Mauria[Letnia posiadłość Turillich] Błękit w kielichu

Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.
Awatar użytkownika
Nikolaus
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 86
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Strażnik , Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Nikolaus »

        Klaus kątem oka widział niektóre grymasy Francisa - trudno je przeoczyć, z tego chłopaka czytało się jak z otwartej księgi. Nie przejmował się nim jednak - pewnie realizował swój plan. Później zaś zatracił się w muzyce. Nie do końca, bo pewną dozę czujności zachowywał w każdej sytuacji, ale na pewno nie poświęcał nemorianinowi specjalnej uwagi. Zerkał głównie wtedy, gdy między nimi zachodził jakiś kontakt fizyczny - Francis tak zabawnie reagował. Z jednej strony Nikolaus był przekonany, że chłopakowi się to podoba, a z drugiej tak zabawnie się stroszył i spinał. Po raz kolejny generał pomyślał, że mógłby poznać odpowiedzi na wszelkie swoje wątpliwości - wystarczyło tylko spojrzeć w myśli młodego arystokraty… Ale on nigdy w życiu by tego nie zrobił. Nie był taki, by wykorzystywać tę przewagę. Każdy miał prawo do prywatności w swojej głowie. Zresztą, czyż nie było ciekawiej, gdy cała ta relacja opierała się na domysłach? Jaką przyjemność niosłoby ze sobą zdobywanie, gdyby wiadomo było jaki będzie wynik i na ile można sobie pozwolić? Żadnych emocji, żadnych niewiadomych… Nuda.
        Gdy Klaus wychylił się w stronę dalekich klawiszy organów, Francis mógł poczuć zapach stanowiący mieszaninę lawendy i paczuli - woń, którą przesiąknięte były ubrania generała. Były to też nuty, które można było odnaleźć w perfumach generała, tych jednak w tym momencie nie używał - był w domu, nie na żadnym oficjalnym spotkaniu, odpoczywał. Gdyby jednak spotkanie było bardziej oficjalne, a Francis miałby wystarczająco dobre rozeznanie w perfumiarstwie, mógłby poczuć w pachnidłach Turilliego poza lawendą i paczuli również jodłę, cedr, mirt, szałwię, drzewo sandałowe… Chyba nawet lilię kamienną. Była to kompozycja, którą doceniłoby wielu znawców tematu, nie tylko jako samodzielny twór, ale przede wszystkim jako element całości - jako zapach stanowiący nieodzowny element prezencji Nikolausa. Zdecydowany, męski, elegancki, ale też subtelnie drapieżny… Może i lepiej, że Turilli nie miał go teraz na sobie - po co wprowadzać jeszcze większy zamęt do i tak już skołowanych myśli Francisa.
        A to jak bardzo chłopak był skołowany było widać jak na dłoni w chwili, gdy wampir przestał grać i od razu zagaił rozmowę - biedny nemorianin nie mógł zebrać myśli. Klaus go jednak ani nie popędzał, ani nie pozwolił sobie na kpinę względem niego. To byłoby niekulturalne - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że sam do tego stanu doprowadził. Nie robił więc min, gdy Francis wstał i odszedł od niego - pozwolił sobie tylko na kontrolne spojrzenie podszyte troską. Przesadził? Nie, raczej nie - to tylko brak panowania nad młodzieńczym sercem. Generał patrzył więc na niego spokojnie, nie zdradzając się z żadnymi emocjami, podczas gdy Francis próbował poskładać myśli w zdanie. Ręce trzymał złożone razem, obracał się lekko przez ramię - jakby upozowano go do portretu, do którego owszem, pozował z wdziękiem, choć zupełnie mu to ustawienie nie pasowało. Jak wilk udający owcę.
        Klaus ani razu nie przerwał Francisowi, dał mu nawet czas, gdy czuł, że robione przez niego przerwy w wypowiedzi służą nabraniu wdechu i ułożeniu zdań w głowie. Czuł napięcie emanujące z sylwetki tego chłopaka, które całe szczęście powoli ustępowało. A to prywatne zwierzenie świadczyło o tym, że już wyzbył się najgorszego stresu. W końcu generał mógł się odezwać.
        - Groza, wytrwałość i sztywne zasady - powtórzył z namysłem, wybierając tylko część z wielu wymienionych przez Francisa przymiotników. Niespiesznie przełożył nogi nad siedziskiem przy organach, by siedzieć frontem do chłopaka. - Brzmi naprawdę jakbyś opisywał nie organy a mnie. Zasady to coś, co mnie definiuje. Zasady, prawo, przysięgi…
        Generał wstał i postąpił w stronę Francisa, ale nie na tyle, by zmusić go do cofnięcia się albo wywołać w nim niepokój.
        - O ile nie jest to dla ciebie traumatyczne wspomnienie, będziesz miał możliwość gry na pianinie, gdy dotrzemy do Maurii - oświadczył. - Mam jedno w swojej posiadłości i jeśli tylko zechcesz, będzie ono do twojej dyspozycji. Zgodzę się z tobą, że organy nie służą do opowiadania historii, a w każdym razie ja nie potrafię tego z ich pomocą dokonać… Tym chętniej usłyszę jak ty to robisz - podsunął trochę niższym, cichszym tonem, jakby była to nie zaczepka, a zachęta by chłopak się przed nim otworzył, bo on chce go poznać znacznie lepiej niż tylko w sztywnych ramach etykiety.
        Francis jednak uciekł wzrokiem - może specjalnie, a może z rozmysłem spojrzał za okno. Nikolaus również popatrzył w tamtym kierunku. Burza już minęła, ale deszcz pewnie nie da im spokoju aż do rana. Za dobrze znał tutejszą aurę, by mieć jakiekolwiek złudzenia.
        - Opuszczę cię teraz - zakomunikował Nikolaus, wyczuwają psychiczne zmęczenie Francisa. - Jeśli będziesz czuł się na siłach, możesz dołączyć do mnie na wieczerzy, nie czuj się jednak zobowiązany. Wolę, byś odzyskał siły przed wyjazdem do Maurii, przede mną nie musisz udawać, że czujesz się świetnie. Do zobaczenia, Francis… Spokojnej nocy, jeśli już dziś się nie spotkamy.
        Pożegnawszy się, Nikolaus skinął nemorianinowi krótko głową w imitacji poufałego ukłonu. Gdy go mijał w drodze do wyjścia z sali organowej, położył mu dłoń na ramieniu i lekko go ścisnął w geście dodającym otuchy. Jego uwadze nie umknęło to jak drobnej budowy był chłopak - prawie jak dziecko. Lecz co w tym dziwnego? Przecież dopiero wkraczał w wiek dorosły, a warunki, w jakich przyszło mu dorastać, nie sprzyjały budowaniu tężyzny. Klaus pomyślał jednak, że jemu to nie przeszkadza - chyba właśnie ta delikatność panicza de Brie w połączeniu z jego zadziornym charakterem tak na niego działały.
Awatar użytkownika
Francine
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Wojownik , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Francine »

        Dobrze, że Klaus pozwolił Francine mówić. Zdecydowanie napad gadulstwa pomagał jej w chwilach przesiąkniętych... Właśnie... przesiąkniętych emocjami, ale by nazwać je jakoś konkretniej, określić ich rodzaj było już trudno z perspektywy nemorianki. Nigdy bowiem wcześniej nic podobnego nie czuła. Wiedziała, że kilka razy zadurzyła się w nieodpowiednim chłopaku, który zniechęcony brakiem majątku szybko darował sobie głębsze relacje, a Lou równie prędko odkrywała co jest grane. Ona wyciągnęła odpowiednie wnioski z doświadczeń jakimi uraczyło ją życie w Alaranii. Wówczas jej paskudny charakter dawał się we znaki i wszelkie uczucia gasły, co doprowadzało do wielu konfliktów.
        Teraz jednak wszystko wydawało się zupełnie inne. Nikolaus nie był szczeniakiem z wyższych sfer a dowódcą w Mieście Śmierci. Już sam ten fakt wystarczył by widzieć go zupełnie inaczej, ale to także przyczyniało się do wszelkich wątpliwości względem intencji wampira. Były one zwyczajnie nierealne, poza zasięgiem szczyla bez znaczącego tytułu.
        I miał żonę, skoro miał syna – tak w ramach przypomnienia.
        Jednak żołądek niemiłosiernie palił, gdy nieumarły zwrócił się ku dziewczynie, a tym samym odbierał jej pewność siebie. Jeszcze jego słowa... groza, wytrwałość, zasady... Nie chciała go opisywać! Tyle, że sama muzyka go określała więc omawiając jego styl musiała napomknąć o nim, nawet jeżeli nie była bezpośrednia. W dodatku to te wymienione cechy tak na nią działały, choć sama bardziej wpasowywała się w ramy rebeliantki niż godnej sędziny.
        Potem zaś pojawiły się przerażające wizje. Że co? Pianino? O ile nemorianka z natury była blada, tak tym razem jej policzki stały się zimne, gdy cała krew spłynęła jej do nóg. Te nagle stały się jakby ołowiane, miała wrażenie, że nie zdoła cofnąć się chociaż o krok. Niski ton mężczyzny dodatkowo dołożył balastu na jej ramiona. On tak świetnie grał na organach a ona... niby... miała dać występ... przed... nim? O nie.
        Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie!
        Spojrzała na deszcz za oknem. Czuła się tak samo - gęsta i ciężka - jak ta zakrywająca ciemne niebo ściana wody. To tak nie można, tak... po prostu, usiąść i zagrać. Po tylu latach na zapewne równie mrocznym, przytłaczającym wizerunkowo pianinie. Nie zapominając o tym, że przecież ma do czynienia z arystokratą obytym w melodii instrumentów. Było to zbyt... prywatne, odsłaniające. Po jakiego diabła się otworzyła przed nim w ostatnim zdaniu?!
        Francine szybko przeniosła wzrok na wampira, gdy ten zakomunikował jej o swoimi odejściu. Spięła się nieco słysząc, że przed nim nie musi udawać. Sama już nie wiedziała ile jest w tym szczerej troski a zwykłej, wymuszonej grzeczności, jakoś tak za dużo zawiłości pojawia się wokół sylwetki generała. Lou czuła, że nie dostaje żadnej odpowiedzi a przybywa za to coraz więcej pytań i niezrozumienia. Świat u boku Fallona był mniej skomplikowany.
        Francine z początku przytaknęła na ukłon Nikolausa, co bardziej wyglądało jak odruch niż faktyczna wdzięczność za miłe słowa. W te nie bardzo chciała wierzyć, a gdy poczuła na swoim ramieniu dłoń Turilliego aż ugięły się pod nią nogi. Stykanie się kolanami podczas gry na organach było czymś zupełnie innym! To przypadkowe ruchy, a tu jest celowe działanie! Jej myśli podążyły do obszernych opisów uczuć z jakimi zmagały się bohaterki wielu opowieści, gdy na swej drodze napotykały kogoś wyjątkowego i hipnotyzującego. Chyba przedarła się do jej głowy świadomość, że odczuwa coś podobnego, ale było to absurdalne. On, wielki generał... ŻONATY, a ona takie pstro z jakąś niemrawą przeszłością. Oczywistym było, że potraktuje ją jak zabawkę.
        Francine nabrała powietrza przez nos i wzrokiem odprowadziła wampira, jednak nie pozwoliła mu wyjść.
        - Zaczekaj – powiedziała wyrwana z własnych myśli.
        - Może... zanim wyjedziemy do Maurii to zobaczyłbym cały letni dworek? Widziałem tylko korytarze jakimi mnie prowadzono, napomknięto gdzie co jest, ale jestem ciekaw historii tego miejsca. Dostrzegłem kilka interesujących obrazów, kolumn, a wciąż nic nie wiem o tym miejscu - zaproponowała, co zaskoczyło ją równie mocno co jego.
Awatar użytkownika
Nikolaus
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 86
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Strażnik , Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Nikolaus »

        Gdyby Nikolaus wiedział jakie emocje targały jego gościem, może by mu zazdrościł, choć z perspektywy Francisa nie było pewnie czego zazdrościć. Wampir jednak okres młodzieńczych uniesień miał już dawno za sobą, a czy wtedy zdarzył się ktoś, kto wywoływałby taki chaos w jego głowie? Być może Kasper… Jego jednak generał mógł utożsamiać z walką, jaką wtedy toczył ze swoim starszym bratem – to co pamiętał było adrenaliną starć, a nie namiętnością. Jego zakazany owoc, Annalea? Ją też być może idealizował właśnie przez to, że była dla niego niedostępna. Dawno w jego życiu nie było kogoś, kto zrobiłby z jego uporządkowanego umysłu sieczkę – być może była to kwestia pewnej dyscypliny, jaką narzucała na niego jego własna magia umysłu i bariery, którymi się chronił… A może chodziło o to, że od tamtego czasu nigdy poważnie się nie zadurzył.
        Wampir jednak nie był świadomy skali chaosu, jaki wywoływał samą swoją obecnością w głowie Francisa – bez użycia magii, nieświadomie. Dostrzegał pewne wyczerpanie na jego twarzy, ale zwalał to w dużej mierze na karb przeżyć i odniesionych poprzedniego dnia obrażeń. Był to jednak powód, by dać już chłopakowi spokój i uwolnić go od swojej obecności, skoro sam nie potrafił się wymówić by odpocząć. Chyba musiał być bardzo wyczerpany, bo na propozycję rozstania zareagował trochę jak kukła albo jak skazany po całodniowym przesłuchaniu – naprawdę należał mu się odpoczynek. Nikolaus pożegnał się więc i udał do wyjścia – nie spodziewał się, że zostanie zatrzymany. Przystanął jednak, ręce splatając za plecami w niekontrolowanym odruchu, jakby oczekiwał jakiegoś raportu. Nie odpuścił sobie subtelnego grymasu zaskoczenia – nie spodziewał się, że chłopak będzie chciał zwiedzać jego dwór. Pomysł wydawał mu się nietypowy… Ale w sumie nie miał nic przeciwko.
        - Naturalnie – zgodził się z powściągliwym skinieniem głową, po czym zapraszającym gestem wskazał na drzwi. – Proszę, oprowadzę cię… Choć z góry zastrzegam, nie jestem historykiem sztuki.
        Generał nie rozwinął tej myśli – Francis powinien się domyślić, iż chodzi o to, że Turilli nie opowie ze szczegółami o każdym dziele sztuki i jakimś architektonicznym niuansie. Zresztą chyba nie tego chłopak oczekiwał, prawda?
        - Ta posiadłość jest w moim rodzie już od trzech pokoleń… Czterech, wliczając mojego syna – doprecyzował Nikolaus. – Od momentu wybudowania nie była jakoś szczególnie modyfikowana. Wiadomo, musiała przejść pewne remonty, to już wszak kilkaset lat, ale nie było mowy o wyburzeniu skrzydła czy dobudowaniu nowego – bryła pozostała taka sama. Jak wspomniałem, to nie jest główna siedziba naszego rodu. Przez większość czasu była traktowana jako dworek myśliwski albo letnia posiadłość, zależnie od aktualnych preferencji, dopiero mój syn wpadł na pomysł, że zrobi z niej swoją rezydencję. Znajdują się tu dwa prywatne apartamenty, domyślnie dla głowy rodu i małżonki oraz drugi dla jego dzieci, aktualnie jeden zajmuję ja, drugi Alexander. Tam pozwolisz, że nie będę cię oprowadzał. Ominiemy również piwnice, w których mój syn ma pracownie – w Maurii pracownie nekromanckie znajdują się pod szczególnym nadzorem i nie mogą w nich przebywać postronni pod nieobecność właściciela, nawet jeśli to pracownia członka rodziny. Pozostaje więc niewiele do zobaczenia – podsumował takim tonem, jakby naprawdę tak uważał, choć dla przeciętnego obywatela i tak ogrom pomieszczeń dostępnych był imponujący.
        - Tamta sala organowa została stworzona dopiero na moje polecenie, wydzielona z salonu, który znajduje się obok. Organy wykonał lokalny twórca, Esli Thaono, już niestety nieżyjący, choć jego warsztat jest dalej prowadzony przez synów. Ten sam człowiek wykonał zresztą organy w głównej posiadłości w mieście.
        Nikolaus zgodnie z zapowiedzią nie robił za pełnokrwistego kustosza – potrafił powiedzieć zdanie o jakimś mijanym obrazie, o posągu, o jakimś detalu architektonicznym i tak naprawdę mówił cały czas, o ile Francis chciał słuchać, ale nie były to rozwlekłe, pełne szczegółów analizy z dziedziny historii sztuki. Trudno było jednak na podstawie zbiorów określić gust Nikolausa – jak sam często podkreślał, w domu dominował teraz gust jego syna, uzewnętrzniający się przede wszystkim w motywach zwierzęcych i roślinnych. Ponoć Alexander kazał zmienić wszystkie balustrady w domu, by subtelnie przypominały gałęzie i pnące się po nich winorośle. Obrazy również były eksponowane zgodnie z jego instrukcjami, w najbardziej reprezentacyjnych miejscach wisiały więc okazałe krajobrazy albo ilustracje z polowań. Jeśli Francis był uważny, mógł zwrócić uwagę, że nigdzie nie było widać tak zwanej martwej natury, a jedynymi odstępstwami od scen rodzajowych i pejzaży były portrety.
        Jednym z najciekawszych pomieszczeń w domu była biblioteka - pełna regał z lśniącego mahoniowego drewna, z wygodnymi fotelami obitymi granatowym aksamitem, ale też dużym biurkiem przypominającym wręcz stół jadalniany i pulpitem z gatunku tych, za którymi stawało się podczas przemówień.
        - Tak… Jak już chyba kiedyś wspominałem, moja gałąź rodziny to głównie magowie i politycy, więc rozmiar tego pomieszczenia chyba nie dziwi - zagaił generał, zerkając kątem oka na Francisa. - W tej bibliotece znajdują się jednak niezbyt ważne książki, raczej dzienniki, beletrystyka czy wiersze niż księgi czarów. Cenniejsze pozycje znajdują się w moim domu w Maurii albo pod kluczem w pracowni Alexandra.
        Klaus coś tam jeszcze wspomniał na temat antyków stojących w bibliotece, a później zaprowadził Francisa do - jak wyraźnie zaznaczył - największego pomieszczenia w całym domu: sali balowej. Po drodze pozwolił sobie na uwagę, że mimo wszystko był to dom przeznaczony dla wypoczynku i relaksu, a to każdy pojmował różnie, więc warto było być przygotowanym na urządzanie tu przyjęć, choć generał wyraźnie zaznaczył, że i tak większość uroczystości raczej świętowano w stolicy.
        Sama sala balowa mimo wszystko robiła wrażenie. Pokrywał ją przepiękny, lakierowany parkiet z ciemnego drewna, który obwiedziony był jaśniejszą geometryczną ramą, a na środku znajdowała się przepiękna rozeta. Podobne zdobienia - proste i eleganckie - znajdowały się na suficie. Jedną ze ścian stanowiły ciągnące się od samej ziemi, łukowate okna z dość gęsto jak na tę powierzchnię ułożonymi szprosami - zapewniały taką dyskrecję, jak koronka na woalce wdowy, czysto symboliczną. Za to widok na ogród był doprawdy piękny, prawie jakby zieleń wlewała się do środka. Efekt ten potęgowały lustra szczodrze zdobiące ściany, dodatkowo optycznie powiększając pomieszczenie.
        Wzrok przykuwały jednak nie zdobne kandelabry czy elementy ozdobne tu czy tam, ale fakt, że przy niewielkim podwyższeniu ewidentnie przygotowanym dla muzyków, stały kosze i drewniane stojaki na… broń.
        Nikolaus odchrząknął.
        - Cóż, jak widzisz gdy akurat sala nie jest wykorzystywana zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem, urządzamy tu małą salę treningową. Przydaje się, gdy pogoda jest taka jak za oknem - wyjaśnił generał, wymownym ruchem głowy wskazując na ścianę deszczu szumiącą na zewnątrz.
Awatar użytkownika
Francine
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Wojownik , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Francine »

        Z tej pozornie prostej podróży po dworku Francine była w stanie wyciągnąć wiele informacji, nawet jeżeli te na pierwszy rzut oka wydawały się prostolinijne i nic nie znaczące. Niektórzy czytają pamiętniki, inni zwiedzają posiadłości uważnie słuchając mówcy.
        Demonica nie oczekiwała opowieści o obrazach czy architekturze, bo choć dla niej samej tematy te były szalenie interesujące tak też nietrudno ocenić, że Turilli nie należał do grupy nader wrażliwców. Z uwagą słuchała opowieści – sporej wielkości dworek nie miał dla rodziny generała nadzwyczajnego znaczenia. Fakt, że aż do Alexandra nie wprowadzono tu większych zmian, mógł o tym zdecydowanie świadczyć, ale to także utwierdzało w przekonaniu, że Nikolaus bardziej poświęcał się pracy niżeli ustrajaniu pomieszczeń, co nie było wadą. Liczyła się wszak funkcjonalność i drobne przyjemności, jak gra na organach. To wystarczyło.
        Pojawiło się jednak coś, co zaskoczyło Francine, a czego nie dała po sobie poznać - drobne stwierdzenie, że obecnie jedną z sypialni zajmuje syn, drugą zaś ojciec. Nikolaus nic nie wspomniał o swej małżonce, która do tego czasu, w mniemaniu Lou, istniała – cała, zdrowa i wredna. Zrodziło się więc w niej pytanie czy też kobieta ta miała dla generała aż tak małe znaczenie, czy też z jakiegoś powodu... już jej nie ma? Nemorianka nie była jednak na tyle wścibska czy niegrzeczna by pytać, a zresztą... co by ją to miało obchodzić?!
        O pracownię Alexandra też się nie upomniała, jeszcze nie uznała siebie za tak szaloną by na siłę wtargnąć do zakazanego miejsca. Dobrze było wiedzieć o pewnych zasadach panujących w Maurii, bo przecież nie jest to pierwsza i ostatnia pracownia nekromancka w tym królestwie, a poza tym chyba naprawdę nie była ciekawa co też kryje się za takimi drzwiami. Wystarczyło jej na ten moment to co hasało sobie swawolnie i niekoniecznie żywo na zewnątrz. Nie była jeszcze gotowa na tak szczegółowe poznawanie tego... abstrakcyjnego świata, bo jakże inaczej mogła go określić? Przerwanie linii życiu i zatrzymanie jego funkcji już w samym założeniu się ze sobą gryzło. Nie to interesowało zresztą młodą demonicę, jakieś trupy, skóry czy jeden Prasmok wie co za preparaty nekromanci skrzętnie ukrywają w swoich pracowniach.
        Jednak z pomieszczeń i korytarzy więcej mogła dowiedzieć się na temat syna generała niźli jego samego. Alexander miał zupełnie inny smak i rozumienie, ta łagodność przedstawiona w subtelnie skrywających się winoroślach na balustradach to zdradzała. Mimo to Francine nie uważała by był to gość wrażliwy. Domyślała się, że w takim układzie relacje rodzinne byłyby zaostrzone, a przecież obaj mężczyźni szanowali swoją przestrzeń, choćby biorąc pod uwagę to, że Klaus nie wprowadził Francine do pracowni nekromanckiej swego pierworodnego. Niemniej, Alexander przykuwał większą uwagę do sztuki i nosił w sobie odłamek zamiłowania do natury. Elementy nawiązujące do fauny czy flory akurat bardzo przypadły demonicy do gustu, namiastka ogrodu dobrze się jej kojarzyła. Była ciekawa jaki jest Alexander, jak bardzo różni się od Nikolausa...
        Potem weszli chyba do najpiękniejszego pomieszczenia w letniej posiadłości – biblioteki. Nieważne czy mała czy duża, zawsze wzbudzała dreszcz emocji. Te niepoznane jeszcze dotąd historie i spisy... Cenne informacje zanotowane czyjąś dłonią, charakterystyczne linie wyróżniające się spośród całego tłumu... Ach! Ciekawość doprowadzała Francine do szaleństwa! Trudno było powstrzymać się przed niepohamowaną chęcią przeglądania każdego egzemplarza po kolei, ale to też nie leżało w naturze nemorianki. Każdy kolejny krok zmniejszał dystans między nią a wiedzą, jaką mogła zdobyć. Mahoniowe drewno kontrastowało, a jednocześnie również podkreślało przebijające się na wierzch żółte strony ksiąg. Wąskie i grubsze, niskie czy też smukłe i wysokie, kryły w sobie cenną zawartość, nawet jeżeli nie zawierały w sobie zapisków dotyczących magii. Francine zdradziła swoje lekkie oburzenie na komentarz nieumarłego, delikatna zmarszczka zakreśliła się na jej czole – nie ma głupich książek, chyba, że pisze je wieśniak. A wieśniacy pisać nie potrafią. Z ta urażoną miną ponownie zwróciła się ku księgom i palcami z finezyjną czułością pogładziła boczne ścianki okładek. O czym mogą marzyć nieumarli? Jak wygląda ich sztuka i rozumienie jej? Za czymś też tęsknią w bezlitosnych chwilach refleksji?
        Niemniej, nie zatrzymywała się na dłużej niż było to koniecznie. Płynnie dała poprowadzić się do kolejnego pomieszczenia. Trzeba było przyznać, że podczas zwiedzania dworku nie odzywała się za dużo, ale wynikało to z głębokiego zainteresowania. Pytała, gdy musiała, nic na siłę i tylko czasem upominała się o rozwinięcie. Kierowała nią ciekawość i chęć... poznania, bo wszystko tu było jej obce i niezrozumiałe, inne od tego co dotychczas poznała. Dzięki temu przebywanie w obecności generała stało się bardziej... przyzwoite i codzienne? Skupiła się na tym co mówił i tylko czasem dekoncentrowała ją jego obecność. Gdy kończył zdanie pragnęła by nastąpiło po nim kolejne, nie w obawie o krępującą ciszę, lecz z tej krótkiej tęsknoty za tonem jego głosu. Szybko jednak zapominała o tym zadając jakieś pytanie bądź też komentując słowa wampira. Ogólnie dyskusja była zwykłą, całkiem normalną rozmową.
        Przyszedł również czas poznać największe pomieszczenie letniej posiadłości Turillich, lecz balowe, wysokie drzwi nie wzbudzały w nemoriance zachwytu. W głowie Lou dudniły odgłosy pamiętnego dnia, gdy za balowymi drzwiami jej dworu rozgrywała się prawdziwa rzeź. Nigdy nie otwarte ku jej chwale, ale też nie milczące, nie wzbudzające żadnych wątpliwości względem tego, co się za nimi kryje. Ocknęła się dopiero, gdy jedno skrzydło zaskrzypiało przy otwarciu. Spojrzała na Nikolausa z jakąś... trwogą i nieufnością, ale jej wzrok prędko skierował się ku pomieszczeniu. Przekroczenie tego jednego progu w zwyczajnych warunkach było czymś... nieosiągalnym w głowie młodej demonicy. Dziwne, nienaturalne i słychać było wyłącznie ich kroki. Całe jej ciało napięło się, było gotowe wręcz do walki - wróciła butna Francine.
        Ze spojrzeniem najbardziej skrupulatnej i wymagającej nauczycielki magii, przyglądała się sali balowej, jakby na siłę doszukiwała się jakiegoś mankamentu, niezgodności, a jednocześnie ulegała wielkości tego pomieszczenia. Zachwycały ją wszelkie zdobienia. Ciągnący się za oknem ogród aż prosił się o wyjście na balkon, ale to lustra pełniły funkcję głównej atrakcji w pomieszczeniu. Francine stała pośrodku badawczo rozglądając się dookoła i budując tym samym nieprzyjemne napięcie. Spojrzała w jedno z odbić i dostrzegła w nim Nikolausa, a raczej spotkała w nim jego spojrzenie i to przymusiło ją do ruszenia się z miejsca. Zakłopotanie zawsze przeganiało ją w odpowiedni kąt, teraz ku stojakom z nietypowymi jak na salę zabawkami.
        - Broń? - spytała nim jeszcze generał zdradził obecne przeznaczenie sali balowej. Na jego słowa uśmiechnęła się pod nosem, jak na ironię czuła się z tym faktem trochę bezpieczniej, choć... to jeszcze dosadniej kazało jej wracać wspomnieniami do feralnego dnia.
        Musiała czymś zagłuszyć dobijające się do świadomości myśli, więc zajrzała do jednego z koszy - z zainteresowaniem, jakby patrzyła na dno piwnicy. Dopiero, gdy dostrzegła interesujące ją ostrze wyciągnęła rękę, po czym chwyciła rękojeść. Broń dobrze ułożyła się w dłoni, wykute wypukłości były dobrze oszlifowane i nie raniły palców. Wyjęła szable, która delikatnie błysnęła w lustrze, to spodobało się Francine. Obejrzała ją w dłoniach, niemo oceniła wzrokiem wykonując zgrabny ruch w powietrzu.
        - Fajna sala treningowa – rzuciła pół żartem, pół serio. - Można zobaczyć swój ruch w lustrze. Z tego da się wyczytać wiele swoich błędów – przyznała, po czym sama wykonała pchnięcie w powietrzu oceniając manewr w odbiciu.
Awatar użytkownika
Nikolaus
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 86
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Strażnik , Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Nikolaus »

        Klaus choć nie okazywał tego, cały czas przyglądał się reakcjom Francisa – był ciekaw jego reakcji. Oczywiście, że miło mu było, gdy widział jakieś oznaki zainteresowania czy zachwytu – któż by się nie cieszył na jego miejscu? Choć cały czas podkreślał, że to bardziej dom Alexandra niż jego, sam również dbał przez lata o to miejsce i miał na nie wpływ, była więc to pochwała również jego gustu i starań. Szczególnie jednak spodobała mu się reakcja Francisa na bibliotekę – ten błysk w oku był niemożliwy do ukrycia i dawał jasny sygnał, że chłopak w pewnym stopniu miłował wiedzę i kulturę, a nie tylko sprawność fizyczną, czego do tej pory dawał dowód. Może… Nikolaus trochę źle go z początku ocenił? Nie by myślał o nim niepochlebnie, ale jednak przypasował do niego rolę narwanego młodzika, może i gruntownie wykształconego, ale raczej dzięki sile woli guwernera niż z jego własnego zamiłowania. Może jednak miał do czynienia z kimś znacznie bardziej żądnym wiedzy. Będzie miał z pewnością okazję się o tym przekonać już w Maurii, gdzie warunki, a przede wszystkim towarzystwo, będą bardziej sprzyjające, by sprawdzić tę teorię.
        - Możesz tu przychodzić gdy tylko najdzie cię ochota – zaoferował generał, widząc jak Francis patrzy na grzbiety ksiąg, jakby pragnął tu zostać i je przeglądać. – Gdybyś szukał czegoś konkretnego, tamtym sznurem przywołasz służącego, który najlepiej zna zbiory – wyjaśnił, wskazując dyskretnie ulokowany między regałami sznur do wzywania służby. Nie wspomniał jednak przy tym, że najlepiej to miejsce zna, niestety, rządca, z którym to Francis nie miał raczej przyjaznych stosunków. Po co zacietrzewiać od razu młodzieńca.

        Trwogi, która odmalowała się na twarzy panicza de Brie, Klaus nie dostrzegł, w tej krótkiej chwili skupiony raczej na tym, że otwarte przez niego drzwi zaskrzypiały. Cóż za brak dbałości! Generał przez moment rozważał, by natychmiast kogoś do tego wezwać, ale przeczuwając, że mogą tu z Francisem jeszcze chwilę zabawić, postanowił nie doprowadzać do sytuacji, w której jakiś służący będzie im przeszkadzał. Później zwróci im na to uwagę. Teraz po prostu udawał, że nic nie zaszło i jakby nigdy nic zaczął opowiadać o tym pomieszczeniu. Jego uwadze nie umknęło jednak to, że Francis, który do tej pory był raczej spokojny, znowu porusza się jak wściekły kot w za ciasnej klatce. Cóż go tak zdenerwowało? Burza za oknem? Bo chyba nie te nieszczęsne drzwi. Aż korciło spytać czy wszystko z nim w porządku… Lecz Nikolaus był przekonany, że nawet gdyby coś było nie tak, to by się tego nie dowiedział, a wręcz jeszcze bardziej rozsierdziłby chłopaka, którego duma nie pozwalała na okazywanie słabości. Udawał więc, że nic nie widzi, choć bawiło go to spojrzenie, pod którym Francis ukrywał swe prawdziwe uczucia – oj szukał, intensywnie szukał do czego tu się przyczepić! Im dłużej jednak patrzył, tym mniej się doszukiwał, a bardziej doceniał – i słusznie. Gdy więc ich spojrzenia spotkały się w srebrzystej tafli lustra, demon mógł dostrzec nikłe zadowolenie na twarzy generała. Co sobie jednak pomyślał, skoro tak zaraz uciekł? Nieważne. Klaus porzucił w tym momencie dociekania, świadomy, że rozgryzienie Francisa to nie jest kwestia jego wieczoru, a trzeba mu też poświęcić trochę uwagi, a nie tylko traktować jak zwierzę w klatce, do obserwacji.
        Turilli podążył za swoim gościem w kierunku koszy z bronią. Ręce trzymał założone za plecami, co czynił dość często, ale teraz z jakiegoś powodu zaczął przypominać nauczyciela fechtunku – pewnie przez otoczenie.
        Na pytanie wampir odpowiedział skinieniem głowy i zaraz poparł je też wyjaśnieniami. Zaintrygował go uśmieszek Francisa, bo nie umiał go rozgryźć – kpina, fascynacja, radość? W jego oczach była jakaś specyficzna gorączka. Klaus bacznie go obserwował, gdy ten sięgał po broń. Pomyślał, że najpierw powinien zapytać, ale mu tego nie wypomniał. Tym bardziej, że troszkę go interesował wybór broni, jak i jej ocena. Choć były to egzemplarze treningowe, więc nie tak świetne jak te do prawdziwego fechtunku, Klaus lubił mieć wszystko z najwyższej półki – taka też była jego broń treningowa. Nieskromnie uważał, że niejeden najemnik korzystał na co dzień z gorszego oręża niż to, którym Turilli jedynie ćwiczyli.
        Francis swoim zachowaniem potwierdził trochę chełpliwą ocenę generała – docenił trzymany w ręce miecz, a sam generał docenił to z jaką elegancją ten chłopak poruszał się z bronią. Z pewnością pojedynki w jego wykonaniu byłyby przyjemnym widowiskiem. Klaus nawet przez moment rozważał czy tego tematu nie poruszyć i nie zasugerować mu pewnej drogi kariery, ale panicz de Brie odezwał się pierwszy, sprawiając tym samym, że Turilli cofnął swoją niewypowiedzianą propozycję. „Fajna sala treningowa” – cóż za określenie! Ten chłopak stanowczo za dużo przebywał z motłochem. Niemniej był to komplement, a ze strony Francisa te nie zdarzały się często, więc Klaus odpuścił sobie wychowywanie go.
        - W istocie, to spora zaleta – zgodził się z jego opinią na temat luster, spoglądając w ich stronę. - Dobrze też doświetlają wnętrze, bardzo równomiernie. Jeśli jednak mogę pozwolić sobie na wyrażenie swojej opinii, doszlifowywanie swoich umiejętności na podstawie odbicia w lustrze winno być czynione przez doświadczonych szermierzy, nie początkujących – ci powinni polegać na dobrym nauczycielu. Ufam jednak, że tobie takowy już nie jest potrzebny – dodał, by Francis przypadkiem nie poczuł się urażony tą uwagą, bo z nim to nigdy nie wiadomo. Jego przeciągłe spojrzenie, przesuwające się z twarzy młodzieńca na jego ramię i trzymaną przezeń broń, stanowiło pewną niemą pochwałę - jakby podobało mu się to co widzi.
Awatar użytkownika
Francine
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Wojownik , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Francine »

        Francine prawdopodobnie nie przejęłaby się krytyką ze strony Klausa, gdyby ten zwrócił jej uwagę na słownictwo. Znaczy, zapewne pozornie, bo z pewnością spiorunowałaby wampira wzrokiem nie zważając na konsekwencje, ale pewnie ta szpilka zostałaby w jej pamięci na długo. Dobrze więc, że generał nie dołożył kolejnej, szczególnej cegiełki wspomnień i postarał się zignorować to niewysokich lotów wyrażenie.
        Zauważył również, całkiem słusznie, że dodanie ostatniego zdania w przypadku Francisa było zdecydowanie potrzebne. Francine już jeżyła się wewnętrznie w połowie wypowiedzi nieumarłego chcąc bronić swoich umiejętności, ale nieco się rozluźniła przy ostatecznym stwierdzeniu. Wykonała szpadą kilka delikatnych okręgów w powietrzu, jakby w ramach zwykłej fanaberii chciała upewnić się, że ta broń jej leży, po czym po raz kolejny zbliżyła się do kosza wyszukując następne ostrze. Popatrzyła na rękojeści oraz jak bardzo bronie odstawały, chciała znaleźć coś podobnego długością i ciężkością. Wyjęła kolejną szablę, ta miała wybrzuszenia w klindze, ale o dziwo nie pozostały one tylko fikuśnym dodatkiem, a faktycznie palce same kładły się na niej w odpowiedni sposób. To mogło być mniej komfortowe dla niektórych wojowników, ale Francine w tym przypadku taka budowa nie przeszkadzała. Również to ostrze pozwoliła sobie sprawdzić wykonując kilka płynnych ruchów, dzięki którym zbliżyła się do wampira, nie w ramach groźby a takiego zaplanowanego triku. Gdy przybrała sztywną i mocną, wyprostowaną postawę, spojrzała na wampira, po czym zadziornie uśmiechnęła się wyciągając ku niemu pierwszą z wybranych szabli. Uznała, że ta mniej wymyślna a bardziej praktyczna przypadnie mu do gustu.
        - Możesz to sprawdzić – odparła rzucając w ten sposób wyzwanie mężczyźnie.
        Niektórzy mogliby uznać zachowanie Francine za zuchwałe, ot smarkacz rzuca się z motyką na słońce. Co taki dwudziestolatek mógłby zrobić wielowiekowemu wampirowi? Jednak wbrew pozorom była to dla Lou miła odmiana, przestać rozcinać poczwary z bagien, a stoczyć towarzyski pojedynek z nie byle jakim generałem, kimś... w jej mniemaniu godnym potyczki. Zuchwałości ani absurdalnej pewności siebie demonicy nie brakowało, oczywiście, że nie traciła wiary w swoje umiejętności i uważała, że jest w stanie pokonać wielu doświadczonych wojowników (choćby przez sam fakt, że jest nemorianką – to już wystarczyło). Inaczej przecież nie ryzykowałaby życia dla ruenów i nie walczyłaby z bestiami. Nieważne więc jak zwodnicze było to podejście – w jej przypadku działało.
        Francine odwróciła się plecami do generała i nieco swawolnie obrała właściwą odległość.
        - Na pięć trafień – powiedziała głośno oraz wyraźnie czekając na zgodę swojego przeciwnika i mając rzecz jasna na myśli oczywistą przegraną a nie faktycznie szatkowanie się na sali balowej.
        Uzyskując zgodę, Lou przybrała odpowiednią postawę i już po chwili pojedynek się zaczął. Pierwsze starcie było szybkie i... przegrała. Spodziewała się, że Nikolaus wybierze atak z góry – niesłusznie objęła tę opcję za najbardziej prawdopodobną ze względu na wzrost wampira, jednak ku zaskoczeniu demonicy, mężczyzna zdecydował się na mocne, zamachowe działanie. Ciekawe czy zrobił to specjalnie czy też był to dla niego najwygodniejszy styl?
        Francine cofnęła się do pozycji początkowej i tym razem odważnie zaczęła atak, tym samym zwiększając swoje prawdopodobieństwa na wygraną. Pierwszy zamach został obroniony, ale nie pozwoliła by silny młyniec w odpowiedzi pozwolił na wygraną generała. W porę powróciła ostrzem do boku, a następnie zawirowała możliwie sięgając przeciwnika na wysokości klatki piersiowej, co oboje intuicyjnie uznali za zwycięski punkt dla Francine.
        Kolejne starcie było pokazem sztuczek. Nikolaus podjął się ataku od góry by zaskoczyć przeciwnika, lecz w odpowiedzi otrzymał niezwykle szybkie i zgrabne cięcie w bok, pozwalając mu na pewne spostrzeżenie – Francine niezwykle zręcznie walczyła wykorzystując płynne ruchy nadgarstka, a nie z ramienia pozwalając tym samym na trudne do spostrzeżenia naparcia. Ta informacja przyczyniła się do wygranej w czwartym starciu, co wywołało u nemorianki dozę wątpliwości. Teraz nie tyle co skupiła się na tym, że przegrana może złamać jej dumę, ale jak prawdziwy najemnik pod presją czasu, analizowała wszystkie potyczki starając się wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Widać było, że całą sobą weszła w rolę i nie traktowała tego pojedynku jak zabawę, utarł jej trochę nosa więc należało przeciwnika przywrócić do porządku. Ostatnie starcie było chyba tym najdłuższym i najbardziej niepokojącym, zarówno jedna jak i druga strona zgrabnie unikała ataków, choć pojawił się błąd, który niemalże doprowadził do przegranej Lou. Dziewczyna nie zważała na tę drobną pomyłkę, w tych sekundach nie liczyły się potknięcia, potem sobie je wypomni. To niuansowe zdarzenie wywołało w niej jeszcze większą determinację, zaatakowała agresywniej, ale nie szaleńczo, wykorzystując do tego zmysłową i wyjątkowo trudną do opanowania sztukę krzyżową. Te dwa cięcia po krzyżu okazały się drogą do sukcesu i choć przyniosły ostateczną wygraną w pojedynku, tak też były niełatwe do zatwierdzenia w głowie demonicy, przynajmniej w pierwszej chwili. Wszak już od początku istniało prawdopodobieństwo zwycięstwa, ale nie dopisało jej zwyczajne szczęście, a wykorzystała wyćwiczoną technikę, która przyniosła jej sukces. Poza tym, walczyła z generałem wielkiej, nieumarłej armii, a ten nie dawał jej forów, więc mogła w jakimś stopniu odczuć pierwsze oszołomienie. Nie wychodząc jeszcze z końcowej pozycji uniosła wzrok na mężczyznę, jakby szukając pewności w tym co się stało, jej wydech wydał się nagle taki długi i głęboki, ale zaraz zdusiła w sobie tego niechlubnego niedowiarka i stanęła zgrabnie prostując sylwetkę. Jeszcze przez kilka sekund wpatrywała się w wampira, po czym skłoniła nie zapominając w żaden sposób o kulturze pojedynku. Gdyby tak jeszcze wyćwiczyła w sobie etykietę na innych płaszczyznach...
        - To było wyjątkowe starcie – przyznała, lecz ten komplement wprowadził ją w zakłopotanie.
        - Znaczy, wyjątkowo pouczające – poprawiła się chcąc odebrać odrobinę duchowości i wielkości poprzedniemu wyrażeniu się.
        Po tych słowach dziewczyna zwróciła się w bok, by odłożyć ostrze na miejsce. Milczała, bo właściwie nie wiedziała co może jeszcze powiedzieć. Gdzieś w głębi duszy nie sądziła, że może to wygrać, a jednak stało się i nie był to łut szczęścia. Wiedziała, że wygrała to uczciwie i wcale nie miała ochoty cieszyć się jak durne dziecko – podskakiwać i piszczeć, czy też wyśmiewać przegranego, czuła prawdziwą i szczerą dumę, bo to osiągnięcie przyniosło jej o wiele więcej satysfakcji niż jakiekolwiek dotychczasowe starcie.
Awatar użytkownika
Nikolaus
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 86
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Strażnik , Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Nikolaus »

        Klaus nie poganiał myszkującego w koszach z bronią Francisa. Nie spieszyli się, a młodzieniec wyglądał na wyraźnie pobudzonego, więc niech ma swoją chwilę przyjemności - odciągać wojownika od przeglądu oręża to jak wyciągać maga z biblioteki. Można, ale to trochę nieuprzejme, żeby nie powiedzieć dobitniej: wredne. Nikolaus miał zresztą dzięki temu okazję, by przekonać się jakie są upodobania nemorianina, gdy o walkę chodzi. Oczywiście - miał wcześniej okazję widzieć co Francis nosi u pasa, ale to nie wyczerpywało tematu, bo czym innym jest pragmatyzm najemnika, a czym innym własne upodobania, poza pracą.
        Wyzwania jednak generał zupełnie się nie spodziewał. Na moment uniósł brew nad swoim zdrowym okiem w wyrazie zaskoczenia. Przyjrzał się najpierw podanej szabli, a później Francisowi, jakby chcąc się upewnić czy ten mówi poważnie. Nie dostrzegł jednak wahania w zachowaniu nemorianina, niczego co mogłoby być żartem. Musiał w duchu przyznać, że to śmiała zagrywka. Trochę bezczelna jak na ich stopień znajomości, ale z drugiej strony on sam nie zachowywał się tak jak wymagał od niego protokół. Od razu uznał więc, że nie będzie robić scen i potraktuje Francisa po przyjacielsku. Zbliżył się więc i ujął rękojeść szabli. Spojrzał jeszcze demonowi w oczy z niemym ostrzeżeniem – „nie wiesz, chłopcze, z kim zadzierasz” – po czym wziął od niego broń. Nonszalanckim gestem wyjął ostrze z pochwy i zbędny na ten moment element odłożył na zamykanych koszach.
        Swego czasu Klaus lubił brać udział w pojedynkach – jego umiłowanie zasad pchało go w kierunku tych starć jeden na jeden, gdzie każda sytuacja jest opisana i nie ma od niej odstępstw, o ile chce się zachować swój honor. Niestety – utrata oka, a później nowe obowiązki sprawiły, że wycofał się z tej dworskiej rozrywki. Jako generał nie mógł się narażać w tego typu starciach, a poza tym obyczaj kazał, by w jego imieniu występował sekundant – gdyby za każdym razem sam stawał do walki, odebrane byłoby to jako pycha.

        Nie było za wiele do ustalania - jako dobrze urodzeni znali zasady obowiązujące w trakcie tego typu pojedynków, a nawet gdyby doszło do jakiś nieporozumień to mogli je sobie na spokojnie wyjaśnić, nie robiąc z tego afery. Nie była to wszak obrona honoru a rozrywka i być może sposobność na poznanie wzajemnie swoich umiejętności.
        Klaus na przykład w pierwszym starciu pokazał, że szabla raczej nie była preferowaną przez niego bronią. Zaatakował szeroko, z dużym zasięgiem, nie przymierzając: jak chłop koszący zboże. To jak ułożył wolna rękę również nie było bez znaczenia - widać było, że generał miał odruch, aby wspomagać rękę władającą. No tak: na co dzień walczył długim mieczem, jeśli w ogóle dawał się wplątać w bezpośrednie starcie z bronią białą. Aż sam był zaskoczony, że mimo tego niezbyt zgrabnego stylu wygrał. Tyle jednak było z jego szczęścia - później musiał ustąpić pola Francisowi, którego pełne gracji ruchy jasno dawały do zrozumienia, że on polega na precyzji, a nie brutalnej sile. Ten dzieciak wbije się swoją igłą w jedyną szczelinę w pancerzu, a nie będzie próbował się przezeń przebić. Klaus cenił osoby z taką techniką, bo uważał, że to świadczy o dyscyplinie.
        Ostatecznie starcie okazało się nie dość, że nad podziw ekscytujące, to jeszcze wyrównane. Generał spodziewał się co prawda wygranej Francisa, ale na pewno nie tego, że przegra tylko o jedno trafienie. Cóż… Można powiedzieć, że przypadkiem obronił swój honor. Nie dał jednak po sobie poznać co o tym myśli - gdy już porozumieli się samymi spojrzeniami co do werdyktu, cofnął się i skłonił z szacunkiem zwycięzcy.
        - Gratuluję - powiedział w tym samym tonie, bo nemorianin faktycznie mu zaimponował. Przez moment zrobiło mu się miło, bo już wydawało mu się, że Francis również cieszył się tą walką… Ale on znowu zrobił unik, by udawać twardszego niż jest.
        - Cieszy mnie to - oświadczył za to spokojnie Klaus. - Tym bardziej, że nie okazałem się niegodnym ciebie przeciwnikiem, choć miałem co do tego pewne wątpliwości. Mimo tytułu jestem bardziej magiem niż wojownikiem… I istnieją pewne przeszkody, których nie przezwyciężę - wyjaśnił, wskazując na swój zasłonięty opaską oczodół. - Tym bardziej jestem wdzięczny, że nie wykorzystałeś przeciwko mnie tak oczywistej słabości. Jesteś człowiekiem honoru.
        Swe słowa Nikolaus zakończył wsuwając szablę do pochwy i upuszczając ją do kosza, z którego pochodziła.
        - Na polu bitwy korzystam z magii i rąk moich nieumarłych podkomendnych - wyjaśnił. - A do pojedynków raczej osobiście nie staję… Zresztą dawno nikt nie wpadł na pomysł, by mnie wyzwać. Gdybyś jednak był ciekaw, mogę cię poznać z moim sekundantem - dodał zachęcającym tonem. Ciekawe jak Francis poradziłby sobie z bardziej doświadczonym szermierzem? Był dobry, ale czy aż tak dobry?
        - Jestem pewny, że nie odmówiłby ci takiej przyjacielskiej potyczki - zapewnił.
Awatar użytkownika
Francine
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Wojownik , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Francine »

        Gdy Klaus zbliżył się do kosza, emocje we Francine ponownie zawrzały. Cała aura pojedynku i godnej postawy imponowały demonicy. To jak Klaus zachowywał się od początku do końca, z przemyśleniem, godnością... Wszystko co robił było owiane jego kulturą. Zapewne właśnie dlatego między innymi zdobył szacunek wśród nieumarłych, nie musiał terroryzować społeczeństwa by osiągnąć sukces. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu... Nie to co wyrzucone z Otchłani dziecko.
        - Hmpf – lekko prychnęła krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. - To nie byłaby żadna satysfakcja, gdybym wykorzystał tak oczywistą słabość – powiedziała odwracając od wampira spojrzenie, a po kolejnych słowach generała uśmiechnęła się pod nosem. Można było uznać, że czuła się z siebie dumna. Skoro wcześniej raczej nikt nie odważył się wyzwać generała na pojedynek... miała równie szalony co odważny pomysł.
        Następnie jednak na jej twarzy wymalowało się drobne zaskoczenie. Spojrzała na nieumarłego jakby upewniała się czy aby na pewno do niej kieruje to pytanie, choć w sali nie znajdował się nikt poza nimi. Sama siebie w głębi pytała czy jest na tyle dobra by zmierzyć się z nadwornym, doświadczonym szermierzem. Mogłaby sobie nagadywać, że taki to pewnie życia nie przeżył, nie wie co to znaczą prawdziwe pojedynki, ale... nie potrafiła tym razem psioczyć. To był obraz, który próbowała cały czas sięgnąć dłońmi, codzienność nie w lesie... a pośród arystokracji. Co jednak się stanie gdy przegra? Jej honor zostanie splamiony, źle się zaprezentuje i tyle z obracania się w towarzystwie. Nikolaus zaraz powróci do swojej monotonii w Maurii, papierów, rządzenia. Głupie myśli cały czas formowały w jej głowie jakieś wzniosłe i miłe chwile. Francine z całych sił starała się je odganiać, ale wyobrażenia te przeciekały szczelinami braku skupienia a potem rozwijały się w zawrotnym, nie do opanowania tempie.
        - Jeżeli znajdzie się wolna chwila to warto się zastanowić nad taką możliwością – odparła bardzo politycznie, po czym odeszła od wampira w stronę drzwi na krótki moment przystając jednak w sali. Spojrzała na piękne zdobienia w zastanowieniu.
        - Byłoby to... - dodała nagle. – Pochlebne dla mnie gdyby się udało.
        Dlaczego to powiedziała? Czy ta krótka bajka w mrocznej posiadłości miała się niedługo zakończyć a ona starała się to przedłużyć? Zastanawiała się dlaczego Nikolaus miałby ją u siebie trzymać. Ona nawet nie chciała służyć temu państwu, które robi sobie żarty z pojęcia życia, a chowanie darmozjada bez czegoś w zamian byłoby zwyczajnie głupie. Z pewnością czegoś w zamian by oczekiwał, lecz Francine nie była pewna na jakie warunki mogłaby przystać. Z drugiej strony utrzymywanie się na czyimś garnuszku też byłoby dla niej poniżej godności, choć... de facto na szczęście do funkcjonowania jedzenia nie potrzebowała... ale miłe byłyby kolejne wspólne śniadania...
        Nie! To tylko farmazony! Nie potrzebowała nikogo do towarzystwa! Potrzebowała wiedzy, siły, magii... a nie porannych pogaduszek!
        - Chyba noc będzie spokojna - zauważyła słysząc za oknem już tylko pojedyncze krople ściekające wzdłuż ram budynku.
Awatar użytkownika
Nikolaus
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 86
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Strażnik , Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Nikolaus »

        Interakcja z Francisem była satysfakcjonująca, choć powoli zaczynała robić się przewidywalna. Klaus wiedział już, że ten młodzieniec ma braki w wychowaniu poparte dość wysokim mniemaniem o sobie – gryzie i niepotrzebnie unosi się honorem, do czego bardzo łatwo było go sprowokować. Generał już układając sobie w głowie swoją wypowiedź wiedział jaką odpowiedź otrzyma – może nie co do treści, ale tonu jakim zostanie wypowiedziana. Zabawne było spotkać po tylu latach kogoś, kto tak mu się stawia dla samej zasady… A jednocześnie zaskoczony pokazuje na moment swoją miękką, zdecydowanie łagodniejszą stronę. Tak, to zachowanie było dość świeże i bawiło Nikolausa, dlatego nadal trzymał tego młodzieńca u siebie i nie wykopał go za drzwi, choć już dawno powinien to zrobić – tak naprawdę już po pierwszej wspólnej kolacji.
        A jednak gdy Francis z pretensją w głosie oświadczył, że nie wykorzystałby swojej oczywistej przewagi nad oponentem, wampir skinął mu głową z łagodnym uśmiechem, jakby mu za to dziękował.
        - To w sumie całkiem zabawne – pozwolił sobie na komentarz. – W pojedynku nie przyszło ci to do głowy, lecz podejrzewam, że gdybym zaatakował cię w polu, nie wahałbyś się nawet chwili przed tym, by atakować mój prawy bok. I nie byłoby w tym nic złego – własne zdrowie i życie to wystarczająco wysoka stawka, by grać o nią niehonorowo – ocenił, choć oczywiście były pewne zagrania, do których sam nie zniżyłby się nawet gdyby o jego własne życie chodziło. To byłby jednak temat na zupełnie inną dyskusją, do której Francis… Cóż – chyba jeszcze nie dojrzał.
        Propozycja sparingu z sekundantem generała była więc dobrym wymykiem, by nie wchodzić w tematy filozoficzne, choć jednocześnie kolejnym powodem zażenowania nemoriańskiego młodzieńca. Klaus się temu trochę dziwił – to nie było wyzwanie, chodziło jedynie o spróbowanie swych sił z doświadczonym szermierzem. Generał byłby nawet ciekawy wyniku takiej konfrontacji, bo wcale nie zakładał wygranej swojego człowieka – we Francisie była nieprzewidywalność i gwałtowność, która dobrze wykorzystana mogłaby dać mu przewagę, wystarczyłoby ją dobrze wykorzystać. Dlatego zaskoczyła go odrobinę ta zawoalowana odmowa – czyżby bał się wstydu? Ale jednak go kusiło – dał to do zrozumienia chwilę później.
        Wzmianka o spokojnej nocy sprawiła, że Klaus odruchowo spojrzał za okno – wszak wszelkie niepokoje jakie mogły ich nawiedzić, musiały pochodzić z zewnątrz.
        - Tak… - przyznał z pewnym ociąganiem. – Burza już powoli przechodzi. Nie jednak na tyle, by bestiom chciało się wychodzić z ich kryjówek. To będzie spokojna noc – podsumował, po czym spojrzał na Francisa. Mieli jeszcze cały wieczór, mogli go spędzić razem: przy kolacji, przy drinku, w jakikolwiek sposób, jednak nemorianin sprawiał wrażenie wyczerpanego w sposób raczej psychiczny niż fizyczny. Uznał, że da mu spokój.

        Klaus nie nachodził już swojego gościa ani tego wieczoru, ani rano. Gdy Francis wstał, został poinformowany, że śniadanie może zjeść u siebie albo w jadalni - jak sobie życzy. Poza tym służąca poinformowała go, że koło południa pan Turilli życzy sobie wyjechać do Maurii.
        - Czy przygotować pańską odzież na drogę? - zapytała usłużnie, już wyciągając ręce w stronę wyjściowych butów, by zabrać je do pastowania w drodze do kuchni, gdzie zaniesie dyspozycje panicza Francisa.
        Nikolaus ukazał się młodemu nemorianinowi dopiero późnym przedpołudniem, gdy przypadkiem zeszli się na korytarzu posiadłości, podczas gdy lord wydawał ostatnie dyspozycje służbie. Generał tego dnia prezentował się tak, że od razu można było poznać, iż powrót do stolicy to dla niego powód do ubrania czegoś znacznie lepszego niż podczas całego pobytu w letniej posiadłości. Nie by jego dotychczasowa odzież nie była wysokiej jakości. Teraz jednak wampir miał na sobie mundur skrojony i uszyty tak doskonale, że pewnie wielu mistrzów krawiectwa z Zoricy byłoby zielonych z zazdrości na jego widok. I pewnie próbowaliby bronić się tym, że na dobrym modelu to wszystko dobrze wygląda, bo i lord Turilli prezentował się w tym stroju niezwykle urodziwie. Czarna marynarka zapinana była na srebrne guziki - gdyby przyjrzeć im się z bliska można by dostrzec, że na każdym z nich znajdowała się mauryjska siedmioramienna gwiazda. Spodnie posiadały dwa cienkie lampasy - srebrny i fioletowy. Ta wersja stroju ze względu na półoficjalny charakter nie posiadała ani epoletów ani akselbantu ani dewiz na mankietach.
        - Francis. - Generał wezwał swojego gościa po imieniu zamiast powitania. - Witaj. Jak ci minęła noc? Służba poinformowała cię, że w południe ruszamy? Twój koń nie nadaje się jeszcze do noszenia jeźdźca, pojedziesz więc ze mną powozem, a twój wierzchowiec zostanie przywiązany z tyłu powozu - zgodnie ze słowami koniuszego jest w stanie nieść swój własny ciężar przez tę drogę.
Awatar użytkownika
Francine
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Wojownik , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Francine »

        Noc w mauryjskim dworze wydawała się być nieprzemijającym snem. Dziwnym, niemalże metafizycznym przeżyciem i Francine musiała szczypać się po skórze by w to wszystko uwierzyć. Miała wrażenie, że jakiś okropny czarodziej robi sobie z niej żarty, że utknęła w jakiejś iluzji albo w czyimś śnie, fantazji, umyśle, wyobrażeniu i zaraz autor kiepskiego humoru przekłuje te bańkę sprowadzając demonice na ziemię.
        Jednak na przedramionach pozostawały czerwone ślady, a czas i miejsce się nie zmieniały utwierdzając Lou w przekonaniu, że mimo wątpliwości to nadal rzeczywistość. Żywe trupy, piękny ogród, tajemnicza pracownia alchemiczna wąpierza, ogromna biblioteka... i osobiście poznany generał, wysoko postawiony arystokrata, który nie wywalił przybłędy za mur dworku. To brzmiało prędzej jak historia obłąkanego niżeli rozsądnie myślącej nemorianki. Czy Fallon uwierzyłby jej w te opowieści?
        Na wspomnienie o elfie dziewczyna przewróciła się na bok mocniej przytulając poduszkę do policzka. To stało się tak nagle... Czemu jej życie zawsze musi być okraszone jakąś absurdalną załamaną linią w czasie i przestrzeni, która wyrzuca ją do zupełnie innego świata? Najpierw straciła Otchłań i trafiła do zalesionej Alarani, teraz straciła las a wylądowała w Mauri – królestwie gdzie każdy kpi sobie ze śmierci. Absurdalne.
        Znowu musiała pogodzić się z jakąś stratą... ale gdyby została u Fallona to ludzie spaliliby las, a wówczas... umarłby Fallon. Na tę myśl Francine przeszył nieprzyjemny dreszcz. Nie chciała tego, zrobiła dobrze... prawda? Tak... postąpiłby każdy... Tak się jej wydawało.
        Nikolaus nie martwił się o jednostki. On liczył ludzi w dziesiątkach a nie pojedynczo, jak to generał. Nie wydawało się by miał jakieś większe skrupuły - liczyły się zasady, a mimo swojej chłodnej i mrocznej postaci sprawiał, że jej policzki znowu się rozgrzały.
        Francine przewróciła się więc na plecy wlepiając spojrzenie w sufit. Nie mogła zasnąć, ale wciąż nie była pewna czy jednak nie jest w czyimś śnie...

        Zdziwiło ją, że Nikolaus nie przyszedł na śniadanie. Francine co prawda nie musiała jeść, ale... chciała. Z... różnych powodów. Dobre... jedzenie mieli.
        Jadła więc w ciszy i milczeniu, również w takiej atmosferze wróciła do pokoju i dziwnie się z tym czuła.
        - Tak – odparła w zamyśleniu i właściwie to w takim stanie przetrwała aż do spotkania z generałem.
        Gdy zaś go zobaczyła... oniemiała. Zupełnie jakby te minione godziny od rana do południa spędził na szykowaniu się na wyjazd do Maurii... i nie było się co dziwić. Jego sylwetka prezentowała się z niebywałą godnością, a ramiona wydawały się jeszcze szersze. Teraz to już w ogóle czuła się jak mała pchełka u jego boku. Marynarka była idealnie skrojona, cudownie zwężała męska sylwetkę ku dołowi podkreślając każdy możliwy atut budowy ciała wampira. Także guziki rzuciły się Lou w oczy, ona uwielbiała błyskotki, a grawerowania na tak drobnych elementach były oznaką nie tylko bogactwa, ale też arystokratycznego smaku. Niby nic wielkiego... ale nadawało postaci tyle dodatkowych, niesamowitych cech. Karmiła się tymi niuansami doprawiając wszelakie miłe myśli w swojej głowie.
        Francine zacisnęła rozchylone z zachwytu usta, gdy tylko usłyszała Nikolausa. W dodatku wypowiedziane z jego ust jej... prawie jej, imię brzmiało lepiej niż kiedykolwiek. Czy zachowywała się próżno? Mało ją to obchodziło. Właśnie zwracał się do niej przystojny generał mrocznych ziem i było w tym coś... fantazyjnego i niesamowitego. Tak niestworzonego, nigdy wcześniej nie pomyślałaby, że kiedykolwiek znajdzie się w podobnej sytuacji... na ziemi alarańskiej. W Otchłani wydawało się to bardziej prawdopodobne, ale tu, na ziemi elfów i pradawnych?
        - Witaj – odparła zaskakująco neutralnie. - Dobrze... Szybko i bez problemu zasnęłam.
        Przy dłuższym namyśle zorientowała się, że skłamała, bo przecież pół nocy myślała o nim... znaczy, o tym wszystkim co się dzieje, rzecz jasna.
        - Tak, poinformowała – dodała splatając dłonie za plecami by nadać nieco luźniejszy ton zaistniałej sytuacji.
        - Huh? - Zerknęła na generała unosząc jedną brew do góry. - Ahm... - mruknęła zaskoczona obrotem spraw. Że jechać... z nim, w jednym powozie? Z generałem Miasta Śmierci?! Chciała coś powiedzieć, rzucić sprzeciwem, ale zachłysnęła się śliną i zakasłała. Lou ukryła usta w zgięciu łokcia, aż łzy napłynęły jej do oczu, ale szybko odgoniła dłonią wszelkie osoby chcące bohatersko ratować ją od zakrztuszenia się na śmierć.
        - W porządku – w końcu wydusiła z siebie. - Wolałbym nie sprawiać kłopotu i tak nadwyrężam twoją gościnność – zauważyła odwracając wzrok.
        - Dzi... - zacięła się, bo jakoś... no mimo wszystko podziękowania nie chciały jej przejść przez gardło – Ten dzień zapowiada się na szczęście bez ulewy więc mam nadzieję, że szybko dotrzemy do Maurii. Jestem ciekaw jak wygląda...
Awatar użytkownika
Nikolaus
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 86
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Strażnik , Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Nikolaus »

        Klaus widział, że zrobił wrażenie na Francisie, ale sam nie poczuł się z tego powodu jakoś wybitnie lepiej – oczywiście, że wiedział jak prezentuje się w tym mundurze i przez to trochę spodziewał się takiej reakcji demona. Z każdą kolejną godziną ich znajomości utwierdzał się w przekonaniu, że młody demon ma do niego słabość z gatunku tych gwałtownych młodzieńczych zauroczeń, które odbierają mowę, apetyt i racjonalny osąd… Ale walczył z tym. Może niepotrzebnie. Generał jednak nie zamierzał mu póki co niczego ułatwiać - z reguły był bezpośredni w okazywaniu swojej atencji, ale jego z jednej strony nie chciał spłoszyć, bo wyczuwał tę jego wewnętrzną walkę, a z drugiej może chciał go zmusić, by się trochę wysił. Klaus wiedział czym jest długi pościg na polowaniu i wiedział jak smakuje jego finał…
        Przywitali się jakby nigdy nic, generał zagaił uprzejmie o samopoczucie gościa nim przeszedł do konkretów… Jednak zaskoczenie Francisa na wieść o wspólnej jeździe powozem zbiło go trochę z tropu. Wydawało mu się, że to coś naturalnego, zwykły przejaw gościnności, o którym nawet nie warto wspominać… Może faktycznie nawet mu o tym nie powiedział? To możliwe – cóż za gafa. Nie wypadało jednak teraz za to przepraszać, bo i młody arystokrata starał się ukryć to, że zaskoczyła go ta propozycja. Niech jednak nie myśli, że Nikolaus wycofa się ze swojego postanowienia – gdyby sam jechał w powozie, a swojego gościa wysadził na koński grzbiet, chyba by go grom poraził. Sam zaś do samej Maurii nie zamierzał wjeżdżać konno, bo nie wracał z bitwy – zasługiwał na tę wygodę. Nie dało się więc tego inaczej rozwiązać.
        Gdy Francis się rozkaszlał, Nikolaus wychylił się do niego i wyciągnął rękę, jakby chciał go poklepać po plecach albo chociaż położyć dłoń na jego ramieniu w geście wsparcia. Młodzieniec jednak się cofnął, więc i generał wrócił do wyprostowanej, zasadniczej pozycji. Już po wszystkim samym spojrzeniem zapytał czy wszystko w porządku i uzyskał potwierdzenie.
        - To żaden kłopot – zapewnił. – Tak będzie nam obojgu najwygodniej. Nadal jesteś moim gościem, a ja nie posuwam się do półśrodków w żadnej kwestii, również w kwestiach gościny – zaznaczył w sposób, w którym czaiła się zarówno obietnica, jak i ostrzeżenie, żeby demon nawet nie ważył się dyskutować.
        Ach, i znowu te podziękowania, które Francisowi nie przeszły przez gardło! Zarówno zabawne, jak i irytujące, bo ileż można się tak zgrywać – zarówno chłopak, unosząc się dumą, jak i generał, udając, że tego nie widzi i mu to nie przeszkadza. W rzeczywistości rozbawienie zaczęło się powoli przeradzać w irytację, bo starał się dla niego, a co chwilę był odtrącany.
        - W istocie, dziś nie zapowiada się na deszcz – przytaknął uprzejmej rozmowie o pogodzie, którą zainicjował panicz. – Chmury jednak zalegają nad Dolinami przez okrągły rok, więc na standardy kogoś spoza tej krainy i tak będzie buro… Niemniej mam nadzieję, że Mauria ci się spodoba. Nie skreślaj jej, proszę, na starcie, bez względu na to co zobaczysz – poprosił, gestem sugerując, by poszli dalej w kierunku, w którym kierował się wcześniej Francis. – Domyślam się jak to zabrzmiało, ale nie mam nic złego na myśli. Nieumarli słudzy są jednak na porządku dziennym w Maurii, mogą przerazić podróżnego. W obrębie murów miejskich nie ma jednak szansy, by błąkał się jakiś dziki ożywieniec bez pana. Poza tym mieszkańcy umiłowali sobie czerń i symbolikę śmierci, więc w wielu miejscach znajdziesz do niej odniesienia. Liczę, że mimo to Mauria zrobi na tobie wrażenie. To dobrze zorganizowane, bezpieczne miasto ze swoim klimatem, inne o każdej porze nie tylko dnia, ale i nocy. Nigdy nie zasypia. Z pewnością będziesz miał okazję, by poznać wiele oblicz stolicy…
        W głosie Klausa znowu dało się słyszeć pewną charakterystyczną dumę, z którą zawsze mówił o swojej ojczyźnie bądź rodzinie. W końcu w dużej części kształt i jednego i drugiego był jego dziełem.
        - Nie mogę ci niestety dalej towarzyszyć - zagaił, gdy mijali klatkę schodową. - Muszę dopilnować ostatnich kwestii związanych z wyjazdem. Wkrótce jednak będziemy mieli całą drogę by nacieszyć się swoim towarzystwem. Gdy będziesz gotowy, służba zniesie twoje bagaże i zapakuje je do powozu. Przyjdę po ciebie - powiedział na koniec, po czym skłonił się lekko przed Francisem i poszedł dokończyć przygotowania do drogi.

        Można by jednak pomyśleć, że generał wykorzystał tę chwilę rozłąki by jeszcze bardziej się wystroić, bo gdy wrócił po Francisa znowu wyglądał trochę inaczej. Przy jego pasie wisiała szabla w ozdobnej pochwie, na nogach miał buty z wyższymi cholewkami, wypolerowane na najwyższy połysk. W lewej dłoni trzymał rękawice, które pewnie nałoży już na zewnątrz.
        - Gotowy do drogi? - upewnił się, po czym gestem zaprosił nemorianina, by ten poszedł wraz z nim.
        Przed posiadłością wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Pod drzwi podprowadzono powóz - niewielki, wygodny do podróży dla dwóch, ewentualnie czterech dobrze znających się osób. Na jego dachu spoczywały bagaże, a wśród nich również rzeczy Francisa. Jego wierzchowiec, zgodnie z zapowiedzią, został przywiązany z tyłu, bez zbędnego obciążenia, nawet w postaci siodła, które pewnie jechało na wozie razem z resztą rzeczy.
        Przed posiadłość wyległa cała służba, by pożegnać pana domu. Stali w równym rzędzie, wszyscy w swoich nienagannych uniformach. Nawet pracownicy kuchni sprawiali wrażenie, jakby tego dnia nic nie robili - żaden z nich nie miał na swoim białym fartuchu nawet najmniejszej plamki sosu czy śladu po mące albo tłuszczu. Jeden mężczyzna - wysoki, dość postawny, z długimi włosami spiętymi w kitkę i jednocześnie mocno zaawansowaną łysiną na czole uśmiechał się promiennie. Francis tego się pewnie nie domyślał, ale jego obecność sprawiła, że ten oto kucharz był przez moment najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo w końcu mógł się wykazać swoim kulinarnym kunsztem przed kimś, kto to w pełni doceniał.
        Gdy generał wraz ze swoim gościem wyszli na dwór, cały szereg służby ukłonił się jak na komendę. Klaus skinął im w odpowiedzi głową, a później zamienił szeptem kilka słów z pierwszym lokajem - pewnie wydawał ostatnie dyspozycje, a może po prostu się z nim żegnał. Nie trwało to jednak długo - Nikolaus zaraz poszedł pewnym krokiem w stronę powozu, nakładając przy tym rękawiczki, po czym otworzył drzwiczki, wpuszczając Francisa przodem, bo ten był w końcu jego gościem. Sam wsiadł zaraz po nim.
        Wnętrze powozu było utrzymane w ciemnych barwach, tak jednoznacznie kojarzących się z wampirzym generałem. Ściany pokrywało lakierowane drewno barwy czekolady, zaś obicia kanap wykonano z wysokiej jakości granatowego pluszu. Niewielkie poduszki i zasłony przy oknach również były granatowe, zdobne w wyhaftowane złotem astrologiczne motywy. W powietrzu unosił się zapach lawendy, rozmarynu i skórki gorzkiej pomarańczy.
        Turilli nie zagaił z początku żadnej rozmowy. Wsiadł i zaraz po zajęciu miejsca zapukał w ścianę powozu - był to sygnał dla woźnicy, aby ruszył. Nie było przy tym żadnego mocnego szarpnięcia - wóz ruszył łagodnie, z wyczuciem, stopniowo nabierając prędkości. Wampir odchylił dyskretnym ruchem zasłonę, by móc zerknąć na posiadłość, którą opuszczał. Nie był w tym geście żadnej nostalgii, ekscytacji ani podejrzliwości - ta podróż była dla niego tak typowa, że nie budziła żadnych emocji. Choć... może nie do końca. Rzadko wszak wracał do Maurii z niezapowiedzianym gościem. Z tą myślą spojrzał na Francisa i tym razem wyraz jego oka zmienił się, jakby teraz nagle próbował ocenić z kim ma do czynienia i czy to wszystko co robi jest warte zachodu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mauria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość