Równiny Andurii[Niedaleko Valladonu] Zamruczeni

Wielka równina ciągnąca się przez setki kilometrów. Z wyrastającym na środku miastem Valladon. Wielkim osiedlem ludzi. Pełna tajemnic, zamieszkana przez dzikie zwierzęta i niebezpieczne potwory, usiana niezwykłymi ziołami i lasami.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Shirkhana
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Inna , Rzemieślnik , Kolekcjoner
Kontakt:

[Niedaleko Valladonu] Zamruczeni

Post autor: Shirkhana »

Jakże pięknie było oglądać wschód słońca z lotu ptaka... tfu, smoka. Shirkhana uwielbiała te momenty, gdy wracała do domu po zakończonym zleceniu. Uwielbiała latać, a to była do tego świetna okazja. Wiatr delikatnie muskał jej łuski, a promienie słońca przyjemnie grzały. Przynajmniej w tej postaci nie musiała się ich aż tak obawiać. Łapami trzymała swój bagaż, a na jej grzbiecie przysypiał Thot z Anubisem. Kotowąż był przyzwyczajony do takich podróży, ale z iringiem dopiero niedawno zaczęła latać. Młody z początku był dość niepewny, ale dzięki amuletowi, Shiri zdołała go do tego przekonać. Zresztą nie tylko on tu odegrał rolę, niebieskozielony kocur po prostu nie miał ochoty odstępować pradawnej choćby na krok. Początkowo pomagała mu stabilizując go na swym grzbiecie z pomocą magii przestrzeni, ale szybko nauczył się w jaki sposób samemu zachować równowagę.
W końcu wylądowała, choć do domu miała jeszcze kawałek. Była całkiem dużym smokiem i ktoś mógłby ją zobaczyć. Przycupnęła na ziemi i nastawiła jedno skrzydło w taki sposób, by jej zwierzęcy towarzysze mogli po nim zjechać. Gdy tak zrobili, smoczyca przybrała ludzką postać. Była całkiem naga, ale pierwsze co założyła to amulet - rozstawała się z nim jedynie, gdy zmieniała postać. Następnie wyciągnęła ubrania z worka, w którym je niosła i szybko się odziała. Wzięła Anubisa na ręce i pozwoliła mu ułożyć się wokół jej szyi niczym szal. Zawołała jeszcze Thotiego, który zaczął beztrosko polować na motylka i ruszyli w stronę trzech samotnych drzew, gdzie umówiła się z jednym z zaufanych służących, by postawił tu wóz i konia. Był to starszy mężczyzna, nazywał się Zygmunt i jeśli poprosiło się go o dyskrecje oraz brak pytań to on potrafił to uszanować.
Shiri pomogła iringowi do niego wsiąść, po czym obudziła drzemiącego w najlepsze woźnicę. Jak zwykle przyszedł tu w nocy i dosypiał, co również pasowało smoczycy, bo nie mógł dzięki temu poznać jej sekretu. Ruszyli do jej pałacyku. Pradawna już uśmiechała się na myśl o spaniu w wygodnym łóżku. Aby jakoś przyśpieszyć upływ czasu, zajęła się głaskaniem i czochraniem Thotiego, któremu było to bardzo w smak.
Niebawem dotarli do dość wysokich, kamiennych murów posiadłość Shirkhany. Pradawna energicznie wyskoczyła z wozu, a tuż za nią iring. Pan Zygmunt po chwili też wyszedł, by otworzyć bramę. Wprawdzie powinien to zrobić szybciej, ale był nieco powolny, więc smoczyca udawała, że się gdzieś zapatrzyła lub coś sprawdzała, by jej najwierniejszy służący nie musiał czuć się zakłopotany.
Piękna, zdobiona kwiatowymi wzorami brama została otwarta. Thoti jak to młody kot wbiegł pierwszy i zaczął się przewracać na zielonej trawie szczęśliwy z powrotu do domu.
Shiri westchnęła z uśmiechem - w końcu trochę odpoczynku. Spojrzała na swój mały zameczek, swoje ukochane dzieło i perełkę, z której była niezwykle dumna. Budynek był zbudowany z białego kamienia, dach natomiast wyróżniał się swą czernią. Poza tym jednak jego wygląd zewnętrzny nie odbiegał zbytnio od stereotypowych zamków. Miał nawet drobne wieżyczki.
Zygmunt, gdy tylko zamknął bramę, natychmiast pośpiesznym krokiem ruszyła, aby otworzyć przed Shirkhaną drzwi. Gdy to zrobił, smoczyca myślała, że wreszcie odetchnie, ale ledwo postawiła pierwsze kroki w wielkim holu, tuż przed nosem przeleciał wystraszony i krzyczący wniebogłosy Deryl uciekający przed serwalem. Inni służący natomiast próbowali złapać całą zgraje kotów. Pradawna zaniemówiła, zwykle jak jej małżonek zostawał sam w domu, nic takiego się nie działo, a teraz to była istna katastrofa!

- Co tu się na Prasmoka dzieje?! – zawołała, aż Anubis na jej szyi się przebudził, ziewnął przeciągle i kłapnął paszczą.
- Shirus pomocy!
- O rety… - Pobiegła za elfem i gdy już go dorwała, zmusiła do zatrzymania.

Ucieczka nie była dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza że serwal był jednym z dwóch egzotycznych kotów, które smoczyca zażyczyła sobie u handlarza Erwina już jakiś czas temu - najwyraźniej musiał je dostarczyć niedawno, tuż przed jej powrotem. Nadal jednak nie mogła znaleźć margaja, czyli drugiego wyjątkowego kociska z dalekich stron Alaranii. Ponadto pozostawała sprawa całej bandy zwykłych kotów panoszących się po zamku. Spiczastouchy będzie musiał się gęsto tłumaczyć.

- Co ty wyprawiasz kobieto, ten tygrys mnie zaraz zeżre!
- Po pierwsze to nie tygrys, tylko serwal, który zgodnie z moją prośbą miał być oswojony, więc prawdopodobnie uznał, że się bawicie…
- Jak taka cwana jesteś to ciekawe czy ci nie odgryzie ręki, jak zechcesz go pogłaskać – odburknął oburzony.

Shirkhana westchnęła i wyciągnęła dłoń w stronę przerażającej bestii, było tak, jak myślała, serwal dał się pogłaskać, a nawet zamruczał.

- Widzisz, tchórzu jeden?
- Dobra, dobra… Każdy się mógł pomylić.
- Chodź. – Smoczyca zaciągnęła go do swojej komnaty.

Wyglądała ona dość nietypowo: wysokie sklepienie, potężne okna, dzięki którym do środka wpadało wiele światła. Natomiast w połowie wysokości znajdowała się antresola, podparta skromnymi kolumnami idącymi przez niemal cały obwód pomieszczenia. Nie mogły zasłaniać wielkiego okna, które było bardzo charakterystyczne dla tej komnaty. Prowadziły do niej kręcone schody. Tam była pracownia smoczycy: gdy tworzyła szkice w domu to właśnie w tym miejscu. Służba nie miała tam wstępu, więc pewnie nadal walały się tam nieudane szkice i projekty. Ściany zaś były specjalne przystosowane, by pełniły równocześnie funkcje półek na tony książek. Były zapełnione aż po sam sufit. Przy każdej ze ścian ustawiono też drabinki biblioteczne. Przy oknie natomiast stało wielkie łóżko pełne poduszek. Wprawdzie Deryl i Shiri byli małżeństwem, ale nie kochali się, więc też nie spali razem, mieli osobne komnaty. Tuż obok wspomnianego posłania stała toaletka i spora szafa. Po drugiej stronie pomieszczenia, również przy oknie, widniały dwa legowiska, dla Anubisa i Thotiego, oba dopasowane do nich wielkościowo... Choć zwykle i tak lądowały obok Shirkhany w nocy. Na środku pomieszczenia stały dwa duże i wygodne fotele, a pomiędzy nimi niewielki stolik z ciemnego drewna. Pradawna poprosiła elfa, by usiadł i jej wszystko na spokojnie wyjaśnił. Zamknęła też drzwi, by żaden kot go nie rozproszył, miała tylko nadzieję, że służba da sobie radę z ich wyłapaniem. Gdy to zrobiła, dosiadła się obok.

- Słucham. – Nie kryła lekkiej irytacji, w końcu ledwo co wróciła i była zmęczona po podróży, nawet bardziej niż Deryl mógł przypuszczać.
- Dzisiaj, niedługo przed twoim przybyciem, przyjechał Erwin. Powiedział, że ma dla ciebie tego tygrysa i małego tygrysa? Nie wiem, no te dzikie koty dziwne.
- Serwal i margaj, mówił mi, że są rzadkie i nie tak niebezpieczne jak tygrysy czy lwy – sprostowała.
- Nieważne, to kot i to kot. W każdym razie zapłaciłem mu, a on powiedział, że ma jeszcze młode kociaki i musi je szybko oddać, bo wyrusza po nowe okazy, a nie chciał ich wyrzucać, bo całkiem ładne i pomyślałem, że spodoba ci się taka niespodzianka, ale nie wiedziałem, że to będzie aż sześć kotów do cholery i nie wszystkie to kociaki…
- To, co ty, nie widziałeś, co ci wciska? – spytała coraz bardziej zirytowana. "Co za ofiara losu" – westchnęła w myślach.
- Zaniosłem klatkę z tymi twoimi dwoma do środka, a potem on mówił, że tamte albo razem, albo wcale i tak szybko, jak wyciągnął klatkę z nimi, tak szybko odjechał…
Pradawna naprawdę już nie miała słów do swojego męża. Gorzej niż z dzieckiem.
– Nigdy więcej nie załatwiaj żadnych spraw w moim imieniu. – Wstała i poszła zobaczyć, jak idzie służącym.

Gdy odchodziła, Anubis jeszcze syknął dość agresywnie w stronę elfa, który skrzywił się - miał już dość ataków zwierząt na jego osobę.
Służba spisała się świetnie, wszystkie były wyłapane i nawet dawały się głaskać. Pewnie Deryl narobił takiego zamieszania, że się rozbiegły wystraszone biedactwa. Thoti również był w środku i właśnie zacieśniał więzy z serwalem.

- Shirus! – Elf wybiegł z jej komnaty jak oparzony i podał jej jakąś kartkę.
- Co to?
- Erwin mi to wręczył, jakieś wskazówki co do opieki nad tym tygry… serwalem. I tym drugim serwaloczymś.
- Mhm… - mruknęła i wzięła notkę od Deryla.
- Będziesz chciała zachować te wszystkie koty?
- I tak myślałam nad założeniem jakiejś hodowli, a w ten sposób sprawdzę, czy się nadaję. – Wzruszyła ramionami, uśmiechając się lekko, choć naprawdę marzyła, by pójść już spać.

Podeszła do służących. Spojrzała na serwala i margaja, z nimi było wszystko w porządku. Oswojone zgodnie z umową i grzeczne, jak już się uspokoiły po zamieszaniu. Reszta natomiast to były dwa dorosłe kocury, jeden młody kot i trzy kociaki. Shirkhana ciężko westchnęła - nie mogła ich przecież wyrzucić, większość faktycznie była młoda.

- Dobra, niech zostaną wszystkie – oznajmiła i rzuciła elfowi gniewne spojrzenie.
- Chciałem dobrze, wiem, że lubisz koty…
- Lepiej nic już nie mów.

Nakazała służbie nakarmić zwierzaki, sama naprawdę musiała się zdrzemnąć, była zmęczona i przemyśleć to wszystko.

Minęło kilka dni, Shirkhana w końcu przestała się gniewać na Deryla, bo w sumie nie chciał zrobić nic złego, a że nie był zbyt bystry to już nie jego wina. Wszystkie koty dostały imiona, serwalica, jak się okazało, dostała imię Plamka i wprawdzie nikomu krzywdy nie robiła, jednakże wszelkie tłukące się przedmioty albo musiały zostać schowane, albo już dawno były zbite. W rozrabianiu nie gorsza była Marchewka, młoda ruda kotka ze śmiesznymi, pędzelkowatymi włoskami na końcówkach uszu. Miały zdecydowanie za dużo energii. Margaj natomiast głównie przesiadywał na drzewach w ogrodzie i lubił się chować. Demon, czyli czarny kot z tajemniczym medalikiem na szyi bywał niekiedy straszny przy tym swoim obserwowaniu wszystkich nawet w środku nocy. Właśnie dlatego tak go wszyscy nazywali. Drugi kocur, pstrokaty w czarne i białe ciapki dostał imię Bajzel, wciąż tarzał się w ziemi i dodawał roboty sprzątaczkom.
Maluchy zaś były najmniej kłopotliwe, trzymały się razem albo przy Marchewce, która je przygarnęła, choć sama była dość młoda.
Tego dnia jednak późnym popołudniem zastała białą Pietruszkę i trójkolorową Nutkę zawzięcie polujące na pióra z ogona Thotiego. Nie był z tego powodu zbyt zadowolony, zwłaszcza że trzeci, brązowy maluch Misha, właśnie wdrapywał mu się na grzbiet.
Shiri weszła na antresole i zasiadła przy swoim biurku. Próbowała coś zaprojektować na przyszłość, ale dziś opuściła ją wena. Po głowie ponadto wciąż chodził jej Zuriel. Wciąż o nim myślała. Nie wiedziała nawet, czy żyje. Tak dobrze teraz rozumiała te wszystkie kobiety, które oczekiwały swych mężów, aż ci wrócą z wojny.

- Myślisz, że wróci? – spytała kotowęża, który słysząc pytanie, zszedł z jej ramion na biurko.
- Nie jesssst tak łatwo zabić anioła, przecież wiesz – powiedział, patrząc jej prosto w oczy. Ktoś inny z pewnością by się zląkł tego niemal hipnotyzującego spojrzenia.
- Może powinnam zapomnieć i skupić się na swoim małżeństwie…
- Co ci po nim? Nie wykrzessssasz z tego miłości.
Smoczyca się skrzywiła od natłoku myśli, wtem do smoczycy przybiegł iring.
- Shiri ratuj mnie przed tymi małymi bestiami, wszystkie pióra mi powyrywają!
- Uciekasz przed kociakami? Żałosne – skrytykował Anubis.
- I kto to mówi, wyczarowali ci dwie łapy, a i tak ciągle przemieszczasz się na ramionach Shirkhany – zarzucił mu Thoti.
- Nie kłóćcie się już – westchnęła pradawna. Zdążyła już polubić tamte koty, jednakże iring i kotowąż byli dla niej najważniejsi. Nawet z Derylem nie miała takiej więzi. Trudno się jednak dziwić, cud, że w ogóle udało im się wejść na grunt neutralny.

Pradawna pogłaskała swoich towarzyszy i w celu znalezienia sobie jakiejś książki do poczytania zeszła na dół. I tak nie miała większych planów na ten dzień, chciała zwyczajnie odpocząć po ostatnim zleceniu. Najpierw obeszła całą komnatę w poszukiwaniu idealnej lektury i gdy wreszcie ją znalazła zasiadła na fotelu i nawet nie zauważyła, jak szybko czas jej minął. Słońce właśnie zaczęło swoją wędrówkę po niebie, by ustąpić miejsca księżycowi.
Niespodziewanie rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę! – zawołała.
- Dobry wieczór, Shirkhano – uśmiechnął się Deryl, tłamsząc Mishe, on już też się przyzwyczaił do tych futrzaków.
- Dobry wieczór… - Spojrzała na niego nieufnie. Zawsze, gdy nie skracał jej imienia, był podejrzanie poważny.
- Muszę wyjechać na kilka dni do Rubidii i najlepiej, jeśli zrobię to, no w sumie teraz…
- …Chwileczkę jak to teraz? Dlaczego nic wcześniej nie mówiłeś? – zdziwiła się pradawna.
- Muszę pozałatwiać pewne sprawy. – Skrzywił się, a jego mina wręcz błagała, by smoczyca nie zadawała więcej pytań.
- Deryl... – Spojrzała na niego niezadowolona.
- Ja wiem, że będzie ci brakować tak silnego i zaradnego mężczyzny u boku, ale ty też taka słaba nie jesteś, więc wierzę, że zdołasz przetrwać tę rozłąkę – powiedział dumnie, kładąc dłoń na jej ramieniu.

Shirkhana prawie parsknęła śmiechem, zwłaszcza że niedawno musiała go ratować przed krwiożerczą bestią, która była zagrożeniem jedynie dla cennych waz i rzeźb, które mogły się stłuc.

- No dobrze, to chociaż cię odprowadzę – powiedziała, usiłując zachować poważną minę. Elf czasami wyjeżdżał, jednak zwykle informował ją o tym wcześniej. Aktualna sytuacja była dość niezwykła. Nie miała jednak najmniejszej ochoty go śledzić, by przekonać się, że może mieć kochankę. Przynajmniej miałby kogoś, kogo kocha.

Białowłosa odprowadziła go i patrzyła jeszcze chwilę jak odjeżdża, po czym wróciła do środka. Rozkazała przygotować sobie gorącą kąpiel. Wciąż myślała o niebianinie, zastanawiała się, czy istnieje jakikolwiek sposób, by sprawdzić czy żyje lub się z nim skontaktować. Woda wkrótce stała się zimna i zmusiło ją to do szybkiego wysuszenia się i ubrania.
Szybkim krokiem dotarła do swojej komnaty i zamierzała się położyć.
Niebo na zewnątrz się zachmurzyło i nadchodziła burza, było zbyt ciemno by cokolwiek poczytać nawet przy świetle świecy, którą zawczasu zapaliła. Postanowiła czym prędzej zasnąć, nim grzmoty jej to uniemożliwią.
Wszystko poszło zgodnie z planem aż do połowy nocy, gdy potężny grzmot wybudził Shiri z głębokiego snu. Świeca wciąż się paliła. Smoczyca ziewnęła przeciągle i miała zamiar wrócić, spać, ale nagle usłyszała jakiś dziwny dźwięk. Poszła więc to sprawdzić, bo miała wrażenie, że to jednak nie był żaden kot.
Awatar użytkownika
Rubedo
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Diabeł
Profesje: Zabójca , Złodziej , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Rubedo »

        Burza szalała nad nimi z pełnią swej mocy. Deszcz był bezlitosny i zimny, z każdą chwilą coraz bardziej przekształcając grunt w trudne do przejścia błoto. Pioruny, niczym momentalne blizny na sklepieniu nieba, pojawiały się i znikały, oświetlając swym potężnym blaskiem wszystko w swym zasięgu. Gdyby nie one, wszystko dookoła byłoby niczym pochłonięte przez smołę - kłębiące się w powietrzu chmury burzowe były gęste i czarne jak Otchłań. Ich bezkres skutecznie blokował widok na gwiazdy. Nawet księżyc, oko samego Prasmoka, było bezsilne wobec obecnej pogody, która była równie paskudna, jak obecny humor Rubedo.

        Był przemoknięty, jak i również wszystko, co na sobie miał. Praktycznie od pasa w dół był cały umazany błotem, którego bezkres ciągnął się przed nim tak daleko, jak daleko jego wzrok sięgał w momentach, gdy błyskawice oświetlały mu drogę. Wciąż czuł ból w kościach po tym, co go spotkało w Valladonie, co zresztą działało mu na nerwy szczególnie mocno. Skąd miał wiedzieć, że tamta biblioteka jest miejscem, które w wolnym czasie odwiedza regularnie z tuzin strażników miejskich? Z początku walka była przyjemna, ale szybko stracił przewagę, gdy zjawiło się tych setka, a kolejne dwie czekały przed budynkiem. Zginąłby, gdyby nie to, że jest potrzebny Szefowi, który przeteleportował go w pizdu i dalej, poza mury miasta, przez co jedyne, co było ranne, to diabelska duma. I plecy, gdyż te oznaczone były przez cięcia mieczem na wskroś i wciąż krwawiły, ale diabeł był zbyt wkurzony, by odczuwać ból, czy choćby nawet zwrócić uwagę na ciągły upływ krwi. Nie oznaczało to jednak, że nie wpływało to na niego - jego ruchy były o wiele wolniejsze, a zmysły z lekka przyćmione.

        Nie potrzebował jednak być w najlepszej kondycji, by widzieć następny cel - samotna posiadłość otoczona murem, która była na tyle oddalona od miasta, by nie trzeba było się martwić o patrole strażników miejskich czy postronnych przechodniów. A przynajmniej to mówił głos w jego głowie.

“Pobyt w mieście był bezowocny, czym jestem wielce zawiedziony. Jestem jednak świadomy tego, iż być może posłanie ciebie zamiast kogoś z większą dozą finezji wiązało się z ryzykiem niepowodzenia. Dlatego też wiedz, że twoja porażka jest ci wybaczona.” - Głos dochodził do jego głowy wprost z czeluści Otchłani, gdzie ukrywał się Ker’narin, czyli “Szef”, jak to Rubedo zwykł go określać. - “Nie było to jednak w pełni na marne. W międzyczasie zdobyłem informację od innej istoty, z którą utrzymuje kontakt. Właścicielka budynku, do którego idziesz, powinna mieć księgozbiór dorównujący temu, co widzieliśmy w mieście, a jak dotąd, moja magia nie wyczuwa żadnej istoty, którą można by uznać za strażnika czy kogoś o podobnej profesji. Mam jedynie nadzieję, że poradzisz sobie z nieuzbrojonymi cywilami, gdyż twój dotychczasowy ciąg porażek wcale mi się nie podoba. Czy jest to zrozumiałe dla ciebie, diable?”

- Jak ci się nie podoba, to sam sobie idź po te książki. A teraz daj mi spokój, póki wciąż mam ochotę robić to, co chcesz. - Rubedo przywykł do odpowiadania na głos, pomimo tego, iż sama myśl by wystarczyła dla demona, który utrzymywał z nim kontakt.

“Nie zapominaj, z kim rozmawiasz. Jedno złe słowo, a uznałbym twoją pracę dla mnie za zakończoną… Jednakowoż, na drodze wyjątku spełnię twoje życzenie. Przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny jesteś zdany tylko na siebie, a ja będę jedynie obserwował.”

        Rubedo aż wykrzywił twarz ze zdziwienia. Szef się go posłuchał? Cóż, chyba świat się kończy, taka myśl przeszła przez głowę piekielnego. Gdyby tylko diabeł wiedział, że Ker’narin wyczuł obecność silnej istoty - czyli smoczycy - w posiadłości, to nie cieszyłby się z tego, że przez najbliższy czas będzie zdany tylko i wyłącznie na siebie. Rzecz jasna nie wliczał Cukiereczka, który obecnie skakał dookoła Rubedo, rozbryzgując błoto wszędzie dookoła, w tym także na coraz bardziej zirytowaną twarz czerwonoskórego.

- Słowo daję, gdyby nie to, że jesteś przydatny, gdy przyjdzie co do czego, to bym zrobił z twojej skóry płaszcz. Albo szmatkę… - warknął w stronę swego nieobjętego klątwą rozumności towarzysza, który w najlepsze kontynuował zabawę wśród deszczu, błota i grzmotów.

        Przez najbliższe kilkaset kroków zbliżali się do muru, który otaczał posiadłość. Brama wejściowa, jak i również ścieżka do niej prowadząca, była w zasięgu wzroku, ale za daleko jak na gust Rubedo. Dlatego też, po chwili wskazał palcem na mur, po czym przemówił do swojego “zwierzaczka”.

- Musimy się przedostać. Zrób przejście.

        Po chwili “patrzenia” to na mur, to na diabła, Cukiereczek podszedł do rogatego, który to w tym momencie zrozumiał, że spartaczył sprawę poważnie. Mógł powiedzieć coś pokroju “zniszcz” albo “rozwal”, gdyż słowo “przedostać” najwyraźniej Cukiereczek zrozumiał bardzo, bardzo inaczej niż on, bowiem po krótkiej chwili… rzucił Rubedo nad murem, tak, że ten z pluskiem błota wylądował po wewnętrznej stronie. Ledwie wstał na nogi, otrzepując nadmiar wody i mokrej ziemi z twarzy, gdy nagle wylądował obok niego, prawdopodobnie w wyniku pojedynczego skoku, Cukiereczek, przez co nowa fala błota okryła szczelnie jego twarz po raz kolejny.

- Znajdź drzwi… Rozwal drzwi… I nie rzucaj mną! - krzyknął, w międzyczasie doprowadzając się na tyle do ładu, by chociaż był w stanie widzieć, a i by nie obciążała go nadmierna ilość błota. Tym razem podróbka Kaer Natherina wykonała swoje zadanie zgodnie z tym, co miał na myśli diabeł. Na całe szczęście prosty umysł Cukiereczka już zapoznany został z tym, czym są drzwi, więc ich znalezienie i rozpoznanie nie było problemem. Wysoka, nieludzka istota zbliżyła się do nich, zamachnęła się obydwoma rękoma, po czym z całej siły uderzyła. Huk był potężny, jednak szczęście było po stronie Rubedo - dźwięk drzwi, które zostały wyrwane z zawiasów i runęły na podłogę, został zagłuszony przez potężny grzmot, który zarazem obudził właścicielkę budynku.

- Choć raz muszę przyznać, dobra robota - powiedział Rubedo, gdy stanął obok Cukiereczka. Czerwonoskóry wciąż był umazany błotem i pozostawiał za sobą wyraźny ślad tejże, ale przynajmniej nie był przez tę substancję oślepiony. - Za mną. Musimy się ogarnąć, bo jeśli poplamimy choć jeden tom, to możemy pożegnać się z życiem…

        W ten sposób nikczemna dwójka ruszyła, zostawiają za sobą zarówno kompletnie zdewastowane wejście, jak i również ciągnący się za nimi ślad z ziemi, błota i resztek traw, które się przyczepiły do nich wraz z brudem. Szybko opuścili pomieszczenie wejściowe, w którym to teraz śpiąca służba witałaby gości, udając się korytarzami wgłąb tego prywatnego pałacu, tylko tak bowiem można było określić tak bogato wystrojone miejsce. Po kilku minutach błądzenia odnaleźli miejsce, gdzie właścicielka spory kawał czasu temu brała kąpiel - służba najwyraźniej miała pozbyć się wody następnego ranka, gdyż ta wciąż była na miejscu.

- Jak to mówią ludzie w tych sytuacjach? “W dziesiątkę”.

        Nie próbowali się nawet skradać wcześniej, nic więc dziwnego, że z balii z wodą, w której wcześniej relaksowała się Shirkana, skorzystali głośno i w najgorszy możliwy sposób. Po kilku chwilach słownego i migowego przekazywania swego pomysłu do Cukiereczka, Rubedo wraz ze swoim towarzyszem podnieśli balię z wodą nad swoje głowy - głównie Cukiereczek, jako że był silniejszy od diabła - by wylać następnie z niej całą zawartość. W ten oto sposób na korytarz, z pomieszczenia, w którym się znajdowali, wypłynęła rzeka wody i mydła wymieszanych z brudem, jakiego posadzka tej posesji nie widziała. Zresztą zaraz po tym z hukiem poleciała, wprost w ścianę, sama balia, teraz już pusta. Cukiereczek i Rubedo, teraz czyści, choć cali przesiąknięci wodą, wyszli z pomieszczenia, które zdewastowali, by doznać niecodziennego widoku - po jednej stronie była armia kotów… i istot, które chyba w domyśle też można nazwać kotami. Wszystkie wpatrywały się na nich z różnym stopniem zainteresowania całym tym rabanem.

        Z drugiej strony, a zarazem tej samej strony, do której spływała błotnista niby-rzeczka, stała jakaś szlachcianka, chyba dopiero co obudzona ze snu. Diabeł czekał niecierpliwie na krzyk paniki ze strony kobiety. Cukiereczek w międzyczasie po prostu stał u bo… A nie, już nie stał. Pod nieuwagę Rubedo podszedł do kotów i zaczął głaskać te odważniejsze, co przed nim nie uciekły. A te, co uciekały, po chwili chwytał swoimi długimi łapskami, co by je także pogłaskać. Rzecz jasna wciąż był mokry, przez co wszystkie wygłaskane koty kończyły zmoknięte i z futrem, które było zmierzwione we wszystkie strony świata. Tyle dobrego, że jego skóra była w dużej mierze odporna na kły i pazury obecnych tu kociaków.
Awatar użytkownika
Shirkhana
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Inna , Rzemieślnik , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Shirkhana »

Shiri szła korytarzem w stronę, gdzie usłyszała hałas. Nie bała się, była nieco zirytowana, że musiała wstać w środku nocy. Thoti wraz z Anubisem również wstali, kotowąż wgramolił się na szyję iringowi i ruszyli tropem pradawnej. Smoczyca szybko dotarła do drzwi wejściowych i ujrzała ślady włamywaczy. "Złodzieje, ach tak?" – pomyślała zdenerwowana i już zaczęła obmyślać jaką nauczkę dać tym, którzy ośmielili się wejść na jej teren nieproszeni. Powoli poszła tropem z błota i kawałków traw. Aż jej było szkoda sprzątaczek, które zobaczą to z rana, no, chyba żeby zagoniła tego bandziora do sprzątania jakimś cudem.

Wtem rozległ się kolejny hałas. Pradawna aż się wzdrygnęła, nie oczekując takiego głośnego zachowania, natychmiast pobiegła w stronę, z której dochodził.
Tymczasem włamywaczy zdążyły już przyłapać koty. Nutka, Misha oraz Pietruszka starały się schować przed dziwaczną istotą bez twarzy, ale były zbyt małe, więc stwór bez trudu je łapał. Z początku miauczały żałośnie, ale później, gdy spostrzegły brak złych zamiarów względem nich, nawet zaczęły mruczeć, choć co chwilę próbowały otrzepać futro z wody. Bujo natomiast gdzieś się schował, nie był zbyt towarzyski w przeciwieństwie do serwalicy, która zainteresowana diabłem bardziej niż potworkiem zaczęła się do niego łasić. Reszta kotów zaś kręciła się obok Cukiereczka, jedynie Demon trzymał się z daleka i patrzył na piekielnego bardzo wnikliwie.

- Kto tu jest? – zawołała w Shiri, gdy dotarła do włamywaczy. Nie była zadowolona, przez te głupie zabawy miała teraz całkiem przemoczone stopy. Oświetliła ich bardziej i zaniemówiła. Dziwne… Coś głaskało jej koty, a drugie to był… diabeł. Zuriel opowiadał jej o stworzeniach z Piekła. Smoczyca nie bardzo wiedziała jak reagować.

Przez chwilę stali tak patrząc na siebie. Cukiereczek był intrygujący, nie miał twarzy, ale wydawał się czymś w rodzaju sługusa - nie robił nic złego, póki mu nie kazano. Shiri była tego prawie pewna, bo raczej diabeł nie kazałby mu głaskać futrzaków. Sam piekielny natomiast wyglądał wyjątkowo łagodnie w porównaniu do opisów anioła o czerwonoskórych, potężnych i tępych, rogatych bestiach.

- Jesteś… diabłem? – spytała, bo zaczęła mieć wątpliwości. Po chwili oczywiście chciała go oskarżyć o włamanie, ale spostrzegła ciemną kroplę, która spłynęła z pleców Rubedo i pozostawiła na posadzce szkarłatny świat. Białowłosa podeszła do piekielnego i obejrzała go na szybko. Od razu zauważyła, iż jest ranny.

- Ty chyba nie chcesz mu pomóc? – spytał Anubis, który dosłownie przed chwilą dotarł tu wraz z Thotim, pradawna rzuciła mu jedynie bezradne spojrzenie i wzruszyła ramionami, chyba miała za dobre serce.

- Krwawisz… Chodź. – Chwyciła go za dłoń bardzo stanowczo i zaczęła ciągnąć w stronę jednej z szafek stojących obok miejsca, gdzie stała balia, która teraz była wywrócona do góry nogami, kawałek dalej. Wyjęła z niego zwinięte bandaże. Zwykle była przygotowana na niespodziewane – Ściągnij koszulę – rozkazała.

Przygotowała sobie bandaż, ale piekielny nie wykonał jej polecenia. Smoczyca westchnęła, chciała mu pomóc, a ten nawet nie chce współpracować, ale czego innego mogła oczekiwać po diable.

- Uparty jak osioł – prychnęła pod nosem i sama delikatnie podniosła mu koszulę, a Anubis podpełzł bliżej by w razie czego obronić Shirkhanę. Cały czas syczał lub prychał, na diabła szczerząc z dumą i groźbą swoje kły jadowe. Niech no tylko rogaty spróbuje zrobić coś nie tak.

Przy asyście Anubisa i Demona, Shiri szybko się uwinęła i opatrzyła piekielnego. Nie mogła go tak zostawić, ale sama sobie wyrzucała, jak bardzo skarciłby ją za to jej ukochany anioł.

- Gotowe. A teraz tłumacz się, co robisz w mojej posiadłości, czemu ją demolujesz i zakłócasz mój cenny sen? – zapytała z pełną powagą. "Czemu ja mu w ogóle pomogłam?"
- No i co to właściwie jest?! – Wskazała palcem na istotę bez twarzy. "Powinnam go zabić, to byłoby właściwe".
- I nie próbuj uciekać i tak cię złapię. – Uśmiechnęła się niebezpiecznie, chciała wiedzieć, dlaczego tu przyszedł, przez głowę przemknęła jej myśl, że może ma coś wspólnego niebianinem bliskim jej sercu. – Mówi ci coś imię Zuriel? – spytała jeszcze, nie mogła się powstrzymać, to było dla niej zbyt ważne.
Awatar użytkownika
Rubedo
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Diabeł
Profesje: Zabójca , Złodziej , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Rubedo »

        Czuł, jak każdy jego mięsień czeka z niecierpliwością na choćby najsłabszy sygnał. Jego ręce i nogi drżały, gotowe by przejść do ataku, gdy tylko powietrze przebije skowyt przerażenia ze strony kobiety. Już wyobrażał sobie to jak zatraca się w chwili, gdy świat dookoła pokryją nagłe rozbryzgi krwi. Każdemu atakowi towarzyszyłby pewnie nieludzki skowyt, dźwiękowa manifestacja cierpienia wydobywająca się z ust, które z czasem zalałaby wszechobecna krew. Kończyny, wpierw aktywnie odpierające jego ataki, z każdym kolejnym rozszarpanym mięśniem straciłyby na zdolności opóźniania nieuniknionego. A gdy ta zabawka już nie będzie przynosiła radości, znajdzie kolejne - musiały tu być choćby i służki, choć kto wie, może ta, która wyglądała na jedną z głównych osób w posiadłości, posiada dzieci? A może i męża. Albo też przesypiają tu jacyś goście… Każda opcja rozgrzewała serce diabła, które teraz paliło go od środka niczym rozżarzony węgiel. Ile jeszcze ma czekać, aż szok minie i kobieta zacznie piszczeć na jego widok?! On chciał zająć się nią tutaj, teraz, JU-

- O żesz!? - Ledwie poczuł kontakt na swojej prawej nodze, a już jego ręka próbowała wydrapać oczy nieistniejącego przeciwnika. Zamachnął się na wysokości głowy przeciętnego człowieka i dopiero ocknął się z paniki po kilku sekundach, oddychając z trudem. Nadal w gotowości bojowej spojrzał na źródło, czyli w dół, prosto na… sporego kota. Futrzak wyglądał egzotycznie, a przynajmniej nie tak, jak przeciętne koty, które zdarzało mu się mijać podczas przemieszczania się zaciemnionymi uliczkami miast. To jednak, że pchlarz zdawał się oddawać cześć jego nodze, potwierdzało, że bez wątpienia ma do czynienia z tym do bólu irytującym rodzajem zwierząt.

- Nie mam czasu, by cię poćwiartować… Masz szczęście. - Te słowa, które wychodziły spomiędzy jego zaciśniętych zębów niczym zwierzęcy warkot, skierowane były do serwalicy, którą to niezbyt delikatnie odepchnął od siebie nagłym ruchem nogi. Nie miał serca do zwierząt. Do ludzi też, ale to z powodu jego natury, tymczasem niehumanoidalne i często bezmyślne żyjątka były po prostu nie do zniesienia dla czerwonoskórego. - Cukierek, zeżryj tego Sk... urczybyka?

        Dopiero teraz odwrócił się za siebie, by móc ujrzeć swojego towarzysza w zbrodni. Wcześniejsze kocie odgłosy, które docierały do jego uszu, były ignorowane, przez co zaskoczenie rogatego było nie do opisania. Po chwili jednak, gdy szok minął, przybył gniew. Gdyby wzrok mógł zabijać, szlag by trafił cały kontynent, a epicentrum byłoby dokładnie w miejscu, gdzie stała podróbka Kaer Natherina, która to obecnie była w swoim prywatnym niebie. Długie, białe jak porcelana ręce, które w teorii powinny służyć tylko i wyłącznie do wyrywania żywcem flaków z każdego, kto stanie im na drodze, obecnie obejmowały koty. A konkretniej mówiąc, bezlicy towarzysz diabła miał obecnie w swym uścisku większość futerkowych żyjątek. Rzecz jasna były one przeszczęśliwe z tego wymuszonego grupowego uścisku, mrucząc z pełną mocą swych kocich wnętrzności dla przyjaznej istoty bez twarzy.

- ... - Rubedo podniósł obie ręce, które aż drżały od emocji. Nim jednak zdarł sobie gardło do krwi wielogodzinnym monologiem, poddał się, a ręce opadły w bezsilności. Cukiereczek był, jakby nie patrzeć, tępy jak lewy but w większości przypadków. Krzyczenie na kogoś, kto nawet nie rozumie większości zdań, byłoby stratą zarówno czasów, jak i nerwów. Zamiast tego wolał spożytkować czas produktywnie… jak choćby na bliższe poznanie ze szlachcianką, która wciąż milczała. "Pewnie niezdolna do ruszenia się z miejsca od ataku paniki", myślał Rubedo, gdy zaczął odwracać się w stronę Shirkany, coby jeszcze chwilę napawać się widokiem swojej następnej ofiary.

        To, co się stało, nie było tym, czego się spodziewał. Kobieta zadała pytanie, głosem, który nie drżał ze strachu. Nie pytała nawet o to, czy zostanie oszczędzona! Jak nigdy nic postanowiła zapytać się o jego rodowód, tak jakby ten nie był oczywisty. Przez chwilę zaczął podejrzewać, że jego rozmówczyni po prostu postradała rozum albo też od zawsze nie była posiadaczką klarownego umysłu. Ta teoria jednak runęła w gruzach, gdy dystans między nimi został zmniejszony i to nie przez Rubedo. “Czy ona wie, co robi?! Jak może zbliżać się do mnie? Życie jej niemiłe”?! Aż nie przejął się faktem, że coś, co wyglądało na absurdalną krzyżówkę kota z wężem, zaczęło przemawiać w mowie wspólnej. Zamiast tego nie odrywał oczu od białowłosej, która to nie dość, że była tuż obok niego, to jeszcze dalej zachowywała się w sposób, który przeczy logice.

- Nigdzie z tobą ni-

        W momencie gdy złapała jego dłoń, wszystko stało się jasne. Niemal natychmiast wszystkie jego pierwotne, niemal zwierzęce instynkty zaczęły krzyczeć, wrzeszczeć i szaleć w jego ciele. Serce zaczęło bić tak szybko, jak było to fizycznie możliwe, a nogi podświadomie zaczęły szykować się do ucieczki. Każdy fragment jego piekielnego ciała krzyczał jednogłośnie o tym, że ma do czynienia z kimś potężnym. Na tyle potężnym, że przez umysł diabła przeleciały wspomnienia tego, jak jego obecny szef pomiatał nim w pomieszczeniu bez okien i drzwi, gdzie każde działanie, poza absolutną i bezwzględną kapitulacją, było skazane na porażkę.

        W myślach zaczął wołać o pomoc. Magiczną tarczę, by oddzielić go od niepowstrzymanej siły przed nim. Eksplozję, która pozwoliłby na odwrócenie uwagi tajemniczej kobiety. Zaklęcie teleportacji, dzięki któremu mógłby opuścić to miejsce. Nikt jednak nie odpowiedział na jego lamenty - Kaer’Narin, zgodnie ze swoją obietnicą, w ciszy obserwował bieg wydarzeń, nie wtrącając się pomimo desperacji piekielnego. A to sprawiło, że w diable kotłowała się furia, zrodzona z jego bezsilności i bezradności, której nie był w stanie zaakceptować. Zaczął powarkiwać, nie mogąc powstrzymać rozpierającej go irytacji. Spoglądał na potężną istotę w skórze delikatnej kobiety, która to prowadziła przez kilka chwil. Nie wiedział, co takiego widziała jego przewodniczka w tym, że krwawił, ale miał wystarczająco mocną wyobraźnię, by wiedzieć, że prawdopodobnie nie chciał wiedzieć zawczasu co go będzie czekać.

        Gdy okazało się, że celem szlachcianki było bandażowanie jego ran, Rubedo spojrzał na oferującą pomocy z wyrazem twarzy, jakby właśnie zjadł cytrynę, wraz ze skórką i drzewem, na którym rosła. Jakby tego było mało, ta kobieta - o ile rzeczywiście była kobietą, a nie bestią skrywającą się w skórze takowej - domagała się, by ten obnażył się przed nią. Może i była na tyle silna, by wzbudzić w nim instynkty obronne i nie stawiać otwartego oporu, ale swoją godność miał, więc, zamiast spełnić jej życzenie po prostu odsunął się na krok, wydając z siebie gardłowy odgłos niczym dzikie zwierzę gotowe do ataku. Nie chciał atakować, wiedział, że walka była z góry przesądzona, ale kto wie, może ta istota o tym nie wie, i dzięki temu da mu spokój i zakończy ten absurd?

        Zamiast tego smoczyca zabrała się za samodzielne ściąganie jego odzienia. Diabeł nie ułatwiał tego ani trochę, ale nie było otwartego oporu - nie chciał wiedzieć, co by się z nim stało, gdyby próbował jej przeszkodzić, szczególnie że tym razem nie było nikogo, kto by mógł w stanie go ożywić bądź ewakuować. Nie pomaga też to, że Cukierek, ten przeklęty zdrajca, wciąż wcierał w siebie te wszystkie koty, jakby próbując przytulić je tak mocno, by wcisnąć je w siebie.

- Czemu miałbym ci cokolwiek powiedzieć?! - odezwał się natychmiast po tym, gdy bandaże szczelnie zakryły jego rany, a pytania smoczycy zostały zakończone. Coraz bardziej doprowadzały go do szału. - Powinienem już dawno cię... - Nie dokończył groźby, nie wiedząc, czy nie wykopie on sobie w ten sposób grobu. - Zróbmy tak. Dasz mi wszystkie książki, jakie masz, a ja przemyśle to, czy warto marnować mój czas na gadanie z tobą. - Próbował brzmieć pewnie, ale jego oczy zdradzały, że to był blef, marna próba powstrzymania ewentualnej walki, która skończyłaby się zakończeniem jego żywota.
Awatar użytkownika
Shirkhana
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Inna , Rzemieślnik , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Shirkhana »

Serwalica okazaną łaskę ze strony diabła, któremu nie chciało się rozprawiać z przydużym kotem, miała głęboko w nosie. Nadal łasiła się do jego nogi, ale sytuacja się pogorszyła, gdy została odepchnięta i spostrzegła ogon rogatego i od razu zaczęła na niego polować. Skorzystała z okazji, gdy towarzysz czerwonego wprawił go w osłupienie i skoczyła, łapiąc w zęby końcówkę jego ogona, po czym jak to kot, odskoczyła i zwiała gdzie pieprz rośnie.
Gdy w końcu nastąpiła konfrontacja z Shirkhaną, nie dostała ona odpowiedzi na swoje pytanie, aczkolwiek z każdą chwilą zyskiwała pewność, że odpowiedź jest twierdząca. Mimo to, wbrew zdrowemu rozsądkowi i choćby z szacunku do swego anielskiego ukochanego, postanowiła pomóc niecodziennemu włamywaczowi. Nie miał on na to najmniejszej ochoty, ale pradawna nie zamierzała pytać go o zdanie.

- Nie zachowuj się jak rozwydrzony bachor – powiedziała z irytacją. Piekielny nadal nie współpracował. Jednakże zwierzęcy odgłos połączony z odsunięciem się od pradawnej w celu uniknięcia ściągnięcia górnej części odzienia było dość dziecinne. Mimo to cierpliwość smoczycy wciąż jeszcze nie została wyczerpana i na siłę rozebrała diabła, na tyle na ile trzeba było. W końcu mogła opatrzyć jego rany, co o dziwo, poszło bez trudu.

- Może dlatego, że ci pomogłam albo gdyż… Cóż. Jesteś w moim domu, wszedłeś tu sam, ale to ja zadecyduje czy wyjdziesz – zagroziła. Zdecydowanie nie blefowała, dobrze wiedziała, że diabeł może mieć jakieś cenne informacje i nie zamierzała go tak szybko puścić. – Moje książki? – spytała zbita z tropu. – Po kiego diabłu książki? Z tego, co o was słyszałam, nie jesteście zbyt… oczytani.

Wtem piekielny mógł poczuć nagły ból z tyłu głowy, na tyle silny, że po chwili stracił przytomność. Shirkhana oczywiście od razu spojrzała na sprawcę. To był Zygmunt trzymający w ręku bardzo grubą książkę.

- Zygmuncie…
- Proszę wybaczyć, usłyszałem hałasy i odniosłem wrażenie, że należy zareagować nim sprawy przyjmą nienajlepszy obrót. Książkę za chwilę odłożę na miejsce – powiedział z pełnym spokojem, tym swoim łagodnym głosem.
- Dziękuję – odparła wciąż zaskoczona. – Mógłbyś przynieść jeszcze sznur? – spytała po krótkim namyśle.
- Oczywiście.

Nieco później, gdy Rubedo zaczął odzyskiwać przytomność, mógł spostrzec, że jest teraz w zupełnie innym miejscu niż wcześniej. Wokół panowała ciemność, którą z ledwością rozpraszała jedna pochodnia, włożona w uchwyt na nierównej ścianie. Sądząc po przenikliwym chłodzie i charakterystycznym zapachu znajdował się pod pałacykiem. Na dodatek siedział na krześle, kompletnie związany, a przed nim z założonymi rękami stała szlachcianka.

- No w końcu, już prawie zaczynałam się martwić – westchnęła. – To skoro wróciłeś, mam parę pytań i ty mi na nie odpowiesz. Zacznijmy od czegoś prostego jak twoje imię, chyba że mam ci jakieś wymyślić. Następnie powiesz mi, kto cię przysłał i czy wiesz coś o aniele imieniem Zuriel oraz czym jest to coś, co ze sobą przywlokłeś. A w nagrodę, jak będziesz grzeczny, mogę dać ci kilka książek. – Uśmiechnęła się pewna siebie. Miała szansę na zdobycie jakichś informacji i nie chciała jej zaprzepaścić. Wzięła Anubisa na ramiona, widząc, że Thoti, na którego grzbiecie siedział, jest zbyt przerażony i już pragnie się schować. Kotowąż natomiast mógł jej pomóc w przesłuchaniu. Tymczasem przerażający twór, który towarzyszył diabłu, był coraz bardziej oblegany przez koty, które zauważywszy, iż nic im nie grozi, wciąż domagały się pieszczot. Pan Zygmunt nie przeoczył tej sytuacji jednakże postanowił nie wchodzić w drogę bezlicej istocie skoro na dobrą sprawę nie robiła nic złego prócz przebywania tu będąc nieproszonym.
Awatar użytkownika
Rubedo
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Diabeł
Profesje: Zabójca , Złodziej , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Rubedo »

        Ta… kobieta, o ile takową faktycznie była, działała mu coraz bardziej na nerwy. Może i była potężna, ale to nie oznaczało, że piekielny będzie tolerował jej zachowanie! Z każdym kolejnym słowem coraz bardziej przypominała rozwydrzoną szlachciankę, przez co trudno było skupić się na tym, że pod jej pozornie ludzką postacią czai się coś, co rywalizuje z Szefuniem. Dlatego też, z każdym kolejnym pytaniem z jej strony, mina piekielnego coraz bardziej przypominała rozwścieczone bydle, a nie istotę rozumną. Apogeum narastającej furii miało miejsce, kiedy pradawna zasugerowała, że książki i diabły pasują do siebie jak woda i olej.

        Nim rozległy się krzyki, a czyjeś gardło padło ofiarą rozszarpana na strzępy, czerwonoskóry został pochłonięty przez intensywny ból głowy, a świat dookoła niego ogarnęła absolutna cisza i nieprzenikniona ciemność.

        Cukiereczek był zafascynowany tym, co obecnie pazernie próbował chwytać i trzymać blisko swojego ciała. Miękkie kulki futra, których łapki zaopatrzone były w przedziwne wypustki i drobniutkich pazurki, wydawały z siebie symfonię dźwięków, którą niedorobiony demon chciał słuchać bez końca. Jego długie, kościste palce obejmowały źródło jego puchatej przyjemności, nawet gdy te próbowały wyrwać się, gdy palce jego trzymały je mocniej, niż było to konieczne.

        Chwilę tego niezapowiedzianego relaksu przerwał odgłos piekielnego ciała uderzającego o ziemię. Skarbeniek niemal natychmiast obrócił swoją głowę w tamtym kierunku i choć nie posiadał oczu, to jednak jego zasilane magią zmysły pozwoliły mu bez trudu zaobserwować to, co się dzieje. Rubedo leżał bez ruchu, nad jego cielskiem stała miła kobieta, którą spotkali jako pierwszą, a tuż obok niej nieznany mężczyzna, który w ręku dzierżył książkę.

        Trybiki w głowie Cukiereczka bardzo szybko doszły do jedynego logicznego wniosku - diabeł śpi. Dookoła nie było widać napastników - kobieta była miła, nawet zrobiła coś, co zakryło rany piekielnego. Tymczasem mężczyzna trzymał książkę, a nieudany Kaer Natherin był na tyle mądry, aby wiedzieć, że książki się czyta, więc nie są bronią. Co za tym idzie, nie był obecny tutaj nikt, kto byłby zagrożeniem dla istoty piekielnej.

        Nim zdążył wrócić do rozkoszowania się towarzystwem kotów, kobieta wraz z mężczyzną zaczęli związywać Rubedo, a potem przenieśli go w inne miejsce. Nie chcąc zostawiać swego piekielnego towarzysza samego, Cukiereczek nabrał kotów w swoje ręce - co zaowocowało tym, że “wylewały” się z jego objęć - po czym ruszył za pozostałymi. W końcu co jak co, ale te ciekawe zwierzęta zdawały się nie przejmować tym, gdzie się znajdują, więc można bawić się z nimi gdzie indziej!

- Ugh… Co do licha?

        Pobudka była niezbyt przyjemna. Migrena, jaką odczuwał Rubedo, była tak mocna, że nawet najdrobniejszy dźwięk był porównywalny do rozochoconej pokusy w blaszanej zbroi na metalowym łóżku. Otworzył powoli oczy, mając nadzieję, że przynajmniej wizualnie będzie miał spokój, ale to, co zaobserwował, wcale go nie pocieszyło. Wręcz przeciwnie, krew zaczęła się gotować w jego żyłach - gdyby miał otwarte usta, to by zaczął gwizdać jak czajnik na ogniu, tak bardzo wrzał w nim gniew.

        Było ciemno i wilgotno, a powietrze było bardziej zatęchłe, niż było to konieczne. Podłoga i ściany z kamienia, oświetlone przez pojedynczą pochodnię, tylko potwierdziły jego obawy. Był w piwnicy, a tuż przed nim znajdowała się kobieta, która wydawała się znajoma…

“... Ożeż ty!”

        Chciał się rzucić na nią, ale sznury, którymi był owinięty, a które zarazem trzymały go twardo w objęciach krzesła, skutecznie powstrzymały jego szarże. Zachęcony w ten sposób do siedzenia w miejscu, rozglądnął się bardziej - obok czuwał dziwny mężczyzna, po ubiorze określił, że to pewnie lokaj kobiety. Niedaleko niego znajdował się Cukiereczek, który leżał na ziemi i głaskał wszystko, co się rusza, co w tym przypadku oznaczało tabun kotów o przeróżnych umaszczeniach. Ich połączone mruczenie było na tyle potężne, że Rubedo mógł zaobserwować, jak powietrze drży, poruszone mocą zadowolonych futrzaków.

“Czy tylko ja nie jestem w stanie zrozumieć, co takiego jest w tych bestiach?! Skurczybyki brzmią jak potwór z piekieł!”

        Jego ruchy głowy musiały uświadomić innym, że już wrócił do świata żywych, bo Shirkhana dała mu ofertę nie do odrzucenia, a przynajmniej na to wskazywały warunki, w jakich obecnie znajdował się diabeł. Wysłuchał wszystkiego, co miała ona do powiedzenia, nabrał głębszy oddech, po czym zaczął pod nosem odmieniać najlepiej znane mu przekleństwa na formę żeńską. W ten sposób zdołał odzyskać opanowanie i wymusić z siebie słowa, które nie skażą go na szybką i nieuchronną śmierć.

- Nazywam się Rubedo - zaczął, a każde słowo brzmiało, jakby czuł się zniesmaczony wypowiadając je. Nie podobało mu się, że rozmawia z dziewuszką… nawet jeśli nie planował odpowiadać na jej pytanie. - I przysłał mnie twój ojciec, po tym, jak zaimponowało mu to, co zrobiłem z twoją matką w ich wspólnym łóżku. Nie znam żadnego Zuriela, a przynajmniej żadnego, który jeszcze żyje.

Po tych słowach, które mogły się skończyć bardzo, ale to bardzo źle, Rubedo uznał, że nie ma już czasu na zabawy.

- Kim zaś jest mój towarzysz?... Twoją zgubą! Cukiereczek, rozszarp to ścierwo na strzępy!

        Rubedo patrzył z maniakalnym uśmiechem na swojego towarzysza, czekając, aż ten pokaże, jaka z niego maszyna do zabijania. Pseudo-demon zaczął obracać głową, patrząc to raz na diabła, to na kotki w swoim uścisku. W końcu została podjęta decyzja… oto bowiem Cukiereczek pokazał, że mądry jest i potrafi się uczyć nowych sztuczek, środkowy palec jego prawej ręki został bowiem dumnie zaprezentowany, w czasie gdy lewa ręka dalej rozkoszowała się mruczącymi z szczęścia koteczkami.

- Gdy tylko się uwolnię, ugotuje zupę z tych wszystkich kotów i będę ją z rozkoszą jadł na twoich oczach...
Awatar użytkownika
Shirkhana
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Inna , Rzemieślnik , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Shirkhana »

Shirkhana uniosła brwi w zaskoczeniu. Po opowieściach Zuriela obawiała się, że diabeł w pewnym momencie rozerwie sznury, którymi go związała i będzie chciał ją zamordować za to, co zrobiła, przy pomocy jakichś piekielnych sztuczek. Zamiast tego jednak ten cały Rubedo najwyraźniej był mocny jedynie w gębie. Westchnęła ciężko i przewróciła oczami. Nie bardzo wiedziała co dalej z nim zrobić - na początku skrycie i dość naiwnie liczyła, że okazana dobroć jakoś do niego przemówi i może się dogadają. Tymczasem było jeszcze gorzej, na dodatek ta dziwna kreatura nadal miętosiła jej koty, choć im to najwyraźniej nie przeszkadzało. Choć o to nie musiała się martwić. Przez chwilę jednak myślała, że po rozkazie piekielnego, stwór zmieni nastawienie i zrobi krzywdę jej zwierzakom. O siebie się nie martwiła - w końcu była smokiem. Zamiast tego jednak pokazał środkowy palec swemu… panu? Właścicielowi? Kto wiem czym był Rubedo dla tego tak zwanego "Cukiereczka". Rozbawiło to pradawną na tyle, że wybuchła śmiechem. Choć wiedziała, że to bardzo niepoprawne śmiać się z czegoś tak niekulturalnego.

- Jeśli się uwolnisz. Jeśli – podkreśliła, już z pełną powagą, po czym wyszła z pomieszczenia wraz z całą bandą kotów, za którymi podążył ten potwór.

Pan Zygmunt zamknął Rubedo w pomieszczeniu i ruszył w ślady za pozostałymi. Na górze Shiri rozważała co dalej. Mężczyzna oczekiwał na jej rozkazy, ale był cierpliwy i w jego towarzystwie nie czuła żadnej presji. Zawsze go podziwiała, ten spokój i opanowanie. Właśnie zamknęła prawdziwego diabła w piwnicy, a z jej kotami bawi się istota bez twarzy. Sama miała wątpliwości, czy to aby nie dziwny sen, a co dopiero przeciętny człowiek. Pradawna założyła, że po prostu musiał widzieć w swoim życiu tak wiele, że nic go już nie zdziwi. Ewentualnie również uznał, że to sen, wszak wciąż trwała noc. "Może jak się położę, to jutro wszystko będzie normalnie" – pomyślała, po czym zwróciła się do swego służącego.
– Dobranoc, Zygmuncie.
Usłyszawszy to, mężczyzna lekko się ukłonił i odmaszerował do swojej sypialni.
- A co z nim ssssrobimy? – spytał Anubis wiszący na jej szyi niczym szalik i wskazujący końcówką ogona na Cukiereczka.
- Chyba go tu zostawię… Ale kocięta zabiorę, one są za delikatne.
- Myślisz, że reszcie nic nie zrobi?
- Nie wiem, może byś go popilnował? Do rana już niewiele…

Kotowąż syknął z niezadowoleniem, zeskoczył z ramion smoczycy na podłogę i bez słowa usadowił się w bezpiecznej odległości od stwora, ale nie na tyle dalekiej by nie mógł szybko zbudzić Shirkhany śpiącej w komnacie obok. Białowłosa zabrała Nutkę, Pietruszkę i Mishę do swojego łóżka i na wszelki wypadek uchyliła drzwi. Pozostałe koty oddawały się pieszczotom ze strony Kaer Natherina.
Mimo wewnętrznego niepokoju smoczyca zasnęła twardym snem i spała aż do rana, gdy zbudził ją pisk sprzątaczki. Natychmiast wstała, budząc kocięta leżące w różnych częściach posłania i Thotiego, którego pawie pióra wystawały spod łóżka. Na boso pobiegła sprawdzić sytuacje. Kobieta zemdlała, na miejscu był Zygmunt, a Anubis… Bezczelnie chrapał zwinięty w kłębek!

- Panie Zygmuncie?
- Panienka wybaczy, nie zdążyłem jej zawrócić.
- Oczywiście, rozumiem. Proszę, pomóż jej dojść do siebie… I niech nikt nie nagłaśnia tej sytuacji — westchnęła i nie dowierzała, że ten stwór całą noc głaskał koty i nie zrobił im absolutnie żadnej krzywdy. Same plotki natomiast mogły być dla niej zgubne. Jeszcze pomyśleliby, że jest nienormalna, trzymając takie… coś i nie miałaby żadnych zleceń. A to mogłoby być jej najmniejszym zmartwieniem. Co jeśli fanatyczni niebianie uznaliby, że współpracuje z piekielnym? Jej spokojne życie dobiegłoby końca
– Jeszcze Zuriel za to domniemane sympatyzowanie z diabłem zaniechałby kontaktów ze mną… - szepnęła do siebie.
- Ta… Jakby sssię w ogóle kontaktował – dodał zgryźliwie wybudzony już Anubis.
- Miałeś pilnować reszty, a nie spać! – krzyknęła zezłoszczona, zaraz jednak wzięła głęboki wdech i wydech. – Prosiłam cię o pilnowanie reszty kotów, a ty, zamiast dzielnie stanąć na wysokości zadania, po prostu zasnąłeś. To niedopuszczalne – powiedziała już normalnym, choć nadal zdenerwowanym tonem.
- Jassssne… - Wskoczył jej na ręce, a następnie wpełzł na ramiona.

Pradawna poszła do kuchni wziąć coś do jedzenia i picia, po czym zeszła na dół, do celi gdzie całą noc przesiedział piekielny. Odstawiła kilka starannie przygotowanych kanapek i kubek świeżego mleka na podłogę, by otworzyć ciężko chodzący zamek. Przez niewielkie piwniczne okienko wpadało światło, centralnie na Rubedo, nie musiała więc chodzić po omacku. Wzięła jedzenie i stanęła przed diabłem. Sznury mimo usilnego szarpania nie puściły przez całą noc i nadal utrzymywały włamywacza na krześle.

- Dzień dobry… - zaczęła. – Przyniosłam ci coś do przegryzienia. Najpierw jednak chciałabym się dogadać. Nie wiem po ci książki, ale posiadam fundusze, by sprowadzić prawie wszystkie, jakie tylko byś zechciał. W zamian jednak prosiłabym w pierwszej kolejności o nieco ogłady, głównie jednak zależy mi na odnalezieniu Zuriela. On jest aniołem, ty jesteś diabłem… Na pewno często masz niebian na ogonie – próbowała ładnie ubrać w słowa, że chce go wykorzystać jako przynętę, by odnaleźć jej ukochanego. – Oczywiście zadbałabym o twoje bezpieczeństwo – zapewniła zaraz, choć sumienie wrzeszczało, że to wysoce nieodpowiednie, ale co zrobić, gdy w serce cierpi z tęsknoty i w efekcie popycha do desperackich kroków.
Awatar użytkownika
Rubedo
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Diabeł
Profesje: Zabójca , Złodziej , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Rubedo »

Ta ladacznica śmiała się z niego! ŚMIAŁA SIĘ!

        Rubedo miał ochotę przekląć ją oraz całe jej drzewo genealogiczne przy pomocy każdego znanego mu przekleństwa. A przekleństw znał wiele, w tym wiele wysublimowanych - po coś w końcu czyta książki! - które nawet najbardziej plugawe wilki morskie by do szoku doprowadziły. Już chciał uzewnętrznić swój słownik wulgaryzmów, kiedy to przerwały mu słowa smoczycy… czy też raczej wyzwanie.

“Osz ty niedorobiona szlachcianko! Będziesz inaczej piszczeć gdy tylko się uwolnię i uduszę cię wnętrznościami tego twojego przydupasa!”

        Nie chcąc marnować więcej energii na użeranie się ze śmiertelnikami, postanowił cicho poczekać, aż zostanie sam. Nie liczył na to, że Cukiereczek z nim zostanie i miał rację, on poszedł za kotami, a te poszły za mężczyzną i kobietą na parter. Gdy tylko drzwi zostały zamknięte, a odgłos kroków był nie do usłyszenia, diabeł zaczął szamotać się niczym opętany, mając nadzieję, że jego piekielna siła pozwoli mu w mgnieniu oka uwolnić się z więzów. Tak się niestety nie stało, ale to nie znaczy, że zaprzestał próbowania, bowiem obecnie był w nastroju na to, by być upartym niczym stado osłów.

- Chrzanić Cukiereczka, chrzanić szefunia! Sam się uwolnię, sam wybebeszę każdą żywą istotę w tej budowli, a następnie sam zbezczeszczę ich zwłoki tak bardzo, że w życiu po życiu zostaną piekielnymi, a wtedy wrócę do piekła i tak ich zmasakruje, że nawet energie piekielne nie będą w stanie ich naprawić! A WTEDY ZBEZCZESZCZĘ TO, CO Z NICH POZOSTANIE PO RAZ KOLEJNY! - Ostatnie zdanie wykrzyczał tak głośno, jak tylko mógł, ale dźwięk nie wydostał się poza pomieszczenie. Miejsce, w którym był uwięziony, było najwyraźniej zbudowane w ten sam sposób co lochy, było ono bowiem do bólu dźwiękoszczelne, co by ewentualni lokatorzy nie budzili tych, co przebywają w pozostałej części pałacyku.

        Przez resztę nocy miejsce, gdzie obecny był Rubedo, wypełniały nieustanne krzyki i przekleństwa, w czasie gdy diabeł bezradnie próbował choćby poluzować trzymające go więzy. Osoby odpowiedzialne za budowę krzesła, na którym przebywał diabeł, jak i również za przywiązanie tegoż diabła do wcześniej wspomnianego mebla, zasługiwały na dłoń księżniczki i pół królestwa za dobrze wykonaną robotę.



        Puchate kulki były fascynujące. Skarbeniek wprost nie mógł oderwać od nich wzroku, a nawet oczu nie miał jako tako! Gdyby mógł, to by wieczność z nimi spędził… a w sumie to mógł! Rubedo siedział na bardzo wygodnym krześle i nawet ktoś go obwiązał czymś długim, co by przypadkiem nie spadł z niego. Tymczasem kobieta i mężczyzna jej towarzyszący jedynie spoglądali na niego od czasu do czasu, dzięki czemu nic nie stało mu na przeszkodzie między jego bezlicym jestestwem a rozmruczaną gromadką.

        Po jakimś czasie zarówno dwunożna dwójka, jak i kocia gromada, wynieśli się z ciemnego i wilgotnego pomieszczenia, a Cukiereczek ruszył za nimi, nawet w drodze dbając o to, by istotom o cudownych łapkach nie zabrakło głaskania i czułości. W końcu zatrzymali się w jednym z ładnych pomieszczeń, gdzie beztwarzowa istota mogła przycupnąć na ziemi i poświęcić się w pełni uroczym stworkom, które wydawały z siebie cudne dźwięki pod jego dotykiem.

        Kobieta i mężczyzna o czymś rozmawiali, ale to nie było ważne… a nawet jeśli, to na pewno nie jest to coś tak ważnego jak mruczajki, które wręcz wtulały się w jego kościste paluszki. W każdym razie Cukiereczek może i był skupiony na kotach, ale też obserwował to co się dzieje. Dzięki temu zaobserwował zarówno obecność Anubisa, jak i również zabranie najmniejszych stworków przez białowłosą. Bezlicy nie miał nic przeciwko temu - pozostałych kotów miał dostatek, a poza tym tamte były malutkie, cichutkie i nie tak puchate jak pozostałe, więc ich strata nie była niczym poważnym. Kaer Natherin został sam z kotami, które pieścił tak długo, jak tylko mógł… A mógł to bardzo długo robić, czego dowodem było to, że głaskał koty nawet wtedy, gdy te zasnęły czy to obok niego czy też na nim. Tyle futra, tak mało rąk do czochrania!



        Poranek był… ciekawy, w opinii Cukiereczka. Koty jeszcze spały, a jego ręce wciąż miały siły, by głaskać i miętosić ich cudowne futerka, ale to rozkoszne zajęcie zostało przerwane przez bardzo piskliwy krzyk, a chwilę później także łoskot ciała uderzającego o podłogę. Cukiereczek bardzo szybko zapoznał się z sytuacją i równie szybko postanowił, że należy to zignorować. Biedna kobieta krzyknęła z radości na widok kotów, i tak się tym krzykiem zmęczyła, że natychmiast zemdlała… A przynajmniej tak to Kaer Natherin zinterpretował.

Przybycie białowłosej i mężczyzny okazało się o wiele spokojniejsze, ci najwyraźniej byli niejako odporni na magiczny wręcz urok, jakim emanowały futrzaki. No nic, głaskanie musi trwać!



        Rubedo czuł się jak rozwodniony nawóz. Świeży, wysoce aromatyczny i mocno rozwodniony nawóz. Całą noc nie spał, gdyż całą noc próbował się uwolnić i w ten sposób zmarnował ową całą noc. Jedyne co zyskał to ból i otarcia od liny, ale przynajmniej nikt nie obserwował go podczas jego zmagań, więc przynajmniej resztki tego, co kiedyś nazwałby dumą, mógł ocalić przed doszczętnym unicestwieniem.

        Poranne światło dbało o to, by nie zasnął, rażąc go w twarz bez litości. Zupełnie jakby sam Prasmok szczał na niego z niebios, z tym że używał do tego światła, a nie faktycznego moczu. Diabeł próbował sobie wmówić, że przynajmniej gorzej być nie może, ale wiedział, że to nie prawda, oto bowiem do jego prowizorycznego więzienia wróciła kobieta o włosach w kolorze dojrzałego męskiego nasienia. Przyniosła wraz ze sobą jedzenie i piekielny był zadowolony - nie z faktu, iż ma co jeść, a z faktu, że jedzenie przyniosła na metalowej tacce, przy pomocy której piekielny będzie mógł chlastać jej twarz, aż powyżej szyi nic poza krwawą miazgą nie pozostanie.

- Był dobry, póki się tu nie pojawiłaś, ty wrzodzie na mojej egzystencji - wycedził przez zaciśnięte zęby. Gniew i chęć mordu skutecznie przygłuszały głód, więc nie musiał udawać braku zainteresowania pożywieniem.

        Baba zaczęła gadać tym samym tonem co ostatnio, jakby była na herbatce z hrabiną, a nie patrzyła swemu przyszłemu oprawcy w oczy. Czy ona faktycznie była taka głupia, czy może upuścili ją w dzieciństwie i upadła głową na cegłówkę, tak z dwadzieścia razy? Ciężko było stwierdzić. W każdym razie Rubedo miał jej coraz bardziej dość i wprost nie mógł się doczekać powrotu szefa. Ten może i był skupiony na książkach, ale nie lubił opóźnień, więc może uda się od niego wybłagać zrównanie tego zamku z powierzchni ziemi… Ale to później. Teraz musiał uporać się ze szlachcianką od siedmiu boleści, wciąż oczekującą na jego odpowiedź.

- Nie wiem jakim cudem żyjesz, ale to chyba ingerencja magii albo samych bogów. Nigdy nie spodziewałem się, że spotkam kogoś, kto jest w stanie funkcjonować bez choćby śladowych pozostałości mózgu obecnych w swym do bólu pustym łbie - wycedził. Słowa jego niczym jad lub ogień piekielny, bezlitosne i mające na celu zranić. - Nie ma i nie będzie żadnego dogadywania się między nami. Co najwyżej możemy ustalić, który otwór twojego ciała najpierw wykorzystam i w jaki sposób. Uwierz mi, całą noc miałem na rozmyślanie i jak dotąd głównymi kandydatami są między innymi rozżarzone do czerwoności widły lub wnętrzności tego przydupasa co był tu ostatnio.

Następne słowa nie zostały wypowiedziane tak jak poprzednie. O ile wcześniej przemyślał to, co chciał powiedzieć, to kolejne jego słowa były kompletnie niezaplanowane, pozwolił on bowiem, by jego gniew pochłonął resztki rozsądku.

- Masz czas do wieczora, by mnie uwolnić. Wieczorem bowiem ten, który mnie tu przysłał, powróci. A kiedy powróci to jedyne, co będzie stało na przeszkodzie między twoim księgozbiorem a szefem, będziesz ty, błagająca o to bym zabił cię i zakończył twoje cierpienie. Lecz nim to zrobię, to zadbam o to, by przywlec tutaj tego całego Zuriela, kimkolwiek on jest, co by móc na twoich oczach ZARŻNĄĆ GO JAK ANIELSKIE ŚCIERWO, KTÓRYM BEZ WĄTPIENIA JEST!

        Nie wiedział kim jest Zuriel. Nie obchodził go Zuriel. Ale ta kobieta chciała go znaleźć i ciągle o niego wypytywała. Miał tego dość i dlatego powiedział to, co powiedział. Przy odrobinie szczęścia ta ladacznica się wkurzy i przestanie być ostrożna. Wystarczy, że go uderzy na tyle mocno, aby Cukiereczek rozpoznał ją jako wroga, a poleje się krew. Smoczyca mogła zauważyć, jak z każdą chwilą grymas czystego gniewu zamienia się w szaleńczy uśmiech, wyszczerz godny istoty piekielnej. Rubedo patrzył się na nią i już widział oczami wyobraźni, jak jej krew maluje ściany i podłogę na szkarłatny kolor.
Awatar użytkownika
Shirkhana
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Inna , Rzemieślnik , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Shirkhana »

Shirkhana ze skwaszoną miną wysłuchała wulgarnej odpowiedzi diabła, po czym uśmiechnęła się złośliwie.

- To naprawdę mocne słowa jak na kogoś uwięzionego i zależnego od swego oprawcy – stwierdziła, mimowolnie chichocząc. – Naprawdę całą noc zajęło ci wymyślenie czegoś takiego? To bardzo dużo czasu jak na coś tak… nijakiego – bezczelnie się z nim droczyła. W towarzystwie nie wypadałoby być takim dokuczliwym, ale miała przed sobą naprawdę ciężki przypadek, którego zachowanie najwyraźniej powoli jej się udzielało.

Niestety nic to nie dawało, piekielny był jak uparte oślisko. Smoczyca westchnęła ciężko, słysząc kolejne pogróżki. Nie wiedziała co to za szef, ale miała diabła w garści, mogła go wykorzystać do odnalezienia ukochanego. Dlatego była gotowa nawet próbować się z tym jego przełożonym dogadać, a jeśli nic to nie da to nawet uciec się do walki.

- Dobrze, niech przyjdzie. Już ci mówiłam, mogę z łatwością sprawdzić dwa razy tyle książek, ile jest w mojej bibliotece, jeśli go to tak interesuje. Ale nie ma nic za darmo, a skoro już tu jesteś, mógłbyś w ramach zapłaty trochę mi pomóc. — Uśmiechnęła się triumfalnie bez cienia strachu. — A tymczasem powinieneś być mniej zawzięty, patrz, co narobiłeś. – Spojrzała na zaczerwienione i wręcz poranione ręce w miejscu, gdzie sznur krępował rogatego.

Pradawna wyszła na dłuższą chwilę z celi. W zamyśleniu szła przez korytarz wprost do jednej z mniejszych komnat. Anubis przysypiał na ramionach swojej pani, do tej pory był cicho ale w tym momencie syknął z dezaprobatą.

- No ssso ty robisss?
- Szukam maści. – Pradawna przeszukiwała szafkę, w której widać było mnóstwo flakoników, fiolek i słoiczków.
- Jesssce chcesss go leczyć?
- Może w końcu się uspokoi, jak będę miła?
- Chyba sssama w to nie wierzysss – fuknął wężokot. – To diabeł, wcielenie wsssystkiego ssso złe. On sssie nie poprawi.
- W teorii tak, ale słyszałeś kiedyś o diable kradnącym książki na czyjeś polecenie? Wydaje mi się, że jest dość nieporadny i łatwo go wykorzystywać. Więc albo mi się uda go opanować, albo spróbuję nad nim zapanować.

Pradawna wróciła do lochu i nie zwracając uwagi na reakcje swojego więźnia, otworzyła słoiczek, nanosząc na jego otarcia maść, która przyjemnie ukoiła ból, a nawet wywołała przyjemny chłód.

- Rozwiązałabym cię, ale niespecjalnie mam ochotę na bijatykę. Chyba że będziesz grzeczny. – Puściła mu oczko.

Następnie przycupnęła na pozostawionym tu krześle okrakiem, tak by na oparciu położyć ręce, a na nich głowę. Dobrze, że pan Zygmunt jej w tej chwili nie widział, takie zachowanie jej nie przystało ale taka pozycja na krześle była naprawdę bardzo wygodna, zwłaszcza że chciała przez jakiś czas poobserwować Rubedo.

- To, czym w końcu jest twój kolega? – spytała nagle jak gdyby nigdy nic.

Wtem przyszedł pan Zygmunt, delikatnie stukając w otwarte drzwi do celi Rubedo. Shirkhana obróciła się zaskoczona.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale pannie Jadwidze już lepiej, udało mi się ją przekonać, że były to omamy z przemęczenia. Dodatkowo by uniknąć ponownej takiej sytuacji, podałem kotom jedzenie w oddzielnym pomieszczeniu. Ta kreatura podążyła za nimi i gdy tam weszła, zamknąłem drzwi, a reszcie służby poleciłem omijać dziś tamto miejsce.

- Och, dziękuję Zygmuncie, o wszystkim pomyślałeś. A czy kocięta?
- W sypialni droga pani. Razem z iringiem.
- Doskonale – uśmiechnęła się pradawna i kiwnięciem głowy dała mu znać, że chwilowo nic więcej nie potrzebuje, więc starszy mężczyzna zostawił ją samą z diabłem. – To jak, Rubedo? Będziesz jadł czy wolisz głodować, ostatnia szansa, bo idę na śniadanie – powiedziała, biorąc metalową tackę do rąk. Była gotowa na to, że diabeł rzuci parę obelg i nic od niej nie zechce.

Tymczasem w pokoju gdzie został zamknięty demon i koty rozchodziło się głośne mruczenie, najedzone i wygłaskane koty miały to, czego potrzebowały. Jednakże czarny kocur zapragnął nagle chwili spokoju i drapnął kaer natherina do krwi, po czym wyskoczył jak oparzony na parapet i tam zaczął czyścić swoje futerko.
Serwalica natomiast czując, że została ograniczona w ciasnym pomieszczeniu, które w rzeczywistości było całkiem spore, zaczęła biegać jak szalona w kółko, skakała na ściany, meble, inne koty. Jakby mogła, to nawet na sufit by wlazła. W pewnym momencie nawet wylądowała na barku potwora, otarła się o niego i wróciła do swojej bezcelowej gonitwy.
Awatar użytkownika
Rubedo
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Diabeł
Profesje: Zabójca , Złodziej , Kolekcjoner
Kontakt:

Post autor: Rubedo »

        Zgrzytanie zębów Rubedo było pewnie słychać w każdym zakątku kontynentu. Nie byłoby dziwne, gdyby nawet horrory żyjące głęboko między półdupkami samego Mrocznego Pana zdołały usłyszeć cierpienie diabła, co dźwiękiem się stało. Kobieta, szlachcianka, białowłosa kurwa… jakkolwiek by jej nie nazwać, była ona niemalże stworzona do tego, by podwyższyć ciśnienie krwi piekielnego z każdym słowem wydobywających się z jej ust.

“Wpierw próbujesz mnie poniżyć, a następnie myślisz, że możesz jak jakaś uliczna dziewka zaoferować książki, które masz i tym przekonać Szefa, by nie pozostawił po tobie jedynie świecącego od magii krateru?!”

        Gdy wspomniane zostało to, aby Rubedo musiał zapracować za książki, bestialski warkot wydobył się z jego gardła, a gdy pradawna zaczęła wspominać jego rany, warkot zamienił się w praktycznie zwierzęcy ryk wydobywający się z szeroko otwartych ust czerwonoskórego. Jego ciemne jak smoła oczy jakimś cudem zdołały promieniować żądzą mordu tak mocną, że można by pomyśleć, iż za moment staną w płomieniach od nadmiaru emocji.

        Gdy kobieta opuściła celę, diabeł zdołał spojrzeć na jedzenie, które zostało mu przyniesione, a następnie splunął na nie raz, potem drugi raz, a następnie po raz trzeci, tylko po to, by odwrócić się głową od niego, to bowiem za bardzo przypominało mu o tej niedorobionej padlinie, co za żywą istotę się śmiała podawać.

- Choćbym miał na następny dzień na klęczkach przemierzyć kontynent w poszukiwaniu nowych książek, sprawię, że Szef nie pozostawi po niej nawet wspomnień… - wymamrotał diabeł, nie był już w stanie bowiem mówić głośniej. Gardło niczym podrapane przez dzikie zwierzę od środka utrudniało, a fakt, że nie zmrużył oka i całą noc się męczył nad więzami, tylko bardziej sprawiał, iż Rubedo z trudem poruszał ustami, szczególnie teraz, gdy gniew i frustracja momentalnie osłabły pod nieobecność Shirkhany.

        Chwila za chwilą mijały, a diabeł czuł, że sen próbuje złapać go w jego sidła. Powieki stały się ciężkie, a błoga cisza była zmysłowym szeptem, obietnicą odpoczynku od problemów rzeczywistego świata… To wszystko poszło w pizdu i dalej gdy tylko dźwięk otwieranych drzwi przełamał ciszę, a zaraz po nim rozległy się odgłosy kroków na kamiennej posadzce piwnicy. Wszelkie zmęczenie uległo, furia godna istoty piekielnej przegoniła tą na tyle skutecznie, że niemal natychmiast zaczął patrzeć na szlachciankę wzrokiem, który mógłby zabić, gdyby stała za nim choćby odrobina magii.

        Poczucie chłodu pomagało na rany, ale zarazem Rubedo nienawidził tego całym sercem. Otrzymywanie pomocy od byle śmiertelniczki, która go więziła? Nawet potępieńcy by się zesrali ze śmiechu na miejscu, gdyby usłyszeli jak nisko upadł Rubedo. Aż zaczął tęsknić za Piekielną Czeluścią, tam takie rzeczy by się nie odpierdalały.

- Poza tym, że nieznośnym czyrakiem, którego muszę pilnować? Chuj wie. - Pytanie o Skarbeńka tak zbiło go z tropu, że momentalnie gniew i furia zostały zastąpione głęboko zakorzenioną frustracją, której źródłem była ta właśnie istota. Dopiero po tym gdy to powiedział, twarz diabła wyraziła szok, po czym piekielny powrócił do próby wypalenia dziury w czole smoczycy poprzez patrzenie na nią z intensywnością godną podziwu. - Poza tym, to nie twój zasrany interes czym on jest.

Dalszą konwersację chwilowo przerwał lokaj, czy ki wie, kto to był. To, co ów człowiek powiedział, nie pocieszyło Rubedo, oj nie pocieszyło.

- Zasrany zdrajca, złamie sobie nogę na jego dupie gdy tylko będzie okazja - wymamrotał, choć nie był w tym tak dyskretny i cichy jak mu się wydawało.

        Srygmunt, czy jak mu tam było, zostawił ich samych po raz kolejny, co smoczyca wykorzystała, aby po raz kolejny doprowadzić Rubedo do rozważania nad tym, czy samobójstwo poprzez odgryzienie sobie języka nie było lepszym rozwiązaniem. Widząc, jak wstaje ona z tacką, diabeł uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny i spragniony, ale nie chciał okazać słabości. Może i był słaby i na usługach Szefa, ale jakieś tam resztki dumy wciąż miał.

- Wiesz co? Powiem to tak… - Spojrzał jej w oczy i nie krył tego, że wciąż patrzył na nią z nienawiścią, przy której nawet blask słońca zdawał się nikły. - Jeśli będziesz grzeczną ladacznicą i nakarmisz mnie, przynosząc mi jedzenie w swoich ustach, tak jak na grzeczną wywłokę przystało, to z chęcią zjem wszystko. Może nawet przemyślę to, co będę zamierzał zrobić z twoim truchłem gdy tylko zostanę stąd uwolniony. W przeciwnym wypadku możesz sobie WSADZIĆ TO JEDZENIE W DUPĘ I SPIERDALAĆ STĄD, ZROZUMIANO?!

        Po tym wybuchu Rubedo starał się wyglądać groźnie, ale zmęczenie coraz bardziej do niego docierało, przez co nawet krzyczenie zdawało się nie lada wyzwaniem. Wynikiem końcowym była żałosna próba ze strony piekielnego co by wyglądać jak istota zła i zniszczenia, a przez którą to bez trudu można było zauważyć, że w obecnym stanie nawet dziecko by zdołało go zwalić z nóg, jeśli nie wprost zrobić mu z dupy coś, przy czym nawet Piaski Czasu wyglądają niczym dwunasty cud Alaranii.

Wszystko było idealne. Nawet zmiana lokacji nie przeszkodziła w idealności. Tyle miękkości, tyle pięknych odgłosów, tyle przecudownych istot do wytarmoszenia!

Aż tu nagle… Cóż to, ból! Te cudowne istoty potrafią zadawać ból!

Ale czemu?!

Był oddany im bezgranicznie, robił to, co chciały, ewidentnie bowiem wydawały z siebie dźwięki aprobaty. Czemu więc jego wysiłek został odrzucony tak brutalnie? Czyżby jego działania przestały wystarczać?

Co innego mogłoby zadowolić te drobne cuda, którym był tak teraz oddany?!

Jedna z istot zaczęła, niczym w panice, biegać po pomieszczeniu. Czyżby też nie była zadowolona? Była przez chwilę na nim, ale była to ledwie chwila, po czym wróciła do śmigania dookoła niego.

Co mógł zrobić, by ukoić te cudowne istotki?!

Co robić?!

Skarbeniek złapał się za głowę, nie radził on sobie bowiem dobrze z tym obrotem spraw. Następnie, niczym dziecko, padł on na zadek i zaczął się kołysać w przód i w tył, w czasie gdy dookoła wciąż rozlegało się kocie pandemonium.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Równiny Andurii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość