Valladon[Valladon] Po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedane

Wielki rozległe miasto, skupisko ludzi, jak i innych ras. To miejsce odwiedza wiele istot, istot niebezpiecznych, magicznych ale także przyjaznych. Znajdziesz tu towary z całego świata, skarby i tajemnicze artefakty. Jeśli czegoś potrzebujesz znajdziesz to tutaj
Awatar użytkownika
Riordan
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Echo brzęku przebrzmiewało długo, przetaczając się przez każdy zakamarek głowy elfa i radośnie rezonując wszędzie tam, gdzie dotarło. Riordan nie pierwszy i najpewniej nie ostatni raz zmierzył się z wewnętrzną hordą stepujących bobrów, by w pełni chwały zwycięstwa wpaść gdzieś w połowie na szczęśliwie długą odpowiedź rozmówcy. Niesiony impetem zderzenia wysunął śmiały wniosek, że nie chodziło o wspomniane wcześniej obrazy. Właściwie w żaden sposób nie wykluczało to niczego, jako że elf nadal nie był pewien, które płótna mogły należeć do szlachcica. Z wymienionych i przemilczanych względów postanowił ograniczyć swój komentarz do apatycznego kiwania głową w rytm kroków. Co prawda, po jakiejś minucie zaczął przypominać przy tym uparcie dążącego do celu gołębia, to jednak pozostawało zdecydowanie problemem ewentualnych obserwatorów.
        Nagle zatrzymał się w miejscu, wykonał gwałtowny zwrot na piętach i, przechyliwszy lekko głowę, przez dłuższą chwilę taksował wzrokiem mężczyznę, z którego ust padło absolutne klasyczne i najzupełniej nieklasyczne pytanie. Wreszcie poderwał się jak wykładowca po przydługiej drzemce na pulpicie i podjął marsz, dla odmiany w poprzek drogi.
        – Właściwie nie. Zupełnie niedaleko – odparł, uchylając furtkę. – On. – Wskazał głową odchodzącego w dal Rudzielca. – Najwyraźniej ma własne sprawy.
        Jak gdyby nigdy nic otworzył na oścież drzwi, wparadował do domu krokiem finiszującego strusia i, jakby kontynuując ruch, położył się na podłodze.
        – Czyli nie. Nie ma nawet kota. Chyba, że poszedł po kolację. Obiad. Właściwie to chyba śniadanie jak dla mnie. Nadal nie przyjął do wiadomości, że nie jadam nornic – dodał z niewinnym śmiechem, przewracając się na plecy. – Kochany parszywiec.

        Świat stał się nagle nieco lepszym miejscem. Miękkie sklepienie z suszonych i schnących jeszcze ziół przyjemnie tłumiło dźwięki, otulając ciszą i swojską, ciepłą wonią. Dobrze znana i kochana podłoga niezawodnie udzieliła wsparcia, pozostając najpewniejszą stałą w kruchym wszechświecie, a niewielkie okna zaciekle broniły murów przed najazdem bezlitosnego światła. Riordan zanurzył się na dłuższą chwilę w błogości, wsłuchany w delikatny szelest poruszonego powiewem suszu, zapominając o kilku z licznych przykrości tego dnia.
        – Wstąpisz na chwilę? – rzucił w przestrzeń, nie wiedząc nawet czy ta przestrzeń zdolna jest udzielić odpowiedzi. – Mogę zaproponować coś do jedzenia, do picia…
        Iluzja elfa w roli faktycznego i poprawnego gospodarza, jakkolwiek dotychczas wątła, nieledwie eteryczna, rozwiała się zupełnie, kiedy z wielkiego planu podniesienia się z podłogi wyszedł tylko żałosny jęk i mrożący ból w potylicy, po których nadeszła fala przeświadczenia, że nie tędy droga. W każdym razie nie tak szybko.
        – Ale to za chwilę. Albo we własnym zakresie.
        Gdyby zasady bezpieczeństwa obowiązywały gdziekolwiek poza skryptami medycznymi, wspomniałby, że przez czyste lenistwo między przyprawami znalazły się substancje przyprawami niebędące, a pośród trunków właściwie większość miała szerokie spektrum skutków ubocznych. Ale zasady te nie obowiązywały, choć Riordan akurat należał do nielicznej grupy tych, którzy przynajmniej o nich słyszeli. Nie dodał więc nic, wciąż nie mając pewności czy mówi do niebieskowłosego, czy do otwartych szeroko drzwi.
Awatar użytkownika
Momo
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Tryton
Profesje: Inna , Alchemik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Momo »

        Takiej zwrotności ze strony naprutego jak świnia malarza Momo zdecydowanie się nie spodziewał. Tak jak i on, gwałtownie przystanął w miejscu, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Później w jego spojrzeniu pojawiła się lekka konsternacja – nie rozumiał co powiedział takiego, że wywołał taką reakcję, chętnie jednak by się dowiedział. Uśmiechnął się więc miło, by przekonać Riordana do mówienia. Czy poskutkowało? Szczerze wątpił, bo choć elf się odezwał, sprawiał wrażenie, jakby dochodził do tego już od dłuższego czasu a nie tylko pod wpływem przymilania się trytona.
        - Och… - mruknął lekko zaskoczony i jednocześnie doskonale świadomy tej drobnej gafy, którą popełnił przy pierwszym pytaniu. Wszedł jednak do niewielkiego ogródka i poszedł z gospodarzem do jego domu. Zrobił lekko oburzoną minę na wieść, że na Riordana nikt nie czeka. Nie gniewał się jednak na malarza, a na… wszechświat? Szkoda było patrzeć na kogoś, kto tak się stoczył. Choć z drugiej strony jakoś malarz nie sprawiał wrażenia jakby mu to przeszkadzało – może dobrze było mu w tym marazmie. Dziwne, Momo nie do końca to rozumiał, ale był gotów to zaakceptować.
        Nim padła propozycja, by tryton wszedł, ten już i tak był w środku – pewny, że elf zaraz się przewróci i rozkwasi sobie nos, chciał go asekurować, w porę jednak zorientował się, że tak jak pijacy byli wiotcy i nic złego im się nie mogło przez to stać, tak i najwyraźniej zaćpani malarze upadali miękko jak szmaty. Przyglądał mu się stojąc krok za progiem, przekrzywiając trochę głowę jak mądre zwierzątko, do którego przemawia się entuzjastycznym tonem. Teoretycznie… tu jego rola mogła się zakończyć. Riordan wyglądał na zadowolonego i jakby zaraz miał błogo zasnąć, nic mu nie mogło grozić, bo z tego co mówił to od dłuższego czasu nawet nic nie jadł, więc wymiocinami się nie zadławi…
        Jęk boleści towarzyszący próbie powstania rozwiał wątpliwości trytona. Spojrzał na malarza z wyrazem twarzy ojca patrzącego na syna, który pierwszy raz się upił - rozbawienie, żal i odrobina “a nie mówiłem?”. Westchnął, po czym podszedł do szafek z ziołami. Między wszystkimi dobrami, którymi zastawiony był blat, odnalazł pusty słoik. Zdjął z niego pokrywkę i wlał do niego wodę z kamionkowego naczynia stojącego na podłodze, a następnie w tym prowizorycznym wazonie umieścił podwiędnięty bukiet z lawendy i bzu. Zabezpieczywszy swój prezent podszedł i przykucnął obok malarza, wychylając się lekko, by ten mógł go widzieć bez nadmiernego ruszania głową.
        - Posiedzę z panem - przyjął w ten pokrętny sposób jego propozycję gościny. - Lepsze od podłogi byłoby chyba jednak łóżko… Ale jak woli pan dla zdrowotności poleżeć na twardym to może chociaż jakieś poduszki przyniosę? - zaproponował, udając, że nie widzi tego sinego śladu kurzu na włosach Riordana, który powstał od wycierania głową desek. To jednak podsunęło mu pewną, być może zuchwałą, myśl.
        - W sumie to za poczęstunek podziękuję, bo na bankiecie miałem okazję coś zjeść, ale mógłbym się u pana wykąpać? - zapytał, nerwowym gestem odgarniając włosy za ucho, bo to o co prosił było trochę nie na miejscu zważywszy, że nie byli nawet kumplami.
Awatar użytkownika
Riordan
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Riordan rozpromienił się błogo na chwilę.
        – To miłe – skomentował, rozwlekając słowa jak wydziergany na drutach pled. Nadal starał się powstrzymywać przed oceną rzeczywistości w głębokiej obawie przed rewanżem, ale zaczynał odnosić wrażenie, że dziwnie się wokół niego dzieje.
        – W kuchni jest balia, obok cebrzyk, pompa w ogrodzie, a gar na piecu – wyrecytował, wymachując rękami jak wiatrak. Albo cepnik. – W każdym razie… No najprawdopodobniej. Mieszkacie na podmurzu czy nie mieszkacie wcale? – zapytał nagle z niespodziewaną bezpośredniością.
        Właściwie mężczyzna nie wyglądał i nie pachniał jak mieszkaniec dzielnicy nędzy ani jak bezdomny. W tamtej jednak chwili elfowi nie przyszedł do głowy żaden inny możliwy powód, dla którego ktoś mógłby chcieć kąpać się w obcym domu.

        Pochłonięty rozważaniami na temat niespodzianie wykwitającego w nadgarstkach, łokciach i knykciach bólu, nie wiedział nawet ile czasu upłynęło do momentu, kiedy cień w drzwiach odpędził całkiem logiczną teorię o związku nadmiernie ożywionej gestykulacji, stawów i twardej podłogi. Cień zapukał nieśmiało.
        – Zajęte – oznajmił gospodarz, nie unosząc nawet głowy. – Nikogo nie ma w domu – dodał dla pewności i beztrosko uznał sprawę za niebyłą.
        – Mości Adalraen… – odezwał się przybysz przepraszającym tonem, do złudzenia przypominającym głos bibliotekarza z katedry architektury. – Ja naprawdę przepraszam, ale muszę zająć chwilkę.
        – Jasne. Jutro pod wieczór powinienem jedną znaleźć.
        Zapadła cisza. Podejrzanie cicha i niepokojąco uboga w dźwięk oddalających się kroków. Riordan westchnął ciężko, domyślając się, że nie poleży już sobie w spokoju. Usiadł powoli, z ociąganiem odklejając potylicę od parkietu. Za otwartymi drzwiami, o stopień poniżej poziomu podłogi, stał chłopiec, który zdecydowanie bibliotekarzem nie był. W każdym razie nie tym konkretnym. Przez gładką, ledwie naznaczoną trądzikiem fizjonomię przemknął wyraz zdumienia. Przemknąwszy wpadł do chaty, potknął się o oplatany wikliną gąsior, zawrócił na ścianie i zatrzymał się dopiero na twarzy elfa, gdzie postanowił zagościć na dłużej.
        – Szlachetny pan de Lacque posłał mnie… Z posłaniem mnie przysłał.
        Riordan nie poruszył się.
        – Polecił sprawdzić, czy wszystko w porządku – kontynuował zmieszany, wpatrując się w próg. Nie ulegało wątpliwości, że najchętniej czytałby z kartki. Rzecz jasna, gdyby czytać umiał. – I poinformować o skandalicznym incydencie po waszym wyjściu. I zapewnić, że sprawa zostanie rozwiązana. I, jeżeli by się okazało, żeście śmiertelnie chorzy albo już martwi, poinformować pana de Lacque bezzwłocznie.
        – Żyję – odezwał się wreszcie gospodarz, zaczynając od tego, co wiedział na pewno.
        – Przekażę.
        – Właściwie po co mu ta informacja?
        – To proste – wypalił chłopiec nieco zbyt szybko i zbyt entuzjastycznie. Natychmiast spuścił wzrok z powrotem na próg. – Przebaczenia proszę. Idzie o to, żeby bezzwłocznie zwrócić się do władz miasta o wykup dzieł będących w waszmości posiadaniu, w tym szkiców i studiów. No i można od razu podbijać ceny obrazów w obiegu. To, wbrew pozorom, bardzo wartościowa informacja.
        Riordan lustrował rozmówcę z góry na dół, nie wiedząc właściwie jak zareagować.
        – Wydaje mi się… Tylko wydaje, że tego nie powinieneś był powtarzać. Ale pewnie masz rację.
        – Jasne, że mam! Przebaczenia… Ojciec zawsze mówił, że do handlu mam naturalny talent, abym tylko nie gadał za dużo.
        – Mądry człowiek. Miło się gawędziło.
        Podłoga ponownie przytuliła elfa jak dobra, zaprzyjaźniona kolumna na bankiecie.
        – Ale… Bo incydent.
        Wąski liść nawłoci opadł z szelestem, strącony przez kopulujące radośnie muchy.
        – W czasie wernisażu ktoś podszył się pod waszą osobę.
        Kurz leniwie tańczył w oknie.
        – Pan de Lacque wypędził oszusta. Myślał najpierw, że to stały pracownik, ale okazało się, że nie zostawił po sobie śladu. Widać zatrudnił się tylko na tę wystawę.
        Riordan dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że samo skojarzenie faktów nie wywiera żadnego wpływu na otoczenie.
        – Czeeekaj. I cicho bądź, proszę – jęknął, ponapawał się przez moment milczeniem, po czym podjął bez emocji, jak bachor recytujący wierszyk. – Przekaż Bertramowi, że nie ma się czym kłopotać. Tamten człowiek działał w moim imieniu i za moją wiedzą. Powiedzmy, że to delegat. Brat drogiego przyjaciela córki kuma dalekiej siostry ciotecznej – zaczął się rozpędzać. – Babka nalegała, żeby dać mu szansę, a ja nawet nie wiem jak się sprawił. Cóż by rodzina powiedziała, gdybym wpakował go w kłopoty? Uspokój, proszę, swojego… szlachetnego pana, a ja rozmówię się z babką i córką kuma ciotki.
        – Siostry ciotecznej – poprawił chłopak.
        – Właśnie.
        Posłaniec niepewnie odwrócił się, odszedł kilka kroków, po czym stanął w miejscu i obejrzał się przez ramię.
        – A przyjaciel jak bardzo przyjaźni się z córką kuma kuzynki? Bo gdyby… No wiecie. Rodzina lepiej wychodzi w podatkach. Tak na przyszłość.
        W odpowiedzi usłyszał tylko długi, łamiący się dźwięk, który mógł być wyrazem zniecierpliwienia, aprobaty, dezaprobaty albo czymkolwiek innym, co samoistnie wydobyło się ze z wolna wsiąkającej w deski piersi elfa.
Awatar użytkownika
Momo
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Tryton
Profesje: Inna , Alchemik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Momo »

        Instrukcje były jasne, Momo był pewny, że sobie poradzi. Nie spodziewał się jednak, że zaraz po nich zostanie mu zadane pytanie tak… trzeźwe i bezpośrednie jak na stan, w którym znajdował się malarz. Aż nie ukrywał swojego zaskoczenia - nie bezpośredniością, a składnością pytania. Zaraz po tym jednak zrobił lekko zakłopotaną minę.
        - Em… W zasadzie chyba wcale - wybrał w końcu z przedstawionych mu możliwości. - Trochę tu, trochę tam, jak się trafi. To… Trochę skomplikowane - podsumował, starając się ukryć gafę pod czarującym uśmiechem, jak zawsze.
        - Ale nie jestem żadnym, wie pan, wykolejeńcem - usprawiedliwił się. - Jestem porządny… Tylko teraz nie mam dostępu do wody. Wytłumaczę jak nadarzy się okazja - podsumował, po czym poklepał Riordana poufale po ramieniu i wstał, rzucając jeszcze przez ramię “zaraz wracam, proszę na siebie uważać”. Ciekawy dobór słów, zważywszy, że mówił do osoby leżącej płasko na ziemi.

        Po wejściu do kuchni Momo ogarnął wzrokiem pomieszczenie, z pewnym zaskoczeniem przyjmując to jak bardzo odstawało ono od reszty domu. Tam, cóż, przydałoby się trochę troski, by doprowadzić wnętrza do porządku, tu zaś było całkiem nieźle - czysto i w ogóle. A przedmioty wskazane przez elfa były dokładnie tam, gdzie powinny według jego opisu. Momo zabrał się więc do rzeczy i wyszedł na dwór po wodę. Zrobił kilka kursów, od razu napełniając balię i nie kłopocząc się nawet rozpalaniem ognia i robieniem sobie ciepłej kąpieli - dla niego właśnie taka naturalna temperatura wody była odpowiednia, bo w końcu był istotą morską. Morską, całe tygodnie drogi od wybrzeża, dobre sobie… Nieważne. Ważne, że teraz miał się gdzie wykąpać, bo jego skóra wyglądała już naprawdę kiepsko. Adalraen być może tego nie zauważył przez swój odmienny stan świadomości, ale Momo czuł jak napięta i sucha już jest. Jeszcze godzina czy dwie i zaczęłaby się łuszczyć, a to już sprawiłoby mu duży dyskomfort. Jakie szczęście, że wpadł na pomysł, by poprosić malarza o tę drobną przysługę.
        Gdy już balia była pełna więcej niż w połowie, tryton zamknął drzwi na dwór i te prowadzące do niewielkiego korytarzyka, by nie gorszyć nikogo swoim negliżem, po czym zdjął ubrania i rozpuścił włosy. Wszystko czego się pozbył ułożył schludnie na ławie, po czym przytrzymując sobie włosy by ich nie przysiąść, przycupnął na brzegu balii. Nie wszedł do wody jak normalny człowiek, zamaczając najpierw stopy, a ześlizgnął się tak, by to właśnie nogi mieć cały czas nad powierzchnią. Stęknął cicho - najpierw z zaskoczeniem, bo woda była jednak zimniejsza niż przypuszczał, po czym z ulgą, bo od razu zrobiło mu się lepiej. Po chwili jego kończyny zamieniły się w ogon, wtedy dopiero wciągnął go do balii, choć była to pozycja niezbyt wygodna, bo miejsca nie było w niej za wiele. Niemniej najważniejsze było, że mógł się zanurzyć niemal cały przy odrobinie gimnastyki.
        I tak sobie po prostu leżał w wodzie, czując się jak podczas rozluźniającego masażu, który z każdym kolejnym ruchem wprawnych rąk odbierał część zmęczenia i znużenia. Co jakiś czas leniwie się poruszył, zmienił pozycję. Przez moment nasłuchiwał - zdawało mu się, że słyszał rozmowę dobiegającą z frontowej części domu, ale słyszał tylko głos Riordana i żadnych odpowiedzi, więc albo rozmówca stał bardzo daleko, albo malarz rozmawiał sam ze sobą. Momo nie oceniał. Gdy ponownie nastała cisza, na pewien czas zanurzył się razem z głową, bo przecież umiał oddychać pod wodą, ale nie zabawił w tej pozycji zbyt długo - wolał nie przyprawić o zawał serca Riordana, gdyby ten zaniepokojonym ciszą wtargnął do kuchni. Pewnie biedak pomyślałby w pierwszej chwili, że tryton się utopił. Nie znał wszak jego rasy.
        W końcu jednak przyszło mu wyjść z wody - spędził w niej minimalną ilość czasu, by przeżyć kolejny dzień, bo nie chciał nadużywać gościnności malarza przedłużając kąpiel. Wyszedł, ponownie najpierw wyciągając na skraj balii górną połowę ciała i siadając na brzegu, po czym z plaskiem wyciągnął ogon na podłogę. Przez myśl przemknęło mu, że mimo starań strasznie nachlapał i będzie musiał to pościerać.
        Nim ogon przemienił się ponownie w nogi, Momo wyżął sobie włosy i zdołał nawet sięgnąć po ubrania. Założył je na nadal mokre ciało, bez trudu wciągając na siebie koszulkę, a później trochę mocując się ze spodniami. Zakrzątnął się, by po sobie posprzątać, ale wtedy usłyszał ruch w pokoju, gdzie zostawił Riordana. To sprawiło, że zmienił mu się priorytety i najpierw zdecydował się sprawdzić co dzieje się z malarzem. Gdy otworzył drzwi od kuchni, dostrzegł go po drugiej stronie z wyciągniętą ręką, jakby ten zamierzał właśnie wejść do kuchni. Tryton odruchowo cofnął się, by na siebie nie wpadli.
        - O, przepraszam, trochę długo mi to zajęło - usprawiedliwił się, poprawiając przy tym włosy, które nadal mokre i niezwiązane spływały na jego plecy jak wzburzone fale, osłaniając całkowicie wygolony bok jego głowy i trochę wpadając mu do oczu.
        - Już skończyłem, tylko jeszcze posprzątam po sobie - wyjaśnił, zerkając w stronę balii i tych wszystkich kałuż wokół niej. - Proszę, jeśli pan tu czegoś potrzebuje to proszę wejść.
        To powiedziawszy Momo rozejrzał się po kuchni, szukając czegoś do starcia podłogi, by nikt się nie poślizgnął na mokrym.
Awatar użytkownika
Riordan
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Nie mógł być do końca pewien, ile czasu upłynęło od chwili, kiedy chłopiec ostatecznie opuścił jego pole widzenia. Cisza niezmiennie otulała, ciepłe powietrze ze stałą siłą ciążyło, dociskając elfa do podłogi, a myśli przypominały zamieszany kapuśniak, który nigdy nie przestał wirować. Żaden ze wspomnianych czynników choćby w najmniejszym stopniu nie skłaniał do pomiaru upływających gęstymi jak miód kroplami minut.
        Wreszcie, pod wpływem niesprecyzowanego impulsu po prostu wstał. Może nie po prostu, ale koniec końców osiągnął pozycję pionową podpartą dwiema nogami, co zdawało się dostatecznie bliskie ogólnie przyjętej normy. Świat w pokoju świecił miękkim, subtelnym światłem, ledwie słyszalnie pluskał, szurał i szeleścił, nie wirował, nie podrygiwał nerwowo. Właściwie nie tak wiele brakowało, a można by powiedzieć, że stoi nieruchomo, jak na świat przystało. Riordan natomiast, jak przystało na istotę żywą, uznał, że warto byłoby ów niepewny stan utrzymać przynajmniej jeszcze nieco dłużej. Zamiast jednak czekać aż Rudzielec wróci z jakimś sztywnym gryzoniem, postanowił najzwyczajniej udać się do kuchni.
        Dopiero w chwili, kiedy już miał nacisnąć klamkę, uszu jego dobiegł cichy hałas z wnętrza pomieszczenia, zaś powierzchnię umysłu osiągnęła myśl, że gość najprawdopodobniej wcale nie wziął balii i wiadra z wodą tylko po to, by rozpłynąć się w niebycie na czas kąpieli. Moment później drzwi same się otworzyły, co może zasługiwałoby na miano fenomenu, gdyby nie stojący za nimi niebieskowłosy, którego imię po raz kolejny przemknęło elfowi gdzieś po miedzy świadomości ze wzburzoną grzywą i wysoko uniesionym ogonem, za to bez krztyny pewności czy rzeczywiście imieniem jest ani, tym bardziej, czy do domniemanego właściciela rzeczywiście należy.
        Riordan wpatrywał się przez pewien czas w zachlapaną kuchnię z wyraźną konsternacją. Nie chodziło jednak bynajmniej o stan podłogi, ta bowiem miała za sobą bez porównania gorsze przejścia. Elf rozpatrywał wnikliwie i z uwagą własne w tamtej chwili położenie.
        W normalnej sytuacji najprawdopodobniej zaoferowałby, że sam posprząta i na skutek niewątpliwego sprzeciwu drugiej strony po prostu pomógłby uporać się z lekkim podtopieniem, co pozwoliłoby mu stosunkowo rychło użyć kuchni we własnych celach. Tamta sytuacja różniła się jednak od normalnej kilkoma drobnymi szczegółami. Po pierwsze, i wystarczające, by chwilowo pozostać ostatnim, Riordan z miejsca sprawnie ocenił swoje szanse w starciu z połączonymi siłami wody i ciążenia. Ocena głośno krzyczała przeciwko bodaj wstąpieniu do środka.
        – Pójdę do ogrodu – oznajmił niepewnie, wskazując tylne drzwi. – Upoluję coś, zanim Rudzielec wróci. Nie chciałbym sprawić mu przykrości – dodał teatralnie, po czym najzwyczajniej odwrócił się i wyszedł.
        Riordan właściwie sam nie wiedział jaki jest plan aż do chwili, kiedy znalazł się w warzywniaku, gdzie przysiadł na suchej z wierzchu ziemi pośród soczyście zielonych naci marchewki. Domyślał się w prawdzie, że warzywa nie urosły jeszcze całkiem, ale z braku lepszych pomysłów po prostu wpił palce w glebę wokół bujniejszej kępy, brutalnie wyrwał pochwycony korzeń, otrzepał z grubsza o koszulę, po czym, jak zresztą można się było spodziewać, przystąpił do cierpliwej, spokojnej konsumpcji w łagodnym półcieniu jarzębiny.
        Powód, dla którego marchew nie jest powszechnie znana jako typowe danie obiadowe miał ujawnić się nieco później. Nie uprzedzając jednak faktów, Riordan dokończył czy też przerwał posiłek, jako że w zaistniałych okolicznościach różnica wcale nie była tak jasna, jakby się mogła wydawać. Uwagę elfa, najpewniej za sprawą wszechwiedzącego instynktu, przykuł nowy aromat, który nagle z zaskakującą intensywnością rozszedł się po okolicy. Spojrzał na poruszoną odrzuconą grudką ziemi lukrecję i, nie tracąc czasu na zastanowienia, chwycił rosnącą pod płotem łodygę, drugą ręką podkopując korzeń. Postanowił nie zadawać sobie również pytania czy naprawdę łatwiej było wychylać się w niemożliwym układzie z pozornie wygodnego siadu, niż po prostu przesunąć się o dwa kroki. Wreszcie, osiągnąwszy upragniony cel, przytulił rozgrzaną słońcem glebę i na oślep wymacał za plecami kwiaty rumianku.
        Pokrzepiony posiłkiem i zdobytymi na wypadek nagłych nudności zapasami, ruchem gąsienicy dopełzł do płotku, pod którym usiadł z zielskiem w objęciach, piachem we włosach i błogim uśmiechem na twarzy. Nie potrafił już określić, czy czuł się wyssany przez własny specyfik, przytłoczony substancją zadaną przez niewątpliwie posiadającego imię wybawiciela, otępiony przez mocne, acz zniżające się z wolna słońce, starannie uciszane zamkniętymi powiekami czy po prostu ugniatany wracającą nieuchronnie rzeczywistością. W każdym razie, któryś z poważnych powodów w pełni usprawiedliwiał zasłużony odpoczynek.
        Za plecami elfa rozbrzmiały kroki czy może tylko szmer trawy przy szklarni. Bez większego znaczenia.
        – Co właściwie wydarzyło się na tej wystawie? – zarzucił pytanie wysnute lekko, delikatnie jak babie lato na ciepłym wietrze.
Awatar użytkownika
Momo
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Tryton
Profesje: Inna , Alchemik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Momo »

        Interakcja z Riordanem była trochę skomplikowana. Niby Momo miał już do czynienia z różnymi odmiennymi stanami świadomości, elf jednak cały czas wyglądał jakby zaraz miał nie wytrzeźwieć, a umrzeć. I trudno było stwierdzić czy był zły, zadowolony albo w ogóle przytomny. Czy docierało do niego to, co się do niego mówiło… Tryton jednak cierpliwie czekał na reakcję, bo z tego co zauważył do tej pory, malarz w końcu coś odpowiadał. COŚ.
        I tym razem zdawało się, że list do adresata nie dotarł, a Riordan być może usłyszał, że coś się do niego mówi, ale na treści się nie skupił i odpowiedział po prostu to, co zdawało mu się adekwatne do sytuacji. Momo nie był jednak zły, bo jedną z alternatyw było to, że malarz się zdenerwuje za bajzel.
        - Ostrożnie - mruknął tylko, usuwając się elfowi z drogi i przestrzegając go przed kałużami. Patrzył na niego jak wychodził do ogrodu, by upewnić się, że nie wyrżnie na progu, po czym wrócił do sprzątania. Po krótkich poszukiwaniach trafił na szczotkę do podłóg i ścierki o podobnym zastosowaniu zważywszy na to w jakim były stanie. Gosposią nie był, ale z wycieraniem podłogi jeszcze umiał sobie poradzić. Na robocie skupił się jednak tak bardzo, że zapomniał przez chwilę kontrolować co się dzieje z gospodarzem. Gdy jednak wyszedł, by wylać zebraną z podłogi wodę, dojrzał go siedzącego wśród grządek. Nie wyglądał jakby mu coś groziło, więc jeszcze na chwilę go zostawił. Poszedł opróżnić balię, a później wytarł ją do sucha. Mokre ścierki zostawił w wiadrze, nie znajdując na nie lepszego miejsca. W międzyczasie zdążył trochę przeschnąć, a jego włosy były już tylko lekko wilgotne, więc zebrał je w niechlujny kucyk. Stał w progu wiążąc je tasiemką i rozglądał się w poszukiwaniu Riordana. Poczuł ukłucie niepokoju, bo nigdzie go nie dostrzegał. W końcu jednak dotarło do niego, że ten ciemny kształt pod ogrodzeniem to jego znajomy malarz. Poszedł sprawdzić co z nim, przelotnie łowiąc spojrzenie jakiejś baby, który patrzyła na niego zza płotu. Nie zainteresował się nią za bardzo - jego priorytetem był bełkoczący elf. Znaczy: może i mówił wyraźnie, ale cicho i Momo go nie dosłyszał.
        - Gorzej się pan czuje? - zapytał, przyklękając przy nim na jedno kolano. Spojrzeniem omiótł trzymane przez niego kawałki różnych roślin i poczuł dziwny niepokój. Niby na twarzy Riordana błąkał się nikły uśmiech, ale malarz był taki blady i wiotki, że kto wie czy nie zjadł czegoś, co go doprawiło - rumianek i lukrecja nie powinny go zabić, ale kto wie za co złapał się wcześniej. Tryton przyglądał mu się więc długo i uważnie. W końcu - nie prosząc o zgodę ani nie przepraszając za naruszenie przestrzeni osobistej - przyłożył mu wierzch dłoni do czoła, by sprawdzić gorączkę. A następnie delikatnie ujął go jedną ręką za dłoń, by palcami drugiej zbadać tętno na jego nadgarstku. Nadal nie wiedział co o tym myśleć…
        - Pan coś do mnie przed chwilą mówił? - upewnił się po czasie znacznie dłuższym niż “chwila”. W głowie cały czas prowadził nierówną walkę zastanawiając się czy z elfem jest wszystko w porządku czy jednak powinien zacząć się martwić.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Valladon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość