Valladon[Valladon] Po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedane

Wielki rozległe miasto, skupisko ludzi, jak i innych ras. To miejsce odwiedza wiele istot, istot niebezpiecznych, magicznych ale także przyjaznych. Znajdziesz tu towary z całego świata, skarby i tajemnicze artefakty. Jeśli czegoś potrzebujesz znajdziesz to tutaj
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Riordan
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

[Valladon] Po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedane

Post autor: Riordan »

        Riordan przeklinał chwilę, w której Bertram de Lacque stanął w jego drzwiach i przypomniał o dzisiejszym wernisażu. Przeklinał też, może nawet bardziej, chwilę nieco późniejszą, kiedy bez oporu wyszedł z domu i tę znacznie wcześniej, kiedy beztrosko popijał napar z liści, którego zdecydowanie nie powinno się popijać, a nade wszystko przeklinał chwilę sprzed tygodnia, kiedy szlachcic, z niezwykłym entuzjazmem zaprosił go na wystawę, a on sam, po nie dość długim namyśle przystał na propozycję. De Lacque był, przede wszystkim we własnym mniemaniu, największym koneserem sztuki lokalnej. Całkiem zresztą prawdopodobne, że faktycznie mógł w pełni uczciwie szczycić się tym tytułem, jako że konkurencja, prawdę mówiąc, była żadna.
        Riordan, chcąc nie chcąc, znalazł się pośrodku jednej z bogatszych dzielnic miasta, na drugim piętrze świeżo odremontowanej kamienicy w charakterze poważanego malarza. W prawdzie nigdy wcześniej nie myślał o sobie w ten sposób, najpewniej z braku jakichkolwiek ku temu podstaw, ale szlachcic zapewnił elfa, że goście, urzeczeni wyważoną formą jego turpistycznej ekspresji, bez wątpienia będą zachwyceni mogąc poznać jej twórcę. Wtedy również nie odwrócił się i nie wyszedł, choć jeszcze mógł.
        Problem zaczął się niedługo po tym, kiedy skończył podziwiać wszystkie wystawione dzieła valladońskich artystów i wymownym wzruszeniem ramion zatwierdził skomponowaną z jego płócien instalację, która wedle Bertrama symbolizować miała odwieczną udrękę przemijania i marność jednostki wobec nieskończoności, zaś zdaniem Riordana stanowiła alegorię obrazów powieszonych na bielonej ścianie. Wtedy właśnie, akurat w chwili rozpoczęcia wystawy, działanie naparu weszło w najmniej przyjemne stadium. Właściwie niewiele brakowało, a elf dałby się zadeptać nadspodziewanie licznemu stadku odwiedzających. W ostatniej chwili, wiedziony myślą tak świeżą, że aż zimną, zrobił to, co zrobić powinien już dawno. Wyszedł. Nawet przez drzwi. Biorąc pod uwagę, że nie zgadzała się tylko ściana, w której tkwiły, poszło zaskakująco dobrze.
        Leżał teraz zwinięty w najmniej reprezentacyjnej części balkonu oddzielonej drewnianą poręczą, pod którą, o ile dobrze pamiętał, przeczołgał się, nawet nie zwróciwszy na nią uwagi. Uczuciami tejże chwilowo nie przejmował się wcale, skupiony na własnym cierpieniu, które w subiektywnym odczuciu jawiło mu się jako znacznie dotkliwsze i nieporównywalnie bardziej fizyczne. Gwar ulicy dwa piętra niżej, przenikliwy wrzask jakiejś sadystycznej sroki, smród jaskółczego gniazda i bijący od ściany chłód, wszystko zdawało się sprzysiąc przeciw niemu. Ukrył głowę między kolanami, starając się odciąć od natrętnych bodźców. Zdecydowanie nie planował takiego obrotu wydarzeń. Szkopuł w tym, że sam wprowadził się w stan, w którym nie myślał o przeszłości, przyszłości, ani teraźniejszości w kontekście jej potencjalnych następstw. Był gotów na długie chwile zobojętnienia i swego rodzaju odnowy w domowym zaciszu. Tam byłby w stanie w znacznym stopniu złagodzić przykre skutki uboczne ustępującego stopniowo działania ziół. Stało się jednak tak, że skończył z dala od bezpiecznej chaty i fakt ten za cholerę nie chciał ulec zmianie.
        Pomogło. Co prawda na chwilę i w niektórych tylko aspektach, bowiem tętniąca tępym bólem głowa zabolała zdecydowanie bardziej, kiedy ścisnął ją kolanami, a do odciętej od świata zewnętrznego świadomości z siłą i impetem tarana zaczęła dobijać się podświadomość. Riordan nie był pewien, co właściwie tak usilnie próbuje wedrzeć się do jego umysłu, ale miał podstawy by uznać, że ewentualne wtargnięcie byłoby dalece nieprzyjemnym doświadczeniem. Świat zadrżał niebezpiecznie.
        Uniósł głowę. Sroka nieprzerwanie ciągnęła swój kakofoniczny koncert, mieszkańcy Valladonu nie rozpłynęli się w niebycie, ściana wciąż była nieznośnie zimna, gniazdo niezmiennie cuchnęło, a na domiar złego słońce świeciło znacznie jaśniej, niż powinno. Wsunął się głębiej pod nadpróchniałe krokwie, których nikomu nie chciało się do tej pory znieść z balkonu i ponownie ukrył się przed światem.
        Tym razem wpadł w panikę, jeszcze zanim cokolwiek zaczęło się dziać. Wiedział, że niewiele brakuje, aby jego myśli pochłonęło wszystko to, co starał się trzymać głęboko ukryte. Czuł, że nie zdoła odeprzeć kolejnego napływu natrętnych obrazów, dźwięków i form pośrednich. Właśnie wtedy świat zawalił się. Upadł tak, jak upada trafiony strzałą bażant. Riordan przyjął ten fakt nad wyraz spokojnie, przypłaszczając się do pokrywających balkon klepek. Nie wiedział w prawdzie po co kurczowo zaciska palce na drewnie, ale najwyraźniej musiało to czemuś służyć. Usłyszał śmiech. Niezwykle dźwięczny, kobiecy, jakże niestosowny w zaistniałej sytuacji.
Awatar użytkownika
Momo
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Tryton
Profesje: Inna , Alchemik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Momo »

        Zdawało się, że po tak nagłym odejściu Rufouse’a Momo szybko wrócił do swojego normalnego życia. Aby to pierwsza taka znajomość, która skończyła się wcześniej niż się zaczęła? Oczywiście było mu trochę szkoda i tego wieczora, gdy nastąpiło nagłe rozstanie chodził trochę zgaszony, ale mimo wszystko całkiem szybko się pozbierał. Na następny dzień, gdy pytano go o jego wielkie wyjście, wzruszał tylko ramionami i mówił “nie wyszło”. A jeśli ktoś dopytywał, bez żadnego skrępowania tłumaczył co zaszło. Wielu interesowało się co też mogło zmusić czarodzieja do tak nagłej ucieczki, ale wszyscy twardo twierdzili, że to na pewno nie była wina trytona - kto by uciekał przed kimś, kto ma tyle uroku? No właśnie - on też zadawał sobie to pytanie i przez moment nawet martwił się, że może coś się stało i Rufouse potrzebował pomocy? Mógł go zapytać… Ale kiedy, skoro nawet nie zdążył się z nim pożegnać? No nic, może nigdy się nie dowie.
        A może jednak? Bo nazwisko ognistowłosego czarodzieja nie dawało o sobie tak łatwo zapomnieć. Momo słyszał je później kilkukrotnie - z reguły po prostu ktoś wspominał, że spotkał się z Serathem kilka dni czy tygodni temu. W pewnym momencie jednak tryton przypadkiem dosłyszał, że czarodziej urzęduje w Valladonie… I naszła go głupia myśl, by go odwiedzić. Co tam, nic go tu nie trzymało. Ba, nawet koty, które dokarmiał, ostatnio prawie w ogóle do niego nie zaglądały - chyba znalazły sobie lepszą miejscówkę. Co więc szkodziło, by zapakować tobołek i ruszać w drogę? Miał jeszcze ten szczodry napiwek, który zostawił mu Rufouse - za taką kwotę da radę dojechać do Valladonu i wrócić. A jak będzie się pilnował, to przecież zawsze znajdzie miejsce, gdzie będzie miał pod dostatkiem wody, by nie przypłacić tej podróży kłopotami ze zdrowiem - droga wiodła chyba nawet wzdłuż rzeki. Nic tylko ruszać.

        Momo jednak przeliczył się i to pod wieloma względami. Po pierwsze okazało się, że jednak trudno żyje się trytonowi, który jest wiecznie w drodze, a odpowiednio duże zbiorniki wodne nie były wcale tak częste, jak mu się to wydawało. Po drugie: przeliczył się co do czasu, ile taka droga może trwać. To razem doprowadziło do tego, że ze dwa razy omdlał, a ostatni raz - dzień drogi przed Valladonem - gdy się ocknął, okazało się, że jakiś troskliwy podróży odjął mu trudu noszenia sakiewki. Nie by był w niej jakiś majątek, bo po opłaceniu przejazdu zostało mu raptem parę monet na pierwszy nocleg w mieście i posiłek, ale to i tak nie świadczyło za dobrze o podróżnych, którzy się na niego natknęli.
        W ten oto sposób Momo wkroczył do Valladonu praktycznie tak jak stał, bez niczego. Nie pierwszy raz zdarzyło mu się tak zaczynać, więc się nie przejął. Okazało się jednak, że w mieście nikt nie słyszał, by mieszkał tu czarodziej nazywający się Rufouse Serath - nie ten adres, nie to miasto. Dopiero wtedy Momo trochę zaczął wyklinać własną głupotę. Mówi się jednak trudno i żyje się dalej - trzeba sobie jakoś poradzić.

        To było jakieś dwa tygodnie temu. Tryton uznał, że nic tu po nim i trzeba wracać do domu, ale żeby ten pomysł się udał, musiał uzbierać fundusze na jakiś transport no i oczywiście by przeżyć w mieście, które było dla niego zupełnie obce i trochę nieprzyjazne, bo zdarzyło mu się chociażby spędzić noc w karcerze za kąpanie się w publicznej fontannie - nie uratowało go tłumaczenie się wyższą rasową koniecznością. Miejscowi nie byli też tak tolerancyjni jak znacznie bardziej nawykli do egzotyki mieszkańcy portowej Rubidii i Momo musiał się szybko nauczyć gdzie lepiej nie wychylać swojego niebieskiego łba. Później poszło z górki. Jak zawsze łapał się roboty byle jakiej, byle zarobić i odłożyć jak najwięcej. Kelnerowanie, magazyny… Cóż, również sprzedaż różnych substancji poprawiających nastrój, które łatwo było mu przygotować w warunkach polowych. To przynosiło zdecydowanie największy zysk, ale przy tym było najbardziej ryzykowne, bo tryton zupełnie nie znał tutejszego rynku, dlatego był raczej ostrożny.
        Na zabawach dla bogatych zawsze dało się znaleźć kogoś, kto potrzebował trochę stymulacji, by przetrwać do końca nudnego spotkania - tam Momo z reguły miewał szczęście. Starał się wkręcać na jakieś drobne bankiety czy bardziej otwarte spotkania i jak zawsze wdzięczył się do tych, którzy wyglądali mu na odpowiednio podatnych na miłe słowa. Instynkt lizusa jeszcze działał jak należy, więc z reguły mu się udawało. Byle nie być zbyt zachłannym.
        Wernisaże, wystawy i inne artystyczne wydarzenia były dla niego wprost idealną opcją. Tak jak ta wystawa teraz - dostawał parę groszy za sprzątanie kieliszków, a przy okazji w kieszeni miał parę pakiecików swoich ziółek, które tylko czekały na odrobinę zrozumienia ze strony bogatych gości. Oj potrzebowali oni trochę pomocy w zrozumieniu tego na co patrzą - obrazy były nietuzinkowe. Z pewnością świetne technicznie, ale niekoniecznie łatwe w odbiorze, mroczne i nie poprawiające humoru, a ludzie w większości niechętnie patrzyli na coś, co nie było proste i przyjemne.
        A mimo to ktoś miał w tym towarzystwie dobry humor - jakaś dama śmiała się tak, że połowa sali wyjrzała na balkon, gdzie niewiasta przebywała razem ze swoją przyjaciółką. Stojący nieopodal Momo wyjrzał do nich i spojrzał w bok - w stronę remontowanej części kamienicy, gdzie zalegały części z rozbiórki i narzędzia i gdzie znajdował się przedmiot jej wesołości. Z zaskoczeniem tryton dojrzał człowieka w workowatych szatach, rozpłaszczonego na brudnej posadzce. Zaniepokoił go jego stan. Zerknął na damę, która straciła już zainteresowanie jegomościem kurczowo trzymającym się podłogi i wróciła do środka. Tryton chwilę się wahał. Tyle osób, a nikt nie interesował się tamtym człowiekiem? To nie wyglądało jakby zażywał kąpieli słonecznych, coś mu dolegało. Jakby był chory albo… Momo coś tknęło. Odstawił tacę z naczyniami na kamienną balustradę i przeskoczył przez ogrodzenie oddzielające roboty od części ogólnodostępnej. Zbliżył się do leżącego jegomościa na palcach, jakby nie chciał go spłoszyć.
        - Proszę pana? - odezwał się, ale nie oczekiwał wcale odpowiedzi. Nie czekając nawet na nią złapał go za nadgarstek, by nie oberwać od niego na odlew, po czym przyłożył mu palce do szyi. Pod cienką, bladą skórą poczuł zaskakująco wolne tętno. Ujął go pod brodę, by obrócić jego głowę w swoją stronę, po czym rozchylił mu powieki, jeśli były zaciśnięte. Jego źrenice były tak wielkie, że nie widać było spod nich tęczówek. Skórę miał chłodną, twardą. Momo powoli się uspokajał - widział już takie przypadki, choć ten wyglądał na wyjątkowo trudny. Niby nie powinien od tego umrzeć, ale aż przykro się patrzyło na kogoś w takim stanie…
        Tryton lekko się wyprostował i spojrzał w stronę wyjścia na balkon. Nikogo, nikt się nie interesował jakimś naćpanym jegomościem na wernisażu. Dla nich to akurat dobre wieści. Momo dyskretnie wyjął z kieszeni pakiecik z ziołowym proszkiem i otworzył go, pilnując, by samemu tego nie wdychać.
        - Proszę otworzyć usta - zwrócił się do leżącego, a w razie czego był gotów samemu mu je otworzyć, naciskając z jednej strony na zawiasy szczęki, a z drugiej wkładając mu kciuk do ust. Byle nie ugryzł, ludzkie ugryzienia źle się goją… A on chciał mu tylko pomóc. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wsypał mu proszek do ust, a jak miał szczęście i gość współpracował, to ile mógł wtarł mu w dziąsła, by szybciej podziałało. Później szybko zabrał ręce i odsunął się, nadal pozostając w kuckach.
        - Przepraszam - rzucił, bo jednak jego zachowanie było dość znacznym naruszeniem przestrzeni osobistej.
        A co to było? Metoda klina klinem. Jeśli Momo poprawnie rozpoznał to co wziął ten biedak, jego zioła powinny wyrównać mu tętno i trochę go otrzeźwić, w zależności od tego jaką dawkę swojego specyfiku przyjął.
Awatar użytkownika
Riordan
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Rzeczywistość zawirowała, bezczelnie przykuwając uwagę Riordana i uświadamiając go, że niezależnie od doznań jednego elfa, świat nie zawalił się i nie zapadł w sobie. Rozluźnił się więc, wracając do poprzedniego stanu ogólniej wiotkości. Coś działo się wokół, bardzo, zadziwiająco wręcz blisko jego osoby. Wiedział, że i to minie. Nie minęło. Po chwili zobaczył przed sobą rozmytą w rażącym świetle postać o wściekle niebieskich włosach. I to już go zastanowiło. Spożyty przed wyjściem napar nigdy wcześniej nie wywołał u niego halucynacji. Nie przypominał sobie też, by otwierał oczy, więc i oślepiający blask pozostał kwestią zagadkową. Do rozpatrzenia w lepszych czasach. Łagodnie zapadł się w wyłożone czarnym, wilgotnym filcem dno świadomości.
        Pierwszym, co stwierdził na pewno była nieprzyjemnie lepka suchość i dziwny, choć podejrzanie znajomy, smak w ustach. Ból głowy, po dłuższej chwili, też uznał za niewątpliwie realny. Ostrożnie otworzył oczy. Słońce nadal raziło niemiłosiernie. Chyba usłyszał pojedynczy wrzask sroki, ale dźwięk przemknął przez jego świadomość, pozostawiając za sobą jedynie mętny ślad, który rozpłynął się niemal natychmiast po powstaniu. Jak kilwater za berniklą.
        Ciało chciało wstać. Właściwie już miało przystąpić do realizacji planu, ale po przyspieszonych pertraktacjach z umysłem, na mocy ogłoszonego werdyktu, elf pozostał na bezpiecznie płaskim podłożu, starając się skupić na oddechu.
        Wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy zaowocował kompromisem. Zadowolone profanum dźwignęło Riordana, pod czujnym, zgoła nieprzychylnym spojrzeniem sacrum. Powiedzieć, że usiadł byłoby mocnym nadużyciem. Dość, że nie leżał już przytulony do klepek, zamiast tego wsparł się plecami o ścianę zyskując coś, co można by nazwać wypłuczką godności. Pulsujący ból napłynął wezbraną falą, przyćmiewając na chwilę wszystko inne. Pochylił się na tyle, na ile było to możliwe, z powrotem zaciskając powieki. Czuł żelazistą woń krwi i ten charakterystyczny ucisk w głębi nosa. Jak do tej pory nie zauważył jednak, by cokolwiek z niego wyciekało, a to można było już uznać za mały, osobisty sukces.
        Kiedy otworzył wreszcie oczy, pierwszym co zobaczył był przyczepiony do koszuli na niewielkiej klamerce kawałek jasnego drewna z wypalonym napisem: „Riordan Adalraen – artysta, malarz”. Zmarszczył czoło, zastanawiając się przez chwilę, dlaczego de Lacque przymocował tabliczkę tak, by teraz trzeba było czytać ją do góry nogami. Powoli, wciąż nie do końca pewny swojego połączenia z tak odległą częścią ciała jak palce, poprawił ułożenie listewki. Wtedy właśnie zdał sobie sprawę z wielu faktów, które doprowadziły go do jednej konkluzji. Wernisaż nie był jedynie fantastycznym wypełnieniem mętnych plam w pamięci.
        Ostrożnie uniósł wzrok i rozejrzał się wokół. Sytuacja jawiła się znacznie korzystniej, niżby się tego spodziewał. Balkon był pusty, nie licząc pozostałości po remoncie, niebieskowłosego mężczyzny, pozostałości po remoncie, niebieskowłosego mężczyzny i kilku przedmiotów składających się na przemyślany nieład. Myśl szybko wpadła do jego głowy, odbiła się gdzieś od czaszki, pozbierała niezgrabnie i ponownie ruszyła w kierunku upatrzonego celu. Wid, którego natura z każdą chwilą ulegała coraz większym wątpliwościom stawał się najzupełniej rzeczywistym mężczyzną o niezaprzeczalnie ekstraordynaryjnej urodzie. Riordan poczuł gdzieś w bliżej nieokreślonej przestrzeni pomiędzy krtanią a przeponą gniotące uczucie, które pojawia się zwykle wtedy, kiedy po raz kolejny w ciągu miesiąca myśli się o stojącej na stoliku, niepodlanej paprotce.
        – Sztuka jest bytem nieuchwytnym. Jeśli do tej pory pan nie zrozumiał, to już raczej nie zrozumie – wyrzucił wreszcie, walcząc zaciekle, by wyschnięty, skołowany język nadążył za słowami, które zdawały się przebrzmiewać zanim jeszcze zostały wypowiedziane. Dopiero po dłuższej chwili intensywnego namysłu zdał sobie sprawę, że mężczyzna najprawdopodobniej wcale nie pytał o obrazy. Co więcej, zaczął mocno podejrzewać, że odegrał w małym światku elfa zupełnie inną rolę.
        – Dziękuję? – dodał niepewnie.
Awatar użytkownika
Momo
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Tryton
Profesje: Inna , Alchemik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Momo »

        Ućpany jegomość nie stawiał specjalnego oporu, był raczej wiotki i potulny, więc Momo nie miał problemu by się nim zająć. A później pozostało mu siedzieć i czekać na efekt – jego ziółka podziałają czy nie? Nie spodziewał się spektakularnego pogorszenia stanu swojego tymczasowego podopiecznego – szansa na to, że zrobił jakaś trującą mieszankę była naprawdę żadna. A że nawet wtarte w dziąsła używki potrzebują chwili by zadziałać to wiedział doskonale. Miał pewne doświadczenie – głównie płynące z obserwacji klientów, którzy pierwszą dawkę brali pod jego opieką, tak na wszelki wypadek, gdyby miały wystąpić efekty niepożądane.
        Dobrym znakiem było to, że jegomość przestał przypominać wiotką szmatę, nawet jeśli nadal daleko mu było do przytomnego spojrzenia i dziarskich ruchów. Gdy gramolił się z desek balkonu, Momo przyglądał mu się nie przeszkadzał, ale był w takiej pozycji, jakby w każdej chwili był gotów go asekurować. Nie żeby wyrżnięcie twarzą z takiej wysokości mogło komukolwiek zaszkodzić, ale no kto wie co może się stać z osobą na takim podwójnym haju, który na dodatek sprawia wrażenie jakby była to naprawdę taka prawie trzeźwość?
        Gdy bladolicy elf w końcu oparł się o ścianę i skupił się na swoim odzieniu, Momo szybko wstał i wrócił na balkon. Zabrał stamtąd coś do picia - jakiś sok, bo wolał nie dodawać mu jeszcze alkoholu do tej mieszanki, która już płynęła w jego żyłach - i wrócił na swoją poprzednią pozycję, szklankę z napojem odstawiając obok swojej nogi. Przyjrzał się temu przyćpanemu biedakowi, jego uwagę zwróciła plakietka, przy której ten tak zawzięcie majstrował. Ciekawe czy wiedział jak zabawnie w tym momencie wygląda? Momo nie zamierzał mu tego mówić, nawet niespecjalnie się uśmiechał - to byłoby niegrzeczne. Odczytał tylko z ciekawości co głosiła jego przypinka. Riordan Ada… Coś tam. Reszty nie widział, była cały czas zasłonięta jego palcami.
        I w końcu został zauważony. W chwili, gdy w miarę przytomne spojrzenie elfa na nim spoczęło, tryton uśmiechnął się sympatycznie. Zaraz jednak przestał być w centrum uwagi i wtedy jego uśmiech trochę przygasł, jakby nie zamierzał się nadaremno starać. Cierpliwie czekał aż tamten pozbiera wszystkie fragmenty świadomości do kupy.
        A jednak gdy elf się odezwał, niezmiernie zaskoczył Momo swoją uwagą, tak bardzo oderwaną od rzeczywistości. Patrzył na niego nierozumiejącym wzrokiem i starał się dociec do czego to było nawiązanie. Doszedł do wniosku, że do niczego albo też do chwili sprzed tego odlotu, gdy być może rozmawiał z kimś zupełnie innym. Ten wniosek ponownie przywołał na twarz trytona uśmiech - sympatyczny i pokrzepiający.
        - To pana są tamte obrazy – skomentował, gdy już połączył kropki: komentarz o rozumieniu sztuki, nazwisko na plakietce i ten niewyraźny podpis w rogach płócien. Uśmiechnął się tym razem czarująco, jak to zawsze on. Zagarnął na jedną stronę włosy, które wysmyknęły mu się z warkocza, odsłaniając przy tym biały, krótko wystrzyżony bok głowy.
        - Drobiazg – odparł. – Nieźle się pan załatwił.
        W głosie Momo nie było przygany a raczej współczucie, jakby mówił o zatruciu pokarmowym a nie braniu narkotyków. Sięgnął po szklankę, którą miał przy sobie i podał ją malarzowi, wychylając się ze swojego miejsca jakby bał się zbliżyć o krok.
        - Pewnie ma pan niesmak w ustach, proszę się napić, to na pewno nie zaszkodzi - zachęcił.
        W sumie to Momo powinien pracować. Zbierać puste szkła i przynosić czyste, by barmani mogli je napełniać… Ale uznał, że tu się bardziej przyda. A jeśli ktokolwiek będzie miał do niego pretensje to hej, wolnego - przecież właśnie zbierał do kupy bądź co bądź gwiazdę tego wieczoru.
Awatar użytkownika
Riordan
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Wpatrywał się w siedzącego przed nim mężczyznę. Z pewnością nie było to ani uprzejme, ani w ogóle kulturalne, ale wydawało się, że tamten choć w części pojmował, z czym zmaga się jego niemalże rozmówca. A zmagał się. I to zaciekle. Każda myśl, każdy, bodaj najdrobniejszy, bodziec, wpadały do jego umysłu z zawrotną prędkością i wzmożoną intensywnością. Efekt finalny można by porównać do kurnika, do którego ktoś wielce dowcipnie wrzucił parkę zwaśnionych kotów. Tymczasem właściciel owego chaotycznego tworu wciąż nie był w stanie nadążyć percepcją choćby za rannym pisklęciem, próbował więc łapać wszystko, co na niego wpadło. Uporczywe wpatrywanie się w niebieskowłosego pomagało o tyle, że przynajmniej obraz nie zmieniał się znacznie.
        Wreszcie, trzepocząc panicznie skrzydłami, obiła się o niego napuszona, zielona kura, która niosła ze sobą już zupełnie oczywisty smak. Prawdę mówiąc, tego się nie spodziewał. Ale teraz wiedział przynajmniej skąd nagła poprawa, suchość w ustach i, przede wszystkim, wyjątkowy zamęt w głowie. Osobliwy mężczyzna musiał być zatem znacznie mniej niewinny, niżby się mogło wydawać, a przy tym nadspodziewanie szlachetny. Albo nie. To już zależało od tego, kiedy upomni się o drobną przysługę. Z gatunku tych, które kończą się w ciemnym zaułku.
        W odpowiedzi na komentarz Riordan tylko rozłożył ręce, jakby w ogóle nie miał na to wszystko wpływu. Nie był to pierwszy raz w jego życiu, kiedy sam, z własnej woli zawędrował na krawędź życia. Wielokrotnie bywał znacznie dalej niż w tamtej chwili, ale prawdą jest, że raczej starał się nie przebywać wtedy między ludźmi.
        Zagadką pozostawało, dlaczego mężczyzna nie okazywał względem niego pogardy, odrazy czy chociaż niechęci. Mało tego. Elf po raz pierwszy od bardzo dawna został nazwany panem, a tego już na pewno nie spodziewał się usłyszeć z perspektywy podłogi. Starał się skupić choć na moment, by zastanowić się, czy ta niespotykana uprzejmość powinna go zaalarmować, czy jest po prosu tym, czym się wydaje. Nie wyszło.
        Uśmiechnął się, słysząc zapewnienie mężczyzny, ale przyjął napój z wdzięcznością. Zaszkodzić, może i nie zaszkodził. W każdym razie nie w sposób, o który najpewniej chodziło niebieskowłosemu. Riordan nie wiedział ile z substancji będących w powszechnym użyciu było jeszcze w stanie poważnie zagrozić mu po spożyciu. Może u kowala coś by się znalazło, ale poza tym większość nie miała dostatecznej siły rażenia. Tak, czy inaczej, sok nie otruł elfa, ale uderzył kwaśnością i słodyczą z siłą, nie przymierzając, klawesynu spadającego z trzeciego piętra. Skrzywił się i zamarł na chwilę, oddychając głęboko. Po pierwszym szoku szło już znacznie łatwiej. Upił jeszcze kilka łyków, po czym, widząc wbite w siebie spojrzenie mężczyzny, uznał, że chyba nadszedł moment na wyjaśnienia. Takie, które niewiele wyjaśniają i jeszcze mniej wnoszą.
– De Lacque nie dał mi wyboru – skłamał, a właściwie przedstawił prawdę taką, jaką sam ją chciał widzieć. – Właściwie, pewnie powinienem już wracać do środka. Sztuka sama się nie wytłumaczy.
        Mówiąc to, mocniej przytulił do siebie szklankę z resztą soku i wstał. Świat ponownie zawirował, zatrząsł się jak mokry rosomak i zwalił na głowę elfa całą swoją ciemnością.
– Albo nie – jęknął, zsuwając się po ścianie z powrotem na podłogę i siadając ciężko. – Może poradzi sobie sama jeszcze przez chwilę – dodał, zerkając w kierunku drzwi, choć oczywistym było, że z tego miejsca nie dostrzeże wnętrza.
Awatar użytkownika
Momo
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 1 rok temu
Rasa: Tryton
Profesje: Inna , Alchemik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Momo »

        Momo obserwował zmagania elfa z nim samym jak obserwuje się walkę dwóch chrząszczy – tych dużych, z rogami na głowie – z uwagą, ale bez szczególnych emocji. Widział, że sytuacja się poprawia, choć nie była to spektakularna przemiana – kawałki jego osobowości były rozrzucone na naprawdę dużej przestrzeni i na pewno trochę mu zajmie, nim je wszystkie wyzbiera i złoży do kupy. Im dłużej jednak tryton patrzył, tym bardziej był przekonany, że niektóre z tych kawałków mogą być zagubione od bardzo dawna. Ta skóra, ta postura, ten wyraz oczu – to wygląd… cóż – weterana. I to nie takiego wracającego z frontu.
        Każdy przebłysk świadomości w oczach Riordana sprawiał, że Momo lekko wychylał się do przodu, jakby był gotowy, by pomóc mu we wszelki możliwy sposób. Uspokajał się jednak, gdy wszystko mijało. I tak parokrotnie. Oj ciężkie były zmagania z tym, co wcześniej wziął malarz.
        Kolejne zmagania – tym razem ze słodko-kwaśnym sokiem – powinny chyba wywołać w trytonie pewne poczucie winy, bo to on poczęstował tym malarza, ale niech to, nie zaszkodzi mu, nawet jeśli mu nie smakowało. Mógł w sumie znaleźć coś bardziej neutralnego w smaku, ale jakoś nie pomyślał wtedy o tym jak wrażliwy może być język osoby balansującej na granicy światów – liczyło się tylko, by zaspokoić pragnienie i dać mu trochę treści, którą mógłby zająć się żołądek i co być może przywróciłoby mu energię i kolory. Na to ostatnie szanse na ten moment były niewielkie, ale może zdarzy się cud. Ale proszę – otrzymał uśmiech. To już coś, zważywszy na okoliczności. Momo odpowiedział również się uśmiechając, a gdy w końcu malarz wyartykułował jakieś tłumaczenia, przyjął je z pełnym zrozumienia kiwnięciem głowy.
        - No tak – przyznał i na tym poprzestał. Uznał, że pan de Laque był mecenasem Riordana i stąd brało się to, że nie tak łatwo było mu odmówić. I również to, że teraz malarz zamiast dać sobie jeszcze chwilę na dojście do siebie, podjął heroiczną walkę z samym sobą, by wstać i wrócić na salę. Walkę z góry przegraną, co Momo widział aż nad wyraz dobrze, a elf pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy jak żałośnie wyglądał. Nic dziwnego, że tryton wstał i podszedł o krok, by go w razie czego asekurować – jeszcze tego by brakowało, by sobie nos rozkwasił. Malarz poleciał jednak na ścianę i spłynął po niej, totalnie bezsilny. Momo doskoczył do niego z wyciągniętymi rękami, by w razie czego go łapać, ale cofnął ręce i kucnął naprzeciw, gdy już Riordan siedział z powrotem na ziemi jak kupka nieszczęścia. Uśmiechnął się do niego ze zrozumieniem słysząc słowa kapitulacji, choć zaraz widać było po wyrazie jego twarzy, że wpadł na jakiś pomysł – z serii tych, które mogą się nie spodobać. Również zerknął w stronę drzwi, znowu poprawiając włosy machinalnym gestem. Ponownie spojrzał na malarza.
        - Posiedzieć tu jeszcze z panem? – zaproponował takim tonem, który jasno świadczył, że nie jest to dla niego nic wielkiego. Żaden wysiłek, żadna specjalna przysługa, nawet nie wyraz litości. To tak by wzbudzić sympatię przed tym, co zamierzał zaproponować w drugiej kolejności.
        - Albo… Mogę tam pójść za pana – podsunął, tym razem mówiąc tak, jakby proponował coś nieprzyzwoitego, ale bardzo kuszącego. – Nie sugeruję oczywiście, że będę pana udawać, ale mogę trochę poczarować gości nim stanie pan na nogi.
Awatar użytkownika
Riordan
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Artysta , Zielarz , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Propozycja, kiedy już przedarła się do adresata, wydała się niezwykle kusząca. Właściwie mógłby po prostu siedzieć wciśnięty w kąt aż do rozejścia się wszystkich gości, całą przykrą robotę zrzucając… powierzając nieznajomemu mężczyźnie, który najwyraźniej był skłonny pomóc. Kwestia ceny za tę pomoc nadal uwierała gdzieś głęboko, ale z całą pewnością można było odłożyć rozpatrywanie jej na później. Riordan był już właściwie gotowy, by z niewysłowioną radością i bezgraniczną wdzięcznością przyjąć ofertę, ale w tamtej chwili poczuł coś, co niespodziewanie subtelnie zaczęło dobijać się na wierzch świadomości. Zaczekał więc, uznając że lepiej udzielić odpowiedzi dopiero po wysłuchaniu racji wszystkich możliwych stron. Nowa myśl mogła przecież okazać się łabędzim śpiewem rozsądku, który od dłuższego czasu konsekwentnie i wytrwale konał, ale skonać jakoś nie mógł, a w takim wypadku zignorowanie jej wydawało się wielce nieroztropne.
        Albo działanie porannej herbatki rzeczywiście zaczynało słabnąć, pozostawiając wolne pole dla nowego specyfiku, albo ciało elfa stopniowo przystosowało się do nowych warunków, bowiem dopuszczone do głosu poczucie okazało się zupełnie zrozumiałym, czystym i nawet kulturalnym poczuciem przyzwoitości, które z miejsca rozpoczęło stanowczą, acz uprzejmą argumentację przeciwko wykorzystywaniu osobliwego jegomościa. Dodatkowo nakazało Riordanowi choć na chwilę odwrócić od niego nieobecny wzrok. Posłuchał. W każdym razie drugiej części, jako że pierwsza wciąż wymagała rozpatrzenia. Nieco mocniejsze światło nadal wrzynało się w oczy z nieprzyjemnym zgrzytem, w głowie wciąż kręciło się od gwałtowniejszych ruchów i wszystko działo się trochę za szybko, jednocześnie rozwlekając się w nieskończoność, ale wydawało się, że ogólna sytuacja poprawiła się nieznacznie.
        – Ależ nie – zaczął, przypominając sobie, że tu akurat mógłby spojrzeć na rozmówcę – nie powinienem nadużywać pańskiej dobroci. Pójdę, tylko… tylko odpocznę chwilę. To ledwie ból głowy. Nic, czego nie dałoby się rozchodzić. Nic… nic to.
        Doskonale wiedział, że mówi do osoby, która najpewniej pojmowała, iż to, co zmogło elfa, z pewnością nie dałoby się nazwać lekką przypadłością oraz że rozchadzanie w tym wypadku mogło właściwie zadziałać jedynie w charakterze terapii bólowej po spotkaniu twarzą w twarz z parkietem, a jednak jakaś jego część kazała mu podnieść się z metaforycznych kolan i niemetaforycznych pleców z przyległościami, by choć w części wypełnić powierzony przez Bertrama obowiązek. Wziął głęboki oddech, potem kolejne trzy i jeszcze jeden dla pewności, po czym wolno, bardzo wolno przystąpił do wstawania. Tym razem zastosował wielokrotnie przetestowaną metodę, jako że w większości dotychczasowych sytuacji kończyła się ona sukcesem. W przeciwieństwie do metody klasycznej, która polegała głównie na wstaniu, ta obejmowała wiele różnych elementów, jak oparcie jednej ręki powyżej głowy, tym razem padło na ścianę, pozostawienie drugiej w gotowości, na wypadek niespodziewanego powrotu do przykucu i ciągłej, bacznej obserwacji podłoża pod nogami. Musiało to trwać niemożebnie długo, ale wreszcie Riordan stanął i trwał czas jakiś, wsparty wszystkimi trzema rękami o budynek. Właściwie dwiema rękami i czołem, ale to chwilowo nie miało większego znaczenia.
        Przez pierwszych kilka kroków czuł, jakby ktoś powoli wysuwał mu spod stóp dywan. Przez kolejnych kilka również i właściwie nie zmieniło się to aż do momentu, kiedy stanął przy otwartych drzwiach prowadzących wprost do sali, w której odbywał się wernisaż. De Lacque najwyraźniej skończył mowę powitalną i toasty, bo towarzystwo rozlazło się, drepcząc przy ścianach z pełnymi zadumy i głębokiego zrozumienia minami i kieliszkami. Również pełnymi, z tym że dla odmiany wina. Ktoś niespiesznym krokiem przedefilował przez środek sali, do reszty pochłonięty rozmową lub monologiem, co po chwili obserwacji wydało się dalece bardziej prawdopodobne.
        – …zatem idylla, jako taka, nie może wstępować na fizys włościan explicite. Pomimo przesyconych błogą sielanką drugiego i trzeciego planu, a nawet warstwy głębszej, diada przedstawiona została pod zatrważającym ciężarem przemożnego fatum, to zaś…
        Perorujący mężczyzna znany był Riordanowi z widzenia. Zdawało się nawet, że spotkał go niedawno. Ostatecznie dopiero widok wypalanej, drewnianej listewki przypiętej do ubrania doprowadził elfa do wniosku, że musiał to być jeden z autorów dzieł powieszonych w dalszych salach. Szlachcica, który nieudolnie usiłował przekuć wyraźną dezorientację w filozoficzną zadumę nie rozpoznał. Z resztą chyba nie miał powodów, by sądzić, że powinien.
        Natłok obserwacji zmusił Riordana do dłuższego postoju z obowiązkową kontrolą stanu podłogi. Echo głosów i myśli przebrzmiało wreszcie, niczym niesiony górską doliną grzmot. Uniósł ostrożnie głowę i, z animuszem godnym większej sprawy, przekroczył próg. Momentalnie otuliły go przyciszony gwar, ogólna miękkość jedwabiów i aksamitów, dusząca woń konwenansów oraz niemniej przytłaczający aromat sfer wyższych. Czyli głównie perfum. Takich, których nuta głowy uderzała zapachem tysiąca ruenów, z wolna i niechętnie ustępując pozostałym dwóm, które z każdą chwilą dziwnie taniały.
        Sunąc niepewnie wzdłuż ścian i zastawionych stołów zatrzymał się wreszcie naprzeciwko jednego z obrazów, który w rdzawych barwach przedstawiał coś, co najtrafniej można by określić mianem eleganta w niepokojąco organiczny sposób zlewającego się z podstarzałym dworem. Riordan wpatrywał się w portret przez dłuższy czas, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że już gdzieś go widział. Jego własny podpis w rogu płótna wyjaśnił wiele, jeśli nie zbyt wiele. Elf wzdrygnął się na wspomnienie procesu powstawania dzieła, po czym znów z zaskoczeniem stwierdził, że otaczający go świat żyje. Co do własnej osoby, głowy by nie dał.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Valladon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości