MauriaRodzinne sprawy

Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Imara
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 10 miesiące temu
Rasa: Lodowy Elf
Profesje: Szlachcic , Żołnierz
Kontakt:

Rodzinne sprawy

Post autor: Imara »

        Trudno było stwierdzić, co bardziej irytowało przybyszy — chaos, który dział się obecnie w posiadłości lorda Ilidiae, czy fakt, że był to dopiero początek katastrofy. Miały się bowiem odbyć bardzo ważne urodziny; ważne, bo babka Kaladera kończyła dziewięćdziesiąt lat, co w jego rodzinie uchodziło za fenomen, gdyż większość jej członków dożywało ledwie sześćdziesiątki. Przygotowywano się więc do wyprawienia uczty stulecia, lecz nie przewidziano, że goście ściągać będą z całej Alaranii, więc zamiast trzech dni, uroczystość miała trwać tydzień, aby wszyscy zdążyli na czas i zdołali zaznać tutejszych atrakcji. Wynajęto cały wachlarz artystów: od akrobatów, przez połykaczy ognia, karykaturzystów, malarzy, rzeźbiarzy, tancerzy, śpiewaków, bardów, muzykantów maści wszelkiej, komików, aktorów, aż po poetów i innych kuglarzy z bliższej oraz dalszej okolicy. Dziedziniec zatem był po brzegi zatłoczony wozami, scenami, namiotami i krzyczącymi do siebie w różnych językach ludźmi. Było głośno, gwarno, wręcz duszno, a w dodatku kucharze nie nadążali za kulinarnymi życzeniami gości.
        Oficjalna uczta miała odbyć się dzisiejszego wieczoru. Było popołudnie. Ima siedziała na ganku w rozchełstanej lnianej koszulinie, z upodobaniem obserwując dwie pokojówki panikujące nad rozdarciem w sukni trzeciej. Uśmiechała się nieco pogardliwie, czerpiąc niepokojącą satysfakcję ze sceny, jaka rozgrywała się przed nią. Sączyła powoli najwyborniejsze czerwone wino, jakie tylko udało się zamówić ojcu jej męża; poprzedniego dnia, przechadzając się po kuchni od niechcenia, zwinęła butelkę, schowawszy ją do rękawa koszuli.
        Poczuła dłoń na swoim ramieniu. To mógł być tylko Kalader, nikt inny, z jej własnego nadania, nie miał prawa jej dotykać.
        — Dobrze się bawisz? — zapytał, a w jego głosie dało się usłyszeć nutkę zniecierpliwienia.
        — Pierwszorzędnie — odparła beztrosko i zbliżyła kieliszek do ust. — Te kwoki już dobre pół godziny próbują zażegnać problem z suknią...
        — Zaraz przyjdzie tu babcia — powiedział ze zgrozą w głosie.
        — O, nie... Po co?
        — Ona zapewne sama tego nie wie. Nie idzie się z nią dogadać.
        — Dziwisz się? Jest głucha i niedowidzi, poza tym ledwie ustać o własnych siłach umie.
        — Ćśś, idzie tu — szepnął konspiracyjnie Kalader.
        — Uważaj, bo cię usłyszy — rzuciła z ironią Ima.
        Babka Severyna Ilidiae była niziutką, chudziutką, nader pomarszczoną kobietą o siwych, długich do pasa włosach. Chodziła powoli, o lasce, drepcząc małymi kroczkami, co Imie wydawało się, że trwa całe wieki. Wychodziła z domu: zanim udało jej się skutecznie przejść przez próg, góry lodowe zdążyły stopnieć i się na nowo uformować. Ima uśmiechnęła się do niej miło, na co babcia odpowiedziała tym samym. Kalader chwycił ją za ramię.
        — Chodź, babciu, matka prosi, byś zerknęła na bukiety.
        — A na co mi jakieś kotlety? — zaskrzypiała kobieta. — Ja przecie zębów nie mam!
        — BUKIETY! — krzyknął jej do ucha młody lord.
        — A idź mi z tym, ja nigdzie nie idę!
        — O, rany. — Kalader potarł czoło w geście rezygnacji.
        Ima wtopiła się w fotel tak, że niemal się z nim zlała w jedność. Nie zamierzała wysłuchiwać komentarzy na swój temat, szczególnie, że babcia za nią nie przepadała, więc na komplementy liczyć nie mogła. Nie żeby jej zależało. Prędzej zależało jej na tym, by nie mieć śliny w oku. Babcia okropnie pluła podczas mówienia. Szczerze wolała znajdować się gdzieś w polu, w czasie jakiejkolwiek potyczki, niż marynować się na tej bezproduktywnej uroczystości. Zwłaszcza, że była tu sama; jej ojciec wykpił się wymówką o nagłej sprawie związanej ze składem paszy dla koni, zaś stryj bez pardonu oznajmił, że ruszać się ze Śnieżnej Przystani nie zamierza, choćby go wilcy mieli zeżreć. Musiała zatem użerać się z nadgorliwą rodziną ze strony męża, jak i samym mężem, zestresowanym do granic możliwości. Oczekiwano od niego dojrzałego podejścia, umiejętności zarządzania ziemią oraz gospodarstwem, a tymczasem nawet nie potrafił namówić babci, by obejrzała kwiatki na stół.
        Dopiła wino jednym tchem, po czym wyjęła zza fotela opróżnioną w połowie butelkę i nalała sobie po brzegi kieliszka. Nie chciała uczestniczyć w tym wszystkim na trzeźwo.
Awatar użytkownika
Vestar
Zbłąkana Dusza
Posty: 1
Rejestracja: 2 miesiące temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Arystokrata , Badacz , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Vestar »

Urodziny seniorki rodu były tylko pretekstem by spotkać się ze starym przyjacielem. Ktoś musiał pojechać do Mauri, a że Vestar znał Kaladra i bardzo chciał się wyrwać z Riny, chociaż na krótko, były idealną okazją, by wsiąść na konia i ruszyć przed siebie. Sama uczta interesowała go mocno średnio. Chciał raczej później napić się z przyjacielem, powspominać, a w kolejnych dniach zaznać też innych rozrywek. I nie, nie chodziło mu o kobiety, bo Kalader był żonaty. Raczej o jazdę konną, polowanie, dobre jedzenie i wytrawne (znów) trunki. Mogli też pograć w karty, kości i ostatecznie upić się tak, że nie trafią do swoich komnat.

Upłynęło jednak sporo wody od ich ostatniego spotkania i Vestar właściwie nie wiedział, czy przyjaciel czasem się nie zmienił. W końcu miał żonę, poukładane życie i organizował urodziny swojej babce. No cóż, najwyżej skończy się na polowaniu i dobrym jedzeniu, a upije się kiedy indziej i z kimś innym. Tak, czy owak Ves rad był, że wyjechał z biblioteki.

Dla szanownej seniorki miał prezent w postaci broszy, wysadzanej szafirami. Dla Kaladra upatrzył świetne wino, a dla jego żony, solidne, barwione na zielono rękawiczki. Nie takie do sukni z koronkami, a wytrzymałe, skórzane rękawice do jazdy konnej. Nie wiele wiedział o ów niewieście, ale nie sądził, by sprawił jej radość bibelot. Informacja o tym, że była żołnierzem wystarczyła by zdecydował się na coś zdecydowanie praktyczniejszego, niż puzderko, czy złota przypinka do kapelusza. Rzecz jasna dla najstarszej damy prezent był najbardziej okazały, w końcu to ona miała swój jubileusz.

Ves był już w posiadłości jakiś czas, ale póki co, nie miał jak spotkać się z przyjacielem. Przyjęła i ugościła go służba. Działo się tyle, że nawet nie wiedział, gdzie Kaladra szukać. Miał jednak czas by trochę zwiedzić posiadłość. Inaczej ją zapamiętał, ale przecież wszystko się zmieniało. Poza tym gdziekolwiek by się nie znalazł tam panował bałagan i chaos. W korytarzach przeciskał się ze służbą, nawet w sali, gdzie miała odbyć się uczta było zdecydowanie za dużo ludzi. W końcu udało mu się jakoś wyjść na zewnątrz. Chyba nawet tylnym wyjściem, bo musiał obejść całą posiadłość by znaleźć się na dziedzińcu.

Ubrany był w niebieskie spodnie i pasującą do nich górę w postaci marynarki zdobnej w srebrne, lecz dość skromne hafty. Włosy zaczesane miał na tył głowy - jak zwykle. Ciemne buty nie wyróżniały się niczym szczególnym, zaś biała koszula kontrastowała z jego śniadą cerą.

Z daleka zobaczył przyjaciela stojącego na werandzie ze swoją babcią. Nareszcie! Cud, że w całej tej krzątaninie przypadek poprowadził go akurat tutaj. Gdy Kalader go dostrzegł, Ves uniósł rękę by do niego pomachać i ruszył żwawym krokiem w jego stronę.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mauria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość