Wybrzeże Cienia[Wybrzeże Morza Cienia] Anielska cierpliwość i lisie sprawy.

Niezwykle tajemnicze wody tego Morza Cienia, kryją w sobie wiele skarbów i niebezpieczeństw, już wielu zginęło w wyprawach poszukując przygód i bogactw. Największym jednak łupem dla każdego z nich było by odnalezienie legendarnej Wyspy Maar.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 87
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Malachi chciał jak najlepiej. Nie był już tym chamskim, wrednym gburem, którego poznała. Teraz był troskliwym aniołem, takim jak kiedyś. Nie zdziwiło go to, że Yve odepchnęła miskę. Taka była i już. Ale on nie zamierzał odpuścić. Nie zatrzymywał jej. Chciała wyjść, więc jej na to pozwolił. Tak jak obiecał, nie zamierzał jej do niczego przymuszać. Zrozumiał, że to do niczego nie prowadzi. To, co powiedziała o ucieszeniu dzieci zignorował. Nie wierzył by była do tego zdolna, nie po tym co widział w nocy. Poza tym nie pozwoliłby jej skrzywdzić dziewczynek.

Kiedy Yve wyszła, on wziął na ręce płaczącą Rose i zaczął ją kołysać. Na zewnątrz było ciepło, więc stanął z nią przy oknie. By ją uspokoić zaczął nucić jej piosenkę, którą poznał jeszcze w Niebiosach. Mała Rosie powoli się uspokoiła. Nie spała, ale anioł odłożył ją do koszyka, kładąc obok siostry. Pokój zdążył się już wywietrzyć, ale i tak pozostawił otwarte okna. W kominku nadal tlił się ogień, więc dorzucił do niego drwa. Wiedział, że dzieci potrzebują i świeżego powietrza, i ciepła. Stanął przy oknie opierając się pośladkami o parapet. Za karczmą miał namoczoną stertę brudnych pieluch i ubranek do wyprania, musiał porąbać drwa na kolejną noc, by morska bryza nie ochłodziła pokoju. Przewietrzyć pościel, zmienić tą, którą miały dziewczynki. Pójść do miasta. Kupić mapy i sporządzić jakiś plan działania. Nie mógł zrzucić wszystkiego na służki z karczmy. Aż tak zasobnego mieszka nie miał. Poza tym musiał się nauczyć jak żyć z niemowlętami przy boku. W którymś momencie i tak znajdzie dla nich wszystkich miejsce i będzie sobie musiał radzić bez pomocy karczmarki i jej pracowników.

Jego rozmyślania przerwały otwierające się drzwi do pokoju. Zobaczył Yve, która niosła tacę z posiłkiem dla ich obojga. Zdziwił się, ale podszedł natychmiast i wziął od niej jedzenie. Postawił wszystko na stole, rozłożył sztućce i usiadł na przeciw lisołaczki.
- Dziękuję i smacznego - powiedział, po czym zaczął jeść. Miał ochotę powiedzieć dziewczynie, że nadał dzieciom imiona, ale uznał, że powiedzenie wprost "Nadałem im imiona" Yve zignoruje, albo prychnie na niego złowrogo. Uznał, że użyje innego zabiegu by poinformować o tym rudowłosą.
- Lily śpi, a Rose uspokoiłem - rzekł spokojnie, podając konkretną informację, tak, jakby chciał upewnić Yve, że na razie ma spokój.
- Będę musiał wyjść do miasta, kupić kilka rzeczy. Poproszę, którąś ze służek by została z dziećmi. Możesz iść ze mną, później się rozdzielimy. Będziesz mogła kupić nowe ubrania i wszystko co ci potrzebne.

Zaczął rozmowę spokojnie i dość niezobowiązująco. Nie chciał rzucać w nią od razu pytaniami o karmienie - choć wiedział, że dzieci niedługo znów zaczną płakać, prosząc o jedzenie. Myślał też o tym, by zaproponować jej pomoc, chciał jej ulżyć w bólu i niewygodzie używając magii życia, ale wiedział, że wszystko musi się stać w swoim czasie. Nie wspominając też o jego planie opuszczenia Arturonu i wszelkich propozycjach na temat przyszłości.
- Jak się czujesz? - jego ton zdradzał troskę i chęć opieki.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 89
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Niby wzięła jedzenie dla nich oboje, ale prawdę powiedziawszy lisica nie miała zbytnio ochoty nic jeść. Jej brak apetytu wcale nie wynikał z tego, że w pokoju jaki zajmowała z Malachim nadal unosił się smród brudnych niemowlęcych pieluch, bo ten po jej powrocie na górę był porządnie wywietrzony. Na tyle porządnie, że nawet charakterystyczny zapach niemowląt nie drażnił aż tak zmiennokształtnej. Musiała przyznać, że anioł odwalił kawał dobrej roboty. Nie dla tego więc nie była zbyt skora do posiłku. Podejrzewała, że głównym powodem był stres i nerwy spowodowane ostatnimi wydarzeniami, o których Yve nadal nie wiedziała co tak naprawdę ma myśleć. Dlaczego to wszystko spotkało akurat ją? Mało było lisołaków na świecie, by ci dziwni czarodzieje mogli się na nich uwziąć, a nie na niewinnej, bezbronnej kurtyzanie? Czym sobie zasłużyła na tak okrutny los? A przede wszystkim jak mogła się od tego wszystkiego uwolnić?
        Spojrzała na anioła z wyrzutem w fioletowych oczach, gdy zbliżył się do niej, aby wziąć od niej tacę z jedzeniem, ale nic nie powiedziała i zaraz usiadła przy stole, na którym postawił talerze.
        - Yhym - burknęła cicho i skinęła głową na jego życzenie smacznego, po czym utkwiła ponure spojrzenie w swoim talerzu i bez najmniejszego przekonania zaczęła w nim grzebać widelcem. Nie miała najmniejszej ochoty nic jeść, ale wiedziała, że z pustym żołądkiem nie odzyska zbyt wiele siły i na pewno nie pomoże to jej poprawić swojego samopoczucia. Wmusiła więc w siebie nieco jajecznicy i ugryzła dwa razy leżącą na talerzu ćwiartkę chleba, by po tym znów po prostu rozgarniać na talerzu jedzenie z boku na bok.
        - Lily? Rose? O czym ty... - zapytała zdziwiona, podnosząc spojrzenie na niebianina, choć zaraz dotarł do niej sens jego słów. - Oh... Masz je na myśli. - Mimowolnie zerknęła przy tym na kosz, w którym dziewczynki leżały, a po tym znów utkwiła wzrok na rozgrzebanej na boki jajecznicy. - Przynajmniej w końcu są cicho. I nie śmierdzą - prychnęła z lekkim obrzydzeniem. Byłaby chora gdyby nie rzuciła żadną złośliwością tak przy śniadaniu. Oczywiście pominęła przy tym kwestię tego, że anioł nadał jej dzieciom jakieś imiona. Wyglądała jakby w ogóle ją to nie obchodziło. Albo udawała, że ją to nie obchodzi, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej dość gwałtowną reakcję na wypowiedź Malachiego, gdy zasugerował, że poprosi jedną z pracownic karczmy, aby przypilnowała lisich niemowląt, kiedy z Yve wybiorą się na miasto.
        - Po moim trupie! - zawarczała, wbijając w niego swoje groźne spojrzenie i zamaszyście odkładając widelec obok swojego talerza. Szybko jednak do niej dotarło to, jak gwałtownie się zachowała i lekko pokręciła głową jakby chciała się otrząsnąć. Odzyskała panowanie nad sobą, choć nadal widać było na jej twarzy zdenerwowanie. Z gniewem naładowała sobie całe usta jajecznicą i zagryzła chlebem, a jej ruda kita zwisająca z tyłu krzesła, zamiatała dziko podłogę, dając dowód na to, jak wielkie było niezadowolenie lisicy.
        - Pewnie wszyscy w karczmie już wiedzą, że to małe lisołaki. Nie przyszło ci do głowy, że ktoś mógłby wpaść na genialny pomysł, by wykorzystać naszą nieobecność i zaproponować swoją pomoc w przypilnowaniu śmierdzieli tylko po to, by je porwać i komuś sprzedać? Albo oddać w ręce tamtych magów? - rzuciła w stronę anioła, patrząc na niego surowo. Prychnęła zaraz z wyrazem wyższości na twarzy i powróciła do przerwanego grzebania w swoim talerzu, wspierając głowę na dłoni, opierającej się łokciem o blat stołu. - I tak nie mam żadnych planów, więc będziesz mógł sobie pójść załatwić swoje sprawy, a ja z nimi zostanę. Ewentualnie później z nimi zostaniesz, a ja wyjdę na miasto - zaproponowała ze znudzeniem i odsunęła w końcu od siebie talerz, z którego zniknęła może jedna czwarta tego, co na nim leżało jak lisica przyszła do pokoju, a i tak była to o połowę mniejsza porcja od tej Malachiego.
        - Do diabła! A jak myślisz, że mogłabym się czuć?! - wybuchła zaraz po jego pytaniu, na tyle gniewnie i głośno, że prawdopodobnie wystraszyła przez to dziewczynki leżące w koszyku, bo zaczęły płakać. - Wszystko mnie boli, jak cholera i najchętniej w ogóle nie wstawałabym od kilku dni z łóżka! Ścigają mnie jacyś szaleni magowie, diabli wiedzą po co i nie ma sposobu, by prędzej czy później mnie nie znaleźli! Gdzie nie pójdę, zaraz muszę uciekać, a nie mam już sił by się chociażby bronić! Do tego jeszcze te dwa irytujące, śmierdzące i drące się wniebogłosy wrzody na tyłku! I że co ja mam niby z nimi zrobić?! Cholera! Jestem kurtyzaną! Sypiam z każdym kto mi za to zapłaci! Dorywczo za dodatkową opłatą podrzynam ludziom gardła! Nie jestem niańką, a już w szczególności nie nadaję się na matkę! - krzyknęła wściekle, porastając coraz bardziej futrem. Szczerzyła z gniewem na niebianina ostre kły, a z jej oczu zaczęły intensywnie spływać łzy. To powinien być najlepszy dowód na to, że Yve tak naprawdę nie była zła, a sfrustrowana i pełna obaw, które usilnie chciała ukryć, ale po prostu nie dawała już rady. Czuła się żałośnie bezsilna, to wszystko ją po prostu przerastało i psychicznie powoli nie dawała już rady.
        Spuściła swój rudy pyszczek, zaciskając zęby i siedziała tak, warcząc cicho i jednocześnie szlochając, nie mogąc sobie poradzić z opanowaniem łez. Miała wszystkiego dosyć i z jednej strony chciała wziąć dziewczynki pod pachę i wyjść z karczmy tylko po to, by wcisnąć je pierwszej lepszej osobie, która chciałaby je adoptować, ale z drugiej strony cały czas się bała czy nie stałaby im się wtedy żadna krzywda, czy nie zostałyby w pewnym momencie po prostu oddane tamtym magom. Czy... były by szczęśliwe i bezpieczne. Jednocześnie wiedziała, że na pewno ktoś inny zajmie się nimi lepiej od Yve, że nie byłaby dobrą matką dla nich, ale z drugiej obawiała się, że nikt ich nie obroni przed niebezpieczeństwem tak jak ona.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 87
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Malachi jadł jak gdyby nigdy nic. Życie nauczyło go, że należy regenerować siły naturalnie, kiedy tylko jest okazja. Magia i wprawność w boju nie wystarczały. Aniołowie mieli ludzkie ciała, dlatego Rachmieli odpoczywał i jadł kiedy mógł, a nie kiedy miał na to ochotę. Widział jednak, ze lisica zamiast się posilać przerzuca jajecznicę z boku na bok. Nie odzywał się jednak. Tylko słuchał.
- Owszem, przyszło mi to do głowy. Ja swoje sprawy jestem w stanie załatwić w godzinę. Jeżeli ktokolwiek w tej karczmie w ciągu tej godziny sprawi, że bliźniaczki znikną, to mogę ci zagwarantować, że nie tylko ta osoba poniesie tego konsekwencję. A tego, kto by je zabrał wytropiłbym do wieczora. Magów tutaj nie ma, jesteśmy zbyt daleko. Nie mają żadnych śladów, nie ma możliwości, żeby dotarli tu w ciągu tak krótkiego czasu. Obiecałem ci, że póki jestem blisko, nic wam nie grozi i słowa dotrzymam.

Starał się jak mógł, ale rozumiał lisołaczkę. Kiedy zaczęła swój wywód znów po prostu słuchał. Słuchał, bo widział, że Yve potrzebuje być wysłuchana. Że jej złość, to nie tylko złość, to zmęczenie psychiczne i fizyczne, frustracja, brak poczucia bezpieczeństwa i przyszłość, która była jedną wielką niewiadomą. Dzieci zaczęły płakać, Yve zaczęła płakać, a w całym tym bałaganie siedział anioł, który nigdy nie miał rodziny. Mimo to, nie opuszczała go cierpliwość. Wstał powoli i podszedł do bliźniaczek. Starał się nie używać na nich swojej magii, nie wiedział jakie będzie miało to konsekwencję na lisołaczki w przyszłość, ale tym razem nie widział innej możliwości. Wystarczyło, że przez kilka sekund gładził obie dziewczynki po główkach, by te się uspokoiły. Wtedy podszedł do Yve, przystawił sobie krzesło i usiadł na przeciw niej.

- Więc nie wstawaj z łóżka - rzekł spokojnie - odpoczywaj, leż, śpij i... od czasu do czasu nakarm dzieci. Resztą ja się zajmę. Pieluchami, praniem, przewijaniem, jedzeniem, ogniem. Wczoraj obiecałem, że się wami zajmę i zamierzam to zrobić. Nie jesteś już kurtyzaną i nie musisz nią być. Posłuchaj, jest miejsce, gdzie magowie nas nie znajdą. Myślałem o tym, by zabrać nas na drugi koniec kontynentu i można to zrobić, ale wydaje mi się, że jest lepsze rozwiązanie. Muszę jeszcze to sprawdzić, ale... Et Iris, stolica Tęczowych Jezior... - chciał tłumaczyć dalej, ale widział, że Yve cierpi. Cierpi, bo nie ma już sił. Wyjaśnianie jej w tej chwili szczegółowego planu nie miało sensu. Zadawanie dodatkowych pytań też nie.

Chwycił ją za rękę, tak, że zakrył jej drobną dłoń swoimi. Owszem był to czuły gest i spodziewał się, że ruda zaraz się wyrwie, dlatego objął ją swoimi rękami, by nie mogła tego zrobić. Magia życia działała najlepiej w ten sposób. Był jej mistrzem, choć w tej chwili okazywało się, że ma pewne braki. Nie wiedział bowiem jak dokładnie wpłynąć na odbudowę kobiecych części ciała po porodzie. Zdał się więc na zaklęcia ogólnoregenerujące. Nie to, że zupełnie nie znał kobiecej anatomii. Wiedział, że jeden z czarów musi odbudować rozciągnięte powłoki brzuszne i wszystkie narządy, które biorą udział w porodzie. Poza tym musiał wesprzeć cały jej organizm. Dodać sił. I uspokoić. Magia życia potrafiła wpływać na układ nerwowy. Nie zamierzał jej zmieniać, a jedynie dać chwilę odprężenia. Działał na cały jej organizm, wlał w nią ogromną ilość swojej mocy, lecz zrobił to tak, by uwalniała się w niej powoli, dawała regenerację stopniowo. Równomiernie, choć i tak wiele razy szybciej niż miałoby się to stać naturalnie. Część siły i spokoju była skierowana na natychmiastowe działanie, reszta miała dawać jej spokój w kolejnych godzinach.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 89
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Jego argumenty i wiara we własne umiejętności nawet trochę przekonywały lisicę, jednakże już samo przekonanie, że wszystko będzie dobrze tylko dlatego, że niebianin będzie przy nich, denerwowało Yve. Skąd mógł wiedzieć, że faktycznie będzie dobrze? Przecież zeszłego wieczora omal nie skoczyli sobie wzajemnie ze zmiennokształtną do gardeł. Może i teraz był łagodny i spokojny, ale nic się takiego nie stało, by zaszła w nim tak diametralna zmiana. Jak miała mu w takim przypadku ufać? Co jeśli obecnie jest dobrze, a pod wieczór znów będą drzeć z sobą koty i na siebie krzyczeć? Z resztą od samego początku nie dał się poznać od dobrej strony - ciągłe tylko wymądrzanie się, dyktowanie lisicy co powinna, a czego nie i zmuszanie jej (nawet siłą) do rzeczy, na które nie miała ochoty. Jaką miała pewność, że anioł zaraz z obrońcy, nie stanie się jej kolejnym oprawcą?
        - Twoja pewność siebie jest tak obrzydliwie irytująca... - burknęła pod nosem, a zaraz westchnęła ciężko, opierając głowę na dłoni i gmerając widelcem w jajecznicy. Trudno jej jednak było nie przyznać mu racji, w sprawie tych magów - ci pewnie w ogóle nie wiedzieli, że wmiesza się do tego wszystkiego anioł i rzeczywiście nie było możliwości by wiedzieli, gdzie konkretnie mógłby polecieć. Bez wierzchowców i nie śledząc cały czas mężczyzny, nie byłoby możliwości by w tak krótkim czasie choćby pojawili się w okolicach Arturonu. A jeśli będą się dobrze ukrywać możliwe, że bardzo długo Yve będzie miała spokój od swoich prześladowców. Najważniejsze tylko nie rzucać się w oczy i nie ściągać na siebie uwagi,
        I z tym ostatnim mógł być największy problem w przypadku Yve. Zwłaszcza teraz po porodzie, gdy była rozchwiana emocjonalnie. W ogóle nie wierzyła w to, że mogłaby być dobrą matką, szczególnie, że o siebie nie potrafiła obecnie zadbać, a co dopiero dodatkowo o dwa małe pyski. To było dla niej stanowczo zbyt wiele.
        Uniosła głos, wyrzucając z siebie wszystko co jej gniotło wątrobę i się popłakała, nie będąc w stanie lepiej zapanować nad swoimi emocjami. Z jednej strony czuła się okropnie po swoim wybuchu. Żałośnie. Strasznie bezsilna. Z drugiej jednak było jej lżej na sercu. Zwłaszcza gdy anioł uspokoił lisiczki, a później ujął dłoń Yve. Zapłakana wyszczerzyła na niego kły i chciała wyrwać swoją dłoń z jego rąk, odpuściła jednak, gdy dostrzegła w jego oczach szczerą chęć pomocy i okazania jej wsparcia. Rozkleiła się przez to jeszcze bardziej i nie panując w pełni nad sobą, po prostu się do niego przytuliła pozwalając swoim łzom płynąć.
        Była w takim stanie, że nawet nie miała jak się kłócić z aniołem. A kłóciłaby się chociażby o to, że nie zbliży się do tych dwóch pasożytów, a tym bardziej nie będzie ich karmić, bo jest zwykłą prostytutką i nie nadaje się na matkę. Przy czym dodatkowo kłóciłaby się o to, że ma taką profesję, bo chce, z własnej, nieprzymuszonej woli i dla własnej rozrywki oraz pieniędzy, a nie dlatego, że to jedyna forma zarobku, do której się nadaje. Była zbyt dumną kobietą, by sprzedawać swoje ciało przez przeciwności losu i wbrew swojej woli.
        Kiedy jednak się już uspokoiła, minęła dłuższa chwila i wszelkie złośliwości i akty buntu całkiem uleciały z jej głowy. Była po prostu zmęczona i walczyła z samą sobą czy przełknąć własną dumę i samodzielnie nakarmić dziewczynki, czy dalej upierać się przy swoim, że dwie małe lisiczki to największe zło tego świata, do którego ona się nawet nie zbliży i by Malachi znalazł dla nich jakieś jedzenie.
        Uspokojona w końcu się odsunęła od niebianina, przeprosiła go za swoją chwilę słabości i przebywając od kilku chwil z powrotem w ludzkiej postaci, otarła dłonią oczy i podciągnęła nosem.
        - Pójdę z tobą - powiedziała słabym, nadal lekko łamiącym się od płaczu głosem, patrząc mu w oczy, dając tym znać, że jest pewna swojej decyzji. - Jeśli mówisz, że nic im się nie stanie, to chyba mogę skorzystać z okazji i się nieco przewietrzyć - dodała zaraz, próbując zaufać niebianinowi, że rzeczywiście z nim u boku nic im się nie stanie i nie muszą się o nic obawiać.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 87
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Nie spodziewał się, że Yve go przytuli, ale bez wahania objął ją za plecy i pozwolił jej położyć głowę na swoim ramieniu. Mógł się tylko domyślać jak bardzo jest źle, że przez tą chwilę dała dojść do głosu własnej bezradności. Gładził ją po plecach uspokajająco, jednocześnie wlewając w nią jeszcze więcej magii, by ta działała dłużej i spokojniej. Wiedział, że lisiczka jest dumną, niezależną kobietą i że rozkazy, czy nakazy nie są wobec niej dobrym pomysłem. Wiedział, że może jedynie proponować i dawać wybór. Zrozumiał to, i tak właśnie zamierzał z nią postępować. Nie dało się z nią porozumieć inaczej niż przez kredyt zaufania. Oczywiście, po tym co się zdarzyło wręcz powinien trzymać ją na dystans, a w nocy czuwać i sprawdzać, czy przypadkiem nie zechce poderżnąć mu gardła. Tylko, że w ten sposób żadne z nich nie byłoby w stanie ze sobą przebywać. Swoboda i wolność wyboru, tego trzeba było Yve. Dlatego nie spał z nożem pod poduszką. (Tylko z bojowym kijem - który był magiczny, a więc "składany" i sejmitarem pod łóżkiem, ale to inna sprawa, przecież musiał być przygotowany na obronę całej trójki i siebie).
Yve nie rozumiała skąd taka zmiana w aniele, ale on wiedział to doskonale. Nie zamierzał jednak wtykać jej do głowy, że to misja, że Pan chce by się nimi zajął. Po pierwsze ona w Najwyższego nie wierzyła, a po drugie mówienie komuś "jesteś misją" nie było dobrym pomysłem.

Kiedy Yve wypłakała się i otrzymała wystarczającą ilość czułości (i magii) odsunęła się od anioła. Ten uśmiechnął się do niej pogodnie. Nie zdobył się na gest otarcia z jej oczu łez, choć naprawdę chciał to zrobić. Wiedział jednak, że jest to dla niej wystarczająco trudne i bez takich działań. Nie chciał też za mocno ingerować w jej strefę komfortu.
- Odniosę talerze - powiedział spokojnie i wstał. Jeszcze tylko lekko dotknął ramienia lisołaczki, po czym zabrał resztki ich śniadania i wyszedł.

Wrócił w mgnieniu oka, prowadząc ze sobą młodą służkę.
- Yve, to Ingrid, zajmie się dziewczynkami - oznajmił. Wprowadził dziewczynę do pokoju, pokazał gdzie znajdują się bliźniaczki, wyjaśnił co i jak. Nie tłumaczył jej rzecz jasna, że póki co nie będą głodne, bo wzmocnił je magią. Powiedział tyle ile musiała wiedzieć, a potem (kiedy tylko Yve była gotowa) razem z lisołaczką opuścili karczmę.

Malachi poprawił dużą torbę, którą miał przerzuconą przez ramię. Na zewnątrz było całkiem przyjemnie. Morska bryza chłodziła powietrze. A wczesny ranek sprawiał, że po ulicach nie poruszały się jeszcze tłumy.
- W nocy dużo myślałem o tym co dalej - zaczął - zostanie w Arturonie nie wchodzi w grę, trzeba ruszyć dalej. Podróż konna z bliźniaczkami to za duży wysiłek. Wóz zostawia za dużo śladów. Jakkolwiek to nie zabrzmi, musimy lecieć. Ja muszę lecieć, z wami. Tylko podróżując w ten sposób nie zostawimy śladów. Żadna inna forma podróży nie da nam takiej przewagi. Lecąc można pokonać dziennie największe odległości.
- Oczywiście jeżeli będziesz chciała ruszyć dalej ze mną - dodał od razu.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 89
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Trochę to trwało nim Yve udało się całkiem opanować emocje i nieco odsapnąć od ich żelaznych objęć, choć znalazła się przy tym w innych, te jednak nie powodowały chaosu w jej głowie, a dawały poczucie bezpieczeństwa i obietnicę spokoju. W tych objęciach lisica mogłaby z przyjemnością zostać po kres swoich dni. A przynajmniej na samym początku tak myślała, bo zaraz w pełni oprzytomniała i odsunęła się ze spokojem od anioła. To był najgorszy anioł (choć jedyny) jakiego kiedykolwiek poznała i będzie się musiał mocno postarać, by zyskać w oczach lisicy, zwłaszcza po ich ostatniej kłótni. Uraził ją i to bardzo mocno, a tego nie mogła tak po prostu darować, jednym przytuleniem i to tylko jak miała chwilę słabości. Niech sobie nie myśli, że ona jest taka łatwa!
        - Uhm... - mruknęła i kiwnęła głową na propozycję niebianina o odniesienie talerze. Zapatrzyła się przez moment na niego, po czym odchrząknęła i się rozejrzała po pokoju. - A ja... jeszcze nie wiem co, ale coś zrobię w tym czasie - powiedziała, usilnie starając się spojrzeniem omijać koszyk z małymi lisiczkami, a poszukać sobie czegoś innego, czym mogłaby się zająć. Jednakże przez brak tego czegoś na nowo zaczęła przeklinać Malachiego.
        Ostatecznie jej "robienie czegoś" skończyło się na pościeleniu łóżka (jeszcze raz) i staniu między oknem a bliźniaczkami, na które cały czas patrzyła, choć najmniejszy szmer dochodzący z korytarza wystarczył, by dla niepoznaki zaczęła wyglądać przez okno. Niby to cały czas ulicę obserwowała. Dlatego, gdy tylko Malachi powrócił do pokoju razem ze służącą, Yve siedziała na parapecie z ogonem ukrytym pod długą, szeroką spódnicą i rejestrowała wzrokiem wszystko, co się działo przed karczmą.
        - W porządku - mruknęła, spoglądając w ich stronę, gdy weszli do pokoju, przy czym przede wszystkim bacznie obserwowała tą całą Ingrid.
        Po chwili przeniosła czujny wzrok na moment na Malachiego, z niemym pytaniem czy na pewno był pewien, aby zostawić bliźniaczki z tą dziewczyną, jednakże nie kłóciła się o to, ani też nie dyskutowała w tym temacie. Po prostu zsunęła się z parapetu, wygładziła starannie swoją długą do ziemi spódnicę. W tym czasie anioł tłumaczył służce wszystkie niezbędne informacje odnośnie opieki nad małymi lisiczkami, a jak już skończył Yve wyszła z pokoju zaraz za nim.
        Kiedy znaleźli się przed karczmą, zmiennokształtna zaciągnęła się mocno świeżym, morskim powietrzem, jakby dusiła się od zbyt długiego przebywania w zamkniętym pomieszczeniu. Ruszyła w miasto idąc ramię w ramię z niebianinem, na którego co jakiś czas spoglądała. Choć w większości i tak nadstawiała uszu i bacznie obserwowała wszystko, co się wokół niej działo. Była bardzo spięta i poddenerwowana, a myśl o tym, że zostawili lisołaczki same z obcą dziewczyną, wcale nie pomagała jej w pełni cieszyć się tym spacerem i choć w minimalnym stopniu się rozluźnić.
        - Masz rację, to tylko kwestia czasu aż ktoś od tamtych czarodziejów w końcu dotrze do Arturonu, a wtedy może już nie być szans na pozbycie się ich. Do tego im wcześniej wyruszymy dalej, tym większe będzie prawdopodobieństwo na zgubienie tego ogona - zgodziła się spokojnie z niebianinem, a kiedy zaczął wymieniać opcje jakie mieli, zmarszczyła lekko nos i dźgnęła go łokciem, ani trochę nie starając się być delikatną.
        - Na pewno nie będziesz leciał diabli wiedzą gdzie i jak długo - powiedziała stanowczo z surowym wyrazem twarzy. Niby podejrzewała, że niebiańska kondycja i wytrzymałość są dużo większe, niż zwykłego człowieka, czy nawet zmiennokształtnego, ale każdy ma granice swojej wytrzymałości. Jeśli Malachi padłby gdzieś... gdzieś i jeszcze coś, albo ktoś by ich zaatakował, lisica mogłaby mieć sporo trudności w ochronie całej ich czwórki. Najpierw trzeba by mieć jakiś cel, po tym plan podróży, ale i tak wątpiła, by z tym opuszczeniem Arturonu anioł miał na myśli przeniesienie się do jakiegoś miasta kilka dni drogi stąd. Czymże jest kilka dni drogi od jednego do drugiego miejsca, dla wyjątkowo zdesperowanych magów? A ci bez wątpienia są bardzo mocno zdesperowani, skoro potrafili ją ścigać od Valladonu, do Trytoni i od Trytoni w dzicz. Gdy o tym myślała w ten sposób, dopadła ją niepokojąca myśl, czy czasem już w Artutonie nikt o nią nie zaczął wypytywać. To by bardzo mocno skomplikowało całą sytuację.
        - Nie brałeś pod uwagę drogi morskiej, jesteśmy przecież w mieście portowym - zauważyła, choć nie do końca chodziło jej o to, by większość drogi, jaką anioł planował, pokonali statkiem. - A gdyby popłynąć do Soral? Jest tam na tyle różnych ras, że ciężko będzie komukolwiek znaleźć konkretnego lisołaka i nie wątpię, że o ile nie będzie tam żadnego latającego wierzchowca do wynajęcia, to na pewno udałoby się coś takiego zakupić. Nie musiałbyś dzięki temu wystawiać na próbę swoich sił - zaproponowała w taki sposób, że brzmiało to... jakby się o anioła martwiła?
        - Pff! Oczywiście, że wyruszę z tobą. Nikt lepiej od ciebie się nie zajmie tymi dwoma pchlarzami, a poza tym przecież sam Najwyższy kazał ci się mną zająć, tak więc tak łatwo się mnie nie pozbędziesz, kurczaczku - prychnęła kpiąco, ale jak tylko spojrzała na anioła, delikatnie z nutką sympatii się do niego uśmiechnęła.
        - A tak w ogóle, co masz w planach załatwić na mieście? - zagaiła, bo w sumie ciekawiło ją to, co było tak naglące, że musiał zostawić bliźniaczki ze służącą.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 87
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

- Muszę kupić mapy - odparł - kilka map.
- I więcej rzeczy dla dziewczynek. Nie wyrabiam się z praniem - mruknął zupełnie szczerze.
- Gospodyni mówiła żebym zaszedł do sklepu po drugiej stronie miasta, który nazywa się "Źrebię i klacz", dość dziwna nazwa, ale ponoć tam wyjaśnią mi co dokładnie potrzebne jest takim maluchom i że mają tam te rzeczy.
Wyjaśnił krótko i zwięźle. Żeby zaplanować dalszą podróż musiał mieć mapy. Nie był wszechwiedzący. A szlaki się zmieniały. Może wytyczono gdzieś nowe, taki którym łatwiej byłoby im podróżować. No i dzieci. Nie miał dla nich wszystkiego. Poza tym nadal wiedział tyle co nic o opiece nad nimi. Szukał pomocy. Kogoś, kto ze spokojem wyjaśni mu jak zajmować się bliźniaczkami.

- Kurczaczku? - spojrzał na nią z jedną uniesioną brwią, widać było, że nie jest zły, raczej rozbawiony jej ironizowaniem.
- A nie mogłoby być gołąbku? Gołąbeczku? Papużko? Wróbelku? - wyrazie "zaczepiał" się z nią, ale było to żartobliwe, nie zamierzał jej prowokować.
- Bo wiesz, że kurczaki nie latają? - dodał i zaśmiał się.
Wyjście do miasta było dobrym sposobem na rozmowę. Zamknięte pomieszczenia chyba nie służyły Yve. Przynajmniej tak mu się wydawało.
- Masz rację, jesteśmy w mieście portowym. To chyba jedyna okazja żeby skorzystać z drogi morskiej. A gdyby tak... - zamyślił się na chwilę i potarł czoło dłonią.
- A gdyby tak na statek w Arturonie wsiadło bogate małżeństwo z dziećmi, by udać się do krewnych w Etegal? Statki do Etegal przepływają niedaleko Zefiry. Wystarczy to dobrze obliczyć i zniknąć w odpowiednim momencie. Możemy ukryć się na Zefirze, albo popłynąć dalej do Soralu, a nawet na Xamavę. W Etegal szacowne małżeństwo się nie zjawi i ślad się po nich urwie. Musimy tylko mieć dobre przebranie, inne nazwiska i bilety dla arystokracji. Ale to da się załatwić. Pytanie tylko, czy twoje uszy wytrzymają pod kapeluszem z piórami, a ogon pod koronkową suknią? - uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał.
- Mówię zupełnie poważnie Yve. Dziewczynkom można założyć czapeczki, ogony ukryć w ubrankach. Ale Tobie przyjdzie nosić kapelusz i gorset. A nam udawać szczęśliwe małżeństwo. Na statku nie będzie gdzie się schować. Byłabyś na to gotowa? - spytał spoglądając na nią uważnie.
- Statek to zamknięta przestrzeń. Nikt nie będzie mógł poznać, że jesteś lisołaczką. Ja moje skrzydła ukrywam i nie sprawia mi to kłopotów. Ale dla ciebie to będzie trudniejsze - w jego głosie brzmiała troska, nie pretensja. Martwił się, że statek skarze ich na nieustanne przebywanie ze sobą, a Yve na niewygodę. Jednak było to chyba najlepsze rozwiązanie ze wszystkich.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 89
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Zakup map wydawał się lisołaczce bardzo logiczny i rozsądny, zwłaszcza, że mieli wybrać się w podróż w jakieś bezpieczne, bliżej nieokreślone miejsce. Kiedy jednak powiedział, że potrzebuje też kupić coś dla małych lisołaków, spojrzała na niego zaskoczona, a chwilę po tym parsknęła z rozbawieniem kręcąc głową.
        - Jeszcze trochę i zacznę się zastanawiać czy nie masz jakiejś obsesji na ich punkcie - powiedziała zgryźliwie, idąc spokojnie obok niego. Nie wyglądała jednak jakby miała za złe Malachiemu, że tak trząsł się nad jej córkami. Wydawało jej się, że nawet gdyby pojawiła się możliwość oddania małych do najlepszego na świecie domu, gdzie nikt by lisołaczek nigdy nie znalazł i były by najbezpieczniejsze, anioł by ich nie oddał. Mogła się mylić, ale miała wrażenie, że po prostu chciał być jak najlepszym ojcem dla obu dziewczynek. W końcu tak się zachowywał, a Yve im naprawdę tego życzyła, bo tak jak powiedziała - wątpiła by ktokolwiek był w stanie zaopiekować się nimi tak dobrze jak niebianin. Jeśli się nie mylił w tej kwestii, małe lisołaczki będą miały wspaniałego ojca i rudowłosa szczerze im tego zazdrościła, choć duma nie pozwalała jej tego zdradzić.
        - Wiesz, wydaje mi się, że są dla ciebie naprawdę ogromnie ważne - zagaiła niby obojętnie, choć gdyby ją to nie interesowało, nie poruszyłaby tematu. Zwłaszcza, że zerknęła przy tym ukradkiem na idącego obok niej anioła.

        - Oho! I jeszcze czego? - obruszyła się, ale tylko na pokaz, gdy zaczął się z nią targować na temat tego, jak go nazwała. - Gołębie są dziwne i mają w sobie coś takiego przerażającego. Papugi są zwyczajnie irytujące, a wróble po prostu urocze. W takim wypadku jak widzisz, ochrzczenie cię mianem kurczaka wydaje się wręcz idealne - wyjaśniła spokojnie aniołowi i zaraz się do niego przebiegle wyszczerzyła, pokazując swoje nieco dłuższe, niż u ludzi, ale krótsze od wampirów, kiełki.
        - Poza tym widzę, że ci się spodobało to określenie, więc radzę ci się do niego przyzwyczaić, kurczaczku - dodała rozbawiona i bardzo usatysfakcjonowana, że tak się ożywił, gdy nazwała go "kurczakiem".
        - Hm? Co masz na myśli? - zapytała zaintrygowana jego wypowiedzią o jakimś rzekomym małżeństwie. Nie przerywała mu już po tym i słuchała go uważnie, dając Malachiemu przedstawić do końca jego plan. Zamyśliła się nad tym. Co prawda oprócz Soralu i Arturonu nawet nie słyszała o wymienionych przez niego miastach, jednakże żył od niej dużo dłużej i prawdopodobnie niejednokrotnie zwiedził całą Łuskę wzdłuż i wszerz, postanowiła mu w kwestii wyboru idealnego miejsca dla nich i sposobu podróży zaufać.
        - Myślę, że po zdobyciu biletów na konkretny rejs rozwiązała by się kwestia nazwiska. Arystokracja nadal dostaje specjalne, imienne bilety, by odróżnić ich od zwykłego pospólstwa, prawda? Gorzej będzie z ubraniami, bo trudniej je będzie ukraść i dopasować do nas. Gdyby... nie mój obecny stan mogłabym znaleźć jakiegoś łatwego do manipulacji imbecyla, na którego koszt moglibyśmy zrobić małe zakupy, ale trzeba będzie coś wymyślić - przedstawiła swojemu towarzyszowi jak ona to widziała. Nadal jednak szła mocno zamyślona.
        Uniosła jednak zaraz jedną brew i spojrzała na niebianina.
        - Moje uszy można równie dobrze ukryć pod jakąś fikuśną fryzurą, pod kawałkiem chusty, ale kapelusz wydaje się być najwygodniejszy, choć nie wiem czy nie wyszły już czasem z mody damskiej. Co do ogona... Oh kurczaczku, kurczaczku. Ja swój ogon ukrywam dość często pod obszernymi spódnicami. Gdy pracowałam w zamtuzie w Trytoni, nie wszyscy klienci patrzyli przychylnie na zmiennokształtnych i wierz mi, że kilka tygodni z rzędu potrafiłam ukrywać swój ogon, czy go jakoś chowając pod ubraniem, lub też tak mieszając w głowie magią swojemu klientowi, że w ogóle nie miał pojęcia, że do wcale nie spędził ze mną miłej nocy, za którą zapłacił. Bardziej to ja spędzałam miłą noc na jego koszt - zdradziła niebianinowi przyciszonym głosem, tak dla maksimum bezpieczeństwa. - O mnie więc nie musisz się martwić. Gorzej będzie, jak te dwie małe pchły zaczną się zmieniać i dokazywać, a z tego co zauważyłam zwykła czkawka potrafi spowodować, że się co chwila zmieniają. Z resztą nie dziwię im się, są jeszcze za małe, by móc kontrolować swoją postać i utrzymywać przez dłuższy czas jedną konkretną. Myślę jednak, że chyba wystarczy jak będą zamknięte cały czas w pokoju, który wynajmiemy i nikt prócz nas nie będzie miał do niego dostępu. Tak czy tak, chyba większego wyboru nie mamy, a to wydaje się być najlepszym wyjściem ze wszystkich - zgodziła się ostatecznie z Malachim, nie odstępując go ani na krok podczas pokonywania kolejnych ulic miasta.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 87
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

- Bo są - odparł. Stał się ojcem i wiedział to. Zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności jaka spadła mu na barki. Nie był przewrażliwiony, po prostu się uczył. Niektórej wiedzy nie dało się przyswoić tylko teoretycznie. Przy dzieciach musiał nabyć praktyki. Opieka nad bliźniętami wymagała podwójnej uwagi i podwójnie poświęconego czasu. Może dobrze się stało, że dziećmi opiekował się zaprawiony w bojach żołnierz. Miał cierpliwość, mało co go brzydziło, był wytrzymały i silny.
- Chcę im zapewnić jak najlepszą opiekę. I miejsce, gdzie będą mogły dorastać bez strachu - dodał poważnie.
- Kurczaczku - powtórzył po niej i zaśmiał się - a więc jestem twoją Ptaszyną. Postanowione.
Ten kurczak to mu się średnio podobał, bo kurczaki: NIE LATAJĄ. Ale mógł być i kurczakiem. W zasadzie to bardziej był kwoką z kurczaczkami.

- Hej - odwrócił się do Yve - niczego nie będziemy kraść, w porządku? Ja wszystko załatwię. Tylko muszę się dowiedzieć, kiedy odpływa najbliższy statek do Etegal. Wtedy będę wiedział ile mam czasu. Zero kradzieży i zwracania na siebie uwagi. Aniołowie nie kradną. Ja nie kradnę. I ty też nie, bo to może wpakować nas w kłopoty. Znam kilka osób, pomogą. I tak mamy wystarczająco pod górkę. I niestety masz rację, z małymi może być problem, trzeba coś wymyślić. Jeszcze nie wiem co... Ale na pewno znajdzie się sposób, żeby nie wdało się kim są.

Malachi słuchał jak Yve opowiada o swojej pracy prostytutki. Niby robiła to z wielką swobodą, ale miał wrażenie, że choć upierała się, że to jej wybór i było jej tam w miarę w porządku, to tak naprawdę czuła nienawiść do tego miejsca. Nie był pewien. Nie wyszkolił magii emocji, by wyczuwać dobrze natężenie uczuć. Po prostu tak mu się wydawało. Nie potępiał jej za to co robiła, przyjmował to do wiadomości i poniekąd rozumiał. Zwyczajnie był przekonany, że przy nim będzie jej lepiej. I znajdzie się jakiś zawód, który będzie mogła wykonywać, oczywiście jeśli będzie chciała.

Idąc tak, w końcu dotarli przed budynek, w którym znajdowała się pracownia kartografa.
- Zaczekasz? - zapytał, a kiedy kiwnęła głową na tak, zostawił ją na chwilę i wszedł do środka. Nie minęło nawet kilka minut, a już był z powrotem, trzymając pod pachą kilka map zawiązanych mocno dratwą.
- Dowiedziałem się czegoś bardzo ciekawego - odezwał się.
- Ponoć pewna zamożna dama z okolicy postanowiła wymienić całą swoją garderobę z powodu ciąży i nowej mody, i wyrzuciła całe mnóstwo ubrań. Zgarnęły je jej służki i pokątnie sprzedają, ale tylko osobą, które wyjeżdżają z miasta, żeby przypadkiem ich pani nie dostrzegła, iż jakaś inna kobieta chodzi w jej odzieniu. Właściciel sklepu nie wiedział co prawda, czy nadal handlują, ale mam adres matki jednej z nich. Ponoć tam dowiemy się co i jak.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 89
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Yve zerknęła na niego kątem oka, gdy bez wahania przyznał, że jej... szczeniaki, są dla niego bardzo ważne. Milczała, myślała, że może coś jeszcze doda, jakoś to rozwinie, ale nie. Nie skomentowała tego w żaden sposób, bo w sumie co miałaby mu w tej kwestii odpowiedzieć? To była jego sprawa i w sumie z logicznego punktu widzenia powinna się cieszyć, że jej dzieci są w dobrych rękach i mogą liczyć na anielską ochronę. Nadal jednak mieszały się w niej sprzeczne uczucia. Chyba... po prostu przez jakiś czas będzie zdezorientowana, ale czy było się czemu dziwić, skoro ostatnich kilka miesięcy przypominały najgorszy koszmar?
        - Zdradzić ci sekret? - zapytała po dłuższej chwili, gdy znów podjęli rozmowę. Tym razem o tym, jak nazywała anioła. Wyszczerzyła się chytrze do niebianina, a jej oczy wręcz promieniały wesoło. - Lisy uwielbiają kurczaki - zamruczała kusząco, drapieżnie, by zaraz parsknąć z rozbawieniem i skupić się na drodze rozciągającej się przed nimi.

        - Hm? - mruknęła nagle wyrwana z zamyślenia i utkwiła w nim swoje spojrzenie. Słuchała go z uwagą, lecz widać było po niej, że nie podobało jej się to co Malachi mówił. Zmrużyła groźnie oczy i lekko zmarszczyła nos, choć zaraz wzruszyła ramionami. - Rób jak uważasz - burknęła niezadowolona i oburzona tym, jak anioł się rządził.
        Za kogo on się w ogóle uważał, żeby mówić jej co miała robić? Przecież nie kradła dla przyjemności. To samo tyczyło się zabijania oraz uwodzenia i wykorzystywania mężczyzn. Robiła to wszystko wyłącznie by przetrwać i żyć w spokoju. Nie zamierzała jednak tłumaczyć tego niebianinowi, ani tym bardziej kłócić się w tej sprawie. Dałaby sobie ogon obciąć, że i tak by nie zrozumiał. Bardziej niż prawdopodobne było, że dorastał, w szczęśliwej, kochającej rodzinie, a jego młodzieńcze życie było istną sielanką. Że spał na miękkich, puchowych poduchach w cieple i nigdy nie musiał martwić się głodem. Ona nie miała tak dobrze odkąd straciła przybranych rodziców i ich dom. Nawet gdy została zabrana do cechu musiała walczyć o przetrwanie, bo tak stworzony jest ten przeklęty świat - przetrwają tylko najsilniejsi. Albo najsprytniejsi, jak w jej przypadku.

        Krok Malachiego w pewnym momencie zwolnił. Lisica najpierw spojrzała na niego, a po tym rozejrzała się dokoła, by zorientować się, co było tego powodem. Przyjrzała się szyldowi stojącemu przed drzwiami i kiwnęła głową, na pytanie (czy może raczej polecenie?) Malachiego.
        - A mam inny wybór? - przewróciła z lekkim poirytowaniem oczami i przeszła na drugą stronę ulicy, zaciekawiona skoczną muzyką i gęstniejącym tłumem w jednym miejscu.
        Jak się zaraz okazało grupa ulicznych artystów popisywała się swoimi umiejętnościami, by zachęcić oglądającą ich widownię do wrzucenia ruena czy dwóch do kapelusza, krążącego w tłumie małego chłopca z kocimi uszami. Z pozoru słodki i niewinny, w rzeczywistości niezwykle przebiegły. Yve widziała jak pod maską uroczego kociaka, pojawia się arogancki uśmieszek za każdym razem, gdy w raz za razem w kapeluszu brzęczały kolejne rueny. Dzieciak pochwycił jej spojrzenie i wyszczerzył się złośliwie, by ostatecznie pokazać jej język. Rudowłosa zmarszczyła nos i cicho pod nim zawarczała. Nienawidziła kotów. Dwulicowe bestie. Nie żeby sama nie udawała niewinnej i przymilnej, by coś zyskać, ale koty nawet nie musiały się z tym kryć. Wszyscy je i tak kochali, a ta miłość w przypadku lisów, odnosiła się tylko do ich futra i puszystej kity zdobiących ubrania, czy robiących za szalik.
        Prychnęła pogardliwie i powróciła zaraz pod pracownię kartografa, gdy usłyszała jak zaskrzypiały drzwi, sugerując, że ktoś do środka wchodził, albo stamtąd wychodził. Dołączyła do niebianina.
        - Od kartografa? - spytała z lekkim powątpiewaniem. Już myślała, że ten pewnie wcisnął aniołowi jakąś wymyślną mapę skarbu czy coś takiego. Chciała zrugać anioła, że prawdopodobnie dał się naciągnąć i oszukać, gdy zaraz okazało się, że wcale nie chodziło o wciśnięcie skrzydlatemu, fałszywego, niepotrzebnego towaru.
        - Można sprawdzić - powiedziała bez większego przekonania, bo wcale nie podobała jej się wizja chodzenia w ubraniach, które ktoś wyrzucił. Akurat do tego jednego chęć przetrwania jej nigdy nie zmusiła. Miała swoją dumę i nigdy nawet nie myślała o grzebaniu w śmieciach. Szła obok Malachiego bardzo mocno zamyślona.
        "Skoro i tak mamy wyglądać jak jakaś zamożna para... chyba będę musiała się poświęcić. Eh..." - pomyślała ze skwaszoną miną. Ciekawiło ją ile by zyskała, gdyby udało jej się dostać do tej damy i poinformować ją o tym, że jej służące nie tylko ją okradły z tego co wyrzuciła, ale również na tym zarabiają. Może w nagrodę dostałaby tyle pieniędzy, że sama mogłaby coś sobie kupić... i Malachiemu też.
        - A tak wracając jeszcze do kwestii pchlarzy - zagaiła, kierując się z mężczyzną pod adres, który mu wskazano. - Może dałoby się im załatwić te bransoletki, co mi założyłeś, bym się nie mogła przemieniać, ani czarować? - zaproponowała, patrząc na niego.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Wybrzeże Cienia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość