Ekradon[Miasto i okolice] Nie twój cyrk, nie twoje małpy

Warowne miasto położone u podnóża gór, otoczone grubymi murami i basztami, jego bramy zdobią dwa ogromne posagi gryfów. Miasto słynie z handlu, pięknych karczm i ogromnej armi. Armi niezwykłej, bo składającej się z wojowników i gryfów. Od setek lat ekradończycy udomawiają gryfy, które później służą w ich armi, stacjonującej w górach poza miastem.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Waal’h
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Mędrzec , Rzemieślnik
Kontakt:

[Miasto i okolice] Nie twój cyrk, nie twoje małpy

Post autor: Waal’h »

        Mężczyzna cisnął kolejny kołek z taką mocą, że żar rozsypał się na dobry sążeń wokół ogniska, a w niebo strzelił snop iskier, przywodzący na myśl stado rozsierdzonych os.
        – Opanuj się i pohozmawiajmy jak ludzie! – zawołał Joren, wypadając szybkim krokiem zza wozu.
        – Bardzo chętnie. Kiedy tylko zaczniesz mnie traktować jak jednego z nich!
        – Czyli?
        – Tak jak pozostałych artystów.
        Joren schował twarz w dłoniach, nerwowo pocierając kciukami równo przystrzyżoną, siwą brodę. Wreszcie westchnął ciężko i uniósł wzrok na chodzącego w tę i z powrotem po drugiej stronie paleniska rozmówcę.
        – Zgoda. Nie wydam pozwolenia na ten numeh, bo jest zbyt hyzykowny, a przy tym nie dość spektakulahny. Nie chcę szahgać dobhej heputacji mojego cyhku.
        – W końcu to powiedziałeś – młodszy obruszył się tak dramatycznie, że wręcz teatralnie. – Tak naprawdę zawsze chodziło ci tylko o ten twój zasrany biznes!
        Jorenowi opadły ramiona. Widać było, że ledwie powstrzymał ironiczne parsknięcie.
        – Czyli kiedy thoszczę się o ciebie jak o jedynego syna, jest źle, bo nie thaktuję cię na hówni z innymi. A kiedy wheszcie hozmawiam z tobą jak z dohosłym, ty zarzucasz mi bhak thoski?
        – Tak – odparł mężczyzna po nie dość długim namyśle.
        Waal’h ostrożnie poprawiło zapartą w rynnie nogę, hacząc obcasem o jej krawędź. Wieczór nie należał do najprzyjemniejszych. Przygaszone słońce leniwie opadało za horyzont, spowite gęstą kurtyną mgły. Świat z wolna pogrążał się w szarości i przenikliwym chłodzie. Ale akcja w obozie wyraźnie zaczynała zmierzać ku końcowi, więc maie nasunęło na głowę lekko znoszony wełniany kaptur i powróciło do obserwacji.
        – Czyli… – młodszy zaczął nieśmiało. – Mogę dziś wystąpić z przewiązanymi oczami?
        Dyrektor cyrku zgromił syna wzrokiem, jakby w nadziei, że ów tylko żartuje. Wreszcie przewrócił oczami i przybrał jeszcze bardziej zacięty wyraz twarzy niż dotychczas.
        – Nie ma mowy! I nie phóbuj mi tego więcej phoponować. To czysty idiotyzm!
        – Przecież ty się na tym w ogóle nie znasz. Ja jestem artystą, tato! Nie zrozumiesz tego. Sam wiem, że bez trudu dałbym radę, a ludzie oszaleliby z podziwu.
        – Błąd – mruknęło Waal’h pod nosem. - Ludzie to zarozumiałe żłoby.
        – Dopóki phacujesz dla mnie, nie będziesz pajacował. Jeśli to zhobisz, zwolnię cię.
        – Świetnie!
        – A jakże.
        – Wspaniale!
        Joren usiadł ciężko i wbił wzrok w ogień, nie patrząc za oddalającym się synem. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że ta rozmowa zapieczętowała coś ważnego. Że coś miało się niebawem skończyć.
        – Sam sobie będziesz winien – mruknął, zagarniając żar patykiem. – W końcu musisz nauczyć się samodzielności.
        Mężczyzna odziany w długi, szary płaszcz przesunął się ostrożnie w kierunku wieńczącego fasadę szczytu, przy czym określenie „fasada” było w tym wypadku przesadnym pochlebstwem w odniesieniu do obłażącej z farby i skruszałych płaskorzeźb ściany opuszczonej kamienicy. Zsunął się powoli w otwarte na oścież okno i stał przez chwilę, napawając się pewnym podłożem. Wreszcie rozruszał odrętwiałe palce i ruszył pewnym krokiem w dół, po trzeszczących schodach.
        Ulice Ekradonu były o tej porze bardzo zróżnicowane. Tam, gdzie można było się napić, zabawić, wdać w bójkę, czyli ogółem stracić pieniądze, zęby i godność, tłoczyło się całe mrowie rozochoconych mieszkańców. Natomiast ulice, przy których mieściły się jedynie mieszkania, pracownie i kulturalne przybytki ziały pustkami, nie zachęcając ludzi bardziej, niż zniechęcał ich chłód.
        Mężczyzna przeszedł kawałek słysząc jedynie echo własnych kroków, po czym skręcił w kierunku katedry, na czas jakiś zupełnie znikając pośród rozchodzącego się we wszystkich możliwych kierunkach tłumu. Wyminął zapłakanego gówniarza, który siadł na samym środku ulicy, uniknął zderzenia z człowiekiem, którego można by powiesić za samą gębę, przypadkiem podłożył nogę młodej elfce, dając przy tym doskonałą okazję wpatrzonemu w nią maślanymi oczyma chłopaczkowi. Chłopaczek szansy nie wykorzystał, tylko spłonił się rumieńcem i wycofał, obserwując ukradkiem, jak obiekt jego westchnień zbiera się z bruku, a później, z pomocą życzliwej damy, próbuje odratować rozsypane orzechy.
        Tymczasem Waal’h dotarło już za katedrę, w miejsce, w którym rozstawiony został czerwono-biały namiot cyrkowców. Bez wahania podszedł do nawołującego i wymachującego biletami wejściowymi chłopca.
        – Bilety sprzedaję! Bilety! Piętnaście ruenów od osoby! Jedyne piętnaście ruenów za niezapomniane doznania!
        – Mógłbyś nie drzeć się, kiedy stoję tuż przed tobą?
        Chłopiec spojrzał na Waal’h, nie zmieniając ani na chwilę wyrazu twarzy, po czym, ze wzrokiem wciąż wbitym w maie wrzasnął:
        – Dzieci niechodzące za darmo! Pozostałe, pod opieką, jedyne dziesięć ruenów! Wybranka serca również tylko dziesięć ruenów! Dziesięć ruenów! Niezwykły pokaz! Niezapomniane doznania! Co dla pana! – bardziej zawołał, niż zapytał, wciąż z tą samą miną młodego przedsiębiorcy.
        – Jeden bilet i nie namawiaj mnie na zaciąganie dziewki z ulicy w charakterze wybranki.
        Chłopiec zamknął usta i wzruszył ramionami, przyjmując zapłatę. Wręczył mężczyźnie bilet i wskazał zakryte pasiastym płótnem wejście.
        – Miłego pokazu życzę! – wrzasnął, utwierdzając Waal’h w przekonaniu, że po prostu nie umiał już mówić normalnie.
Awatar użytkownika
Trost
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Ochroniarz , Zielarz
Kontakt:

Post autor: Trost »

         Obudził się z nogami na ścianie, a resztą ciała spływającą z wąskiego łóżka. Nev siedział mu na brzuchu i skrzeczał, oznajmiając, że nadszedł już czas karmienia. Trost wstał, a dokładniej spłynął na podłogę z której się podniósł, wyjrzał przez zasłonięte grubym, czarnym materiałem okno i skrzywił się, bo mimo zapewnień raroga, słońce dopiero zbliżało się ku horyzontowi. Nakarmił jednak ptaka, wrzucił skotłowany koc na łóżko i założył koszulę.
         – Znowu schowałeś gdzieś kubek? - mruknął w stronę szarpiącego się z mięsem zwierzęcia, przerzucając szmatki w zaimprowizowanym gnieździe. Wreszcie znalazł naczynie z wygrawerowaną we wnętrzu linią, dzięki której wiedział w jakich proporcjach mieszać zakupiony u alchemika lek z krwią. Wypił mieszankę i już miał się zabrać za pożyczoną od zielarza książkę, kiedy przypomniał sobie, że przed pracą miał jeszcze coś załatwić.
         – Cholerny Korren nie mógł poczekać chwilę dłużej - narzekał, przypinając pas z bronią i narzucając płaszcz. Nev mając gdzieś co jego właściciel myśli o kowalu, podleciał do drzwi, lądując niezgrabnie na zrobionej specjalnie dla niego szerokiej półce.
         – Przykro mi. Jutro cię zabiorę. - Trost naciągnął chustę i kaptur, rzucił ptakowi chrząstkę i, nim ten się spostrzegł, wymknął się na wąski i krótki korytarz. Zbiegł po schodach i wyszedł z budynku.

         Na ulicy było nieprzyjemnie jasno, mimo że słońce zbliżało się już ku zachodowi. Trost szybkim krokiem ruszył w stronę sklepu kowala, starając się na nikogo nie wpaść. Oczy zaczęły mu łzawić już w połowie drogi. Kiedy wreszcie doszedł, z radością powitał spowijającą wnętrze pomieszczenia ciemność. Otarł łzy i podszedł do starszego z dwóch mężczyzn, bez trudu omijając leżące na podłodze rupiecie, położone tam chyba, by każdy klient zaanonsował swoje przybycie hukiem spadających przedmiotów.

         – Dzień dobry - przywitał się dość chłodno, jako że kowal upierał się na spotkanie przed zachodem słońca i nie dał się przekonać nawet obietnicą dopłaty. Trost rozumiał, że Korren miał swoje życie i chciał wrócić do domu i rodziny. Mimo to był zły, bo wyjście z domu przed zmierzchem już teraz dawało mu się we znaki.
         – Dzień dobry - odpowiedział kowal na tyle sympatycznie, że Trost zdecydował się zachować swoją złość dla siebie. - Pan Koya! Już się bałem, że pan nie przyjdzie. Juri przynieś ten rapier, co go dzisiaj kończyłeś - rozkazał czeladnikowi, który od razu, choć niezbyt chętnie, oderwał się od plecenia jakiejś bransoletki i zniknął w ciemności ukrywającej zaplecze. Korren w tym czasie zrzucił z krzesła wiadro, wskazał gościowi miejsce, a sam usiadł za stołem. Trost skorzystał z zaproszenia, głównie by nie sterczeć jak dureń nad gospodarzem.
         – Panie Koya… Zaszła niestety bardzo drobna pomyłka - zaczął ostrożnie kowal. - Mam, jak pan widzisz, nowego ucznia. - Trost skinął głową, mimo że nie zauważył zmiany osiłka na nowy model. - Miał się nauczyć zdobnictwa… - kontynuował Korren, nie zauważając delikatnego grymasu na twarzy klienta, który zdobienie broni uważał za dobre dla bawiących się w wojnę bogaczy. - Nie zrobił zbyt wiele, tylko trochę inaczej ukształtował kosz. - Ze skruchą podał z rąk czeladnika rapier. - Zechce pan obejrzeć na zewnątrz?
         – Nie - odpowiedział szybko Trost i zerknął na kosz. Na szczęście Korren nie kłamał i rzeczywiście zdobienie było bardzo delikatne. Po prostu dwa druty, z których był upleciony, miały zaznaczone wężowe głowy i zwężające się końcówki. - Zdobienia mogą być - powiedział nie patrząc na kowala, tylko na ostrze, które wyciągnął z pochwy. Zgodnie z zamówieniem, wszystkie metalowe elementy zostały zanurzone w specjalnych kwasach, dzięki czemu pokryły się matowym, czarnym nalotem. Trost wyciągnął broń przed siebie i wypróbował nową rękojeść w różnych ustawieniach. Uśmiechnął się, bo rapier był dużo wygodniejszy od poprzedniego, a jednocześnie nie różnił się znacznie wyważeniem. Nie komentując, mężczyzna położył na stole starą broń, mieszek z wyliczoną kwotą i kilka dodatkowych monet. Kowal widząc to uśmiechnął się, podziękował kilkakrotnie i zabrał się za przeliczanie zapłaty.

         Kiedy wyszedł od Korrena było już niemal ciemno. Położył rękę na głowicy rapiera i raźnym krokiem poszedł w stronę świątyni. Ta noc, mimo niezbyt przyjemnego początku, miała być jedną z lepszych. Trost, zamiast krążyć jak zwykle wokół jakiegoś magazynu, miał spędzić czas w cyrku. Wprawdzie musiał być uważny i obserwować publiczność, ale i tak była to miła odmiana. W wejściu do ogromnego namiotu stał wrzeszczący chłopak, który próbował sprzedać Trostowi bilet i zamknął się na chwilę, dopiero gdy mężczyzna przyłożył mu swoją umowę do nosa. Z jego miny łatwo było się domyślić, że czytać nie potrafi, ale na szczęście kojarzył podpis ich wspólnego pracodawcy. Wnętrze namiotu było, jak na gust Trosta, zbyt jasne, ale nie na tyle, by nie zdołał się przyzwyczaić. Wszedł do środka i przepychając się delikatnie przez widownię doszedł na samą górę trybun, skąd widział niemal całe wnętrze namiotu. Tłum gęstniał i stawał się coraz głośniejszy, nie mogąc doczekać się występu.
Awatar użytkownika
Waal’h
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Mędrzec , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Waal’h »

        Po chwili namysłu wybrał jedno z dwóch miejsc pomiędzy starszą damą, ściskającą w dłoni lornetkę operową a barczystym mężczyzną, który dla odmiany ściskał drobną dziewczynę o przeciętnej urodzie i pustym spojrzeniu. Sam zresztą też nie wyglądał na inteligenta. Mierzył Halleya groźnym wzrokiem, aż ten usiadł bliżej damy, całą uwagę poświęcając wystrojowi wnętrza. Dopiero wtedy, upewniwszy się, że przybysz nie stanowi bezpośredniego zagrożenia ani z racji zamiarów, ani z racji urody, mężczyzna rozluźnił nieco uchwyt, na co dziewczę, najpewniej odruchowo, zareagowało głupawym chichotem połączonym z niezwykle intensywnym trzepotaniem rzęs.
        Ponownie z zadowoleniem stwierdził, że dokonał dobrego wyboru, bowiem widok z zajętego miejsca był jak najbardziej zadowalający, przy tym znalazł się pomiędzy wyraźnie zajętą sobą parą a zajętą nierozpoczętym jeszcze przedstawieniem damą, co dawało nadzieję na miły wieczór, minimalizując ryzyko oblężenia przez przerośniętą rodzinkę ze stadkiem rozwrzeszczanych bachorząt. Zanim jednak zdążył bodaj dotknąć przykrótkiego oparcia niewygodnego krzesełka, kobieta z lornetką odchrząknęła znacząco i obdarzyła Halleya wzrokiem do granic możliwości przesyconym pogardą.
        – To miejsce jest zajęte – oznajmiła przesadnie głośno, składając usta w ciup.
        – Proszę wybaczyć – odparł, bezzwłocznie wstając i kłaniając się teatralnie. Miał już plany na wieczór, a te zdecydowanie nie obejmowały przykuwania uwagi postronnych. Tym bardziej, że do namiotu wkroczył właśnie mężczyzna, który sądząc po fakcie, że wcale nie krył się z przypasaną bronią, mógł być stróżem prawa lub chociaż najętym do ochrony oprychem.
        – Gdyby młodzieniec zapytał, to by wiedział – prychnęła, wyraźnie dając rozmówcy do zrozumienia, że czuje się urażona i nic tego stanu rzeczy nie zmieni.
        – Naprawdę nie chciałem obrazić…
        – Niech już się lepiej młodzieniec nie wysila i idzie sobie.
        Halley ponownie skłonił się i pospiesznie odszedł, nie przymierzając się nawet do miejsca u boku barczystego. Tymczasem starsza dama, nie wiedzieć skąd, wyjęła małego, rozdygotanego pieska, postawiła go na zwolnionym krzesełku i dosłownie wgłaskała w siedzisko. Zwierzę nie miało żadnych szans na protest.
        – Ci młodzi nie mają za grosz szacunku dla autorytetów – zaczęła ćwierkać do pieska. – Ale spokojnie. Teraz Mumuś będzie wsystko dobze widział. I juz zaden niemiły, samolubny…
        Nie słuchał dalej, zajęty przepatrywaniem wolnych miejsc w zasięgu wzroku. Wreszcie wyłowił siedzenie pomiędzy parą, która niewątpliwie była małżeństwem, w dodatku z całą pewnością nieudanym a dwoma eleganckimi kawalerami wyglądającymi na studentów nauk ścisłych. Z obu stron raczej nie groziła nadmierna gadatliwość. Ruszył więc, klucząc między rzędami i kręcącymi się bezładnie ludźmi.
        – Wolne? – zapytał dla pewności.
        Mężczyzna spojrzał groźnie na małżonkę, a ta, nie przejmując się widać jego obligatoryjną zazdrością, wykonała gest, który w praktyce był połączeniem obojętnego wzruszenia ramionami i skinienia głową, zaś oznaczać miał najpewniej coś pomiędzy. Zachowała przy tym absolutnie kamienny wyraz twarzy, który nie zmienił się nawet, kiedy odwróciła się z powrotem do męża. Uniosła tylko nieznacznie brew. Natomiast studenci uśmiechnęli się zapraszająco, wydając z siebie serię niedoprecyzowanych dźwięków aprobaty. Usiadł.
        Widok nieco ustępował poprzedniemu, ale przynajmniej towarzystwo okazało się naprawdę milczące. Aż do czasu przybycia kurtyzany. Dziewczyna trzymała słój suszonych orzechów, starając się nie wypuścić go z drżącej ręki. Właściwie nie było w tym nic dziwnego, jako że odziana była w strój roboczy, a zimny wiatr beztrosko wdzierał się przez wciąż otwarte na oścież wejście. Uśmiechnęła się przepraszająco, przeciskając się przed twarzami małżeństwa, na co mężczyzna zareagował nerwowym oczopląsem i ostentacyjnym brakiem zainteresowania, natomiast kobieta, z niezmienną obojętnością, spoglądała to na niego, to na kurtyzanę. Halley uprzejmie podwinął nogi, by ułatwić dziewczynie przejście, na co ta przelotnie skinęła w podziękowaniu i z radosnym śmiechem usadowiła się na kolanach obu, znacznie już głośniejszych studentów.
        Wstał, ze wszystkich sił starając się, aby nie wyglądało to na demonstrację niezadowolenia i niechętnie powlókł się w kierunku, z którego przyszedł. Dwa rzędy ponad upatrzonym na początku miejscem pozostały cztery wciąż niezajęte siedzenia. Po krótkim zastanowieniu uznał, że teraz już raczej nie grozi mu głośna rodzina, zwłaszcza, że znaczna większość znajdujących się w namiocie ludzi zdążyła już usiąść.
        – To niewyobrażalne, doprawdy. Niewyobrażalne! – usłyszał głos damy z lornetką, besztającej właśnie jakąś nieszczęsną dziewkę, która niefortunnie zajęła była miejsce u jej boku, a teraz przepraszała, starając się nie rozpłakać.
        – Zaiste, nie ma już wychowanych młodych ludzi na tym świecie. Gdyby pannica zapytała, jak należy, to by wiedziała, że zajęte – fuknęła, przełożyła pieska na siedzenie po stronie dziewczyny i ponownie wsmarowała rozdygotane zwierzątko w nowe miejsce.
        Nim dotarł do celu, latarnie zostały naraz zgaszone, zatapiając wnętrze w mroku i zapachu dymu. Szelest materiału pozwolił domyślić się, że ktoś wreszcie zamknął wejście, a po chwili na scenę weszło dwóch mężczyzn odzianych wyłącznie w obcisłe skórzane spodnie, wymachując pochodniami w nieprawdopodobnym tempie. Halley, pomimo nikłego, nader rozedrganego oświetlenia, dotarł wreszcie do upatrzonego rzędu i usiadł.
Awatar użytkownika
Trost
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Ochroniarz , Zielarz
Kontakt:

Post autor: Trost »

         Gdy zgasły latarnie, niemal wszyscy ucichli. Słychać było tylko starszą damę z lornetką operową, która nie potrafiła przestać narzekać na współczesną młodzież. Na środek namiotu wyszła para mężczyzn z pochodniami, którymi zaczęli wywijać w zawrotnym tempie. Tworzyli w ten sposób świetlne kręgi i pętle. Po trybunach niczym fala przemknął szmer zachwytu, gdy niezauważeni przez nikogo kolejni mężczyźni zionęli znienacka płomieniami rozświetlając niemal cały namiot. Trost w porę odwrócił wzrok, dzięki czemu nadal widział spowitą w ciemnościach publikę. Wszystko zapowiadało spokojny wieczór, może oprócz starszej pani zakrywającej oczy swojemu psu i narzekającej na zbyt skąpe stroje cyrkowców szeptem słyszalnym przynajmniej w połowie namiotu. Prawdopodobieństwo, by nikt nie stracił do niej cierpliwości było niskie. Przedstawienie trwało jeszcze chwilę, wypełnioną niesamowitymi sztuczkami, nim mężczyźni ustawili się w trapez, a między nich wszedł ktoś w długiej szacie. Ognia znów zrobiło się bardzo dużo, więc Trost skupił się na widowni.
         Nagłe przeczucie kazało mu spojrzeć na wejście do namiotu i nie zawiodło go. Owinięta w grube futro kobieta wsunęła się do wnętrza, wyraźnie nie chcąc na siebie zwracać niczyjej uwagi. Trost zaklął cicho i ruszył w dół schodów, po drodze mijając mężczyznę z pochodniami i jednego z tych plujących ogniem. Kobieta też go zauważyła, lecz zamiast wyjść, ruszyła w głąb namiotu szybkim krokiem. Mimo to, Trostowi nie zajęło długo zagrodzenie jej drogi spokojnie, ale stanowczo.
         - Czy mogłaby pani pokazać mi bilet? - zapytał grzecznie, by uniknąć kłopotów w przypadku nieporozumienia. Kobieta podskoczyła, odwróciła się do niego, spłonęła rumieńcem widocznym w blasku świeżo zapalonych lamp, jęknęła, spuściła wzrok i zaprzeczyła szeptem. A on lekko chwycił ją za ramię i wyprowadził z powrotem na zewnątrz. Nie szarpała się. Do momentu, w którym opadła za nimi płachta służąca za wejście do namiotu, wykręcała szyję, by widzieć maga, tworzącego ognistego smoka.
         Plac, na który wyszli był pusty i zimny, ale też przyjemnie cichy i spokojny. Trost patrzył chwilę za kobietą, nim zniknęła w cieniu, po czym wrócił do namiotu, gdzie występowała teraz spora grupa akrobatów. Chwilę wahał się, czy nie zostać i nie oglądać dalej przedstawienia, ale miał obowiązki. Znalazł więc wzrokiem drugiego strażnika, piwnookiego Mahińczyka, z którym dzień wcześniej omawiał plany, a gdy ten na niego spojrzał, Trost pokazał palcem wyjście, a później zatoczył nim kółko. Mahińczyk skinął głową i zaczął obserwować także drugą trybunę.
         Powrót na zewnątrz, jakkolwiek nieprzyjemny przez niską temperaturę, okazał się dobrym pomysłem. Pół tuzina osób na widok strażnika odchodziło od szpar w namiocie, udając, że oglądali nie przedstawienie, a gwiazdy nad Ekradonem, ledwie widoczne przez warstwę chmur. Obszedł niemal połowę obwodu cyrku, kiedy zauważył na ziemi jakiś kształt, wielkości zwiniętego psa. Podszedł bliżej, by zobaczyć, że w rzeczywistości jest to dziecko. Powoli wyciągnął stopę, zahaczył o brzuch chłopca i odciągnął go na bruk. Dopiero wtedy rozpoznał sprzedawcę biletów.
         - Co sprawia, że stąd widać lepiej niż zza kulis? - zagadnął wiedząc, że jako członek trupy, dzieciak mógł równie dobrze siedzieć na środku sceny. Chłopak patrzył na niego z wyrzutem podnosząc się z bruku.
         - Tak jest ciekawiej. Widziałem ten pokaz dziesiątki razy. - Okazało się, że jednak nie zawsze krzyczał. - Ale ciekawiej jest, póki ktoś cię nie kopnie. - Skrzywił się pocierając plecy. Trost uniósł brew i skrzyżował ręce na piersi delikatnie się uśmiechając.
         - Po pierwsze, nie kopnąłem cię, tylko odepchnąłem. Przesadzasz. Po drugie, odganianie nieproszonych gości jest częścią mojej pracy, dzięki której więcej ludzi kupuje u ciebie bilety. A po trzecie, muszę do tej pracy wracać. - Odszedł kawałek, lecz odwrócił się do dzieciaka, który z powrotem wsunął się pod krawędź namiotu. - Lepiej uważaj - powiedział głośno. - Drugi strażnik naprawdę cię kopnie.
         Przeszedł między wozami cyrkowców, odgonił jeszcze jakąś parę młodzików, którzy nie chcieli marnować pieniędzy na bilet i powoli zbliżał się do głównego wejścia, kiedy z wnętrza dobiegły go krzyki. Ruszył do środka, zderzając się z kimś w przejściu. Na scenie leżał młody akrobata. Jego części ciała wyginały się w różnych kierunkach, co nie byłoby dziwne, w końcu był to akrobata. Jednak kąt, pod jakim wygięła się szyja wykluczał sztuczkę, jak i to, by chłopak żył.
         Trostowi przemyślenia te zajęły dwie sekundy. Po kolejnych dwóch, przypomniał sobie mężczyznę, z którym zderzył się w przejściu. Od śmierci artysty minęło dziesięć sekund, gdy strażnik ruszył w pogoń za szarą postacią, odprowadzany krzykami widowni, głównie starszej pani z pieskiem.
         - Narażać mojego pysiaczka na takie widoki?! Zapłacicie za to!
Awatar użytkownika
Waal’h
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Mędrzec , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Waal’h »

        Po wstępnych ewolucjach, w zacienionym tyle sceny stanęło rzędem czterech bębniarzy i w chwili, kiedy wyrzucone w powietrze pochodnie równocześnie powróciły do rąk tancerzy, powietrze przepełnił złożony rytm, który niósł w sobie coś prymitywnego i agresywnego, a przy tym sam w sobie był muzyką. Mężczyźni z pochodniami zwrócili się ku sobie nawzajem i ruszyli w taniec, który szybko przerodził się w teatralną walkę, zawierającą obowiązkowo mnóstwo młynków, piruetów i salt, w czasie których pochodnie zdawały się na chwilę zatrzymywać się zawieszone w powietrzu, by po chwili w okamgnieniu zatoczyć krąg, jakby w ślad za tancerzem. Walka nabierała tempa. Światło pochodni rozmywało się, jakby wcale nie miało źródła, a jedynie zawieszony w powietrzu ślad. Kiedy wydawało się, że to, co rozgrywa się na scenie jest już najzwyczajniej niemożliwe, tancerze równocześnie odskoczyli, zamierając w klasycznym wypadzie szermierczym. W tej samej chwili akompaniament gwałtownie zamilkł, by po chwili rozbrzmieć ze zdwojoną intensywnością, kiedy z ciemności wystrzeliły dwa słupy ognia, a za nimi wyłoniło się dwóch połykaczy, wywijając zawieszonymi na łańcuchach płonącymi kulami. Dotarli na przód sceny, gdzie zatrzymali się na chwilę, ponownie splunęli ogniem, tym razem nieco słabiej, by nie zagrozić publiczności i po chwili we czterech ruszyli do tańca.
        – Żeby mój Mumuś musiał oglądać takie… Takie zgorszenie! – dama z lornetką lamentowała szeptem, który jakimś cudem bez trudu przebijał się przez ścianę bębnów o najróżniejszych wysokościach dźwięku. Jednocześnie jedną ręką starała się zasłonić pieskowi oczy tak, jakby faktycznie coś miało go zgorszyć i skrzywić na resztę życia, zaś drugą wciąż przytykała do twarzy lornetkę, bacznie obserwując akcję na scenie.
        – I że też im tak nie zimno. Tak nago, tak bezwstydnie! Nie patrz, pysiaczku, nie patrz.
        Halley westchnął ciężko, jak zresztą połowa widzów zajmujących tę trybunę. Tymczasem rytm zwolnił znacznie, a wraz z nim zwolnili i tancerze. Na scenę wkroczył zakapturzony mężczyzna w czarnym płaszczu i rozpostarł ramiona w przesadnie dramatycznym geście. Dama z lornetką, gdyby należała do tej nielicznej grupy starszych dam, które bywają czasami zadowolone, niewątpliwie doceniłaby fakt, że odzienie artysty zakrywało niemal całe jego ciało, nie licząc dłoni. Tancerze zakręcili pochodniami i kulami, tworząc ogniste kręgi, z których powoli zaczynały wydostawać się pojedyncze płomienie, układając się w cienkie nici, plotące ze sobą wzajem fantazyjne wzory. Ponad sceną stopniowo formował się olbrzymi smok, dostojnie uderzając skrzydłami, jak gdyby rzeczywiście potrzebował ich, by utrzymać się w powietrzu. Przez widownię przeszedł szmer podziwu. Tylko piesek wydawał się nie wiedzieć, gdzie mógłby się ukryć.
        Tancerze, nie przestając kreślić świetlnych kół, ruszyli na trybuny, każdy innym przejściem. Kiedy dotarli na szczyt, rozległo się jednoczesne uderzenie wszystkich bębnów i naraz zapłonęły olejne lampy. Po krótkiej chwili ognisty smok potężnie zamachnął się skrzydłami i przy akompaniamencie westchnień zachwytu i okrzyków trwogi zionął w kierunku widowni, podpalając zawartość, piątej, największej misy, która w odróżnieniu od pozostałych nie miała przytwierdzonej do brzegu soczewki i zawieszona została niemal nad samą sceną. Lampa rozbłysła czerwonym światłem, które zdawało się nie tyle wydobywać z płomienia, co raczej otaczać naczynie świetlistą kulą o płynnej powierzchni. Urzeczeni widzowie nie zauważyli momentu, w którym na scenie zjawili się akrobaci, ustawiając się w zawiłą piramidę, na szczycie której, podtrzymywany przez dwie driady stanął elegancki, dosyć leciwy mężczyzna w jedwabnym, połyskującym kolorowo fraku.
        – Witajcie cni mieszkańcy Ekhadonu! – zawołał, a miedziana tuba spotęgowała jego i tak donośny głos. – Dzisiejszej nocy, dzięki niezwykłym sztukmistrzom z cyhku Złoty Akkedis zobaczycie pokaz, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyliście i nigdy nie zapomnicie! Aby dłużej nie trzymać was, szanowna publiczności, w napięciu, inwituję na pokaz! – Piramida w okamgnieniu rozsypała się, a dyrektor jakimś cudem wylądował zupełnie pewnie sprowadzony gdzieś w tym pozornym chaosie na ziemię.
        Przemowa była naprawdę sprytnie przemyślana, zważywszy, że słów „Ekradon” i „cyrk” raczej nie dało się w niej pominąć. Aczkolwiek z tym inwitowaniem ktoś już zdecydowanie przesadził.
        Na scenie zaroiło się od akrobatów wykonujących synchronicznie najróżniejsze sztuczki, orkiestra rozpoczęła jedną z klasycznych, cyrkowych melodii, a mężczyźni, którzy jeszcze niedawno tańczyli z ogniem, teraz stali uczepieni olejnych lamp, które, jak się okazało, można było bez trudu obracać na boki i starali się nadążyć za rozbieganymi artystami. Kula światła zmieniła kolor na błękitny, wciąż lekko falując. Wreszcie, po wstępnym układzie przyszedł czas na występy bardziej zindywidualizowane. Akrobaci rozeszli się na boki, zastygając w wymyślnych pozach, a pośrodku sceny pozostały dwie driady, które przy akompaniamencie rzewnej melodii rozpoczęły taniec na zwieszonych z rusztowania szarfach.
        Halley czuł, że nie docenia w pełni rozgrywającego się przed nim pokazu. Nie mógł jednak przestać myśleć o tym, co nastąpi, bo tego, że następnym solistą będzie młody trapezista, syn Jorena, był zupełnie pewien, spoglądając co jakiś czas na chłopaka. Driady zakończyły swój występ i żegnane brawami zajęły swoje miejsca pośród pozostałych akrobatów. Ktoś niepostrzeżenie wciągnął szarfy i zamiast nich opuścił dwa trapezy.
        Artysta wybiegł na środek, w biegu wykonał kilka salt i zgiął się w głębokim ukłonie w kierunku widowni. Kiedy się wyprostował, na oczach miał ciemną opaskę, którą sprawnie zawiązał i, głośno licząc w myślach kroki, dotarł do czekającego na niego mężczyzny, który chwycił jego stopę i wyrzucił chłopaka w górę, jak gdyby był ledwie małym kamykiem podrzuconym dla zabawy. Akrobata chwycił w locie wiszący trapez, a znaczna część publiki odetchnęła.
        Musiał przyznać przed samym sobą, że chłopak zrobił na nim wrażenie. Radził sobie zaskakująco dobrze, z lekkością prezentując kolejne, coraz bardziej złożone figury. Wreszcie skoczył, wykonując w powietrzu kilka obrotów. Widzowie z zapartym tchem patrzyli jak artysta ląduje na niewielkiej platformie. Zachwiał się przez moment, a część publiki nie wytrzymała i wstała z miejsc, jakby to miało ocalić akrobatę przed upadkiem. Chłopak szybko stanął pewnie, wyprostował się i zerwał opaskę, omiatając trybuny dumnym spojrzeniem.
        A później stało się wiele rzeczy. Artysta skłonił się głęboko, a kiedy znów spojrzał na widownię, jego twarz była niezdrowo blada, a oczy błądziły panicznie. Zrobił krok w kierunku krawędzi, a później drugi. Brawa ustały dopiero, kiedy upadł z głuchym łupnięciem. Publika zamarła. Dama z lornetką upuściła lornetkę, jakiś dzieciak zaśmiał się głupio, plaśnięcie uderzenia wymierzonego przez matkę rozbrzmiało natychmiast. Joren wrzasnął rozdzierająco, wbiegając na scenę i klękając przy synu, a Halley nie uśmiechnął się. Minęła ciężka, gęsta chwila, zanim widzowie ruszyli się z miejsc, napierając na scenę lub wybiegając z namiotu.
        – Skandal! Jak można było narazić Mumusia na taki widok! Cały się trzęsie z przerażenia! Zapłacicie mi za to! – wrzeszczała dama bez lornetki, wymachując pieskiem w kierunku dyrektora. Piesek trząsł się nie bardziej niż zwykle, za wszelką cenę starając się wylizać trzymającą go dłoń.
        Halley wstał, rozglądając się, jak zresztą wielu zdezorientowanych ludzi, do których jeszcze do końca nie dotarło, czego właśnie byli świadkami. Zszedł w stronę napierającego na scenę tłumu, przysłuchując się wykrzykiwanym groźbom, pytaniom i niezidentyfikowanym dźwiękom. Posłał jeszcze ostatnie spojrzenie w kierunku Jorena, który w otoczeniu odpierających tłum cyrkowców, lamentował, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie. Miejsce, w którym jeszcze kilka chwil temu utalentowani artyści wykonywali piękny układ, a widzowie w zachwycie podziwiali ich wyczyny zmieniło się nie do poznania.
        W zaistniałej sytuacji nie musiał silić się na specjalną dyskrecję. Oddalił się od tłumu, nie odrywając wzroku od centrum wydarzeń i niewiele brakowało, by zaczął gwizdać podchwyconą radosną melodyjkę. Zanim dotarł do tylnego wyjścia, znienacka wpadł na niego strażnik. Tego w planach nie było. Halley zwinnie wyminął mężczyznę, spokojnym krokiem dotarł do przejścia i przyspieszył. Tak na wszelki wypadek. Obejrzał się szybko za siebie i biegiem puścił się w najbliższą wąską uliczkę.
Awatar użytkownika
Trost
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Ochroniarz , Zielarz
Kontakt:

Post autor: Trost »

         Biegł za niknącą we mgle sylwetką i za dźwiękiem kroków, który mieszał się z niecichnącym nigdy szumem miasta. W wąskich uliczkach wpadał na ściany, nie mogąc wyrobić zakrętu na wilgotnym, pokrytym błotem bruku. Myślał wciąż, że to co robił prawdopodobnie nie miało sensu. Nie widział, co stało się w cyrku. Mógł to być zwykły wypadek, a osoba którą gonił, mogła zwyczajnie spanikować, gdy strażnik puścił się za nią w pogoń. Biegł jednak dalej, bo powrót do namiotu miał jeszcze mniej sensu. Mahińczyk był profesjonalistą, dla którego spanikowany tłum nie był wielkim wyzwaniem, więc raczej opanował sytuację.
         Trost wypadł na szerszą drogę, nie będąc pewnym, czy nie zgubił uciekającego, jednak szara postać pędziła jej środkiem, jakby specjalnie pokazując się strażnikowi. Przed jakąś karczmą trafili na spory tłum, więc nie obeszło się bez potrąceń i krzyczanych przez ramię przeprosin. Najgłośniej protestowała potrącona przez uciekiniera lady Juna Graydon, młoda właścicielka kilku sporych magazynów, których Trost kiedyś pilnował. Jej groźby, że wsadzi ich wszystkich do więzienia, brzmiały nadzwyczaj przekonująco, lecz mężczyzn niespecjalnie się nimi przejął, zajęty oddalającą się postacią.
         Trasa jaką biegli była bardzo zróżnicowana i mężczyzna po kilku minutach czuł się, jak na przyspieszonym zwiedzaniu miasta. Kiedy mijali miejską stajnię, zastanawiał się, czy nie pożyczyć jakiegoś konia, jednak prawdopodobieństwo ponownego znalezienia człowieka, którego twarzy nawet nie pamiętał, było zerowe. Dlatego nie zwolnił, dając się zaprowadzić do kolejnego gniazda bandytów. Ścieżki między przechylającymi się ścianami drewnianych domów biedoty były bardzo klaustrofobiczne i jeszcze bardziej śliskie, toteż Trost oczywiście poślizgnął się w kałuży płynu, którego pochodzenia nie chciał dochodzić. W ostatniej chwili udało mu się przekształcić bezwładne wywalanie się na mordę, w krzywy przewrót, dzięki czemu zachował resztki godności i miał jakąkolwiek szansę, na ponowne zobaczenie uciekiniera.
         Wstał i ruszył uliczką, w którą wcześniej wbiegła postać, ale po kilku zakrętach nie wiedział, dokąd iść. Stanął na chwilę, nasłuchując kroków, jednak słyszał tylko odległe głosy, krzyki, śmiechy. W trzeciej uliczce, w którą zaglądnął, zobaczył mężczyznę opierającego się o róg domu. Trost rozpoznał go głównie po szarym płaszczu, który od początku gonitwy obserwował. Uciekinier nie uciekał, tylko czekał na strażnika, a gdy ten go spostrzegł, nieuciekający uciekinier rzucił w niego chustką i znów zaczął uciekać. Trost chwycił kawałek materiału i spojrzał na niego zdezorientowany. Mimo ciemności, dostrzegł litery J i G wyhaftowane srebrną nicią odbijającą blask księżyca. Po kilku sekundach zorientował się, że nadal stoi jak kretyn, gapiąc się na chustkę, więc schował ją do kieszeni i po raz kolejny ruszył za mężczyzną, teraz już pewien, że musi go gonić.
         Między rozpadającymi się budynkami dostrzegł fragment muru. Ku zdziwieniu Trosta, uciekinier biegł w jego stronę, mimo że tam byłby łatwiejszym łupem. Dobiegli do nieco szerszej ścieżki, która w miarę zbliżania się do centrum miasta zamieniała się w ulicę. Stała przy niej kamieniczka, w której Trost kupił pokoje. Ścieżką tą chodził do furtki w murze, która, dzięki łapówkom dawanym znajomemu strażnikowi, nie była zamykana na klucz. Uciekinier zdawał się świadomy tej drogi ucieczki, bo właśnie przez tę furtę przebiegał, a pewność z jaką szarpnął klamkę, nie pozostawiała wątpliwości, że regularnie z niej korzystał.
         Przeklinając fakt, że jego pieniądze służą komuś innemu, jak również plączące się nogi i nierówny oddech, Trost wybiegł na leśną ścieżkę, prowadzącą w dół zbocza, na którym wybudowano Ekradon, zeskoczył z dużego kamienia i zauważył, że ciemność w lesie jest dużo ciemniejsza, niż w mieście. Na dostrzeżenie mężczyzny w krzakach szans nie miał, dlatego stanął i schylił się, by uspokoić oddech. Świeże ślady na ścieżce nie były łatwe do znalezienia, ale były jedyną nadzieją Trosta.
         - Cholera jasna - mruknął i ruszył tropem uciekiniera.
Awatar użytkownika
Waal’h
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Mędrzec , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Waal’h »

        Strażnik podjął pościg, a to oznaczało, że trzeba będzie się trochę wysilić, klucząc pogrążonymi w mroku uliczkami. Waal’h właściwie nie zastanawiało się nad tym, czy zwróciło na siebie uwagę przypadkiem, co wskazywałoby jednak na niedostateczną ostrożność, a nawet głupotę, czy celowo. W przypadku drugiego, winą należałoby w całości obarczyć jego wrodzony kabotynizm.
        Halley biegł, nie oglądając się za siebie. Wiedział, że właśnie mierzy się z najbardziej wymagającym i ryzykownym etapem pościgu, kiedy siły obu stron są właściwie zupełnie wyrównane, a wszystko zależy od szybkości biegu. I od wyboru drogi, co bezzwłocznie wykorzystał. Skręcił kilka razy, na pozór przypadkowo wybierając kierunki. Szybko jednak przekonał się, że na zakrętach borykają się z problemem śliskiego podłoża w równym stopniu, a niewielkie przeszkody nie przysparzają strażnikowi większych trudności. Kroki wciąż rozbrzmiewały za jego plecami potęgowane przez rozpływające się we mgle echo.
        Po kolejnej chwili biegu, prosta, wąska uliczka wyprowadziła go na jedną z głównych arterii Ekradonu. Dopiero tam, widząc swoją szansę w cnych mieszczanach, kłębiących się wokół przybytków wszelakich, obrócił się szybko w piruecie, by dostrzec pościg. Dostrzegł i pędem ruszył ku oświetlonej ciepłym blaskiem karczmie. Trzech rymarzy, którzy profesję wypisaną mieli na twarzach, zdążyło rozproszyć się i, tym samym, uniknąć zderzenia z nadciągającym mężczyzną. Reszta, zbyt pochłonięta własnymi sprawami, już po chwili utworzyła coś, co można by zawrzeć w słowniku pod hasłem „chaos”. Halley sprawnie wymanewrował między kilkoma łokciami, bez oporów wykorzystując kilka z nich, by ułatwić sobie zakręt. Właściciele łokci, wpadając na siebie nawzajem, pozostałych nieszczęśników czy po prostu na bruk, nie kryli oburzenia. Bardzo głośno nie kryli.
        Po wrzaskach za plecami domyślił się, że strażnik wpadł już w gęsty tłum. Bezzwłocznie wypatrzył pierwszy prześwit i rzucił się w jego kierunku. Po drodze zmuszony był staranować ramieniem jakąś damę. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie podtrzymał jej, ratując przed bolesnym upadkiem, a przy okazji chwytając wystającą lekko spod gorsetu haftowaną chustkę. Nie wiedział, czy związany z nią plan się powiedzie, ale w końcu lepiej mieć, niż żałować, że się nie ma. Szybko skręcił pod ufundowaną przez potężny cech garncarzy bramę, która, nie wiedzieć czemu stanęła pośrodku miasta, oddzielając dzielnicę reprezentacyjną od tej rzemieślniczej i pognał dalej, w kierunku mieszczącego się w starym, bardzo starym budynku wagi miejskiej banku. Tam, przemykając pod arkadami, wypatrzył wreszcie odpowiedni pasaż i już po chwili wybiegł tuż obok stajni, która mieściła się tam od niepamiętnych czasów, będąc miejscem niezwykle barwnej historii, której maie, jak raz, nie pamiętało.
        Dalej robiło się coraz ciekawiej. Ciasne przejście między dwiema niepozornymi kamienicami przeniosło Halleya w zupełnie inny świat. Świat, który nigdy nie spał i w którym nikt nigdy nie spał spokojnie. W ostatniej chwili przeskoczył nad rozrastającą się z wolna kałużą krwawego błota, skręcił w rozwidleniu i wbiegł na balkon, który pod jarzmem dziesięcioleci z jednej strony opadł niemal do samej ziemi. Po chwili usłyszał soczyste plaśnięcie, i zmieniony rytm kroków.
        Dobiegł do końca balkonu, zeskoczył na dach drewnianej szopy i zsunął się na tyły, znikając w gęstym cieniu podwórza, z którego wyszedł już spokojnym tempem, zwalniając oddech. Kroki dobiegały gdzieś zza zakrętu, co dawało mu jeszcze chwilę samotności. Względnej, bowiem dobrze wiedział, że tutaj zawsze ktoś obserwuje. Poprawił kaptur i nonszalancko oparł się o ścianę, czekając na pościg.
        Mężczyzna wyglądał nieco żałośnie, ociekając gęstą mazią pośrodku pustej ulicy. Halley zaczekał jeszcze chwilę, aż ten podejdzie bliżej, cisnął zwiniętą chustkę, skinął przesadnie głęboko i pobiegł dalej. Stamtąd droga była już prosta. Bez trudu odszukał wiecznie otwartą furtę w murze, która wyprowadziła go na otwartą przestrzeń. Zapach lasu i jego subtelna, nocna pieśń sprawiły, że Halley puścił się radosnym galopem w dół zbocza i zniknął w nieprzeniknionym mroku poszycia.
        Wiedział, że mężczyzna mu nie odpuści. To było widać nawet bez patrzenia. Nie mógł tylko zgadnąć jak daleko powiedzie go zawziętość. Nie zwalniał więc, choć od dłuższego czasu nie słyszał za sobą kroków. Wreszcie, kiedy poczuł, że niedługo braknie mu już sił na zmianę formy, zatrzymał się, odszukał najbliższe drzewo o możliwie dogodnych do wspinaczki gałęziach i nie czekając chwycił najniższy konar. Zatrzymał się dopiero kilka sążni nad ziemią. Nie widział, nie słyszał i nie wyczuwał niczego niepokojącego w okolicy. Mimo to odczekał jeszcze chwilę, po czym najzwyczajniej w świecie rozpłynął się w powietrzu.
Awatar użytkownika
Trost
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Ochroniarz , Zielarz
Kontakt:

Post autor: Trost »

         Ślady w wilgotnej ściółce pokrytej jesiennymi liśćmi były bardzo wyraźne. Mężczyzna, którego gonił Trost, najwyraźniej biegł dalej, nie przejmując się pozostawianym dokładnym szlakiem. Księżyc, by nie ułatwić przypadkiem poszukiwań, z powrotem schował się za chmurami, przez co tropienie stało się dużo trudniejsze, ale nie niemożliwe. A Trost się zawziął. Bez dowodu na inną zbrodnię gonionego, niż kradzież chustki, bez wiedzy, co właściwie stało się w cyrku i bez sił, strażnik szedł przez las zgięty w pół, podążając za przeczuciem i śladami w błocie.
         Mężczyzna nie kluczył między drzewami, nie próbował zgubić ogona, więc mimo ciemności, śledzenie go nie było trudne. Trost tak przyzwyczaił się do tej prostej ścieżki, że poszedł nią kawałek, nawet kiedy ślady zostały w tyle. Dopiero po chwili zorientował się, że goniony stanął, podszedł do kilku drzew, a przy jednym przestał zostawiać tropy na ziemi. Trost spojrzał nad siebie. Na najniższej gałęzi dostrzegł trochę błota i liści, wyżej zdarte porosty. Ale szarego płaszcza, ani jego właściciela, nie było. Rozglądnął się zdziwiony. Krążył dookoła pnia, upewniając się, że mężczyzna nie zeskoczył z drzewa trochę dalej, że nie przeszedł na inne. W końcu zakręciło mu się w głowie, na dodatek zaczął marznąć, a ślady przekonywały, że albo goniony rozpłynął się w powietrzu, albo Trost oślepł. Więc, choć długo gonił płaszczaka, choć był przekonany o jego winie i choć nie chciał odpuszczać, odpuścił bez żalu.
         Droga pod górę była oczywiście dużo dłuższa, zwłaszcza że teraz nie biegł, a snuł się z prędkością zaspanego ślimaka. Kiedy wreszcie dotarł do furty i wszedł do miasta miał dosyć wszystkiego. Rozejrzał się po ciemnej dzielnicy, przypominającej opuszczone ruiny z nieprzyjemną świadomością, że w każdej ruinie siedzi kilka osób, które nie pogardziłyby jego ubraniami i majątkiem. Dlatego, zanim którakolwiek z tych istot zdradziła swoją obecność, Trost wyciągnął lewak i ruszył zdecydowanym krokiem człowieka groźnego. Schował broń dopiero, gdy zauważył, że mija własny dom. Obrzucił go tęsknym spojrzeniem, ale po drodze postanowił dowiedzieć się co zaszło na scenie, dlatego szedł dalej w stronę górującej nad domami wieży świątyni, za którą zatrzymał się cyrk.
         Człowiek jest zwierzęciem prowadzącym dzienny tryb życia, o czym Trost zapominał regularnie. Właściwie, nie tyle zapominał, co nie wyciągał z tego faktu odpowiednich wniosków. Dlatego, zauważywszy, że w obozie cyrkowców nie pali się nawet jedna świeczka, odwrócił się na pięcie i pokonał po raz trzeci tego dnia trasę między głównym placem, a domem.
         Ledwie powstrzymał się przed trzaśnięciem drzwiami. Wiedział jednak, że kłótnia z sąsiadami nie poprawi mu humoru, a kolejny dzień i tak zapowiadał się źle. Usiadł na krześle, które znów zaczynało się kiwać, odłożył broń na stół i sięgnął po gąsiorek z krasnoludzkim piwem.
         – Człowiekowi umarł pracownik – zaczął narzekać półgłosem – a ten po niecałej godzinie już śpi. – Raróg, do którego Trost mówił, nie poruszył się, bo powrót właściciela nie był dość ważny, by przerwać sen. Mężczyzna westchnął cicho i zaczął zdejmować kolejne warstwy ubrań. Krzywiąc się jak dziecko przed talerzem brokułów przystąpił do wieczornej toalety, ograniczając ją do szybkiego, niemal symbolicznego wytarcia się mokrą szmatą, po czym wpełzł na barłóg i owinął się dokładnie grubym kocem. Było zimno.
         Rano nadal było zimno. Na dodatek było rano. Dyrektor cyrku na pewno chciałby jak najwcześniej omówić wydarzenia z poprzedniej nocy, toteż Trosta czekał spacer w świetle wschodzącego słońca. Przedsmak czekających go tortur dała mu już wycieczka do znajdującej się poza budynkiem ziemianki, po mięso dla Neva. Tę krótką drogę pokonał owinięty szczelnie w koc, bo na ubieranie było jeszcze znacznie za wcześnie. Wrócił rozbudzony rześkim powietrzem, nakarmił ptaka i zerknął na porozrzucane po podłodze ubrania. Po nieco zbyt długiej chwili trzepania koszulą, doszedł do wniosku, że rzeczywiście jest brudna, jak cała reszta stroju. Błoto pokrywające płaszcz okazało się w większości krwią. Biorąc pod uwagę jej obecność w zaułku, Trost zaczął nagle doceniać, że w ogóle z pościgu wrócił.
         Po raz pierwszy od dobrego roku mężczyzna został zmuszony do opuszczenia swojej kryjówki w dzień. Zdecydowanie mu się to nie podobało, ale wiedząc, że narzekanie niczego nie zmieni, starał się doceniać, co tylko mógł. Doceniał więc radosne śmiechy dzieci, jakże różniące się od rechotu słyszanego często w karczmach. Z daleka dobiegał go wysoki śpiew młodej kobiety, z całkiem bliska wycie żebraka.
         – Życie! Życie jest… Uop! – czknął wpadając na Trosta, który nie widział praktycznie niczego. – Baleron… – jęknął jeszcze, odprowadzając wzrokiem mężczyznę, który zwijał się w sobie, jak tylko mógł.
         W mieście mieszkało wielu ludzi, o czym Trost wiedział. Jednak z każdym potrąceniem i z każdymi przeprosinami, słowo „wielu” zmieniało swoje znaczenie. Po pewnym czasie mężczyzna przestał się nawet starać wymijać kolejne osoby w tłumie, bo unikając jednej, wpadał na dwie inne. Szedł niczym lodołamacz, żując liść mięty, by pozbyć się smaku śniadania i obracając w kieszeni słoiczek z maścią z gwiazdnicy.
         Do remontowanej kamienicy, oddanej cyrkowcom na biuro, wpadł bez pukania i od razu oparł się o ścianę w najciemniejszym kącie jaki znalazł.
         – Umahł mój piehwohodny! – jęki Jorena wcale nie ułatwiały ignorowania przykrych objawów. - Mój najdhoższy Hon! Kto po mojej śmiehci będzie phowadził intehes? Przecież nie ta jego zwahiowana siostha Bahbaha! Co ja zhobię?! – Dyrektor siedział na stołku, pocieszany przez treserkę koni. Mahińczyk, o trudnym do spamiętania imieniu, opierał się o jego biurko i przenosił zatroskany wzrok z zapłakanego Jorena, na łzawiącego, trzymającego się za skronie i mruczącego klątwy Trosta.
         – Tehaz składać hapoht! Jak mogliście dopuścić do tej thagedii? - roztargniony mężczyzna nie dawał sobie rady z unikaniem "r" w swoich wypowiedziach, więc efekt, mimo przykrych okoliczności, był komiczny.
         – Pana syn… Ron. – Mahińczyk wypowiedział imię niepewnie, bowiem chłopak mógł być równie dobrze Honem. Po braku oburzenia ze strony ojca, można było jednak wnioskować, że zgadł. – Spadł z podestu. Najprawdopodobniej po tych wszystkich sztuczkach zakręciło mu się z głowie.
         – On był phofesjonalnym akhobatą. Jemu nie khęciło się w głowie po pahu phostych thikach. – Joren opluł się wymawiając to zdanie, a Trost stwierdził, że powinien się wtrącić, nim ciemnoskóry strażnik doprowadzi dyrektora do zawału.
         – Jakiś mężczyzna uciekł z namiotu zaraz po wypadku. Wiedziony przeczuciem pobiegłem za nim, ale zgubiłem go w lesie – urwał z nadzieją, że nikt nie będzie teraz dochodził, jak wyszedł z miasta w nocy.
         – To co ty tu jeszcze hobisz? Znajdź go! - Trost kłócić się nie zamierzał, więc choć nie wiedział, jak miałby znaleźć płaszczaka, skłonił się lekko, naciągnął kaptur i wyszedł, tylko po to, by wejść w drzwi kilka kroków dalej, do pomieszczenia, które zajęli z Mahińczykiem na swoją kwaterę. Tam znowu skrył się w cieniu i w oczekiwaniu na drugiego strażnika, z którym musiał omówić co właściwie zaszło, przystąpił do smarowania świeżych oparzeń maścią.
Awatar użytkownika
Waal’h
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 5 miesiące temu
Rasa: Maie
Profesje: Mędrzec , Rzemieślnik
Kontakt:

Post autor: Waal’h »

        Ogromny puchacz nadleciał bezgłośnie, przysiadł na gałęzi i po chwili znów wzbił się w powietrze, trzymając w łapach pozostawione przez Halleya odzienie. Maie miało świadomość, że to lekkie nadużycie, ale właściwie nikomu nie zaszkodziło, więc to tak jakby nic nie zaszło. Nie chciało stracić anonimowości tej niemal doskonałej matrycy, a czuło, że strażnik z każdą chwilą jest coraz bliżej.
        Kiedy mężczyzna stanął pod drzewem, dokładnie oglądając najniższe konary, Waal’h z satysfakcją stwierdziło, że nie pomyliło się co do jego zawziętości. Lubiło ten typ ludzi. Łatwo było ich sprowokować i przyjemnie później oglądać. Czekało. W takiej chwili i miejscu chyba każdy wreszcie zawróciłby, ale strażnik i tak wytrwał zadziwiająco długo. Maie ruszyło jego śladem, utrzymując jednak bezpieczny dystans, na wypadek gdyby mężczyzna mniej lub bardziej świadomie posługiwał się magią.
        Miasto znów było zupełnie inne, niż poprzednim razem, kiedy pokonywali je biegiem. Przede wszystkim było cicho. Mieszkańcy w znacznej większości powrócili do swoich domów albo zalegli w przybytkach, w których mieli już spędzić resztę nocy aż do nieprzyjemnej pobudki z bolącą głową, pustą kieską i brakującą biżuterią. Teraz, pośród mroźniej ciemności, ciche kroki strażnika wydawały się najgłośniejszym dźwiękiem świata.
        Waal’h, zaskoczone nagłą zmianą kierunku, oddaliło się jeszcze dla pewności, by przypadkiem nie wejść w drogę mężczyźnie, który zawrócił spod cyrku i wydawało się, że wraca skąd przyszedł. Nie. Nie zaskoczone. Maie przecież doskonale wiedziało, że strażnik wróci do namiotu, do pracodawcy. Naturalnie, od razu zauważyło też, że należał on do osób, które nie odróżniają pór dnia i nocy. Przekonane o własnej nieomylności i bezbrzeżnej przenikliwości, z czystym sumieniem ruszyło dalej.
        W budynku trudniej było zachować bezpieczny dystans, ale ciekawość, jak to zwykle bywa, wzięła górę nad ostrożnością. Mieszkanie samo w sobie niewiele odbiegało od wyobrażenia, jakie Waal’h zbudowało na podstawie obserwacji lokatora. Tym razem w pełni szczerze. Wyglądało na to, że drobny incydent z akrobatą głęboko odbił się na jego humorze. To, że zaczął się żalić sugerowało, że nawet bardzo głęboko. Fakt, że rozmówca nie był człowiekiem, a rarogiem, miaie spostrzegło dopiero po chwili i w tym samym momencie znalazło się daleko od ptaka, strażnika i w ogóle całego tego mieszkania. Ciekawość ciekawością, ale jeżeli rozmawiał ze zwierzętami, to najpewniej jakieś tam pojęcie w temacie magii miał. Chyba, że akurat należał do tej ogromnej rzeszy ludzi, którzy gadają do swoich kotków, piesków i innych gołąbków, ignorując fakt, że przekazu nawet nie można nazwać jednostronnym, bo pupilek zwyczajnie ich nie rozumie. Z jednej strony, mężczyzna nie wyglądał na takiego, z drugiej, wyglądał jakby wyglądać nie chciał, a to sprawiało, że na to wyglądanie wyglądał tym bardziej. Z resztą, i tak wyraźnie miał się już ku spaniu.
        W drodze do chaty, Waal’h pobieżnie skontrolowało jeszcze kawałek lasu. Tak dla formalności. W końcu miało się obowiązki. Poza tym jednak trochę zależało mu na każdej istocie znajdującej się pod jego opieką. Ale tylko trochę. Na tyle, by mieściło się to w granicach jego cynicznego postrzegania świata. Wreszcie, w porze, którą wielu nazwałoby środkiem nocy, a niewielu, głównie ludność napływowa ze wsi, wczesnym rankiem, maie zatrzymało się w miejscu, z którego często czerpało, by odzyskać siły. Czekała je niebawem przemiana w formę materialną i najpewniej nowi interesanci. Był bowiem niemal zupełnie pewien, że rodzice pryszczatego młodzieńca zjawią się niedługo po jego zaginięciu, z którym, o dziwo, Waal’h nie miało nic wspólnego albo przynajmniej niewiele, a i strażnika spodziewał się prędzej czy później, nawet jeśli nie u progu chaty, to dosyć głęboko na swoim terenie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ekradon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości