Góry DruidówListy pisane piórem i atramentem.

Góry w których zdarzyć się możne wszystko. Tunele wydrążone, przez tajemnicze istoty setki lat temu pozostały tutaj do dziś. Góry można pokonać przechodząc nad nimi lub pokonując ich pełne niebezpieczeństw korytarze. Na ich szczycie swoje mieszkania mają starzy druidzi, pustelnicy. W górach można znaleźć wiele ziół, niespotykanych nigdzie indziej.
Awatar użytkownika
Kavika
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 102
Rejestracja: 4 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img][img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Kavika »

        Na twarzy Kaviki położyło się słońce. Gdyby ktoś ją teraz obserwował to z pewnością dostrzegłby jak bardzo ta noc, wbrew wszystkiemu, jej przysłużyła. Skóra uzdrowicielki nabrała nieco koloru i blasku, cienie pod oczami zamaskował sen, a rozproszone loki prężnie wiły się na poduszce.
        Uczona mruknęła coś pod nosem i wolno się rozbudzając przymrużyła oczy dręczone promieniami słońca. Pomyślała, że za oknem musi być bardzo ładna pogoda. Pomarańczowo-złote liście zawsze wprawiały ją w dobry nastrój. Ciepłe barwy starały się odwrócić uwagę od coraz zimniejszych nocy, a zgromadzone na uboczu drogi liście aż prosiły się o ponowne rozrzucenie. Był poranek...
        Kavika szeroko otworzyła oczy i unosząc się na rękach krzyknęła:
        - ZASPAŁAM!!!
        Dziewczyna od razy zerwała się z łóżka i zdała sobie sprawę, że przecież usnęła zupełnie gdzie indziej. Była tak przygnieciona emocjami, że o czymś zapomniała? Wciąż miała na sobie wczorajsze ubrania, nie chciała już na nie patrzeć ani kojarzyć ze zdarzeniami jakie wczoraj naznaczyły ten parszywy dzień. Niemalże zerwała z siebie spódnicę, urwała jakiś guzik w pośpiechu starając się zdjąć koszulę, potknęła i prawie wywróciła, choć dużego pola manewru do wywrotki nie miała. To był skromny pokój, łóżko we wnęce, nad którym widniało okno, toaletka w drugim rogu i szafa pod ścianą kryjąca się za drzwiami. Z niej wygrzebała jakiś stanik - tym razem nie miała zamiaru kusić losu ewentualnym zmoknięciem na deszczu i pokazaniu całemu światu jak mały ma biust. Nie było się czym chwalić, ale jej wścibscy fani i tak byliby zadowoleni.
        Rozległo się pukanie, a Kavika w tym czasie zaciągała rajstopę na nogę.
        - Tak, wiem! Zaspałam! Już wychodzę!
        „I to jak zaspałam...”, pomyślała z rozpaczą. Pewnie większość gości już zjadła śniadanie, jak ona mogła do tego dopuścić?!
        - Hej, hej, hej. – Olivia wysunęła głowę za drzwi i uśmiechnęła się zawadiacko. - Czeka nas piękny dzień!
        - Wybacz – mruknęła z pokorą Kavika. - Naprawdę nie wiem jak to się stało, już idę ci pomóc... - tłumaczyła się, ale nie została wypuszczona z pokoju. Pracownica tknęła ją palcem w klatkę piersiową zmuszając uczoną by cofnęła się krok w tył. Blondynka spojrzała na nią nie bardzo rozumiejąc co to miało znaczyć, a zaraz potem do pokoju wkradła się Brigitt.
        - No chyba nie wyjdziesz w tym – skrytykowała ją nastolatka, co spotkało się z nieco gniewnym spojrzeniem Kavki, ale nim zdołała coś odpowiedzieć do rozmowy znowu wtrąciła się Olivia ze swoim charakterystycznym, nieco zachrypniętym, ale ciepłym głosem.
        - Spokojnie, już wszystko zrobione – zapewniła ją pracownica.
        - To jest tak późno?! - zlękła się Kavika.
        - Haha! Nie, nie! Petro został dłużej i pomógł nam wszystko przygotować na śniadanie, a Braun cię tutaj przeniósł, żebyś się wyspała. Dziewczyno, widziałaś siebie wczoraj w lustrze, te przekrwione oczy? Należał ci się ten wypoczynek!
        - To tylko...
        - Siedzenie po nocach od wielu miesięcy – wytknęła bez oporów Olivia. - Naprawdę, spokojnie, wszystko jest przygotowane.
        - Ale...
        - Towar przewieziony!
        - Zioła...
        - Posegregowałam i włożyłam do słoiczków!
        - Mięso...
        - Przyprawione, zaolejone, czeka na usmażenie!
        - Tylko...
        - Tylko przestań już ględzić! Braun kazał mi cię przypilnować, abyś się wyspała. Zresztą nie musiałam się wielce starać. Spałaś jak niedźwiedź w zimę, nic cię nie ruszyło, więc skoro my wykonaliśmy pracę zgodnie z twoimi wytycznymi, teraz ty musisz posłuchać nas...
        - Nie rozumiem... - skrzywiła się nieco Kavka, gdy nagle zarówno Olivia i Brigitt rzuciły się na nią z łaskotkami starając się doprowadzić uczoną do całkowitego nieładu. Uzdrowicielka uległa temu rozbawieniu i przytulasom, także podejmowała próbę zemsty na swoich oprawcach, ale raczej kiepsko jej to wychodziło. W końcu, gdy dziewczyny poczuły, że atmosfera zdecydowanie się rozluźniła, Olivia zabrała głos.
        - Jesteś bardzo wytrzymała, jednak nie jesteś sama. Tyle zrobiłaś dla tego festynu, czas żebyś ty zrobiła coś dla siebie – uśmiechnęła się promiennie barmanka.
        - Tak, podtrzymujemy dla ciebie ciepłą wodę i mamy kilka świetnych mydełek!
        - Zaniosę ci ręczniki!
        Olivia zerwała się na równe nogi i niemalże w podskokach wyszła z pokoju. Kavika nie mogła ukryć faktu, że zrobiło się jej lżej na sercu. Sama pewnie nie zdecydowałaby się oddać części swoich obowiązków komukolwiek, jej planownik był skrupulatnie rozpisany aż po marginesy w dużym notatniku. Znajdowały się tam nawet te najbardziej zbędne szczegóły planów, jednak i bez tego nie musiała się martwić. Braun i Andrew posiadali wieloletnie doświadczenie w organizacji corocznego festynu, pewnie jakąś część i tak zrobili według własnego widzimisię, lecz na to Kavika w tej chwili i tak nie miała już wpływu.
        - Przepraszam... - odezwała się Brigitt, która wtuliła się w objęcia uczonej. Kavika nie wiedziała ile czasu leżą na łóżku i jak długo głaszcze jasne, dziewczęce włosy. - Ja o tobie wcale tak nie myślę! Te głupie plotki... Powiedziałam tyle bzdur pod wpływem emocji...
        - W porządku – odparła nazbyt spokojnie Kavika.
        - Wiesz... - nastolatka podniosła się na rękach i spojrzała na uzdrowicielkę. - Dzisiaj musisz im wszystkim utrzeć nosa! Pokazać jaka z ciebie kocica i twarda babka!
        Kavika cicho zachichotała zakrywając z nieśmiałości delikatne rumieńce.
        - Ja nie żartuję! Co oni będą na ciebie gadać? Bądź ponad to, jak zawsze! Zaróżowimy ci policzki, pomalujemy usta i...
        - Nie zapędzaj się tak! Wystarczy kreska na oku...
        Brigitt spojrzała na Kavkę tak, jakby walka o makijaż jeszcze się nie zakończyła, ale z pomocą przyszło wezwanie Olivii, która zrobiła co w swojej mocy by uprzyjemnić ten dzień uczonej. Kavika czułaby się winna, gdyby w balii posiedziała zaledwie kilka minut. Skąd ta franca wytrzasnęła jeszcze jakieś kwiaty? Nieważne. W pomieszczeniu pachniało świeżymy ziołami, para unosiła się znad tafli, a sama woda chętnie obejmowała ciało kobiety. Skoro i tak już poranek miała stracony, to chociaż raz faktycznie mogła posłuchać troskliwych upomnień i w końcu się zrelaksować. Kavika rozłożyła ramiona na brzegach drewnianej wanny i odchyliła do tyłu głowę. W części domowej znajdowały się wyłącznie kobiety, Peter wrócił do własnego domu, a Andrew i Braun zapewne szaleli na polu bitewnym festynu, aby dociągnąć sprawy do końca. Uczona mogła więc chadzać po pomieszczeniach bez krępacji, w samym szlafroku, kłócić się z Birgitt co powinna ubrać i jaki makijaż wykonać. Nastolatka zapewne poszłaby na całość, ale uczona nie należała do kobiet wybitnie śmiałych. Już sam fakt, że zaróżowiła poliki burakiem wydawał się jej czymś ekstremalnym, w pierwszej chwili zresztą była skłonna zmyć kolor, jednak powstrzymała ją przed tym Brigitt przekonując, że w końcu nie wygląda jak zdechłe truchło, a piękna, zdrowa i silna kobieta! Potem sprzeczki dotyczyły upięcia. Kavika za nic w świecie nie chciała innej fryzury niż kok, więc wzdychająca nastolatka wpięła ozdobne, skromne spineczki, wypuściła kilka luźnych loków, a potem ku zadowoleniu uczonej, odpuściła. To i tak więcej niż ten byle jaki kok, który wykonywała na co dzień. Następnie Brigitt popadła w desperacje, była skłonna pożyczyć Kavice jakąś lepszą sukienkę, ale rozmiar był nie ten. Nastolatka, choć młodsza, była pełniejsza a uzdrowicielka chuda i wysoka. Młoda dziewczyna nie zgodziła się na jakiś marny kombinezon czy inny szmatławiec, a wymusiła na starszej towarzyszce nieco bardziej elegancki, choć nadal luźny strój. Kavika nie chciała by nogi zmarzły jej pod bordową spódnicą, więc ubrała czarne pończochy i do tego lekko błyszczące, zwyczajne trzewiki. Białą, wetkniętą koszulę oddzieliła czarnym paskiem. Rękawy lekko rozszerzały się ku dłoniom, choć ostatecznie i one były ciasno podszyte na nadgarstkach. Uzdrowicielka przyglądała się w lustrze swojej toaletki. Brakowało jeszcze jakiegoś elementu...
        Kavika otworzyła małą szufladkę i z niej wygrzebała ukryty, ładnie opakowany złoty naszyjnik z leżącym pół księżycem. Zapięła go na szyi i poczuła się pełna. Brigit z niecierpliwością czekała na uznanie swojej „klientki” i klasnęła w dłonie widząc jak Kavika uśmiecha się, była wyraźnie zadowolona z efektu jaki wspólnie osiągnęły. Tak, dzisiaj utrze wszystkim nosa.
        Ten dzień zapowiadał się o wiele lepiej niż wczorajszy. Dziś już trochę mniej stresowała się całym wydarzeniem - gdy maszyna ruszyła to już nie można było jej tak łatwo zatrzymać i wszystko toczyło się swoim torem i w swoim tempie. Kavika nie zdecydowała się jednak pójść na salę albo chociaż stanąć za barem. O nie, uciekała od takich zajęć kryjąc się daleko poza wzrokiem ciekawskich. Ogarnęła nieco kuchnię, po czym zdecydowała się wywiesić pranie, ponieważ i to nie narażało jej tak bardzo na obecność innych. Sznurki znajdowały się na tyłach karczmy, w części gospodarczej, za niewielkim płotem więc uzdrowicielka szybko tam przemknęła. Wywiesiła kilka sztuk poszewek, gdy do jej uszu dotarły niepokojące dźwięki. Rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie znalazła. Wróciła do czynności, lecz znów dało usłyszeć się kwilenie. Kavka postanowiła obejść sporą szopę, aż w końcu to w lesie odnalazła jakieś dwa odległe punkciki. „Żyła złota” znajdowała się na skraju niewielkiej wsi, ścianę lasu Kavika widziała z okna swojego pokoju, jednak wcześniej nikogo tam nie dostrzegła.
Kilka kroków dalej rozpoznała osoby znajdujące się w lesie. Były to dwie dziewczynki, córki państwa Cren. Jedna miała około dziesięciu lat, druga była zdecydowanie młodsza, czteroletnia.
        - Witajcie dziewczynki... - powiedziała przyjaźnie uzdrowicielka, choć widziała, że czterolatka płacze, a na widok uczonej wręcz rozryczała się wniebogłosy.
        - Anett, przestań tak płakać! - nakazała ta starsza widocznie nie radząc sobie z rozpaczą siostry.
        - Ja chce mojego kotka! - wrzasnęła Anett, po czym runęła na ziemię uderzając piąstkami w wilgotne liście.
        - Nie chce przestać płakać... - poskarżyła się starsza z sióstr, Loren. - A jak ją próbowałam do domu sprowadzić to mnie podrapała...
        - MOJEGO KOTKA!
        Kavika aż zacisnęła zęby, ogłuszona tym wrzaskiem. Uśmiechnęła się na tyle pogodnie, na ile potrafiła i pochyliła ku Anett. Uczona słyszała o zaginionym kocie, który nie wrócił do domu po burzy jaka miała miejsce kilka dni temu. Do czterolatki nie przemawiał argument, że koty tak po prostu mają i Kavika była skłonna uwierzyć jednak tej drugiej wersji, bo kociak był jeszcze młody. Mógł faktycznie utknąć w jakimś miejscu.
        - Pomyślałam, że może przyszedł do was, w końcu dokarmiacie koty, ale go nigdzie nie było. Potem Anett stwierdziła, że pójdzie do starego domu pana Kerdra, tylko mama nie pozwala! Bo budynek stary, zawalić się może... a kto wie, może i nawiedzony? Może z zaświatów go pilnuje pan Kerdr? Więc chciałam ją powstrzymać, a ona zaczęła ryczeć! Porwała sukienkę i rajstopy, mama mnie zatłucze!
        - Spokojnie... - powiedziała Kavika.
        - KOOOOOTKAAAAAAAAAAAA!!!
        - Anett, a jak pójdziemy tam razem i sprawdzę czy kotek jest w starej chacie to przestaniesz płakać?
        - Może... - burknęła po dłuższej chwili zrozpaczona czterolatka, która już zdołała umorusać się aż po szyje w jesiennych liściach.

Awatar użytkownika
Yastre
Kroczący w Snach
Posty: 200
Rejestracja: 4 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img][img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
[img]http://granica-pbf.pl/images/perla.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Yastre »

        Nawet jeśli gdzieś tam w głębi panterzego serduszka zalegał jeszcze jakiś niesmak po wydarzeniach dnia poprzedniego, śniadanie skutecznie go wyeliminowało. Taki był Yastre – na wszelkie jego smutki najlepszym rozwiązaniem było zawsze jedzenie. A to festynowe z racji swojej „niezdrowości” było najlepsze. Ziemniaki smażone z kiełbasą, cebulą, kapustą – czy istnieje coś lepszego? Nie dla niego. No, może poza dobrym plackiem ziemniaczanym ze śmietaną, bo to było zdecydowanie jego ulubione danie. Jak widać – mimo bycia niewątpliwym drapieżnikiem – panterołak najbardziej na świecie kochał jeść pyrki w dowolnej postaci. Kto o tym wiedział, miał dużą przewagę nad resztą w kwestii okiełznania zmiennokształtnego bandyty.
        W tym jednak momencie nikt nie próbował go udobruchać – on sam, za swoje pieniądze, kupił sobie podwójną porcję tego cymesu i jedząc przy pomocy zaostrzonego patyczka, zaczął włóczyć się po okolicy, szukając swoich znajomych. W pierwszej kolejności oczywiście starał się odnaleźć Hannie, ta jednak ponoć skoro świt poszła „się ogarnąć” i nie wróciła już tam gdzie spała. No cóż, trudno. Yastre porzucił plan szukania jej, bo nie chciał ryzykować, że nakryje ją w kąpieli czy coś. Nie by nie chciał jej takiej zobaczyć (no bo jaki normalny facet by nie chciał?), ale wiedział, że nie wypada i mogłaby się na niego o to gniewać. A gdyby tam były jeszcze jakieś dziewczyny – o jeny, wtedy to byłby dym! A jemu i tak już przypięto łatkę zboczeńca, więc lepiej nie dolewać oliwy do ognia. Tak więc lepiej było póki co prowadzać się z chłopakami – szybko paru znalazł.
        - Ej, skąd masz takie dobre żarcie? - zainteresował się zaraz jeden z nich.
        - A tam pod tym… O ty mendo zapchlona! - krzyknął oburzony panterołak, gdy po rozproszeniu jego uwagi, jeden z bandytów zwędził mu kawałek kiełbasy z parującej porcji pieczonki. I to jeszcze paluchami, bezczelny! Jak jakieś zwierzę normalnie.
        - Orientuj się - zażartował złodziej, z satysfakcją przeżuwając skradziony kawałek. - Mmm, naprawdę dobre. Ej, ty to całe sam zjesz?
        - Nawet ci patyczka nie dam wylizać, zjeżdżaj! - zagroził panterołak, szybko zaczynając wcinać swoje śniadanie.
        - Nie no, spokojnie, nie zjem ci… Sam sobie kupię - wyjaśnił, odpuszczając zmiennokształtnemu. - Ej, ale widziałeś resztę gdzieś?
        - Ano. Tam siedzi Rudy, teraz sam, ale jeszcze Alonso z nim był, pewnie poszedł po żarcie.
        - To czemu się nie przyłączyłeś?
        - Bo ja też byłem po żarcie - przyznał z rozbrajającą szczerością panterołak, pakując sobie do ust kilka kawałków ziemniaków i cebuli na raz.
        - No to chodź. A twoja śliczna koleżanka gdzie jest?
        - A gdzieś z babami - odparł lekko Yastre, wzruszając ramionami. - Rano jak po nią poszedłem to już wyszła, ale spoko, znajdę ją później. Obroży nie ma, by musiała na mnie czekać, nie?
        Bandyta zarechotał i poklepał Yastre po imieniu, mówiąc “jasne, jasne” takim tonem, jakby właśnie rozmawiali o czymś zbereźnym. Kocur nie do końca tak to odbierał i w sumie nawet przez moment go korciło, aby zapytać co jest w tym takiego wesołego, ale nie miał takiej okazji. Dotarł do swoich kumpli i razem zasiedli do śniadania. Trzeba było pilnować swoich ziemniaków.

        I tak trwał błogi poranek - tak miły, jakby te wszystkie nieprzyjemne sytuacje z Kaviką poprzedniego dnia w ogóle nie miały miejsca. Yastre się najadł, napił piwka i siedział w całkowicie męskim gronie. Hannie gdzieś tam w którymś momencie dojrzał, ale ta była z Shanon, więc się do nich nie pchał. Może przez moment rozważał taką opcję, ale zrezygnował, gdy jego ulubiona koleżanka (z którą to relacja zaczynała być w sumie coraz bardziej skomplikowana) nawiązała z nim kontakt wzrokowy, pomachała mu i gestem poprosiła o czas. No tak, pewnie dalej załatwiały jakieś swoje babskie sprawy. Yastre więc uśmiechnął się do niej, zasalutował kuflem i wrócił do przyjemności. Do czasu…
        - Pszeprszm…
        Ten nieśmiały głosik połykający prawie wszystkie samogłoski (jakimś cudem e ocalało) należał do małego chłopca, który podszedł do Yastre i z racji tego, że nie mógł go pociągnąć za rękaw, dźgnął go palcem w łopatkę. Panterołak nie zareagował na to w żaden sposób nerwowo, a wręcz jakby to była jakaś zabawa i zamiast odwrócić się przez ramię, odchylił głowę do tyłu i wygiął się tak, by chociaż trochę widzieć tego gagatka, który go zaczepił. Jakiś taki na oko siedmiolatek z bardzo zatroskaną miną, jaką mogą mieć tylko siedmiolatkowie, gdy świat wokół nich runie. Na przykład gdy w dżemie znajdą się pestki malin…
        - No co tam się dzieje? - zapytał Yastre niezrażony tym, że reszta bandytów by szczyla chętnie pogoniła. On lubił dzieci i nie mógł zostawić takiego, skoro już przełamał się by podejść.
        - No bo pan jest kotem, prawda?
        - Panterą, czyli takim dużym kotem - poprawił zmiennokształtny z dumą. - I co w związku z tym?
        - No bo… no bo moja kuzynka zgubiła kotka i jest teraz strasznie smutna. Strasznie płacze! Ale my już kilka dni nie umiemy znaleźć tego kotka! I ja pomyślałem, że jak pan jest kotem to go łatwiej znajdzie niż my?
        - Nie no, jasna sprawa, nie możemy pozwolić damie płakać! - zapewnił zaraz Yastre, dopijając szybko piwo i obracając się w stronę chłopca. - Ruszamy na ratunek! Gdzie wam zginął ten wasz kotek?
        - No koło domu, ale tam już szukaliśmy. Ale jest taka opuszczona chata niedaleko…
        - Prowadź, rycerzu!
        Reszta grupy podzieliła się na dwa obozy - jedni wyśmiewali panterołaka, a drudzy z uznaniem kiwali głowami, podziwiając jego podejście do dzieci i entuzjazm. Widać było zresztą, że chłopiec poczuł dużą ulgę, gdy jego desperacki krok się opłacił i faktycznie udało mu się pozyskać pomoc prawdziwego kota-człowieka! Jak on nie znajdzie zguby, to już pewnie nikt!

        Dzieciak zaprowadził panterołaka do położonego na uboczu domostwa, które już z daleka wyglądało jak obiekt do rozbiórki albo taki, który sam się zawali przy silniejszym wietrze. Yastre trochę mina zrzedła, gdy dostrzegł tę porośniętą haszczami ruinę, ale nie bał się o siebie, a raczej o swojego nieletniego przewodnika… Miał jednak pomysł na zrobić, by zapewnić mu bezpieczeństwo i jednocześnie by czuł się potrzebny.
        - Dobra, mam pomysł - oświadczył konspiracyjnym szeptem. - Ja tam wejdę i go poszukam, a ty zostać na zewnątrz, przy wejściu i obserwuj czy nie czmycha przez drzwi albo okno!
        - Dobrze! - zgodził się dzieciak, łykając tę argumentację bez węszenia nawet najmniejszego podstępu. Słodka dziecięca naiwności.
        - No to idę - oświadczył tymczasem zmiennokształtny i szybko się oddalił, by chłopcu nie przyszło do głowy dyskutować.

Awatar użytkownika
Kavika
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 102
Rejestracja: 4 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img][img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Kavika »

        Kavika uśmiechnęła się łagodnie, choć do zadowolenia było jej zdecydowanie za daleko. Myślami już przestawiała kolejność obowiązków licząc na to, że sprawa szybko się rozwiąże i wcale nie będzie tak mocno spóźniona, w końcu miała wypocząć a nie całkowicie porzucić sprawy organizacyjne dotyczące festynu. Delikatnie i z przestrachem w oczach pomogła podnieść się rozpłakanej Anett, na całe szczęście starsza z sióstr szybko wyłapała skąd wynika ostrożność kobiety. Uzdrowicielka bardzo ładnie ubrała się na dzisiejsze wyjście, koszulę miała porządnie upraną i wyprasowaną, a teraz ryzykowała zniszczeniem jej z powodu zaginionego kota. Loren szybko zaczęła przepraszać uczoną, choć było to zbędne. Skoro Kavika zdecydowała się pomóc to brała pod uwagę pewne niedogodności z tym związane. Wszak stara rudera w lesie i biała koszula, oraz jesienny okres ani trochę sobie sprzyjały. Postanowiła jednak te sprawę załatwić prędko, bez zbędnego ględzenia – nie było sensu rozczulać się nad prostym tematem. Poza tym, obiecała jedynie przeszukać chałupę i liczyła na to, że faktycznie odnajdą tam zaginionego pupila, bo inaczej nie doprowadzi rozbeczanej Anett do wioski. Raz, że nie bardzo wiedziała jak obsługiwać dzieci w takim stanie, dwa – najzwyczajniej w świecie nie miałaby serca porzucić dziewczynki w potrzebie. Modliła się po cichu do Prasmoka o pomoc!
        W końcu trójka dziewcząt dotarła na miejsce. Anett stała i trzęsła się z podekscytowania, Loren także tliła w sobie nadzieję, że problem z młodsza siostrą w końcu się rozwiąże, choć bała się czy duch starego właściciela nadal nie grasuje po okolicy, a Kavika opuściła ramiona skłonna uwierzyć w straszne historyjki opowiadane w okolicy. Przełknęła cicho ślinę, gdy jedna z desek zaskrzypiała w przestrodze. Mimo wszystko, bardziej od nieżywego starca bała się, że sama straci życie, gdy ta rudera się zawali! Nie mogła jednak się w tej chwili wycofać, postanowiła obrócić się ku dziewczynkom i zawrzeć z nimi drobny układ:
        - Moje drogie, wejdę do środka tej chaty, ale musicie mi obiecać dwie rzeczy! Po pierwsze, że będziecie cichutko. Nie wolno krzyczeć, ani płakać, bo to jeszcze przywoła ducha pana Kerdra i wtedy nici z poszukiwań! Po drugie, nie możecie wchodzić do środka, bo co jeżeli jest tam duch?
        - A jeżeli ducha będzie gdzieś tutaj? W lesie? - spytała zlękniona Loren.
        - To wtedy możecie zacząć krzyczeć – odpowiedziała automatycznie i nieco zniesmaczonym głosem Kavka. - Ale myślę, że pan Kerdr był miłym, starszym panem, nie w smak mu było straszyć dzieci – dodała po chwili, choć wiedziała, że żadne dziecko jej nie uwierzy. Wypadało po prostu tak mówić o starcu, poza tym dopiero pod koniec życia stał się obłąkanym dziwakiem i przez to został tak negatywnie zapamiętany.
        Dziewczynki zgodnie obiecały dotrzymać słowa i zachowywać się odpowiednio, żadna z nich nie chciała mieć do czynienia ze strasznym duchem! Więc pewna ich obietnic uzdrowicielka skierowała się w stronę chaszczy już na starcie stanowiących poważny problem dla gładkiej koszuli Kaviki. Dziewczyna ułamała kilka gałązek tworząc małą szczelinę do tylnych drzwi i z najwyższym poziomem ostrożności przedostała się do środka. Uczona słabo pamiętała rozmieszczenie pokoi, była w chacie kilka razy jeszcze wiele lat temu. Wstępne oględziny salonu i kuchni nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, a już po chwili Kavika właściwie zapomniała, że jest w trakcie poszukiwań. Pan Kerdra od zawsze był dziwnym człowiekiem i być może dlatego więcej go nie było niż był w Skov Hugger, a mimo to mieszkańcy uparcie obdarzali go życzliwością. Gdy wyjeżdżał, nawet bez zapowiedzi, to zawsze znaleźli się chętni do opieki nad chatą. Było to jedno z tych ładniejszych domostw, dlatego zaniedbanie go byłoby wielka urazą dla mieszkańców wioski i to pełnych drwali. Rude drewno przepięknie prezentowało się zarówno w wiosenne poranki, jak i pośród złotych liści jesieni. Kavika zapamiętała chatę jako bardziej luksusową. Pan Kerdr czasem pozwalał w nim organizować drobne przyjęcia, albo wypożyczał jako domek letniskowy, właściwie mało go obchodziło co zastanie po powrocie, a ten ostatni powrót okrył chatę niechlubną sławą. Nie było się co dziwić, bo starzec oszalał na tyle, by przerazić nawet zagorzałą kucharkę Brite, a to już był wyczyn.
Kobieta skierowała się ku schodom. Dłonią delikatnie przetarła niegdyś gładki, ozdobny płotek do nich przymocowany. Dziś już krzywy, miejscami połamany. Na górze znajdował się przedpokój, a dalej, pod spadzistym dachem kryła się sypialnia. Tam było najmilej i zawsze znajdowała się puchata, spora poducha dla jakiejś zguby z lasu. Legowisko dla przybłąkanej psiny, którą pan Kerdr szybko oddawał w czyjeś ręce. Po tym jak wieloletni, czworonogi przyjaciel zmarł to Pan Kerdr już nigdy nie znalazł miejsca w sercu by tę miłość zastąpić inną.
        W przejściu wciąż wisiała brudna zasłona, wyjęte z zawiasów drzwi ustawiono nieopodal schodów. Kavika odchyliła materiał z niemałym zniesmaczeniem. Kiedyś białą jak śnieg płachta pokryła wielką warstwą kurzu. Nie wiedziała, że w tym czasie, od drugiej strony do domu wszedł ktoś jeszcze...
        Pokój sypialniany pozostał praktycznie pusty. Kwadratowym stolik znajdował się tuż przy wejściu, a naprzeciw, po drugiej stronie leżała puchata poducha. Łóżko już dawno zostało wyniesione, tylko blade światło przekradało się przez brudne okna. Kavika zbliżyła się do kąta, a podłoga pod nią zaskrzypiała. Mimo to, bardziej martwiła się o robale wypełzające spod poduszki niż stabilność budynku, obrzydlistwo! Szturchnęła przedmiot i na całe szczęście nie znalazła żadnych paskudnych towarzyszy. Dwoma palcami obróciła poduszkę, potrząsnęła nią, ale przecież kot już dawno by się w niej znalazł więc z lekką irytacją porzuciła ją.
        Uczona westchnęła prostując sylwetkę i jeszcze raz obejrzała pomieszczenie. Kiedyś nie miała tylu zmartwień, a przynajmniej nie tak poważnych. Pan Kerdr z wielkiego podróżnika przemienił się w szaleńca, a ona? Ona miała ogromne plany, wielkie wizje, a szuka kota w małej wiosce drwali. Kavka przymknęła oczy, po czym potrząsnęła głową odganiając niesforne myśli. Dzisiaj ma festyn na głowie a nie rozprawy naukowe!
        Wtedy postanowiła zawrócić, sprawdzić wnętrza szafek, a nie stać i rozczulać się nad starymi czasami! Gdy jednak gwałtownie odkryła skrawek wiszącego materiału przed sobą ujrzała niespodziewanego gościa i z krzykiem cofnęła się w głąb sypialni. Jedna z desek, od mocnego stępu złamała się sprawiając, że uczona upadła, ale zaraz po tym odepchnęła się czując, że deski pod pośladkami są równie niepewne. Uzdrowicielka przesunęła się aż pod ścianę i z lękiem spojrzała na podłogę w pomieszczeniu, dopiero potem zawiesiła wzrok na przybyłym mężczyźnie.
        - Yastre! Co ty tutaj robisz?! Spałeś tutaj?! - uniosła głos przytulając dłonie do piersi, i choć pierwsze zdanie zabrzmiało pretensjonalnie tak drugie wykazało się zdecydowanie troską.
        - Gdybym wiedziała to w życiu bym ci na to nie pozwoliła! Przecież ta chata zaraz runie!
        Na potwierdzenie z tych słów deska sąsiadująca dziurze w podłodze z jękiem opadła, a uczona podciągnęła do siebie nogi. Kavika dopiero teraz zaczęła zdawać sobie sprawę z sytuacji. Gdy przyjrzała się pomieszczeniu to zrozumiała, że właściwie oboje stoją po dwóch stronach barykady i niestety ona, ta mniej sprawna z dwójki, znajduje się w gorszym położeniu.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Góry Druidów”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość