Wybrzeże Cienia[Trytonia i okolice] Mimo woli...

Niezwykle tajemnicze wody tego Morza Cienia, kryją w sobie wiele skarbów i niebezpieczeństw, już wielu zginęło w wyprawach poszukując przygód i bogactw. Największym jednak łupem dla każdego z nich było by odnalezienie legendarnej Wyspy Maar.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Vasko
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

[Trytonia i okolice] Mimo woli...

Post autor: Vasko »

Poprzednio...

        Choć w pierwszej chwili zdawało się jakby strażnicy mieli zabrać razem z sobą również i ledwo żywego chłopaka, wcale tego nie zrobili, a przynajmniej nie do końca. O ile z Baronem nie było problemów, bo gdy pierwszy szok u niego minął i omal nie dobił nieprzytomnego Vasko, strażnicy musieli się nieźle natrudzić, by utrzymać takiego byka i zaprowadzić go do miejskiego więzienia, o tyle z Cieniem był ten problem, że nie chciał się zbudzić, gdy jeden ze zbrojnych trącał go swoim ciężkim buciorem. Gdyby ten wyzionął ducha po drodze do celi albo już na miejscu, musieliby się tłumaczyć, a i męcząca papierologia by im się na głowę zwaliła. Oczywiście nie wszystkim, bo oni mieli tylko słuchać rozkazów i umieć przywalić, nie czytać i potrafić chociażby odpowiednio wypełnić urzędowe papiery, coby chronić własne rzycie, lecz ich przełożonych nie mógł ominąć ten przykry obowiązek. Nie obchodziła ich śmierć jakiegoś typka (zwłaszcza bezdomnego, a na takiego Vasko śmierdział), jednakże ktoś by mógł ich posądzić o zabicie takiego, na co nie mogli sobie pozwolić jeśli nie chcieli mieć obciętej pensji. Stąd właśnie to wahanie po ich stronie.
        Ostatecznie któryś z mądrzejszych (zapewne wyższych stopniem) strażników, rozkazał posłać po medyka i pomóc mu w przetransportowaniu Cienia do lecznicy, bądź domu kogoś z rodziny lub znajomych tego wytatuowanego chłopaka. Jak się można domyślić, Vasko trafił do miejskiego "szpitalka", gdzie połatano go byle jak, aby się kupy trzymało, opatrzono na szybko, coś tam niby uśmierzającego ból mu dano (choć równie dobrze mogli go zmoczyć wodą, by choć minimalnie zmniejszyć odór szpiega od Mant), po czym wystawiono go przed rozpadający się budynek, a raczej jednej z okalających go bocznych uliczek by nie przeszkadzał przy wejściu, ani nie odstraszał bardziej bogatych... potrzebujących pacjentów.
        Jak ktoś sobie przypomniał, zachodził do uliczki skontrolować czy cuchnący chłopak jeszcze żyje czy już wzywać grabarza po najniższych kosztach, lecz nim dzwonnica zaczęła wybijać godzinę dwunastą, Vasko już tam nie było.
        Przez kilka dni ktoś z Mant starał się znaleźć i jego i Rudą, po której słuch wszelki zaginął, szybko jednak sobie odpuścili i postanowili przekazać niezbyt wygodne wieści dla Kapitan, że ich najlepsza, najwięcej zarabiająca dziwka z bandy, najpewniej uciekła, jeden pies wie gdzie, z tym życiowym kaleką, który w sumie czy robił coś konkretnego? Czy był im w ogóle potrzebny?
        Dla większości Mant był potrzebny - odwalał za nich niewdzięczną robotę, której im się nie chciało. Sama Kapitan trzymała go natomiast tylko przez to, że przypominał jej o starej grupie, która śmiała bezczelnie panoszyć się po jej terenie. No i sam Vasko w sumie całkiem sporo wiedział, nie tylko gdzie tamci składowali swoje łupy, ale też kogo i dlaczego planowali obrać za następny cel. Natomiast same sposoby realizacji jakiejś roboty, choć dziwne i często niezrozumiałe, gdy małomówny chłopak je tłumaczył, to jednak rzadko kiedy kończyły się niepowodzeniem czy jakimiś poważnymi stratami dla Mant, a zwłaszcza Kapitan.
        Zaczęły się jednak pojawiać podejrzenia czy to aby nie przez niego tamta elfka z zagranicznej organizacji została zabita, czy to nie przez niego zaginęła Ruda... No i jeszcze zaczęły dochodzić do uszu piratki plotki, że wytatuowany chłopak od nich sprzedawał na lewo informacje i to na różne tematu, od rozmiaru biustu Rudej, po ilość zabezpieczeń w rezydencji jakiegoś arystokraty z prośbą o dokładne narysowanie mapy domostwa czy to ilu członków liczyły Manty i kto do nich należał. W tym przypadku często też ktoś z Mant był atakowany przez oburzonych "klientów" Cienia, który sprzedał im po prostu albo nieprawdziwe, albo nie zbyt aktualne już informacje i zwyczajnie żądali zwrotu pieniędzy. Co prawda były to raczej zwykłe wyłudzenia, zwłaszcza, że Cienia od kilku dni nikt w ogóle nie widział, ale i tak co Kapitan przez to posiwiała to jej. Chłopak nie tylko stał się zbędny, zaczął stanowić problem i poważne zagrożenie dla Mant, które przez jego "biznes" i tak się przerzedziły.

        Vasko przez pierwsze kilkadziesiąt godzin lizał rany w kanałach, a gdy siły mu na to pozwoliły, zaszył się w ruinach zgliszczy starego sierocińca. Nie minął jednak tydzień od "śmierci" Skowronka i zniknięciu Rudej, gdy wrócił do miasta i zaczął na nowo, a to zbierać informacje z rożnych jego części, a to szukać jakiś tanich "lekarstw" dla siebie, bądź po prostu siedzieć w jakiejś uliczce, udawać żebraka i liczyć na to, że zostaną mu rzucone jakieś pieniądze na "chleb". Oczywiście więcej było szyderstw i wyśmiewania się z zakapturzonego, skulonego pod ścianą jakiejś kamienicy, gościa z wytatuowanymi całymi ramionami, niż zbieranych z ziemi miedziaków, lecz chłopak się tym nie specjalnie przejmował. W sumie nawet by nie mógł, bo był już zwyczajnie przyzwyczajony. Z resztą co za różnica czy ktoś go poniża, skoro i tak jakiś tam pieniądz dostaje. W pewnym momencie był ktoś nawet tak hojny, że bez jednego ubliżającego Cieniowi słowa, rzucił mu trzema srebrnymi orłami i niewielką broszką w kształcie jakiegoś ptaka. Skowronka?
        Była dziwnie znajoma, ale to akurat nie miało żadnego znaczenia. Nie kiedy ze ściany na ścianę przeskakiwał sobie dziecinnie narysowany kredą kanciasty pies (a może kot? Koń?) z ludzką, pokrytą tatuażami ręką w pysku. Zatrzymał się naprzeciwko chłopaka od Mant i warczał na niego groźnie za każdym razem, gdy ten wyciągnął rękę, by zebrać wszystkie walające się wokół niego drobniaki.
        Vasko spróbował spróbował jeszcze raz, a po tym zrezygnował, obawiając się, że ten nabazgrolony pchlarz faktycznie go zaraz zaatakuje i pogryzie. Przesunął się pod ścianą kawałek od swojego obecnego miejsca, gdy prawdziwie ludzka ręka trzymana w paszczy namalowanej kredą zaczęła wybierać z piachu rzucone Vasko rueny. Pokraka nie tylko kradła to co było jego, ale również szydziła z chłopaka dumna z siebie, a przynajmniej dopóki nie zastygła wpatrzona w jakiś punkt przed sobą, by po chwili uciec z piskiem i podkulonym pokracznym ogonem.
        Zerknął w tamtą stronę, a gdy niemalże o włos od jego oka przeleciała niewielka strzałka z trucizną... Postanowił postąpić jak ten bliżej nieokreślony bohomaz i wziąć nogi za pas. Vasko nie musiał się wcale długo zastanawiać do kogo należała - zapach wodorostów i napęczniałych od morskiej wody oraz krwi desek pokładu na pocisku oraz ledwo dosłyszalny gdzieś w dali odgłos fal uderzających o burtę i nieprzyjemny dla ucha dźwięk okrętowych wioseł, przywodził na myśl tylko jedną osobę - Galera.
        To, że trytoński dezerter i najokrutniejszy morderca w tych stronach powrócił, Vasko wiedział już od jakiegoś czasu. Nie miał jednak świadomości, że dawny kochanek i stary kompan Kapitan, będzie na niego polował.
        Jeszcze jak na złość, podczas swojej dość niezgrabnej i chwiejnej ucieczki, Cień wpadł na miejskich strażników, którzy bez słowa wyjaśnienia schwytali szpiega Mant.
        - Pójdziesz z nami, Volkosoby - raczyli jedynie ostrzec, nim poprowadzili zdezorientowanego chłopaka w stronę więzienia.
        Dobre w tym jedynie było to, że Galera przestał ciskać w niego swoimi strzałkami z jadem młodego Charybdisa, powszechnego w tych stronach morskiego czerwia...takiego mogącego połknąć na raz rosłego chłopa, ale kto by się tym przejmował.
        Cień już nawet nie chciał się kłócić, że musiała nastąpić jakaś pomyłka, bo on nie znał żadnego Volkosoby (choć coś mu to nazwisko mówiło), a już na pewno on nim nie był. Znaczy był, ale już jakiś czas temu, gdy starał się przypomnieć sobie jakie było jego imię przed Mantami i innymi bandami, miał z tym spore problemy. Wiedział, że nie był nazywany Cieniem od małego, ale jak na niego w takim razie wołano - to wypadło mu z głowy.

        - To co możesz mi powiedzieć, o awanturze sprzed kilku dni, gdy Baron zabił tamtą elfkę, Volkosoby? - zapytał komendant chłopaka siedzącego pod ścianą po drugiej stronie krat celi.
        - Nie jestem Volkosoby, sir - odpowiedział, jakby cała reszta wypowiedzi strażnika do niego nie dotarła.
        - W takim razie jak masz na imię?
        Cień wzruszył ramionami i spuścił głowę. Nie umiał na to odpowiedzieć.
        Komendant odetchnął głęboko, starając się nie wybuchnąć, jakby obiecał sobie oszczędzać swoje nerwy, choć to w jego pracy raczej niewykonalne.
        - Dużo jest w tym mieście różnego typu łachudrów wytatuowanych po same zęby, ale ze ślepiami różnego koloru i jeszcze tak irytujących, ani jednego. Raczej nie trudno cię z kimś pomylić Volkosoby, zwłaszcza, że siedziałeś już tu jakieś pół roku temu.
        - Tak jest, sir - odparł machinalnie wbijając otępiałe spojrzenie w sklepienie cuchnącej szczynami celi, choć w porównaniu ze smrodem jaki nosił na sobie chłopak, to pachniało tu raczej fiołkami.
        - Więc? Co się wydarzyło kilka dni temu w trzeciej uliczce na zachód od głównej drogi z doków? - zapytał z ostatkami cierpliwości, wbijając czujne spojrzenie w pogrążonego w swoim świecie chłopaka.
        - Baron zabił elfkę, sir - odparł, po prostu powtarzając słowa komendanta, który zacharczał żałośnie i jednocześnie z gniewem, walnął w drzwi celi i odszedł się napić inaczej zatłucze tego niekontaktującego idiotę, na którego stracił już dwie godziny, cały czas pytając o to samo i za każdym razem używając innych argumentów, dlaczego zamknięty w celi chłopak JEST Volkosobym.
        Vasko chciał już stąd wyjść. Nie mógł sobie pozwolić na takie siedzenie bezczynnie w celi, a nóż Kapitan będzie miała dla niego jakąś robotę albo przynajmniej poinformuje ją o tym, że Galera próbuje go zabić. Chociaż... czy on nie miał się czasem wstrzymywać ze swoimi psychopatycznymi zapędami, dopóki Kapitan nie zezwoli mu na zabicie kogoś? W sumie nigdy się nie zdarzyło, by Galera postanowił na kogoś zapolować bez zgody piratki. Czyżby ona to zleciła? A może coś jej się stało i wielki tryton spuszczony ze smyczy robił co chciał? Nałykał się może odrobinę za dużo jadu Charybdisa i teraz mu odbiło? Ale... z tego co Cień kojarzył ta toksyna raczej tak nie działała. Chyba jednak będzie musiał zapytać Kapitan o to, co tu jest grane, gdy tylko wyjdzie z celi. I tak póki co nie miał nic do roboty.
        Mimo wszystko zaczął o tym rozmyślać, bazgrząc bezsensu w piachu palcem obandażowanej po całości lewej ręki, której kilka dni temu miał jedynie kikut. Jego naturalna regeneracja przez krótką chwilę poważnie przyspieszyła, gdy odpoczywał po ostatnich wydarzeniach, lecz i tak nie zagoiła się do końca. W kilku miejscach pomiędzy tkanką mięśniową przebłyskiwały nagie kości, gdzie indziej nie miał nadal fragmentu skóry, przez co brudny bandaż był z każdą chwilą jeszcze bardziej brudny od sączącej się ciągle ropy i krwi, sama kończyna niemiłosiernie bolała, ale przynajmniej miał znów obie ręce. I to w pełni sprawne, choć ta lewa lubiła od czasu do czasu odmówić posłuszeństwa albo na moment całkiem cierpła, ale tym się akurat nie przejmował.

Awatar użytkownika
Astarte
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Astarte »

        Czarna wędrowała przez miasto w swojej zwyczajowej, nie wywołującej większego zamieszania postaci, czyli ukrywała po prostu rogi, ogon i tatuaże. Te ostatnie na dobrą sprawę mogłyby zostać, nie było to nic nadzwyczajnego, zwłaszcza w tym zapomnianym przez Księcia mieście, ale wolała nie ryzykować spotkania jakiegoś piekielnego, który rozpozna po nich dziwkę Księcia. I tak gówno mogli jej zrobić, ale zwyczajnie nie miała ochoty wdawać się we wspominki z innymi piekielnymi. Wystarczyło, że z jednym pracowała.
        Sam fakt, że prowadziła interesy z Dagonem był zaskakujący zapewne dla obojga. Astarte miała w zwyczaju spoglądać na diabły z góry i nic dziwnego, gdy w większości były to bezmózgie kupy mięśni, funkcjonujące na zasadach rozkazów i instynktów niższych niż zwierzęce. Laufey zaś okazał się podejrzanie inteligentny. Pamiętała go jeszcze z czasów, gdy prowadził negocjacje z Księciem, a temat zakończył się wygnaniem bezczelnego czorta z piekła w postaci psa. Dopiero później dowiedziała się, że Bajer, jak go teraz zwali, poradził sobie w Alaranii całkiem nieźle, wijąc gniazdko i rozpuszczając swoje sieci. Pokusa zaś najwyraźniej zaintrygowała diabła na tyle by nie traktować jej jako kolejnej diablicy o wiadomym użytku, a jako potencjalnego zleceniobiorcę. Czarna może i była wybredna, ale akurat wykonanie zlecenia dla Laufeya było nie tylko opłacalne, ale i zaspokajało jej ciekawość, co do nietypowego czarta.
        Tym razem jednak robiła dla Czarownika. Chyba. Dziwny twór, doprawdy, ale co ją to obchodzi, ważne, że płaci. W ten sposób Astarte znalazła się w Trytonii, stojąc oparta o mur naprzeciw aresztu i, pociągając okazjonalnie z flaszki, obserwowała wejście do komendy miejskiej. A ruch był, jak w Meot na wsi. Co chwila jacyś strażnicy wychodzili i po niedługim czasie wracali ci lub inni, taszcząc pod pachy, lub pchając przed sobą kolejnego przykładnego obywatela tej dziury. A ona powoli i po cichu zaglądała w słabe umysły mundurowych, przeglądając ich wspomnienia, żale i marzenia, a przede wszystkim fantazje i słabości. Zaskakująco wiele z nich dotyczyło wyrwania się z miasta, a nie wyboru partnerki życiowej lub tymczasowej, ale Czarna była cierpliwa, stojąc nieruchomo pod murem cały dzień i noc.
        Przede wszystkim na dzień wyciągania z kicia tego całego Vasko, wybrała Sandrię. Tego dnia zmianę mają zawsze najświeżsi w pracy strażnicy, lub ci, którzy nie radzą sobie z większym ruchem, ale na zbity pysk też wywalić ich nie można, bo ludzi do pracy zawsze mało; zwłaszcza takiej. Dzisiaj jednak, z samego rana pojawił się mężczyzna w kwiecie wieku, o postawie znaczącej, że niejedno w swoim życiu już przeżył, a dzisiejszy dyżur nie różni się dla niego niczym od innych. Czarna przechyliła lekko głowę zaintrygowana i oddała niedokończoną butelkę siedzącemu obok bezdomnemu.
        - Niech Najwyższy panience w dzieciach wynagrodzi! – odezwał się stary, a Astarte spojrzała na niego z najczystszym zdumieniem, po czym parsknęła szczerym śmiechem. Aż dziwnie to brzmiało.
        - Doceniam wdzięczność, ale niech Najwyższy się do mojego żywota nie miesza – odparła i rzuciła do leżącego przed bezdomnym kapelusza monetę. – Idź do zamtuzu na Jaworowej, starcze. Tam dziewczęta cię umyją i się tobą odpowiednio zaopiekują. A podziękuj Księciu – powiedziała rozbawiona i na moment ukazała swoje prawdziwe oblicze, z rogami i ogonem, po czym odeszła, kierując się w stronę komisariatu.
        Bezdomny nawet nie krzyknął, nie takie dziwy w życiu widział, ale odprowadził pokusę zszokowanym spojrzeniem. Dopiero później zerknął do kapelusza, gdzie błyszczał w porannym słońcu złoty gryf.
        - Na… Księcia! – sapnął stary, niemal już w biegu zwijając wszystkie swoje bambetle. W te pędy ruszył na Jaworową, ciągle w duchu dziękując Księciu Ciemności za jego wspaniałe dary.
        Astarte zaś, bez żadnych wcześniejszych przygotowań, weszła na komisariat. Ukryła tylko, jak zawsze, ogon i rogi. Tatuaże zostawiła, nie przybrała żadnej innej postaci, nawet włosów nie wydłużyła. W rozpiętej kurtce odsłaniającej niewątpliwe kobiece wdzięki, podeszła do biurka dyżurnego. Mężczyzna najpierw tylko podniósł na nią niedbale wzrok, ale po chwili zbystrzał, przyglądając się uważnie nietypowemu gościowi. Nie zdążył jednak nawet zadać pytania, ani wstać, by poinformować kobietę, że zapuszcza się zdecydowanie za daleko i petenci mają wstęp tylko do granicy blatu. Brunetka usiadła na nim okrakiem, przysuwając się jak najbliżej i obejmując strażnika ramionami za szyję, ku głośnej radości nielicznych więźniów, umieszczonych w pobliskich celach. Wąsaty strażnik być może miał krótką myśl, by zaprotestować, ale nie zdążył, trzymając ostrożnie ręce na bokach, bo jedynym miejscem gdzie mógłby je złożyć były uda lub pośladki kobiety. Ta wbijała w niego wzrok przeszywający człowieka na wylot. A później pochyliła się do ucha strażnika, szepcząc cicho i muskając ustami płatek ucha.
        - Nazywasz się Conrad Hay. Pracujesz tu od dwudziestu siedmiu lat, a jednak zarabiasz mniej niż te młode żółtodzioby, które dostały się do straży po znajomościach tatusia. Twoja żona zdradza cię z rzeźnikiem i chociaż o tym wiesz, nie możesz z tym nic zrobić, również przez wzgląd na wasze dzieci. Do pracy przyszedłeś więc nawet chętnie, byle tylko wyrwać się z domu, który zamiast oazą spokoju stał się klatką.
        - Skąd ty… - zająknął się strażnik, a Czarna wyprostowała się, sadowiąc wygodniej na kolanach mężczyzny, wywołując u niego zduszone westchnienie.
        - Jestem pokusą. Wiesz, diablicą. Pożeram dusze i inne takie – wzruszyła niedbale ramionami i przechyliła głowę. Jej palce leniwie przeczesywały szpakowate włosy mężczyzny. – Znam wszystkie twoje pragnienia, Conrad. Wiem czego chcesz i mogę to spełnić. Chcę coś od ciebie i wezmę to, ale spodobałeś mi się, więc nie będę obrażać cię zabawą w kotka i myszkę, przybierając formy, które cię pociągają. Szczerze umówmy się na dwie opcje. Opcja pierwsza: tak namieszam ci w głowie, że nie będziesz wiedział, jak się nazywasz, i wtedy wezmę to, co chcę. Opcja druga: ja wyglądam jak chcesz i robię co zechcesz, a później ty dasz mi to, czego szukam. Tylko myśl szybko, Conrad, bo i tak spędziłam w tym mieście zbyt dużo czasu.
        - Muszę zamknąć drzwi – powiedział spokojnie, ale lekko już ochrypłym głosem, a Czarna uśmiechnęła się kątem ust. Myślał o wiele szybciej niż się spodziewała. Zmrużyła lekko oczy i zamek w drzwiach wejściowych przekręcił się z cichym kliknięciem. Strażnika nawet to nie ruszyło. Wstał, podtrzymując kobietę w tej samej pozycji i skierował się z nią do pokoju, który miał za plecami.


        Godzinę później Conrad szedł z pokusą przez cały korytarz, ignorując głośne zawołania i gwizdy więźniów na widok kobiety. Ta wręcz przeciwnie, wodziła wzrokiem po mężczyznach, dosłownie wdychając ich pożądanie, jak najświeższe powietrze. Gdyby nie to, w jakim stanie byli niektórzy więźniowie, takie miejsca byłyby jak róg obfitości dla pokus.
        - Na pewno to jego szukasz? - zapytał strażnik, zatrzymując się przy przedostatniej celi. Astarte niechętnie spojrzała na mężczyznę, którego wskazywał jej strażnik, nie zdradzając się mimiką, chociaż w duchu klęła na czym świat stoi i czy ten diabeł do reszty postradał rozum.
        - Tak, to on.
        - Jest cały twój. Tylko zabierajcie się czym prędzej. Po dwunastej pewnie wpadnie komendant, znów próbując go wypytać.
        - Uhm. Hej, Valko! – zwróciła się do więźnia, jednocześnie na głos i mentalnie, by nieco przyspieszyć cały proces. – To twój szczęśliwy dzień, zbieraj się, wychodzimy – mruknęła już spokojniej, opierając się o pręty i czekając aż nieszczęście stanie na własnych nogach. W międzyczasie pokusa spojrzała na strażnika uważnie.
        - Mam wymazać ci wspomnienia?
        - O nie, zdecydowanie nie – odparł od razu, a Astarte uśmiechnęła się kątem ust i puściła do niego oko.
        Później ruszyła z nowym nabytkiem w stronę wyjścia, jednocześnie wymazując obecność swoją i Vasko ze wspomnień mijanych więźniów. Ci sprzedaliby własną babkę za pół litra, więc wolała nie ryzykować.
        Ostrożnie wyjrzała na ulicę, ale było spokojnie, większość ludzi była w kościele na nabożeństwie, co niezmiennie wykrzywiało usta Czarnej w grymasie skrajnej niechęci. Co za chore obyczaje, naprawdę.
        - Pospiesz się, trzeba cię opatrzyć i doprowadzić do względnego porządku zanim ruszymy w drogę – wyjaśniła w końcu, spoglądając na towarzyszący jej wrak człowieka.

Awatar użytkownika
Vasko
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Czy miał satysfakcję z tego, że doprowadził komendanta do furii swoimi odpowiedziami? Raczej nie. Raz, że nie bawiły go tego typu rzeczy (w sumie nic go nie bawiło), dwa nawet tego nie zamierzał. Odpowiadał co wiedział i zgodnie z prawdą, to, że strażnik nie zadawał konkretnych pytań, nie żądał szczegółowych odpowiedzi i w sumie sam sobie odpowiadał, już Cienia nie obchodziło. Męczące tylko było, że wszyscy chcieli z niego zrobić kogoś kim nie był. Mógłby się założyć, że ten cały Volkosoby, prawdziwy, szwenda się gdzieś po Trytonii, robi sajgon, a po tym całą winę zwala na niego. Co prawda taka teoria poważnie kulała, bo skąd ten Volkosoby miał wiedzieć jak wygląda Cień, żeby zwalić na niego winę za swoje wybryki, jeśli Cień nigdy nie spotkał nawet żadnego Volkosoby. Poza tym musieliby być podobni, a tego już w szczególności chłopak raczej by nie mógł przeoczyć.
        W więzieniu podniosła się wrzawa, jakby co najmniej wpuścili na posterunek jakąś dziewkę ku uciesze tutejszych więźniów z okazji dnia dobroci dla przestępcy. Westchnął nie specjalnie się tym przejmując i wbił mętne spojrzenie w rozścielające się wokół niego bohomazy na piasku, gdzie jednego brudnym już od ziemi zabandażowanym palcem kończył. Niby były to zupełnie oddzielne i bezsensowne ryciny, mające jakieś znaczenie tylko dla Cienia, lecz wprawne oko mogło wyłapać, że się pozornie z sobą łączyły, a głównym rdzeniem każdego były tak przyozdobione i zamaskowane w gąszczu linii i spirali, że niemal całkiem ukryte litery: "V", "O", "L", "K", "O", "S", "O", "B", "Y". Wyglądało to trochę jak szyfr, zwłaszcza, gdy dostrzegło się, że każdy bazgroł reprezentujący literę "O" był taki sam dla wszystkich "O".
        Coś nagle kliknęło i poniosło się echem po całym więzieniu. Brzmiało jakby zamek w drzwiach się zatrzasnął, a było to na tyle nagłe, że Vasko wyrwał się ze swoich rozmyślań i podniósł spojrzenie. Za prętami celi był gęsty, nieprzenikniony mrok, jakby jedynie jego cela istniała, a cała reszta była po prostu pustką. Coś zacharczało po prawej, drzwi celi się otworzyły, a z tej ciemności zaczął go wzywać do siebie jakiś kuszący, napawający serce spokojem głos.
        Hana...
        Wstał i zaczął się zbliżać do tej bezkresnej otchłani. Kątem oka dostrzegł, że całe pomieszczenie zaczyna się wypełniać jego malunkami, które były w piachu. Cała posadzka, ściany sufit, nawet pręty! Wszędzie był ten zlewający się z sobą, przeklęty napis "Volkosoby". Jakby podążał za wolno kroczącym chłopakiem w stronę otwartego przejścia. Gdy jednak był półtora sążnia od drzwi, malunki same zaczęły wypełniać pomieszczenie, jakby wciągane przez tę ciemność, a gdy tylko się z nią stykały... rozległ się przeraźliwy pisk, zgrzyt i skowyt, jakby górniczy wagonik ciągnięty był po kamienistej drodze i to z niewyobrażalną prędkością. Ten nieprzyjemny dźwięk się tylko nasilał, a gdy stał się niemal ogłuszający, chłopak z ledwością zdołał odskoczyć do tyłu unikając bycia pochwyconym przez setki par jakiś czarnych, szponiastych rąk.
        Zaniepokojony chłopak cofnął się jeszcze o krok i upadł na tyłek tracąc równowagę. Ten łagodny, wzywający go do siebie głos zmienił się nie do poznania, jakby połączył z tym niemiłym dla ucha piskiem, a każde "O" zmieniło się w potworne, ociekające krwią ślepie, wpatrujące się nieustannie w chłopaka i jakby przebijające go na wylot.
        Skulił się, podciągając polana pod brodę i objął rękami głowę, jakby chciał się przed schować. Szybciej oddychał przez wzbierającą w nim panikę i cały czas wmawiał sobie, że to tylko jego własna iluzja, że nic mu nie grozi. Niezbyt go to jednak uspokajało. Gdy w korytarzu rozległy się odgłosy kroków i towarzyszące im gwizdy i nawoływania, zląkł się jeszcze bardziej, nie wiedząc czym tym razem jego umysł postanowił go poczęstować. W żałosnej próbie ucieczki odpełzł i zaszył się w najdalszym kącie celi, między ściana i zjedzoną przez szczury pryczą, odwrócony plecami do wyjścia, a czołem opierając się o zimną ścianę. Był tak skulony, ze mógłby przypominać jakiegoś dzieciaka z perspektywy osoby przechodzącej.
        - Nie zbliżajcie się! Nie znam żadnego Volkosoby! - zaskomlał rozpaczliwie znów łapiąc się za głowę i kręcąc nią intensywnie, jakby tylko chciał wyrzucić z niej te głosy co się w niej zagnieździły.
        - Umm... powodzenia - mruknął jej na odchodnym strażnik nim się ulotnił, by nie sterczeć tu ani chwili dłużej przed celą tego chłopaka. Zwłaszcza, że mógłby przysiąc, że jeszcze półtorej godziny temu piasek stanowiący podłoże celi nie był cały zabazgrany czymś co jednoznacznie przywodziło na myśl setki wielkich oczu jakiejś bestii.
        Chwila minęła nim zaskoczył. Głos który teraz słyszał ani nie był miły, ani nie był piskliwy. Przełknął z obawą ślinę o zerknął ostrożnie przez ramię. Wszystko... wydawało się być normalne. Drzwi celi były zamknięte, ściany pozbawione jego malunków. Pomiędzy prętami widział odchodzącego strażnika, jakąś dziwną kobietę, a za jej plecami kolejną celę - pustą.
        Miał obawy przed ruszeniem się z miejsca, a zwłaszcza podejściem do krat, lecz gdy wstał, zatrzymał się, obserwując czy nic dziwnego się nie dzieje, a dopiero jak miał pewność zbliżył się na odległość półtora metra od wyjścia i tej dziwnej kobiety, która z jakiegoś powodu przyprawiała go o mdłości, choć nie umiał powiedzieć dlaczego. Gdy skupiał się na jej aurze wydawała się zwyczajnie pospolita. Skąd więc te obawy przed zbliżeniem się do niej. Odwrócił głowę w stronę kąta, z którego wypełzł, a gdy dostrzegł rozlewającą się z niego ciemność i ten narastający dźwięk zgrzytającego żelaza, postanowił czym prędzej opuścić celę. Zwłaszcza... że te wszystkie oczy patrzyły z głodem na niego...
        Podążał chwiejnie za obcą zastanawiając się, czy to nie ta, dla której ostatnio pracował. Jak ona tam miała na imię? Chociaż... to było akurat wątpliwe. Tamta elfka wyglądała na taką, która prędzej dałaby się poćwiartować niż komuś pomogła. A już w szczególności Cieniowi. W takim razie... Ktoś z Mant? Może jakaś nowa na miejsce Rudej, ale czy wtedy sprawdzałaby tak okolicę przed wyjściem z posterunku? Gdyby miała wystawić Galerze chłopaka jak kaczkę, raczej by się nie rozglądała czy droga jest wolna.
        - Nic mi... - zaczął, lecz zaraz się wyprostował i spojrzał matowym wzrokiem na kobietę. Można było uznać, że ze zdziwieniem, lecz brudna i poszarzała twarz Vasko nawet w połowie nie wyglądała jakby cokolwiek zdradzała. - W drogę... - powtórzył i zaraz się lekko ożywił, cofając parę kroków, jakby chciał wrócić do celi. Teraz wyraźnie był zaniepokojony, jakby co najmniej oświadczyła mu jak jego tusza zostanie poćwiartowana przez miejscowego rzeźnika, a nie proponowała wycieczkę krajoznawczą.

Awatar użytkownika
Astarte
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Astarte »

        Astarte przyglądała się skulonemu w celi mężczyźnie z beznamiętnym wyrazem twarzy. Nie było jej ani do śmiechu, a i by ją zaniepokoić należało się bardziej postarać. Nie dało się jednak ukryć, że od początku podejrzanie prosta robota (jakby Bajer sam nie mógł człowieka do siebie przywołać) okaże się bardziej paskudna niż sądziła. Powiedziano jej, że facet „może stwarzać lekkie problemy”. Lekkie problemy to ona kurwa sprawia, jak jej się wódka skończy. Ten to jest jakaś patologia na dwóch nogach, jeszcze cofnięta w rozwoju.
        Milczała jednak, gdy chłopak powoli zbierał się na nogi i zbliżał do wyjścia z celi. Zmrużyła lekko oczy, zaskoczona, że nie biegnie radośnie do wyjścia, ale to co do tej pory pogardliwie zwała stuknięciem, mogło być jakąś faktyczną psychiczną przypadłością. A takiemu do głowy zaglądać zdecydowanie nie ma zamiaru. Raz ją pokusiło, u schizofrenika, i prawie sama na łeb dostała. Nie, z tym tutaj będzie trzeba ostrożnie.
        Odczekała jeszcze chwilę, czy Vasko na pewno za nią podąża, po czym ruszyła w stronę wyjścia i na względnie pustą ulicę. Kilka osób obejrzało się za nietypowo odzianą dziewczyną, sprawiając, że Czarna sama spojrzała na swoją rozpiętą kurtkę, jakby na śmierć zapomniała, jak w tej chwili wygląda. Komuś kto tak często zmienia swój wygląd zdarza się to zaskakująco często. Astarte zerknęła przez ramię, słysząc głos chłopaka i momentalnie zmrużyła oczy, gdy ten urwał zdanie w pół słowa. Przez jego twarz nie przebiegł nawet cień emocji, ale pokusa znała się na ludziach i gdy tylko Vasko postąpił pierwszy krok w tył, ona dołączyła do niego w długim kroku, rozglądając się tylko szybko po ulicy.
        - Nie mam na to czasu – burknęła pod nosem i ramieniem objęła mężczyznę mocno za szyję, drugą dłoń zaciskając na materiale jego kamizelki, po czym zniknęła razem z nim.

        Cofnęła się od razu, gdy poczuła deski pod nogami, chcąc uniknąć ciosu lub zwykłej gwałtownej szamotaniny z zaskoczenia. Karczemny pokój był prosty, ale dość przestronny, jak to bywa na poddaszu, gdzie ściany nie są zbyt ustawne. Czarna rozejrzała się, wyraźnie czegoś szukając, po czym ruszyła nagle w stronę łóżka, schylając się po coś stojącego przy jednej z nóg mebla. Już z flaszką w ręce, Astarte skierowała się powoli w stronę okna i usiadła na parapecie. Na jej głowie znów pojawiły się rogi, a wzdłuż nóg opadł na podłogę gładki ogon, którego końcówka spoczęła na butach kobiety niczym koci ogon na łapach zwierzaka. Sama pokusa przyssała się do butelki, jak zagubiony na kilka dni na pustyni podróżny, dopiero po chwili odejmując flaszkę od ust i krzywiąc się lekko, otarła usta wierzchem dłoni. Wsparła się na rękach o parapet i zaczęła przyglądać brunetowi z zainteresowaniem drapieżnika.
        - Dobra, Vasko, czy jak ci tam… Skup się, bo nie lubię się powtarzać – wychrypiała, delikatnie sięgając do niego magią, na tyle by przyciągnąć uwagę, ale nie zapuszczając się do wnętrza jego umysłu.
        - Nazywam się Astarte. Możesz mówić mi Czarna, albo jakkolwiek chcesz, ale na te dwa miana najprędzej zareaguję – dodała, wzruszając lekko ramionami. Nie spuszczała jednak wzroku z chłopaka.
        - Drzwi są zamknięte na klucz, a ten mam ja. Postaraj się nie dokonywać zniszczeń, bo nie wyglądasz, jakbyś miał na kaucję – dodała, wspominając jego skłonności do nagłych ucieczek.
        - Przysłał czy przysłała, diabli wiedzą, mnie Alice, żebym mu ciebie dostarczyła. Ma dla ciebie jakąś robotę. Więcej nie wiem, nie wnikam, nie interesuje mnie to. Niestety nie dam rady teleportować nas na taką odległość, dlatego czeka nas kilkudniowa podróż. Wyglądasz, jakby ci się sporo pod czerepem gotowało, więc będę wdzięczna, jeśli już teraz powiesz mi, czego mogę się spodziewać. W przeciwnym razie uśmiechnę się do kogoś silniejszego ode mnie, a ten ktoś da ci przez łeb i przerzuci przez konia. I tak przez kilka dni. Czy mówię wystarczająco jasno?
        Pokusa wyglądała na zrelaksowaną, ale tak naprawdę wcale jej się to nie podobało i gotowa była nawet na bezpośredni atak ze strony byłego więźnia. Może i nie wyglądał, jakby był w stanie zrobić krzywdę komukolwiek, ale cóż… ona również nie. Robota więc śmierdziała jej jak trytoński kanał i mogła założyć się o własne rogi, że towar nie będzie współpracował. Na jego rozsądek więc nie liczyła, co najwyżej na reakcję na imię Alice, albo, cholera jasna, cokolwiek czym da się przekupić. W przeciwnym razie wcale nie żartowała z tym przywaleniem w łeb.

Awatar użytkownika
Vasko
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Czy był wdzięczny za wyrwanie z kicia przez jakąś podejrzaną kobietę? W sumie powinien i chyba nawet był, gdy pomyślał, że o tym, że te przeraźliwe zgrzyty i piski miałyby go dręczyć przez cały jego pobyt tam. I jeszcze te rysunki diabelskich oczu zaścielające całą podłogę, a wcześniej całą celę. Nie będzie miał jednak jeszcze większych kłopotów, gdy wróci komendant i dowie się, że Cień opuścił cele bez jego zgody, a przede wszystkim wiedzy o tym? Poza tym był pewien, że Galera gdzieś się w okolicy czai czekając na dogodny moment by dorwać swoją ofiarę, a ta wystawiona właśnie została na łatwy cel. Nawet już pominął fakt, że za kratami mógł względnie w spokoju odpocząć, ignorując oczywiście pozostałych "mieszkańców" więzienia, no i autodestrukcyjne sztuczki własnego umysłu. Jak więc miał być jej za cokolwiek wdzięczny?
Kiedy usłyszał, że miałby gdzieś z nią iść i to jeszcze bez wątpienia poza granice miasta... Jakoś odruchowo się cofnął, gdy uświadomił sobie do czego to zmierza. Domyślał się, że kobieta wcale nie jest zwykłym człowiekiem, lecz mimo to i tak był zaskoczony, gdy doskoczyła do niego, pochwyciła, szarpnęła i... przenieśli się.

        Chłopak był zszokowany tym co się wydarzyło i tym, że ona ich teleportowała. A może to on? Przecież zdarzało mu się z nerwów jeszcze bardziej nie panować nad swoją magią, niż normalnie. Ta myśl mu się zupełnie nie spodobała, więc zaraz po tym jak udało mu się utrzymać na nogach - po teleportacji i gwałtownym cofnięciu się kobiety od niego, omal nie stracił równowagi - sięgnął swoją ręką do tej całej zabandażowanej i obejrzał też siebie całego, pamiętając jak ostatnim razem skończyło się dla niego przeniesienie dwóch osób jednocześnie.
        Jak się nie trudno domyślić, zapomniał na moment całkowicie o diablicy, która go tu przeniosła. Odetchnął po chwili z cichą ulgą i spojrzał na nią mrużąc oczy. To jak wyglądała, jak obnażyła przed nim swoją prawdziwą postać, nie zrobiło na nim większego znaczenia, widział bowiem w całym swoim życiu dużo gorsze dziwa, niż kobieta z rogami i ogonem, trącająca duszącym dymem i siarką.
        - Chciałbym móc powiedzieć to samo - mruknął pod nosem, po prostu puszczając mimo uszu jak go nazwała i zduszając w sobie chęć powtórzenia, że został z kimś pomylony, bo on się nazywa... na pewno... na prawie pewno nie Vasko.
        Słuchał jej w milczeniu, w żaden sposób nie skomentował jej wypowiedzi, nie poinformował nawet jak będzie się do niej zwracał. Porzucił również własne przedstawienie się, choćby poinformowanie, że na niego mówią Cień, bo skoro ona już od początku nazywała go jak jej się żywnie podobało, to jego zdanie w tej kwestii chyba nie miało najmniejszego znaczenia.
        - Zamknięcie drzwi na klucz nie jest tylko z pozoru przeszkodą. Rzeczywistość i świat po drugiej stronie drzwi nadal istnieje, więc ucieczka nadal jest możliwa. Ktoś, kto ma umiejętność zmieniania swojego miejsca w tej rzeczywistości i świecie powinien to doskonale rozumieć - odparł spokojnym, neutralnym tonem dość filozoficznie. Ani razu nie zająknął się jednak przy swojej wypowiedzi, by nazwać to mocą czy magią z dziedziny Pustki, co mogło jednoznacznie sugerować, że choć pozornie wiedział jak to działa, nie miał zielonego pojęcia czym to właściwie było. Po prostu myślał, że kobieta najpewniej, tak samo jak on, już się urodziła z taką umiejętnością do zmiany swojego miejsca w przestrzeni.
        Dla udowodnienia jej, że mógłby stąd z łatwością uciec mimo zamkniętych drzwi, odwrócił się i podszedł do nich, lecz zaraz się cofnął bardziej na środek pokoju. Byleby tylko nie znajdować się w bezpośrednim sąsiedztwie z poruszającą się samoistnie klamką i dochodzącym z drugiej strony specyficznym, nazbyt charakterystycznym i znajomym odgłosem tarcia żelaza o skałę. Stracił swoją pewność czy faktycznie po drugiej stronie znany mu świat nadal istnieje, poddając się swojej paranoi, postanowił jednak zostać tu gdzie był. We względnie bezpiecznej przestrzeni, której był pewny. Przez drzwi przejdzie dopiero, jak ta cała Czarna wyjdzie pierwsza i pokaże, że za drzwiami znajduje się normalny świat, a nie nieprzenikniona pustka, z której dobywają się przeraźliwe odgłosy.
        - Nie mogę opuścić Trytonii... - wymamrotał pod nosem, cicho jakby tylko do samego siebie, stojąc odwrócony tyłem do pokusy, nawet jeśli taki brak ostrożności przy piekielnej istocie zakrawał o bardziej niż zwykłą głupotę.
        Nic prócz tego więcej nie powiedział. Bo co miałby powiedzieć? Z tego co rozumiał wszystko było już dawno ustalone i zrealizowane zostanie niezależnie od tego czy się zgodzi, czy nie.
        - Myślę, że dla czystej przyjemności potraktowałabyś mnie pałką, więc twoja groźba niezbyt się udała - burknął, odwracając się w końcu w jej stronę i obserwując przenikliwie, próbując choć nieznaczny ułamek tego czym ona się kieruje. - Nie rozumiem więc sensu dawania mi tego wyboru.
        Zamilkł znów na moment, odchodząc gdzieś myślami. Otworzył po chwili usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, lecz zaraz je zamknął przedłużając jedynie ciszę. Mówienie o tym, że nigdy nie był poza miastem, że tam czają się jeszcze gorsze potwory i mary niż tutaj i tak nic nie zmieni. O ile krok po przekroczeniu granic miasta nie dostanie jednak pałką w łeb. Tak więc skończyła się jego rozmowa. Po prostu stał jak posąg patrząc się przygaszonym wzrokiem na siedzącą przy oknie diablicę.
        "Może nie będzie tak źle... Może nawet uda mi się uciec od NIEGO..." - pomyślał niby z nadzieją, lecz szczerze nie specjalnie w to wierzył. Ten Bazgrolak go ewidentnie prześladował i to już od... Ile to? Chyba od dłuższego czasu. A może...
        - Nie mam pieniędzy. Burta wszystko zabrała - powiedział nagle ni z gruchy ni z pietruchy.
        Co prawda od kilku dni nie miał nawet możliwości przebywać na tym samym kwadracie co wredna kapucynka jego byłej już (prawdopodobnie) szefowej, więc w sumie powinien mieć chociażby te trzy srebrne orły, które dostał od przechodzącej obok niego krowy, ale w sumie biorąc pod uwagę stan jego ubrania równie dobrze, mogły mu wylecieć w którymś momencie z dziurawej kieszeni w spodniach. Nie wiedział też specjalnie czemu w ogóle o tym powiedział, ale w sumie Byczogłowa kazała mu wyznać czego może się spodziewać.

Awatar użytkownika
Astarte
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Astarte »

        Chłopaczyna coś tam mamrotał pod nosem, ale skoro jemu nie zależało na tym, by go słyszała, jej również. Dopiero gdy zaczął mówić głośniej, na dodatek z sensem (a i owszem), a też wybitnie filozoficznie, Czarna spojrzała nad niego z lekko uniesionymi brwiami i, o dziwo, kącikiem ust.
        - Jednocześnie jesteś w błędzie i masz pełną słuszność – powiedziała tylko, doceniając trafną uwagę, ale nie mając zamiaru wdawać się w dysputy.
        Gdy Vasko zastanawiał się chyba nad sensem swojego istnienia albo chociaż nad własną lokalizacją, Astarte zdążyła osuszyć butelkę i wywalić ją przez okno. Brzdęk tłuczonego szkła na bruku wraz z czyimś przekleństwem sprawił, że ostre rysy pokusy znowu na moment złagodniały. Brakowało jej chaosu.
        - Hm? – mruknęła, spoglądając znów na chłopaka, ale zaraz znów straciła zainteresowanie, dochodząc do wniosku, że chyba będzie musiała przyzwyczaić się do tego jego gadania do siebie.
        Dopiero, gdy zwrócił się bezpośrednio do niej spojrzała na niego zaskoczona, uśmiechając się lekko, bynajmniej nie przyjemnie, a na koniec wręcz parskając cichym śmiechem.
        - Chłopczyku, czy ja ci wyglądam na kogoś, kto tłucze innych dla własnej uciechy? – zakpiła lekko nucącym tonem. – Jeśli już, to sobie do tego kogoś znajduję, nie będę przecież sama machać, jak to ująłeś, pałką. Rozrywki znajduję sobie ciekawsze, może będzie po drodze okazja ci pokazać. A wybór ci daję, bo go masz, nie rozumiem zdziwienia. Jedziesz wierzchem, albo przewieszony przez siodło, co w tym trudnego do pojęcia?
        Spoglądała na niego z lekko przechyloną głową. Był inny. Pomijając oczywiste problemy natury psychicznej, nie reagował na nią w żaden sposób i nie chodziło o to, że nie była w jego guście. Wpatrywał się w nią teraz jak… jakby wątpił w jej istnienie? Jakby był na haju? Z pewnością było mu wszystko jedno kim ona jest i gdzie on jest. A być może nawet kim jest on sam. Czy naprawdę kazali jej wieść kogoś tak uszkodzonego na umyśle? Może jak dzieciak przyśnie to wślizgnie mu się na trochę do głowy, popatrzy kto tam tak wszystko poprzestawiał.
        - Nie potrzebujesz pieniędzy, mamy sponsora – mruknęła, już normalnym tonem, odpychając się od parapetu i kierując w stronę chłopaka. Minęła go jednak i pchnęła drzwi do łazienki.
        - Idę się wykąpać. Bądź grzecznym chłopcem i posiedź w pokoju. Jestem o wiele mniej przyjemna, gdy muszę kogoś gonić – powiedziała, znikając w drugiej komnacie, ale nie zamykając za sobą drzwi, które zostały na wpół uchylone; zarówno by mieć chłopaka na oku, jak i ze zwykłej obojętności.
        Napuściła wody do wanny i zrzuciła ubrania. Swoich na przebranie trochę miała, od tego zależała nie raz skuteczność jej przebrania. Bo co z tego, że przyodzieje skórę drobnej, słodkiej blondyneczki, jeśli nadal będzie chodziła w rozpiętej skórzanej kurtce? Chłopakowi natomiast będzie trzeba coś znaleźć, bo wątpiła, czy dałoby się sprać ten smród z jego ciuchów. Chociażby dlatego kąpała się pierwsza. Vasko śmierdział jak esencja trytońskiego pierdla, nawet balia tym przejdzie.
        - Kim jest Burta? – zapytała nagle, wyciągając nogi na rant balii. – Mogą być problemy z wywiezieniem cię z miasta? Wolę wiedzieć teraz, będę wiedziała, czy załatwić ci ubranie czy przebranie.

Awatar użytkownika
Vasko
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Słysząc odpowiedź kobiety, przyglądał się jej chwilę, jakby domagając się w ten niemy sposób jakichkolwiek wyjaśnień, czemu to niby jest w błędzie (bo racje wiedział, że ma i nie potrzebował przy tym potwierdzenia rogatej). Żadne jednak słowa odnoszące się do tej kwestii nie padły, więc Vasko zrezygnował z oczekiwania czy dowie się o co jej chodziło. Zamiast tego postanowił udowodnić, że to ona się myliła, choć tylko w tej części, że Cień się mylił. Cofnął się od drzwi i gotów był już je pchnąć, gdy zrezygnował słysząc odgłos, który towarzyszył mu, gdy siedział w więzieniu. To właśnie przez to odszedł od przejścia na znaczny dystans i w swoim wypadku tak gwałtownie, jak oparzony.
        - Tak - odpowiedział krótko. Dokładnie na taką osobę mu pokusa wyglądała. Bo czyż to nie ona od tak wywaliła pustą, szklaną(!) butelkę przez okno? Czyż to nie ona zdawała się być w pewnym sensie zadowolona z tego, że butelka spadła komuś na głowę? Nie musiał być w pełni rozgarnięty by dostrzec z jakim ukontentowaniem wsłuchiwała się w każde przekleństwo, dochodzące z dołu za oknem. Jakby co najmniej to była najpiękniejsza muzyka na świecie.
        - Właśnie widzę - mruknął, domyślając się jakim to rozrywkom mogła oddawać się diablica w wolnym czasie i dla własnej przyjemności. Westchnął i spuścił głowę.
        Wolał w ogóle nie jechać, nigdzie, ale to chyba nie wchodziło w grę, skoro nawet tego nie zaproponowała. Czemu ktoś miałby się fatygować, żeby po niego posłać? I to jeszcze w sprawie pracy. Jego miejscem pracy była Trytonia. Tylko tutaj wszystko co wiedział miało jakiekolwiek znaczenie. Często nawet dużo większe od niego samego na tym łez padole. Fakt, był tutaj praktycznie nikim, ale mógł być przydatny, wszędzie indziej jednak będzie jeszcze bardziej nikim, bo ani z niego pożytku, ani nic. Więc po co to wszystko? Starał się nawet znaleźć odpowiedź przypominając sobie imię swojego przyszłego szefa (czy tam szefowej), które podała Byczogłowa, ale to mu kompletnie nic nie mówiło. Nie mógł więc przekonać jej, że go z kimś rzeczywiście pomyliła i wskazać po tym osoby, której najpewniej piekielna szukała. A co za tym idzie, musiał z nią iść, gdziekolwiek go prowadziła, choć bardzo tego nie chciał.
        - Chyba wolę jechać przewieszony... - odpowiedział ochryple, bez większego przekonania. Wydawało mu się to najlepszą opcją, zwłaszcza dla swojej towarzyszki mimo woli - nie będzie się musiała z nim użerać przed wyjazdem, by pokazać jak chociażby nie spadać co chwilę z konia. Poza tym... inaczej on chyba nie wytrzyma drogi. Może lepiej by było jakby konkretnie wiedział ile im to zajmie, mógłby wtedy zabrać wszystkie prochy jakie miał w "Opieszałym Lewiatanie" i składniki alchemiczne, coby zawsze móc coś na szybko zrobić gdyby skończyły mu się gotowe narkotyki. Choć nadal nie wyobrażał sobie siebie gdzieś poza Trytonią.
        - Choć najbardziej racjonalne wydaje się wypożyczenie powozu - zaproponował cicho, niepewny, czy w ogóle może zaproponować coś ponad to, co zostało przedstawione przez Czarną.
        - My mamy? - zapytał z lekkim opóźnieniem, patrząc na nią nieco szerzej otworzonymi oczami, jakby był zaskoczony, nadal jednak spojrzenie miał raczej martwe. - Przed chwilą... - zaczął jednolitym, spokojnym, ale neutralnym tonem. - Przed chwilą powiedziałaś, że nie stać mnie na kaucję - wytknął jej brak sensu w jej wypowiedzi, biorąc pod uwagę to co mówiła wcześniej. Czy może to mu się coś znowu pomieszało i to on był w błędzie?
        Obserwował ją uważnie, gdy odepchnęła się od parapetu i zaczęła iść w jego stronę. Nie to żeby się przed nią cofnął w obawie, że mogłaby mu coś zrobić, ale odsunął się nieznacznie na bok, by nie stać jej na drodze. Po co miałaby go omijać, skoro to on jej blokował drogę.
        Jej słów nie skomentował, po prostu patrzył jeszcze chwilę za nią, aż nie zniknęła w łazience. Znaczny moment stał w w tym samym miejscu jak jakiś ciołek i wpatrywał się w lekko uchylone drzwi, od których nie tak dawno odskoczył z niepokojem. Teraz rozumiał o co jej chodziło, gdy zasugerowała, że chłopak jest w błędzie, bo tymi drzwiami nigdzie nie ucieknie. W sumie jak właśnie udowodniła, one nawet na klucz nie były zamknięte. Jego myśli były tym w pełni pochłonięte, nawet gdy podszedł do tych drzwi, jakby kontemplując nad każdym zwojem widocznym na ich drewnianej powierzchni. Na nagą pokusę, widzianą gdzieś tam kątem oka nawet nie zwrócił uwagi, a już szczególnie bardziej był pogrążony we własnym świecie, gdy tamta się całkowicie rozebrała i weszła do wanny.
        Chwilę mu zajęło zostawienie drzwi w spokoju, lecz zaraz po tym podszedł do okna i przez nie wyjrzał, jakby sprawdzał, czy butelka rzeczywiście przez nie wyleciała, spadła i potłukła się na czyjejś czaszce. Szkło i skromne plamy krwi były, więc chyba kobieta naprawdę kogoś trafiła. Wychylił się jeszcze bardziej, jakby chciał się czemuś dokładniej przyjrzeć, omal nie wypadł, lecz zobaczył coś czego nie zamierzał dostrzec. Tym czymś był, a jakże, przechadzający się ulicą dwie przecznice dalej Galera. Bardziej jednak Vasko był przerażony widokiem Bazgrolaka, który niczym wierny pies szedł przy nodze trytona. Przystanęli i odwrócili głowę w stronę wyglądającego z okna chłopaka. O ile tryton mógł go nie zobaczyć, o tyle machająca do niego odgryziona ręka zwisająca z paszczy kredowego potwora nie zostawiała wątpliwości. Koszmar go znalazł.
        To właśnie przez to chłopak odepchnął się od parapetu, na tyle gwałtowanie, że stracił równowagę i z hukiem upadł na swoje zaćpane cztery litery.
        Oddychał ciężko przez moment, walcząc z przerażeniem i mdłościami jakie go w tej chwili napadły. Skulił się i już prawie zaczął rwać sobie włosy z głowy, gdy usłyszał dochodzące z łazienki pytanie. Długi był czas oczekiwania na odpowiedź, ale nie był on stracony, ponieważ Vasko starał się pozbierać myśli i odgonić od siebie wszelkie obawy. Byczogłowa potrzebowała go żywego, więc ani Bazgrolak, ani Galera nie będą w stanie go dopaść. To chyba...dobrze... Prawda?
        Uspokoił się, odetchnął głęboko i pozbierał się z ziemi, by przenieść się z powrotem w pobliże łazienki. Osunął się po ścianie i przysiadł na podłodze w odległości ledwo palca od futryny i postanowił się w pełni skupić na obecności piekielnej i odgłosach przelewającej się w wannie wody.
        - Burta to małpa Kapitan - odpowiedział ochryple, starając się przypomnieć jak jeszcze inni z Mant określali człekokształtną towarzyszkę jego byłej szefowej. - Kapucynka... chyba. Taka o - mruknął i wychylił się nieco zza futrynę, szerzej przy tym otwierając drzwi od łazienki.
        Nawet przypadkowo nie zerkając na kąpiącą się pokusę, wskazał palcem kąt pomieszczenia, z którego cienia zaraz z dzikim skrzekiem wyskoczyła kapucynka w małym, idealnie na sobie dopasowanym wdzianku i wszystko byłoby okej, gdyby jej głowa nie wyglądała jak głowa jakiejś staruchy o niezbyt przyjemnej aparycji.
        Oczywiście, chcąc Czarnej dokładnie pokazać jak wyglądała Burta, przez przypadek stworzył tę, której się najbardziej bał - te z twarzą Bargi, właścicielki sierocińca, w którym dorastał. Widząc jednak, że iluzja potwornej kapucynki, przymierza się na niego, migiem schował się z powrotem za ścianą i z trzaśnięciem zamknął drzwi. Skupił się po tym, by stać się niewidzialnym dzięki iluzji, nie wiedział jednak, że kiedy przestał myśleć o prześladującej go małpie i zajmie umysł czym innym, tamta dobijająca się do drzwi po prostu zniknie.
        - Mam ubranie - odparł ni z gruchy ni z pietruchy, gdy przypomniało mu się, co kobieta mu mówiła, przed tym jak pokazał jej Burtę. - Nie mam ziół. Alg Kranghcha. Jaj Charybdisa... To będzie problem - odpowiedział jej, choć może trochę chaotycznie by była w stanie choć w połowie zrozumieć o co mu chodzi. W końcu tu mówili o ubraniach, a on zaraz o jakiś jajach i że bez nich będzie problem.

Awatar użytkownika
Astarte
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Astarte »

        Pokusa spoglądała na niechcianego podopiecznego z coraz większym znużeniem. Ani to rozrywkowe ani ładne, żeby się pobawić. Na dodatek gada od rzeczy. Komentarze generalnie puszczała mimo uszu, ale słysząc, że chudzielec woli jechać już przerzucony przez siodło, spojrzała na niego z niechętnym niedowierzaniem. Co jest z nim kurwa nie tak? Zaraz jednak pobił samego siebie.
        - Powóz? – prychnęła wykrzywiając usta w złośliwym uśmiechu. – Może od razu z woźnicą? Albo w ogóle zamknięty i sześciokonny? Gdzie ten twój dobytek, który chcesz nań wrzucić? – kpiła nieustannie, coraz mniej już rozbawiona, a bardziej zirytowana.
        - Ty nie masz. Ja mam, do wydania na nas, jak będzie mi się chciało – sprecyzowała, zmęczona tłumaczeniem wszystkiego jak krowie na rowie. Ruszyła do łazienki, chcąc odpocząć od mdłego towarzystwa.
        Wyciągnęła się w balii, układając wygodnie mimo sporego ogona wywieszonego przez rant wanny. Niemal od razu też podniosła rękę, mrucząc coś pod nosem, a po chwili zaciskała już palce na szyjce butelki whisky. Owszem, byli tacy, którzy magię uważali za coś wzniosłego, pięknego, za dar, którym trzeba operować z szacunkiem. Czarnej było wszystko jedno. Nie zastanawiała się długo przed rzuceniem rozkazu, magię zła stosując niemal zawsze, gdy nie chciało jej się brudzić rąk, a arkan przestrzeni wykorzystując zarówno do teleportacji siebie na drugi koniec łuski, jak i przywołaniem butelki z baru poniżej, jak teraz. Wymagało to mniej uwagi niż samo rozważanie, jak zabrać się do zamawiania.
        Drzwi od łazienki zostawiła uchylone rozmyślnie o tyle, by móc mieć oko na Vasko i móc z nim swobodnie rozmawiać. Przez chwilę pławiła się w błogim relaksie, nim rumor upadającego ciała sprawił, że ciemne powieki uniosły się, ukazując złe spojrzenie złotych ślepi. Mogła się tylko domyślać, co się stało, jako że hałas wciąż dobiegał z pokoju, a nie z ulicy. Wcześniej nie spodziewała się po chłopaku ucieczki, więc i środki ostrożności traktowała po macoszemu. Teraz jednak nie wiedziała, czy Vasko poległ próbując uciec, czy po prostu jest większym debilem niż sądziła. Nie zawołała jednak kontrolnie, a zadała pytanie, na które odpowiedź powinna mniej więcej przedstawić stan jej podopiecznego. A przy okazji pomóc ustalić dalsze kroki. I tak odkładała wyjazd z miasta na wieczór, by przemknąć się przez bramę przed samym końcem warty strażników, gdy są już zmęczeni i tylko wypatrują swoich zmienników. Mimo to, warto było wiedzieć, czy będzie potrzebowała dodatkowych wysiłków, by ukryć osobę Vasko.
        Spodziewała się jednak innej odpowiedzi na swoje pytanie, rzucone właściwie z głupia franc. Pojawiający się więc w świetle drzwi od łazienki chłopak mógł dostrzec powątpiewającą minę Astarte, gdy pokusa odsunęła butelkę od ust.. Jedna z czarnych brwi uniosła się tak wysoko, że niemal sięgała rogu, a blade usta skrzywiły się nieładnie.
        - Małpa? – zapytała, ochrypłym głosem prezentując pełną skalę swojej pogardy. Powoli obróciła głowę, ciągnąc jeszcze podejrzliwym wzorkiem za Vasko, gdy ten wskazywał jej na coś w kącie łazienki. Dopiero po chwili skoczyła spojrzeniem w stronę skrzeczącej kapucynki.
        Pokusa zaklęła pod nosem, wstając gwałtownie i rozchlapując wodę na boki ogonem, który wpadł gwałtownie do balii. Gdy iluzja zwierzęcia rozwiała się niedługo po tym, jak spanikowany Vasko ukrył się za framugą, Czarna zgrzytnęła zębami aż szczęka jej pyknęła.
        - Małpa, kurwa – warknęła pod nosem, zaciskając palce na butelce, gdy opanowała pierwszy odruch rzucenia szkłem w zidiociałego bruneta. Szkoda trunku.
        Była nie w sosie jeszcze podczas ubierania się w nowe, przywołane z bagażu odzienie, a gdy wyszła z łazienki, złe spojrzenie zatrzymało się różnobarwnych tęczówkach. Znów oparła się pokusie sięgnięcia do zbolałego umysłu, mrużąc oczy z niezadowoleniem.
        - Śmierdzi – powiedziała tylko, komentując to niby ubranie, które chłopak posiadał. – Ty śmierdzisz. Wykąp się, coś ci się znajdzie – mruknęła już mniej osobowo, ale nie zdążyła odejść, gdy Vasko zaczął mówić o jajach…
        Czarna przeleciała myślą swoją zakurzoną wiedzę o ziołach, ale alg nie kojarzyła, a te jaja…
        - To te twoje wspomagacze, tak? – mruknęła, strzelając. – Słyszałam, że jesteś ćpunem, ale nie wiedziałam, że masz takie preferencje – dodała, kierując się w stronę drzwi od pokoju. - Coś się wymyśli – dodała na odchodne.
        Odczekała aż usłyszy plusk wody, wywołany zanurzającym się ciałem, i dopiero wtedy otworzyła drzwi, stając w progu. Korytarz był wąski, a zamiast przeciwległej ściany była balustrada, zza której można było dostrzec karczmę poniżej antresoli. Gwar uderzył momentalnie, razem z zapachem piwa, potu i tytoniu. Czarna przesunęła spojrzeniem półprzymkniętych oczu po sali, szukając odpowiedniego celu, gdy w końcu dostrzegła idealną osobę do zadania, które miała zamiar jej powierzyć.

        Miała na imię Kannia i była jego pierwszą miłością. Nie błahym zauroczeniem, nie obiektem pożądania, ale najprawdziwszą miłością, zrodzoną od pierwszego wejrzenia i rozwijającą się z dnia na dzień, z roku na rok. Vesyr nigdy nie był nieśmiały wobec kobiet, ale Kannia sprawiała, że zapominał języka w gębie i wspólnej mowy. Ślina zatykała mu gardło, język wysychał na wiór, a oczy dostrzegały najmniejszą zmianę na pięknej twarzy Kanni, gdy z cierpliwością i tylko niewielkim rozbawieniem, czekała aż się wysłowi. Zrobiłby dla niej wszystko. Ale były rzeczy, których nie umiał pokonać.
        I teraz, rok po jej śmierci, widział tę samą piękną twarz, te same rude pukle, tak miękkie, że chciało się zanurzyć w nich twarz. Były różnice. To nie była ona, wiedział to, ale odkąd dostrzegł jej niepewne spojrzenie, lekko lękliwe, szukające pomocy, nie mógł oderwać od niej wzroku. A gdy ona go dostrzegła, mógłby przysiąc, że coś ich połączyło i nie chciało puścić. Powoli skierował się do schodów, wspinając na nie z trudem. Trochę dzisiaj wypił, a gdy jeszcze człowiek uporczywie wpatruje się w najpiękniejszą kobietę swojego serca, zamiast patrzeć pod nogi, upadek jest nieunikniony. Chociaż gdyby wiedział, że to go do niej zbliży, upadłby i tysiące razy.
        - Nic ci nie jest? – zapytała nieznajoma, dobiegając do niego i pomagając wstać. Oczy miała tak samo zielone. Ten sam odcień świeżej trawy, te same ciemniejsze obramowania, tak samo jasne rzęsy, niemal niewidoczne, ale z bliska przypominające puch. Znów zapomniał języka w gębie, o czym zorientował się, dostrzegając postępujące na bladej twarzy dziewczyny rumieńce.
        - N-nie. Potknąłem się – mruknął, wstając z trudem, wsparty jedną ręką na ścianie, podczas gdy za drugą wspierała go rudowłosa dziewczyna. Nie umknęło postrzelonemu sercu, że nie puściła jego dłoni nawet gdy stał już o własnych siłach. A przynajmniej nie od razu. Dopiero po chwili, gdy się zorientowała. Speszona spuściła wzrok i uśmiechnęła lekko, odgarniając włosy za uchem. Kannia miała kolczyki, a te płatki były idealnie gładkie.
        - Mam na imię Vesyr.
        - Shania. Miło cię poznać.
        Och, będzie mylił te imiona. Jeśli tylko dane mu będzie mieć do tego okazję.
        - Shannia. Ładne imię – powiedział powoli, a dziewczyna znów spuściła skromnie oczy. – Przyszedłem… ekhem… przyszedłem, bo wydawało mi się, że masz jakiś problem. To znaczy kłopoty. To znaczy…
        - Mam problem – przerwała mu szybko, lekko wyciągając przed siebie dłonie, jakby chciała ująć go za rękę, ale się opamiętała. Ach, czemu się opamiętała.
        - Mogę jakoś pomóc?
        - Mój brat… on… wpadł w kłopoty – powiedziała niepewnie, lękliwie rozglądając się dookoła i zaciskając dłonie tak, że aż bielały jej palce. Vesyr wsadził ręce do kieszeni, by go nie kusiło. Przy okazji może będzie wyglądał poważniej. Przechylił lekko głowę, odnajdując spojrzenie jasnozielonych oczu i niepewnym (rozanielonym) uśmiechem, nakłonił dziewczynę, by mówiła dalej.
        - On jest chory – powiedziała cicho, podchodząc bliżej. Czuł od niej zapach różanego mydła. – Na głowę – dodała zlękniona, a piękne oczy zrobiły się wielkie ze strachu. – Nikt nie chce pomóc, bo myślą, że się zarażą. A my musimy wyjechać z miasta. A on… on trafił do więzienia, cudem go puścili, ale jest taki… och, on… nie mogę sobie sama poradzić. Zabrali mu pieniądze i ubranie. Ja mam pieniądze, ale nie mogę stąd wyjść, bo boję się, że sobie coś zrobi. A tak strasznie się o niego martwię!
        - Może ja pójdę? Zobaczę jak wygląda twój brat i przyniosę ci, co potrzebujesz?
        - Och! Mógłbyś? Naprawdę?
        - Pewnie, żaden problem.
        - Ale on się teraz kąpie! Ale jest… jest dokładnie takiej budowy jak ty, też taki atletyczny – powiedziała szybko, przebiegając wzrokiem postać Vesyra i nagle jakby zdała sobie sprawę z tego co powiedziała. I jej oczy zrobiły się wielkie. I jej policzek pokrył się rumieńcem. Nawet głos miała taki sam.
        - W takim razie będzie tylko łatwiej – dodał mężczyzna żwawo, prostując z dumą swoją kompletnie nieatletyczną, wychudzoną sylwetkę i uśmiechając się pocieszająco do Shanni. – Potrzebujesz czegoś jeszcze?

        Pokusa podyktowała chłopaczkowi listę sprawunków, potrzepotała rzęsami i odprowadziła go wzrokiem, póki nie zniknął z karczmy. Dopiero wtedy zmyła uśmiech z ust i wróciła do pokoju, marudząc pod nosem. Że też oni zawsze upatrują sobie takie mdłe sarny. Jakby raz nie mogła przemienić się w jakąś fajną, zadziorną babkę. Następnym razem lepiej poszuka, teraz zwyczajnie jej się nie chciało.
        Jako rudowłosa, stanęła w wejściu do łazienki, spoglądając zielonymi oczami na Vasko.
        - Teraz wyglądam tak, przyzwyczaj się i nie panikuj – mruknęła tylko, zupełnie nie pasującym do słów, ale przyjemnym dla ucha głosem, po czym zniknęła za drzwiami i rzuciła się na jedno z dwóch łóżek. Chwila chłopaczkowi zejdzie, zanim wróci ze wszystkim, co miał załatwić, więc w tym czasie się zdrzemnie.

Awatar użytkownika
Vasko
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Zerknął na nią kątem oka, gdy z nieukrywaną kpiną wyraziła swoje zdanie na temat jego poronionego pomysłu z powozem. Chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Z resztą mógł się tego spodziewać. Odpowiedź rogatej w tej kwestii ani trochę go nie ubodła, w sumie nawet jeśli to i tak był przyzwyczajony, więc jedynie wzruszył ramionami.
        - Skoro wolisz jechać ze mną na jednym koniu - odparł z obojętnością.
        Po tym przemilczał sprawę ich pieniędzy i pogrążył się w swoim świecie. Nie zwracał przy tym zbytnio uwagi na to, że pokusa poszła się myć i nie zamknęła za sobą całkiem drzwi. Zamiast tego zaczął swoje kontemplacje na temat prawdziwości zbitej butelki i ogółem przestrzeni widzianej za oknem. Na rzeczywistość tej nakładały się wszak halucynacje, co zaraz spowodowało szybkie odstąpienie Cienia od okna. Czy zamierzał uciekać? Nawet mu to nie przyszło do głowy, a w obecnej sytuacji jedynie się w tym utwierdził, że ucieczka byłaby największą głupotą jaką popełniłby w życiu. I zapewne również ostatnią.
        Nie, nie chodziło o Rogatą, ta przecież potrzebowała go żywego, co najwyżej nieprzytomnego, ale nie całkiem martwego. Nie zabiłaby go przez to, że jej próbował uciec. Najpewniej bez problemu by go znalazła, ogłuszyła i za fraki doprowadziła do punktu docelowego. Gdziekolwiek ten był. Najgorszy więc obecnie był Bazgrolak doprowadzający naćpanego chłopaka do szaleństwa oraz Galera, który chyba za punkt honoru sobie postawił pozbycie się jeszcze nie tak dawnego współczłonka z Mant.
        Nie wymienił trytona jednak jako prawdopodobnego utrudnienia, zamiast tego wspominając o praktycznie nieszkodliwej, małej i słodkiej (acz niebywale wrednej, złośliwej i chciwej) małpce kapucynce, ponieważ wydawała się Cieniowi nieporównywalnie gorsza od zabójcy nr 1, za którego głowę obiecano nawet rękę obecnie rządzącej królowej Calear Da'hoe. Ale najbardziej niebezpieczna oczywiście jest wiecznie okradająca Vasko do ostatniego ruena kapucynka. I było w tym trochę racji, bo przed ludzkimi zmysłami można było z łatwością uciec, ale przed zwierzęcym węchem i intuicją... Cóż...
        - Nie kurwa, pirat - poprawił usłużnie pokusę i spojrzał na nią gdy już wyszła. Nie miała zbyt przyjemnego spojrzenia, jakby co najmniej chłopak zabił jej matkę. Albo ta miała zamiar pożreć mu duszę. Ta druga wydawała mu się najbardziej prawdopodobna, bo nie przypominał sobie by kogoś kiedykolwiek zabił. Wszak jeszcze sobie nie uświadomił tego, że to on spalił sierociniec i wszystkich co w nim byli wraz z jedyną dobrą osobą jaką w ogóle w swoim życiu spotkał. Oczywiście dobrą dla niego, bo było dużo takich co niby mieli złote serce, ale nie dla wytatuowanego chłopaka.
        - Sądzę, że to przez wcześniejsze siedzenie w celi i jeszcze wcześniejsze przemieszczanie się po kanałach - odparł nie odrywając od niej spojrzenia i w sumie jej nie przerywając. Zakładał, że chciała go obrazić, ale nie pierwszy raz ktoś się uskarżał na jego zapach, przyzwyczaił się już. Nie od razu zrozumiał, że było to tylko wytłumaczenie do posłania go do łazienki, z której przed chwilą wyszła Byczogłowa. Kiedy to do niego dotarło, przyjął po prostu do wiadomości, bo już pojął, że z diablicą nie warto się kłócić.
        - Nie jestem ćpunem - wychrypiał pod nosem o dziwo ostrym tonem, nawet w jego oczach się coś na moment zmieniło, straciły ten swój jałowy, martwy wyraz. - Co z nimi nie tak? - zapytał zaraz już swoim zwyczajnym, spokojnym, ale bez przekonania głosem.
        Po tym nie pozostało mu nic innego, niż usłuchanie polecenie piekielnej i pójście się wykąpać. Nie rozumiał jak coś tak prozaicznego może pozbyć się wszystkich problemów, przecież woda z mydlinami jedynie pozornie spłucze brud i przykryje na jakiś czas odór ciała. Jednakże skoro Rogatej na tym tak zależało...
        Niezbyt mu się spieszyło, ale rozebrał się zaraz po wejściu do łazienki, z przyzwyczajenia nie zawracając sobie głowy zamknięciem drzwi od niej. Niedługo po tym też wszedł do wody, nie zamierzał jednak siedzieć tam tak długo jak piekielna. W sumie ciekawe, że mieszkańcy Czeluści również dbali o własną higienę i to nawet z tego co zauważył, lepiej niż Vasko.
        Tak się nad tym zamyślił, że nie zwrócił uwagi na to, że Czarna zniknęła na znaczną ilość czasu, a on leżał w chłodnej już wodzie. Wyszedł z niej chwilę przed powrotem dziewczyny i wparowaniem do łazienki, gdzie wciągał na siebie swoje spodnie, choć obecnie były mokre, jakby próbował je uprać i ubrać bez czekania aż wyschną. Tatuaże pokrywające jego górną część ciała wraz z całymi rękami były aż nadto dobrze widoczne. Zwłaszcza te zawijasy na plecach, gdyż nimi był odwrócony do wmuszonej towarzyszki.
        Kiedy powróciła i nagle się odezwała, omal nie wpadł z do balii, czy tam wanny. Drugiego szoku miał doznać, gdy się do niej odwrócił i zobaczył jak obecnie wygląda, ale nie doszło do tego, bo pokusa zdążyła go uprzednio ostrzec.
        - To naprawdę ty Rogata? - zapytał dla pewności, bezpardonowo podchodząc do pokusy i się jej uważnie przyglądając doszukując się jakiś cech wspólnych z Rogatą jaką widział jeszcze chwilę temu. - Opętałaś kogoś? Można w ogóle robić coś takiego jak ma się umiejętność przenoszenia się w przestrzeni? - rzucił kolejnymi pytaniami wyraźnie ożywiony i zainteresowany tym fenomenem.

Awatar użytkownika
Astarte
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Astarte »

        Czarna uśmiechnęła się lekko kpiąco, jednak na jej nowej twarzy był to uroczy uśmiech. Czy on miał na sobie mokre spodnie? Przecież, na Księcia, mówiła mu, że coś mu załatwi. Trafił jej się oryginał jakich mało.
        - Przecież mówię, że to ja. Co cię tak dziwi? – prychnęła, teraz milutko rozbawiona, i odeszła do pokoju, rzucając się na łóżko. Rude pasma posypały się po poduszce.
        Przebierając się wcześniej do roli (i pewnie na podróż) zmieniła czarne spodnie na błękitne i bawełniane, opadające luźno do wysokich butów z klamrami, których Czarna sobie nie odpuściła. Razem z białą bluzką, ze ściągaczami pod biustem i przy rękawkach, nawet nie rzucały się wcale w oczy, wyglądając po prostu jakby dziewczyna szykowała się do podróży. Czarna kurtka wylądowała chwilowo w torbie.
        Astarte zamknęła oczy, pogrążając się w lekkim alkoholowym amoku i szykując się do krótkiego snu. Początkowo zignorowała pytania Vasko, uznając je za retoryczne, a upolowany w karczmie chłoptaś powinien pojawić się najwcześniej za godzinę. Nie mogła jednak powstrzymać się od analizowania w głowie tego, co usłyszała, i przekręciła głowę, spoglądając na swojego tymczasowego podopiecznego.
        - Moje przemiany nie mają nic wspólnego ze standardowymi arkanami magii. Jestem pokusą, taki mam dar. Wiesz, czym jest Pokusa, jako rasa? – zapytała nagle, jakby podejrzewając odpowiedź.
        Nie wiedział. Uśmiechnęła się lekko, z jednej strony skonsternowana, z drugiej jednak wciąż zaciekawiona. Nie dbała nawet o to, że w swoim pytaniu nazwała się „czymś”, nie „kimś”. Rasa to rasa, a to czym, czy kim jest… czy to ma znaczenie? Przecież i tak sama nie wiedziała, więc jak mogła czepiać się takich błahostek.
        - W piekle są cztery rasy. No, powiedzmy pięć, chociaż liczą się tak naprawdę trzy: diabły, pokusy i łowcy dusz – zaczęła opowiadać, przekręcając się na plecy i nie pilnując już chłopaka spojrzeniem, a wodząc wzrokiem bo słojach drewnianych belek pod sufitem.
        - Diabły są silne, ale durne. Robią burdel i w piekle, i w Alaranii, jak im się zachce tu zajrzeć. Jest kilka bystrzejszych, ale jako rasa są zwykłą ciemną masą – mruknęła pogardliwie. – Niestety trzeba się z nimi liczyć, bo jest ich od cholery, są diablo silni no i jakiś tam porządek w piekle utrzymują, dopóki nie zrobią rozróby o jakieś gówno.
        - Łowcy dusz to… takie piekielne anioły – powiedziała, przekręcając lekko głowę w poduszce. – Książę sam ich stworzył, by naganiały mu dusze do piekła. Inteligentne, sprytne i potężne, a to niebezpieczna mieszanka. Zajmują się głównie sobą, mają coś z ego – machnęła niedbale ręką w powietrzu.
        - No i pokusy – powiedziała, spoglądając na Vasko. Zawahała się na moment, ale gdy kontynuowała, głos miała równie spokojny, jak wcześniej. – Pokusy to dusze grzesznych kobiet. Jesteś dobrą niunią, idziesz do nieba, a jak się puszczasz na prawo i lewo to do piekła. Względnie proste.
        - Są jeszcze upadłe anioły i potępieńcy – westchnęła, powoli kończąc opowieść. – Te pierwsze, jak sama nazwa wskazuje, to ci geniusze, którzy wpadli na to, że tam u góry wcale nie jest tak idealnie. Nigdzie nie jest. Z tym, że Tam karą za dezercję jest unicestwienie. Ci u nas, to ta garstka, całkiem spora już, którym udało się umknąć i musieli się u nas schować. Normalnie azyl, jak ja pierdolę – zaśmiała się cicho.
        - Potępieńcy to durne twory. Też dusze grzeszników, ale jakieś uszkodzone. W każdym razie bezmyślne i niewarte wspominek. W piekle to ciemna masa, dopiero w Alaranii czują się potężni i sieją zamęt – zakończyła i spojrzała na Vasko.
        - Pokusy mogą zmieniać swój wygląd, jak im się żywnie podoba, ja również. Muszę jednak trzymać się ludzkiej rasy i żeńskiej płci. Mimo wszystko, to prawie żadne ograniczenie, wystarczy być kreatywnym. Zazwyczaj tak zdobywam to, co chcę.
        Nie powiedziała o skrzydłach. Nie chciała mówić, że nie ma swoich i jak do tego doszło. Nie musiała, ale wymówek też nie chciało jej się czynić. Tą krótką opowieścią sama ukoiła się trochę, zagrzebując w miękkiej pościeli. Kimnie się później z godzinkę i będą mogli ruszać. Póki co, spojrzała jeszcze na Vasko.
        - Jakieś pytania?

Awatar użytkownika
Vasko
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Vasko »

        Co go dziwiło? Jeszcze przed chwilą rozmawiał z rogatą Rogatą z długim ogonem, o ciemnych, krótkich włosach, a kobieta spoglądająca obecnie na niego, z Czarną jedyne co miała wspólnego to to, że obie były płci żeńskiej. Gdyby to była kwestia tylko zmiany wyglądu... ale i głos, jego tonacja oraz mimika... Chociaż w sumie... Czy rzeczywiście miał się czemu dziwić? Przecież ledwo godzina minęła od ich spotkania w trytońskim areszcie, nie znał jej praktycznie w ogóle. Więc chyba nie powinien, acz nadal miał wątpliwości czy na pewno.
        Cofnął się i raz jeszcze przyjrzał jej się uważnie. Ani trochę nie wyglądała ani nie mówiła jak Rogata. Już bliżej jej było do świętej pamięci Rudej, która miała powody nękać go zza grobu, ale nawet jak na nią ta dziewczyna przed nim miała zbyt sympatyczny wyraz twarzy i ani trochę nie wyuzdane ubranie.
        Powrócił jeszcze na moment do łaźni, by założyć na siebie, równie mokry co spodnie, płaszcz bez rękawów. Czy może sięgającą kolan kamizelkę? Mniejsza o to. Niby przez włożenie na siebie mokrych ubrań było mu zimno i... mokro - kto by się spodziewał? - ale przecież nie mógł siedzieć goły przed nieznajomą. Nie to żeby się wstydził, nie miał czego, bo był facetem z tego co zdążył się zorientować, a Czarna nagich facetów w ciągu połowy tygodnia widziała chyba więcej niż Vasko miał lat, i to przez wszystkie swoje rogate lata. Nie. Wychodził z założenia, że bez ubrań będzie mu zimniej niż w, no a do tego było to zapewne bardzo niewygodne. Poza tym żeby to pierwszy raz zakładał to co miał przed kąpielą na sobie, tyle że "uprane". O ile zamoczenie odzienia w brudnej wodzie po kąpieli i wyciśnięcie ile tylko sił w cherlawym, wytatuowanym ciele, można nazwać "wypraniem" czegokolwiek.
        Kiedy wyszedł po chwili, ruda Rogata (albo rogata Ruda - jeszcze nie doszedł do tego czy to naprawdę Czarna) leżała na łóżku. Nie spała jednak, bo zaraz na niego spojrzała. Powoli tracił nadzieję, że uzyska odpowiedź, więc po prostu rozejrzał się po pokoju za znalezieniem dla siebie idealnego miejsca. Przez fakt, że jego ubrania były mokre, stwierdził, że najlepiej będzie usiąść koło niewielkiego piecyka. Nie zdążył jednak się wygodnie usadowić, gdy rudowłosa postanowiła odpowiedzieć. Z ledwo widocznym błyskiem zainteresowania słuchał jej raczej skromnej, acz konkretnej odpowiedzi. Miał już podsumować bezmyślnym "aha", lecz skończyło się na tym, że przechylił lekko na bok głowę patrząc na nią pytająco.
        Pokusa? Rasa? Wiedział, że pokusą mogła być na przykład zniżka na jakiś rzadki składnik alchemiczny albo nowy limitowany towar na rynku, na którego nie miało się pieniędzy, a bardzo chciało się go mieć. Nigdy by nie pomyślał, że "pokusa" może być rasą.
        Odwrócił się do leżącej kobiety i patrzył na nią zaciekawiony, gdy ta zaczęła opowiadać mu o...piekle i jego mieszkańcach. Słuchał jej z uwagą i jednocześnie zastanawiał się nad poszczególnymi rasami. Nad sensem ich istnienia, umiejętnościami. Jednocześnie sobie kodował w głowie po kolei: Diabły - tępe osiłki, liczna część mieszkańców piekła, trzymają porządek, choć same potrafią go zaburzyć; Łowcy dusz - bezwzględni słudzy władcy Piekła, jeszcze niebezpieczniejsze niż diabły (bo inteligentne), egoistyczne albo egocentryczne (nie do końca zrozumiał o co dokładnie chodziło Rogatej z tym "ego"). Pokusy... zmarłe śmiertelniczki, które zmieniły się w Pokusy. Reszta mało znacząca, skoro Czarna niespecjalnie rozwinęła się na ich temat w swojej wypowiedzi.
        - Tak! - odpowiedział żywo na jej pytanie odnośnie pytań, lecz zaraz stracił na pewności siebie i jednak zajął miejsce przy piecyku. Usiadł na podłodze, zerkając na nią ukradkiem. Kto wie czego jeszcze mógł się od niej ciekawego dowiedzieć, przez cały czas ich...misji?
        - Znaczy... mam dwa. Z tego co mówiłaś rozumiem, że byłaś śmiertelniczką i to niezbyt chwalebnej moralności. Czyli... kurtyzana i po śmierci zostaje nadal kurtyzaną tylko Piekielną? - zapytał, starając sobie wyobrazić piekielny zamtuz, ale biorąc pod uwagę to z jaką pogardą Czarna wypowiadała się o innych mieszkańcach Piekięł... wątpił by to rzeczywiście wyglądało tak samo jak w przypadku śmiertelnych prostytutek. Te przecież za pieniądze dotrzymywały towarzystwa każdemu. Po wypowiedzi Rogatej odniósł wrażenie, że po ich śmierci i przemianie w Pokusę to już tak nie wygląda. A więc jak? Czy może istniały tylko dla uciechy władcy Piekieł? Jeśli tak to... - Jeśli jesteś kurtyzaną z Piekła dlaczego zostałaś wynajęta by mnie zabrać nie wiadomo jak daleko? - wydusił z siebie, choć w sumie bardziej go interesowała kwestia jej umiejętności "wrodzonych". Dał jej jednak chwilę na odpowiedź nim wyszedł z ostatnim swoim pytaniem na tę chwilę.
        - Mówiłaś, że Pokusy mogą zmieniać dowolnie swoje kształty, ale ty możesz się wyłącznie ograniczać do ludzi i to kobiet. Rozumiem, że inne mogą zmienić się w Mizu albo takiego pegaza jeśli tylko zechcą, ale ty tego nie możesz. Jest jakiś powód tego, czy ta umiejętność jest indywidualna dla każdej Pokusy? Z indywidualnymi możliwościami i ograniczeniami. Można to jakoś wybrać albo zmienić po pewnym czasie, choćby przez zdobycie większej ilości energii?
        Spojrzał na nią bardziej otwarcie, nie siedząc już skulonym pod ścianą przy piecyku, a oparty prosto o ścianę i z wyciągniętymi przed siebie na podłodze nogami. Widać po nim było, że jest bardziej ożywiony i przytomny niż na początku.

Awatar użytkownika
Astarte
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Astarte »

        Jego entuzjazm ją nieco zaskoczył, chociaż nawet pozytywnie. Zerkała na niego kątem oka, rozbawiona patrząc, jak mości się przy piecyku w mokrej wciąż odzieży. Mógł wleźć pod pościel, byłoby mu cieplej, ale przecież nie będzie prowadziła go za rączkę. Poza tym, gdy nagle żywo zainteresował się tym, co miała do powiedzenia, wyglądał nagle jak małe dziecko. Nie by Czarna miała słabość do bachorów, jeszcze tego by brakowało. Ale dorośli zachowujący się jak małe dzieci byli na swój sposób zabawni. I jednocześnie tacy bezbronni.
        Wysłuchała pierwszego pytania, uśmiechając się gorzko pod nosem. „Niezbyt chwalebna moralność”, cóż za eufemizm. A jednak też niedokładny, chociaż nie chciała się wdawać w szczegóły ani z chłopakiem ani sama z sobą. Nie pamiętała swojego poprzedniego życia. Tylko okazjonalnie zdarzały jej się przebłyski czegoś, czego w tym żywocie z pewnością nie doświadczyła; musiały być więc to wspomnienia tej ludzkiej dziewczyny.
        - Nie do końca – odparła w końcu, zastanawiając się jak to wyjaśnić. – W zamtuzach kobiety oddają się czasem z własnej woli, czasem wbrew, ale nie dla siebie, a dla zarobku alfonsa. Pokusa nie służy nikomu poza Księciem i sobą. Nie ma piekielnego zamtuzu, są tylko piekielne dziwki, a i tak zazwyczaj włóczą się po Łusce – wyjaśniła, chociaż domyślała się, że to i tak nie będzie wystarczające.
        Kolejne pytanie chłopaka było nawet bystre i Czarna podniosła się lekko, opierając na przedramieniu. Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, bo to, że Vasko zabłysnął na moment, nie znaczyło zaraz, że zasługuje na pełną historię jej życia.
        - Powiedzmy, że dorabiam sobie na boku – rzekła w końcu, myśląc nad swoimi pobudkami. Dlaczego właściwie się zgodziła? Pieniędzy nigdy jej nie brakło, a zarabiania ich nawet nie można było nazwać pracą. Astarte robiła tylko to, co chciała, co ją bawiło. A to, że przy okazji jej za to płacono… cóż, przecież nie będzie odmawiać. Pokusy z natury nie odmawiają. Ale czemu właściwie zgodziła się przytargać magowi młodzika? Pf, kaprys chwili i teraz odbija jej się czkawką.
        - Hm?
        Czarna spojrzała na bruneta, gdy ten wysypał się z kolejną ilością pytań, które powstały z jakiegoś nieporozumienia. Zmrużyła lekko oczy, próbując wbić się między ten potok słów, ale ostatecznie tylko westchnęła i dała mu skończyć.
        - Pokusy mogą zmieniać dowolnie kształt, ale jako kobiety – wyjaśniła. – Ja również. Cecha rasy. Mogę zmienić kształt ciała, kolor włosów, oczu, twarz, wszystko, ale na Czeluści, żadna pokusa nie zamieni się w małpę – prychnęła, rozdarta między rozbawieniem a załamaniem nerwowym. – Ograniczamy się do ludzi, ewentualnie elfek.
        Wpatrzone w nią szeroko otwarte oczy chłopaka tylko drażniły. Była przyzwyczajona do tego, że nawet nie musi się wysilać, by zajrzeć komuś do głowy. Męskie żądze i pragnienia zazwyczaj lały się same, otwierając przed nią słabe umysły. Ale u tego tutaj nie było tego znajomego popędu, a ona wciąż miała opory przed wchodzeniem w szalony umysł. Kilka razy jej się zdarzyło i ani razu nie było to dobre doświadczenie. Raz mogło się wręcz skończyć bardzo źle, ale w porę się ulotniła. A na błędach zwykła się uczyć, więc póki co, trzymała się z dala, nawet jeśli teraz chłopak wyglądał na względnie przytomnego.
        - Koniec pytań na dziś – mruknęła i opadła znów na poduszkę, zamykając oczy. Pokój zakluczony, więc cichaczem się Vasko nie wymknie, a w razie czego ona się obudzi. To i tak nie jest uczciwy sen, ale chociaż przymknie oko nim wróci ten młodziak z dołu.

        Letarg, w który zapadła, i tak nie przypominał do końca snu. Relaksowała się z zamkniętymi oczyma, pozwalając by krążący w jej żyłach alkohol rozluźnił mięśnie. Była więc świadoma tego, co dzieje się wokół i gdy po około godzinie rozległo się pukanie, od razu otworzyła oczy, podnosząc się spokojnie i ruszając do drzwi.
        Umyślnie stanęła w ten sposób, by uchylając skrzydło nie pokazywać zbyt wiele z pomieszczenia. Obecność Vasko była w razie czego wytłumaczona, ale i tak nie chciało jej się chłopca wpuszczać. Nie to by nie podobała jej się jego… energia, ale jak za łatwo przychodzi to też nie tak dobrze smakuje.
        - Mam wszystko, Shania – powiedział Vesyr, przeciągając z przyjemnością „jej” imię.
        Opierając się o framugę i podając jej tobołek sugerował chęć wejścia do środka, ale Czarna błyskawicznie wpełzła mu do głowy, wymazując wszystkie wspomnienia o sobie i ich spotkaniu. To dlatego wybrała tak słaby umysł. Gdy zamknęła drzwi, chłopak po drugiej stronie nie miał już zielonego pojęcia, co tutaj robi, ale zaraz chętnie wrócił do picia.
        Pokusa odwróciła się i rzuciła w Vasko tobołkiem ubrań.
        - Przebierz się i jedziemy – mruknęła.

        Ale łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Wcześniejsze pytania i bełkot chłopaka związane z podróżą okazały się mieć jakąś logiczną podstawę. On po prostu nie umiał jeździć konno, o czym pokusa dowiedziała się dopiero, jak już cudem wycyganiła dwa konie za garść miłych wspomnień (i tylko ich, nie chciało jej się znowu przebierać).
        - Kurwa mać – podsumowała temat i przymknęła na moment oczy, nim znów odwróciła się do chłopaka. – Nie będę z tobą jechać w jednym siodle, bo już w ogóle mnie szlag trafi. Wsiadaj i staraj się nie spaść – warknęła, pomagając chłopakowi dosiąść łagodnej kobyłki, która cierpliwie znosiła gramolenie się Vasko na jej grzbiet.
        Czarna w tym czasie ukradła jeszcze z przykarczemnej stajni linę i za uwiąz przywiązała jabłkowitą kobyłę, na której siedział chłopak, to tylnego łęku swojego siodła. Uspokojenie zwierząt zlęknionych jej piekielnego pochodzenia wymagało więcej wysiłku niż opanowanie kilku męskich umysłów i gdy w końcu opuścili miasto, Astarte była znów zmęczona, na oślep szukając w torbie butelki.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Wybrzeże Cienia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość