestie. Czarodziejka nie ukrywała swojego pochodzenia, co widać było po złotych błyskach w oczach, nie wstydziła się też tego czym się zajmowała, bez trudu mogła więc powiedzieć, że bada magię demonów i to ją najbardziej interesuje. Naprawdę nie skrywała wielu tajemnic, choć nie była wylewna i nie zwierzała się ze wszystkiego po pięciu minutach znajomości. Może to było powodem jego zachowania?
Niezależnie od motywów, upokarzającym się jej jednak zdawało bycie ocenianą na podstawie aury, jakby to ona mówiła o niej najwięcej, a tak naprawdę nie definiowała niczego. Choć najemnik może i wiedział jaką magią się posługuje i na ile jest sprawna fizycznie, tak nie miał pojęcia o jej życiu, motywach jakie nią kierują czy celach. Czyli nie wiedział nic, a zachowywał się..
Takie rozważania skutecznie popsuły jej nastrój. Jechała więc obrażona, a zatem cicha i nierozmowna, zdawkowo odpowiadając na zaczepki i pytania najemnika, co przeszło jej dopiero po kilku godzinach. Być może opuszczenie miasta i wyjechanie na otwartą przestrzeń także w tym pomogło - zdające się nie mieć kresu zielone równiny kojąco działały na umysł i emocje, tak samo jak chwila wściekłego galopu na jaką pozwoliła sobie niedługo po wyjeździe z miasta. Siwek dał z siebie wszystko, z radością przyjmując możliwość rozwinięcia skrzydeł. Przez większość czasu czarodziejka nie pozwalała sobie i jemu na takie ekscesy, ale oboje potrzebowali rozładowania emocji i energii. Loraneel, mimo pokazania się jako sztywna i zbyt arystokratyczna to okazała się dobrym jeźdźcem, współpracującym z koniem, ale nie dającym mu za dużo swobody. Jej koń jednak, ze znacznie mniejszym obciążeniem, widocznie czuł z tej przejażdżki więcej przyjemności niż obciążony jak muł gniadosz zmiennokształtnego. Po tym momencie rozluźnienia jednak wróciła do stabilnej jazdy w porządnym tempie, bez szaleństw jednak i bez zbytniego męczenia koni. I tak udało się im pokonać więcej drogi niż sama demonolożka by podejrzewała. Znaleźli jakąś niewielką rzekę przecinającą równinę jak blizna i oboje uznali, że zarówno im jak i przede wszystkim zwierzętom należy się odpoczynek. Słońce dopiero zaczynało się chylić ku zachodowi, mieli więc czas się przygotować do nocy. Kiedy Koris przygotowywał ogień i namiot, ona rozsiodłała wierzchowce, napoiła i przywiązała w miejscu gdzie miały wystarczająco miejsca by coś zjeść, położyć się i mieć dostęp do wody. Sama też uzupełniła ich bukłaki w świeżą wodę, póki mieli okazję. Koniec końców, sama także wykorzystała moment by się obmyć z brudu drogi, wyczesać z włosów pył i kurz i dać odpocząć nogom w chłodnej wodzie. Wiązane buty, choć wytrzymałe i dobre do drogi, wymagały rozchodzenia i na razie nie były zbytnio wygodne.
Jednak na propozycję kotowatego nie mogła się zgodzić.
- Jesteś gwarantem mojego bezpieczeństwa, co oznacza, że masz wyć wypoczęty i przygotowany do walki - oznajmiła kategorycznie - Warty będą na zmianę, możesz wziąć pierwszą i potem odpocząć na koniu - dodała, siadając przy ogniu i wyjmując swoje zapasy. Suszone, solone mięso, kandyzowane owoce, suchary, orzechy. Nie było to nic niezwykłego, jednak czarodziejka starała się dbać o to, by w czasie drogi nie zabrakło jej energii. Uniosła głowę na stwierdzenie zmiennokształtnego, zmarszczyła lekko brwi.
- I ja ci coś powiem i lepiej w to uwierz - zaczęła spokojnie - Jeśli sytuacja będzie ciężka to nie będziesz musiał mnie namawiać do ucieczki. To, co chce zdobyć jest ważne, ale nie tak ważne jak moje życie - wzruszyła ramionami - Ale skoro masz jakiś as w rękawie, tym lepiej - dodała. Koniec końców, wyjęła z juków mniejszy bukłak z wytłoczonym jakimś herbem.
- Poczęstujesz się? - zaproponowała i to chyba była pierwsza miła rzecz jaką zrobiła przez cały dzisiejszy dzień. W środku nie było jednak wody, lecz wino. Nie tak stare i wytrawne jak lubiła, ale lepiej nadające się do drogi. Popijając je, czarodziejka pokazała kolejną rzecz jaką uznała za istotną na tyle, by wziąć ją do podróży - gruby notes w skórzanej oprawie, wypełniony grupo ponad połowę jej odręcznymi notatkami. Większość spisana była we wspólnym, wiele było też rysunków przedstawiających podstawy rytuałów, ryciny składników lub potrzebnych przedmiotów, trochę wiadomości była napisana w czarnej mowie. Dziewczyna zaczęła je studiować i to zajęło jej większość wieczoru, aż zapadła całkowita ciemność, a ją zmęczyło migotliwe światło ogniska. Wtedy wycofała się do namiotu, by przespać sporą część nocy i później zamienić się z Korisem.
Obudziła go niedługo po świcie i była już przygotowana do drogi. Włosy miała splecione w długi, ciasny warkocz i dwie spinki porządkujące luźne pasma. Podobnie jak poprzedniego dnia miała na sobie spodnie, ale dziś na lnianej koszuli nosiła czarny, krótki serdaczek obramowany przy szyi szarym futerkiem. W uszach nie miała kolczyków, z dłoni zniknął też drogi pierścień. Ciemne rękawiczki z koronką ochraniały dłonie. Czarodziejka dała kotowatemu się rozbudzić, ale nie miał na to wiele czasu, szybko wyruszyli w drogę. Tym razem musieli robić postoje w czasie drogi, konie nie mogły jechać bez przerwy cały dzień jeśli miały im długo posłużyć. W międzyczasie dość swobodnie zagadnęła Korisa o ów as w rękawie o którym wspomniał, ale nie naciskała. Wieczór był podobny co poprzedni, i kolejny..
I tak im minęły trzy dni, aż w końcu napotkali na coś interesującego. Z daleka zobaczyli, a może najpierw usłyszeli, jak ktoś z krzykiem nadbiega w ich stronę, z boku. Głos brzmiał dziewczęco, niewielka figurka z daleka także wyglądała na żeńską. W pierwszej chwili zaciekawiona Loraneel zwolniła konia i spojrzała w jej stronę, osłaniając oczy od światła, ale równie szybko zainteresowanie straciła. Przyśpieszyła, widocznie chcąc uniknąć spotkania trzeciego stopnia z nieznajomą.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 2 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris » 1 tydzień temu

Nie, nie mógł Sobie darować. To właśnie jest kluczowe i tego zdaje się jeszcze Loraneel nie pojęła. Cóż, może i na to nadejdzie czas. W końcu znają się... zaskakująco krótko jak na tak dobrą relację bądź co bądź. Koniec końców umieli się ze sobą nawet komunikować, a to niekiedy przychodziło innym rozmówcom Korisa z trudem. Choć to akurat chyba zawdzięczyć można tylko stosunkowej cierpliwości Loraneel i temu, że nie łykała jego zaczepek jak uczyniłaby każda inna na jej miejscu, o jej wyglądzie i manierze, a pewnie posiadaniu i pochodzeniu.
Szkoda też wielka w tym, że Loraneel nie pokusiła się o otwarte wypowiedzenie swoich poglądów i opinii, a tylko je sobie pomyślała. Wszak gdyby na głos, słyszalnie dla Korisa, powiedziała, że nikt nie lubi słuchać takich rzeczu jak aura i jej aspekty - stanowczo by się z nią nie zgodził. On wręcz marzył, żeby ktoś próbował z niego czytać, odkrywać go i jego wspaniałość. A potem weryfikować to z rzeczywistością, która mogła okazać się tylko wspanialsza. Jeszcze wspanialsza od samej aury Korisa!
Zresztą, spytanie jej byłoby całkowicie nudne i nie na miejscu. To tak, jakbyś przed Sobą miała prezent. I zamiast go rozpakować, zerwać kokardkę i otworzyć pakunek, to pytasz się kulturalnie kogoś kto ci go wręczył co jest w środku po czym sobie idziesz, całkowicie taki kontentny tymi skrawkami wiedzy, jakby to było jakkolwiek wystarczające.
Zresztą po raz kolejny, czyjeś cele nie miały większego znaczenia dla Korisa. Całkowicie oczywistym było, że jeśli ktoś nie miał odpowiednich mocy, siły i umiejętności to nieważne były jego cele - i tak ich nie osiągnie. Z tego samego powodu Koris nigdy nie miał żadnych większych, kierujących nim celów - bo te by go ograniczały. Co innego, jeśli uznać podjęte zlecenie wyprawy jako cel, wtedy też miał nad tym faktem pełną władzę bo podejmował się na dobrą sprawę tylko takich zleceń które uznawał za możliwe do wypełnienia. Tak jak w przypadku nawiązania współpracy z Loraneel.

Nie zmienia to jednak nic w związku z tym, że Loraneel chyba źle przyjęła czytanie w niej jak w otwartej księdze. Coś, co ucieszyło by i to solidnie Korisa, dla niej było nie wiadomo jakim faux pas i się wzięła dziewuchą obraziła. Regularnie przez parę godzin zaczepiał ją jak tylko umiał, próbując nakłonić do jakiejkolwiek interakcji. A to nucił, a to śpiewał, a to proponował szarady - na które w końcu sam sobie odpowiadał, a to inne gry słowne... Wszystko byle jakkolwiek zaangażować Loraneel i móc ogłosić swoje zwycięstwo. Kobieta niestety tą partię gry w cichacza wygrała bo się nie odzywała mimo naprawdę usilnych starań śmiałka z kotem za pazuchą. Czy tam kocim ogonem.
Zwłaszcza usilnych, gdyż gdy wyjechali z obskurnego śmierdzącego milionem zapachów miasta, to od razu kotek jakoś nabrał więcej energii (to możliwe?) i był jeszcze bardziej energicznie raptowny (to nie możliwe). Koń demonolożki pędził i popisywał się ku uciesze swojej ujeżdzającej, z kolei koń Korisa... no, trochę się męczył. W którymś momencie podróży Koris przytulił się do zwierzaka, głaszcząc go po grzywie i powtarzając mu, że jak przeżyją tą eskapadę to od samego dźwigania rzeczy Korisa pan koń będzie miał mięśnie jak rasowy byk! Czy kto tam mógłby być idolem dla suchego klatą konia który mógłby trochę muskułów nadciągnąć.

Po zaskakująco długiej podróży - i zaskakująco wielkiej pokonanej odległości, dotarli do rzeki na równinie, co, o ile umiejętności Koris trochę posiadał tych od przetrwania, oznaczało kilka rzeczy: po pierwsze słodka woda dla zwierząt i dla nich po przegotowaniu na ogniu, po drugie w rzekach często są ryby więc jest i świeże pożywienie, co z kolei idąc dalej pozwalałoby zaoszczędzić suchego prowiantu i wydłużyć możłiwą trasę bez konieczności uzupełniania zasobów.
Przyjęcie więc takiego miejsca za miejsce odpoczynku było czymś idealnym i to bez dwóch zdań. Kiedy tylko konie zostały rozsiodłane przez Loraneel, on był akurat w trakcie rozkładania namiotu. Tutaj zastanawiała go reakcja Loraneel.
-Oczywiście namiot mamy wspólny. - Rzucił bez pardonu i bez zastanowienia. Rozkładana przez niego konstrukcja własna to była imponująca ciasnospakowana płachta i wieloelementowe rusztowanie które prawdopodobnie stanowiło połowę wagi ciężkiego bagażu kotowatego. - Kiedyś stosowałem zasadę prywatności i tego, że każdy ma swój własny namiot. Ale po tym jak odparłem atak kogoś próbującego poderżnąć mi gardło tylko po to by wyjść na pole krwi i namiotów pełnych trupów zrezygnowałem z tego luksusu. Tutaj nawet w momencie zawieszenia warty na czas zmiany lub toalety zawsze ktoś będzie blisko i będzie czas reagować. Trzeba minimalizować przestrzeń obozu i minimalizować możliwą przestrzeń ataku przez napastników. - Okazywało się właśnie, że gdy mowa o profesjonaliźmie i wykonywanej pracy to Koris nie był skłonny do żartów i takie rzeczy jak życie czy bezpieczeństwo swojego klienta brał stuprocentowo poważnie. Rodzi się tylko pytanie do jakich poświęceń byłby się w stanie posunąć gdyby nadeszła taka konieczność. Ale, oby nie musiało wyjść w praniu.
-Rozpalę ogień. Mam w plecaku garnek. Wodę trzeba przegotować jeśli chcesz ją brać z rzeki. Wystarczy, że kilkadziesiąt metrów dalej ktoś komuś poderżnął gardło i rozkładający się trup zakazi wodę na kilometry. Nie ryzykowałbym. - Rozpiął pasek jednego z tobołków i wyrzucił zapasy na siodło by nie dotykały ziemi, wyciągnął garnek i rozłożył go na ziemi. Przygotowany wcześniej ogień wystarczyło od góry przykryć owym garnkiem z wodą, stawiając go na stelażu który Koris zaimprowizował dzięki swojej magii z kilku kamieni tworząc kamienne filarki trzymające garnek idealnie. Zaskakująco sprawnie i instyktownie przychodziła mu taka forma czarowania co zapewne nie umknęło uwadze Loraneel - i czego zapewne nie przyzna ani nie uzna za imponujące w najmniejszym stopniu.
- Nie lubię mroku. Za bardzo zrywa płachtę cudownej tajemniczości. - Kiedy nadszedł mrok, a słońce zniknęło za horyzontem, Koris zamrugał kilkukrotnie i spojrzał się Loraneel prosto w oczy, uśmiechając sie. Fiołkowe, ludzkie oczy zwężyły się jak u kota i zdawały się pobłyskiwać, paradoksalnie nie blisko ognia, a gdy Koris patrzył w mrok.
-Widzę zwierzęta, drobne. Zające się budzą i inne ssaki. To dobry znak. Ich obecność tutaj oznacza, że w okolicy nie ma zbyt wielu większych drapieżników. To by oznaczało, że nasze zapasy są bezpieczne. - Nie polemizował z nią co do zasadności wart i ich obejmowania na zmianę. Ona płaci to ona decyduje o takich aspektach. Wzruszył jedynie ramionami.
-Lorka kochanie tu nie chodzi o nakłanianie. - Zaśmiał się cicho. - Rym wyszedł. Tu nie chodzi o to. Serio. Nie chcę na tą chwilę mówić wiecęj. Po prostu zaufaj mi, że w takiej sytuacji musisz uciekać, a ja mogę nie być zbyt rozmowy... Ale wszystko będzie dobrze. - Kolejny uśmiech, ale tym razem mocno zmartwiony. Zaniepokojony. Starcie klientki z jego klątwą, z którą nie umiał sobie nijak poradzić i nie umiał jej nijak przepracować. Ani pokonać. A jeśli jemu się nie udało to...
Poczuł zapach alkoholu nawet z odległości. Zmarszczył brwi i głęboko odetchnął, z wyraźnym niezadowoleniem.
-Nie piję w takich chwilach. Zmysły muszą być najostrzejsze jak się da. Możesz mi zostawić łyk na drogę. Dziękuję. - Dodał podziękowanie dopiero po kilku sekundach zastanawiając się czy jest ono konieczne, biorąc jednak poprawkę na to, że to dobrze wychowana pannica to pewnie wszystkie te zwroty grzecznościowe to conajmniej obowiązek.
Potem bez słowa siedział tyłem do ognia, spoglądając świecącymi kocimi gałami w dal jakby to, że jest tam jednolita węgielna pustka mroku zupełnie mu nie przeszkadzało. Przejmował się swoją pracą i to było widać. Nie pamiętał kiedy go zwolniła i objęła wartę, bo padł jak długi, blisko wyjścia z namiotu i blisko jej uwagi.
Kiedy kobieta zaczęła go budzić, niczym na zdalnym sterowaniu jak jakaś kukiełka wstał, założył kamizelkę i potruchtał do rzeki. Zanurzył w niej łeb cały do ramion, zaczął krzyczeć pod wodą, wypuszczając z Siebie powietrze.
-Zimna! Żyję! - Rozbudzenie stuprocentowe Koris gotowy do drogi i kolejnych cudownych pochopności życia codziennego.
-Ładnie wyglądasz, Loraneel. - Zebrał swoje śmieci, wypił resztkę wody z garnka nie przejmując się obecnym w nim motylem i wskoczył na koń.
Kolejna część podróży. Loraneel zaczęła być ciekawska. Odpowiedział jedynie, krótko i zwięźle - Klątwa. I przez trzy dni zero więcej informacji dotyczących posiadanego asa w rękawie, choć z samej rozmowy wywnioskować można było, że te stwierdzenie o "asie" było conajmniej ironiczne.
Nudę podróży i bezowocnych pogadanek przerwał krzyk, raczej przerażenia niźli radości czy zaskoczenia. Koris przystanął równo z Loraneel i spojrzał na nią.
-Cóż widzą twoje czarodziejskie oczy, Loraneel? - Widząc jednak całkowity brak zainteresowania ze strony demonolożki Koris zrobił to, co było w tym momencie najrozsądniejsze. Poczekał jeszcze kilka sekund, aż ich oczom ukazała się karykaturalnie paskudna postać, a raczej postacie. Kobietę goniła dwójka istot o nieludzkim kolorze skóry, posiadających dziwne, skrzące się tatuaże i rogi. Ogólnie nie byli zbyt piękni, ni ona ni on, wyglądając trochę jak...
-Piekielni, prawda? Jesteś w stanie określić jacy? Coś musiało pójść baaardzo nie tak, może być zabawnie. No i niewidzialność, ale krótkotrwała. Hm. - Zwinnym ruchem odpiął swoje śmiecie z konia zrzucając z niego sporą wagę, chwycił jedynie swoje ukochane zawiniątko... postawił konia niemalże na baczność i z iście bojowym okrzykiem rzucił się w stronę biegnącej postaci ratować jej życie, godność i cnotę. W pełnej prędkości, pokrzykując "za mną, Loraneel!"
Popędzając konia by biegł ile sił, sam zaparł się nogami o uzdy by wyprostować sylwetkę, spiąć łopatki i wspiąć się na grzbiet zwierzaka. Balansując w iście koci sposób na kłusującym koniu rozwinął płachtę ze swojego zawiniątka, odsłaniając imponujących rozmiarów bo ponad metrową patę. Pata zasłaniająca dłoń, aż za nadgarstek w bardzo wyrafinowany i stonowany sposób ozdobiona z ostrzem gładkim, połyskującym... i wyginającym się w pół-serce?
Koris uśmiechnął się do ostrza w bardzo szczery i pełen emocji sposób.
-Ja Ciebie też, Bratan! - Po tych słowach broń się wyprostowała, gotowa do wykonywania poleceń swego mistrza i przyjaciela w skromnie nieskromnej postaci Korisa. Jego ambitny plan to zajechanie dziewki od tyłu by odciąć ją od tych istot... jak założył, tak zrobił. Jak szaleniec w opętańczym pędzie rozdzielił drogę krzyczącej dziewuchy i dwóch piekielnych istot zeskakując z konia na ziemię w pół-salcie.

Jednak nikogo nie zastał, gdyż napastnicy znów stali się niewidzialni.
-Kurwa, tego nie przewidziałem. Loraneel?! - Krzyknął donośnie, by demonolożka podsunęła mu jakikolwiek pomysł. Będąc gotowy do ataku zaczął się rozglądać, zmniejszając dystans do dziewuchy i próbując ją zasłonić przed atakiem jeśli takowy nadejdzie.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Opuszczone Królestwo”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość