Ocean JadeitówRum, kobiety i kocia muzyka

Gdzie okiem sięgnąć turkusowa woda plącze się i zlewa z błękitnym niebem. Fale i wiatr szumią w tonie oceanu, na którego dnie znajdują się wręcz nieskończone pokłady jadeitu. Dom syren i trytonów, który skrywa skarby, zatopionych pirackich statków. Delfiny wyskakujące nad wodę. Ryby mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. I księżyc, który każdego dnia odbija się w tafli jadeitowych luster.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Kelisha
Szukający Snów
Posty: 173
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Panterołak
Profesje:
Kontakt:

Rum, kobiety i kocia muzyka

Post autor: Kelisha »

        Kelisha nie chciała pamiętać, jak kilka tygodni wcześniej opuściła dworek Upadłego Emireya. Choć nie była nadmiernie honorowa, nawet jej było wstyd na samo wspomnienie ucieczki i porzucenia dobrze płatnego zajęcia. Chwilami żałowała własnego uporu i strachu. Być może straciła szansę na uzbieranie solidnych oszczędności, a może nawet na dłuższą pracę, gdyby Inspektorat w Karnsteinie miał nieco więcej prostych zleceń. Tyle dobrze, że zabrała zaliczkę, jaką otrzymała wraz z Saavielem od Jeżozwierza, choć sumienie nieco gryzło, że zatrzymała całość. Postanowiła więc tym razem nie przepuścić zarobku byle jak. Z księstwa Medarda panterołaczka udała się do Menaos. Tam odwiedziła zaprzyjaźnionego kowala, syna dawnej towarzyszki broni, u którego zamieszkała na jakiś czas.
        Zgodnie z własnym zwyczajem, zostawiła u niego większość swojego chwilowego bogactwa, żeby odpłacić się za gościnę i dodatkowo zrzucić na kogoś innego przechowanie pieniędzy, czy tam zainwestowanie w rozsądny sposób. Pozostałe rueny dość szybko wydała. Oprócz uzupełnienia niezbędnych na szlaku mniejszych i większych drobiazgów, wymieniła część dobytku, choć zasadniczo cały był i tak nowy. Niestety, łuk po przymusowej kąpieli w gorącej wodzie stracił nieco na jakości i zdaniem Kelishy nie nadawał się do niczego. Aby dobrze spożytkować przyjemnie ciążące monety, kupiła aż dwa łuki. Jeden bardzo prosty, krótki i drugi refleksyjny, elfickiej roboty oraz porządniejszy kołczan i pełno strzał. Zaszalała nawet i dobrała do tego nie tylko zapas grotów, promieni, kleju oraz ładnie przyciętych lotek, ale prawdziwy zestaw narzędzi do robienia strzał, by wreszcie nie kleić ich na kolanie. Zmiennokształtna pozwoliła sobie też kupić zestaw ubrań podróżnych na zmianę oraz pierwszy w życiu komplet reprezentacyjny. Pobyt w mieście rządzonym przez rzekomego wampira i nieszczęsna kolacja w Jurnym Mamucie uświadomiła łuczniczce, że jeśli chciała od czasu do czasu solidnie zarobić, musiała być gotowa wyglądać czasem nieco lepiej. Właściwie bardziej pod wpływem impulsu, niż przemyślanej decyzji nabyła ciemnoczerwoną koszulę z solidnie utkanego lnu, obcisłe spodnie z czarnej skóry i pasujące buty o długiej cholewie, na piekielnie wysokich jak na nią, bo długości całego palca, szerokich obcasach. Dopiero wieczorem zdała sobie sprawę, że jako zmiennokształtna i tak raczej nigdy się takim strojem nie pochwali bez ukazywania swojej rasy, ale i tak postanowiła je sobie zostawić. Mogła pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa.
        Najwięcej wydała jednak u swojego gospodarza, który choć wyglądał na nieco starszego od niej, nazywał ją wciąż uparcie “cioteczką”. W końcu nie raz niańczyła go, gdy szlak zawiódł ją w pobliże Menaos. Wiedziała, że był znakomitym rzemieślnikiem i znał się nie tylko na ostrzeniu czy wykuwaniu noży, ale potrafił też stworzyć całkiem misterne ozdóbki i dobrze czuł się pracując w skórze. Dzięki temu Kelisha opuściła miasto, ukrywając pod kołnierzem koszuli czarną obrożę, nabijaną trzema rzędami ostrych, srebrnych ćwieków różnej długości. Był to jawny objaw jej paranoi, ale już od ładnych kilku lat czuła się bezpieczniej z czymś takim na szyi. Praktyczna jej zdaniem, choć dziwna ozdoba została przygotowana tak zręcznie, by bez dodatkowego działania łatwo zwiększała obwód, dopasowując się do szerokiego karku pantery, a potem szybko dała się ponownie zwęzić na potrzeby ludzkiej postaci panterołaczki. W plecaku miała też kilkanaście kawałków dość cienkiego, ale mocnego łańcucha, który dzięki większym i mniejszym oczkom na końcach mogła przeplatać i łączyć w dłuższy kawałek. Na wypadek, gdyby potrzebowała go podczas nowiu. Jedyną wadą obroży przeciw wampirom było dodane nieduże kółko na łańcuch, które znalazło się tam jako paskudny dowcip, ale to kobieta mogła jakoś znieść.

        Najemniczka nie ruszyła z Menaos bez celu. Oprócz przepuszczania zarobionych pieniędzy, znalazła bajecznie proste i całkiem dobrze płatne zlecenie. Miała dostarczyć niedużą paczuszkę do Limarii. Po prawdzie nie zostawiła sobie wiele ruenów, ale dzięki zaliczce, mogła bez obaw opłacić miejsce na jakimś statku w dwie strony i jeszcze powinno zostać dość na niespodziewane wypadki, a może nawet drobne zakupy. Zgodnie z własnymi przewidywaniami, w Turmalii dość łatwo znalazła statek kupiecki, Wróżkę Morską, którego kapitan dał się skusić nie tylko na zabranie pasażera na archipelag i z powrotem na kontynent, ale kilka dodatkowych brzęczących monet przekonało go nawet, by Kelisha mogła całą podróż spędzić bez wychodzenia na pokład i z ograniczeniem kontaktu z załogą do minimum. Droga na Limę, największą z wysp, minęła panterołaczce bez problemów. Równie banalne okazało się znalezienie adresata paczuszki. Największym kłopotem stało się spożytkowanie trzech dni, jakie zmiennokształtna miała spędzić na archipelagu przed powrotem tym samym statkiem.

        Łuczniczka nie miała zbytnio co robić. Szukać zleceń zwyczajnie się nie opłacało. Wynajęła więc malutki pokój we wcale nie najgorszej tawernie, gdzie bezpiecznie zostawiła większość dobytku i leniwie zwiedzała obce dla siebie państwo. Nie spodziewała się, by szybko miała odwiedzić je ponownie, więc całkiem chętnie urządzała sobie długie spacery, oglądała towary na targowiskach i słuchała plotek oraz nowinek. Te opierały się niestety głównie na jednym temacie. Zbliżało się Wyzwolenie, co z początku nie miało dla Kelishy żadnego sensu. Nie przypominała sobie, aby Limaria była przez kogoś okupowana. Szybko jednak dowiedziała się, że chodziło o jakiś okręt, przez co całkowicie straciła zainteresowanie tematem. Szczególnie, że i tak słyszała o nim zdecydowanie za często. Jednym puchatym uchem wpadały, a drugim wypadały jej informacje, że Wyzwoleniem dowodził Postrach Jadeitów, co po prawdzie zaciekawiło ją z początku. Do momentu, gdy zrozumiała, że chodziło o pirackiego kapitana. Była praktycznie pewna, że statek, na którym podróżowała, należał nie do kupców, a przemytników, więc nie uznawała okrętów z czarną banderą za zagrożenie. Nie planowała też, po powrocie na kontynent, przez najbliższe kilkadziesiąt lat znajdować się na pokładzie absolutnie czegokolwiek. Najwięcej informacji, plotek, przydomków, nazwisk, domysłów nasłuchała się, wybierając ciężkie noże myśliwskie oraz srebrny kolczyk w miejsce miedzianego. Broń przeglądała, bo uparła się znaleźć jak najlepiej pasujące jej do dłoni, a w Meot nie znalazła nic, co by ją zachwyciło. Biżuterii absolutnie nie potrzebowała, ale miała w pamięci elegancki, jej zdaniem, strój leżący na dnie plecaka i chociaż wątpiła, by miała okazję go wykorzystać, postanowiła uzupełnić go o ładny drobiazg.
        Wieczór przed wypłynięciem Wróżki Morskiej panterołaczka postanowiła poświęcić na swoją ulubioną miejską rozrywkę. Dzięki płynącej w jej żyłach leczniczej krwi rzadko kiedy miewała kaca, mogła więc pozwolić sobie na przepicie reszty zaliczki. Tawerna, w której się zatrzymała właściwie każdej nocy żyła własnym życiem, więc najemniczka po kilku kuflach opróżnionych samotnie przy stole bez problemu znalazła kompanię do gry w karty, kości, siłowania na ręce, rzucania nożem do celu i dalszego pijaństwa. Marynarze, chyba wyłącznie piraci i przemytnicy, nie marudzili, że nie zdejmowała kaptura i mało mówiła. Jedyną wadą było to, że również przy stołach irytująco często przewijał się temat nieszczęsnego Wyzwolenia, którego zmiennokształtna miała serdecznie dosyć. Kelisha uśmiała się, usłyszawszy jakoby kapitanem miał być wampir, zazwyczaj pływający na Nautililiczymśtam. Absolutnie nie wierzyła, że krwiożerczy potwór mógłby dowodzić czymkolwiek. Dyskusja o rzekomym wampiryzmie pirata oraz innych znaczących postaci, jak choćby księcia Medarda z Karnsteinu wymagała odstawienia piwa i przerzucenia się na rum. Z każdym kolejnym kubeczkiem rozmowy były coraz bardziej bełkotliwe, ale też ożywione i nic nie wskazywało, by miały się szybko skończyć.

        O świcie panterołaczka obudziła się, o dziwo, z kacem i lukami w pamięci, dotyczącymi przebiegu wieczoru. Z trudem zwlekła się z łóżka w wynajmowanym pokoju i przejrzała własny dobytek, by odkryć, że niczego nie brakowało. Nie była w stanie przypomnieć sobie, kiedy i dlaczego założyła srebrny kolczyk obok miedzianego. Szczególnie, że dziurkę w uchu poprzedniego wieczora miała tylko jedną, zaś tego ranka już dwie. Wymęczona kobieta niechętnie spakowała swoje rzeczy i powlekła się do głównej sali, by wmusić w siebie śniadanie przed udaniem się na pokład statku, którym miała wrócić na kontynent. Dopiero klin w postaci wzmocnionego kapką rumu piwa pozwolił jej zacząć myśleć na tyle, by zastanowiło ją, dlaczego tak wcześnie rano zaproponowano jej świeży gulasz rybny. Kilka chwil zajęło skacowanej Łapie przemyślenie umiejscowienia słońca na nieboskłonie, ale gdy wreszcie się to stało, wypadła z tawerny jak oparzona, zostawiając niedokończony posiłek. Zgodnie z prawami pecha otaczającego czarne koty, Wróżka Morska nie cumowała tam, gdzie powinna. Właściwie nie cumowała nigdzie w Limarii.
        - Cholera… rozumiem, że zaspałam. Ale zapłaciłam w obie strony! Nie cierpię żeglarzy - zmiennokształtna mruknęła do siebie, sprawdzając zawartość własnej sakiewki, która podstępnie zawierała jedynie kilka miedzianych kruków. - Trudno. Nie mam za co wrócić. Coś wymyślę, ale najpierw trzeba zjeść i wypić za co zapłaciłam.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Pirat , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        Nie było wątpliwości, że Barbarossa potrafił być naprawdę uroczy i kochany, szkoda tylko, że gdy tylko ujmował elfkę swoją czułością, zaraz można było spodziewać się tego, iż wyjdzie z niego zwyczajny dupek. Nie inaczej było w obecnej sytuacji, gdy Kiraie starała się kokietować wampira, aby jeszcze chwilę miło spędzić z nim czas, nim rozejdą się do swoich spraw - kapitan zajmie się kapitanowaniem, a dziewczyna zwyczajnie będzie się nudzić i snuć po pokładzie w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia dla siebie, choćby przez moment.
        Prychnęła urażona tym, że niczym nie różniła się od innych kobiet i nieumarły już się wystarczająco naoglądał. Ochrzciła go - a jakże - mianem dupka i poszła się ubrać oraz ogólnie przyszykować na nowy dzień. Pełen wrażeń, jak się później okazało. Oczywiście nie była specjalnie obrażona na swojego kochanka i też sama nie miała w zamiarze go tak naprawdę urazić, wtedy raczej po ubraniu się, nie kręciłaby się po kajucie i nie rozmawiała z nim jeszcze przez chwilę jakby nigdy nic, a najprawdopodobniej zapłakana dałaby mu w twarz i pobiegłaby popłakać się do Menurki i Rafaela.
        Dała mu na pożegnanie buziaka w policzek, życzyła miłego dnia i wyszła. W pierwszej kolejności poszła się spotkać z młodym wendigo i wspólnie zjeść śniadanie, po czym chłopiec został zawołany przez czarodzieja do siebie, a Kiraie chciała jak najszybciej zacząć swój trening z okrutnym trytonem.
        Bardzo się cieszyła na możliwość nauki posługiwania się krótkim ostrzem od samego trytońskiego mistrza sztyletów, choć bez wątpienia wyobrażała to sobie dużo inaczej. Dowodem tego miała być chociażby ta seria pytań, którą zasypała naturianina, a na którą w ogóle nie dostała odpowiedzi. A przynajmniej nie w całości i od razu. Poza tym... Jokar nic jej nie mówił, nic nie tłumaczył, więc nawet nie wiedziała na co zwracać uwagę podczas takiej walki, czego się wystrzegać. Zaczęła się nawet przez moment zastanawiać czy to nie był jakiś przykry żart ze strony Barbarossy, albo może zemsta za to, że zostawiła go przemienionego w kota na łasce Menurki. I może gdyby nie doping Erlona, już po pierwszych trzech upadkach rzuciłaby to wszystko w diabły i zwyczajnie odpuściłaby. Czując wsparcie z jego strony (podejrzewała, że nie miało to nic wspólnego z tym, że mógłby po prostu lubić elfkę, a raczej Barbarossa musiał dać mu taki rozkaz), nie zamierzała się tak łatwo poddać.
        Od razu stosowała się do wszelkich wskazówek, jakie jej dawał, a gdy usłyszała, żeby oszukiwać, jej oczy niemalże błysnęły, jak u dzikiego zwierza, który spostrzegł swoją ofiarę wśród bujnej roślinności. Uskoczyła zwinnie przed atakiem trytona i zagwizdała głośno. Długo nie musiała czekać aż pojawił się nad nimi cień Silvy. Krążył przez chwilę, przypatrując się pojedynkowi między elfką i trytonem, po czym po kolejnym ataku mężczyzny i uniku długouchej, zapikował w dół z przeraźliwym skrzekiem i wyciągniętymi szponami, gotowymi podrapać naturianina lub pociągnąć go za włosy. Kiraie nawet przez myśl nie przeszło by zwlekać i od razu wyprowadziła atak w trytona, gdy ten na moment przestał aż tak intensywnie skupiać się na dziewczynie.
        W prawdzie i tak wylądowała na deskach, przyciśnięta do nich przez oszpeconego trytona z wbitym nożem o włos od jej głowy, ale i tak była z siebie bardzo dumna. Udało jej się go drasnąć! Znaczy... nie jego, a jego ubranie i tak naprawdę nic wielkiego się nie stało, ale... Mimo wszystko! Po takim czasie! Była zdyszana, obolała, zmęczona i bardzo mocno zgrzana, a do tego bardzo, ale to bardzo szczęśliwa. Zwłaszcza, że na koniec tego wszystkiego, Jokar odpowiedział krótko na jedno z jej pytań, które zadała na samym początku, gdy go zobaczyła tego dnia, a o których już w sumie zapomniała.
        - Dziękuję, Jokar za twoją naukę i poświęcony czas. To było naprawdę wspaniałe doświadczenie - powiedziała z promiennym uśmiechem. Gdyby nie był pilnie wezwany przez kapitana, bez wątpienia rzuciłaby się na niego i mocno by uściskała tego mrukliwego, nie grzeszącego urodą i serdecznością mężczyznę. Tak jak to uczyniła wobec Erlona, gdy Jokar i majtek odeszli.
        - Tobie również strasznie dziękuję, Erlonie. Gdyby nie ty pewnie po pierwszych piętnastu minutach bym sobie odpuściła - powiedziała przytulając się do trytona, a gdy się od niego cofnęła, zaraz również podziękowała Silvie, który ochoczo przysiadł na wyciągniętej przez elfkę w zapraszającym geście, rękę.
        Po tym przeszła się z radosnym uśmiechem przez pokład na sam dziób, gdzie oparła się o balustradę i dając podmuchom wiatru targać i plątać swoje włosy, obserwowała ze szczęściem w oczach jak zbliżają się do zbiorowiska mniejszych i większych wysp Archipelagu Farrahin. Kiedy zaczęła dostrzegać pierwsze dachy i zabudowania, a nie tylko świetlistą łunę odznaczającą się nad miastem na tle ciemniejącego nieba, od razu pobiegła po Menurkę, by moc razem z nim cieszyć się dobijaniem do portu. Oczywiście wolałaby stać u boku bliskiego jej sercu wampira, jednakże wiedziała, że nieumarły ma ważniejsze sprawy na głowie niż ciągłe spędzanie czasu z elfką, a poza tym - dałaby sobie rękę uciąć - nie będzie widział w tym nic niezwykłego. Ot kolejne przybycie do portu i zacumowanie statku. Nieentuzjastyczne "łiiii!". Powiodła spojrzeniem za odlatującym Silvą w stronę drzew otaczających Limarię i skierowała się pod pokład, aby chwilę po tym razem z Menurką pomóc na pokładzie, gdy statek był już cumowany.
        Miała w planach urządzić sobie małe wyścigi z chłopcem, kto pierwszy będzie na lądzie, a po tym udać się na małe zwiedzanie, jednakże odpuściła, gdy jej to ktoś odradził. Wiedziała jednak, że to nic straconego i najwyżej jutro z samego rana się wymknie, aby pospacerować na własną rękę po mieście. Akurat dzięki swojemu nadopiekuńczemu ojcu miała w tym wieloletnie doświadczenie i nie przewidywała niepowodzenia.
        Zeszła na ląd wraz z większością załogi i zaraz też udała się do karczmy (choć załoga rozeszła się w różnych kierunkach), aby zjeść coś ciepłego, porządnego i mającego jak najmniej wspólnego z morzem i rybami. I oczywiście odpocząć na stabilnym, nie kołyszącym się ciągle, gruncie. Nie sądziła, że aż tak można zatęsknić za lądem.

        Następnego dnia, jak Kiraie postanowiła, tak też zrobiła - ledwo pojawiły się pierwsze promienie słońca na niebie, a jej już nie było w łóżku. Poszła po Menurkę i razem wyskoczyli na miasto, przed całodniową wycieczką planując najpierw zjeść pożywne i niesmakujące rybą śniadanie. Zmierzając do - według zapewnień Silvy - najlepszej karczmy w mieście, Menurka potknął się na wystającej kostce i potrącił przez przypadek jakąś kobietę.
        - Najmocniej panią przepraszam - powiedział, po czym spojrzał na krążącego nad nim Silvę i zaraz biegiem dołączył do Kiraie, czekającą na niego przed wejściem do karczmy, do której cały czas prowadził ich tęczowy feniks.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 120
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Pirat , Żeglarz , Rozbójnik
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

Barbarossa i jego sztab oficerski zeszli na ląd jako jedni z ostatnich, uprzednio upewniając się, że okręt nie zostanie w porcie bez opieki, a załoga nie zrobi w międzyczasie czegoś głupiego. Obowiązki te przypadły kolejno: lekarzowi, który sam się zgłosił na to stanowisko z powodu krytycznego stanu zdrowia niektórych marynarzy, nad którymi należało czuwać oraz sternikowi, panu Hornerowi, by pilnował w lokalnej karczmie niedobitków własnej załogi, aby ci za bardzo nie kłapali jęzorem. Co się zaś tyczyło Awerkera - zastosowano wobec niego wszelkie środki ostrożności. Areszt i zakaz oddalania się od okrętu dalej, niż pierwsza linia skrzących się na słońcu od zaschniętej soli, zabudowań. Pilnowano go też z ukrycia oraz jawnie, gdyby jakiś pirat zechciał na własną rękę wymierzać tu sprawiedliwość.
Nie dało się bowiem uniknąć rozgłosu i plotek, jakie wywołało wpływające do portu Wyzwolenie. Tłumy rzezimieszków przepychały się po całej długości molo, aby tylko uświadczyć tego zjawiska. Do tej pory okręty sojuszu z Wybrzeża Jadeitów witały tu holowane i na wpół strawione przez ogień, a co dopiero pod ręką pirata za sterem. Ledwie chwycono za cumy, kilku niedorostków z pierwszych rzędów rzuciło się w tył i rozbiegło po mieście, aby roznieść nowe, cenne informacje. Nie uszło to oczywiście uwadze wampira, który pewnym siebie krokiem przeszedł po trapie, jak gdyby nigdy nic. Piraci z Limarii przez kilka najbliższych dni nie będą mówić o niczym innym, jednak on nie zamierzał psuć sobie tych krótkich wakacji na lądzie bezsensownym konfliktem.
Podczas gdy załoga rozbiegła się już ze swoją częścią łupów po zamtuzach i karczmach, wampir i jego towarzysze stali w cieniu statku i rozmawiali.
- Zaprowadzicie więźniów na targ - zwrócił się kapitan do kwatermistrza i kucharza, zerkając za oddalającym się pospiesznie Erlonem, który miał czuwać nad bezpieczeństwem elfki.
Barbarossa wiedział, że nie zdoła jej zatrzymać na statku i nawet tego nie próbował. Cieszył się, że przynajmniej zaczekała do świtu, więc jeszcze jedną noc mogli spędzić razem. Przydzielił jej jednak "cień", gdyby coś miało się wydarzyć.
- Sto złotych gryfów za sztukę - kontynuował nieumarły. - Niżej nie schodźcie, a więcej nie są warci. Tych, którzy zostaną oddajcie na plantacje Arcykapitana i powiedzcie, że są prezentem ode mnie.
- Na długo zostajemy? - zapytał Kasino.
- Na trzy, może cztery dni. Później płyniemy na kontynent. Mam zamiar odwiedzić rodzinę.
- Gdyby ktoś pytał... - zaczął Adewall, jednak nie dane mu było skończyć.
- To Wyzwolenie i jego ludzie są moim łupem wojennym i mają prawo tu być. Kara za ich uszkodzenie jest taka sama jak za wszystko inne. Z innymi kapitanami sobie poradzę.
- I byłbym zapomniał - rzucił jeszcze, zanim każdy poszedł w swoją stronę. - Skoro Rafael zostaje, zrobił listę zakupów. Adewall, przypilnuj później, aby niczego nie zabrakło.
- Jasna sprawa.
Kilka minut później Barbarossa i Jokar, którego poprosił o towarzystwo, znaleźli się pod "Czerwonym Krabem", uchodzącym za najlepszą tawernę w mieście, a to za sprawą obszernego dziedzińca, krytego rybacką siecią, w którą wpleciono liście palm, pod którymi pili wszyscy, znaczący coś w pirackim świecie kapitanowie. Za stoły służyły tu puste beczki po rumie; za krzesła, wytarte z czasem fotele, jakie można zobaczyć w gabinetach bogatych kupców. Była też najlepsza obsługa na świecie - półnagie lub też skąpo ubrane przedstawicielki płci pięknej różnych, humanoidalnych ras, niektóre pracujące dobrowolnie, inne sprowadzone z targu niewolników. Serwowano alkohol i jadło z całego świata, a nad bezpieczeństwem i spokojem czuwały oprychy z nadziewanymi kolcami pałkami, co oczywiście było zbędne, ponieważ w Limarii piraci mieli zakaz toczenia walk między sobą. Wyjątek stanowiły oczywiście potyczki i zadośćuczynienia, jednak na zasadach odpowiadających obu stronom konfliktu. Z resztą jeśli ktoś był kapitanem godnym stolika w tej karczmie, oprych z pałką nie był dla niego wielkim wyzwaniem. Mimo to każdy wchodzący, jako symbol szacunku dla innych, oddawał broń odźwiernemu.
- A kogo moje kaprawe oczy widzą?! - rozległo się od największego stołu na środku dziedzińca, kiedy kapitan Nautiliusa i jego bosman podeszli bliżej. - Ile to już lat? Cztery?
- Tylko trzy - odpowiedział wampir, dołączając do towarzystwa pięciu innych kapitanów. - Stawiam następną kolejkę.
Szczere uśmiechy wypłynęły na twarze zebranych.

W tym samym czasie, po drugiej stronie "Czerwonego Kraba", na dziedzińcu zewnętrznym, zbierało się całe hultajstwo, nie potrafiące nawet napisać na kartce własnego imienia. Przynależność do różnych załóg nigdy nie była przeszkodą dla wspólnego picia, bójek i wielu innych pirackich zabaw.
- Możemy zrobić sobie przerwę na jeden kufel - zauważył Kasino, kiedy razem z Adewallem oddelegowali tragarzy z ładunkiem broni, jedzenia i medykamentów na okręt.
- Albo od razu beczkę - dodał kwatermistrz, schylając się w progu za małych, jak na niego, drzwi. Kapitan pije, to i nam wolno.
- Święta prawda.
Jak tylko zajęli miejsca, zaraz znaleźli sobie kompanię do picia i kart, w których to minotaur miał niewyobrażalne szczęście.
Awatar użytkownika
Kelisha
Szukający Snów
Posty: 173
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Panterołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Kelisha »

        Mimo wczesnej pory dnia, słońce zaczynało już całkiem konkretnie rozgrzewać wszystko, na co padły jego promienie. Niektórzy chowali się przed nim w cieniu, inni z rozkoszą wystawiali twarz ku jego tarczy. Kelisha za to miała kaca i gruby płaszcz, zupełnie nie dopasowany do pogody. Zasadniczo nie była jedyną osobą w zasięgu wzroku, która skrywała twarz lub jej część, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że panterołaczka była na wyspie tylko chwilowym gościem. Nosiła ubrania z dość grubych materiałów w nijakich kolorach, dostosowanych do ochrony przed ulewami, chłodem nocy, wiatrem oraz leśnymi chaszczami, próbującymi rozciąć ciało każdego nieuważnego wędrowca. Po prawdzie gdy spojrzało się na dłonie kobiety, zakończone mocnymi, zdrowymi, zadbanymi i zaskakująco długimi, jak na najemnika, paznokciami, mogło się wydawać, że całe życie spędzała w słońcu na jeszcze bardziej tropikalnej wyspie lub bezlitosnej pustyni. W rzeczywistości Kelisha była raczej blada, biorąc pod uwagę jej naturalną karnację. Zdecydowanie kilka tygodni bez płaszcza i w lżejszych, krótszych ubraniach nie zaszkodziłoby jej.

        Podczas rozmyślań, czy powinna wykorzystać przymusowy wypoczynek na wyspie, by opalić się lekko gdzieś z dala od ludzi i chowania bezpiecznie sakiewki za pasek, coś uderzyło w bok najemniczki. Natychmiastowo obróciła się, podnosząc jedną rękę do ciosu na odlew, wierzchem dłoni w twarz nieuważnego przechodnia.
        - Jak leziesz... - warknęła wściekle, zanim jeszcze zauważyła, co czy kto taki chwycił się jej płaszcza, by nie przywitać matki ziemi wymuszonym przytulaniem. Widok dziecka zaskoczył ją nieco i zbił z tropu, dopiero po chwili dokończyła, już nie tak agresywnie, choć wciąż nie można było nazwać jej tonu przyjaznym - ...szczeniaku?
        Panterołaczka stała jeszcze kilka uderzeń serca z dłonią wzniesioną do ciosu. Obserwowała, jak maluch nieco chaotycznie, bo tuż po potknięciu, biegnie do jasnowłosej kobiety. Odruchowo Kelisha zmierzyła oboje spojrzeniem, próbując wyciągać jakieś informacje na podstawie tego, co mieli na sobie i ich ruchów. Kobieta, chyba elfka, więc wieku zmiennokształtna nie próbowała nawet określać, była ubrana czysto i schludnie, ale bez czegokolwiek charakterystycznego. Nie widać było nawet, żeby miała przy sobie jakąś broń a i ruchy, choć pełne gracji, nie miały w sobie nic co sugerowałoby choćby podstawową umiejętność walki. Dzieciak wyglądał na wczesny wiek nastoletni i wydawał się jeszcze bardziej nijaki. Żadne z nich na pierwszy rzut oka nie miało przy sobie nic, co zdaniem najemniczki nosili ze sobą magowie.
        - Ciekawe, czy macie jakąś sprytną tajemnicę, czy wylądujecie na targu niewolników? W sumie, jak nie zarobię inaczej, to znaleźć ich potem też jest opcją - szepnęła do siebie, zostawiając na razie elfkę i smarkacza w spokoju. Mimo wszystko handel żywym, myślącym towarem odrzucał ją nieco. Jasnowłosa z pewnością skończyłaby jako dziwka i nie pożyła pewnie zbyt długo. Była ładna, ale zdaniem panterołaczki za mało wyróżniała się w tłumie, by ktokolwiek męczył się z leczeniem jej, gdyby wylądowała w burdelu. Chociaż, być może posiadała jakieś ukryte talenty. Chłopak z racji wieku miałby szansę nauczyć się jakiegoś fachu i żyć nawet prawie jak człowiek, o ile wytrzymałby pierwszy rok. Tak czy inaczej, jeśli Kelisha zostałaby postawiona przed wyborem czy ma ratować swoje życie, sprzedając losy dwójki obcych, raczej nie zastanawiałby się długo, a najwyżej potem zapiła ewentualne wyrzuty sumienia.

        Zmiennokształtna nie zaprzątała sobie dłużej głowy tą dwójką. Nie zwróciła uwagi na kolorowego ptaka nad ich głowami, nie zauważyła też mijającego ją chwilę później mężczyzny, który miał pilnować elfki i dziecka. Szła zrezygnowana do tawerny, mając nadzieję, że nikt nie zdążył jeszcze uprzątnąć resztek jej śniadania. Po drodze rozmyślała, jak zdobyć pieniądze na powrót na kontynent. Mogła zarobić w normalny sposób, ale i tak potrzebowała gotówki żeby przeżyć kilka najbliższych dni. Nie przerywając powłóczenia nogami, wyjęła z plecaka sakiewkę z grotami, do której dosypała na wierzch swoje ostatnie pieniądze. Była szansa, że da radę okłamać swojego gospodarza i zarobić brakujące rueny, zanim zmusi ją do zapłaty za dodatkowe dni w tawernie.

        Gdy wreszcie najemniczka dowlokła się na miejsce, prawie bez szemrania zostawiła plecak z przytroczoną lub pochowaną całą swoją bronią przy wejściu. Wyznaczone ku temu miejsce było zapobiegliwie dobrze widoczne niemal z każdego kąta i oddalone od ulicy dostatecznie, by nie kusić nadmiernie złodziei. Na szczęście pracownicy byli na tyle przyzwyczajeni do głąbów, którzy zaspali na odpłynięcie swojego okrętu, że nie zabrali jeszcze miski z zimnym już gulaszem oraz kufla niedopitego piwa. Kelisha usiadła ciężko na swoim miejscu i powąchała zapobiegliwie zawartość obu naczyń, zanim zabrała się do jedzenia. Co jakiś czas zerkała spod kaptura na otoczenie i widok dwóch marynarzy grających w kości sprowadził na nią oświecenie. Mogła spróbować poprawić swoją sytuację finansową dzięki hazardowi. Musiała tylko znaleźć odpowiednio pijanego czy głupiego przeciwnika. Odchyliła się na krześle i rozejrzała uważniej po twarzach gości tawerny, popijając z kufla już w znacznie lepszym humorze.
        Jak istny dar od losu, czy któregoś boga, objawił się kobiecie stół, przy którym kilka osób grało w karty. Jednym z graczy był minotaur tak wielki, że na jego widok panterołaczka aż zagwizdała pod nosem. Po prawdzie zaraz obok niego siedział krasnolud, którą to rasę kojarzyła raczej że sprytem, ale naturian o byczych głowach znała z plotek jako niesamowicie silnych idiotów. Lepszego przeciwnika do ogrania nie mogła sobie wymarzyć. Na domiar szczęścia, jak na zawołanie jeden z mężczyzn rzucił swoimi kartami o blat i wstał od stołu, robiąc miejsce dla nowego gracza. Kelisha chwyciła w rękę swój kufel i ruszyła zdobyć potrzebne jej pieniądze. Usiadła szybko na pustej chwilowo skrzyni służącej za krzesło.
        - Chętnie dołączę do gry - mruknęła, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Przed sobą położyła sakiewkę, która zadźwięczała metalicznie, dzięki wypełniającym ją grotom do strzał i kilku miedziakom. - Tylko kaptur chcę zostawić. Mam paskudne blizny po oparzeniu na pysku i nie lubię ich pokazywać. Jaka stawka przy tym rozdaniu?
        Kobieta wykorzystywała całą swoją siłę woli, żeby nie szczerzyć zębów zbyt otwarcie ani nie rozpocząć spotkania od naubliżania komuś. Gdy pojawiły się przed nią karty, spoważniała i skupiła się na ile mogła. Nie umiała oszukiwać, musiała więc mimo wszystko się pilnować i grać rozważnie. Przed sobą miała nie tylko minotaura, którego z góry uznała za kretyna, ale też innych przeciwników. A do tego wszystkiego raptem kilka ruenów, które chciała szybciutko rozmnożyć do przynajmniej kilku złotych gryfów. Obserwowanie wszystkich przy stole spod kaptura nie było wygodne, ale jak na razie kłamstwo o bliznach zwykle działało i wolała je znacznie bardziej, niż wmawianie towarzyszom, że była kotołakiem a jednocześnie pozwalało ukrywać uszy oraz ogon.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Pirat , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        - Menurka! - zawołała Kiraie, kiedy zorientowała się, że nie ma przy niej małego blondyna.
        Od razu przystanęła i odwróciła się, aby wypatrzyć swojego nastoletniego towarzysza. Zaraz dojrzała go, zbierającego się z bruku i jakąś kobietę, która wydawała się jakby chciała go uderzyć, a to się elfce bardzo mocno nie spodobało. Rozumiała, że ktoś mógłby być zły, za to, że ktoś na niego wpadł, zwłaszcza, że w większości miast jest to sprytna strategia na łatwe podebranie komuś sakiewki, albo innej cennej rzeczy, ale żeby od razu chcieć uderzyć dziecko? To jej się w głowie nie mieściło.
        Chłopiec spojrzał na potrąconą kobietę wilkiem, gdy ta nazwała go szczeniakiem, ale przeprosił jedynie raz jeszcze i już bardziej uważając pod nogi, pobiegł do Kiraie i czekającego na nich oboje Silvy. Żadne z nich, może z wyjątkiem ptaka, nie zdawało sobie w ogóle sprawy z tego, że cały czas byli obserwowani z ukrycia przez Erlona, którego Barbarossa przydzielił im do ochrony w razie zaistnienia jakiś kłopotów.
        - Wiem, że się cieszysz z wyjścia na ląd i jesteś bardzo podekscytowany z przebywania w nowym miejscu, z resztą tak samo jak ja, ale proszę, uważaj następnym razem - pouczyła łagodnym tonem blondyna i lekko się do niego zaraz pochyliła. - Zwłaszcza, że dużo tutaj różnych, podejrzanych typów - dodała przyciszonym tonem, by przez przypadek nie usłyszał tego jeden z tych "podejrzanych typów". Nie chciała kłopotów, zwłaszcza, że nie byłaby w stanie ich przed nimi obronić.
        - Niech no któryś tylko spróbuje dotknąć cię palcem, to pożałuje! - odparł hardo chłopiec, mówiąc to bardzo głośno, jakby chciał ostrzec wszystkich okolicznych bandytów.
        Elfka od razu się zlękła i zasłoniła dłonią usta nastolatkowi. Zabrała go na bok i ukucnęła przed nim za jakimiś skrzynkami.
        - Menurka, posłuchaj. Rozumiem, że dałbyś sobie radę gdyby ktoś nas zaatakował, ale... co jeśli straciłbyś nad sobą kontrolę i zrobił komuś krzywdę? Komuś niewinnemu, albo na przykład mi? Nie jesteśmy na Wyspie Czaszek, gdzie słowo Barbarossy mogłoby nas wyciągnąć z kłopotów.
        - No wiem, ale... - przerwał jej chłopiec i próbował się tłumaczyć, na co Kiraie tylko pokręciła głową.
        - Mieliśmy umowę, pamiętasz? Żadnych przemian. Jesteś jednym z niewielu przyjaciół, których mam na statku, nawet więcej, jesteś dla mnie jak brat i nie chcę, żeby Barbarossa wyrzucił cię z załogi, albo zrobił ci jakąś krzywdę przez to, że stwarzasz zagrożenie dla innych - wyjaśniła spokojnie, głaszcząc go pocieszająco po głowie.
        Chłopiec jednak nie podzielał jej dobrych intencji i ze złością odtrącił od siebie jej dłoń, aby zaraz spojrzeć na dziewczynę z gniewem i żalem.
        - Skoro jestem tak niebezpieczny, to dlaczego od razu nikt nie wyrzucił mnie za burtę na pożarcie rekinom?! - warknął na długouchą, szczerząc na nią swoje coraz bardziej przypominające zwierzęce, kły. - Już wolałbym to, niż ciągłe udawanie kogoś kim nie jestem!
        - Uspokój się do diaska i daj mi dokończyć! - krzyknęła na niego surowo, co bardzo mocno zaskoczyło blondyna. Elfka westchnęła ciężko i złagodniała na powrót. - Wiem, że chcesz móc być sobą i chciałabym ci w tym pomóc, przekonać kapitana, że naprawdę nikomu z załogi z twojej strony nic nie grozi, ale najpierw musisz nauczyć się mieć pełną świadomość i kontrolę nad sobą, gdy jesteś... sobą. Zwłaszcza, że jesteś dobrym chłopakiem i wiem, że nigdy nie chciałbyś zrobić krzywdy żadnemu ze swoich przyjaciół. To jak będzie? - zapytała przyjaźnie, uśmiechając się do Menurki.
        Ten początkowo był zszokowany jej słowami i szczerą chęcią pomocy ze strony elfki, przez co zaraz mocno się wzruszył i wręcz rzucił dziewczynie na szyję z wdzięczności. To skutecznie zażegnało ich kłótnię sprzed chwili i mogli pójść dalej, dotrzeć w końcu do karczmy, na której "dachu" z siatki i liści palm przysiadł sobie Silva. Ptak zniecierpliwiony długotrwałym czekaniem na nich, zaczął sobie czyścić pióra, a kiedy zobaczył, że się zbliżają, zaskrzeczał donośnie.
        Kiraie przystanęła przed bez dwóch zdań najlepszą i najbardziej oryginalną karczmą w mieście. Jej spojrzenie szybko wychwyciło znajomą sylwetkę pewnego wampira, który skradł jej serce. Uśmiechnęła się do niego ciepło i już chciała skierować się w stronę wejścia za Menurką, który z entuzjazmem już był w połowie drogi do zbira stojącego w wejściu. Jeden drobny szczegół sprawił jednak, że owszem dołączyła do nastoletniego towarzysza, ale tylko po to, by złapać go za ubranie i zaciągnąć z powrotem wzdłuż głównej ulicy. I wcale nie chodziło o to, że Barbarossa obecnie wydawał się być zajęty, siedząc w towarzystwie innych kapitanów.
        Elfka jeszcze przez jakiś czas ciągnęła za sobą zdezorientowanego chłopaka, nim go puściła, dołączył też do nich Silva, którego poprosiła o znalezienie drugiej najlepszej karczmy w mieście bardziej... przyjaznej dzieciom.
        - Kiraie dlaczego nie mogliśmy tam zjeść? Umieram z głodu! - poskarżył się chłopak, idąc naburmuszony, z niechęcią obok długouchej.
        - Bo widziałam jak się śliniłeś na widok tamtej czarnoskórej dziewczyny z biustem na wierzchu. Zjemy gdzieś indziej, gdzieś, gdzie kelnerki wiedzą co to ubranie i potrafią korzystać z tego wynalazku - zarządziła stanowczo. Menurka jęknął żałośnie, a lecący nad nimi Silva zaczął się z chłopaka śmiać złośliwie.
        - Erlonie, znasz może takie miejsce? Zjesz z nami prawda? - zwróciła się do cały czas trzymającego się w ukryciu trytona. Przystanęła i odwróciła się w stronę, gdzie akurat był. Uprzedzając jakiekolwiek pytania, zachichotała z rozbawieniem i wskazała wymownie na Silvę, dając tym do zrozumienia, że to on zdradził trytona. - Oh! A może po prostu kupimy jedzenie na targu i zrobimy sobie śniadanie na plaży? Co wy na to? - zapytała z entuzjazmem wszystkich. W prawdzie planowała o takim spędzeniu wolnego czasu i zjedzeniu posiłku razem z Barbarossą, ale biorąc pod uwagę, że on był zajęty i pewnie w Limarii nie będą mieli zbyt wiele czasu dla siebie, postanowiła zaproponować ten pomysł swoim przyjaciołom.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 120
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Pirat , Żeglarz , Rozbójnik
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

Kiedy przegrało się w karty równowartość szabli z czystej, hartowanej stali, obłąkańcze myśli nakazywały zarzucić oponentowi oszustwo, wyzwać go na pojedynek przy świadkach, pokonać i zgarnąć pulę dla siebie. Problem w tym, że jeśli twój przeciwnik miał pięść wielkości twojej głowy, to mógłbyś nie zdążyć nawet o tym pomyśleć.
- Trzy asy - podsumował minotaur, zgarniając łapskiem ze stołu wszystkie pieniądze, ku rosnącej rozpaczy w oczach innych grających. - Jeszcze jedna partyjka, panowie?
- Tym razem na pewno się odkujecie - wtórował towarzyszący mu krasnolud, upijając piwo z kufla większego niż on sam. - A jak nie, to przynajmniej wyjdziemy na zero na tym piwie.
Obaj mężczyźni ryknęli gromkim śmiechem i zaczęli przeliczać stos monet w czasie, kiedy krzesła wokół stołu pustoszały. Na szczęście nie wszystkie. I choć nikt nie zauważył, kiedy wyrostek w płaszczu się dosiadł, to nikomu to nie przeszkadzało, gdy brzdęknęły rueny.
- Zwykle zaczynamy od jednego srebrnego - mruknął krasnolud. - Jednak sądząc po twoich łachmanach, w sakwie nie znajdę więcej niż dwadzieścia brązowych.
- Ale możemy zagrać - dodał minotaur, przyciągając bogu ducha winną kelnerkę, aby potasowała i rozdała karty.
- Stawiam jednego gryfa - oznajmił, kiedy już wiedział wszystko, czego potrzebował. - I radzę ci nie kantować.

W tym samym czasie Erlon próbował za wszelką cenę pozostać w cieniu, czym jeszcze bardziej zwrócił na siebie uwagę. Nierozsądnie trzepot skrzydeł ptaka puścił mimo uszu, w końcu w Limarii było ich pełno i to go zdradziło. Gdyby Jokar go teraz zobaczył, na pewno by mu nagadał.
- Imponujące, ale nie dość dobre - powiedział rozbawiony, skinąwszy głową innemu trytonowi, który nadszedł z przeciwnego kierunku i mijając elfkę, uśmiechnął się do niej przyjaźnie. - Możesz iść się napić. Przypilnuję jej - rzucił do towarzysza, na co ten również skinął głową i zniknął w tłumie.
- Oczywiście, że jest tu takie miejsce - zaczął, kiedy dziewczyna skończyła prawić morały Menurce. - Z jedno lub dwa na całe to miasto na pewno. Dlatego plaża to całkiem dobry pomysł - podsumował i wskazał kierunek marszu na rynek.
- Długo zamierzasz go zwodzić? - zapytał tryton już znacznie ciszej, kiedy Menurka ruszył przodem, a tempo kroków jego i elfki się wyrównało, przez co oboje szli teraz niemal zetknięci ramię w ramię w narastającym tłoku. - Dobrze wiesz, że prędzej czy później wykorzystamy chłopaka jako żywą broń. Niestety brak kontroli nad nim sprawi, że stanie się całkowicie zbędny. Co wtedy? Twoje troski nie będą chronić go w nieskończoność, a nasz świat jest bezlitosny dla słabych. Nawet nasz kapitan nie będzie miał tu zbyt wiele do powiedzenia.
Erlon nie starał się nawet ubrać tych słów w bardziej kolorowe. Miał jednak nadzieję, że dziewczyna zrozumie i wyciągnie z tego wnioski. Głupia przecież nie była. Jej związek z wampirem dawał jej wiele swobody, jednak miłość (nawet odwzajemniona) nie wystarczy, aby kogoś zmienić na lepsze. A przynajmniej nie o sto osiemdziesiąt stopni. Spalenie żywcem ocalałych z niedawnej potyczki było tego najlepszym przykładem. Spiętrzony słup czarnego dymu przypomniał wtedy Erlonowi, czym Barbarossa zasłużył sobie na swoją niesławę.
- Albo chłopak nauczy się kontrolować przemianę i zechce trzymać z nami dobrowolnie, albo zmuszą go do tego siłą - dokończył, a gdy to mówił, spoglądał dziewczynie w oczy. - To ostrzeżenie od czarodzieja. Nasz lekarz cały czas trzyma rękę na pulsie i dalej będzie głosem rozsądku naszego kapitana, jednak pamiętaj, że są też inni oficerowie.
Pobyt w Limarii mógł być dla wszystkich tym, czego naprawdę potrzebowali - chwilą na złapanie drugiego oddechu i zastanowieniem się nad "co dalej?". Mógł też narodzić nowe problemy i konflikty, które niewyeliminowane od razu, będą tylko uprzykrzać im życie. Z tą właśnie myślą Erlon pozostawił Kiraie i samego siebie, kiedy oboje wchodzili na zalany słońcem rynek.
W przeciwieństwie do rynków w miastach na kontynencie, gdzie stragany stały w wyznaczonych liniach i porządku, ten piracki był chaotyczną, zbitą masą namiotów i kramów, które zajmowały każdą wolną powierzchnię, zależnie od tego, gdzie aktualnie stał ich właściciel. W sieci tej nie było alejek ani kierunku marszu, wygrywał ten o największych barkach i impecie z jakim brnął przez tłum. Pozostali musieli się dostosowywać, uciekać na boki i pod nogi kolejnych przechodniów, którzy reagowali tak samo jak ci poprzedni. I to wszystko pod palącym słońcem i "mgle" suchego powietrza, niosącego ze sobą zapach potu i egzotycznych przypraw.
- Najlepsze tkaniny zza wody! - przekrzykiwali się naprzemiennie dwaj, a czasami nawet i trzej kupcy z trzech różnych stanowisk.
- Noże! Miecze! Z najlepszej stali! - odpowiadała krzykiem druga strona rynku.
- Najsłodsze słodycze ze wszystkich czterech stron Łuski!
- Nie przejmuj się pieniędzmi - wtrącił naturianin, kiedy zatrzymała ich ściana kupujących oglądających towary na kramach. - Ja będę płacił. A ty młody... - dodał, pociągając Menurkę za rękaw, by stanął przy boku elfki - ....nie oddalaj się za bardzo, bo na własnej skórze przekonasz się, jak dobrze naoliwioną maszyną jest tu handel dziećmi.
Po tych słowach tryton naciągnął na głowę kaptur, aby mniej wyróżniać się w tłumie i przeprowadził swoich towarzyszy przez plac aż do stoisk z jedzeniem, po drodze zatrzymując się tylko na chwilę przy kimś, kto najwidoczniej pilnował tu porządku, aby zamienić z nim ze dwa zdania o tym, co ludzie gadają. Następnie z garścią nowych informacji powrócił do elfki.
- Wszyscy gadają o naszym przybyciu. Kapitan Barbarossa nie będzie z tego faktu zadowolony, o ile już nie jest - rzucił swobodnie już jakiś czas później, kiedy całą trójką powrócili na limarską plażę.
Miejsce na odpoczynek tryton wybrał pod palmami na niewielkim cyplu, z którego rozciągał się widok na port i wpływające lub wypływającego z niego statki. W szczególności dobrze było widać Wyzwolenie, którego białe żagle kontrastowały na tle tych czarnych z piszczelami.

W międzyczasie Barbarossa relacjonował ostatnie trzy lata wraz z innymi kapitanami, zapijając rumem dusze tych, których pożarł ocean.
- Więc Awerker, ten przebiegły lis i psi syn został twoim niewolnikiem? - podsumował krótko jeden z piratów.
- Gościem - poprawił go wampir, opadając na oparcie fotela. - Jego statek i załoga są w moich rękach i zależy mi, aby Arcykapitan nie wciskał w ten interes swojego nosa.
- Może być ciężko - dodał inny kapitan, którego długa, siwa broda pełna była czerwonych kokard, symbolizujących zatopione okręty. - Przez ostatnie lata polował na nas i udaremniał nasze działania. Stał się solą w oku i cierniem w tyłku wielu wpływowych kaprów. Każdy z nich z przyjemnością wyrwałby mu serce łyżką.
Żaden z obecnych przy stole tego nie skomentował, a jedynie na twarzy rybiego bosmana pojawił się grymas zrozumienia. Tępa na brzegach łyżka była idealnym narzędziem tortur w ograniczonych tego typu sprzętach warunkach. Zabrakłoby mu palców, gdyby teraz zaczął wyliczać ile złego mógłby zdziałać z jej pomocą.
- Dlatego Rion Awerker pozostanie pod moją komendą, dopóki nie zdecyduję inaczej. I wy wszyscy macie obowiązek uszanować tę decyzję. Tak mówi Kodeks.
- Odezwał się ten, który posłał z dymem bezbronnych marynarzy z Arrantalis zaledwie dzień temu. Tak... wieści szybko się u nas rozchodzą. Nawet ja nie posunąłbym się do takiej zbrodni.
- Doprawdy? - Barbarossa uniósł brew, na co większość pijących aż utkwiła wzrok we własnych butach. Atmosfera przy stole gęstniała aż za szybko. - A wyrżnięcie całej wioski dla jednej mapy? W dodatku fałszywej. To zwykłe ludobójstwo.
- Uważaj! Za mniejsze rzeczy obcinam język!
- A zdążysz doskoczyć po nóż szybciej, niż ja do twojej szyi?
- Panowie... - rozległo się z boku i brzmiało jak zaproszenie do pokojowych negocjacji. - Spotkaliśmy się, aby pić i dobrze się bawić. Z resztą znacie prawo. Załatwcie to na plaży lub otwartym morzu.
Po tych słowach atmosfera nieco się uspokoiła, a Barbarossa ponownie sięgnął po kufel, wyłapując pojedyncze głosy i zastanawiając się, z jakiego powodu załodze w alkowie naprzeciwko jest tak wesoło.
Awatar użytkownika
Kelisha
Szukający Snów
Posty: 173
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Panterołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Kelisha »

        Kelisha wykazała się dostatecznie dużą niefrasobliwością, czy może głupotą, by nie przejąć się wielkością stosu monet leżących przed krasnoludem i minotaurem. Być może była po prostu zbyt skacowana, żeby przemyśleć jeszcze raz słuszność swojego pomysłu, mimo mniejszej ilości chętnych do gry. Panterołaczka była skupiona wyłącznie na perspektywie powrotu na kontynent i tym samym do swojego zwyczajowego życia. Pal licho ryzyko, musiała oskubać tą dwójkę z gotówki, której mieli aż nadto!
        Spojrzała na norda spod byka, gdy ten skomentował jej ubiór, ale nie odezwała się na zaczepkę. Nie to, żeby miała zamiar trzymać język za zębami, musiała zwyczajnie pomyśleć. Baryłkowaty pirat nie miał przecież racji. W sakiewce nie było nawet siedmiu miedziaków, o dwudziestu nie wspominając.
        - I wzajemnie - warknęła głucho na uprzejmą radę minotaura. Dopiero wtedy powoli zaczynało do niej docierać, że ilość pieniędzy leżących przed mężczyznami była podejrzanie duża. Natychmiast uznała ich za oszustów, ale na takich miała swoje sposoby. Czuły wzrok i słuch drapieżnika pozwalał zwykle szybko wychwycić podejrzane zachowania przy stole.
        - W takiej kompanii przecież nikt nie będzie się w szulerkę bawił, prawda? - Zmiennokształtna nawet nie próbowała ukrywać, że te słowa kierowała do krasnoluda, skoro nie oskarżała go o nic wprost. Jednak to brodacza uznała za najbardziej podejrzanego z towarzystwa. - Może nie łażę pić i grać w jedwabiach, ale to nie znaczy, że nie mam ruena przy dupie! O moją wypłacalność to ty się nie martw.
        Lekko nerwowym ruchem Kelisha poprawiła kołnierz koszuli, by na pewno zakrywał nabijaną srebrem obrożę. Ludzie czasem zadawali w związku z nią zbyt wiele głupich pytań, a dodatkowo ani myślała zaryzykować przegrania jej. Czujnie obserwowała przy tym kelnerkę tasującą talię. Ta wydawała się dość mocno znudzona życiem i zupełnie niezainteresowana tym, kto pomnoży swój majątek, a kto przez najbliższe dni będzie zmuszony pościć. Gdy półnaga kobieta wyłożyła przed panterołaczką jej przydział kart, ta natychmiast zaczęła przyglądać się ich koszulkom. Były podniszczone nie mniej niż jakikolwiek inny zestaw, który Kelisha miała okazję oglądać w całym swoim życiu. Zmiennokształtna szukała w uszkodzeniach podobieństw, czy jakiegoś wzoru, który mógłby sugerować oszustwo, zupełnie nie przejmując się, jak mogli odebrać jej zachowanie współgracze. Nie zauważyła jednak nic, co tylko wzmogło jej czujność i zrodziło pierwsza, nieśmiałą myśl, że być może gra przy tym stoliku nie była najlepszym pomysłem.
        Najemniczka szybko i sprawnie poradziła sobie z tą iskierką zdrowego rozsądku, gasząc ją solidnym łykiem zaprawionego rumem piwa. Dodatkowo była pewna, że gdyby teraz tak po prostu wstała, bez rozegrania chociaż jednej partii, byłoby to źle widziane. Nawet, jeśli krasnolud oszukiwał i to dzięki temu jego byczogłowy kompan mógł pochwalić się kilkoma wygranymi, wystarczyło czujnie go obserwować. Gdy już miała sprawdzić, jakie karty jej się trafiły, obróciła się do minotaura, błyskając spod kaptura sporymi kłami, ukazanymi przez szeroki uśmiech.
        - Podoba mi się twoje podejście. Zagrajmy o złoto, po co się bawić w drobne. - Okazji do zdobycia całego gryfa, a może nawet dwóch Kelisha zwyczajnie nie mogła przepuścić. Nawet jedna taka moneta znacząco poprawiłaby jej sytuację.
        Wreszcie spojrzała ostrożnie na swoje karty, by zaraz potem zacząć przyglądać się każdemu po kolei przy stole. Mina jednego młodego chłopaka od razu zdradziła, że to nie było jego rozdanie. Panterołaczka najbardziej skupiła swoją uwagę na krasnoludzie, doceniając nagle zalety porządnej brody, która skrywała sporą część jego twarzy, utrudniając odczytywanie emocji oraz minotaurze. W przypadku naturianina z jednej strony nie wiedziała, jak rozumieć jego mimikę, ale z drugiej oboje mieli wiele wspólnego ze zwierzętami, głównie obserwowała więc jego uszy i chrapy. Osobiście cieszyła się, że jej własne kocie atrybuty były dobrze ukryte. Inaczej z pewnością zdradziłaby się, że zaczęła wcale nie tak źle, bo z parą dziesiątek. Może nie potrafiła ogólnie czytać i pisać, ale znaczki na kartach umiała rozpoznać. Wymieniła dwie inne karty i aż zastrzygła z zadowolenia uchem, gdy w jej ręce znalazła się dodatkowo trójka siódemek. Nie był to może pewniak, ale miała naprawdę duże szanse na wygraną.
        Zgodnie z przewidywaniami, młodziak szybko spasował, pozostali gracze zaryzykowali swoje szczęście, a najemniczka chętnie wyrównywała do postawionej puli. Perspektywa zarobienia dostatecznej ilości gotówki, by móc już następnego dnia opuścić cholerny archipelag, w kilka chwil całkowicie zagłuszyła zdrowy rozsądek. Dlatego aż warknęła gardłowo z wściekłości i zaskoczenia, gdy zobaczyła, że minotaur przebił wszystkich. Szczególnie, że nie zauważyła, żeby robił cokolwiek podejrzanego.
        - Diabli niech cię… dogrywka! Nie ma mowy, żebym wyszła stąd stratna! - Kelisha podała swoje karty zaskakująco spokojnym gestem jak na jej słowa i ton. W rzeczywistości knuła już, jak się wykręcić, jeśli inni gracze będą domagali się, żeby wypłaciła to, co powinna. Faktycznie, nie mogła więc dopuścić do tego, żeby wstać od stołu, zanim byłaby na plusie. Wyspa może była największa z całej Limarii, ale miała silne wrażenie, że nadal była zbyt mała, by nawet jeden panterołak mógł się na niej długo ukrywać przed pirackimi wierzycielami. Pociągnęła solidny łyk z kufla, niezadowolona wyraźnie, że zostało w nim tak niewiele trunku. W sumie nie powinna się upijać podczas gry, ale lekkie znieczulenie powinno pomóc nie okazywać aż tak nerwów.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Pirat , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        Kiraie lekko się wystraszyła, przez nagłe nadejście drugiego trytona, o którego obecności pojęcia nie miała, jednakże odwzajemniła przyjazny uśmiech i uprzejmie się z nim przywitała, by chwilę po tym ruszyć wspólnie z Erlonem u boku przez miasto. Nie wątpiła w to, że pirat chociaż trochę znał Limarię i nie potrzebował mapy, by się w niej jakoś odnaleźć. Ona na pewno by się tutaj z łatwością zgubiła, gdyby nie wsparcie Silvy, który z lotu ptaka mógł ich nawigować. Razem z mężczyzną skierowała się w stronę rynku i obserwowała czujnie zwiedzającego z entuzjazmem Menurkę, który stanowczo za bardzo wyrwał do przodu, ale póki miała go w zasięgu wzroku i kolorowy feniks również miał na niego oko, była spokojna.
        - Nie zwodzę go. Wierzę, że da radę być sobą i jednocześnie kontrolować swoją krwiożerczą naturę - poprawiła naturianina, a po chwili spuściła lekko głowę. - Wiem, że będzie musiał umieć zabijać na rozkaz, jak z resztą reszta załogi. Chcę by był jej częścią, a nie jedynie tajną bronią masowej zagłady. Ale czy właśnie nie łatwiej będzie mu siebie kontrolować, gdy będzie traktowany tak jak inni członkowie załogi? Gdy będzie miał wśród nich przyjaciół? Zwłaszcza, że Menurka nie chce by się go bano. To dziecko, które potrzebuje towarzystwa, poczucia bezpieczeństwa i możliwości się wyszaleć - powiedziała spokojnie acz z pobrzmiewającą w głosie determinacją. Nie było wątpliwości, że elfka była gotowa zrobić wszystko, by jej małemu, ludożerczemu przyjacielowi włos z głowy nie spadł i by mógł być szczęśliwy. Nawet żyjąc pośród piratów i dopuszczając się okropnych rzeczy z ich rozkazu. Na okręcie było wiele różnego rodzaju "potworów", choćby Adewall albo Jokar i nie rozumiała dlaczego to Menurka miał być najgorszym i najbardziej okrutnym oraz nieobliczalnym z nich wszystkich. Mogłaby się założyć, że lwia część załogi robiła gorsze rzeczy, niż zabijanie innych ludzi i zjadanie ich. Już pomijając fakt, że odkąd Barbarossa przejął Wyzwolenie, nikomu z załogi nic się przez Menurkę nie stało. Chłopiec jeszcze nikogo nie skrzywdził, choć przecież mógłby za samo to, że piraci go skuli łańcuchami i zamknęli początkowo pod pokładem.
        - Niech ktoś tylko spróbuje skrzywdzić Menurkę, to będzie miał ze mną do czynienia - zagroziła bez namysłu Kiraie, choć doskonale wiedziała, że marna z niej wojowniczka i że na statku jest jeszcze większym utrapieniem i kulą u nogi, niż młody wendigo.
        Mimo swojego uporu i wiary w możliwości chłopca, dziewczyna wzięła sobie do serca słowa trytona, które tylko wzmogły jej determinację do tego, by rzeczywiście nauczyć małego blondyna samokontroli. Bardzo szybko i mocno się do niego przywiązała, bo był jednym z niewielu przyjaciół jakich miała na statku. Kochała go jak młodszego brata i przez to chciała dla niego jak najlepiej. Choć z drugiej strony zamiast trzymać go i usilnie próbować zmienić to jaki jest, powinna pozwolić mu po prostu odejść?
        - Łooo! Widziałaś Kiraie? Chodźmy bliżej. Szybko! Proszę! - zawołał z entuzjazmem chłopiec, gdy zobaczył kątem oka coś ciekawego na rynku i już chciał wyrwać w tamtą stronę, lecz szybko został powstrzymany przez trytona, na którego słowa nadął obrażony policzki. - Ale z ciebie sztywniak - burknął pod nosem, a po chwili spojrzał na mężczyznę hardo. - Przecież dam sobie radę z garstką jakiś tam podrzędnych handlarzyn, skoro cała załoga okrutnego Barbarossy trzęsie przeze mnie portkami - dodał głośniej i odważniej, patrząc trytonowi głęboko w oczy jakby rzucał mu właśnie wyzwanie.
        - Menurka! To nie było miłe. Przeproś Erlona! - skarciła chłopca, łapiąc go za ucho i lekko ciągnąc.
        - Ale to prawda... ałć, ał, ał, ała! - zawył cicho z bólu, próbując się dziewczynie wyrwać, ale uważając przy tym by jej przez przypadek krzywdy jakiejś nie zrobić. Mógłby niespecjalnie stanąć jej na stopie, albo niechcący popchnąć na kogoś, a tego nie chciał. - Puść mnie! To on zaczął! Ała!
        - Menurka...
        - Dobrze, już dobrze! Grrr... Przepraszam!
        Kiraie puściła blondyna, który zaraz odskoczył od niej jak oparzony, trzymając się za obolałe ucho. Nie był zbyt zadowolony przez to jak właśnie został potraktowany, ale również elfka nie była szczęśliwa z tego jak młokos się zachowywał. Przez cały pobyt na rynku oboje byli na siebie obrażeni, ale przynajmniej bez większych problemów udało się Kiraie i Erlonowi zrobić małe zakupy na ich piknik na plaży, na którą mogli się skierować już chwilę po okupieniu się odpowiednio.
        Na miejscu chłopiec jakby zapomniał o całym zajściu, a na widok szumiącej, bezkresnej wody, od razu zrzucił z siebie ubranie pod palmą, gdzie usiadła elfka z trytonem i w samej bieliźnie zaszarżował na pierwszą, nadciągającą w kierunku plaży falę, dając tym początek swoich wodnych harców.
        - Myślisz, że z tego powodu będziemy mieć jakieś kłopoty? - zapytała z lekkim zmartwieniem, skupiając wzrok na kołyszącym się w dali Wyzwoleniu, gdy Menurka bawił się w wodzie, a ona siedziała pod palmą z Erlonem, zajadając się tutejszymi smakołykami.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 120
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Pirat , Żeglarz , Rozbójnik
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

- Taki jesteś hardy? - spytał z rozbawieniem Erlon i kucając przed chłopcem, zmierzwił mu fryzurę pod włos. - To pozwól, że zdradzę ci pewien sekret. Boją się ciebie tylko ci z nas, którzy nie wiedzą czym i kim dokładnie jesteś. Pozostali liczą jakie mają szansę na przeżycie zanim weźmie się za ciebie nasz kwatermistrz albo, co gorsze, bosman. Myślisz, że jako naturianie będą się wahać? Że Rafael kiwnie palcem w twojej obronie jeśli zaczniesz szaleć? Dla własnego dobra lepiej nie szukaj sobie na siłę problemów, których faktycznie nie ma. Same cię kiedyś znajdą.
Fakt, że przez cały ten czas tryton pozostawał w dobrym humorze, a na jego twarzy gościł szczery uśmiech mógł świadczyć jedynie o tym, że był jednym z członków grupy, o której celowo nie wspominał. Obeznanych z naturą chłopca. Młody, nieznający swojej prawdziwej siły wedigo był mizernym zagrożeniem dla kogoś, kto przesłużył kilkadziesiąt już lat na morzu pod komendą wampira i jego wesołej gromadki oficerów. Erlon na własne oczy widział ich okrucieństwo, a nawet więcej, brał w nim czynny udział. Wiedział na co stać swoich przełożonych, stąd też wyłożył chłopcu ten krótki wykład, aby mu uświadomić, że ze wszystkich kart losu, jemu przypadły jedne z gorszych. Pytanie tylko jak zamierzał nimi grać.
- A jak sądzisz? - odpowiedział pytaniem tryton elfce, kiedy całą trójką byli już na plaży, a ich dwójka mogła spokojnie porozmawiać, nie martwiąc się czy Menurka usłyszy więcej, niż powinien. Zamilkł on również na dłuższą chwilę, głównie po to, aby dokończyć ośmiornicę, a następnie spojrzał na kołyszące się przy molo okręty.
- Co byś zrobiła, gdyby twoja córka przyprowadziła do domu mężczyznę, o którym wiesz, że zamordował więcej ludzi, niż masz palców u obu rąk i nóg?
To jedno pytanie idealnie obrazowało sytuację, w której obecnie znajdował się tak samo były admirał leońskiej floty Awerker, jak i Arcykapitan. Z tą różnicą, że w Limarii było więcej niezadowolonych z tego faktu "ojców". W końcu Barbarossa świadomie przypłynął do pirackiego azylu okrętem największego wroga piratów, a dodatkowo zachował go przy życiu z czysto egoistycznych pobudek, do których oczywiście się nie przyzna. Załoga jednak wiedziała swoje.
- Zaczekamy aż zausznicy Arcykapitana doniosą mu o wszystkim, co zdołają ustalić. Potem nasz kapitan się z nim spotka i wrócimy na niespokojne wody. Ciebie i chłopaka te kłopoty nie będą dotyczyć. Z której strony by nie spojrzeć, nie podlegacie naszym prawom, zwyczajom i Kodeksowi.
- A o naszego kapitana się nie martw - dodał, przymykając oczy i opadając plecami na miękki piasek. - Wampira bardzo ciężko jest zabić.

W tym samym czasie Kasino i Adewall pomnażali pieniądze swego kapitana ze skupu niewolników bez jego wiedzy i pozwolenia, jednak szło im to na tyle dobrze, że nie zamierzali się tym zbytnio przejmować. Już ich pierwsze rozdanie z nowymi towarzyszami przy kartach zakończyło się po ich myśli. Młody i narwany młokos podleciał za blisko słońca ze swoją parą dam i szybko spadł na ziemię przy asortymencie przybysza w łachmanach. Jednak i to nie wystarczyło. Wielki jak cztery kłody naturianin szybko sprowadził wszystkich na ziemię czwórką króli, że nawet nord po jego prawicy gwizdnął z niedowierzaniem.
- Pogratulować szczęścia. Żebyś tylko nie przepił kapitańskiej części.
- O to się nie bój - odparł roześmiany rogacz, kiedy nagle ich nowy przeciwnik podniósł głos.
Słowo "dogrywka" po takim zwycięstwie było jak miód na ich uszy, ponieważ gwarantowało dobrą zabawę i jeszcze więcej gotówki. Sprowadzona do roli krupiera i obserwatora kelnerka zebrała od wszystkich karty i je przetasowała, dając wszystkim czas na postawienie nowych zakładów.
- Stawiam dwa złote gryfy - mruknął krasnolud w ciemno, bo zanim skończył wypowiadać te słowa, dostał do ręki karty, w które nawet nie spojrzał.
- Wchodzę - odpowiedział młody pirat przy stole, mając nadzieję, że się jeszcze odwinie.
Szelest kart zasygnalizował kolejną rundę zmagań, tym razem zakończonych remisem pomiędzy minotaurem, a osobą skrywającą twarz pod kapturem. Jednym sprawnym ruchem Kasino przesunął w jej stronę połowę wygranej, na którą składały się aż trzy złote monety. Następnie podbito stawkę i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować kolejny raz karty przetasowano i rozdano. Mina kwatermistrza mówiła jednak wiele, na przykład to, że będzie walczył o każdego ruena na blacie. Inaczej sprawa miała się z nordem, który dość obojętnie podchodził do całej zabawy, jakby pieniądze w ogóle go nie interesowały.
- To co? - zapytał pół-byk, widząc jak nerwy biorą górę. - Ktoś chce się wycofać?
Awatar użytkownika
Kelisha
Szukający Snów
Posty: 173
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Panterołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Kelisha »

        Kelisha powinna była wstać od stołu, gdy tylko przesunięto w jej strony trzy złote monety. Tak byłoby rozsądnie. Grę zaczęła niemal jako bankrut, a wygrane pieniądze dałyby jej jakieś możliwości kombinowania. Mogła wynająć pokój na kolejne kilka dni i popracować gdzieś, by zarobić na powrót na kontynent. Mogła udać się do doków i liczyć, że przy odrobinie szczęścia wystarczyłoby na zaliczkę za miejsce na jakimś statku. Panterołaczka nie była jednak w nastroju na rozsądne zachowania. Karty pojawiły się przed nią zanim miałaby okazję dobrze przemyśleć swoje dalsze działania. Zamówiła porcję najtańszego, zaprawionego mocniejszym alkoholem piwa i nachyliła się nad stołem, by oprzeć łokcie o blat.
        - Nie próbujesz chyba sugerować, że ktoś chce stchórzyć? - spytała cichym, warczącym głosem minotaura. Szczerzyła się przy tym zaczepnie, ukazując jasne, nieludzkie zęby. Przyglądanie się współgraczom spod naciągniętego nisko kaptura było piekielnie niewygodne. Z tego powodu często pociągała z kufla, odchylając przy tym mocno głowę do tyłu. W milczeniu, utrzymując na twarzy zawadiacki uśmiech, podejrzała własne karty i dorzuciła pieniądze do puli.
        Mówiąc szczerze, była na przegranej pozycji. Przy tym rozdaniu nie podeszła jej żadna karta, ale nie przeszkadzało jej to zaryzykować. Wsunęła puste dłonie pod kaptur, by poprawić rozpadający się kok i umożliwić sobie lepsze ułożenie uszu. Zamknęła przy tym oczy, gdyż musiała na chwilę nieco bardziej odsłonić twarz. Potem zostało jej już tylko zdać się na ślepy los i wymienić dwie najgorsze karty.
        Kilka kolejnych rozdań sprawiło, że nabrała ochoty na świeżą wołowinę. Raz szło jej lepiej, raz gorzej, jak większości graczy przy stole. Wyjątkiem wydawał się być byczogłowy, który ani razu nie przegrał większej kwoty. Kelisha była święcie przekonana, że musiał oszukiwać. Nie mogła go jednak na niczym przyłapać. Nie wykonywał żadnych dziwnych ruchów, nie zauważyła u niego żadnych tików. Co gorsza, krasnolud też wydawał się "czysty". Młody pirat zachowywał się czasem dziwnie, ale nie próbował oszukiwać. Zaczynało cuchnąć od niego strachem tak wyraźnie, że każdy "łak" w lokalu musiał to już czuć. Za to zmiennokształtna zaczynała się wściekać. W jej ubraniach było jej nieznośnie gorąco i duszno, co jakiś czas musiała ocierać twarz z potu, co wywoływało okazyjne komentarze i uśmieszki politowania. Z uporem godnym lepszej sprawy powstrzymywała się od choćby podwinięcia rękawów, czy poluzowania wiązania koszuli. Rozdania szły coraz szybciej. Młodziak poruszył się w pewnej chwili, jakby chciał wstać od stołu, ale Kelisha obróciła w jego stronę twarz tak gwałtownie i z takim wyrazem, że udał tylko poprawienie pozycji.
        Po jednej z rozgrywek wściekła i podpita panterołaczka nie wytrzymała. Wstała nagle, uderzając dłońmi o blat. Głowę trzymała nisko, identycznie jak zrobiłaby w zwierzęcej postaci, gdyby chciała wydawać się bardziej masywna i zastraszyć kogoś stojącego naprzeciw niej. Przez kilka uderzeń serca chciała zarzucić nordowi i naturianinowi oszustwo. Na szczęście zwrócenie na siebie niechcianej uwagi przynajmniej części pijących przywróciło jej ta odrobinę zdrowego rozsądku, która pozwoliła jej wciąż żyć. Odetchnęła głęboko, chrapliwie, wypuszczając powietrze przez wyszczerzone zęby, zanim pochyliła się jeszcze niżej nad stołem.
        - Wydajecie się nie kantować - szepnęła, podkreślając pierwsze słowo, po czym usiadła, próbując sprawiać wrażenie spokojnej. - Więc proponuje ostatnie podejście. Wchodzę ze wszystkim co mam. A nie wszystko mam po kieszeniach.
        Przesunęła ostentacyjnie na środek stołu kilka monet, które udało jej się wygrać oraz sakiewkę z grotami, których brzęczenie miało udawać pieniądze. Ponieważ gra przyciągnęła kilku gapiów już wcześniej, łuczniczka usiłowała panować nad sobą. Uniosła kufel z resztką trunku w geście toastu w stronę przeciwników, rzuciła "za wasze szczęście" i osuszyła naczynie do cna. Dopiero wtedy sprawdziła, jakie karty dostała. Tym razem młody pirat nie zdecydował się zaryzykować i ciężko było mu się dziwić. Kelisha wymieniła tylko jedną kartę i aż zastrzygła ukrytym pod kapturem uchem z dwoma kolczykami. Udało jej się zebrać pięć kartoników z symbolami w jednym kolorze. Po prawdzie wartości na nich nie następowały jedna po drugiej, ale i tak było nieźle. Z duszą na ramieniu wyczekała, aż dwóch pozostałych graczy podejmie decyzję, co do dalszej gry. Właściwie krasnoluda zaczęła ignorować. Całkowicie skupiła się na minotaurze, postanowiwszy tym razem przyłapać go na szulerstwie. Ku jej zgrozie nie oszukiwał. Miał za to lepszy od niej układ kart.
        Kobieta w jednej chwili oklapła, porównując z tępym wyrazem twarzy wynik swój i przeciwnika. Gdy wreszcie podniosła wzrok na naturianina, była dość blada. Powoli rozejrzała się wokół. Dotarło do niej, że przegrała wszystko w knajpie pełnej zabijaków, część których świętowała właśnie zwycięstwo minotaura lub wyśmiewała jej nieroztropną grę, tworząc solidny gwar. Wiedziała, że gdyby zerwała się z miejsca, nie dobiegłaby do drzwi. Ktoś z pewnością by ją zatrzymał. Dopiero upomniana o wyłożenie brakującej kwoty, potrząsnęła głową i spojrzała przytomniej na niedawnych współgraczy.
        - Mówiłam, że nie wszystko mam po kieszeniach. Przyniosę resztę - mruknęła niechętnie, wstając od stołu. Natychmiast zaczęła przeciskać się do drzwi, specjalnie zwieszając głowę, jakby pogodziła się z losem. Musiała działać szybko, zanim ktokolwiek zdążyłby sięgnąć po zostawioną przez nią sakiewkę i odkryłby jej oszustwo. Podeszła do zostawionego przez siebie w pilnowanym miejscu dobytku i postawiła go na najbliższym blacie. Z ciężkim westchnieniem sięgnęła po troczki zamykające plecak, po czym chwyciła gwałtownie bagaż oraz broń i rzuciła się biegiem do wyjścia. Nie sądziła, aby komukolwiek chciało się pomagać jej nowym wierzycielom, a oni mieli małe szanse szybko ją dogonić. Krasnoludy z reguły nie byli sprinterami, a ogromny minotaur powinien znaleźć się na ulicy z niezłym opóźnieniem przez swoje rozmiary.
        Panterołaczka leciała na złamanie karku, skręcając ostro przy pierwszej okazji. Zwykle biegała tak po lesie, więc wymijanie przeszkód było dla niej wręcz banalne. Nie miała przygotowanego pełnego planu, ale jakiś zalążek zdążyła przygotować. Po pierwszym zakręcie przerzuciła cały dobytek do jednej ręki, a drugą zdjęła z siebie płaszcz. Mogła zaryzykować odsłonięcie skóry, jeśli dawało to szansę na kilka dodatkowych sekund przewagi. W końcu nietypową parę oszukał ktoś w kapturze i ciężkiej pelerynie. Gdy minęła drugi róg budynku, wyciągała już z plecaka cienki, ale mocny łańcuch, przygotowany specjalnie dla niej. Los okazał się jednak dla niej łaskawy. Tawerna była spora, mieściła w końcu aż dwa lokale. Jeden dla pospólstwa, a drugą jego stronę zajmowały znacznie bardziej znamienite postaci. Gdy Kelisha kończyła swój szalony bieg do tej lepszej części "Czerwonego Kraba", jego dziedziniec opuszczał młody, lekko ogorzały mężczyzna, który już na pierwszy rzut oka wydawał się bogaty i ważny. Dokładnie kogoś takiego potrzebowała. Na dodatek nie był sam, blisko niego trzymał się mężczyzna o zielonkawej skórze i wybitnie paskudnej gębie, więc zapewne ochroniarz. Panterołaczka prawie wpadła na nich, zatrzymując się na tyle gwałtownie, że omal się nie wywróciła.
        - Potrzebuję pomocy! Przegrałam więcej, niż mam i zaraz powinien tu być cholernie wielki minotaur i krasnolud - mówiła szybko, nie chcąc pozwolić, by którykolwiek z mężczyzn jej przerwał. Pilnowała dodatkowo, żeby jej "ofiara" nie mogła jej wyminąć. Rzuciła na ziemię swoje rzeczy, po czym odsłoniła noszoną na szyi obrożę i zaczęła przekładać przez znajdujące się przy niej kółko łańcuch. Całość była na tyle sprytnie skonstruowana, żeby można było łatwo łączyć jego kawałki. Dlatego jeden koniec miał większe oczko, przez które można było przełożyć resztę i zaciskowo zamocować na czymś. - Nie mam jak zapłacić. Nie tutaj. Pieniądze mam na kontynencie, a nie mam jak wrócić. Powiedz, że jestem waszym niewolnikiem i nawiałam, czy cokolwiek! Oddam cały dług, jak tylko się stąd wydostanę. Ba, oddam dziesięć razy tyle! Z pięć gryfów przegrałam chyba, nie liczyłam. Proszę! Spłać mnie i nie pożałujesz. Toż oni mnie sprzedadzą na targu, albo mi kręgosłup jedną łapą złamie, krowa pieprzona.
        Podczas panicznego monologu, Kelisha zamocowała łańcuch do obroży i niemal wcisnęła wolny koniec w dłoń normalniej wyglądającego mężczyzny. Spojrzała na chwilę za plecy, przekonana, że słyszała już ciężkie kroki byczego giganta. Dopiero, gdy znów patrzyła na swoich "wybawców", poprawiła nerwowo włosy, aby ukryć uszy, choć i tak doskonale mogli widzieć jej kocie oczy.
        - Proszę - jęknęła, po czym bezczelnie przeszła za plecy mężczyzny i przykucnęła na ziemi, czy to w próbie ukrycia się, czy może chcąc wydawać się mniejszą i bardziej bezbronną. Dopiero wtedy odetchnęła głęboko przez nos i spojrzała zdziwiona na wytypowanego frajera, który miał jej pomóc. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie używali perfum, które imitowały zapach wampira. Co do tego, że nieumarli nie mogli być opaleni, była absolutnie pewna.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Pirat , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        Gdyby nie stojąca obok z zaciętą, surową miną Kiraie, Menurka zjeżyłby się i strącił dłoń Erlona ze swojej głowy. Że niby co to miało być? Wszyscy go albo nienawidzą, albo się go boją, a ten mu lekceważąco czochra włosy, jak jakiemuś dzieciakowi. Patrzył jeszcze przez moment buńczucznie w oczy trytona, darując sobie uwagę, że skoro tak wszystkim zależy na jego śmierci, to bez sensu się powstrzymują - nie chciał by elfka była na niego bardziej zła, niż już była. Nie chciał sprawiać jej przykrości. Z resztą i tak nikt się nigdy nim nie przejmował i może dziewczyna tylko udawała, że jej tak bardzo na nim zależy, bo niby czemu ktokolwiek miałby lubić ludożerczą bestię?
        Dość szybko więc przestał się spinać i spuścił pokornie wzrok po słowach towarzyszącego im Erlona. Bez sensu się produkował na temat, którego Menurka był niemalże boleśnie świadomy. Jeśli próbował chłopakowi przypomnieć, jak niewiele znaczył i że jest na przegranej pozycji czego by nie zrobił, udało mu się. Rozdający w tej chwili karty tryton wygrał, a on przegrał, jak zawsze.
        Na plażę udali się więc w nieco ciężkiej atmosferze, która zdawała się ich nie opuszczać nawet podczas pikniku i jedynie chłopcu udało się z niej wyrwać, gdy zaraz po zrzuceniu z siebie ubrań, wbiegł do wody. Kiraie mogła z trytonem porozmawiać na poważniejsze tematy.
        - Każdy rodzic kocha swoje dziecko, a wszelkie tego typu konflikty wywołane są chęcią ochrony tego, na czym nam zależy. To, kto ile zabił nie ma najmniejszego znaczenia, szczególnie w tym przypadku. I nie chce oczywiście umniejszać wartości życia waszych poległych z ręki mojego ojca towarzyszy, ale po obu stronach leżą trupy. Leonia straciła wielu dobrych ludzi przez piratów i co chwila zabijani są kolejni niewinni, tak jak w przypadku piratów, którzy również regularnie tracą życie z rąk państw Jadeitowego Wybrzeża. To ile żyć ktoś odebrał, nie jest problemem. Nie takim, jak brak zaufania i chęć zemsty - odpowiedziała trytonowi na jego metaforę, oczywiście nie siląc się na wymyślanie czegoś, co chciałby usłyszeć. Szczerze mówiła w tej chwili to co myślała i to co się jej wydawało jako osobie postronnej, bo ona jakby nie patrzeć miała akurat najmniej do powiedzenia będąc córką człowieka, który zabił w całej swojej karierze wielu znaczących piratów, a jednocześnie będąc w związku z cieszącym się dobrą (albo złą zależy jak na to spojrzeć) sławą, kapitanem z morskiego półświatka.
        - Działanie takiego trochę rozkapryszonego dziecka - co z tego, że dorośli na coś nie pozwalają, są źli i krytykują, najważniejsze zrobić swoje i jakby nigdy nic wrócić do zabawy - podsumowała z lekkim rozbawieniem przedstawiony jej przez trytona plan działania. Wesołość jednak długo nie utrzymywała się na jej twarzy i nie chodziło wcale o to, że z Merunka byli ze wszystkiego wykluczeni, nie znajdując się tak naprawdę po żadnej ze stron. Bardziej martwiła się tymi kłopotami, o których jedynie wspomniał i tym, że znając życie znów będzie bezużyteczna. O ile całkiem nie będzie kulą u nogi.
        - Właśnie mam wrażenie, jakby czasami byle drobnostka była w stanie ukrócić jego żywot - mruknęła pod nosem i zmusiła się do sięgnięcia po ośmiorniczkę na patyku, która zaraz zaczęła dziobać bez większych chęci. Obserwowała przy tym cały czas zabawę Menurki.
        Siedzieli jeszcze przez jakiś czas, aż chłopiec nie dołączył do nich zmarznięty i głodny, a gdy wysechł i się ubrał mogli na spokojnie wracać w stronę miasta, aby powrócić na statek i odpocząć, albo dołączyć do reszty załogi rozsianej po chyba wszystkich karczmach w porcie Limarii.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ocean Jadeitów”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość