Ocean Jadeitów[Tropikalna wyspa] Dokładnie tak było w książce!

Gdzie okiem sięgnąć turkusowa woda plącze się i zlewa z błękitnym niebem. Fale i wiatr szumią w tonie oceanu, na którego dnie znajdują się wręcz nieskończone pokłady jadeitu. Dom syren i trytonów, który skrywa skarby, zatopionych pirackich statków. Delfiny wyskakujące nad wodę. Ryby mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. I księżyc, który każdego dnia odbija się w tafli jadeitowych luster.
Awatar użytkownika
Kvaser
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 62
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Kapłan , Mędrzec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Kvaser »

        Oszacowanie swoich sił wobec możliwej teleportacji, aby powrócić na statek było... nie tak łatwe i jasne do potwierdzenia. Zapewne zuchwały magik szybko odparłby „oczywiście!”, ale z jakim zawodem mógł się tak niepokorny jegomość spotkać? Rozczarowanie to jedno, lecz dalsze konsekwencje takiego zachowania byłyby jeszcze bardziej przykre. Takie tam... małe polowanie na czarownice czy też bardziej adekwatne do sytuacji, czarodziejów. Stąd też Kvasir z dużą rezerwą podchodził do tego co możliwe a niemożliwe w magii. Hm... może trochę źle zostało to określone – co możliwe a niemożliwe w przypadku samego Kvasera, ponieważ magia była całym spectrum tajemnic, tym czym nawet najsilniejsi pradawni nie są w stanie sobie wyobrazić. Wpływ na taką teleportacje miały między innymi kwestie indywidualne, jak na przykład zdolności maga, jego stan psychiczny czy też zdrowie, sprawy błahe jak choćby pogoda, ale też te bardziej skomplikowane; układ gwiazd, inne środowisko... Choć wszystko wydawało się powstać z tych samych pierwiastków to jednak magia wychodziła poza ramy ogólnych zasad. Kvaser badał energię większość swojego życia próbując pojąć czym jest owa magia, ale do teraz nie zostało to tak naprawdę wyjaśnione... a teorii jest wiele.
        Jednak nie o teoriach dzisiaj przyszło mu rozmyślać, a nad odpowiedzią dla pani kapitan. Jak można było wyjaśnić tak skomplikowane zagadnienia by nikt nie zwątpił w jego umiejętności albo nie spanikował podczas teleportacji? Właściwie nie wiedział nawet jak dalekiej, bo nadal nie określili swojego położenia na mapie Alarańskiej, gdzie ich ten czort jeden posłał.
        - Bez udziału źródła magii na pewno nie jestem w stanie tego zrobić, za duże ryzyko, ale miejsce będące magicznym źródłem jest jak najbardziej przyjazne podjęciu się takiego działania – odparł jakże czysto politycznie nie mówiąc ani nie... ani całkowicie tak.
        Na całe szczęście nie musiał wchodzić w szczegóły, bo na horyzoncie pojawił się Kelsier i na razie rozmowa ta odeszła w lekkie zapomnienie.
        Pradawny posłusznie uległ zagraniu Ijumary i dał się zaprowadzić do namiotu. Szkoda, że nie było w nim tak miło jak mogło by być. Szkoda, że na przykład nie trafili na tę wyspę w ramach wakacji, a nie kary. Już sam ten fakt psuł aurę tego egzotycznego miejsca nie pozwalając korzystać z jego uroków w rozluźniający sposób.
        - Tak, to dobry pomysł. Myślę, że takie pospólstwo jak ja czy Kelsier mogą się zakręcić tu i ówdzie – zażartował z racji tego, że właśnie w pierwszej chwili tubylcy nie chcieli im pozwolić na wspólne pomieszkiwanie w jednym szałasie z racji tego, że Iju była panią kapitan, dowódcą tej niedużej eskapady. Po tych słowach mag podrapał się po brodzie w zamyśleniu. W przeciwieństwie do pozostałej dwójki on wciąż stał, jakby faktycznie był na audiencji u samej królowej (tak zwane zboczenie zawodowe).
        - Hm... musiałbym się zastanowić. Na ten moment sobie nie przypominam... Spacer na pewno pomoże mi w myśleniu – uznał, a jego zaciekawienie było doprawdy szczere. Pierwszy raz od wyrwania się ze swojej samotni czuł żywe zainteresowanie tematem, szczególnie, że dotyczyło ono sanktuarium i oczywiście magii. Może w końcu coś ruszyło to martwe uczuciowo serce, a może... to po prostu mózg (przyzwyczajenie) kazał mu szukać wiedzy.
        Kvaser prześledził wzrokiem wychodzącego kotołaka. Mag nie wiedział czy coś go zezłościło. Wyglądało, że może trochę tak, ale nie był pewien więc nie miał w planach rozgrzebywać mrowiska.
        Pradawny zaraz po nim zbliżył się do wyjścia i przez ramię spojrzał na panią kapitan.
        - Tylko jeszcze jedno... - zaczepił ją surowo.
        – Uważaj na siebie – dodał z troską, bo choć wiedział, że Iju jest kobieta charakterną tak też... chciał się nią zwyczajnie opiekować.
Awatar użytkownika
Ijumara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 62
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Żeglarz
Kontakt:

Post autor: Ijumara »

        Iju z entuzjazmem kiwała głową, gdy jej towarzysze zgadzali się z przedstawionymi przez nią przypuszczeniami i planem – nie musiała mówić „dokładnie to miałam na myśli!”, bo to było widać w jej oczach. Widać też było, że bardzo się ekscytuje tym zadaniem, które ich czeka i ten promyk nadziei na opuszczenie wyspy dodał jej wiele energii. Być może zdawała sobie sprawę, że to nie będzie wcale takie łatwe i tylko stracą czas, ale przynajmniej nie będą siedzieć bezczynnie, czekając co wymyśli wódz i jego przydupas… A może nie wymyśliliby nic tylko tak ich tu trzymali aż się nie znudzą?
        Poza tym kapitan Nigorie nie zapominała ani na moment, że jest – no właśnie – kapitanem. To nie był tylko tytuł, którym mogła się szczycić przed innymi, ale też spora odpowiedzialność i obowiązek. Musiała wrócić do swojej załogi nim zaczną się martwić. Co zrobią, jeśli nie pojawi się z powrotem do zmierzchu? Albo co gorsza przez dzień, dwa albo więcej? Pewnie zaczęliby jej szukać… A na tamtej wyspie czyhało wiele niebezpieczeństw. Czy po pewnym czasie by odpłynęli? W końcu musieliby, bo mieli przecież ograniczone zapasy, a i goniły ich terminy. Wtedy co? Ona, Kvasir i Kelsier utknęliby w tym miejscu na dobre? Albo na tamtej lodowej wyspie? Wolała sobie tego nawet nie wyobrażać i trzymać się wersji, że jeśli rozwiążą problem z sanktuarium to wrócą do domu.
        Zastrzeżenie kotołaka, który sprostował jej twierdzenie na temat przynależności do tutejszego ludu zbyła ruchem ręki, zbyt podekscytowana, by dyskutować na temat takich detali. Bardziej ekspresyjnie zareagowała na to wytknięcie „urodzenia”, na które pozwolił sobie Kvasir – z niezadowoleniem wydęła policzki i już nabierała tchu, by bronić swojego stanowiska, ale uznała w porę, że on tak naprawdę ma rację. Ci, którzy będą znali przebieg rozmowy z Rauki-Rysztem, będą wiedzieli, że Ijumara też jest wodzem, a to może niektórym zasznurować usta… Ale może też innym rozsznurować? Na pewno znajdą się tacy, którzy będą chcieli przypochlebić się komuś ważnemu, nieważne gdzie i dla kogo ta osoba jest ważna – takie lizusy żyły wszędzie.
        - Dobrze, chodźmy – zarządziła w końcu Ijumara, gdy i tak już wszyscy wstawali ze swoich miejsce, by udać się na poszukiwania. Wyszła za Kelsierem… A raczej chciała wyjść, bo została zatrzymana przez kapłana. Nie spodobał jej się jego ton i od razu dała to poznać po swojej postawie, bo stanęła z założonymi na piersi rękami, wysuniętą do przodu nogą i wydętymi ustami naburmuszonej na zaś nastolatki. Spuściła jednak z tonu, gdy kapłan dokończył znacznie łagodniejszym, pełnym troski tonem – jakże mogłaby się na niego gniewać, gdy był taki kochany? Na jej twarzy zaraz pojawił się czuły uśmiech i rozplotła ręce.
        - Obiecuję, że będę grzeczna – odpowiedziała trochę cichszym tonem, jakby te słowa były przeznaczone tylko dla jego uszu. Zaraz jednak westchnęła i ukrywając swoje zawstydzenie pod uśmiechem czmychnęła z szałasu. Przyszła jej jednak do głowy myśl, że rola jej tatuśka jest obsadzona bez względu na okoliczności – jak nie Gennaro osobiście, to Ross, jak nie Ross, to Kvasir… Ale to ostatnie wcale jej nie cieszyło.

        Niestety okazało się, że pomysł Ijumary ma jedną znaczącą wadę – Rauki-Ryszt stanowczo zabronił im opuszczać krąg chat, w którym aktualnie byli… A nie było tu zbyt wielu osób, z którymi dałoby się porozmawiać. Poza ich szałasem i szałasem, w którym przyjmował ich wódz, krąg tworzyło jeszcze pięć chat, ale tylko w dwóch widać było oznaki życia, jakieś poruszenie czy dym unoszący się przez otwór w kominie. Na otwartym terenie zaś nie było nikogo poza dwójką zmiennokształtnych, którzy ich pilnowali. Ijumara jednak się tym nie przejęła. Pod pozorem rozejrzenia się po okolicy zaczęła spacerować między szałasami, cały czas pozostając na widoku, bo przecież nie zamierzała czmychnąć. Jej postawa była bardzo swobodna więc nikt nie podejrzewałby jej o jakieś niecne zamiary – dano jej spokój. Niestety nie na długo – ledwo zerknęła w okolicę jednej z tych chat, w których dostrzegła ruch, a już ktoś ją zaczepił.
        - Czego szukasz, kapitan?
        - Meori, to znowu ty!
Awatar użytkownika
Kelsier
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 73
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Kotołak
Profesje: Skrytobójca , Szpieg , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Kelsier »

Miał własny plan związany ze zdobywaniem informacji, który właściwie pojawił się w jego głowie przed chwilą, ale… podobał mu się i był też ciekawszy od tego, o czym myślał wcześniej. Ciekawszy i taki, który wydawał mu się bardziej owocny w rezultaty. Chciał udać się do wioski, zejść na „niższy poziom”, na którym przebywała zdecydowana większość mieszkańców tego miejsca. Co prawda, nie przepadał za tym, gdy ktoś przyrównywał go do zmiennokształtnych zamieszkujących wyspę, jednak teraz chciał właśnie to wykorzystać. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że będą widzieli w nim cudzoziemca, ale jednocześnie też może będą nieco bardziej otwarci wobec kogoś, kto – mimo pochodzenia spoza wyspy – i tak jest podobny do nich. Ponownie zaczął żałować też, że nie zna języka, którego tu używają. Na to akurat niekoniecznie miał wpływ, nie miał luksusu wybierania sobie tego, czego chciał się uczyć – ktoś inny zrobił to za niego. Westchnął cicho i najpierw przeszedł się po miejscu, w którym byli, cóż, więzieni. Udawał, że po prostu spaceruje, sam na sam ze swoimi myślami, jednak tak naprawdę sprawdzał miejsca, w których stoją strażnicy i to, jakie miejsca obserwują. Nie widział tu żadnego ogrodzenia, oczywiście poza tym naturalnym, które stanowiły drzewa, krzewy i wysoka trawa. Przez nie mógł przejść, bez problemu, tylko musiał wyczuć odpowiedni moment, żeby wskoczyć w zarośla i ukryć się tam przed wzrokiem strażników.
Potrzebował też dobrego miejsca do przejścia, nie chciał przecież narobić niepotrzebnego hałasu i ściągnąć na siebie uwagę, która również nie była mu potrzebna. Dlatego też skorzystał z pierwszej okazji, gdy akurat miejsce, czas były odpowiednie i nie pokrywały się z tym, że był obserwowany. W jednej chwili tam stał, a w drugiej już go nie było. Owszem, niby mógł użyć jednego z kilku zaklęć, które znał i pozwalały one na szybkie przemieszczanie się, jednak wolał tego nie robić. Ktoś mógłby to wyczuć, a nie wiedział, jakie byłyby tego konsekwencje. Dlatego teraz znajdował się w zaroślach i jeszcze przez chwilę obserwował, czy to, co zrobił nie wywołało żadnej reakcji u najbliższego zmiennokształtnego, który miał za zadanie pilnować tej okolicy. Tak nie było, więc ruszył dalej. Spodziewał się większego oporu ze strony natury, bujnej roślinności i tak dalej, jednak miał wrażenie, że poruszanie się przez ten etap nie sprawiało mu dużej trudności. Zanim jeszcze wyszedł, rozejrzał się też, czy nikt nie patrzy w jego stronę. Nagłe pojawienie się mogłoby być tak samo dziwne i zwracające uwagę jak to, że w ciągu chwili zniknął z oczu.

Gdy wyszedł, odruchowo chciał przeczesać włosy tak, żeby wśród nich ukryć kocie uszy, jednak tutaj przecież nie musiał tego robić… Dlatego, owszem, przeczesał je, ale tak, aby właśnie nie zakrywały jego uszu. Co więcej, po krótkiej chwili namysły wyciągnął też swój ogon, który do tej pory ukryty był w jednej z nogawek spodni. To też było przyzwyczajenie, łatwiej było mu uchodzić za człowieka w pracy, którą się zajmował, zwłaszcza, gdyby ktoś zauważył go podczas zajmowania się „najważniejszą” jej częścią albo w czasie ucieczki. Trudniej znaleźć wysokiego, białowłosego mężczyznę-człowieka niż wysokiego kotołaka o białych włosach, uszach i ogonie, który zakończony był sierścią o czarnym kolorze. Tutaj właściwie wszyscy byli zmiennokształtnymi, zresztą chyba głównie różnymi kotołakami, więc łatwiej było mu się wpasować dzięki tym cechom fizycznym, które na ogół starał się ukrywać.
Gdy rozejrzał się wokół, jego oczom ukazały się właściwie sielankowe obrazy. Dzieci biegały i bawiły się ze sobą, jedni dorośli po prostu ze sobą rozmawiali, a inni, którzy akurat zajmowali się tym samym, również to robili, choć jednocześnie też oddawali się pracy, a jeszcze inni byli w ruchu, choć to nie oznaczało, że szli w milczeniu… chyba, że poruszali się w pojedynkę. Kelsier wiedział już, kogo powinien szukać, już w trakcie przemieszczania się w to miejsce przypomniał sobie o dwóch mężczyznach, którzy ich tu sprowadzili. Znał ich, dodatkowo rozumieli oni mowę wspólną i byli w stanie się nią porozumiewać, chociaż nie znali też części słów, ale to akurat była drobna przeszkoda. Problemem było to, że nie przypomniał sobie, żeby podali im swoje imiona. Z drugiej strony, ich przybycie tutaj obserwowała chyba cała wioska, więc jeśli znajdzie kogoś, kto go zrozumie i zapyta, o to, gdzie podziewają się tamci to, może, będzie wiedział, gdzie powinien iść.
Zaczepił pierwszą osobę, która przechodziła obok. Młody kotołak, niższy od niego, brązowe włosy, uszy i ogon, choć na tym ostatnim znalazło się też kilka jaśniejszych plamek. Niestety, młodzieniec nie zrozumiał jego pytania. Taka sama sytuacja spotkała go przy następnych trzech osobach. Przy okazji przemieszczał się, szedł ciągle przed siebie i wzrokiem starał się odnaleźć albo jednego z dwójki panterołaków, albo i jednego, i drugiego. Zaczął zastanawiać się, czy nadal próbować, czy może zdać się na szczęście i liczyć na to, że uda mu się w końcu znaleźć osobę lub osoby, których szukał. I… cóż, uśmiechnęło się ono do niego, bo w pobliżu wyjścia z wioski dostrzegł znaną mu dwójkę panterołaków. Obaj mieli włócznie, które nieśli na swoich ramionach, podtrzymywali je jedną ręką, a w drugiej nieśli wiadra. Może znów szli łowić ryby. Kelsier zaczął iść szybciej, a gdy znalazł się bliżej nich, postanowił się w końcu odezwać.

         – Zaczekajcie! - krzyknął w ich stronę. Co prawda, odwróciło się kilka dodatkowych osób, ale jemu wystarczyło to, że jeden z panterołaków rzeczywiście go dostrzegł i obaj zatrzymali się po chwili.
         – Szukał was. Muszę was o coś zapytać – powiedział im, gdy się z nimi zrównał.
         – Chce iść z nami? Łowić ryby? - zapytał go jeden z nich. To był ten bardziej wygadany, który wcześniej też o wiele częściej rozmawiał z nimi, gdy sprowadzili ich do wioski.
         – Nie miałem takiego zamiaru, ale jeśli dzięki temu mi pomożecie… To ja w zamian mogę pomóc wam – zgodził się, chociaż przez chwilę zastanawiał się nad tym. Nie był pewien, czy uzyskały potrzebne odpowiedzi już teraz, ale wiedział, że to, że im pomoże może pozytywnie wpłynąć na ich chęci związane z powiedzeniem mu, gdzie znajduje się świątynia. W odpowiedzi małomówny panterołak wręczył mu włócznię, którą kotołak również założył sobie na ramię. Liczył jedynie na to, że nie zajmie to wiele czasu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ocean Jadeitów”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość