Ocean Jadeitów[Tropikalna wyspa] Dokładnie tak było w książce!

Gdzie okiem sięgnąć turkusowa woda plącze się i zlewa z błękitnym niebem. Fale i wiatr szumią w tonie oceanu, na którego dnie znajdują się wręcz nieskończone pokłady jadeitu. Dom syren i trytonów, który skrywa skarby, zatopionych pirackich statków. Delfiny wyskakujące nad wodę. Ryby mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. I księżyc, który każdego dnia odbija się w tafli jadeitowych luster.
Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Kapłan , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Oszacowanie swoich sił wobec możliwej teleportacji, aby powrócić na statek było... nie tak łatwe i jasne do potwierdzenia. Zapewne zuchwały magik szybko odparłby „oczywiście!”, ale z jakim zawodem mógł się tak niepokorny jegomość spotkać? Rozczarowanie to jedno, lecz dalsze konsekwencje takiego zachowania byłyby jeszcze bardziej przykre. Takie tam... małe polowanie na czarownice czy też bardziej adekwatne do sytuacji, czarodziejów. Stąd też Kvasir z dużą rezerwą podchodził do tego co możliwe a niemożliwe w magii. Hm... może trochę źle zostało to określone – co możliwe a niemożliwe w przypadku samego Kvasera, ponieważ magia była całym spectrum tajemnic, tym czym nawet najsilniejsi pradawni nie są w stanie sobie wyobrazić. Wpływ na taką teleportacje miały między innymi kwestie indywidualne, jak na przykład zdolności maga, jego stan psychiczny czy też zdrowie, sprawy błahe jak choćby pogoda, ale też te bardziej skomplikowane; układ gwiazd, inne środowisko... Choć wszystko wydawało się powstać z tych samych pierwiastków to jednak magia wychodziła poza ramy ogólnych zasad. Kvaser badał energię większość swojego życia próbując pojąć czym jest owa magia, ale do teraz nie zostało to tak naprawdę wyjaśnione... a teorii jest wiele.
        Jednak nie o teoriach dzisiaj przyszło mu rozmyślać, a nad odpowiedzią dla pani kapitan. Jak można było wyjaśnić tak skomplikowane zagadnienia by nikt nie zwątpił w jego umiejętności albo nie spanikował podczas teleportacji? Właściwie nie wiedział nawet jak dalekiej, bo nadal nie określili swojego położenia na mapie Alarańskiej, gdzie ich ten czort jeden posłał.
        - Bez udziału źródła magii na pewno nie jestem w stanie tego zrobić, za duże ryzyko, ale miejsce będące magicznym źródłem jest jak najbardziej przyjazne podjęciu się takiego działania – odparł jakże czysto politycznie nie mówiąc ani nie... ani całkowicie tak.
        Na całe szczęście nie musiał wchodzić w szczegóły, bo na horyzoncie pojawił się Kelsier i na razie rozmowa ta odeszła w lekkie zapomnienie.
        Pradawny posłusznie uległ zagraniu Ijumary i dał się zaprowadzić do namiotu. Szkoda, że nie było w nim tak miło jak mogło by być. Szkoda, że na przykład nie trafili na tę wyspę w ramach wakacji, a nie kary. Już sam ten fakt psuł aurę tego egzotycznego miejsca nie pozwalając korzystać z jego uroków w rozluźniający sposób.
        - Tak, to dobry pomysł. Myślę, że takie pospólstwo jak ja czy Kelsier mogą się zakręcić tu i ówdzie – zażartował z racji tego, że właśnie w pierwszej chwili tubylcy nie chcieli im pozwolić na wspólne pomieszkiwanie w jednym szałasie z racji tego, że Iju była panią kapitan, dowódcą tej niedużej eskapady. Po tych słowach mag podrapał się po brodzie w zamyśleniu. W przeciwieństwie do pozostałej dwójki on wciąż stał, jakby faktycznie był na audiencji u samej królowej (tak zwane zboczenie zawodowe).
        - Hm... musiałbym się zastanowić. Na ten moment sobie nie przypominam... Spacer na pewno pomoże mi w myśleniu – uznał, a jego zaciekawienie było doprawdy szczere. Pierwszy raz od wyrwania się ze swojej samotni czuł żywe zainteresowanie tematem, szczególnie, że dotyczyło ono sanktuarium i oczywiście magii. Może w końcu coś ruszyło to martwe uczuciowo serce, a może... to po prostu mózg (przyzwyczajenie) kazał mu szukać wiedzy.
        Kvaser prześledził wzrokiem wychodzącego kotołaka. Mag nie wiedział czy coś go zezłościło. Wyglądało, że może trochę tak, ale nie był pewien więc nie miał w planach rozgrzebywać mrowiska.
        Pradawny zaraz po nim zbliżył się do wyjścia i przez ramię spojrzał na panią kapitan.
        - Tylko jeszcze jedno... - zaczepił ją surowo.
        – Uważaj na siebie – dodał z troską, bo choć wiedział, że Iju jest kobieta charakterną tak też... chciał się nią zwyczajnie opiekować.
Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Żeglarz
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Iju z entuzjazmem kiwała głową, gdy jej towarzysze zgadzali się z przedstawionymi przez nią przypuszczeniami i planem – nie musiała mówić „dokładnie to miałam na myśli!”, bo to było widać w jej oczach. Widać też było, że bardzo się ekscytuje tym zadaniem, które ich czeka i ten promyk nadziei na opuszczenie wyspy dodał jej wiele energii. Być może zdawała sobie sprawę, że to nie będzie wcale takie łatwe i tylko stracą czas, ale przynajmniej nie będą siedzieć bezczynnie, czekając co wymyśli wódz i jego przydupas… A może nie wymyśliliby nic tylko tak ich tu trzymali aż się nie znudzą?
        Poza tym kapitan Nigorie nie zapominała ani na moment, że jest – no właśnie – kapitanem. To nie był tylko tytuł, którym mogła się szczycić przed innymi, ale też spora odpowiedzialność i obowiązek. Musiała wrócić do swojej załogi nim zaczną się martwić. Co zrobią, jeśli nie pojawi się z powrotem do zmierzchu? Albo co gorsza przez dzień, dwa albo więcej? Pewnie zaczęliby jej szukać… A na tamtej wyspie czyhało wiele niebezpieczeństw. Czy po pewnym czasie by odpłynęli? W końcu musieliby, bo mieli przecież ograniczone zapasy, a i goniły ich terminy. Wtedy co? Ona, Kvasir i Kelsier utknęliby w tym miejscu na dobre? Albo na tamtej lodowej wyspie? Wolała sobie tego nawet nie wyobrażać i trzymać się wersji, że jeśli rozwiążą problem z sanktuarium to wrócą do domu.
        Zastrzeżenie kotołaka, który sprostował jej twierdzenie na temat przynależności do tutejszego ludu zbyła ruchem ręki, zbyt podekscytowana, by dyskutować na temat takich detali. Bardziej ekspresyjnie zareagowała na to wytknięcie „urodzenia”, na które pozwolił sobie Kvasir – z niezadowoleniem wydęła policzki i już nabierała tchu, by bronić swojego stanowiska, ale uznała w porę, że on tak naprawdę ma rację. Ci, którzy będą znali przebieg rozmowy z Rauki-Rysztem, będą wiedzieli, że Ijumara też jest wodzem, a to może niektórym zasznurować usta… Ale może też innym rozsznurować? Na pewno znajdą się tacy, którzy będą chcieli przypochlebić się komuś ważnemu, nieważne gdzie i dla kogo ta osoba jest ważna – takie lizusy żyły wszędzie.
        - Dobrze, chodźmy – zarządziła w końcu Ijumara, gdy i tak już wszyscy wstawali ze swoich miejsce, by udać się na poszukiwania. Wyszła za Kelsierem… A raczej chciała wyjść, bo została zatrzymana przez kapłana. Nie spodobał jej się jego ton i od razu dała to poznać po swojej postawie, bo stanęła z założonymi na piersi rękami, wysuniętą do przodu nogą i wydętymi ustami naburmuszonej na zaś nastolatki. Spuściła jednak z tonu, gdy kapłan dokończył znacznie łagodniejszym, pełnym troski tonem – jakże mogłaby się na niego gniewać, gdy był taki kochany? Na jej twarzy zaraz pojawił się czuły uśmiech i rozplotła ręce.
        - Obiecuję, że będę grzeczna – odpowiedziała trochę cichszym tonem, jakby te słowa były przeznaczone tylko dla jego uszu. Zaraz jednak westchnęła i ukrywając swoje zawstydzenie pod uśmiechem czmychnęła z szałasu. Przyszła jej jednak do głowy myśl, że rola jej tatuśka jest obsadzona bez względu na okoliczności – jak nie Gennaro osobiście, to Ross, jak nie Ross, to Kvasir… Ale to ostatnie wcale jej nie cieszyło.

        Niestety okazało się, że pomysł Ijumary ma jedną znaczącą wadę – Rauki-Ryszt stanowczo zabronił im opuszczać krąg chat, w którym aktualnie byli… A nie było tu zbyt wielu osób, z którymi dałoby się porozmawiać. Poza ich szałasem i szałasem, w którym przyjmował ich wódz, krąg tworzyło jeszcze pięć chat, ale tylko w dwóch widać było oznaki życia, jakieś poruszenie czy dym unoszący się przez otwór w kominie. Na otwartym terenie zaś nie było nikogo poza dwójką zmiennokształtnych, którzy ich pilnowali. Ijumara jednak się tym nie przejęła. Pod pozorem rozejrzenia się po okolicy zaczęła spacerować między szałasami, cały czas pozostając na widoku, bo przecież nie zamierzała czmychnąć. Jej postawa była bardzo swobodna więc nikt nie podejrzewałby jej o jakieś niecne zamiary – dano jej spokój. Niestety nie na długo – ledwo zerknęła w okolicę jednej z tych chat, w których dostrzegła ruch, a już ktoś ją zaczepił.
        - Czego szukasz, kapitan?
        - Meori, to znowu ty!
Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 74
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Kotołak
Profesje: Skrytobójca , Szpieg , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Miał własny plan związany ze zdobywaniem informacji, który właściwie pojawił się w jego głowie przed chwilą, ale… podobał mu się i był też ciekawszy od tego, o czym myślał wcześniej. Ciekawszy i taki, który wydawał mu się bardziej owocny w rezultaty. Chciał udać się do wioski, zejść na „niższy poziom”, na którym przebywała zdecydowana większość mieszkańców tego miejsca. Co prawda, nie przepadał za tym, gdy ktoś przyrównywał go do zmiennokształtnych zamieszkujących wyspę, jednak teraz chciał właśnie to wykorzystać. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że będą widzieli w nim cudzoziemca, ale jednocześnie też może będą nieco bardziej otwarci wobec kogoś, kto – mimo pochodzenia spoza wyspy – i tak jest podobny do nich. Ponownie zaczął żałować też, że nie zna języka, którego tu używają. Na to akurat niekoniecznie miał wpływ, nie miał luksusu wybierania sobie tego, czego chciał się uczyć – ktoś inny zrobił to za niego. Westchnął cicho i najpierw przeszedł się po miejscu, w którym byli, cóż, więzieni. Udawał, że po prostu spaceruje, sam na sam ze swoimi myślami, jednak tak naprawdę sprawdzał miejsca, w których stoją strażnicy i to, jakie miejsca obserwują. Nie widział tu żadnego ogrodzenia, oczywiście poza tym naturalnym, które stanowiły drzewa, krzewy i wysoka trawa. Przez nie mógł przejść bez problemu, tylko musiał wyczuć odpowiedni moment, żeby wskoczyć w zarośla i ukryć się tam przed wzrokiem strażników.
Potrzebował też dobrego miejsca do przejścia, nie chciał przecież narobić niepotrzebnego hałasu i ściągnąć na siebie uwagę, która również nie była mu potrzebna. Dlatego też skorzystał z pierwszej okazji, gdy akurat miejsce i czas były odpowiednie i nie pokrywały się z tym, że był obserwowany. W jednej chwili tam stał, a w drugiej już go nie było. Owszem, niby mógł użyć jednego z kilku zaklęć, które znał i pozwalały one na szybkie przemieszczanie się, jednak wolał tego nie robić. Ktoś mógłby to wyczuć, a nie wiedział, jakie byłyby tego konsekwencje. Dlatego teraz znajdował się w zaroślach i jeszcze przez chwilę obserwował, czy to, co zrobił nie wywołało żadnej reakcji u najbliższego zmiennokształtnego, który miał za zadanie pilnować tej okolicy. Tak nie było, więc ruszył dalej. Spodziewał się większego oporu ze strony natury, bujnej roślinności i tak dalej, jednak miał wrażenie, że poruszanie się przez ten etap nie sprawiało mu dużej trudności. Zanim jeszcze wyszedł, rozejrzał się też, czy nikt nie patrzy w jego stronę. Nagłe pojawienie się mogłoby być tak samo dziwne i zwracające uwagę jak to, że w ciągu chwili zniknął z oczu.

Gdy wyszedł, odruchowo chciał przeczesać włosy tak, żeby wśród nich ukryć kocie uszy, jednak tutaj przecież nie musiał tego robić… Dlatego, owszem, przeczesał je, ale tak, aby właśnie nie zakrywały jego uszu. Co więcej, po krótkiej chwili namysły wyciągnął też swój ogon, który do tej pory ukryty był w jednej z nogawek spodni. To też było przyzwyczajenie, łatwiej było mu uchodzić za człowieka w pracy, którą się zajmował, zwłaszcza, gdyby ktoś zauważył go podczas zajmowania się „najważniejszą” jej częścią albo w czasie ucieczki. Trudniej znaleźć wysokiego, białowłosego człowieka niż wysokiego kotołaka o białych włosach, uszach i ogonie, który zakończony był sierścią o czarnym kolorze. Tutaj właściwie wszyscy byli zmiennokształtnymi, zresztą chyba głównie różnymi kotołakami, więc łatwiej było mu się wpasować dzięki tym cechom fizycznym, które na ogół starał się ukrywać.
Gdy rozejrzał się wokół, jego oczom ukazały się właściwie sielankowe obrazy. Dzieci biegały i bawiły się ze sobą, jedni dorośli po prostu ze sobą rozmawiali, inni jednocześnie też oddawali się też pracy, a jeszcze inni byli w ruchu, choć to nie oznaczało, że szli w milczeniu… chyba, że poruszali się w pojedynkę. Kelsier wiedział już, kogo powinien szukać, już w trakcie przemieszczania się w to miejsce przypomniał sobie o dwóch mężczyznach, którzy ich tu sprowadzili. Znał ich, dodatkowo rozumieli oni mowę wspólną i byli w stanie się nią porozumiewać, chociaż nie znali też części słów, ale to akurat była drobna przeszkoda. Problemem było to, że nie przypomniał sobie, żeby podali im swoje imiona. Z drugiej strony, ich przybycie tutaj obserwowała chyba cała wioska, więc jeśli znajdzie kogoś, kto go zrozumie i zapyta, o to, gdzie podziewają się tamci to, może, będzie wiedział, gdzie powinien iść.
Zaczepił pierwszą osobę, która przechodziła obok. Młody kotołak, niższy od niego, brązowe włosy, uszy i ogon, choć na tym ostatnim znalazło się też kilka jaśniejszych plamek. Niestety, młodzieniec nie zrozumiał jego pytania. Taka sama sytuacja spotkała go przy następnych trzech osobach. Przy okazji przemieszczał się, szedł ciągle przed siebie i wzrokiem starał się odnaleźć albo jednego z dwójki panterołaków, albo i jednego, i drugiego. Zaczął zastanawiać się, czy nadal próbować, czy może zdać się na szczęście i liczyć na to, że uda mu się w końcu znaleźć osobę lub osoby, których szukał. I… cóż, uśmiechnęło się ono do niego, bo w pobliżu wyjścia z wioski dostrzegł znaną mu dwójkę panterołaków. Obaj mieli włócznie, które nieśli na swoich ramionach, podtrzymywali je jedną ręką, a w drugiej nieśli wiadra. Może znów szli łowić ryby. Kelsier zaczął iść szybciej, a gdy znalazł się bliżej nich, postanowił się w końcu odezwać.

         – Zaczekajcie! - krzyknął w ich stronę. Co prawda, odwróciło się kilka dodatkowych osób, ale jemu wystarczyło to, że jeden z panterołaków rzeczywiście go dostrzegł i obaj zatrzymali się po chwili.
         – Szukałem was. Muszę was o coś zapytać – powiedział im, gdy się z nimi zrównał.
         – Chce iść z nami? Łowić ryby? - zapytał go jeden z nich. To był ten bardziej wygadany, który wcześniej też o wiele częściej rozmawiał z nimi, gdy sprowadzili ich do wioski.
         – Nie miałem takiego zamiaru, ale jeśli dzięki temu mi pomożecie… To ja w zamian mogę pomóc wam – zgodził się, chociaż przez chwilę zastanawiał się nad tym. Nie był pewien, czy uzyskały potrzebne odpowiedzi już teraz, ale wiedział, że to, że im pomoże może pozytywnie wpłynąć na ich chęci związane z powiedzeniem mu, gdzie znajduje się świątynia. W odpowiedzi małomówny panterołak wręczył mu włócznię, którą kotołak również założył sobie na ramię. Liczył jedynie na to, że nie zajmie to wiele czasu.
Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Kapłan , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Kvaser nie czuł wcale ojcowskiego obowiązku wobec Ijumary. Była młodą, zdeterminowaną kobietą na bardzo charakternym stanowisku... to on czuł się chyba nazbyt dojrzały, tym bardziej znudzony rzeczywistością, ale jednego nie można było mu ująć. Troski jaką wyrażał wobec innych. Nawet jeżeli ta była to podyktowana poczuciem obowiązku czy też etyką, w tym przypadku było to jedno i drugie, ale znajdował się również trzeci składnik. Polubił całą załogę Kaprysu. Wykazałby się wyjątkowym brakiem szacunku, gdyby nie martwił się o drużynę... ze szczególnym uwzględnieniem pani kapitan. Było w niej tyle wigoru i chęci do działania, gdzieś w głębi serca tęsknił za tym uczuciem i cieszył się widząc charakterystyczny, młodzieńczy błysk w oku Nigorie.
        Niemniej z perspektywy osoby trzeciej czy też samej Iju, zachowanie Kvasera mogło być nazbyt opiekuńcze. Sam czarodziej nie był tego świadomy więc tym bardziej nie sądził, że w ten sposób wyrażona troska może... wyjść nieco na opak.
        Chwilę później cała trójka rozdzieliła się by zwiedzić niewielki obszar, po którym mogli chodzić zaginieni bohaterowie. Kvasira nie opuszczało uczucie bycia obserwowanym, choć odszedł już znaczny kawałek i zapędził się w jakieś opustoszałe miejsca. To tu się zakręcił, to tu kogoś zagadał, rozbawił, aż w końcu został sam. Z poczuciem prześladowcy za plecami. Jednak gdy się obracał, nikogo nie widział.
        Jak na czarodzieja przystało, postanowił użyć magii. Puścił w głąb dżungli bardzo delikatną falę energii, która opłynęła pobliską roślinność. Wydawało mu się, że wyczuł jakiś opór, ale nie chciał rzucać czarami na prawo i lewo. Szczególnie tymi, które w jakikolwiek sposób mogłyby niechcący zahaczyć wodza. Z obszarowych zaklęć postanowił więc zrezygnować, ale miał inny pomysł. Okrutnie stereotypowy.
        Lusterko wyczarować też umiał. Małe, nie zajmowało dużo miejsca choćby w dłoni, a następnie z drobną pomocą słońca odbił jego promienie na pobliskie drzewa. Znajoma mu kotołaczka pojawiła się w krzewach prostując niczym struna i z pełnymi źrenicami śledziła światełko na pniu. Rozdrażniona iluzyjnym wrogiem machała ogonem na boki, gdy nagle zorientowała się w jakiej sytuacji właśnie się znalazła. Prychnęła odwracając głowę, choć jej wzrok ciągle uciekał ku świetlistej pokusie.
        - Miło cię znowu zobaczyć – przyznał pradawny.
        - Phi, zaraz inni spojrzą – mruknęła pod nosem lekko obrażona kotka.
        Uwaga była jak najbardziej słuszna. Kvaser z chęcią opuściłby lusterko, ale przeczuwał, że straci zainteresowanie Naimy gdy tylko to zrobi.
        - Wiesz co to jest? - zapytał wskazując na przedmiot.
        - Tak, takie, że widzisz odbicie... - odparła i zahipnotyzowana ponownie podążyła za światełkiem. - Przestań!
        - Mogę ci je dać, pod warunkiem, że dotrzymasz mi towarzystwa. Trochę się tu nudzę... ciężko wytrzymać na takim małym skrawku nie mogąc z nikim porozmawiać.
        - Przecież masz swoich – zauważyła Naima.
        - Tak... - potwierdził dziwnym tonem mag. - Ale wiesz... - mruknął przysiadając z rezygnacją na pobliski kamień.
        Naima spojrzała na przybysza ze współczuciem. Przestał być już taki obcy i dziwnie pachnący. Zwierzęta mocniej odczuwały ludzkie emocje więc i empatię odczuła zdecydowanie bardziej. Zbliżyła się nieco do czarodzieja. Mimo wszystko instynkt nie pozwalał jej w pełni wierzyć w intencje nieznajomego, ale wydawał się taki smutny...
        - Wiesz, bo to ja nas wpakowałem w te kłopoty i przeze mnie wylądowaliśmy na waszej wyspie... Nie chciałem nikomu zrobić krzywdy, starałem się nas bronić, ale... ech, wpadliśmy w pułapkę. Moi współtowarzysze nie mówią tego głośno, ale widzę to w ich oczach... winią mnie za te sytuację. Nie dziwię im się, chciałbym móc to naprawić, cofnąć czas... lecz nie mogę – powiedział z wyjątkowym żalem. - A teraz nie wiemy co zrobić... jak wrócić do siebie... Och, przepraszam. To... dziwne i trochę głupie, że wygaduje się komuś obcemu...i to jeszcze z tej wyspy...
        - Nie, nie przepraszaj... - zainterweniowała Naima. - Rozumiem... nie chciałeś złego...
         - Uhm... - mruknął Kvaser na moment opuszczając głowę i wspierając łokcie o kolana. Przeciągnął atmosferę żalu i smutku, westchnął, po czym uniósł głowę i rozejrzał się dookoła. - Piękną macie te wyspę – przyznał szczerze. - Może opowiesz mi coś ciekawego o niej?
Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Żeglarz
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Ijumara stanęła frontem do kotołaka, przybierając bardzo butną i zaczepną pozycję, z rękami skrzyżowanymi na piersi, wysuniętą przed siebie stopą i wydętymi ustami. Meori przyjrzał się jej jakby była jakimś smakowitym kąskiem albo nową zabawką i to spojrzenie strasznie jej się nie spodobało, nie wiedziała jednak czy bardziej ją to złości czy niepokoi. I to jak mu się ogon ruszał… Nie znała mowy ciała kotów, ale była przekonana, że to na pewno nie jest dobry znak i powinna uważać. Nie mogła zapominać, że ich znajomość nie zaczęła się wcale przyjaźnie i kto wie co przez to myślał sobie o niej kotołak i co kombinował… I czemu u licha za każdym razem odnajdywał ją, gdy była sama?!
        - Nie bądź zła – odezwał się do niej zmiennokształtny tonem jakby zupełnie nie rozumiał jej fochów. – Stroszysz się na mnie.
        - Bo się zawsze do mnie skradasz!
        - Wcale nie – odparł nieco urażony szaman. – Jestem kotołakiem to z natury chodzę cicho, tak? Twój znajomy z białymi włosami tak nie robi?
        W sumie to Ijumara musiała przyznać, że nie znała kroku Kelsiera – zawsze byli na statku, przedzierali się przez śnieg, przez puszczę. Nie miała okazji, by przekonać się o tym czy chodzi cicho jak kot. Pewnie tak…
        - Próbujesz mnie zagadać – zarzuciła jednak Meoriemu zamiast się z nim zgodzić, choćby warunkowo. Rozplotła ręce i wsparła się pod boki. – Czego chciałeś?
        - Dotrzymać ci towarzystwa – oświadczył kotołak. – Widziałem, że chodzisz sama i raczej nie przez to, że chcesz być sama. Widziałem, jak wszędzie zaglądasz to do ciebie wyszedłem. Na tym poziomie wioski nie ma za wielu osób, z którymi mogłabyś porozmawiać. Mało kto zna twój język.
        Pani kapitan przez długi czas mierzyła go wzrokiem próbując przejrzeć blef. Jednak albo nie blefował, albo bardzo dobrze mu to wychodziło, bo poza bezczelną pewnością siebie nie dostrzegała niczego podejrzanego.
        - Ale w takim razie czemu wcześniej tak szybko poszedłeś? – zapytała jednak, myśląc, że to bardzo chytre posunięcie.
        - Bo wtedy się znudziłem – odparł, a jej przypomniało się, że koty to wielcy indywidualiści i faktycznie Meori mógł po prostu uznać, że ma dość i idzie do swoich innych spraw. Choć próbowała go przyłapać na jakiejś złośliwości albo czymkolwiek niecnym, nie udawało jej się to – być może druid faktycznie chciał jej tylko dotrzymać towarzystwa, po prostu był miły, a ona niepotrzebnie się spinała…
        - Chodź – odezwał się nagle kotołak, kiwając palcem na panią kapitan. – Chodź, oprowadzę cię.
        - Chyba już wszystko co było tu do zobaczenia, widziałam – mruknęła troszkę sceptycznie Iju, ale i tak poszła za zmiennokształtnym szamanem.
        - Hm… No powiedzmy… - mruknął Meori dość dziwnym tonem, co od razu zwróciło uwagę Nigorie.
        - Coś kręcisz! – oświadczyła wręcz triumfalnym tonem.
        - Dlaczego zawsze podejrzewasz mnie o najgorsze? – obruszył się kotołak. – To ja powinienem być dla ciebie niemiły, uderzyłaś mnie!
        - Próbowałeś mnie siłą rozebrać!
        - I nie żałuję – odparł hardo Meori. Jego wyznanie wywołało zszokowaną minę Ijumary, a on poczuł się w obowiązku, by jednak się wytłumaczyć, oczywiście na swój sposób. – Nie rób takiej miny. Takie są tu zwyczaje, tak? A że przy okazji dowiedziałem się, że masz taki charakterek… W sumie dobrze wyszło – podsumował z zadowoleniem, wywołując tym jeszcze większą konsternację pani kapitan. – Och, zachowujesz się, jakbyś była z innej gliny niż Belgar. Na pewno wiesz co mam na myśli.
        - Nie jestem Belgarem – zaprotestowała, choć bez przekonania, bo z jednej strony było jej miło, wszak porównano ją do bohatera, który bardzo jej imponował, ale z drugiej strony wiedziała, że to był raczej przytyk niż komplement. Nie była jeszcze pewna o co chodzi kotołakowi, ale szybko zaczęła się domyślać, gdy ten położył jej dłoń na ramieniu i spróbował ją objąć.
        - Łapy przy sobie! – uniosła się, odskakując i na odchodnym trzepnęła go w rękę. – Nie myśl sobie, że ze mną tak łatwo ci pójdzie!
        - I to mi się w tobie tak podoba – zamruczał Meori z zadowoleniem. Ijumara pod nosem nazwała go zboczeńcem, a on albo tego nie usłyszał, albo tylko udawał, że nie usłyszał.
        - Gdzie mnie prowadzisz? – zapytała po chwili pani kapitan. Właśnie minęli linię zabudowań i szli jakąś wąską ścieżynką wśród urokliwej, tropikalnej zieleni.
        - Pokazać ci ładny widok. To niedaleko – oświadczył.
        - Oprowadzisz mnie po wyspie? – zapytała z ekscytacją pani kapitan. Gdzieś z tyłu głowy pamiętała, że miała się spotkać z resztą za godzinę, ale skoro miała okazję nie mogła jej zmarnotrawić. Kto byłby lepszym źródłem informacji niż Meori? Nawet jeśli idąc z nim chyba trochę igrała z ogniem, bo kotołak na pewno nie odpuści jej komentarzu i podrywów w trakcie tego spaceru. Była jednak kapitanem wychowanym wśród marynarzy, na pewno da sobie radę!
Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 74
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Kotołak
Profesje: Skrytobójca , Szpieg , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Nie odeszli daleko od wioski. Panterołaki zaprowadziły go właściwie na pierwszą plażę, na jaką trafili. Kelsier szedł za nimi bez słowa, bardziej starał się – w razie czego – zapamiętać drogę, żeby móc szybko dostać się z powrotem do wioski. Nie chciał też od razu pytać o to, czego chciał spróbować się od nich dowiedzieć. Na to też przyjdzie czas, a gdy już zdobędzie chociaż trochę ich zaufania, to będzie miał większe szanse na to, że odpowiedzą mu na pytania, które szykował już sobie w głowie. Niósł ze sobą jedną z ich włóczni - domyślał się tego, w jaki sposób polowali na ryby. Może mieli też wędki, ale taki sposób połowu świadczyć mógł o tym, że w przybrzeżnych wodach i tak roi się od pożywienia, na które wystarczy im właśnie włócznia. Taki sposób był też szybszy od siedzenia z wędką i czekania na to, aż coś złapie się na przynętę zawieszoną na haczyku. Usiadł na jednym kamieniu i ściągnął z siebie górną część ubrania, a także buty.
         – Gdzie ogon? - zapytał jeden ze zmiennokształtnych.
Kelsier dopiero teraz zauważył, że jego koci ogon znów jest ukryty. Sięgną za siebie i wyciągnął go z nogawki spodni. Tutaj nie musiał bać się tego, co czasami spotykało go w Alaranii. Tutaj ogon nie był czymś, co powinien ukrywać.
         – W moich stronach lepiej jest go chować. Zdarza się, że ludzie nieprzychylnie patrzą na osoby, które je mają – wytłumaczył im. Nie uważał tej kończyny za coś brzydkiego – był biały, jak jego uszy czy włosy, choć dodatkowo zakończony czarną sierścią – ale nieco ułatwiał sobie życie przez to, że nie paradował z nim publicznie.
         – Nie… przychylnie? - odparł i spojrzał w stronę kotołaka. Chciał wytłumaczenia, mogło to być słowo, które słyszał pierwszy raz.
         – Złym wzrokiem – odpowiedział w momencie, w którym jego bose stopy zanurzyły się w wodzie i lekko zagłębiły w piasku.
         – Umie tak łowić? - panterołak zmienił temat. Nie miał też nic do dodania, wcześniej jedynie pokiwał głową, gdy Kelsier wytłumaczył mu, co oznacza słowo, którego użył.
         – Myślę, że tak. Nie zdarzyło mi się tego robić, ale domyślam się, na czym ma to polegać – odparł, ważąc w tym samym czasie włócznię w dłoni. Była dobrze wyważona, używanie jej nie powinno stanowić problemu nawet dla kogoś takiego, jak on. Kogoś, kto robił coś takiego pierwszy raz w życiu.

Przez jakiś czas łowili przy brzegu. Panterołaki złapały więcej ryb niż on, co nie było niczym dziwnym, ale jemu też udało się upolować kilka. Tylko, że tamta dwójka chciała jakiegoś wyzwania, dlatego namówili go do tego, żeby poszedł z nimi nieco dalej. Wspomniał im o tym, że nie jest dobrym pływakiem, ale zapewnili go, że tam dalej nie jest jeszcze bardzo głęboko i na pewno da sobie radę. Na początku próbował namówić ich na to, że zostanie na brzegu, ale nie dali się przekonać. Powiedzieli, że będą tam większe ryby, czyli więcej jedzenia. Ostatecznie Kelsier zgodził się na to i wskoczył do wody.
Rzeczywiście nie było tu zbyt głęboko, choć w miejscu, w którym zanurkował, od dna dzieliło ich przynajmniej kilka stóp, a może nawet nieco więcej. Widział, że dwójka jego towarzyszy rozdzieliła się, więc on też popłynął w inną stronę, choć nadal starał się mieć ich obu w zasięgu wzroku. Nie tak, że im nie ufał – po prostu, w razie, gdyby potrzebna była pomoc, czy to jemu, czy jednemu z nich, wolał, żeby to zobaczyli. I podpływały tu też nieco większe ryby, to udało mu się zauważyć od razu, gdy tylko zaczął szukać zwierzyny do upolowania. Szło mu to mniej sprawnie, bo okazało się to trudniejsze, niż przypuszczał na początku, ale dość szybko – może przez „szczęście początkującego” - udało mu się wbić grot włóczni w ciało ryby. Wypłynął na powierzchnię, aby wrzucić ją do wiadra. Akurat to samo robił jeden z panterołaków, na szczęście dla niego, był to ten, który odzywał się częściej.
         – Co do pytań, które do was miałem… - zaczął, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. I udało mu się to, dostrzegł pytający wzrok zmiennokształtnego, więc mógł od razu przejść do tego, co chciał wiedzieć.
         – Słyszeliśmy, ja i dwójka moich towarzyszy, o tym, że na wyspie znajduje się ważne dla was miejsce, do którego aktualnie nie macie z jakiegoś powodu dostępu? - zakończył to formą pytania, może głównie po to, żeby zorientować się, czy panterołak wie o tym miejscu. Jeżeli faktycznie było i może nadal jest takim budynkiem dla mieszkańców wyspy, to raczej wszyscy powinni o nim wiedzieć.
         – Nasze sanktuarium? Co z nim? - zapytał tamten, a Kelsier pokiwał głową.
         – Chcieliśmy je zobaczyć – odpowiedział mu kotołak. Widział w oczach rozmówcy, jak tamten nad czymś się zastanawia i nawet na chwilę zmrużył oczy, którymi ciągle patrzył się na Kelsiera.
         – Nie powinniście… - odezwał się w końcu. Może chciał powiedzieć coś jeszcze, ale kotołak wyprzedził go.
         – A co, jeśli chcielibyśmy sprawić, żebyście odzyskali możliwość wstępu do niego? - kolejne pytanie z jego strony, jednak z tym konkretnym było tak, że liczył na to, że może przekona go ono. Nie podejrzewał, żeby udało mu się wyciągnąć z niego wszystkie informacje, ale każda im się przyda, nawet najmniejsza.
         – Tył wyspy. Ukryte za wielkimi drzewami. Więcej nie powiem, nie mogę – odpowiedź przyszła po jeszcze dłuższym czasie, niż miało to miejsce wcześniej. Domyślił się, że zdradzenie nawet czegoś takiego, jak niedokładna lokalizacja mogłoby mieć dla niego jakieś złe konsekwencje, więc nie próbował wyciągnąć z niego niczego więcej.
         – Koniec czy łowimy dalej? - zapytał po chwili.
         – Łowimy. Zostało nam dużo dnia – odparł panetrołak i wskoczył do wody, a Kelsier po chwili poszedł jego śladem.

         – Co znalazł? Muszle? - takie pytanie usłyszał kotołak, gdy wypłynął na powierzchnię. W jednej dłoni ciągnął włócznię, tym razem niestety bez ryby, a w drugiej faktycznie miał coś, co wyglądało jak muszle. Tyle, że nimi nie były.
         – Małże. Udało mi się odczepić kilka – odparł.
         – Spróbuje je pootwierać. Może znajdzie kulę dobrego losu – zaproponował mu zmiennokształtny i podrzucił mu nawet niewielki nożyk, którym będzie mógł to zrobić. Kelsier złapał go i wzruszył ramionami, a chwilę później już siłował się z małżami. Nie znalazł w nich niczego, aż do ostatniej. Ta „walczyła” najdłużej, a gdy ją otworzył, wyskoczyła z niej okrągły kształt, który wylądował w piasku, tuż przed jego stopami.
         – O! Znalazł! - tym razem odezwali się obaj i to równocześnie. Kotołak natomiast pochylił się i sięgnął przed siebie. Wyciągnął z piasku to, co wypadło z małża. Była to perła, na oko wielkością zbliżona do monety, choć oczywiście nie była płaska. Na początku wydawało mu się, że jest po prostu mlecznobiała, lecz gdy zaczął ją oglądać, dostrzegł, że w losowych miejscach na jej powierzchni widoczne są też niebieskie smugi. I to w różnych odcieniach niebieskiego! Właściwie każda z tych smug miała inny odcień.
         – Ładna. Zatrzyma ją, to przyjdzie dobry los – tym razem znów odezwał się ten gadatliwy. Kelsier natomiast pokiwał głową i uśmiechnął się lekko. Miał już pomysł na to, co zrobił z nowym znaleziskiem. A nawet dwa pomysły, choć ten drugi może być nieco trudniejszy do wykonania… Chyba, że znów poprosi o pomoc panterołaki.
         – Macie może w wiosce kogoś, kto zrobiłby z niej naszyjnik? - zapytał i wskazał im perłę, żeby jasne było, o co mu chodzi. Pokiwali tylko głowami, a jego uśmiech chyba również udzielił się im… A może wiedzieli, o co mu może chodzić? Może w jakiś sposób zgadli, o czym pomyślał?
Po tym zdecydowali się zebrać, a Kelsier, gdy tylko był już gotowy do drogi, zaproponował, że będzie niósł jedno z wiader. Połów był owocny, oba wypełnione były rybami.
Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Kapłan , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Naima z zamyśleniu spojrzała w niebo. Nastroszone futerko wygładziło się na ogonie, który zaczął poruszać się żywotnie, jakby z ekscytacji.
        - To... - powiedziała wskazując w górę.
        - Słońce... - bardziej stwierdził niż spytał Kvasir.
        - I to drugie...
        - Księżyc.
        - Tak, słońce i księżyc – powtórzyła zgrabnie. - Słońce to życie roślin i ziemi. Księżyc to nasze życie, lepiej widzimy, czujemy, polujemy. Więcej w nas energii. My musimy dziękować słońce, że opiekuje się wyspą, dlatego obrzędy na górze... wulkan. By być bliżej bogów.
        Kvaser odruchowo próbował wyśledzić przez gęste liście ciemne wzniesienie. Niestety nie była to dla niego odpowiednia odpowiedź. Nie takiej siły szukał, choć lawa płynąca w zastygłych skałach była potężna, to miała dokładnie taki sam zasób magicznej energii jak morze czy wiatr. Potrzebował czegoś bardziej precyzyjnego i skupionego. To tam zapewne noszą dary dla swych bogów, ale gdzie tak naprawdę kryje się magiczne centrum?
        - To tam stoi sanktuarium?
        Naima podniosła uszy i spojrzała z lekkim zaskoczeniem na rozmówcę. Po chwili jej źrenice nieco się zwęziły wyostrzając koci wzrok.
        - Tam tylko słudzy od słońce mogą wejść – powiedziała ostro. - Przez takich jak wy mamy dostęp tylko do słońce. Słudzy księżyca muszą czekać na łaskę boga!
         Głos zmiennokształtnej wypełniony był żalem, bólem i gniewem. Kobiece dłonie zacisnęły się w pięści, cała sylwetka Naimy w moment się napięła, ale już po chwili z większym opanowaniem wypuściła powietrze ustami. Kvaser starał się ułożyć wszystkie informacje w całość... a więc Belgar zamknął przejście do sanktuarium, do jego wnętrza... tak to przynajmniej rozumiał.
         Informacja od Meoriego była więc połowiczna, sanktuarium istniało na górze wulkanu, ale było tylko powierzchnią.
        - A ty... - podjęła na nowo dziewczyna zbliżając się do czarodzieja i wyłaniając całkowicie z krzewów. – Pachniesz trucizną. Nie jesteś jak kot i jak człowiek, źle zrobisz dla nas. Za bardzo też pytacie, źli jak Belgar!
         Mag wstał, dość pośpiesznie, przez co Naima wygięła karykaturalnie palce zakończone ostrymi pazurami, gotowa do ataku, ale Kvaser jedynie wyjął przed siebie dłoń.
        - Obiecałem, że jak podejdziesz to ci je dam – przypomniał pokazując lusterko.
        Naima zerknęła na przedmiot wypuszczając z ust krótkie „och”, a następnie sięgnęła niepewnie po obiecany prezent. Lusterko obróciła w swoją stronę dostrzegając swoje odbicie. Przyglądała mu się chwilę, było takie wyraźne a zarazem fascynujące, nie jak rozmyta w wodzie twarz.
        - To tylko powierzchnia – skomentował Kvaser. - Belgar szukał przygód i przede wszystkim skarbu, choć pewnie mówił coś zupełnie innego. Ja nawet nie wiem gdzie dokładnie jestem, na którym skrawku świata leży wasza wyspa, i zapewne moje słowa nie mają dla ciebie większego znaczenia, jednak... może moja obecność tutaj nie jest przypadkowa? Być może tylko ja mogę wam pomóc znów zbliżyć się do księżyca, skoro Belgar zamknął przejście?
        Czarodziej przetarł dłonią lusterko, w którym pojawił się księżyc przysłonięty niemalże czarnymi chmurami. Kotka pisnęła i wystraszona odrzuciła przedmiot. Gdy spojrzała na Kvasera, ten uśmiechnął przyjaźnie.
        - Nie ma się czego bać – powiedział zerkając ukradkiem na podarunek, po czym zwyczajnie odszedł kierując się w głąb wioski.
        Naima jeszcze raz spojrzała za lusterkiem. Tym razem było w nim widać przejrzyste niebo dzisiejszego dnia. Dziewczyna chwyciła rzecz oglądając ją dokładnie i upewniając się czy aby na pewno księżyc nie ukrywa się gdzieś w rogu.
        - E-ej! Czekaj! Nie możesz tak sam iść! - krzyknęła za pradawnym.
        - To ty nie dotrzymujesz mi kroku – rzucił lekko.
Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 64
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Żeglarz
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        W dżungli odległości ulegały dziwnemu wypaczeniu. Ijumara była przekonana, że nie odeszli wcale daleko od wioski, uszli raptem… ile? Dwadzieścia kroków? A ona już nie widziała ani jednej chaty. Fakt, były one wykonane z naturalnych materiałów - liści, kory, gałęzi - przez co na pewno lepiej wpasowywały się w otoczenie, ale mimo wszystko zostały dosłownie połknięte przez bujną roślinność. Została sam na sam z Meorim, który szedł przodem i to takim krokiem, jakby specjalnie się przed nią prężył, bo miał nadzieję, że patrzy. Owszem, zerkała, ale kot nie interesował jej tak bardzo jak to wszystko wokół. No i to by zapamiętać drogę powrotną, choć na to nie było już raczej szans. Jak on ją tu zostawi to się zgubi, na bank zabłądzi. I to ledwo wyszła kawałeczek za zabudowania!
        - Co tak zamilkłaś, kapitan?
        - O matko, ale mnie wystraszyłeś! - poskarżyła się Ijumara, łapiąc się za serce. Meori zerknął na nią przez ramię, uśmiechając się jak to zadowolony z siebie kot.
        - Co ci się stało? - zapytał.
        - Tak cicho jest wokół, mogłeś uprzedzić!
        - Jak?
        - Nie wiem, jakoś!
        - Jesteś dziwna czasami. Ale przynajmniej nie jesteś nudna.
        To był komplement - Ijumara nauczyła się już to rozpoznawać w jego przypadku po mowie ciała, po ruchach ogona i ułożeniu uszu. Kocur znowu z nią flirtował, nie odpuścił żadnej możliwości.
        - To… co się tak zamyśliłaś?
        - Tak tylko się rozglądałam.
        - Nie krępuję cię chyba?
        - Stanowczo za bardzo sobie pochlebiasz.
        Meori spojrzał na nią z zadowoleniem w oczach, po czym znowu skupił wzrok na dróżce przed sobą. Ijumara zerknęła zza niego i wtedy stwierdziła, że całkiem nieźle widać, którędy powinni iść. Nawet dostrzegała prześwit między drzewami, który zwiastował, że wyjdą na jakąś otwartą przestrzeń. Może stamtąd będzie mogła się zorientować gdzie jest…
        Nigdy w życiu jednak nie spodziewałaby się, że kotołak zaprowadzi ją na niewielką polankę nad przepaścią. Gdy wyszli z lasu, Meori zrobił krok w bok i zaprosił ją dalej gestem, by mogła się rozejrzeć. Widok zapierał dech w piersiach – przed nią rozciągało się morze zieleni, a dalej bezmiar oceanu i błękitne niebo. Znajdowali się całkiem wysoko, na wysuniętej skalnej półce, więc pani kapitan mogła podziwiać połowę wyspy. Gdzieś w dole dostrzegła prześwity między drzewami, w których znajdowały się jasne punkty strzech na chatkach. To była wioska. Ale… nie tylko ta, w której byli.
        - Co tam jest? – zapytała, dłonią wskazując odległy punkt, gdzie nad złotą plażą widać było wykarczowany fragment lasu i kolejne zabudowania.
        - Inna wioska, z innym wodzem – odparł Meori, stając tuż obok niej. – Przyjaznym wodzem. Tamten jest nieprzyjazny – oświadczył, wskazując kolejną malutką wioseczkę, kawałek dalej, wśród drzew. Ledwo ją było widać.
        - Nieprzyjazny dla was czy dla mnie? – podłapała niemal od razu Ijumara.
        - Oba. Z nami mają wojnę, a ciebie by zjedli – oświadczył z takim wyrazem twarzy, że pani kapitan przez moment zastanawiała się czy to nie jest jakiś słaby żart. Ale wyglądało na to, że nie. Aż jej się zrobiło słabo, gdy pomyślała, że mogłaby trafić na kogoś z tamtego plemienia. Musiała przez to zblednąć albo jakoś inaczej się zdradziła, bo kocur nagle otoczył ją ramieniem.
        - W porządku? – zapytał.
        - Tak, w porządku.
        - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
        - To nic. Bujna wyobraźnia – wyjaśniła, a jej słowa wywołały uśmiech zmiennokształtnego. Odpuścił.
        - Gdyby pójść na drugą stronę to byłoby widać inne wyspy - oświadczył, jakby zachęcał ją do wycieczki. I Ijumara być może by skorzystała, ale spodziewała się, że to byłaby dłuższa wyprawa, a tu i tak było jeszcze coś, co przykuło jej wzrok. Pas wypalonej ziemi i dziwny barwny punkt nieopodal, coś jak niewielki namiot cyrkowy.
        - Co to jest? - zapytała, palcem wskazując na powiewające na lekkim wietrze tkaniny. Meori spojrzał w tamtym kierunku, a jego ogon nagle zesztywniał, zdradzając jego emocje. Długo zwlekał z odpowiedzią, lecz Ijumara nie zamierzała mu odpuszczać. Patrzyła na niego uparcie, a gdy żadne słowa nie nadchodziły, ona podeszła bliżej, gapiąc się na niego tym intensywniej.
        - Pytasz a już wiesz - prychnął, zaplatając ręce na piersi i uciekając wzrokiem.
        - Wasze sanktuarium - odparła pani kapitan z triumfem w głosie. - Zaprowadzisz mnie tam?
        - Po co? - burknął Meori.
        - Proszę? - odparła Ijumara, nagle czarująca jak nigdy dotąd, uśmiechnięta i z takim pięknym spojrzeniem rzucanym spod trzepoczących rzęs. Kocur zaraz złapał przynętę.
        - Jesteś złą kobietą - oświadczył.
        - Czemu?
        - Bo nie potrafię ci odmówić - odparł, po czym złapał ją za rękę i pociągnął w dżunglę.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ocean Jadeitów”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość