Opuszczone Królestwo[Tymczasowy chwilowy obóz gdzieś pośrodku niczego] Komu w drogę temu konia

Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

[Tymczasowy chwilowy obóz gdzieś pośrodku niczego] Komu w drogę temu konia

Post autor: Koris »

Koris przytroczył wszystkie swoje zabawki w całej ich ciężkiej okazałości do biednego zwierzęcia które zostało mu rzucone na pożarcie, przepraszam, na wykorzystanie do transportu nie-wolniejszego niż prędkość z jaką miała zamiar się przemieszczać Loraneel. O dziwo ich konie były podobnej klasy i umiejętności, co może być zaskakujące - spodziewałby się raczej po takich wrednostkach z jego strony i stosunkowo szorstkiej jak żwir początkowej znajomości jakiegoś ataku - na ten przykład ona by wzięła jakiegoś super konia co ma wszystkie konie pod sobą, a jemu dała osiołka. Z drugiej strony osiołki są super, więc by się nawet nie obraził. Teraz Koris zrozumiał, że jego życie jest pustsze bez osiołka i chce osiołka. I tak, tak, tutaj też, w momencie w którym Koris by wsiaidł na koń, mógłby rzucić bardzo niesympatycznym stwierdzeniem, że co to za cuda co to za dziwy - osioł na koniu!
Wracając jednak do sedna, Loraneel wszystkiego sobie z takich wrednostek postanowiła najwyraźniej odpuścić. Szkoda, niewątpliwie byłoby bardzo śmiesznie tak sobie podogryzać.
i cierpliwość w takim wypadku była raczej wadą, toż Loraneel musiała niechybnie zdawać sobie sprawę, że gdyby kopnęła Korisa w tyłek za bycie bucem to by na tym straciła bo nigdy nie spotka już kogoś równie wspaniałego.

-Kto nie próbuje ten wina nie pije, kto oszukuje tego łupie w krzyżu. - Podrapał się po głowie i zaczął chichotać. - Te zdanie kiedyś mi przepowiedział pewien czarodziej, stary jak sam świat. Za uratowanie mu życia, po tym jak pokonałem innego maga przynosząc miecz na pojedynek magiczny. Podobno po tym zdaniu, kobieta która wybuchnie śmiechem, będzie mi przeznaczoną i wyśnioną, tą jedyną w sensie. Dlatego teraz to często mówie i sprawdzam, bo to nigdy nie wiadomo, każda może być tą jedyną, tyle w końcu ryb w morzu, kwiatów na polanie… - Tak, Koris dalej się nie zamykał, momentami wydawało się, że całkowicie niezależnie od reakcji i odpowiedzi Loraneel, tak jakby sam sobie nadawał rytm i sam sobie grał i sam sobie tańczył we własnym werbalnym szaleństwie.

-I serio, wybacz mi to recytowanie aury panienko. Nie ukrywam, że świerżbiło mnie odkąd cię zobaczyłem. Straszny kontrast mnie uderzył. Ogłoszenie o szukaniu pojętnego zabijaki co to w każdej sytuacji da radę, paskudna tawerna w niemalże gettcie, spodziewałem się raczej jakiegoś najemnika szukającego innych najemników by po zdobyciu skarbu ich powybijać. Wiesz, takiego brzydkiego z mordy, brudnego chłopa dwa metry jak kucnie. A co zastałem? Piękną gładkolicą kobietę dookoła której wszyscy tańczą i nadskakują jakby w obawie o życie swoje i swoich potomków kilka pokoleń wprzód, żaden nawet nie rzuci nic lubieżnego ze strachu lub szacunku… No, kontrast mnie zabił i musiałem wyczytać twoją aurę by wiedzieć z kim mi przyjdzie współpracować. Czy się nie zmienisz nagle w gigasmoka czy inne tatałajstwo… - Ukłonił się lekko, mając szczerą nadzieję, że wyjaśnił jej całkowicie i klarownie powód swoich działań i swojego zachowania. W rzeczy samej w tym momencie akurat był szczery, serio intrygowało go solidnie kim lub czym ta kobieta jest, a mogła być w praktyce wszystkim i niczym.

Kiedy jednak dogryzła mu w sprawie czosnku, wzruszył ramionami.
-O walkę to ja się nie boje ni trochę. Z tym nie mam problemów. Tylko węch mam dość dobry, a większość nieumarłych jednak śmierdzi. Wole zapach świeżego czosnku niżli czyjeś ciało w stanie różnego zakonserwowania tudzież rozkładu fizycznego i duchowego.
Także wskoczył na swoje zwierze, przytulając się do zwierzaka mocno i szepcząc “kocham cię koniu pij ze mną wodę”. Zwierze conajmniej skonfundowane dalej poddało się działaniom i zabiegom Korisa, który dość sprawnie zrównał z koniem Loraneel, jednak minimalnie dając jej narzucać tempo i kierunek.
Podróż mijała stosunkowo dobrze. Kiedy przyszła pora napoić konie i dać im trochę odpoczac, Koris wykorzystał swoje zapasy na plecach, a potem na koń przeniesione, by skonstruować namiot i palenisko. Nierozważnym byłoby w nocy podróżować.
-Możesz spać, ja wezmę wartę. Zdrzemnę się potem w drodze, jak przywiąże swojego konia do twojego. Co to ja miałem. A. W Nie wiem, co planujesz robić w Nemerii, ale boję się, że może to wiązać się z obfitą ilością walk. Mam jedną… radę i prośbę, co do naszej współpracy. Jeśli będzie sytuacja, nie daj prasmoku aby to się wydarzyło, że będziemy w sporej niedowadze liczebnej, a sytuacja będzie ciężka… zostaw mnie i uciekaj. Jest pewien as w moim rękawie, ale dla dobra wszystkiego co święte lepiej, żeby nie było cię wtedy w pobliżu. Dla twojego własnego bezpieczeństwa. Więc kiedy każe ci uciekać proszę byś mnie wysłuchała. - Po tych słowach i nielicznych gadkach o niczym w których Koris próbował zaaktywizować i wyciągnąć coś nowego i coś ciekawego z Loraneel - przyszła pora na sen.
A rano na przywiązanie konia i sen na grzbiecie, zasłużony odpoczynek dla Korisa będący w planach, jeśli noc nie postanowi ich czymś zaszczycić - jak atak z zaskoczenia bandy wagabondów.

Awatar użytkownika
Loraneel
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel »

Koris mógł sobie tłumaczyć to jak chciał. Nie zabraniała mu przecież aurze się przyjrzeć, nic w tym zbrodniczego nie było. Ciekawość - rzecz ludzka i nie tylko przecież. Jednakże darować mógł sobie to ostentacyjne recytowanie i opisywanie kolejnych rzeczy po kolei. Nikt nie lubił chyba takich rzeczy słuchać. Mógł także choć podjąć próbę przed czytaniem aury zapytania jej o interesujące go kwestie. Czarodziejka nie ukrywała swojego pochodzenia, co widać było po złotych błyskach w oczach, nie wstydziła się też tego czym się zajmowała, bez trudu mogła więc powiedzieć, że bada magię demonów i to ją najbardziej interesuje. Naprawdę nie skrywała wielu tajemnic, choć nie była wylewna i nie zwierzała się ze wszystkiego po pięciu minutach znajomości. Może to było powodem jego zachowania?
Niezależnie od motywów, upokarzającym się jej jednak zdawało bycie ocenianą na podstawie aury, jakby to ona mówiła o niej najwięcej, a tak naprawdę nie definiowała niczego. Choć najemnik może i wiedział jaką magią się posługuje i na ile jest sprawna fizycznie, tak nie miał pojęcia o jej życiu, motywach jakie nią kierują czy celach. Czyli nie wiedział nic, a zachowywał się..
Takie rozważania skutecznie popsuły jej nastrój. Jechała więc obrażona, a zatem cicha i nierozmowna, zdawkowo odpowiadając na zaczepki i pytania najemnika, co przeszło jej dopiero po kilku godzinach. Być może opuszczenie miasta i wyjechanie na otwartą przestrzeń także w tym pomogło - zdające się nie mieć kresu zielone równiny kojąco działały na umysł i emocje, tak samo jak chwila wściekłego galopu na jaką pozwoliła sobie niedługo po wyjeździe z miasta. Siwek dał z siebie wszystko, z radością przyjmując możliwość rozwinięcia skrzydeł. Przez większość czasu czarodziejka nie pozwalała sobie i jemu na takie ekscesy, ale oboje potrzebowali rozładowania emocji i energii. Loraneel, mimo pokazania się jako sztywna i zbyt arystokratyczna to okazała się dobrym jeźdźcem, współpracującym z koniem, ale nie dającym mu za dużo swobody. Jej koń jednak, ze znacznie mniejszym obciążeniem, widocznie czuł z tej przejażdżki więcej przyjemności niż obciążony jak muł gniadosz zmiennokształtnego. Po tym momencie rozluźnienia jednak wróciła do stabilnej jazdy w porządnym tempie, bez szaleństw jednak i bez zbytniego męczenia koni. I tak udało się im pokonać więcej drogi niż sama demonolożka by podejrzewała. Znaleźli jakąś niewielką rzekę przecinającą równinę jak blizna i oboje uznali, że zarówno im jak i przede wszystkim zwierzętom należy się odpoczynek. Słońce dopiero zaczynało się chylić ku zachodowi, mieli więc czas się przygotować do nocy. Kiedy Koris przygotowywał ogień i namiot, ona rozsiodłała wierzchowce, napoiła i przywiązała w miejscu gdzie miały wystarczająco miejsca by coś zjeść, położyć się i mieć dostęp do wody. Sama też uzupełniła ich bukłaki w świeżą wodę, póki mieli okazję. Koniec końców, sama także wykorzystała moment by się obmyć z brudu drogi, wyczesać z włosów pył i kurz i dać odpocząć nogom w chłodnej wodzie. Wiązane buty, choć wytrzymałe i dobre do drogi, wymagały rozchodzenia i na razie nie były zbytnio wygodne.
Jednak na propozycję kotowatego nie mogła się zgodzić.
- Jesteś gwarantem mojego bezpieczeństwa, co oznacza, że masz wyć wypoczęty i przygotowany do walki - oznajmiła kategorycznie - Warty będą na zmianę, możesz wziąć pierwszą i potem odpocząć na koniu - dodała, siadając przy ogniu i wyjmując swoje zapasy. Suszone, solone mięso, kandyzowane owoce, suchary, orzechy. Nie było to nic niezwykłego, jednak czarodziejka starała się dbać o to, by w czasie drogi nie zabrakło jej energii. Uniosła głowę na stwierdzenie zmiennokształtnego, zmarszczyła lekko brwi.
- I ja ci coś powiem i lepiej w to uwierz - zaczęła spokojnie - Jeśli sytuacja będzie ciężka to nie będziesz musiał mnie namawiać do ucieczki. To, co chce zdobyć jest ważne, ale nie tak ważne jak moje życie - wzruszyła ramionami - Ale skoro masz jakiś as w rękawie, tym lepiej - dodała. Koniec końców, wyjęła z juków mniejszy bukłak z wytłoczonym jakimś herbem.
- Poczęstujesz się? - zaproponowała i to chyba była pierwsza miła rzecz jaką zrobiła przez cały dzisiejszy dzień. W środku nie było jednak wody, lecz wino. Nie tak stare i wytrawne jak lubiła, ale lepiej nadające się do drogi. Popijając je, czarodziejka pokazała kolejną rzecz jaką uznała za istotną na tyle, by wziąć ją do podróży - gruby notes w skórzanej oprawie, wypełniony grupo ponad połowę jej odręcznymi notatkami. Większość spisana była we wspólnym, wiele było też rysunków przedstawiających podstawy rytuałów, ryciny składników lub potrzebnych przedmiotów, trochę wiadomości była napisana w czarnej mowie. Dziewczyna zaczęła je studiować i to zajęło jej większość wieczoru, aż zapadła całkowita ciemność, a ją zmęczyło migotliwe światło ogniska. Wtedy wycofała się do namiotu, by przespać sporą część nocy i później zamienić się z Korisem.
Obudziła go niedługo po świcie i była już przygotowana do drogi. Włosy miała splecione w długi, ciasny warkocz i dwie spinki porządkujące luźne pasma. Podobnie jak poprzedniego dnia miała na sobie spodnie, ale dziś na lnianej koszuli nosiła czarny, krótki serdaczek obramowany przy szyi szarym futerkiem. W uszach nie miała kolczyków, z dłoni zniknął też drogi pierścień. Ciemne rękawiczki z koronką ochraniały dłonie. Czarodziejka dała kotowatemu się rozbudzić, ale nie miał na to wiele czasu, szybko wyruszyli w drogę. Tym razem musieli robić postoje w czasie drogi, konie nie mogły jechać bez przerwy cały dzień jeśli miały im długo posłużyć. W międzyczasie dość swobodnie zagadnęła Korisa o ów as w rękawie o którym wspomniał, ale nie naciskała. Wieczór był podobny co poprzedni, i kolejny..
I tak im minęły trzy dni, aż w końcu napotkali na coś interesującego. Z daleka zobaczyli, a może najpierw usłyszeli, jak ktoś z krzykiem nadbiega w ich stronę, z boku. Głos brzmiał dziewczęco, niewielka figurka z daleka także wyglądała na żeńską. W pierwszej chwili zaciekawiona Loraneel zwolniła konia i spojrzała w jej stronę, osłaniając oczy od światła, ale równie szybko zainteresowanie straciła. Przyśpieszyła, widocznie chcąc uniknąć spotkania trzeciego stopnia z nieznajomą.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris »

Nie, nie mógł Sobie darować. To właśnie jest kluczowe i tego zdaje się jeszcze Loraneel nie pojęła. Cóż, może i na to nadejdzie czas. W końcu znają się... zaskakująco krótko jak na tak dobrą relację bądź co bądź. Koniec końców umieli się ze sobą nawet komunikować, a to niekiedy przychodziło innym rozmówcom Korisa z trudem. Choć to akurat chyba zawdzięczyć można tylko stosunkowej cierpliwości Loraneel i temu, że nie łykała jego zaczepek jak uczyniłaby każda inna na jej miejscu, o jej wyglądzie i manierze, a pewnie posiadaniu i pochodzeniu.
Szkoda też wielka w tym, że Loraneel nie pokusiła się o otwarte wypowiedzenie swoich poglądów i opinii, a tylko je sobie pomyślała. Wszak gdyby na głos, słyszalnie dla Korisa, powiedziała, że nikt nie lubi słuchać takich rzeczu jak aura i jej aspekty - stanowczo by się z nią nie zgodził. On wręcz marzył, żeby ktoś próbował z niego czytać, odkrywać go i jego wspaniałość. A potem weryfikować to z rzeczywistością, która mogła okazać się tylko wspanialsza. Jeszcze wspanialsza od samej aury Korisa!
Zresztą, spytanie jej byłoby całkowicie nudne i nie na miejscu. To tak, jakbyś przed Sobą miała prezent. I zamiast go rozpakować, zerwać kokardkę i otworzyć pakunek, to pytasz się kulturalnie kogoś kto ci go wręczył co jest w środku po czym sobie idziesz, całkowicie taki kontentny tymi skrawkami wiedzy, jakby to było jakkolwiek wystarczające.
Zresztą po raz kolejny, czyjeś cele nie miały większego znaczenia dla Korisa. Całkowicie oczywistym było, że jeśli ktoś nie miał odpowiednich mocy, siły i umiejętności to nieważne były jego cele - i tak ich nie osiągnie. Z tego samego powodu Koris nigdy nie miał żadnych większych, kierujących nim celów - bo te by go ograniczały. Co innego, jeśli uznać podjęte zlecenie wyprawy jako cel, wtedy też miał nad tym faktem pełną władzę bo podejmował się na dobrą sprawę tylko takich zleceń które uznawał za możliwe do wypełnienia. Tak jak w przypadku nawiązania współpracy z Loraneel.

Nie zmienia to jednak nic w związku z tym, że Loraneel chyba źle przyjęła czytanie w niej jak w otwartej księdze. Coś, co ucieszyło by i to solidnie Korisa, dla niej było nie wiadomo jakim faux pas i się wzięła dziewuchą obraziła. Regularnie przez parę godzin zaczepiał ją jak tylko umiał, próbując nakłonić do jakiejkolwiek interakcji. A to nucił, a to śpiewał, a to proponował szarady - na które w końcu sam sobie odpowiadał, a to inne gry słowne... Wszystko byle jakkolwiek zaangażować Loraneel i móc ogłosić swoje zwycięstwo. Kobieta niestety tą partię gry w cichacza wygrała bo się nie odzywała mimo naprawdę usilnych starań śmiałka z kotem za pazuchą. Czy tam kocim ogonem.
Zwłaszcza usilnych, gdyż gdy wyjechali z obskurnego śmierdzącego milionem zapachów miasta, to od razu kotek jakoś nabrał więcej energii (to możliwe?) i był jeszcze bardziej energicznie raptowny (to nie możliwe). Koń demonolożki pędził i popisywał się ku uciesze swojej ujeżdzającej, z kolei koń Korisa... no, trochę się męczył. W którymś momencie podróży Koris przytulił się do zwierzaka, głaszcząc go po grzywie i powtarzając mu, że jak przeżyją tą eskapadę to od samego dźwigania rzeczy Korisa pan koń będzie miał mięśnie jak rasowy byk! Czy kto tam mógłby być idolem dla suchego klatą konia który mógłby trochę muskułów nadciągnąć.

Po zaskakująco długiej podróży - i zaskakująco wielkiej pokonanej odległości, dotarli do rzeki na równinie, co, o ile umiejętności Koris trochę posiadał tych od przetrwania, oznaczało kilka rzeczy: po pierwsze słodka woda dla zwierząt i dla nich po przegotowaniu na ogniu, po drugie w rzekach często są ryby więc jest i świeże pożywienie, co z kolei idąc dalej pozwalałoby zaoszczędzić suchego prowiantu i wydłużyć możłiwą trasę bez konieczności uzupełniania zasobów.
Przyjęcie więc takiego miejsca za miejsce odpoczynku było czymś idealnym i to bez dwóch zdań. Kiedy tylko konie zostały rozsiodłane przez Loraneel, on był akurat w trakcie rozkładania namiotu. Tutaj zastanawiała go reakcja Loraneel.
-Oczywiście namiot mamy wspólny. - Rzucił bez pardonu i bez zastanowienia. Rozkładana przez niego konstrukcja własna to była imponująca ciasnospakowana płachta i wieloelementowe rusztowanie które prawdopodobnie stanowiło połowę wagi ciężkiego bagażu kotowatego. - Kiedyś stosowałem zasadę prywatności i tego, że każdy ma swój własny namiot. Ale po tym jak odparłem atak kogoś próbującego poderżnąć mi gardło tylko po to by wyjść na pole krwi i namiotów pełnych trupów zrezygnowałem z tego luksusu. Tutaj nawet w momencie zawieszenia warty na czas zmiany lub toalety zawsze ktoś będzie blisko i będzie czas reagować. Trzeba minimalizować przestrzeń obozu i minimalizować możliwą przestrzeń ataku przez napastników. - Okazywało się właśnie, że gdy mowa o profesjonaliźmie i wykonywanej pracy to Koris nie był skłonny do żartów i takie rzeczy jak życie czy bezpieczeństwo swojego klienta brał stuprocentowo poważnie. Rodzi się tylko pytanie do jakich poświęceń byłby się w stanie posunąć gdyby nadeszła taka konieczność. Ale, oby nie musiało wyjść w praniu.
-Rozpalę ogień. Mam w plecaku garnek. Wodę trzeba przegotować jeśli chcesz ją brać z rzeki. Wystarczy, że kilkadziesiąt metrów dalej ktoś komuś poderżnął gardło i rozkładający się trup zakazi wodę na kilometry. Nie ryzykowałbym. - Rozpiął pasek jednego z tobołków i wyrzucił zapasy na siodło by nie dotykały ziemi, wyciągnął garnek i rozłożył go na ziemi. Przygotowany wcześniej ogień wystarczyło od góry przykryć owym garnkiem z wodą, stawiając go na stelażu który Koris zaimprowizował dzięki swojej magii z kilku kamieni tworząc kamienne filarki trzymające garnek idealnie. Zaskakująco sprawnie i instyktownie przychodziła mu taka forma czarowania co zapewne nie umknęło uwadze Loraneel - i czego zapewne nie przyzna ani nie uzna za imponujące w najmniejszym stopniu.
- Nie lubię mroku. Za bardzo zrywa płachtę cudownej tajemniczości. - Kiedy nadszedł mrok, a słońce zniknęło za horyzontem, Koris zamrugał kilkukrotnie i spojrzał się Loraneel prosto w oczy, uśmiechając sie. Fiołkowe, ludzkie oczy zwężyły się jak u kota i zdawały się pobłyskiwać, paradoksalnie nie blisko ognia, a gdy Koris patrzył w mrok.
-Widzę zwierzęta, drobne. Zające się budzą i inne ssaki. To dobry znak. Ich obecność tutaj oznacza, że w okolicy nie ma zbyt wielu większych drapieżników. To by oznaczało, że nasze zapasy są bezpieczne. - Nie polemizował z nią co do zasadności wart i ich obejmowania na zmianę. Ona płaci to ona decyduje o takich aspektach. Wzruszył jedynie ramionami.
-Lorka kochanie tu nie chodzi o nakłanianie. - Zaśmiał się cicho. - Rym wyszedł. Tu nie chodzi o to. Serio. Nie chcę na tą chwilę mówić wiecęj. Po prostu zaufaj mi, że w takiej sytuacji musisz uciekać, a ja mogę nie być zbyt rozmowy... Ale wszystko będzie dobrze. - Kolejny uśmiech, ale tym razem mocno zmartwiony. Zaniepokojony. Starcie klientki z jego klątwą, z którą nie umiał sobie nijak poradzić i nie umiał jej nijak przepracować. Ani pokonać. A jeśli jemu się nie udało to...
Poczuł zapach alkoholu nawet z odległości. Zmarszczył brwi i głęboko odetchnął, z wyraźnym niezadowoleniem.
-Nie piję w takich chwilach. Zmysły muszą być najostrzejsze jak się da. Możesz mi zostawić łyk na drogę. Dziękuję. - Dodał podziękowanie dopiero po kilku sekundach zastanawiając się czy jest ono konieczne, biorąc jednak poprawkę na to, że to dobrze wychowana pannica to pewnie wszystkie te zwroty grzecznościowe to conajmniej obowiązek.
Potem bez słowa siedział tyłem do ognia, spoglądając świecącymi kocimi gałami w dal jakby to, że jest tam jednolita węgielna pustka mroku zupełnie mu nie przeszkadzało. Przejmował się swoją pracą i to było widać. Nie pamiętał kiedy go zwolniła i objęła wartę, bo padł jak długi, blisko wyjścia z namiotu i blisko jej uwagi.
Kiedy kobieta zaczęła go budzić, niczym na zdalnym sterowaniu jak jakaś kukiełka wstał, założył kamizelkę i potruchtał do rzeki. Zanurzył w niej łeb cały do ramion, zaczął krzyczeć pod wodą, wypuszczając z Siebie powietrze.
-Zimna! Żyję! - Rozbudzenie stuprocentowe Koris gotowy do drogi i kolejnych cudownych pochopności życia codziennego.
-Ładnie wyglądasz, Loraneel. - Zebrał swoje śmieci, wypił resztkę wody z garnka nie przejmując się obecnym w nim motylem i wskoczył na koń.
Kolejna część podróży. Loraneel zaczęła być ciekawska. Odpowiedział jedynie, krótko i zwięźle - Klątwa. I przez trzy dni zero więcej informacji dotyczących posiadanego asa w rękawie, choć z samej rozmowy wywnioskować można było, że te stwierdzenie o "asie" było conajmniej ironiczne.
Nudę podróży i bezowocnych pogadanek przerwał krzyk, raczej przerażenia niźli radości czy zaskoczenia. Koris przystanął równo z Loraneel i spojrzał na nią.
-Cóż widzą twoje czarodziejskie oczy, Loraneel? - Widząc jednak całkowity brak zainteresowania ze strony demonolożki Koris zrobił to, co było w tym momencie najrozsądniejsze. Poczekał jeszcze kilka sekund, aż ich oczom ukazała się karykaturalnie paskudna postać, a raczej postacie. Kobietę goniła dwójka istot o nieludzkim kolorze skóry, posiadających dziwne, skrzące się tatuaże i rogi. Ogólnie nie byli zbyt piękni, ni ona ni on, wyglądając trochę jak...
-Piekielni, prawda? Jesteś w stanie określić jacy? Coś musiało pójść baaardzo nie tak, może być zabawnie. No i niewidzialność, ale krótkotrwała. Hm. - Zwinnym ruchem odpiął swoje śmiecie z konia zrzucając z niego sporą wagę, chwycił jedynie swoje ukochane zawiniątko... postawił konia niemalże na baczność i z iście bojowym okrzykiem rzucił się w stronę biegnącej postaci ratować jej życie, godność i cnotę. W pełnej prędkości, pokrzykując "za mną, Loraneel!"
Popędzając konia by biegł ile sił, sam zaparł się nogami o uzdy by wyprostować sylwetkę, spiąć łopatki i wspiąć się na grzbiet zwierzaka. Balansując w iście koci sposób na kłusującym koniu rozwinął płachtę ze swojego zawiniątka, odsłaniając imponujących rozmiarów bo ponad metrową patę. Pata zasłaniająca dłoń, aż za nadgarstek w bardzo wyrafinowany i stonowany sposób ozdobiona z ostrzem gładkim, połyskującym... i wyginającym się w pół-serce?
Koris uśmiechnął się do ostrza w bardzo szczery i pełen emocji sposób.
-Ja Ciebie też, Bratan! - Po tych słowach broń się wyprostowała, gotowa do wykonywania poleceń swego mistrza i przyjaciela w skromnie nieskromnej postaci Korisa. Jego ambitny plan to zajechanie dziewki od tyłu by odciąć ją od tych istot... jak założył, tak zrobił. Jak szaleniec w opętańczym pędzie rozdzielił drogę krzyczącej dziewuchy i dwóch piekielnych istot zeskakując z konia na ziemię w pół-salcie.

Jednak nikogo nie zastał, gdyż napastnicy znów stali się niewidzialni.
-Kurwa, tego nie przewidziałem. Loraneel?! - Krzyknął donośnie, by demonolożka podsunęła mu jakikolwiek pomysł. Będąc gotowy do ataku zaczął się rozglądać, zmniejszając dystans do dziewuchy i próbując ją zasłonić przed atakiem jeśli takowy nadejdzie.

Awatar użytkownika
Loraneel
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel »

Dla kogoś z wyższych sfer pomysł dzielenia noclegu, nawet tak polowego jak namiot, zapewne byłby niedopuszczalny, może nawet obraźliwy, Loraneel jednak nawet nie mrugnęła okiem na tą propozycję. Skoro i tak mieli brać warty to jaki sens był w rozkładaniu dwóch? Oczywiście czarodziejka nie mogła sobie wyobrazić żeby mieli spać w tej samej pościeli, co za dużo to niezdrowo, ale jeśli kotowaty będzie utrzymywał czystość.. Uniosła wzrok spod notatek, gdy Koris wspomniał coś o ciemności. Zmarszczone brwi i lekko nieprzytomne spojrzenie potwierdzały, że oderwana od lektury niezbyt początkowo rozumiała o co mu chodzi. Zapewne gdyby zapytał ją nad czym pracuje to bezmyślnie by mu odpowiedziała, planowała bowiem rytuał będący kluczowy do oczarowania dawno przemienionego lubego. Miała już ustalony najlepszy czas, z wyjątkowo sprzyjającą konfiguracją gwiazd umożliwiającą wyciągnięcie maksimum siły z zaklęcia, pobieżnie miała też ustalone miejsce, dopracowywała jednak szczegóły. Wymagało to zagłębienia się w arkana magii zapewne nikomu za bardzo nie potrzebnej, bo i nie mającej wpływu na zaklęcia o mniejszym skomplikowaniu. Rylec srebrny czy złoty? Jakich świec użyć? Czy ilość zabezpieczeń była wystarczająca? Potrzebowała jeszcze zdobyć rudę żelaza, możliwie najczystszą i nieprzetworzoną, a to generowało problemy. I koszta.. Spojrzała w oczy kotowatego akurat w porę, by dostrzec nienaturalnie zwężające się źrenice. 
- Mhymm... - mruknęła, odnotowując ten fakt w pamięci, choć zdawała się nie przywiązywać do tego większej uwagi. Tyle różnych ras krążyło po świecie, że w sumie nie powinno dziwić, że nie trafiła na człowieka. Na pierwszy rzut oka stawiała na zmiennokształtnego, bo zaobserwowany odruch był typowo zwierzęcy, nie wyczerpywało to jednak wszystkich możliwości. Nie zaniepokoiło jej to, nie była rasistką, a w swoim ogłoszeniu nie ograniczała się przecież do ludzi. Ciekawe, czy było to powiązane z jego "klątwą".
Na jego, jak to sam nazwał, rym zastygła w pół czytanego słowa.
- Loraneel - poprawiła go, cicho i powoli - Nie Lorka, a na pewno nie kochanie, bo i nie jesteśmy w żadnej konfidencji. Skoro już mamy się do siebie zwracać po imieniu, to używaj pełnego - nie uniosła głosu i nie mówiła nerwowo, jednak irytacja była widoczna w jej postawie - napięciu ramion, uniesionej głowie, zaciśniętych ustach. Przez resztę wieczoru oboje już milczeli, oboje w swoich myślach. Następne dni były podobne, choć nudniejsze. Podróż była spokojna i monotonna, nie wybrali zbyt uczęszczanej trasy więc z rzadka widywali jakiś ludzi. Początkowo trzymali się rzeczki, potem musieli od niej odbić, bo skręcała w niepożądanym kierunku, nabrali też wody na zapas. Pokonali już ponad połowę drogi, a im dalej tym tereny były bardziej odludne i droga stawała się coraz bardziej zaniedbana. Tym bardziej napotkanie kogoś po drodze było.. Zaskakujące.
Ona zamierzała ich zostawić.
Koris był innego zdania.
Loraneel ciężko westchnęła, ale zatrzymała konia, z lekką irytacją patrząc na galopującego na ratunek zmiennokształtnego. Dlatego właśnie nie szukała błędnych rycerzy i szlachetnych obrońców - same były z nimi problemy. Spokojnie mogli odjechać i zostawić dziewczynę piekielnikom - zapewne mieli powód by ją ścigać, a nawet jeśli nie mieli powodu, to co z tego? Nic im ta pomoc nie da, a tylko opóźni wszystko niemożebnie. Bo przecież nawet jeśli ją uratują, to dalej jej przecież tutaj nie zostawią, będzie pewnie chciał się nią zająć.
Koris wpadł między nich, a oni.. Znikli. Jak poprzednio.
- Zostaw ich i ruszmy dalej w drogę! - odkrzyknęła mu, podając możliwie najlepszą radę z pośród tych, które mogła b=mu zaoferować. Dziewczyna biegła w jej stronę, a siwek parsknął niespokojnie. Czarodziejka położyła mu dłoń na szyi uspokajająco, po czym wysiliła zmysł magiczny.
Dwie piekielne aury były łatwe do zauważenia i pierwsze przyciągnęły uwagę Loraneel. Ta otaczająca dziewczynę była pozbawiona piekielnych znamion, choć nie przesądzało to o wszystkim. Miała jednak ze sobą coś, co również wydzielało zapachy charakterystyczne dla piekieł. Mogła się tylko domyślać, że ów przedmiot mógł być powodem, dla którego jest ścigana i to mogło też rozwiązać ich problem.
- Niech dziewczyna odda to, co należy do piekieł i odjedzmy stąd! - dodała jeszcze, zirytowana.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris »

Fakt, że Loraneel trzy czwarte czasu swojego życia spędzanego przy Korisie spędzała z nosem w grymuarach i innych rytuałach - średnio mu przeszkadzał. Najwyraźniej cokolwiek tam trzymała i czytała było zwyczajnie ciekawszą materią od niego samego. A ciągłe przekomarzanie się z nią w pogonii za atencją... Cóż, mówi się, czasem i podobno, że co za dużo to nie zdrowo. Koris osobiście nie zgodziłby się z tym stwierdzeniem i to w wieeelu zagadnieniach, ale oznaką mądrości jest nie kłócić się z mądrościami innych ludzi. Zazwyczaj wierzą w nie tak mocno, że przekonanie ich o głupocie ich przyjętych dogmatów byłoby równie przyjemne co próba wytłumaczenia ptakowi tego, że latanie jest mało uczciwe wobec drapieżników nie-latających i powinny przestać i tylko biegać na nóżkach. Strusie, na ten przykład... Aczkolwiek tego nie powiedziałby na głos przy kimś obcym - bo wzięty byłby w najlepszym przypadku za wariata, w najgorszym za debila... A przy znajomych, którzy wiedzą o jego osobliwej naturze panterołaka - bo by wyszło, że jest kotem uprzedzonym do lataczy i nie umie polować na ptactwo. Słynące zresztą z dobrej jakości mięsa, gdzie mieczem się dość słabo poluje na ptaki, a za łucznictwo Koris nigdy się nie brał preferując raczej starcia kontaktowe - za ich zmysłowość i wyjątkowość.
-Wow. Nigdy nie spodziewałem się bardziej entuzjastycznej reakcji na to. Spoko, Lorka, nie będę ci mówił kochanie. Królowa lodu brzmi lepiej? Księżna królestwa apatii? Coś w tym kierunku? Powiedz mi chociaż co ty tam tak studiujesz. I po co. I dlaczego. I czy to, że mnie wynajęłaś ma coś z tym wspólnego. Bo wiesz, tutaj Numeria, jakiś tam artefakt z koziej dupy, tu jeden, tam drugi, po drodze wyznasz mi miłość, a na końcu pół kontynentu spalą dzięki tym fragmentom płomienie i będzie to częściowo moja wina. Przezorny krócej smaży się w piekle, że tak powiem. - Oczywiście, jeśli obowiązkiem kocim jest szczerość, to nie spodziewał się, że mu wszystko i bez problemu wyjawi. Pewnie będzie kręcić, albo potraktuje jak debila którego pojmowanie jej wytłumaczenia przekroczą i nie powie wszystkiego, upraszczając jak dla niepełnosprytnego. To... jest zaskakująco możliwe, tak całkowicie możliwe nawet zdaniem Korisa, bazując na tym co zdążył zaobserwować przez ostatnie dni podróży. Lekką... wyniosłość w zachowaniu i inteligencji, że co, że poszukiwacz przygód to tylko mięśnie i mały rozumek? Krzywdzący (choć w większości przypadków trafny) stereotyp!

Co nie zmienia jednak faktu, że po tym jakoś ich relacja ciut, ciut obumarła. Ona chyba nie znała się na żartach, albo z natury była strasznie spięta. Dla niego powiedzenie do niej "kochanie" czy "słodka pszenna bułeczko" było całkowicie normalnym zachowaniem, nie mającym w sobie nic tendencyjnego czy nagannego. On tak mówił do wszystkich kobiet. Ta bułeczka, tamta kotlecik jak w biodrach miała za dużo, ta z kolei inna to pączek róży (bo driadą była) czy ognik lub płomyczek (smoczyca, nieszczęsna). Loraneel z kolei potrzebowała do tego konfidencji, zażyłości, a najlepiej jeszcze miłości. W tą Koris z kolei nie wierzył wcale, a wcale. Miłość jeśli istniała to na krótki okres i zazwyczaj kończyła się tragedią. Nie wykluczał, że matka kochała ojca, ale co z tego jej przyszło? Klątwa na nią i potomka, a sam mąż i tak z super gościa stał się lamusem ostatecznym, którego jeśli Koris na swej drodze by spotkał - a z racji bycia dość ważną osobistością u drakonów pewnie byłaby przy tym wielka feta - to raczej ominąłby szerokim łukiem. Tak gdzieś długim na ze dwa miasta i trzy wsie łukiem.
Największa miłość jaka jest jednocześnie miłością najczystszą to taka, która kończy się rankiem następnego dnia, przyozdobiona niczym wstęgą krótkim "Fajnie było, następnym razem polecam tyłek wyżej, żegnaj, do nie-spotkania". Cóż, taki los. Ci którzy wierzą w miłość jako motor napędowy w życiu to zwykli łatwowierni, naiwni kretyni.
Ta sytuacja teraz też pewnie wynikała z miłości! Dziewczyna na bank zrobiła to, co zrobiła, dla ukochanego! Loraneel nie chciała pomóc, jednak jej wytężone przyglądanie się dziewczynie - kazało przyjrzeć się także Korisowi.

I w sumie słusznie. Dziewka w luźnych lnianych spodniach i luźnej lnianej rozhełstanej od biegu koszuli - odsłaniającej tam nieco jej kibić, podciągając się za wysoko na plecach, a z przodu umożliwiając rzut oka na młodą, jędrna pierś, z kolei zaciągnięta za mocno... od ramiączek torby na plecach w której było coś kanciastego, a lekkie wysilenie się umożliwiło zrozumienie, że to tak śmierdzi aurą.
-Dzięki Lorka! - I tyle z nauki o tym, by nie mówił jej skrótami. Cały rozsądek i godność całkowicie w las przy tym paskudnym osobniku o kociej prowieniencji. Ale, pomogła mu, chcąc nie chcąc, w zlokalizowaniu ciastka bez dziurki co to za nim uganiały się za pewne te dwa śmierdziele. Obrócił dziewczynę, po złapaniu jej dłoni, jak do tańca... i ściągnął z niej torbę, wydobywając coś co wyglądało jak bardzo mocno zdobne pudełko wielkości dwóch ludzkich pięści szerokości i jednej pięści długości oraz wysokości, wykonane z materiału przypominającego obsydian zmiksowany z mahoniem lub hebanem.
Dziewczę zaczęło krzyczeć "nie, nie, nie, nie!" w różnej modulacji i częstotliwości, gdy Koris otworzył pudełko z głośnym krzykiem. Pudełka, nie własnym. Otworzone pudełko wrzasnęło nieludzkim, zwierzęcym rykiem zmuszając Korisa do zamknięcia go po raz kolejny.
-Mędrzec z naszej wsi kazał mi to zakopać pod świętym drzewem, to przeklęte dusze hanzy handlarzy niewolników, zalani żywcem w naszej kopalni przez mężczyzn z osady! Jest ich tam ponad setka! - Wrzasnęła dziewucha. Okazało się, w krótkiej chwili gdy po otwarciu pudełka, że dwie czarne kałuże które osadziły się pozornie znikąd na ziemi niczym szlam lub smoła, nie były tam wcześniej ani nie były dla zabawy. Z dwóch kałuż pojawiła się kolejna dwójka potępieńców. Mężczyźni i kobiety z rogami o popielnej skórze, dość znaczącej muskulatury jak na handlarzy ludźmi przystało.
-Oni chcą uwolnić resztę! Ta dwójka goni mnie odkąd się potknęłam i pudełko się otworzyło! - Kolejne bardzo cenne wskazówki rudowłosej dziewuchy ze wsi co to nie brzydzi się ludobójstwem na ładną skalę. Koris ograniczył się do tańczenia ze swoim mieczem w jednej ręce i trzymania pudełka w drugiej - by unikać ciosów zadawanych pazurami, kolcami i innymi dziwnymi przedmiotami w dłoniach - lub na dłoniach - potępieńców.
-Mam niepokojące wrażenie, że zamykanie setki wkurzonych przeklętych dusz w pudełku to taki średni pomysł, ale doceniam magię która to umożliwiła. Mędrzec widać wie co robi. Loraneel nie da się ich jakoś... no nie wiem... popędzić w trzy diabły? Ha, czaisz, diabły. - Prychnął pod nosem z własnej wspaniałości. Odbił się od ziemi, przeskoczył na lewą nogę, prawą zadał kopnięcie prosto w tors potępionego najbliżej jego osoby, odpychając go daleko. W jego kocich oczach pojawiła się iskierka prawdopodobnie bardzo złego pomysłu.

Podciągnął rękę z pudłem do swojej japy, Bratanem trzymając potępionych na dystans, zębami odpiął pasek na ramieniu i zsunął go prosto na pudło. Znów kłami ściągnął pasek, blokując pudło przed otwarciem... i cisnął nim prosto do dziewczyny.
Potępieńcy powiedli wzrokiem za ich głównym i jedynym celem, przez który Loraneel i ruda były dla nich bez żadnej wartości i nie spowodowały tym, że są, nawet jednego spojrzenia w ich stronę po tym jak pudło zmieniło właściciela.
- Dobra, dobra, mam to. - Kolejne nieludzkie krzyki potępieńców. Zwrócenie uwagi na dziewczynę. Przewrót z ręką blisko ciała, prostopadle do zgięcia stawu łokciowego, ostrze przesunięte po ziemi. Pchnięcie przed Siebie, zupełnie na odlew, między dwóch potępieńców. Jednak w niewyjaśniony dla Loraneel i rudej sposób - ostrze i tak trafiło. Dłoń Korisa z ostrzem jakieś półtorej stopy od celu, a jednak ostrze wyginając się jak wąż - przeszyło czaszkę potępionego wchodząc pod szczęką i wychodząc kością ciemieniową. Prawa ręka zaciśnięta na ramieniu, mocne szarpnięcie, potępiony z przeszytą czachą uderza w swojego kolegę, przewracając go, a samemu kończąc z łbem rozpołowionym na dwie praaaawie równe połowy. Ostrze uwolnione od paskudnej, ohydnej masy jaką jest potępiony wyprostowało się, na powrót stając idealnie prostym i cudownie wytrzymałym oraz ostrym narzędziem wypędzania piekielnych spowrotem do ich śmierdzącej nory piekielnej.
Dzięki prasmokowi dziewczę złapało pudło i zwróciło na siebie uwagę pozostałej trójki potępionych, z którymi Koris, znów krzycząc by nikt mu nie pomagał, postanowił się rozprawić jak najszybciej. Niestety dla niego, pozostała trójka okazała się być tępa, ale jednak nie na tyle by ślepo przeć do pudła ignorując Korisa. Dwójka postanowiła zająć się kotem i pogonić mu kota jednocześnie, zadając lawinę ciosów na odlew wszystkim co ostre w ich posiadaniu i na ich ciałach, kolce, pazury, kły, te sprawy.
Koris wyniósł z tego pojedynku ponad dwie bardzo ważne lekcje.
Pierwsza - mokry trzask po uderzeniu obuchem Bratana potępionego w skroń to prawdopodobnie mózg na randce z kościami, co wyjaśniałoby zamroczenie i utratę przytomności po której nastąpiła prosta dekapitacja.
Druga - umięśnione przedramię stanowi świetny gryzak dla potępionego który zatrzymał się na fazie rozwoju ząbkującego kilkulatka i gryzie kłami mocno i dotkliwie.
Druga i trzy czwarte - krzyczenie i przeklinanie nie pomaga z przyśpieszeniem rozwoju niedorozwiniętego potępionego, a lejąca się tu i tam krew zaaajebiście mocno obniża prestiż i epickość starcia przeznaczenia z determinacją.
Na szczęście mamy w posiadaniu ostrze które wchodząc na wysokości biodra robi wężyka i wychodzi po wyfiletowaniu płuc, pozwalając na zakońćzenie cierpienia trzeciego potępionego.
Raz, dwa, trzy... czekaj, była ich czwórka. O. Tak. Właśnie ten czwarty co nie zajął się Korisem próbuje pozbawić rudą życia ku zapewne uciesze Loraneel której śmierć obciążenia jakim jest losowa laska która lubi przeskrobać nie przyniosłaby nic prócz rozbawienia i ulgi.
Na nieszczęście swoje i Loraneel Koris miał w sobie jakieś powołanie błędnego rycerza, rzucając się przewrotem przed potępionego, przyszpilając mu nogę do ziemi Bratanem, uwalniając z niego dłoń...
Obrywając rogiem w bark, dając się przeszyć na wylot i rozkrwawić jak świnia, po to by zacząć okładać potępionego pięściami, aż przestał przypominać człowieka jakkolwiek bardziej niż przypominają człowieka wieczorne ścieki wylane z drugiego piętra na kamienisty bruk.
-Okej. Chyba od tej podróży i spania na kamieniu trochę zesztywniałem, że się dałem trafić. - Rzucił w powietrze, sapiąc. Podniósł swoją broń, oczyścił z całego syfu i spojrzał na dzieło poszatkowanych potępieńców.
-Trzeba ich teraz jakoś odesłać czy znikną jak się pojawili? Co robimy z dziewczyną i jej zaskakujaco upierdliwą przesyłką? Loraneel? - Wow, pełnym zwrotem się nawet zwrócił. Nie odwracał się jednak do nich, nie chcąc pokazać jak wielką dziurę wyrwał mu róg w barku, ile upływu krwi spowodował... I jak zaczął się ładnie zasklepiać, bez żadnej wyraźnej przyczyny i problemu. Krew przestała lecieć po kilku minutach.
Dzień czy dwa czy kilka i nie będzie śladu.

Awatar użytkownika
Loraneel
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel »

Faktycznie, na pierwszy rzut oka Loraneel mogła się wydawać.. Chłodna w obyciu. Na drugi zresztą ten. Spotkała się nawet ze stwierdzeniem, że nawet jej aura jest nieprzyjemna - może więc po prostu była. Kto niby obiecywał, że wszyscy lubią pogaduszki przy ognisku i urocze przezwiska? Na pewno nie ona.
- Jak wspomniałam, wystarczy Loraneel - nie dała się wyprowadzić z równowagi czarodziejka. Ale jako iż sama wcześniej mu mówiła, że wystarczy zapytać zamiast grzebać w jej aurze.. To i nie wypadało teraz odmawiać mu dostępu do informacji. Zamierzała więc powiedzieć mu prawdę, oczywiście całą prawdę.. Tylko, że nie całą jednocześnie. Poruszyła się, poprawiając mankiet i odchrząknęła.
- Studiuję demonologię. A dokładniej to przygotowuję pewien rytuał, który ma zaskutkować przywołaniem konkretnego demona, którego szukam.. Na którym to zamierzam przeprowadzać kolejne eksperymenty - mówiła krótkimi zdaniami, zastanawiając się jak przedstawić wszystko sprawnie i bez wchodzenia w szczegóły - I nie musisz się obawiać takiego rozwoju sytuacji. Artefakt, którego szukam zastosowanie ma bardzo wąskie i będzie mi potrzebny do lokalizowania. O żadnych płomieniach nie ma mowy - westchnęła głęboko - A my jedziemy do Nemerii, nie Numerii - poprawiła na koniec. I na tym urwała się ich rozmowa.. Jak i jakieś dalsze głębsze poznawanie się na następne dni, aż mieli ten nieszczęsny wypadek.
W sumie to gdyby Koris się nie wtrącił, sytuacja mogła się obrócić na ich niekorzyść. A przyznawała to z wielką niechęcią nawet przed samą sobą. Nie mogła się jednak powstrzymać by nie sarknąć pod nosem słysząc o niekompetencji dziewczyny. Naprawdę? Potknęła się? A pudełko było tak po prostu otwarte? Tak niebezpieczne, pełne tych jak-one-się-nazywają? I co, kazał jej zakopać pod jakimś drzewem, wypuszczając tylko z koszulą na grzbiecie? W gdzie w tym opuszczonym królestwie znaleźć wieś z kopalnią? Czy tylko jej wydawało się, że ta historyjka nie trzymała się kupy? Niemniej, Koris chyba nie miał teraz czasu na rozważanie tego, miał na głowę walkę.. I kolejnych dwóch przeciwników.
Jakby o tym inaczej pomyśleć, to była dobra próba dla niego, przed ruinami. Próba walki, umiejętności.. Wytrzymałości. A ona tylko patrzyła z odległości, tak jak to miało być.
- Znam się na demonach, nie na diabłach czy co to jest! - odkrzyknęła mu, lekko rozbawiona. Jego ostrze.. Nie znała się na walce ani na broni, ale była niemal zupełnie pewna, że nie powinna wyginać się w ten sposób. Nie bez jakiś uszkodzeń. A zatem zapewne była to magia, która ułatwiała mu walkę. Walki jednak na pewno nie ułatwiło ugryzienie w przedramię. Loraneel skrzywiła się, choć był to dopiero początek. A dalej rzucił się na przeciwnika by ochronić dziewczynę ponieważ, jak trafnie przewidział Koris, czarodziejka nie raczyła ruszyć w jej stronę i była tą sytuacją nadal bardziej rozbawiona niż przejęta. Czy jej się zdawało czy chłopak oberwał? Zmrużyła swoje czarodziejskie oczy, ale nie była pewna. W końcu więc pokierowała w jego stronę, schodząc w końcu z konia. Miała nadzieję, że samo spojrzenie w dziwnie migoczące oczy sprawi, iż dziewczyna uzna, że warto jej słuchać.
- Myślę, że Pani powinna już iść - zwróciła się wprost do kobiety, intensywnie się w nią wpatrując - Jeśli dobrze zrozumiałam, to powinna właśnie szukać jakiegoś ważnego drzewa.. W czym nie będziemy przeszkadzać. I teraz nawet jak się.. - Zawiesiła na sekundę głos, wzrok wątpiąco zawisł na pudełku - ..potknie.. To nie powinno się nic stać. Niech więc Pani grzecznie podziękuje mojemu towarzyszowi za ratunek i z łaski swojej raczy ruszyć w swoją drogę - skończyła mówić do niej, po czym podeszła do Korisa, by zobaczyć czy bardzo nie oberwał i czy będzie w stanie zrobić zadanie. Na szczęście rana nie wydawała się bardzo głęboka.. Jednak była. Burknęła pod nosem w czarnej mowie o kilku przodkach Korisach i co o nich sądzi, po czym sięgnęła do juków. Bandaż po prostu mu na razie podała, sama zaś wyciągnęła.. Węgielek.
- Pokaż te ramię, zobaczę co da się na szybko naprawić - powiedziała, brzmiąc nieco groźnie i niebezpiecznie. Hurr durr durr, Lorka rzeczna..
- Tylko bez urażonej dumy, to interesy - dodała jeszcze z lekką irytacją.

Awatar użytkownika
Koris
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Koris »

Spojrzał przeciągle, skupiając wzrok na... drżeniu kałuży... na to, co pozostało po pokonanych potępionych, czy tam innych piekielnych. Odetchnął z ulgą widząc, że płyn wsiąka w ziemię tylko częściowo, bo reszta to raczej się rozpływa, prawdopodobnie umożliwiając powrót tam skąd przybyli czyli w trzy diabły. O dziwo okazało się po kilku sekundach, że wyparowywała całość, a to, co nie chciało to jego własna krew której trochę upłynęło. Krew, która nie pachniała nieprzyjemnie, a... dziwnie lepko. Jakby zapach jego juchy wypełniał nozdrza czymś prócz metalicznego zapachu, czymś, co skusiłoby do ostrożnego posmakowania posoki nawet kogoś, kto nie ma z wampirami nic wspólnego i nigdy by na krew nawet nie spojrzał. Szybkim ruchem dłoni zsunął drugi z pasków noszonych na ramieniu na wysokość rany, pod pachę i spiął mocno, zaciskając ją.
-Bywało gorzej. Kiedyś straciłem obie ręce, jednak zaprzyjaźniony czarodziej umiał je zwrócić na miejsce i w całości, jednak od tej pory mam trochę rdzy nieraz i daje się głupio zranić. Ale, to tylko element taktyki. Nie spodziewają się przecież niesamowicie wysublimowanych taktyk i ataków od kogoś, kto dał się zranić, prawda, to usypia czujność dając nieocenioną przewagę. A teraz muszę się zawinąć. - W tym czasie Loraneel postanowiła odprawić dziewczę, które Koris zgrabnie minął i które, nie mając do zaoferowania nic więcej prócz samej Siebie, postanowiło wyciągnąć ku niemu ręce, prawdopodobnie po to by go objąć, całować, a na sam finisz najpewniej pozbawić spodni i dziękować dalej. Nie pierwszyzna dla kotka. Naprawdę, to taki przewidywalny schemat kiedy ktoś zostaje uratowany przez tak zabójczo szarmanckiego bohatera jakim niewątpliwie był Koris. Zablokował jednak stopę w kostce i wykonał pół-obrót ciałem, unikając objęcia i podziękowań.
-Pierwsza sprawa, jestem we krwi. Druga całowanie mnie byłoby większą nagrodą dla Ciebie niż dla Mnie. Po trzecie moja wybranka o tam... - rzucił spojrzeniem w stronę Loraneel. - Teleportowałaby cię sto metrów nad ziemię, a potem zmaterializowała nad tobą wielki głaz. Włada magią tak potężną, że w trakcie walki nie schodziła nawet z konia, nie widząc potrzeby. Gdyby uwolniłaby się i cała setka wrogów zdmuchnęłaby ich prostym gestem. Zmiataj lepiej i postaraj się nie musieć nigdy więcej być w takiej sytuacji, bo następnym razem... no, po następnym razie może nie być jeszcze następnego razu, czy jakoś tak. - Seria spojrzeń, od zdziwionego po wyminięciu, do przerażonego na Loraneel po oświadczeniu o jej potędze, a na końcu pełne ulgi i wdzięczności gdy mózg wysłał sygnał do nóg i sprawił, że dziewczę wpadło na pomysł prosty. A taki, że nic tu po niej i powinna się oddalić w trybie przyśpieszonym dla własnego dobra. Po krótkiej chwili zaczęła przypominać małą kropkę na horyzoncie.
W tej krótkiej chwili też wystąpiły inne zjawiska nie-pogodowe. Loraneel podająca Korisowi bandaż, Koris sięgający po większą jego ilość do juk swego konia, Koris zawijający przedramię oraz ramię, a także Koris nie dający się dotykać węgielkiem.
-Kolejna przydatna wiedza. Nie imają się mnie choroby i trucizny, więc podziękuje i za twoją magię. Zagoi się, zostawi bliznę, będzie przypominało bym następnym razem był szybszy. Będą tortury? - W sumie dopiero teraz znalazł sobie w głowie wolne miejsce na przyswojenie potencjalnych informacji którymi Loraneel może go obdarzyć. Poprzednim razem temat demona którego ona chce zawezwać jakoś w ogóle ucichł, po części z winy Korisa i po pozostałej części też. Kot nie chciał drążyć tematu, nie żywiąc do demonów... w sumie to żadnych pozytywnych uczuć.
-Nie wiem co innego można by było z nim zrobić. Tak, przypomniałem sobie właśnie o tym, co mówiłaś, że chcesz konkretnego demona. Coś w nim wyjątkowego, że akurat na nim chcesz przeprowadzić eksperymenty, zamiast od razu zabić? Definitywnie to powinno się robić z piekielnymi. Zabijać, od razu. Wszystkich. - Wzruszył ramionami. A dokładniej, to jednym ramieniem, bo drugie ciut ciut jeszcze bolało. Nie przepadał za piekielnymi. Byli źli. Prócz ładnych demonic, może, może... ale ogólnie waliło siarą, więc próg czy tam poprzeczka atrakcyjności demonicy był dla Korisa postawiony bardzo wysoko i to naprawdę musiałaby być miss piekło. A dziewucha kłamała, na bank. Mam tylko nadzieję, że nie w sprawie tego, że ma sposób na zneutralizowanie tego tatałajstwa, czwórka była małym wyzwaniem, ale cała setka mogłaby być naprawdę niezabawna i na przykład spustoszyć jakieś miasto. - Pozbierał po tych słowach swoje zabawki, oczyścił o trawę Bratana i owinął go znów, poprawiając juki na swoim koniu który w międzyczasie podszedł do konia Loraneel. Objuczenie go tobołami zostało przyjęte z małym końskim bulwersem, ale wystarczyło dać mu trochę jedzenia z zapasów i zwierz znów był całkiem kontent.
-Dobrze, że nie dołączyłaś do starcia w żaden sposób. - Westchnął cicho, dosiadając powoli konia. - Problemem nie jest dla mnie walka, a to, że niestety często podczas starcia nie mogę pilnować tylko Siebie. Dopiero to podnosi strasznie trudność. Ale chyba nie było najgorzej, co? - Czyżby dwie rany stanowiły jakiś cios w dumę Kotowatego? A dokładniej mówiąc to nie dwie rany, a jedna duża i jakieś czternaście bardzo małych.
-Loraneel co powiesz na pytania i odpowiedzi? Możesz zadać dowolną ilość pytań i wymagać takiej samej ilości odpowiedzi. To jak młodzieżowa gra w prawdę i wyzwanie. Nie chcę zasnąć, a trochę się zasapałem i muszę wypocząć. Więc będę gadał. - Rozejrzał się dookoła, kolejne westchnięcie i szybka realizacja co do swoich słów. - Więcej niż zwykle, dokładniej mówiąc.
Jeśli Koris dobrze znał świat, to pewnie to, co się wydarzyło niedawno z dziewuchą i magi-pudełkiem wyczerpało przygody na jakiś czas i powinna ich podróż być stosunkowo turbo-spokojna.

*Możesz już pchnąć u Siebie aż do dotarcia do jakiegoś nowego-określonego punktu. Będzie miło.*

Awatar użytkownika
Loraneel
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 8 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Loraneel »

Kiedy Koris opowiadał o tym jak stracił obie ręce, czarodziejka poczuła, że jest to trochę.. Naciągana? Minimalnie. Ale z drugiej strony, magia robiła większe cuda niż przywracanie rąk.. Włącznie z wracaniem życia. Zamiast więc się wykłócać czy doszukiwać szczególików, skomentowała inny fakt.
- Lepiej uważaj z tym nawykiem, ja nie przyczepię ci rąk od nowa - mruknęła, w myślach jednak zrobiła krótki przegląd zaklęć, które ewentualnie mogłyby do tego służyć. I tak naprawdę znalazła tylko jedno, po którym wcale nie była pewna czy by miał w nich czucie, więc lepiej było się do tego nie przyznawać i oby nie było potrzebny go używać. W czasie gdy ona się tak nad tym zastanawiała, Koris zbliżył się do dziewczyny (choć bardziej to ona podeszła do niego) i zrobił zręczny unik, nie tylko fizycznie jak i słownie. Dopiero punkt trzeci zwrócił jej uwagę naprawdę. Brew jej drgnęła na nazwanie jej "wybranką", ale na rzecz pozbycia się dziewczyny mogła zaakceptować tą dziwną wymówkę. Im szybciej pójdzie w swoją stronę tym lepiej, dla nich i dla niej. Niech ona załatwia swoje dziwne sprawy, a oni pojadą w swoją stronę i przy odrobinie szczęścia nigdy więcej się nie spotkają.
Koris sam się opatrzył i odmówił pomocy, Lorannel więc tylko się skrzywiła i schowała ponowie węgielek. Zaraz po tym wyciągnęła bukłak i opłukała czubki rękawiczek, które wybrudziły się węglem, a które następnie wytarła chusteczką. W wypowiedzi Korisa jednak padło słowo, które wydawało się zupełnie od czapy.
- Co? - zapytała, wytrącona z równowagi, podnosząc głowę znad starannie wycieranych palców. O jakich torturach mówił? Uderzył się w głowę w czasie walki? Ugryzienie było jadowite i majaczy? Dopiero po chwili zrozumiała o co chodzi i wypuściła powietrze z płuc w długim wydechu.
- Demony to nie piekielni - rzuciła w pierwszym odruchu, próbując zyskać czas i poukładać sobie wszystko w głowie - Ale nie, nie tortury - zaprzeczyła jego pierwszemu domysłowi. Trochę się dziwiła jego dociekliwości, ale skoro nalegał.. Nabrała głęboko powietrza, jakby szykowała się na dłuższą wypowiedź.
- Demony dzielą się na kilka gatunków - zaczęła w wykładowym tonie - Większość z nich powstaje w Otchłani i spośród nich zdecydowana większość jej nie opuszcza. Jest jednak grupa, którą nazywają Przemienionymi. Są to członkowie różnych ras którzy z różnych powodów, przypadkiem lub celowo, stali się demonami. A ja potrzebuje jednego z nich by sprawdzić czy da się go.. Odmienić. Skoro przeszli transmutację w demona, jest prawdopodobne, że istnieje też proces odwrotny, który demona zamieni w inną rasę - w jej głosie słychać było.. Emocje. Zapał, determinację.. Pasję nawet. Odchrząknęła, opanowując się.
- To byłoby odkrycie.. Na skalę Alarani. Które mogłoby mi dać tytuł arcymistrzyni - dodała, jakby tytułem wyjaśnienia czemu się w ogóle tego tematu podjęła. Mruknęła pod nosem potakująco na stwierdzenie o dziewczynie, bo i nie było potrzeby tego tematu rozwijać. Na szczęście nie była już ich problemem i nie musieli się przejmować, nawet jak na jakieś miasto napadnie banda potępieńców.
Czarodziejka wykorzystując wolną chwilę poprawiła ułożenie sioła i juków na swoim koniu, a także kamizelkę na sobie i włosy. Zaraz po tym z wdziękiem wskoczyła na rumaka i poprawiła rękawy, które nieco się uniosły przy gwałtowniejszym ruchu.
- Mówiłam ci już, że do walki zatrudniam ciebie - odpowiedziała mu, czekając aż skończy ze swoimi zabawkami - Poza tym ja.. - zawahała się, ale skończyła zdanie - Nie umiem walczyć. Dlatego nawet nie zamierzam próbować ci pomagać. To jakbyś ty mi pomagał z rytuałem przywołania demona - spojrzała na niego lekko z góry, nie tylko dlatego, że siedziała na konia, a kotowaty był jeszcze na ziemi - Absurdalne - podsumowała jednym zimnym słowem. Cmoknęła i ruszyła przed siebie, wyprzedzając go lekko. Obejrzała się jednie lekko przez ramię.
- Wykluczone - odmówiła sucho, wracając do swojej zwykłej, prostej postawy. Długi warkocz kołysał się w rytm kroków zwierzęcia. Dopiero po chwili dodała kolejne zdanie.
- Mogę poprowadzić konia, żebyś mógł odpocząć - zadecydowała łaskawie, ruszając w dalszą podróż.


Ciąg dalszy: Loraneel, Koris

ODPOWIEDZ

Wróć do „Opuszczone Królestwo”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości