Równiny Andurii[Okolice Valladonu]Lisica, Nord i wszelkie zło

Wielka równina ciągnąca się przez setki kilometrów. Z wyrastającym na środku miastem Valladon. Wielkim osiedlem ludzi. Pełna tajemnic, zamieszkana przez dzikie zwierzęta i niebezpieczne potwory, usiana niezwykłymi ziołami i lasami.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Noella
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 2 miesiące temu
Kontakt:

[Okolice Valladonu]Lisica, Nord i wszelkie zło

Post autor: Noella » 2 miesiące temu

To była piękna, słoneczna pogoda, mimo słońca temperatura nie była bardzo wysoka. Nad Valladonem jednak unosiła się dość spora, deszczowa chmura, która zwiastowała zmianę pogody. Na niebie fruwały tutejsze ptaki, liście drzew szumiały wśród wiatru, który zagłuszał niektóre mniejsze zwierzęta, śpiewające wesołe melodie. Trakt do miasta był pustawy, co jakiś czas spotkać można było tutejszych kupców i lekarzy, którzy spieszyli ze swoimi miksturami i lekami do miasta. Wśród stukotu końskich kopyt i towarzyskich rozmów kupców, w tle wyłaniał się mały wóz, przypominający kupiecki dyliżans. Powoli zbliżał się on do miasta, przy okazji mijając kilka innych mieszkańców tego miejsca. Ci dziwili się tylko widząc dziewczynę skrytą pod dziwnymi ubraniami, założonymi ma na siebie, tym bardziej, że jej głowę zasłaniał kaptur.
        - Dziwne te dziewczę - szeptali do swoich uszu kupcy, nie zwracając uwagi na podnoszący się nieco kaptur. Dziewczyna zakręciła swoim koniem w lewą stronę, kierując się do małego lasku, który poprzedzał to wielkie miasto. Była to droga, która nie była często odwiedzana, co pozwoliło dziewczynie na nieco więcej luzu. Zatrzymała więc swojego konia, biorąc do ręki mapę, którą znalazła gdzieś po drodze do miasta.
        - Valladon... To chyba będzie tutaj, znasz to miejsce, Ridda? - zapytała dziewczyna, z jakiegoś powodu patrząc się w stronę konia, który zjadał już trawę. Ten odpowiedział dziwnym prychnięciem i spowodował uśmiech na twarzy dziewczynki. Ta wstała z siedzenia, zeskoczyła na dół i pogłaskała swojego rumaka.
        - Wiem, ale wolałam zapytać, bo wiesz... Nie znam tych okolic, a to jest moja pierwsza wizyta w dużym mieście. Trochę się stresuje, a ty? - zdawała się mówić do konia, którego z jakiegoś powodu rozumiała. Koń odpowiedział kolejnym prychnięciem, tym razem jednak dłuższym, coś na kształt końskiej muzyki. Dziewczyna zaśmiała się i lekko uderzyła go w zad, powodując u niego energiczną, ale jednak spokojną reakcję. Odpięła swojego konia od wozu i puściła wolno, kiedy sama usiadła z plecakiem pod drzewem, które zasłaniało większą część słońca. Wyjęła z bagażu coś w rodzaju dużej menzurki i wypiła z niej resztę zawartości, która nieco rozlała się po jej młodym ciele, wlatując za kaptur. Momentalnie zdjęła go i wytarła mokrą szyję. Spod zdjętego kaptura wyłoniły się długie, piękne, rude włosy wraz z lisimi uszami na czubku głowy. Uszy te ustawione były maksymalnie w pionie, aby schować je, w razie jakichkolwiek ciekawskich, którzy będą na pewno zajeżdżać aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Dziewczyna wzięła do ręki starą, nieco poniszczoną książkę i zaczęła nucić piękną, nieznaną piosenkę. Jej anielski głos roznosił się po łąkach i trawach, otaczających ten las, natomiast drzewa odbijały ten dźwięk, roznosząc go jeszcze dalej i dalej.

Awatar użytkownika
Eavan
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 miesiące temu
Lokalizacja: Katowice
Kontakt:

Post autor: Eavan » 2 miesiące temu

        Z każdym kolejnym dniem pogoda przypominała o mijającym powoli letnim okresie. Chłodny powiew powietrza rozdmuchiwał wielobarwne liście na drzewach, a delikatne promienie słońca muskały włosy i policzki podróżujących traktem kupców. Piękna pogoda sprawiała, że w lasach roiło się od zwierzyny, poszukującej w zagajnikach pożywienia. Był to też świetny czas, by wybrać się na polowanie i zarobić nieco grosza na mięsie czy skórach.
        Tak też pomyślała Eavan, która bladym świtem wybrała się do lasku okalającego Valladon, w którym aktualnie przebywała. Choć niegdyś unikała większych miast, teraz pozwalała sobie wykorzystywać fakt, iż przez takie miejsca przewija się mnóstwo ludzi - tutejszych i przyjezdnych - i łatwiej wtedy o jakąś pracę czy możliwości zbytu towarów, które dzięki polowaniu zdobyła. Takim właśnie sposobem trafiła do Valladonu, gdzie parę dni wcześniej zatrzymała się w pewnej karczmie na obrzeżach miasta, gdzie w zamian za przynoszone mięso, a także opiekę nad zwierzętami przybyłych gości, miała możliwość przenocowania w małym pokoiku na piętrze stajni i pozostawienia wierzchowca w boksie na dole.
        Świt i wczesny ranek okazał się łaskawy dla Nordyjki. W okolicznym lasku zdołała upolować dwa zające i lisa, których truchła, przewiązane sznurkami, miała przewieszone na grzbiecie konia przed sobą. Gdy zauważyła ciemną chmurę na niebie, zwiastującą deszcz, postanowiła zakończyć dzisiejszą passę, by na spokojnie dotrzeć do miasta i odprawić zdobycze. Wyjeżdżając z zagajnika, zwróciła uwagę na osobliwą postać, która zatrzymała się w pobliżu. Sądząc po wozie, który stał w pobliżu, był to kupiec, zdążający do miasta, lecz miejsce odpoczynku wydawało się kobiecie nieco dziwne. Gdy Nordyjka pojechała bliżej, młoda dziewczyna siedząca przy drzewie nuciła przepięknie jakąś melodię. Eavan nie zwróciła od razu uwagi z daleka na sterczące z głowy dziewczyny uszy. Zeszła jednak z wierzchowca I postanowiła nieco się zbliżyć do podróżniczki.
        - Cóż tak daleko od miasta robisz, pani? - zapytała grzecznie, z pewnej odległości. - Zanosi się na deszcz, więc jeśli zbłądziłaś, mogę wskazać ci drogę do bram miasta...

Awatar użytkownika
ZuZu
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: ZuZu » 2 miesiące temu

Kilka dni wcześniej.

        Roboty trudnej nie miał, ale dać kieszonkowcowi dostęp do swojego asortymentu i jeszcze postawić go w roli sprzedawcy... To nie mogło potrwać długo. ZuZu niby się starał, niby coś tam chciał udowodnić (zapomniał już komu tak właściwie i co), ale o tylu ruenach co mu przez rękę przechodziły to nawet nigdy nie śnił, a co dopiero widział na oczy. Poza tym jego pracodawca nawet nie nauczył go liczyć, więc przekręty w ilości faktycznie zarobionych przez kowala pieniędzy prędzej czy później musiały zostać odkryte. Został wywalony z pracy praktycznie po kilku dniach, a i tak dobrym było to, że Felin po prostu pogonił go gdzie pieprz rośnie, drąc się, że więcej nie chce dzieciaka na oczy widzieć, a nie wezwał straży. W sumie co straż by tu pomogła, skoro kowal wiedział o brzydkim hobby chłopaka - o jego zamiłowaniu do przywłaszczaniu sobie rzeczy nie należących do centaura i to bez wiedzy ich właścicieli. Był świadom ryzyka jakie podejmował, a mimo to zatrudnił złodziejaszka. Strażnicy praktycznie niewiele mogli więc tu zdziałać. Znaczy wiele by mogli gdyby chcieli, ale biorąc pod uwagę to ile zarabiali w porównaniu do tego jaka spoczywała na nich odpowiedzialności jaki mieli zakres obowiązków...

        Młody centaur powrócił więc do tego co kochał - rozśmieszał ludzi i dawał wymyślne pokazy akrobatyczne, co z resztą ściągało do niego niemałe tłumy, zważywszy na to, że przecież był centaurem, a te w większości przypadków raczej były niezgrabne w tego typu popisach.
        Rozszerzył jednak swoją działalność i dotrzymywał towarzystwa przybywającym do miasta karawanom kupieckim i innym co bardziej możnym turystom. Zazwyczaj kończyło się to pokazem centaurzych wygłupów na zamówienie i wtedy ZuZu miał podwójny zysk. Nie dość, że za swoje towarzystwo i błazenadę dostawał nieco ruenów, to jeszcze mógł przy okazji wybadać co ciekawego dana osoba wiozła i jak wielkie szanse by miał na zaopiekowanie się co wartościowymi dobrami jakie posiadała.
        Noga po upadku z drabiny powoli zaczynała wracać do pełnej sprawności, wciąż nadal była opuchnięta i młokos starał się na niej nie stawać, ale przynajmniej nie wyglądała już tak źle, pewna staruszka pomogła mu się pozbyć zakażenia, więc tym bardziej wszystko było już na dobrej drodze.
        Obecnie szukał sobie nowego klienta, kręcąc się beztrosko między wozami. Niezamierzenie i przy tym zgarnął nieco miedzianych kruków, bo zapytany o powiewający bezwładnie rękaw jego porozrywanej miejscami kurtki, zawsze odpowiadał ze łzami w oczach, że facet, u którego zatrudnił się jako stajenny, odrąbał mu rękę po tym jak przyciął nieco za krótko grzywę jednego z jego wystawowych ogierów i teraz stara się uzbierać na jakąś marną protezę by móc dumnie służyć wspaniałemu Valladonowi, najlepiej przelewając za to państwo krew u boku innych rycerzy. Bajeczka może i nie trzymała się kupy, ale skoro zapewniała zyski nie miało to większego znaczenia. W prawdzie gdyby centaur się postarał i od razu nie wydawał wszystkiego co zarobił, rzeczywiście mógłby teraz pomyśleć o jakiejś taniej protezie, choćby po to żeby nie straszyć już brakiem ręki, ale może kiedyś się nad tym zastanowi. Obecnie był to jeden z jego najbardziej dochodowych sposobów na zdobycie jałmużny.

        Stosunkowo szybko zakończył swój obecny proceder, nie przez to, że zbliżali się strażnicy zawiadomieni przez kogoś, że przed bramami miasta kręci się natrętny centaur i żebra (niby jacyś mundurowi szli w jego stronę), ale w tej chwili zainteresowany był czymś innym, więc nawet ich nie zauważył. Spokojnym kłusikiem zszedł z traktu, a między drzewami zwolnił do stępa. Mógł przypominać jakiegoś drapieżnika zakradającego się do niczego nieświadomej ofiary, ale w sumie czy to nie on był obecnie zwierzyną? Przecież skierował swoje kroki w te strony, skuszony niemalże anielską melodią rozchodzącą się z tych okolic. Im bliżej źródła niebiańskich dźwięków był tym większą błogość odczuwał, mógłby nawet szczerze przyznać, że jeszcze nigdy się tak nie czuł.
        Kiedy w końcu zza drzew dostrzegł siedzącą pod drzewem ognistowłosą dziewczynę z parą kudłatych uszu i zaraz drugą. Przystanął w krzakach, połowicznie schowany za drzewem. Ta ruda wyglądała dość osobliwie, ale wóz choć skromny, wyglądał na raczej kupiecki niż chłopski. Druga za to musiała być jej ochroniarzem i to jeszcze jakim! Na bank preferowała od biedy surową koninę, gdy nie było dostępu do świeżych jagniąt, a to nie napawało naturianina optymizmem. Choć ta mała mogłaby być nawet dość interesującym i łatwym celem. Na pewno nie trudniej będzie ją okraść niż dorosłego.
        A te uszy?
        Phi! Widział już ludzi chodzących z wilczymi głowami jako czapkami, więc takie uszy, też pewnie były jedynie jakimś nowym zimowym nakryciem głowy.
        Przywdział na twarz jeden ze swoich najbardziej niewinnych i przyjaznych uśmiechów i już miał podejść do rudej i jej ochroniarki, gdy pojawił się niemalże przed nim, pasący się koń. Do tej pory absolutnie nie zauważył zwierzęcia i wystraszony jego obecnością aż stanął dęba, cofając się na tylnych nogach nieznacznie.
        - Ejże! - krzyknął z niezadowoleniem na głupie zwierze, które go wystraszyło i nerwowo rozrył kopytem ziemię, uderzając się przy tym ogonem po bokach. Nienawidził koni. Te głupie zwierzęta przerażały go tym, jak bardzo potrafiły być inteligentne, a przy tym złośliwe i podstępne. I do tego jeszcze takie duże były... Naprawdę już bardziej wolał koty, choć i te nie specjalnie darzył sympatią. Te ich oczy, brrrr...

Awatar użytkownika
Noella
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 2 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Noella » 2 miesiące temu

Lisica śpiewała piękny, nieznany utwór od jakiegoś czasu, nie zwracając uwagi na wszystkich dookoła, jej błogość zakończona została dziwnymi szmerami, które dochodziły z jej prawej strony.
        - Czemu tego wcześniej nie usłyszałam? - krzyknęła Noella szybko zasłaniając swoją głowę kapturem. Nie wiedziała, czy kobieta, która zauważyła ją wcześniej, widziała jej uszy czy też nie, ta postanowiła zachować pozory i uspokoiła się, wstając automatycznie spod drzewa.
        - Cóż tak daleko od miasta robisz, pani? Zanosi się na deszcz, więc jeśli zbłądziłaś, mogę wskazać ci drogę do bram miasta... - rzekła kobieta, zaciekawiona sytuacją lisicy.
        - Ah... Przepraszam, trochę się rozmarzyłam i zbyt wciągnęłam się w tę książkę. Drogę do miasta znam, zresztą niech Pani zobaczy - dziewczyna wskazała na bramy, które był ledwo widoczne dla normalnego człowieka, ot wielka plama, która unosiła się nad horyzontem. - To chyba będzie brama główna! - dodała, klaszcząc w dłonie.
        - Oh, przepraszam, ale chyba Panią przestraszyłam, moja wina - powiedziała nordka, spoglądając na lisice. Ta tylko skuliła się ze wstydu i odłożyła swoją książkę do wozu, który stał pusty, bez żadnego ładunku, nawet bez konia, który gdzieś tutaj był.
        - Nie szkodzi, moja Pani, to moja wina - odpowiedziała lisica, poprawiając swój kaptur wraz z uszami, które schowała pod swoje rude włosy. Chwilę później dodała: - Ale miałabym pewną prośbę... Zna Pani to miasto? Będę po raz pierwszy w tak dużym miejscu i potrzebowałabym kogoś, kto wprowadzi mnie w ten... wielki świat. Muszę dotrzeć do karczmy i znaleźć pewnego człowieka, który... Ah, przepraszam, chyba nie chcę Pani słyszeć historii mojego życia, przepraszam bardzo za moją bezsensowną gadatliwość. - Ukłoniła się, po czym nastawiła przez przypadek lewe ucho, którego kształt lekko odbijał się pod kapturem. Lisica usłyszała bowiem kogoś, kto kłócił się z koniem, który rzucał końskimi obraźliwymi słowami na jakąś osobę gdzieś niedaleko. Odwróciła się w stronę konia, słysząc go za krzakami.
        - Przepraszam, Pani. Ale muszę uspokoić mojego konia i... zdaje się, że ktoś tam jest...
Noella ruszyła ostrożnie przed siebie, mijając krzaki. Tam zobaczyła swoją klacz wraz z dziwnym stworzeniem, którego nigdy wcześniej nie widziała, ani o nim nie słyszała. Był to młody centaur, który zdecydowanie kłócił się z Riddą, a ta darła się na centaura. Lisica wzięła głęboki wdech i krzyknęła w stronę klaczy.
        - Ridda, do mnie! - Koń automatycznie podszedł do lisicy. - Opowiadaj, kto to! - dodała zdenerwowana.
        - Podszedł do mnie i przestraszył mnie, kiedy jadłam trawę, źle mu się z oczu patrzy - prychnęła klacz słowami, które zrozumieć mogli tylko Ci, którzy rozumieli język zwierząt.
        - Kim jesteś, dziwna istoto i co tutaj robisz - powiedziała odważnie lisica, ukrywając swój trzęsący się ze strachu ogon, który ukrywała cały czas pod swoją materiałową suknią. W tle czuć było zimne powietrze, noszące mokrą i burzową pogodę, która powoli zmierzała nad najbliższe miasto. Słońce na chwilę zaszło, nadając dziwnego klimatu podczas tego spotkania.

Awatar użytkownika
Eavan
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 miesiące temu
Lokalizacja: Katowice
Kontakt:

Post autor: Eavan » 2 miesiące temu

        Nordyjka przytaknęła, gdy dziewczyna wskazała bramę, ta jednak nie patrzyła w jej stronę i nie zwróciła na ten gest najmniejszej uwagi. Kątem oka dostrzegła jakiś ruch w zagajniku niedaleko miejsca, w którym się znajdowała dziewczyna, lecz gdy nie dojrzała nic, poza poruszanymi wiatrem liśćmi, zignorowała to.
        - Oh, przepraszam, ale chyba Panią przestraszyłam, moja wina - odparła, widząc nieśmiałość swej rozmówczyni. Wtem kobieta zorientowała się, że wóz, który w pierwszej chwili uznała za wyładowany towarem podobnie jak inne wozy kupieckie, które zmierzały do miasta, jest... zupełnie pusty. Trochę ją to zaskoczyło, lecz starała się ukryć zaciekawienie tym faktem. Tym bardziej, iż młódka, nie znając jej zupełnie, poprosiła trochę naiwnie o pomoc. Fakt, że na grzbiecie wierzchowca nadal wisiały truchła zwierząt upolowanych przez Eavan, ale lata podróży nauczyły kobietę nieco dystansu do nowo poznanych osób.
        - Przepraszam, Pani. Ale muszę uspokoić mojego konia i... zdaje się, że ktoś tam jest... - powiedziała nagle lisiczka i ruszyła w stronę konia, stojącego samopas nieopodal. Nordyjka przez chwilę patrzyła z dystansu na całą sytuację, jednak coraz silniejsze podmuchy wiatru przypominały obecnym, że czas najwyższy udać się na bezpieczny udeptany trakt, by nie ugrzęznąć w błocie, gdy nadejdzie deszcz. Łowczyni nie chciała też zbytnio, by skóry upolowanych zwierząt namokły - miała nadzieję, że uda się jej sprzedać je na targu któremuś z przyjezdnych kupców, którzy zapewne jeszcze tego samego dnia, o ile pogoda pozwoli, rozłożą swe stragany na miejskim targu. Poza tym, parę chwil wcześniej miała wrażenie, że ktoś się kręci w zaroślach - a zachowanie dziewczyny i niespokojne prychanie jej konia upewniły kobietę w tym, że wcześniejsze przeczucie nie było tylko mignięciem słońca czy podmuchem wiatru.
        - Poczekaj tu, Lyn - szepnęła cicho do ogiera, klepiąc go porozumiewawczo po karku, po czym wyciągnęła z pochwy schowanej pod pledem chroniącym grzbiet konia miecz. Lyn, jakby uznając wcześniejsze słowa i gest Eavan jako ciche przyzwolenie na odpoczynek, w tym samym czasie zaczął skubać trawę. Kobieta zaś, bezszelestnie skierowała się w stronę lisiczki, trzymając w pogotowiu z tyłu ostrze. Gdy znalazła się już bliżej, ujrzała pomiędzy drzewami centaura. Podczas ostatniego stulecia, gdy wędrowała przez kontynent Alarański, widziała już parę tych istot, lecz nielicznie. W tym jednak osobniku było coś, co ją niepokoiło, choć nie była pewna czemu.
        - Kim jesteś, dziwna istoto i co tutaj robisz - odezwała się dziewczyna. Nordyjka zastanawiała się, czy to odwaga, czy zwykła naiwność kierowała dziewczyną. Odchrząknęła cicho, by dziewczyna zwróciła na nią uwagę, chowając miecz tak, by nie wystraszyć ani dziewczyny, ani centaura.
        - Powinnaś bardziej uważać. Nie mówię, żebyś mi nie ufała... Ale uważaj po prostu, bo nie każdy jest twojego zaufania godny, wiem coś o tym - odezwała się cicho, by tylko młódka ją usłyszała, po czym skierowała słowa w stronę ukrytego Naturianina. - Jeśli możesz, wyjdź i pokaż się, nieznajomy.

Awatar użytkownika
ZuZu
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: ZuZu » 2 miesiące temu

        Gdyby tylko wiedział jak niemiło zostanie potraktowany, nie dość że przez jakiegoś rudowłosego dzieciaka to jeszcze przez jego kopytne bydle zwące się chyba Ryta, czy tam Ryba, w ogóle by się tu nie zbliżał, a nadal zabawiał swoich towarzystwem sypiących mu nieco ruenów zmęczonych podróżą przyjezdnych do Valladonu i kupców. Straszące nad ich głowami burzowe chmury również dokładały swoje dwa miedziane kruki, bo jeśli się rozpada nici z jego wieczornego występu i "polowania", a przez to nie będzie mógł kupić u tutejszego alchemika łatwopalnego proszku, którym zawsze posypywał swoje rekwizyty do żonglerki, by przy zapadającym zmierzchu ładnie płonęły wielobarwnym ogniem. Znaczy mógł go kupić za to co już udało mu się zebrać, ale niestety kosztem gulaszu z dzika i zajęczych pasztecików... A podobno dziś jakieś rarytasy miały dotrzeć do właściciela jego ulubionej karczmy. Po prostu nie mógł z tego zrezygnować!
        Co prawda Babunia dokarmiająca koty w jego okolicy i jak co dzień i dla niego coś przyniesie, a to placek z jabłkami, a to kociołek ciepłego rosołu, względnie kawałek chleba i kilka kiełbasek... Ale no dzik! I paszteciki z zająca! Takich rarytasów nie jada się na co dzień, a on nie zamierzał czatować za karczmą przy śmietniku, aż resztki zostaną rzucone psom, jeśli ma możliwość zjedzenia ciepłego i świeżego, bez ziarenka piasku na posiłku.

        Był wściekły, że jakiś tam podrzędny, kopytny stwór śmiał go wystraszyć, ale zaraz się opanował doszukując się w tym w sumie całkiem niezłej szansy dla siebie. W końcu on nic nie robił tylko stał i patrzył, a to jeszcze nieoprawione odpowiednio pęto kabanosów napadło na niego i na pewno chciało użreć, albo pokopać. Już on się dobrze na tych podstępnych stworach znał. Zaczął wrzeszczeć na klacz, chcąc ją od siebie odpędzić, może całkiem spłoszyć, a niech się walnie w ten wielki durny o jakieś drzewo podczas szaleńczego galopu przez las, na reszcie się do czegoś przyda i utuczy te biedne, głodujące rysie w okolicy. Niestety zwierze ani myślało odchodzić i zdawać by się mogło, że im bardziej ZuZu je wyzywał, tym bardziej ono się buntowało i prychało na niego, i tupało i nie wiadomo co jeszcze, ale centaurowi się to nie podobało. W pewnym momencie z tych nerwów nawet nie zauważył jak to on zaczął się cofać, a nie klacz. I tyle było z wyłudzenia odszkodowania za ranne kopyto, które przedstawiłby jako dowód ataku wściekłego konia na jego biedną, skromną osóbkę.
        Plan niemal doskonały w swej prostocie, ale niestety spalił na panewce. Awanturujący się koń i chcący go przepłoszyć centaur byli na tyle głośni, że w końcu ściągnęli do siebie właścicielkę tego pierwszego. Wzburzony naturianin był już gotów przyatakować rudą i zacząć jej wyrzucać, że takie agresywne bydlęta przywiązuje się podczas postoju do drzewa, albo trzyma zaprzęgnięte do wozu, a nie puszcza samopas i za zranioną nogę i odgryzioną przez tę krwiożerczą bestię rękę należy mu się odszkodowanie, lecz tu pojawił się dość poważny problem. Dziewucha od razu zajęła się swoim koniem, a na niego spojrzała wilkiem. Aż mu szczęka opadła. Po chwili było jeszcze zabawniej gdyż został nazwany "dziwną istotą". Pięknie, musiała mu się trafić rasistka jakaś. Chyba to co mówią, że rude to wredne, rzeczywiście jest prawdą.
        - Dziwna istoto? - powtórzył bezmyślnie, a zaraz krew się w nim zagotowała. Cały czas nerwowo rozkopywał ziemię kopytem, dopóki wyprostowany nie zaczął zbliżać się do zakapturzonej podróżniczki, która chyba jednak wstydziła się tego lisiego nakrycia głowy, inaczej nie ukrywała by się pod kapturem. A może założyła go przez wiszącą w powietrzu ulewę? Jeden pies! Go tu właśnie jawnie dręczono i obrażano!
        - Jestem dziwny, bo co? Mam końską rzyć? A może dziwne jest to, że moje ubrania są podarte i nie tak modne jak twoje? Czy to jednak o moją rękę chodzi? O przepraszam! Jej brak! No dalej! Śmiej się z kaleki! Przecież tak żałosne dziwadło nie jest w stanie nic zrobić prawda?! - nawrzeszczał na dziewczynę. Może i trochę przesadzał, ale wkurzył go i koń i jego właścicielka, która nie mogła być starsza od niego (tak mu się wydawało). Że niby dziwny jest... i to nawet nie jest dziwnym kimś, tylko czymś! Przecież istota to bliżej nieokreślone coś, może i rozumne, ale nadal określenie to było raczej (według niego) nacechowane negatywnie.
        Zapowietrzył się i nadął obrażony policzki. Chciał dodać coś jeszcze, przyszła również opiekunka tej małej i chłopak spasował. Jeszcze nie wyleczył się z poprzedniej kontuzji, nie mógł ryzykować połamania wszystkich pozostałych kończyn. Rzucił rudowłosej nieprzychylne spojrzenie, jak dziecko, któremu drugie zabrało łopatkę i stało się przez to jego najgorszym wrogiem.
        - Jeszcze ta mała na zemdleje, albo poszczuje mnie swoim koniem! - rzucił butnie w odpowiedzi na prośbę nordki by wyszedł z krzaków. Co prawda jego słowa jasno sugerowały, że nie ma najmniejszego zamiaru tego robić, ale zaraz odetchnął głęboko, ochłonął nieco i uważając by nie obciążać za bardzo kontuzjowanej kilka dni temu nogi, wyszedł do nich w końcu, ukazując swój jasnogniady koński tułów, okryty podziurawioną w kilku miejscach przez mole derką, którą z uporem maniaka-psychopaty Babunia starała mu się za każdym razem jak najlepiej zacerować i zabezpieczyć przed kolejnymi dziurami. Turkusowy, robiony na drutach szalik, którym owiniętą miał obecnie szyję miał właśnie od niej. Kochana staruszka... Niektórzy powinni się uczyć od starszych! Taaak... Nadal miał rudej za złe to jak go potraktowała.
        - Jeśli się już napatrzałyście na dziwadło... - rzucił oschle i choć jedynie na smarkulę był zły, to jednak było mu niewymownie przykro, bo i jej domniemana opiekunka, wolała (według ZuZu) zrobić sobie pokaz, niż nauczyć swoją wychowankę odrobiny kultury i szacunku. Nie żeby on coś takiego znał, ale przecież to on został obrażony! To on był poszkodowany!
        Odwrócił się wymownie zadem do nich po swoich słowach, dając jasno do zrozumienia, że skoro tylko tyle od niego chciały, to najlepiej będzie jak sobie pójdzie. Zwłaszcza, że na jego nieszczęście im obu towarzyszyły konie. Przeklęte stworzenia...

Awatar użytkownika
Eavan
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 3 miesiące temu
Lokalizacja: Katowice
Kontakt:

Post autor: Eavan » 3 tygodnie temu

Eavan czekała dłuższą chwilę, co zrobi lisołaczka, cały czas obserwując centaura. Jednak gdy chwila, którą dała nowo poznanej towarzyszce, przeciągała się zbytnio, Nordyjka zwróciła uwagę, iż ta... zamarła. Tak, jakby dla zmiennokształtnej stanął czas w momencie, gdy tylko centaur odezwał się do nich. Kobieta w pierwszej chwili pomyślała, że dziewczyna się wystraszyła nieznajomego, lecz po próbie wytrącenia jej z tego transu, ta w ogóle nie zareagowała - nadal tkwiła w tej samej pozie. Jej wierzchowca nie dotknął ten dziwny stan zatrzymania w czasie, więc nadal stał obok Noelli, niespokojnie prychając na naturianina. Ktoś bardziej zaznajomiony w arkanach magii mógłby pokusić się o tezę, że dziewczyna padła ofiarą uroku, lecz Eavan, z braku wiedzy na ten temat, nawet o tym nie pomyślała. Cała ta sytuacja wydawała się trochę podejrzana, jednak Nordyjka stwierdziła, że lepiej będzie porozmawiać z centaurem o tym, czemu tak właściwie przeszkodził im w rozmowie. Nie sądziła, by ten wyjawił jej prawdę, choć czuła, że nieznajomy być może nie jest tak groźny, jak można by sądzić.
- Zaczekaj - zagadała. Dopiero teraz zwróciła uwagę na opatrunek, znajdujący się na jednej z kończyn centaura. - Porozmawiajmy. Nie martw się, nic ci nie grozi z naszej strony. Mogę ci pomóc...
Eavan starała się mówić tak, by nie wzbudzać niepokoju w nieznajomym. Jednak jakby odruchowo zapomniała o mieczu, który trzymała cały czas w ręku - i ostrze, które dotychczas chowała za sobą, odbiło refleksy słońca przebijającego się przez chmury, coraz bardziej zasłaniające błękitne niebo.
- Przepraszam, nie byłam pewna, kim jesteś - wytłumaczyła naprędce. - Wolałam się zabezpieczyć, gdyby ten "ktoś" chciał nas zaatakować... Nie bój się. - Zmieszana nordyjka niezbyt umiała dobrać słowa, by nie urazić naturianina, ani go nie spłoszyć. Chciała też zerknąć na jego opatrunek, a choć nie miała w ogóle doświadczenia w leczeniu ludzi, jednak potrafiła opiekować się zwierzętami, a nieznajomy był poniekąd i człowiekiem, i zwierzęciem.

Awatar użytkownika
ZuZu
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: ZuZu » 1 tydzień temu

        ZuZu przestępował niespokojnie z nogi na nogę, od czasu do czasu rozgrzebując zdrowym przednim kopytem ziemię i naburmuszony czekał na choćby ciche westchnięcie ze strony rudowłosej. Ta jednak milczała jak grób, coraz dłużej i dłużej, co jeszcze bardziej denerwowało młodego centaura.
        - A taka wyszczekana była - prychnął arogancko, prostując się i patrząc na dziewczynę z wyższością, po czym odwrócił się do obu nieznajomych zadem gotów odejść.
        Najwyraźniej smarkula myślała, że skoro ma modne ubranie z elementami lisiego futra i najpewniej wywodzi się z zamożnej rodziny, to nikt jej nie podskoczy, a już na pewno nie takie dziwadło i to jeszcze bez złamanego ruena. No cóż przeliczyła się i miała teraz nauczkę skoro aż zapomniała języka w gębie. Powinna być w ogóle centaurowi wdzięczna za tę przysługę, dzięki niemu na przyszłość może dwa razy się zastanowi zanim zacznie obrażać wszystkich na lewo i prawo. I jeszcze ten jej koń... Ugh! Samo zło.
        Nie zdążył jednak czmychnąć znów w krzaki, gdy czyjś głos przerwał tę irytującą nić milczenia pętającą gardła obu nieznajomych dziewczyn. Prawie się nawet wystraszył tym nagłym odezwaniem się i już myślał, że jednak lisica przemówiła i będzie musiał jej nieco dobitniej wszystko wytłumaczyć.
        Niestety tym jednak razem to on się poważnie pomylił w swojej ocenie, gdyż to nie wcale ruda chciała się dalej kłócić, a jej opiekunka jakoś naprawić sytuację.
        - Pomóc mi? - zapytał zaskoczony, przez co jego rysy nieco złagodniały. Nadal zachowywał czujność, co było doskonale po nim widać, gdy się odwrócił do starszej kobiety, ale przynajmniej nie zignorował jej i nie pogalopował dalej.
        - Ja się niczego nie boję, a już na pewno nie jakiejś tam dziewczyny i jej niańki - odparł butnie znów przyjmując swoją dumną i pełną pogardy postawę sprzed chwili. Wątpił by tak odstraszył od siebie tą starszą, ale po prostu chciał ukryć w ten sposób rosnącą w nim ciekawość. Najbardziej interesowała go ta kwestia pomocy. Nie żeby jej potrzebował, ależ absolutnie broń złośliwy losie, ale przecież mógł w ten sposób dostać za darmo nieco ruenów, spędzić noc w ciepłym kącie lub dostać coś pysznego do jedzenia, bądź ubrania się. Taką pomoc bardzo chętnie by przyjął zwłaszcza, że coraz zimniej się robi, a Babunia nie zawsze ma coś dla centaurzego przybłędy, co innego gdyby był kotem, ale nie jest. Poza tym darowanemu koniowi nie zagląda się pod ogon, czy jakoś tak...
        Wyciągnięty miecz kobiety ani trochę go nie przerażał, bo w swoim niedługim życiu zdążył się już wystarczająco naoglądać różnego rodzaju ostrzy, niektórych tępych i pordzewiałych, innych zabarwionych jego krwią (choćby katowski topór, którym jako pouczenie za kradzież odrąbano mu rękę). A nawet jeśli pominąć to, wątpił by zdążyła się na niego zamachnąć, naturianin zapewne szybciej znalazłby się za nią i jednym kopnięciem posłałby ją na ziemię. Był tego tak pewny, że dałby sobie w tej chwili drugą rękę uciąć.
        - Czyli nie jesteście stąd? - upewnił się stając przed nordką w dość bezpiecznej dla siebie odległości. Powóz albo taka niezaprzęgnięta karoca by się między nimi na spokojnie zmieściła. - Inaczej byście mnie znały - powiedział dumnie. - Bo wiecie co wieczór ludzie przychodzą na główny plac specjalnie żeby zobaczyć mój występ!
        Rozpromienił się jak dziecko (którym jakby nie patrzeć w sumie wciąż był), a po chwili zgiął się w pół niczym jakiś sławny artysta. W sumie ego mieli podobnych wielkości.
        - Jestem słynny Zude-Zhuan, ulubieniec tłumów i najlepszy przyjaciel dzieci.
        I na zakończenie swojego jakże skromnego przedstawienia się uśmiechnął się uroczo i niewinnie jak jakiś cherubinek z końskim tułowiem i bez skrzydeł. No i nie wcale takiego niebiańskiego pochodzenia. Nie mniej aureolka metaforycznie była... podtrzymywana przez równie metaforyczne acz już bardziej "prawdziwe" niż aureola, rogi. W końcu za niewinność ręki nie stracił, ale kto by tam się tym przejmował. Na pewno nie on.
        Wyobrażał sobie to wszystko bardziej majestatycznie, lecz w tym momencie już całkowicie niebo przesłoniły chmury i powoli zaczęło padać, zerwał się też porywisty wiatr, który był obecnie bardziej dokuczliwy niż przybierająca na intensywności mżawka.
        - Nieprzyjemnie się zaczyna robić, a i już w brzuchu kiszki mi marsza grają. Zbieraj pani swoją smarkulę i mogę pójść z wami na obiad. Możecie się czuć zaszczycone - rzucił, wypinając dumnie pierś i unosząc głowę do góry. I może by to nawet sprawiało pozory, gdyby nie zaczął kuśtykać w stronę miasta, mając nadzieję, że nieznajome idą za nim, a przynajmniej ta bardziej rozmowna i ruchliwa.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Równiny Andurii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość