Hrabstwo Ascant-Flove[Niewielka wioska i jej okolica] Moje i Twoje nadzieje

Rozległe ziemie powstałe ze względnie niedawnego połączenia dwóch osobnych hrabstw - Ascant i Flove. Mimo, że położone w niedalekim sąsiedztwie Pustyni Nanher same są żyzne i całkiem gościnne, choć ostatnia głowa rządzącego rodu zaniedbała swoje obowiązki, przez co wiele dróg i mostów nadal wymaga naprawy.
Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

No tak, mógł przecież domyślić się, że wzmiankę o niemożliwości uczesania włosów Sally zrozumie tak, jakby próbował zachęcić ją do tego, żeby zajęła się jego włosami własnoręcznie. I właśnie tak to zrozumiała, otwarcie mówiąc mu, że jeżeli będzie chciał, to może poprosić ją o to, żeby pomogła mu z czesaniem. Z drugiej strony wydawało mu się, że z jego włosami nie jest tak tragicznie, żeby trzeba było je czesać – nie miał przecież pod głową poduszki, która w trakcie snu mogłaby zniszczyć jego fryzurę, zmieniając ją na „poranny chaos”.
Zaczął czuć się… po prostu dziwnie, gdy Sally siedziała tak i po prostu przyglądała mu się, chyba, zbliżając się coraz bliżej miejsca, w którym on sam siedział. Znowu zaczął czuć się jak jakiś eksponat w muzeum – chociaż w jego przypadku nic nie chroniło go przed niepożądanym dotykiem obserwującej go osoby. No, może jedynie siła woli i samodyscyplina osoby, która go obserwuje. Dobrze, że jego słowa wyrwały ją z tego stanu i, chyba, nawet cofnęła się lekko, zanim jeszcze zdecydowała się odezwać.

Czy był głodny? Właściwie, nie był do końca tego pewien. Można powiedzieć, że przecież obudził się niedawno, a przez to mógłby jeszcze nie odczuwać głodu, co poczułby dopiero wtedy, gdy jego ciało rozbudziłoby się w pełni. Już chciał nawet powiedzieć jej, że nie musi od razu przystępować do dzieła i pytać kogoś o śniadanie, bo nie był jeszcze głodny i może zwyczajnie poczekać na to, aż ktoś będzie przyrządzał poranny posiłek dla całej grupy i ich więźnia, jednak… nie zdążył.
Powieka drgnęła mu lekko, gdy Sally krótko krzyknęła, wzywając imię przywódczyni tej grupy. Ta krótka reakcja mogłaby dać dziewczynie do zrozumienia to, że jego słuch jeszcze nie do końca przeszedł z „nocnego czuwania” na zwyczajny, wyostrzony słuch i w konsekwencji był czulszy jeszcze bardziej niż za dnia. Tylko, że lisołaczka nie mogła tego zobaczyć, bo przecież w tym czasie nie przyglądała się białowłosemu. Częściowo też spodziewał się, że takie coś może być powodem niekoniecznie potrzebnych reakcji reszty tej grupy zmiennokształtnych, z których część może nawet nadal spała. I stało się też to, czego po części się spodziewał – najpierw podbiegła do nich Dean (zresztą zawołana Sally), która była równocześnie zaspana i bojowo nastawiona, gotowa od razu rzucić się w wir walki z kimś, kto stanowi zagrożenie dla kogoś z jej drużyny. Po niej pojawili się inni, którzy wyglądali na podobnie zaspanych. Spodziewał się, że przez to wszystko może wywiązać się między nimi jakaś sprzeczka, dotycząca tego, że lisołaczka krzyczy tak, jakby ktoś rzeczywiście jej zagrażał, a tymczasem chciała tylko zadać „głupie” pytanie osobie, która według niej najpewniej znała na nie odpowiedź.
Lisołak siedział cicho, chcąc zobaczyć i usłyszeć, czy poprawnie przewidział przebieg tej sytuacji, jednak na początku zaczęli mówić w tym języku, którego on nie rozumiał (może robili to specjalnie), jednak Sally później odezwała się we wspólnym, a ten język już znał i to nawet bardzo dobrze. Trochę dziwnie było nie usłyszeć podniesionego i narzekającego głosu przynajmniej jednej z osób, które się tu zjawiły, ale przecież nie mogło być też tak, że zawsze musiał mieć rację. Byłby naprawdę głupi, jeżeli uważałby się za osobę nieomylną. Ostatecznie jedynie Dean pozostała w pobliżu, a gdy spojrzała na niego tuż po tym, jak zadała swoje pytanie, on tylko wzruszył ramionami, sugerując jej, że z całą sytuacją ma naprawdę niewiele wspólnego. Jego udziałem w tym było jedynie to, że w ogóle poruszył temat porannego posiłku, który to Sally postanowiła zinterpretować na swój sposób.
         – Mhm… I wolałbym je jeść własnymi dłońmi, jeżeli byłoby to możliwe – odezwał się po dłuższym milczeniu. Wcześniej znowu przez jakiś czas był jedynie obserwatorem, w którego zresztą wcielał się też w czasie wczorajszej kolacji, a przynajmniej do momentu, w którym ktoś się do niego nie odezwał. Nie był przecież kaleką, żeby ktoś musiał go karmić, a chyba nawet więźnia można na chwilę rozkuć, żeby spożył posiłek w spokoju – oczywiście nadal znajdowałby się pod czyimś czujnym okiem, żeby przecież nie próbował niczego głupiego.
         – Jeżeli nie będzie to możliwe, to, cóż… przeżyję to karmienie – dopowiedział. Mimo że mówił to głosem pozbawionym emocji, to chyba można by było sobie wyobrazić, że w normalnym głosie pewnie dałoby się tam wyczuć nutę niezgody i tego, że nadal nie będzie mu się to podobać. Może właśnie to czuł gdzieś wewnątrz siebie, jednak na pewno nie było to słyszalne w jego pozbawionym emocji głosie.
Może jednak się nie mylił? Znaczy, nie usłyszał tego, czego się spodziewał, ale zauważył, że Dean raczej nie była zadowolona całą sytuacją i tym, że Sally zbudziła nie tylko ją, ale też każdego, kto jeszcze spał. Mimo wszystko, całość przebiegła raczej spokojnie – może krzyczenie na nią tylko pogorszyłoby to wszystko… Tego nie wiedział, bo nie mógł zobaczyć na własne oczy, jakby zakończył się taki wybuch złości, który skierowany by był w stronę Sally.

Lisołak przez chwilę przyglądał się kotce, która postanowiła położyć się w ich pobliżu. Mogło wydawać się to trochę dziwne, ale powiedział sam do siebie, że gdyby nie te więzy na nadgarstkach, to prawdopodobnie pogłaskałby ją – jeżeli pozwoliłaby mu to zrobić i nie postanowiłaby go dziabnąć albo podrapać – przeczesując palcami jej, prawdopodobnie miękkie i miłe w dotyku, futro. Tylko, że nie mógł tego zrobić, więc stosunkowo łatwo przyszło mu wytłumienie tego uczucia. Zresztą, wydawało mu się też, że Kotka nieszczególnie za nim przepada, więc może dzięki tym więzom oszczędził sobie nieprzyjemności z jej strony. Nieprzyjemności, które mogłyby go oszpecić, jeżeli coś poszłoby naprawdę nie tak – nie chciałby, żeby na jego twarzy pojawiła się jakaś blizna. Nie mógłby wtedy w pełni korzystać z tego, jak jego wygląd działa na większość kobiet, które spotyka w swoim życiu.
Westchnął cicho, co mogło oznaczać jakąś walkę, którą toczył wewnątrz siebie. Ni zastanawiał się nad tym, czy na pewno chce zacząć z nią rozmawiać. Miałby już nawet do niej pewne pytanie, które wpadło do jego głowy już wcześniej, a konkretniej wtedy, gdy słuchał jej dialogu z Natanem. W końcu podjął decyzję, nadal nie był pewien, czy tego pożałuje, czy może niekoniecznie.
         – To, Sally… Nie pochodzisz może z jakiejś rodziny szlacheckiej? Gdy słuchałem twojej rozmowy z Natanem, odniosłem wrażenie, że może tak być – odezwał się w końcu. Oczywiście, pod słowem „pochodzisz” kryło się to, że jako bardzo młody lisołak została sprzedana takiej rodzinie przez osobę, która ją stworzyła albo oddana takiej rodzinie, gdzie później mogła się wychowywać i przez to przyjąć część zachowań, które były przykładowe dla osób wysoko urodzonych i po których można było poznać taką osobę.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Spojrzała na lisa unosząc brew. To nie był najlepszy moment aby upominał się o swoje prawa - nie kiedy młoda Sally zerwała ją krzykiem z posłania z błahego powodu. Teraz, kiedy okazało się, że żadnego zagrożenia nie było (głodujący facet się nie liczył) najchętniej z powrotem ległaby w szałasiku i zamknęła oczy. Tak. Zamknęłaby oczy, mimo że najładniejszy biały lisołak pod słońcem siedział tuż przed nią, związany, wyspany i w czerni. Och, zamknęłaby je z ochotą. Zakryłaby też sobie uszy, aby nie słyszeć ani jego ani trajkotania Sally. Czy w ich głosach były emocje czy nie, teraz każdy wydawał jej się podobnie irytujący i nie na miejscu. Chyba, że któreś z nich umiało mruczeć. Ale nic na to nie wskazywało.
        - Tym razem, wybacz, nie będziesz jadł własnymi rękami. Niech wystarczy ci własna buźka - odparła nie do końca uważnie. Wolała nie skupiać się na rozmowie, by bardziej się nie denerwować. Wchodzenie w polemikę po przerwanym (a zasłużonym i potrzebnym!) śnie mogło źle się skończyć dla związanej strony. A kto był związany? Czy nie przypadkiem ten, którego chciała do siebie przekonać?
        - Przeżyjesz, o ile Sally wydłubie wszystkie ości - podsumowała i skinęła, zadowolona, że Ni nie będzie robił afery z powodu pewnych niedogodności. Tego by brakowało, by lamentował z powodu karmienia przez zauroczoną nim dziewczynę. Nawet on nie mógł być aż tak pokręcony, nawet jeżeli jego twórcy dawno zlasowali mu mózg. No ale litości! Nawet ona przeżyłaby karmienie przez przystojnego wojownika, chociaż normalnie raczej się z nimi tłukła. Jedzenie to jedzenie. Nie było co wybrzydzać. Szkoda tylko, że Sally za taką obrzydliwą poranną pobudkę dostanie niemalże nagrodę. No, ale co zrobić - nie będzie teraz zawracać innym głowy by ją bardziej ukarać. Karmienie nie-więźnia leżało w obowiązku pełniącego wartę. Mogła też teoretycznie pozwolić mu jeść samemu, ale nie chciała zwracać mu wolności kiedy stróżowały przy nim mniej niż dwie osoby. Zwłaszcza jeżeli jedną z nich była Sally. Może i miała refleks niczego sobie, ale wystarczyła chwila by Lis zrobił jej krzywdę. A czemu miałby tego nie robić? Póki co był dla nich zagadką, a jego działań nie dało się do końca przewidzieć. Wolała przy nim siedzieć sama kiedy miał wolne ręce.
        Oddaliła się, z pewnym żalem zostawiając lisołakom Kicię i mruknęła coś na odchodnym. Do niej czy do nich… tego nie mogli być pewni. Zresztą Sally nie zwracała już na to uwagi, rozanielona wizją karmienia Ładnego Ni. Uch! Pana Ładnego Ni. Jeszcze nie mówili sobie po imieniu!
        Ale kolejny raz napad romantycznych wizji przerwał jej sam zainteresowany (a raczej ten, którym była zainteresowana) i z własnej woli zadał jej pytanie. Pytanie! W dodatku tym swoim zaczepiście-aksamitno-zdysnatsowanym-seksi-głosem. Ooochh, dostawała dreszczy!
        Co nie zmieniało tego jak uważnie słuchała. A wręcz zapisywała w myślach każde jego słowo, w dzienniczku z różową okładką, kaligrafując z całym pożądaniem i każdą kropkę zastępując serduszkiem. Tak słuchała! Kto inny potrafił to robić w ten sposób? No kto? Ale przestała w końcu chwalić samą siebie, bo też doszła do wniosku, że… chyba jednak byli sobie z Ładnym Ni po imieniu. Iiiiiiii! Cała promieniała, ale w tej ekstazie zdarzyło jej się zarumienić na wspomnienie rozmowy z Natanem. Musiał jej przypominać, że słyszał!?

        - Ha ha, cieszę się że pytasz! - Opanowała się jednak i uśmiechnęła promiennie. - To mi w zasadzie pochlebia! Ale nie, nie byłam nigdy szlachcianką ani arystokratką w klasycznym tego słowa znaczeniu. Wychowywali mnie magowie, którzy mnie stworzyli. A oni byli mądrzy i doprawdy znali się na etykiecie! I nauce… naprawdę na wielu rzeczach. Mieli bogatych i wpływowych znajomych. Tak, bardzo wielu gości o wysokim statusie w innych krainach ich odwiedzało. Pokazywali im mnie, więc musiałam nie razić tych "ludzi" swoim zachowaniem. Być może… być może nie oczekiwano po mnie tego co po dzieciach arystokratycznych rodzin, ale niewątpliwie ze wszystkich znanych im lisołaków byłam najszlachetniesza! - Wyprostowała się w siadzie, wyraźnie dumna.
        - Poznałam wiele obyczajów i byłam dobrze traktowana… aż dziwne pomyśleć, że siostrzyczka Dean i Jea wychowywały się w tym samym miejscu. Jeszcze chwila a zostałabym z magami do końca… - Pokręciła głową. - Fuj! Teraz jestem na nich bardzo zła, ale nadal cieszę się z tego jak mnie wychowali. Znam dobrze wspólny i nie obca jest mi podstawa etykiety, różne kultury… to się przydaje! Chociaż przeważnie szlajamy się po jakiś gąszczach i stacjonujemy w lesie. Jak widzisz. - Wskazała teren dookoła z dobitną miną znudzonej księżniczki. Ale więcej nie narzekała.
        - Dlatego tym milej spotkać kogoś kto pochodzi z cywilizowanego środowiska! No i swobodnie mogę rozmawiać z tobą we wspólnym, nie wszyscy tu posługują się nim sprawnie. A ja bardzo lubię ten język! - A może zwyczajnie lubiła umieć coś, co nie każdy inny w grupie potrafił. - A ty? Ty zajmujesz jakąś wysoką pozycję? Byłeś uczony etykiety? Bo wydaje mi się, że musieli się do ciebie przyłożyć. Jesteś w końcu albinosem, prawda? Musiało im zależeć, żebyś był wyjątkowy! No i… jesteś - dodała, nieśmiało spuszczając wzrok na swoje buciki. Uśmiechała się przy tym leciutko i w zasadzie jawnie pokazywała, że siedzenie tutaj, z nim, jest jej bardzo miłe. Nadal jednak nadstawiała uszka, na wypadek gdyby zamierzał wykonać jakiś ruch.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Próbował, ale niestety – na pewno ku uciesze Sally – nie udało mu się przekonać Dean do tego, żeby pozwoliła mu jeść własnymi dłońmi. Trudno, nie zamierzał dalej drążyć tematu, bo przeczucie podpowiadało mu, że nawet jak ponowi pytanie, to i tak rezultat będzie identyczny. Ten sam wewnętrzny głos podszeptywał mu też, że rudowłosa zmiennokształtna jest typem osoby, który, gdy już coś sobie postanowi, to nieprędko zmieni zdanie na dany temat. Zostało mu tylko zaakceptowanie tego faktu i pogodzenie się z tym, że przez całe śniadanie będzie czuł się jak jakiś kaleka, który nawet nie może samodzielnie zjeść, mimo że gdzieś w środku będzie miał też świadomość tego, że przecież wszystkie jego kończyny są sprawne, a on jest więźniem, a nie kaleką. P
óźniej Dean opuściła ich, chociaż jej kot został w pobliżu. W końcu sam Ni postanowił rozpocząć rozmowę z Sally, próbując zdobyć o niej jakieś informacje, chociaż sama lisołaczka na pewno widziała to w całkowicie innym świetle i może nawet nie była świadoma tego, jakie zamiary ma tak naprawdę jej rozmówca. Oczywiście, dziewczyna zaczęła odpowiadać na jego pytania, a on słuchał jej odpowiedzi, rozbijając zdania, które wypowiedziała. Dzielił je na te, które powinien zapamiętać, bo znajdują się tam jakieś informacje, których później będzie mógł użyć i na te, które niekoniecznie je zawierają. Chyba jedną z ważniejszych informacji było to, że Dean i Jean zostały stworzone przez tych samych magów co Sally. To oznaczało, że ci zmiennokształtni nie są przypadkową zbieraniną, a znają się – przynajmniej niektórzy z nich się znają, co mogło oznaczać, że od swoich „ojców” uciekły w grupie, a nie osobno. Dlaczego pomyślał, że uciekły? Cóż, według niego nie wyglądały na kogoś, kto może został wypuszczony przez magów, żeby wypełnić dla nich jakąś misję. Zadania takie przeważnie przecież nie były na tyle długie, żeby zmiennokształtni musieli rozbijać obozowisko, przynajmniej tak mu się wydawało, bo w końcu ich stworzyciele raczej nie chcieliby też wypuścić ich na wolność. Wiedział, że coś takiego mogłoby się dziać, jednak jednocześnie wydawało mu się, że takie przypadki są naprawdę rzadkie, zwłaszcza, jeżeli lisołak powstał dokładnie taki, jaki miał być i jak wyobrażał go sobie mag, który odpowiadał za jego stworzenie. Zresztą, to, co powiedziała Sally o tym, że „przeważnie szlajają się po jakichś gąszczach i stacjonują w lesie” jeszcze bardziej utwierdziło go w tym, że są oni uciekinierami i próbują żyć na wolności, najpewniej z dala od magów, którzy ich stworzyli.
         – Ja? Nie, raczej nie. Nie wydaje mi się, żebym był kimś ważnym. Wiem, że jestem dość ważnym dziełem mojego stwórcy, bo wszystko we mnie wyszło mu takie, jakie chciał, żeby było. Ale wiem też, że nie będzie miał też problemu ze stworzeniem drugiego takiego, jak ja w razie… gdybym zaginął albo zginął – odezwał się. Ta króciutka chwila zawahania raczej nie wynikała z tego, że może bał się swojej śmierci albo tego, że kiedyś może zostać zastąpiony, a raczej z tego, że może… szukał odpowiednich słów, żeby to powiedzieć. Nawet jeśli tak, to chyba ostatecznie i tak zdecydował się na bycie bezpośrednim.
         – Nie znam się na etykiecie. Zostałem stworzony do celów, przy realizacji których niekoniecznie potrzebna mi wiedza na ten temat – odpowiedział. To, że mógł czasem sprawiać wrażenie osoby, która ją zna, mogło wynikać po prostu z tego, że czasami jakoś po prostu wie, jak powinien się zachować, co powinien zrobić, a czego niekoniecznie, a także co powinien mówić, a co zatrzymać dla siebie. Zresztą, to i tak drugie zdanie powinno być tym, które mogłoby budzić podejrzenia – w końcu Ni w pełni świadomie powiedział o sobie, jak o jakimś narzędziu i najwidoczniej nawet nie przeszkadzało mu to, że tak o sobie mówi.
         – I przyłożyli się… Mojemu ojcu zależało na tym, żebym wyglądał w pełni tak, jak sobie mnie wyobrażał i żebym miał takie cechy, jakie chciał, żebym miał – powiedział na koniec. Ciągle zdarzało mu się uważać na słowa i chyba będzie tak do końca, bo przecież nie chciał ujawniać komuś z tej grupy tych informacji, o których nie chciał, żeby wiedzieli. Zauważał też te sygnały Sally i jej zachowanie – co zresztą dziewczyna mogła zobaczyć, że widzi – ale, tak naprawdę, nie był nią zainteresowany w sposób, w który na pewno ona była zainteresowana nim. Tak naprawdę, jeżeli nie myliła go pamięć, to… cóż, nigdy nie był zainteresowany kobietą w ten sposób. Zawsze przedkładał inne rzeczy – głównie swoje zadania i służbę Ojcu – nad takie sprawy, a także nad ogólne sprawy związkowe i romansowe, przez co nawet nie zastanawiał się nad tym, jakie kobiety byłyby w jego guście i podobałyby mu się, a także, czy znalazłby taką, która by go zaakceptowała… I teraz też nie miał zamiaru nad tym siedzieć i myśleć, miał inne i ważniejsze sprawy na głowie.

W międzyczasie obozowisko zaczynało budzić się ze snu. Ktoś przyniósł śniadanie, ktoś inny zajął się przygotowaniem go, a jeszcze ktoś inny w tym czasie rozpalił ognisko i przygotował je, żeby można było nad nim piec ryby, o których wcześniej wspomniała im Dean. Nie było trzeba długo czekać, żeby w powietrzu zaczął unosić się zapach pieczonej ryby, a także mieszanki ziół, którymi ta mogła zostać posypana, aby bardziej polepszyć doznania smakowe. Zapach ten mógł też obudzić niektórych obozowiczów, bo Ni zdążył zauważyć, że na terenie polany zaczęło być, jakby tłoczniej, a także pojawiły się nowe, ale równocześnie znajome sylwetki.
Sam białowłosy lisołak nie odzywał się, chociaż obserwował zarówno swoją strażniczkę, jak i osoby, którym zdarzało się przechodzić gdzieś w pobliżu miejsca, w którym siedział. Czując, może, pewność siebie, a także to, że Sally odpowiedziałaby na niektóre pytania, na której raczej nie uzyskałby odpowiedzi od innych, chciał otwarcie zapytać ją o to, gdzie trzymają jego rzeczy… Ale po chwili pomyślał, że to mogłoby być tak ważne – to, żeby nie mówić mu, gdzie może znaleźć swoją broń – że nawet ona nie powiedziałaby mu tego.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Gdy jej odpowiadał, zwracała ku niemu wypełnione ciekawością oczy, błyszczące tak, jak błyszczą tylko oczy zauroczonej dziewczyny. Szerokimi źrenicami patrzyła to tu to tam - na jego włosy, usta, nos… a kiedy spotykały się ich spojrzenia, płoniła się lekko i uśmiechała, łącząc w sobie postawę nieśmiałej panienki i pewnej siebie łobuziary. I strażnika, bo choć chciałaby, by Ni skrępowany był z innego powodu, to jednak wciąż był więźniem… poniekąd. No i nadal widział ich jako wrogów, mógł więc nadal zaatakować. Zwłaszcza ją, bo przecież wyglądała tak krucho i niewinnie… och, gdyby nie był związany może byłby gotów to wykorzystać! Złapać ją za nadgarstki, szarpnąć i wywrócić na ziemię. Przygnieść ciężarem własnego ciała… pochylić się… poruszyć… a potem…
        Zwiałby.
        Na pewno by zwiał.
        Nie można do tego dopuścić!

        Szczęściem w tym jednym punkcie zgadzały się z siostrzyczką - żadna z nich nie zamierzała dać lisowi uciec. A jeżeli już Dean się uparła to znaczyło, że on tu najpewniej zostanie. Choćby miał nosić kamienne bransolety przez następne lata i stale być pod czyimś czujnym (już zgłaszała się na ochotnika) nadzorem. Wiiii!
        Toż to prawie jak bycie parą!

        Rozochocona i z wypiekami, potrafiła się jednak skupić na jego odpowiedziach. Chciałaby też przy okazji móc rozkoszować się zmianami w tonie jego głosu i przyporządkować je do poruszanych tematów, ale… no, tego to odrobinkę jej poskąpił. Ale może nawet podobał jej się jego bezduszny, przedmiotowy ton, przyjemny dla ucha choć wyprany z jakichkolwiek oznak czułości. O-oczywiście zmieniłoby się to gdyby już byli w związku, przecież nie latałaby za socjopatą bez serca i litości!, ale… ale na razie pozwalała sobie na upajanie się wyzywającym dystansem jaki ich dzielił i tajemnicami, którymi Ładny Ni zasłaniał się przed gorącym dotykiem jej dociekliwości.
        - Och! Ależ na pewno by miał problem! - wykrzyknęła, kiedy wspomniał o tym jak stwórca łatwo mógłby go ewentualnie zastąpić. - Oczywiście wierzę, że jest bardzo utalentowany, ale nawet jeżeli jest się niezwykle mądrym i niezwykle silnym magiem to stworzenie lisołaka to naprawdę coś! Dlatego podziwiam, że wyszedłeś mu tak jak sobie tego życzył, bo to nie łatwe, ale na pewno nie umiałby stworzyć kolejnego takiego. No… bez wielu nieudanych prób po drodze. Wiem o czym mówię. - Pokiwała głową niczym mentorka takich magów, a nie stworzona przez nich lisiczka. - Zresztą wiele cech i tak wychodzi przypadkowo. To, że masz akurat te jakie twój Pan chciał to jedno, ale że niektórych na pewno nie zaplanował to zupełnie co innego. Jesteśmy tworzeni przeważnie do zadań, z tego co słyszę ty i ja byliśmy, więc kiedy możemy je wykonywać detale nie mają znaczenia. Następny mógłby mu wyjść lepszy lub gorszy od ciebie. Znaczy - zająknęła się. - Dla mnie oczywiście nie byliby tacy ciekawi (zapewne), ale jeżeli jesteś skrytobójcą (a wiele na to wskazuje) to tak, zastąpić ciebie do zadania nie byłoby trudno. Tylko wtedy już nie był byś to ty. - Wzruszyła ramionami na tę oczywistość, po czym zmieniła pozycję na w jej mniemaniu nieco bardziej zalotną i znowu zamieniła się w słuch. A z takimi wielkimi uszyskami nie mogło to być problemem nawet dla takiej gaduły.
        - Hmm, więc udawanie wychodzi ci nieźle. Byłam pewna, że się znasz! - skomentowała radośnie gdy skończył, choć nieco zawiodła się, że nie patrzył przy tej okazji na jej nogi. Po co niby tak się wyginała, jeżeli nie zwracał uwagi na jej zgrabne… wszystko! Musiała więc skupić się na ataku słownym i rozmową przykuć do siebie jego uwagę.
        - Mówisz, że aż tyle cech zaplanował? Nie. - Pokręciła głową w zdecydowanym proteście. - Na pewno nie wszystkie. Być może chciał byś był ład… choć to trudno zaplanować. Ale chciał byś był albinosem! - Wycelowała w niego palcem zwycięsko, choć zdaje się wcale nie wygrywała. - Ale lista oczekiwań na pewno nie była tak długa! Rozumiesz: wzrost, głos, stopień posłuszeństwa… - nagle zreflektowała się. - Rysy twarzy! Wyglądasz niezwykle i może tak chciał, ale na pewno nie sądził, że no… będziesz dokładnie taki. To niemożliwe jeżeli… bierze się w końcu dzieci. Można patrzeć jak wyglądają ich rodzice, ale jeżeli wyglądu nie ukształtuje się taką magią życia chociażby, to będzie domyślny, z tylko kilkoma pewnymi cechami. Umysł jeszcze bardziej. Wiesz, czasem mam wrażenie, że magowie głównie na tym powinni się skupić. Chociaż posłuszeństwo można wymusić później albo go nauczyć, a talent magiczny albo rodzaj lisa z jakiego się powstało są już nie do zmienienia, to jednak posłuszeństwo i oddanie są w naszym przypadku chyba decydujące, nie sądzisz? Ale co będę mówić, na pewno wiesz! - Machnęła ręką i uśmiechnęła się, przybierając dla odmiany pozę, w której nic jej nie drętwiało. Przy tym wszystkim Ni mógł zobaczyć, że jest nie tylko żywo nim zainteresowana, ale i ani razu nie patrzyła na niego z troską lub współczuciem, nawet gdy mówił o sobie jak o narzędziu. W zasadzie podchwytywała ten ton i wszystko wskazywało na to, że czuła się z nim swobodnie. A może nie zwracała uwagi. W końcu on tu był. I siedział tak blisko!

        Ale najlepsze dopiero czekało. Kiedy Howl przyniosła im rybki (Jea nie dała rady, bo wszamała większość nim dotarła do celu), Sally zrozumiała jak uprzywilejowano ją decyzją o porannej, a nie nocnej warcie. Śniadanie! Tak Ładny Chłopiec będzie jej z rąk jadł!
        No, może z widelca.
        Zaaferowana zaczęła wiercić się przy półmisku i talerzyku, oglądając zdobycze, zastawę i dostępny arsenał sztućców (cały jeden widelczyk, tak!). Zaraz też fuknęła cichutko, bo nie miała przy sobie serwetki. Czyli ściereczki. Czyli w zasadzie szmatki. Tej ładnej, w piknikową kratkę! Och, przecież nie może tak bez niej… ale znowu, była uziemiona. Rozejrzała się czy może w pobliżu nie ma nikogo niejedzącego, ale wszyscy byli albo zajęci śniadaniem właśnie, albo ich nie było.
        A jak ona ma karmić gościa o takiej klasie bez piknikowej ścierki!?
        Jęknęła cichutko rozumiejąc, że przegrała tę rundę z własnym roztrzepaniem i zaczęła z pewnym żalem oddzielać kawałki mięsa od szkielecików. Szło w miarę łatwo, choć roboty musiało być trochę, bo i rybki niewielkie. Ale mimo tego każdy następny kawałek oglądała z równą nieufnością, pod światło sprawdzała czy nie ma ości, a jeszcze i porcje robiła niewielkie. Dopiero wtedy odważała się podawać je Ni i ostrożnie, przechylona w jego stronę wkładała mu widelec do ust. W sumie można by się bać, bo mimo nadmiaru uwagi jaką poświęcała zajęciu wyglądała także na mocno rozkojarzoną - jak przy gorączce; a ta chyba jej dokuczała, choć nie była natury chorobowej.
        - Smaczne? - dopytywała. - Powinny być! Są świeżuteńkie! W żadnej tawernie nie znajdziesz tak dobrych! To akurat zaleta biwaków. Tylko pogryź dobrze! Och, wybacz że tak, wiem, że umiesz jeść, ale w razie czego… och, nie chcę by było na mnie! Oczywiście to ostatecznie wszystko wina siostrzyczki Dean, bo ona cię związała, ale widzisz, to ze mną nikt się już nie umówi jeżeli dowiedzą się, że udławiłam Pięknego Chłopca na pierwszej randce. Znaczy śniadaniu! Śniadaniu! Ale to by było okropne! - Zakrzątnęła się i na chwilę przestała go karmić, by samej skubnąć odrobinkę białawego mięska. Była przy tym mocno skupiona na własnych myślach, bo nie zauważyła chyba, że używa tego samego widelca, który wcześniej dotykał ust lisołaka. Och, gdyby tylko wiedziała!

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Co prawda Sally zdarzało się na niego patrzeć dość… dziwnie – przynajmniej on nie był w stanie znaleźć innego słowa, żeby to opisać – ale nie czuł z tego powodu jakiegoś skrępowania lub czegoś innego, co może mógłby czuć w takiej sytuacji. W każdym razie wiedział też, że dziewczyna słucha go i na pewno zapamiętuje te wszystkie słowa, które wypowiedział w jej stronę. A on… cóż, ciągle uważał, że może uda mu się w jakiś sposób wykorzystać sytuację, w jakiej się znalazł, a konkretniej to, jak patrzy na niego Sally i co o nim myśli. Z drugiej strony może dziewczyna, mimo wszystko, miała też na uwadze to, że on nadal uważa ich za swoich przeciwników, a siebie za ich więźnia, więc najpewniej będzie chciał uciec, jeżeli wyczuje ku temu odpowiednią okazję.
W końcu też postanowiła się odezwać, nawiązując do rzeczy, o których on mówił przed chwilą. Oczywiście, miała inne zdanie na ten temat, ]więc nic dziwnego, że od razu się z nią nie zgodził – co prawda nie miał zamiaru zmieniać jej zdania, ale swojego także, bo wiedział, że było to praktyczne podejście i takie, dzięki któremu nie musiał tracić czasu na przejmowanie się tym, że kiedyś zginie i ktoś go zastąpi. Co więcej Ni był bardzo świadom tego, że coś takiego może się kiedyś stać i na pewno nie będzie miał Ojcu za złe, że postanowi zastąpić go nowym lisołakiem, który będzie miał podobny zestaw umiejętności do jego.
         – Może nie zaplanował sobie tego jaki mam charakter, chociaż myślę, że jest raczej zadowolony z tego, jaki jestem… To na pewno zależało mu na tym, żebym wyglądał tak, jak wyglądam i żebym miał odpowiednie cechy, które ułatwią mi naukę tego, czego miałem się uczyć – odparł po chwili. Wiedział w końcu, że cechy jego charakteru są przydatne w życiu, które przygotował dla niego Ojciec i w tym, co sam robi w związku z takim życiem i oczywiście z tym, czym się przez to zajmuje. Nie potwierdził też tego, że jest skrytobójcą, jednak wydawało mu się, że po jego stroju i narzędziach dość łatwo można by było się tego domyślić, a sama Sally prawdopodobnie też mogła być tego świadoma. Widział też, jak zmienia ona pozycję, w której siedziała przed nim, ale uznał, że może jest ona wygodniejsza dla niej od tej, w której siedziała wcześniej, więc nie poświęcił temu uwagi i wrócił do ich rozmowy.
         – Mówił, że długo zajęło mu znalezienie białego lisa, który dodatkowo był też albinosem – powiedział tylko. Nie miał zamiaru mówić o szczegółach z tym związanych i to nie ze względu na to, że ich nie znał, a dlatego, że ciągle panował nad tym, ile informacji chce im zdradzić, a co woli zachować dla siebie. Wiedział przecież, że szukanie takiego „okazu” zajęło jego Ojcu (a raczej opłacanym przez niego łowcom) jakieś dwa lata, w trakcie których szukał też odpowiedniego niemowlęcia. Chociaż z tym drugim było trochę łatwiej, bo głównie chodziło mu o to, żeby pochodziło ono z rodziny, w której mężczyźni są sprawni fizycznie, dlatego też to zostawił sobie na koniec i załatwił to dość szybko, także angażując w to duże ilości ruenów.
         – Myślę, że jednak mój wygląd też w sporej mierze jest jego dziełem – dopowiedział, znów dość ogólnie. Owszem, zawsze mogło być tak, że jego ludzka część mogłaby wyglądać właśnie tak, przynajmniej jeżeli chodzi o wzrost, rysy twarzy i tak dalej, ale jednak przeczucie dość głośno podpowiadało mu, że Stwórca posłużył się magią, żeby nadać jego wyglądowi te cechy fizyczne, które chciał, żeby miał Ni.
         – Nad moim umysłem też pracował – dodał jeszcze, również krótko, nawet nie próbując wdawać się w szczegóły. Doskonale wiedział, co ukrywało się pod „pracą nad jego umysłem”, w końcu przeżył to na własnej skórze i dzięki temu stał się taki, jaki jest, ale… nie przeszkadzało mu to. Naprawdę. Zestaw cech, które składają się na jego charakter, był odpowiedni dla kogoś, kim jest teraz i nie miał za złe Ojcu tego, jak wyglądało jego dzieciństwo. Już nie.
Zauważył też, że Sally ponownie zmieniła pozę, w której siedziała – może nie mogła znaleźć sobie odpowiednio wygodnej, a może czuła się trochę nieswojo przez to, o czym rozmawiali… nie wiedział. Wiedział natomiast, że on od samego początku siedział właściwie w jednym miejscu i jednej pozie, jedynie oczami wodząc za dziewczyną, gdy ta nagle zaczęła się ruszać albo patrzył też na nią, gdy coś do niego mówiła. Ciągle rejestrował informacje i to nie tylko o jego rozmówczyni i jej słowach, lecz także o tym, co działo się wokół nich.

Dlatego też najpierw wyczuł smażące się ryby, a później też zauważył, jak Howl – bo chyba właśnie tak miała na imię zmiennokształtna, która zawsze otwarcie pokazywała mu, że go bardzo nie lubi – przyniosła Sally śniadanie, wszystko to wręczając lisołaczce razem z porcją, która była przeznaczona dla niego. Zauważył też, że w „zestawie” znajduje się widelec – dobrze, że pamiętali wczorajszą kolację i nie zapomnieli o tym, że woli jeść przy pomocy sztućców niż swoich palców. Niedługo po tym – gdy Sally wydłubała wszystkie ości z kawałka rybiego mięsa i skończyła przyglądać mu się pod każdym możliwym kątem – Ni mógł w końcu zjeść pierwszy kęs śniadania. Jeżeli będzie to tak wyglądać przy każdym kawałku, to wyglądało na to, że przed nim bardzo długi posiłek. Jemu mogło to przeszkadzać, jednak przeczuwał, że Sally nie miała nic przeciwko.
         – Mhm, smaczne – odpowiedział krótko, gdy smak dobrze usmażonego, rybiego mięsa z ziołowymi nutami rozlał się po jego podniebieniu. Ni nie żartował i nie kłamał, to jedzenie naprawdę było dobre, nawet bardzo. Wyglądało na to, że niektórzy w tej grupie mają talent kulinarny i wiedzą, jak go wykorzystać.
         – Nie dość, że wspólnie jemy śniadanie, to korzystamy też z tego samego widelca – zauważył, chociaż nie w sposób, którym dałby jej znać, że mu to przeszkadzało. Cóż, właśnie tak było, ale chciał też zobaczyć, jak ta konkretna dziewczyna zareaguje na to, że ma w ustach ten sam sztuciec, który on przed chwilą także miał w ustach.
         – I… Mógłbym dostać coś do picia? - zapytał, właściwie dopiero teraz przypominając sobie, że od wczorajszego wieczora nie miał w ustach płynu innego niż własna ślina, a widział też, że w „zestawie śniadaniowym” znajdują się także dwa, drewniane kubki, w których prawdopodobnie znajduje się jakiś ziołowy napar lub zwyczajna zimna woda.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        - Och, to wspaniale! - Sally szczerze cieszyła się, że tutejsze posiłki pasują Ładnemu Ni. W końcu będzie musiał je długo znosić, a choć nie wyglądał na wielkiego obżartucha zawsze mogły być też jednym z powodów, dla którego będzie mu się chciało uciekać trochę mniej. Może nie był jak Natan i dla wygód (jakich wygód?) nie zmieniał swoich planów, ale niewątpliwie lepiej było karmić go dobrze niż źle. A przed ucieczką powstrzymają go więzy.
        Zaraz jednak lisiczka straciła kontrolę nad sytuacją - gdy tylko Ni wspomniał o tym jak bardzo niechcący się z nim spoufaliła. Wyjęła widelec z ust i spojrzała na niego, jakby nie wiedziała czym jest. Zaraz pisnęła krótko i puściła go, sparzona w wyobraźni swoją własną gafą i jednocześnie wstydem z doznanej rozkoszy. Jej i Ni wspólny widelec poszybował, błysnął w powietrzu, Sally ze trzy razy chwytała go, aż w końcu zamiast jedynie podrzucać, padła na ziemię i chwyciła go w garść. Popisowo!
        Leżała tak chwilę na płasko, ze sztućcem w wyciągniętych rękach, a jej puchata kita opadła w wyrazie ulgi, że nie pozwoliła mu spaść na ziemię. Porządny wartownik nie powinien się tak zachowywać, ale w tym momencie inne czujne spojrzenia skierowane zostały w ich stronę - Ni był otoczony, Sally więc mogła pozwolić sobie na odrobinę swobody. Nie znaczyło to jednak, że Howl nie wywróciła oczami na cały ten popis, a ktoś westchnął zmęczony. Jea z kolei pewna była, że będzie teraz musiała prać jej ciuchy.
        Hmm, to może dobrudzi i swoje?

        Ogólnie nastrój zrobił się raczej lekki, co kontrastowało z poranną pobudką. Ktoś tam kończył posiłek, ktoś zabierał się do sprzątania, słychać było urywki krótkich rozmów i przekazywanych próśb i poleceń. Obóz działał sprawnie, choć nieco leniwie, bez wykrzykiwanych komend czy napięcia, że zaraz się od kogoś oberwie. Jednakże od zwykłego biwaku też znacznie się różnił - był zbyt dobrze zorganizowany, a zmiennokształtni byli jednak zbyt czujni, by wziąć ich za zwykłych podróżnych. Tylko Kicia miała wszystko w nosie i gdy Sally powoli podnosiła się z ziemi, zwinęła jedną z ryb, nadziewając ją w sumie przypadkiem na pazur. Nie mogła się tym najeść, ale zawsze to jakaś dodatkowa przekąska. Jeśli domowe kociaki mogły jeść muchy, ona mogła rybę.
        - Kicia, nie! - Sally jedną ręką trzymała widelec, drugą otrzepywała się, a trzecią próbowała powstrzymać Igryskę i jakoś ją zganić. - Nie wolno! Be! To nasze byłooo! - jęknęła, gdy złapała kocicę za ogon i dała się pociągnąć. - KICIA!
        - Oj, daj jej zjeść. Twoja wina, że nie uważasz. - Jea pojawiła się jakby znikąd i kucnęła przy nich, pałaszując sałatę. Lisiczka nawet nie pytała skąd ją ma. Za to niemal natychmiast się uspokoiła. Do czasu aż Ni znowu o coś nie poprosił.

        Jean przezornie nie wtrącała się i nawet nie próbowała zastąpić Sally przy jej obowiązkach - klapnęła sobie obok i jadła w spokoju, jakby dla samego towarzystwa. Fenkowata tymczasem przytaknęła, że oczywiście, już zaraz da się Ni napić i zapytała co woli - napar z szałwii czy może rumianek. Potem zaś wzięła to czego sobie lisołak zażyczył i… próbowała dojść do tego jak mu to podać, by dla odmiany go nie zakrztusić ani nic na niego (ojej!) nie wylać. Z drugiej strony ten Ładny Ni w mokrej koszuli… och, pokusa była naprawdę silna.
        - Tylko go nie poparz - upomniała Jea monotonnie. - Tiffy jest zajęty. .Nie będzie miał czasu go opatrywać.
        - No przecież wiem co robię! - prychnęła wielkoucha. Ale nie wiedziała. Kilka razy przystawiała się z kubeczkiem pod twarz albinosa, ale zaraz odsuwała się i zmieniała pozycję. Nie była zbyt doświadczona w tych sprawach… jak napoić kogoś związanego tak by go nie dobić?
        - Daj to. - Jea znała sposób. Zerknęła na skrępowane ręce lisa, przejęła kubek od Sally i włożyła mu w jedną z dłoni. Widelcem jeść może nie mógł, ale tak na oko nawet przy ograniczonej ruchliwości nadgarstka był w stanie złapać niewielkie naczynie i zwyczajnie się napić. Problem z głowy.
        - Smacznego.
        - JEA!!!

        Fortunno-niefortunne śniadanie zbliżało się do końca - lecz warta Sally miała trwać nadal. Była więc zwolniona z innych obowiązków, tak jak Jean, która zwolniła się sama - sałatę ktoś musiał wszak dojeść. Naczynia od nich przejęto, Kicia położyła się za ich placami i tak Ni został otoczony niemalże wianuszkiem dziewcząt, ale już bez rybek pod nosem. W ich małym najedzonym gronie było niemalże sielsko, choć dookoła zaczął panować wzmożony ruch - Dean tłumaczyła coś przy ogniskach w języku, którego Ni nie rozumiał, ale wyglądała na dość zaaferowaną i mocno skupioną na tym co miała do przekazania. Tiffy, jeleniołak, niczym oaza spokoju kiwał tylko głową, przy okazji wyjmując ziołowe wiechcie z garnca, Abel i Howl czasem coś wtrącały, a biały wilkołak Blue i czarna pantera śledzili każdy ruch lisołaczki jakby to zdradzić mogło im więcej niż słowa. Ta ich narada trwała dosyć długo, za to towarzyszące Ni panny nie wyglądały ani na przejęte, ani zbyt nią zainteresowane - ale kto by się dziwił, siedziały w końcu obok najładniejszego lisa w hrabstwie. Tylko sałata mogła z nim wygrać u Jean, ale w końcu skończyła się i kotołaczka oparła się o Kicię, przy okazji zajmując sobie miejsce przy prawym boku więźnia. Sally wtedy jak na komendę rozłożyła się przy jego lewym i tak oto wspólnie miały widok na męskie (chociaż zakryte) plecy.
        - A wiesz, że on jest białym lisem? - zagadała Sally konspiracyjnie. - Mówił, że białym lisem i albinosem. Biały lis to znaczy taki śnieżny, prawda?
        - Yhym.
        - Niesamowite! Yey! Chciałabym zobaczyć go kiedyś w zwierzęcej formie! Myślisz, że uda mi się go namówić?
        - Nie w tym języku.
        - Myślisz, że ma czerwone oczy?
        - Może…
        - Powinien mieć! Ale to musi uroczo wyglądać!
Och! - Wierciła się coraz bardziej, aż Kicia w końcu prychnęła ostrzegawczo. Ileż można wbijać jej się w łopatkę?

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Nie widział sensu w kłamaniu na temat czegoś tak błahego jak to, czy posiłku smakują mu, czy może niekoniecznie. Zresztą, gdyby uważał go za niesmaczny, to raczej próbowałby unikać jedzenia albo mógłby robić to na siłę, byle tylko dostarczyć ciału potrzebnej mu energii. A tak to nie dość, że robi właśnie to, to jeszcze jedzeniem, które mu po prostu smakuje.
Uważnie przyglądał się Sally, gdy tylko wspomniał jej, że pożywia się tym samym widelcem, którym przed chwilą karmiła jego. W ogóle mu to nie przeszkadzało i może nawet nic nie mówiłby na ten temat, gdyby nie chciał zobaczyć tego, jak dziewczyna zareaguje na taką wiadomość. Nic nie mówił, nie ruszał się nawet – jedynie wodził oczami za zmiennokształtną, śledząc jej każdy ruch w czasie całej tej sytuacji. Poczuł też inne spojrzenia skierowane w ich stronę, co prawda niektórzy zerkali na niego, jednak to Sally głównie przyciągała wzrok. Ona i ten jej „występ”, który miał miejsce wcześniej. Na szczęście wszystko to szybko uspokoiło się, a pozostali wrócili do swoich zajęć, chociaż chyba i tak dopiero po tym, jak zjedli swoją porcję śniadania. Widać było, że długo ze sobą podróżują i niejednokrotnie obozowali już w tej samej grupie, jedynie pewnie okolica obozowiska była inna. Wszystko tu działało sprawnie i częściej było słychać zwykłe rozmowy, a nie wydawane polecenia – widocznie każdy wiedział, jakie ma zadanie do wykonania i nikt nie musiał o tym przypominać takiej osobie, a także nie musiał jej do tego zaganiać. Niby obserwował obóz, jednak jego czujnemu wzrokowi nie umknęło to, że igryska zwinęła jedną rybę z talerza i teraz raczyła się taką przekąską. Pojawiła się też Jean, która chyba zawsze miała ze sobą coś do jedzenia, co albo jadła w danej chwili, albo planowała właśnie zjeść. To było trochę dziwne, bo dziewczyna ta mogła wyglądać przez to na osobę, która zawsze jest głodna. A to naprawdę było dziwne, przynajmniej według niego – dziwne i niewygodne, bo przecież z czymś takim musiałoby też wiązać się to, że taka osoba ciągle odczuwałaby głód.

Obdarzył Jean krótkim spojrzeniem, gdy ta postanowiła usiąść sobie obok. W nim, tak jak w jego głosie zresztą, nie było żadnych emocji, więc ciężko było stwierdzić, czy jej obecność przeszkadza mu, jest mu obojętna, czy może nie ma nic przeciwko, żeby tu siedziała i może myśli, że nawet lepiej, że się tu pojawiła. Tak, ciężko było czytać emocje kogoś, kto stara się ich nie okazywać i wychodzi mu to zaskakująco dobrze. Zostawało jedynie domyślanie się tego, jakie uczucie lub uczucia może w sobie dusić, odgradzając je od wydostania się na zewnątrz.
         – Napar z rumianku – odpowiedział dziewczynie. Wydawało mu się to lepszym wyborem niż ten z szałwii, który kojarzył mu się z bardziej leczniczym działaniem. Nie był chory lub ranny, więc nie musiał pić czegoś takiego. Poza tym… rumianek, a raczej napar z tej rośliny, łatwiej przechodził mu przez gardło i smakował lepiej.
         – Niekoniecznie to widać… - odparł, gdy Sally powiedziała, że niby wie, co robi. Zresztą, nie musiała przecież próbować napoić go własnoręcznie, chociaż może z drugiej strony bardzo chciała to zrobić. Wystarczyłoby, że włożyłaby drewniany kubek w jego dłonie i powinno mu się udać napić samemu. Jeść może nie mógł, musiałby mieć wolne nadgarstki, żeby móc swobodnie nimi poruszać, co byłoby wymagane przy posługiwaniu się widelcem – ale mógł przecież podnieść ręce i przystawić dłonie z kubkiem do twarzy, żeby później się napić. Chciał o tym wspomnieć i namówić ją na to, żeby zrobili to właśnie w ten sposób, jednak wtrąciła się Jea i właściwie zrobiła to, o czym sam chciał powiedzieć.
Ni kiwnął tylko głową, bardzo oszczędnie zresztą, co można by było odczytać albo jako podziękowanie, albo jako zwyczajne poruszenie szyją, bo może coś go w niej zabolało albo coś. W każdym razie, chwilę później mógł napić się rumiankowego napoju, który niby nie był gorący, ale nie był też zimny – miał dobrą temperaturę do tego, żeby móc go swobodnie pić i jednocześnie nie narzekać na to, że jest zbyt zimny.

Śniadanie dobiegło końca, jednak nie miało to miejsca w przypadku obecności w jego pobliżu większej ilości stworzeń żywych niż osoba, która miała go pilnować. Jean postanowiła zostać i wyglądało na to, że igryska także. Właśnie przez to był niemalże otoczony członkami grupy, która postanowiła go porwać i uwięzić – co z tego, że były to wyłącznie kobiety. Sam obóz zaczął być jakby bardziej żywy, a przez to Ni zaczął zwracać uwagę na to, co dzieje się w jego większej okolicy niż ta najbliższa, która ograniczała się do osób siedzących obok niego… albo za nim. Widział stojącą przy ognisku Dean, która tłumaczyła coś w tym języku, którego używali, gdy chcieli przed nim ukryć informacje albo upewnić się, że nie zrozumie ich rozmowy. Gdyby znał ich mowę… może usłyszałby z tej rozmowy coś, co mogłoby mu się przydać. Cóż, nie było sensu słuchania tego, skoro i tak nic stamtąd nie wyciągnie, więc ponownie spojrzał na swoje otoczenie, licząc na to, że może liczba siedzących przy nim osób znowu zredukowała się wyłącznie do Sally. Niestety, nie stało się to – w dodatku zmieniły one swoje miejsca tak, że Kicia leżała za jego plecami, a Jean i Sally po jego bokach. Miał dziwne wrażenie, że leżą jakoś zbyt blisko niego i przez to zaczynał czuć się trochę osaczony. W dodatku zaczęły rozmawiać między sobą w języku, którego nie znał, ale nie był to też ten, którym wcześniej mówiła Dean. Tego niby nie znał, ale jednak kojarzył i niejednokrotnie słyszał, jak Ojciec rozmawia w nim albo z innymi czarodziejami, albo z jego starszym bratem. Domyślił się, że może być to język pradawnych.
         – Kiedy zamierzacie wyruszyć z tego miejsca? - zapytał w końcu, przerywając ciszę, w której pogrążał się już od jakiegoś czasu, konkretniej to chyba jakoś od momentu, w którym zabrali im talerze i śniadanie się skończyło.
         – I wydaje mi się, że nie musicie też siedzieć tak blisko mnie – dodał, gdy zauważył, że zarówno Jean, jak i z Sally niemalże stykają się z nim ramionami, a Kicia znajdowała się tak blisko niego, że gdyby przechylił się w tył, to plecami na pewno mógłby spocząć na jej boku i futrze, które go pokrywało.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Dziewczynom zrobiło się chyba nieco za dobrze - rozłożyły się na Kici jak na kanapie, w dodatku tak blisko Ni jakby był do nich nastawiony co najmniej przyjaźnie. I plotkowały. Może dla lisa lepiej, że zajęły się bardziej sobą niż nim - bo gdyby miały to jemu poświęcić więcej uwagi i osobistej przestrzeni niż to robiły obecnie, musiałyby mu chyba zacząć szeptać do ucha. Każda do jednego.
        Do tego dłonie położyć na udach.
        I oczywiście, że nie swoich.
        Biorąc pod uwagę takie możliwości lisołak czuć się powinien wyjątkowo wolny i nieobłapiany - wszak jeśli któraś go teraz pacnęła przy gestykulacji to tylko niechcący. Najpewniej. Przynajmniej Jean. Za Sally już dawno nikt nie odpowiadał.
        - Wiesz, ale jest całkiem wysoki, prawda? Przy takiej urodzie… dałabym głowę, że jest niższy!
        - Dawno nie widziałam go stojącego. -
Jea wzruszyła ramionami.
        - Chyba wyższy od siostrzyczki Dean!
        - No, ona nie jest aż tak wysoka…
        - Ale od niego nie była wiele niższa! -
zaznaczyła Sally stanowczo. - Ja to co innego. - Uśmiechnęła się błogo. - Ja mam dla niego idealny wzrost… kobieta powinna być jednak niższa. Mężczyźni to lubią.
        - Mówisz tak, bo jesteś kurduplem. Ja zam takich, co lubią wysokie.

        Sally wydęła policzki, ale zaraz się rozpromieniła. I tak wiedziała lepiej. Ma najlepszy wzrost dla Ładnego Ni z całej ich gromady!
        - Ciekawe jakiej jest budowy… wydawał się zgrabny… - zmieniła temat (znaczy wróciła do podziwiania lisołaka) i obie zerknęły na jego plecy. Ręce. Ramiona.
        - Chudzielec trochę.
        - A skąd!
Och, przepraszam! - Sally jęknęła, gdy niechcący z ekscytacji palnęła Kicię po żebrach. Na szczęście kotka została na miejscu, burcząc tylko cichutko. Jean z całym zrozumieniem pogłaskała ją po grzbiecie uspokajająco. Obie w końcu musiały fenkowatą znosić…
        Może Ni też przydałoby się tak pogłaskać?
        - Myślę, że jest idealny. Nie lubię zbyt, hmm, przerośniętych mężczyzn. Nic tylko mięśnie. W ogóle nie da się objąć, ni w jedną ni drugą stronę… w sumie kiedyś uważałam to za ekscytujące, ale po namyśle to chyba bałabym się zgniecenia…
        - To dlatego, że jesteś kurduplem.
        - No ej!
        - Nic nie mówię.         .Niektórzy to też lubią.
        - Nie obchodzą mnie niektórzy! On! Chcę wiedzieć czy jemu się podobam!
        - Już zapomniałaś o słodkim Yastre?
        - Nieee… ale już go tu nie ma. Choć był całkiem uroczy!
        - Jak na panterę.
        - Dokładnie!
        - Miło wiedzieć, że dalej jesteś rasistą. Bałabym się, gdybyś pozbyła się wszystkich uprzedzeń.
        - Hej! Po prostu uważam za naturalne, że koty wolą, no - koty, a dla mnie jest przeznaczony najpiękniejszy lis pod słoneczkiem.
        - No pewnie.
        - Nie nabijaj się! Po prostu… bylibyśmy parą idealną! Fenek i biały lis! Wyobrażasz to sobie!? Nasze dzieci byłyby wyjątkowe! Myślisz, że on sądzi tak samo?
        - O dzieciach? Lepiej go nawet nie pytaj.
        - Nie! O mnie! …O nas! Że świetnie do siebie pasujemy. Och, gdy tylko tylko spotkaliśmy się pierwszy raz…
        - …był ogłuszony, a ty zabrałaś mu rzeczy.
        - To ty go uderzyłaś. Z resztą! Wtedy zrozumiałam jaki jest przystojny. Nawet nie widząc jego oczu! Ma szczęście!
        - No pewnie.
        - Co powinnam zrobić by zwrócić jego uwagę? Wydaje się jakoś w ogóle niezainteresowany…
        - Co w tym dziwnego? W zasadzie go porwałyśmy. I jest związany.
        - Ach! No faktycznie…
        - Dajmy mu odpocząć. Zobaczyć nas wszystkie… tak to działa, nie? Poznaje się wszystkie opcje, a potem wybiera, z którą się flirtuje. A na końcu jest obrazek.
        - O czym ty mówisz?
        - Nie wiem. -
Rozłożyła ręce bezradnie. - Są chyba taki książki.
        Gadały sobie w najlepsze, aż milczący do tej pory lisołak postanowił zapytać o coś całkiem istotnego. Zamilkły powoli i spojrzały na niego z uśmiechem. Jednak to Jea zabrała głos.
        - Najlepiej zapytaj Dean.
        - Ej, ja mu powiem!
        - Nie możesz. - Ucięła kotka. - Prawda jest taka, że od szefowej zależy - zwróciła się do lisa wyjaśniająco. - Na pewno będziemy tu jeszcze kilka dni. Ale nie zostaniemy jakoś długo.         .Okazja do ucieczki?
        - Na pewno nie! Ryba ci smakowała, prawda? - spytała Sally z taką nadzieją, jakby to od smaku śniadania zależało czy Ni zmieni swoje dotychczasowe życie i postanowi pójść z nimi dalej. Jea zaś po małym żarciku nie ciągnęła tematu. Skomentowała za to stwierdzenie, że nie muszą siedzieć tak blisko niego.
        - Masz rację.         .Nie musimy.
        - Yhym. - Sally skinęła głową.
        I dalej siedziały.

        - W podręczniku początkującego strażnika piszą, by nie zbliżać się do więźnia, nawet skrępowanego i by zawsze siedzieć do niego przodem. Nie rozkosznymi bokami, moje panie.
        - Sam siedziałeś do niego bokiem. - Jea podniosła wzrok. - Jak jesteś zazdrosny to nie krępuj się. Siadaj.
        - A chyba skorzystam. - Natan uśmiechnął się i klapnął obok kotki na chwilę przerwy. Położyłby się też chętnie na Kici, ale niestety igryska nie była tak długa, by oprzeć się mogły na niej aż cztery osoby.
        - I jak tam poranek? Widzę, że dziewczyny nie dają ci spokoju - zagadał wesoło lisa, przy okazji kładąc rękę na talii Jean, na co nawet nie zwróciła uwagi. - Wiem kto będzie pełnił przy tobie następną wartę. Korzystaj póki możesz z dobrodziejstw subtelnej piękności naszej uszastej ślicznotki; i jej gadatliwości, bo następna jest ona. - Wskazał mało dyskretnie Howl, która jak na komendę spojrzała w ich stronę i warknęła z niechęcią.
        - Od razu uprzedzam, że ta dama potrzebuje bardzo słabego pretekstu by nadziać cię na rożen i usmażyć.
        - Bądź ostrożny! - Sally od razu przejęła się jego losem i aż podniosła się do klęczek. Mało brakowało, a chwyciłaby go za koszulę, byle tylko zrozumiał powagę sytuacji i szczerość jej uczuć. Znaczy tfu! Tylko powagę.
        - Polubisz ją. Nie będzie się odzywać. - Jea stanęła po drugiej stronie, a jej beznamiętny ton sugerował, że jest absolutnie spokojna. Choć z drugiej strony… rzadko kiedy brzmiała inaczej. W tej sytuacji - nadnamiętnej Sally i zobojętniałej Jean - najlepiej chyba było sugerować się reakcjami Natana. On wydawać się mógł najnormalniejszy.
        - Howl od początku nie była zadowolona, że cię tu trzymamy, a wartę będzie pełnić jakby jej ktoś kij w… i tak dalej. Serio, oprzyj się i leż póki możesz, bo nie zdziwiłbym się, gdyby kazała ci siedzieć z prostymi plecami i wzrokiem wbitym w drzewo, aż zaczniesz drętwieć.
        - Och, tylko nie drzewo! - wyrwała się Sally. - Jeżeli tak zrobi to ja pod nim usiądę!
        - Toś go pocieszyła - Jea nie kryła uśmiechu. - Myślę, że Howl nie będzie zbyt wylewna. - Wróciła do Ni. - Nie zna dobrze wspólnego, więc nie lubi w nim mówić. Może też nie zrozumieć.
        - Tak, ale jakbyś czegoś chciał to próbuj. W podręczniku początkującego strażnika było też o prawach więźnia. Za przeproszeniem - Natan pozwolił sobie na taki żarcik, chociaż sam lisa jak więźnia nie traktował. Wiedział jednak, że wilczyca może.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Siedział raczej w bezruchu, dość szybko raz jeszcze pogrążając się w swoich myślach, gdy przekonał się, że siedzące po jego obu stronach dziewczyny rozmawiają ze sobą w języku, którego i tak nie znał. Dlatego też nie mógł słuchać ich rozmowy i nie mógł też wyciągać z niej informacji, które starał się zbierać. Było to też powodem, dla którego postanowił raz jeszcze pomyśleć o swojej ucieczce i innych rzeczach, które zdarzyły się ostatnio.
W końcu postanowił też zapytać je o dalszą drogę, „wychodząc” ze swoich myśli. Jednocześnie też najpewniej zwrócił na siebie uwagę obu zmiennokształtnych, jednak raczej nie będzie mu to przeszkadzało, jeżeli odpowiedzą na to pytanie… Chociaż ich reakcja na przerwanie ciszy, a zwłaszcza te uśmieszki, wydawały mu się trochę dziwne i może niekoniecznie na miejscu. Według niego przynajmniej. Poza tym nie mógł też dostać lepszego upewnienia niż słowa jednej z nich w tym, że to Dean jest przywódczynią tej grupy – zdradziła mu to Jean, chociaż już sam wcześniej coś takiego podejrzewał. Był gotów na to, żeby zgodzić się z tymi podejrzeniami, jednak nie miał też pełnej pewności, którą zyskał po słowach dziewczyny.
         – Dostrzegę ją, jeżeli nadejdzie – odpowiedział krótko na pytanie zadane przez nią na koniec. Co prawda nie była to jednoznaczna odpowiedź, która wskazałaby, że chciał uciec albo już tego nie planował i postanowił, że z nimi zostanie – ale właśnie o to w tym chodziło. Uprzedził, a nawet był pewien, że będzie świadom okazji do ucieczki, jednak nie powiedział przecież, że ją wykorzysta.
         – Była dobra, ale tutaj zupełnie nie o to chodzi – odparł, nawet spoglądając w stronę Sally, zahaczył wręcz swoim wzrokiem o jej oczy i sprawił, że przez naprawdę krótką chwilę spoglądał prosto w nie. Wiedział, że dziewczyny usłyszały i całkiem możliwe, że też zrozumiały jego uwagę na temat siedzenia tak blisko niego, ale w ogóle nie zrobiły tego, co chciałby, żeby zrobiły. Zamiast odsunąć się przynajmniej na jakąś niewielką odległość, one po prostu zostały na swoich miejscach, nadal siedząc nie dość, że po jego obu bokach, to jeszcze zbyt blisko.

         – Nie narzekam. Zaczęły rozmawiać ze sobą, jednocześnie mnie ignorując – odpowiedział Natanowi, który widocznie też zamierzał sobie tu usiąść i chyba przyłączyć się do rozmowy. Przy okazji, Ni w ogóle nie wyglądał na osobę, której przeszkadzało to, że zmiennokształtne przez jakiś czas nie zwracały na niego uwagi.
         – Jeżeli w czasie jej warty nie będę się do niej odzywał, to może nic mi nie zrobi. Chyba, że wystarczającym powodem będzie dla niej to, jak wyglądam albo to, że w ogóle żyję i oddycham – odparł. Te słowa i w ogóle niektóre jego dialogi mogły brzmieć dziwnie i może nawet pod pewnymi względami niezrozumiale przez to, że nie wkładał w te słowa żadnych emocji i gestów. Przez to nie było łatwo powiedzieć, czy mówi poważnie, czy może próbuje jakoś żartować.
         – Widać po niej, że nie jest pozytywnie nastawiona do tego, że mnie tu przetrzymujecie – dodał. To było widoczne od samego początku, gdzie przez „początek” on sam rozumiał moment, w którym znalazł się w ich obozie, już wtedy związany zarówno przez zwykłą linę, jak i przez magiczne więzy, które wyczarowała Dean. Howl prawdopodobnie jako jedynie była do niego tak negatywnie nastawiona i dodatkowo widocznie nie miała też problemów z otwartym okazywaniem tego. Może miała taki charakter czy coś… nie, żeby go to szczególnie obchodziło. Przecież jemu też przeszkadzało to, że tu siedział i był związany, w dodatku szukał jakiegoś sposobu na ucieczkę, którą poprzedziłoby pozbycie się (w jakiś sposób) tego, co krępuje jego ciało i znalezienie miejsca, w którym trzymają rzeczy, które mu zabrali.
         – Jej małomówność na pewno nie będzie mi przeszkadzała – powiedział, spoglądając na Jean. Co prawda w ogóle nie robił tego specjalnie, bo nawet sam dopiero teraz to zauważył i sobie uświadomił, jednak chyba częściej spoglądał w stronę Jean, gdy jej odpowiadał, niż w stronę Sally w przypadkach, gdy również odpowiadał na coś, co powiedziała. Była to obserwacja, która… cóż, właściwie niczego nie zmieniła.

         – I… jeżeli już się gdzieś zatrzymujecie, to zawsze w takim miejscu rozbijacie obóz i przebywacie przynajmniej kilka dni? - zapytał. Raczej nie wyglądał na kogoś, kto może zaczął rozważać zostanie z nimi, zamiast próby ucieczki, więc nadal były to tylko pytania, które wykorzystywał, żeby zdobyć nowe informacje. Jeżeli oczywiście ktoś mu odpowie, a jeszcze lepiej, jeżeli słowa tej osoby będą prawdą.
         – Uciekacie przed kimś czy macie jakiś inny cel? Szukacie sobie odpowiedniego miejsca do życia…? Czy może podróżujecie po świecie i od czasu do czasu porywacie innych zmiennokształtnych i próbujecie sprawić, że ostatecznie przyłączą się do was? - zadawał kolejne pytania, które akurat pojawiły się w jego głowie. Może tylko trochę korzystając też z tego, że w pobliżu znajduje się Natan, który może będzie bardziej otwarty i chętniej będzie też odpowiadał na jego pytania, a przy tym jego odpowiedzi mogą być też bardziej wiarygodne niż te Sally, która pewnie zrobiłaby wszystko, byleby tylko upodobać się białemu lisołakowi, który jej się podoba.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        - Jak wyglądasz i że żyjesz… możliwe. - Natan uśmiechnął się do tego co uznał za żart i pokiwał głową. - Byle był pretekst, mówiłem. I jeżeli mogę ci coś doradzić; milcz jak nie pyta i odpowiadaj jeżeli jednak zagada. To kobita, która uwielbia hierarchię i posłuszeństwo. Im mniej się wychylasz tym lepiej.
        ,,Mówisz o niej jakby była niewyżytym generałem. Nie będzie przecież robić z niego swojego adiutanta”, skorygowała go w myślach Jean i zwinnym ruchem zwinęła mu z kieszeni garstkę suszonych jagódek. Kiedy zauważył, pstryknął ją w ramię, ale nic ponad to.
        - Chociaż o ile słyszałem plotki sama się zgłosiła… - Podrapał się w brodę i spojrzał ku niebu w geście zupełnego niezrozumienia wilczycy.
        - Kto wie, może jej wartę uznasz za najmilszą. - Kotka zwróciła się za to do Ni i choć zrobiła to w absolutnie dobrej wierze, oburzono-zmasakrowana mina młodej Sally mówiła sama za siebie - "Jea to zdrajczyni!".
        Ups…
        - I bardzo dobrze! - pisnęła lisiczka zrywając się i zaciskając pięści. - Widać mnie tu nie potrzebujecie. - Fuknęła i odwróciła się na pięcie, ale nim którekolwiek z nich zdążyło przypomnieć jej o warcie, Ni spokojnie odezwał się na kolejny temat, co obróciło ją i sprawiło, że anielsko grzecznie usiadła z powrotem na ziemi, na swoim starym miejscu. Jakby nic się nie stało. Tylko Kicia łypnęła na nią jak znudzona szczeniakiem kocurzyca. Doprawdy, tyle ruchów wykonanych niepotrzebnie… dwunogi nie mają pojęcia jak pożytkować energię. To dlatego, że trzymają się w grupie i zbyt łatwo im się poluje. Głodowaliby częściej to przestaliby skakać bez sensu… no, może Jea, ta biała kotka była mądra. Ograniczała ruchy, leżała i jadła. Kicia w pełni aprobowała jej strategię przetrwania.
        - To zależy co masz na myśli pod hasłem ,,takie miejsce” - wspomniana kotołaczka wypowiedziała kolejne, przemyślane zdanie. Lecz nim po dłuższej przerwie na oddech i trawienie zdążyła kontynuować, Natan odwrócił się ku Ni z manierą wprawionego rozmówcy i otrzymawszy nieme przyzwolenie poprzedniczki wtrącił się wesoło:
        - Bywa różnie. Ale z tych wszystkich podróży… nie mamy jakiegoś ustalonego schematu obozowania. Po prostu idziemy dalej. Trafi się okazja lub miejsce - to korzystamy. Czasem zaś zwyczajnie trzeba odpocząć. Wylizać rany i takie tam… czasem Tiffy chce nazbierać ziół albo Jean wypatrzy jakąś miłą gospodę. Umawiamy się na bieżąco co nam po drodze i gdzie ile możemy zostać. Oczywiście - parsknął. - Każdy ma inne zdanie. Przy tylu osobach nie obywa się bez kłótni, ale my mamy swoje argumenty. - Potarmosił białowłosą wskazując, że zwykle wraz z nią stanowi jedną frakcję.
        - A co do obozowisk to zwykle tak, wybieramy miejsca oddalone od szlaków, mało uczęszczane. Ostatecznie dla nas to nie kłopot, a po drogach za dużo kręci się kłusowników, którzy byliby chętni nam namieszać. W lesie i ogólnie trudnym terenie mamy nad nimi przewagę. Łatwiej ich wytropić i gdzieś ,,zepchnąć”. - Towarzyszył temu trzask gałązki, którą Jea złamała w palcach.
        - Ogólnie nie zajmujemy się nimi aż tak często. Raczej takimi jak ty. Czyli jak my. - Rudzielec rozłożył ręce. - Ale bronić się trzeba.
        - Ano - przytaknęła ledwo słyszalnie kotka, która położywszy się na brzuchu zdawała oddawać się własnym myślom bardziej niż konwersacji. Sally z drugiej strony także milczała, ale wyglądała na zainteresowaną i uważnie słuchała Natana. Trochę jakby słyszała to pierwszy raz, choć mało to było prawdopodobne. Nie wtrącała się jednak i obserwowała swojego przyjaciela z niestygnącą ciekawością. Dopiero kolejne pytania Ni przerwały ten układ - kotka zerknęła na niego, a fenkowata włączyła się do rozmowy:
        - Tutaj też bywa różnie - zaczęła nawiązaniem do odpowiedzi kota. - Myślę, że mogę powiedzieć…? - Spojrzała kontrolnie na towarzyszy, potem poszukała wzrokiem Dean i Abel, i nagle przekonana zatarła rączki. - Odpowiedzi będzie chyba tyle co osób w naszej drużynie. Każdy tutaj ma trochę inny cel… oczywiście jakaś jego część jest wspólna, bo przecież współpracujemy, ale tak naprawdę nie zależy nam tylko na jednym. Dla niektórych to wyzwanie, rozrywka albo nawet misja. Dla innych styl życia. Jak ktoś lubi tułaczkę, deszcz i robaki. No i część z nas może ucieka, ale inni nie muszą. Nie mają przed czym. No i skład też się zmienia. To nie tak, że utknęliśmy ze sobą na zawsze! …ZNACZY!! Niektórzy zostają już razem tylko gdzieś postanawiają się osiedlić, zamieszkać, wiesz… - Rumiana złączyła paluszki. - Razem…
        - A propos ,,razem” to akurat my się tak trzymamy - przypomniała Jean, choć nie sprecyzowała jakich ,,my” miała na myśli. Sally to w końcu wiedziała.
        - Na razie tak - przytaknęła panieńsko. - I jeszcze długo będę wam pomagać. Ale kiedyś… kto wie! No, ale wracając do twoich pytań, Ładny Ni. - Zarumieniła się jak na komendę, kiedy na niego spojrzała. - Zasadniczo część ,,podróżująca” zbiera po drodze tych co chcą się przyłączyć i zabiera ich ze sobą. Potem znajdujemy im domy, pomagamy dostać się gdzieś… a czasami ktoś z nas postanowi jak wspomniałam gdzieś osiąść i nowa osoba zajmuje jego miejsce. Tak jak Natan. - Wskazała go z pewnym uznaniem, choć nie wyglądała na zbyt podekscytowaną. - Nie jest to życie dla każdego, ale robimy całkiem ciekawe rzeczy. Tak ostatecznie. - Zaczęła tracić rozpęd, więc nim przeszła do marudzenia pałeczkę przejął kotołak:
        - Ogólnie jesteśmy zbieraniną futrzaków, które żyją ze sobą i robią coś dla innych przy okazji. Nawet jeżeli część z nas to z natury bardziej samotnicy albo z reguły gdzieś miała los przypadkowych przechodniów. Jednak… życie w takiej grupie ma wiele zalet. W zamian za podporządkowanie się pewnym zasadom (jakkolwiek męczące by to nie było) dostajesz kompanów do rozmowy, medyków, kucharza, zapasy i takie śliczne panienki. - Hojnie zaprezentował obie dziewczyny, a może i Kicię przy okazji.
        - Tragarza. - Jea wskazała na niego.
        - Ochroniarza! - dodała Sally.
        - No tak. - Natan przyjął to z zadowoleniem. Nie tylko zwrócił na siebie ich uwagę. Czuł się doceniony!
        - Można powiedzieć, że mamy swoje powody. - Kotka po chwili znów odezwała się do Ni bezbarwnie i zajęła resztkami patyka. - By to robić.        . I by ciebie tu trzymać.
        - Może ci się spodoba! - wtrącił się rudy, a jego głos jak wesoły grom rozproszył wszelką tajemnicę słów kotki. - Co do porywania… niektórych też z początku traktowały podobnie. Bo to oczywiste, że nie każdy z miejsca przyznawał im rację i chciał z nimi iść. Albo wysłuchać. Je też w zasadzie nie. Zresztą co dużo mówić - do teraz nie we wszystkim się zgadzamy! Ale zbyt wielu osobom na dobre ich akcje wyszły, bym nie wierzył, że to lepsze od rozbijania się po knajpach. Wiesz, ta grupa, jeszcze nim dołączyłem znalazła miejsca dla wielu zmiennokształtnych… czy tam naturian. Sporo z nich ocalili, przed innymi rozumnymi zresztą. Niektórzy dlatego zostali - by spłacić dług, czy coś. Ja akurat nie miałem tego problemu i nic od nich nie potrzebowałem; całkiem dobrze żyło mi się wśród ludzi, ale w sumie lepiej robię pomagając im tutaj. Nie każdy ma tak dobrze jak kotołaki. Panterołaki chociażby są ścigane dla krwi, a lisy - jak ty - w ogóle są tworzone przez magów! Skoro więc mogę udzielić wsparcia takim pięknym damom i przy okazji ocalić jakieś duszyczki…
        - Dołączył, bo powiedziałam, że nie poderwie Dean - przerwała Jea. - Na to go złapałam.
        - Ej!
        - Powiedziałam, że nie jest zainteresowana i nie będzie. Kręcił się, kręcił dookoła aż dołączył. I do dzisiaj nic nie osiągnął. Ale lubi bredzić, że się zmienił i jest dobrym koteczkiem.
        - Bo jestem. - Wzruszył ramionami niewinnie i przeczesał włosy na modłę don juana. Dobrego oczywiście!
        W końcu nawet don juanowie mają swoje powody.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Podniósłby ze zdziwieniem i zaskoczeniem brew po tym, jak usłyszał, że Howl sama zgłosiła się do warty przy nim i to tej następującej po Sally, ale żeby do tego doszło, musiałby być inną osobą – taką, która nie blokuje swoich emocji i nie tłumi ich w sobie. Obserwował też, jak Sally wstaje nagle i próbuje odejść po słowach, które padły z ust Jean, ale wraca od razu, gdy tylko on sam zabrał głos. Dziwna to była osóbka… Już zdążyło mu nawet przejść przez myśl, że będzie miał od niej chwilę spokoju i nie będzie musiał patrzeć się na to, jak się nim zachwyca i otwarcie okazuje nim zainteresowanie, w dodatku takie, które było związane z czymś więcej niż chęcią zostania jego znajomą.
         – Rozumiem… - odpowiedział, chociaż może trochę ciszej niż odzywał się normalnie. Prawdą było to, że może nie do końca to rozumiał. Nie wiedział, jak to jest obozować w jednym miejscu z osobami, którym się ufa i jest się pewnym, że nie spróbują cię zdradzić, jeżeli będzie od tego zależeć ich życie. Nie wiedział też, jak tak błahy powód, jak nazbieranie ziół, może sprawić, że pozostali zdecydują się na postój i nawet rozłożenie tymczasowego obozu. Coś takiego można przecież zrobić w trakcie marszu i wystarczyłoby na chwilę odłączyć się od grupy, pilnować się i później z powrotem znaleźć ich bez problemu. Nie rozumiał tego wszystkiego dlatego, że prawie zawsze podróżował sam. Zwłaszcza, jeżeli chodziło o wykonywanie zleceń. Chociaż… przynajmniej wiedział, o co chodziło z wybieraniem miejsc na obozy, bo sam – jeśli już się zatrzymywał, żeby odpocząć – też obozował w oddaleniu od szlaków. Z drugiej strony niekoniecznie musiał też szukać takich miejsc, które byłyby odpowiednie dla jego ludzkiej postaci, bo przecież mógł zawsze przemienić się w lisa i odpocząć tam, gdzie bez problemu zmieści się mniejsze, lisie ciało.
Słuchał wcześniejszej odpowiedzi, zapamiętując słowa i nawet pochwalił się w myślach, że dobrze wykorzystał to, iż Natan prawdopodobnie lubi rozmawiać i robi to dość otwarcie. Dlatego też postanowił brnąć w to dalej, co oznaczało, że miał zamiar zapytać go o coś raz jeszcze. Chociaż to i tak nie on zaczął mówić – zrobiła to jedna z dziewczyn.
         – A myślałem, że wasza grupa jest w takim składzie od początku i raczej się on nie zmienia – odparł, korzystając z tego, że akurat jego rozmówcy nic nie mówią i teraz to on może coś powiedzieć, nawet jeśli będzie to tylko kilka słów.
         – A jeżeli już miałby się on zmieniać, to raczej powiększałby się, a nie malał – dopowiedział. Chyba zrozumieli, o co mu chodziło, mimo że nie powiedział tego wprost. Jego opinia była krótka, ale raczej powinna oddać to, jak on na nich patrzy.

Samotnik… Ni chyba właśnie był kimś takim. To znaczy, niekoniecznie czuł się samotny, bo przecież miał starszego brata i Ojca, jednak oni rzadko kiedy wychodzili poza teren posiadłości. Tego nie można było powiedzieć o nim, bo przecież często wysyłany był na misje i to w różne zakątki Alaranii, a gdy wracał do „domu” poświęcał czas na odpoczynek, trening i jednocześnie także oczekiwanie na kolejne zlecenie. Do celu, którego miał pozbawić życia, musiał się dostać, a to oznaczało podróż, którą to Ni odbywał głównie samotnie. Zwłaszcza od dnia, w którym jego Ojciec uznał, że jest on gotowy na skuteczną pracę w pojedynkę. Czyli wychodziłoby na to, że, tak, mógłby nazwać się samotnikiem, jednak nie wydawało mu się, żeby mu to przeszkadzało.
         – Nie jestem tego taki pewien… Ale jestem pewien tego, że na razie, niekoniecznie mi się to podoba – odparł, chociaż nie można było mieć pewności, czy może chodzi mu o całość, czy tylko o niektóre rzeczy. Tylko Ni to wiedział i wydawało mu się, że raczej mówił w odniesieniu do większości rzeczy. Nie całości! Ale większości. Cóż, musiał przyznać, że wychodziło im naprawdę dobre jedzenie i może też niekoniecznie traktowali go całkowicie tak jak więźnia – a jeśli nawet, to traktowali go raczej łagodnie. Rozmawiali z nim też, co pozwalało mu na zdobycie nowych informacji, a także nie zdecydowali się go torturować albo zabić, a to pozwalało mu trwać w wyczekiwaniu na odpowiedni moment do ucieczki.
         – Porównując go do niektórych osób, z którymi miałem do czynienia, to naprawdę wydaje się „tym dobrym” - rzucił obojętnie Ni. Z ust innej osoby na pewno byłoby to czymś w rodzaju komplementu, jednak z ust białego lisołaka brzmiało to tak, jakby po prostu stwierdził prosty fakt.

         – Jak długo już tak podróżujecie? - zadał im kolejne pytanie. Nie zamierzał wypytywać ich o przeszłość i o to, co sprawiło, że byli grupą, którą byli teraz. Domyślał się, że to byłaby raczej taka wiedza, którą nie chcieliby się z nim podzielić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Dlatego też krążył wokół tematu i starał się zadawać takie pytania, które nie były zbyt prywatne, jeżeli chodziło o ich grupę jako całość.
Miał też jeszcze jedno pytanie, które wahał się zadawać – miał z nim podobny problem, co z tym, o którym pomyślał przed chwilą, jednak to… wydawało mu się może mniej „prywatne”, więc postanowił, że zaryzykuje.
         – Zastanawia mnie też to, ile osób z waszej aktualnej grupy stanowi jej część od samego początku? - odezwał się, spoglądając na rozmówców. I spojrzał też na samą Sally, specjalnie krótką chwilę dłużej zatrzymując na niej swoje czerwone oczy. Sprawdzał ją i jej reakcje na różne rzeczy, które robił i mówił, dlatego też upewnił się, że w tym krótkim czasie, dziewczyna dostrzegła to, że na nią patrzył ciut dłużej.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        - Och nie, nie - zaśmiała się Sally. - Sporo z nas znajduje sobie inne zajęcia… wiesz, nie jesteśmy grupą… jak to powiedzieć… Jea?
        - Nie jesteśmy grupą zawodową. Tylko przechodnią - mruknęła ze swojej leżącej pozycji i machnęła ogonem leniwie. - Ci, którzy żyją w drodze zbyt długo zwykle nie mają zwyczajnie.          .jak osiąść.
        - Albo lubią podróże - wtrącił się Natan i pstryknął ją w bok. - Wiesz ,,bawi i uczy” czy coś takiego… Ale racja, niektórzy są ścigani albo nie mają dokąd wrócić. - Zastanowił się. - Różnie bywa. Ogólnie każdy robi jak uważa, naprawdę. Ja im pomagam, bo chcę, część z nich uważa to za dobrą robotę. A reszta idzie, bo czemu nie…. zresztą sam zobaczysz! No, o ile ci powiedzą - zaśmiał się, bo wiedział, że ich grupka rozgadała się akurat bardzo popisowo. Nie miał też nic przeciwko temu; uważał to za najlepszą ze strategii jaką mógł obrać - chociażby dlatego, że dla niego nie była nawet strategią. Lubił być szczery i jasno stawiać sprawy. Zwłaszcza przed lisami, które polubił. Tak więc… mówił.
        A gdy nie mówił i tak wyglądał na zadowolonego.
        Zwłaszcza, gdy jego nowy lisi koleżka przyznał mu (prawie) rację.
        - Ha! Widzicie! - zatriumfował, że jest jednak "tym dobrym" i wyprężył dumnie obnażoną klatę. Nie by któraś na nią patrzyła. Sally bardziej przejęła się tym, że Ni jeszcze się do nich (mimo całkiem znośnych posiłków!) nie przekonał i gotów jest dalej myśleć nad ucieczką. Uch, będzie musiała go jeszcze lepiej pilnować! Wiii!
        Jedno dobre w tej sprawie!
        Jean natomiast nie patrzyła, bo nie chciało jej się. Miała swój patyk i wzorki na sierści Kici - trzeba było czasem je przeczesać.

        - Hmm… każdy trochę inaczej. - Natan, nie zrażając się niepowodzeniem, kontynuował rozmowę. Zaplótł ręce za głową i spojrzał w niebo, rozciągając się. - Jeśli pytasz o Dean i ,,główną grupę” to z jakieś… a co tam, niech ci powiedzą! - Ucieszył się z tego drobnego szturchnięcia, bo to przecież nie tak, że wyśpiewa wszystko Lisowi od razu. Niech wyciągnie też coś od dziewczyn. Nie powinien mieć z tym przecież żadnego problemu!
        A jeśli nawet to tym zabawniej, czyż nie?
        - Zdradzę ci tyle, że co najmniej dwa lata, bo mniej-więcej tyle ja tu jestem.
        - No, jeszcze nie aż tyle.
        - Szczęśliwym szybko leci - uśmiechnął się. - Tiffy nieco ponad rok… - Wyprostował dwa palce jakby miał zacząć odliczać, ale dłoń Jean na brzuchu powstrzymała go. Przyjemnie.
        - Nie zdradź mu wszystkiego.          .bo nie będzie miał o co pytać innych.
        - Och, i nie zaprzyjaźnią się podczas powolnej rozmowy i zabawy w podchody, która buduje niezawodne więzi? No przecież!
        - …

        - Wracając! - Uśmiechnął się do Lisa. - Jesteśmy dość zgrani, dlatego pytasz, co? Wieeeem… też nas podziwiam. - Przymknął oczy z rozkoszy samouwielbienia. - Ale nie o czas tu chodzi jak myślę. Wszyscy tu jesteśmy z własnego wyboru i dlatego robimy co możemy, żeby to działało. Lubimy się też. - Spojrzał na niego beztrosko, po czym mina zaczęła mu rzednąć i w końcu zmarszczył brwi w konsternacji. ,,Z własnego wyboru” i ,,lubimy się”… przy tym czarno-białym skrytobójcy brzmiało to jak naiwna obraza. Ale nie mógł nie parsknąć śmiechem.
        - Wybacz stary, naprawdę… jak kiedyś tego nie polubisz i nie dasz się tym dziewczętom przekupić za ich uroki, oddam ci moje rękawiczki. A na razie spadam. - Podniósł się i machnął ekipie na pożegnanie. Musiał lecieć do garów.

        Na ostatnie pytanie Ni mogły odpowiedzieć już tylko dziewczyny - ale kto wie, może one wystarczą. Co prawda Jea, która odwróciła się na bok, by zerkać na niego nie wyglądała na chętną do pogaduszek (prędzej do zaśnięcia), ale gdy zatrzymał spojrzenie na Sally…
        Czyż nie zdradziłaby mu wszystkiego?
        - Ja, siostrzyczka Dean, Jea, siostrzyczka Abel, droga Howl, szalony Jack, Blue’Dean - wyrecytowała bez zająknięcia, nie spuszczając z niego roziskrzonego spojrzenia wiernej fanki. Wychodziło więc na to, że tylko Natan, Tiffy i Pantera (i może Kicia?) są tutaj kimś z ,,zewnątrz”. Chociaż to nie było takie proste…
        - Podaj mu jeszcze nasze życiorysy - wtrąciła się kotka.
        - Tylko pyta! Zresztą nie ma co ukrywać, tak? - ,,I tak tu zostanie!”, fuknęła. Zaraz jednak wróciła z uśmiechem do Lisa:
        - Nie wszyscy byliśmy tu od takiego samego początku. Ale pochodzimy z jednego miejsca.
        - No i powiedziała.
        - Och, no przestań! - Lisiczka wydęła policzki. Po raz kolejny. Starała się szturchnąć koleżankę butem, ale nie mogła tego zrobić nie uwalając się na lisie więc… powstrzymała się. Jakoś.
        - Jesteśmy zgrani, bo większość z nas była do tego przyuczona. - Matowy głos Jean zabrzmiał wyjątkowo głucho, kiedy przerwał wesołą niemal przepychankę. Sally westchnęła i oparła się na igrysce.
        - Cóż, większość z nas umie walczyć. Możesz to wyczytać z aur jeśli je czytasz.
        - To by ci się przydało. - Uśmiechnęła się Jean nieznacznie. Już coś wiedziała.
        Wstała i otrzepała się - niespiesznie i nazbyt dokładnie w jednym miejscu, pomijając inne. Dla gestu, nie pedanterii.
        - Też was zostawię. Jakbyś miał jakieś pytania… sam zresztą wiesz. - Dyskretnie spojrzała na lisiczkę, machnęła ręką na pożegnanie jak wcześniej Natan i poszła do swoich obowiązków.

        - Nie słuchaj ich. Mogę ci odpowiadać ile chcę! - Sally nie trwała długo w milczeniu. Jakoś nie krępowało jej siedzenie sam na sam (i przyzwoitką Kicią) z Ładnym Ni. Wręcz przeciwnie…
        - Zresztą Dean nie miałaby nic przeciwko! Chyba… - Zaraz znów zabrała głos - Nie, myślę, że nie. - Pokręciła głową dla upewnienia się w tym rozumowaniu. - Ale cieszę się, że zainteresowałeś się naszą grupą! Znaczy… nie, bym nic tu nie zmieniła, gdybym mogła, ale tak też jest całkiem w porządku. Jak na podróżujących wojowników… czasem tylko myślę, że za mało wśród nas innych osób. No wiesz, artystów, poetów… może malarzy? Albo jubilera! I kogoś kto zna się na księgach albo jakiejś ciekawej dziedzinie nauki! Wiesz, tutejsze opowieści są nawet zabawne, ale monotonne. Ciągle o tym kto kogo z jakiej pułapki wyciągnął, kto z kim pobił się kiedy i jak mocno może trzasnąć kuflem o ławę. Mieliśmy kiedyś na chwilę u siebie takiego ciekawego elfa, który uczył Dean pi… znaczy był bardzo inteligentny i opowiadał o różnych kulturach i zwyczajach! My niby dużo podróżujemy, ale zwykle nie mamy większego kontaktu z lokalnymi społecznościami… no, mniej więcej tak jak teraz. Sam widzisz. Większość z nas nie umie ukryć tego, że jest zmiennokształtnymi, a nie wszystkim się to jakoś przesadnie podoba - bezwiednie dotknęła swoich uszek, po czym mówiła dalej, wyjątkowo rozmyślnie i nawet spokojnie:
        - Miło było posłuchać jego opowieści. Zostawił też parę książek… akurat umiem czytać, więc przebrnęłam przez nie dawno temu; w sumie nadal do nich zaglądam, gdy mi się nudzi. Lubię książki, wiesz? Kiedyś lubiłam je mniej, uważałam, za oczywiste i nudne… ale teraz to taki skarb. Tylko też nie możemy nosić nie wiadomo ilu. Ale jak będziemy przy jakimś większym mieście muszę wysłać Jean do biblioteki. - Spojrzała zamyślona gdzieś w górę i snując plany oplotła nogi kitką.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Dobrze, że odpowiadali na jego pytania, co jednak bardziej było zasługą ich charakterów, a nie tego, że ufają mu na tyle, żeby o tym mówić. Nawet u Sally była to zasługa właśnie tego, chociaż u niej charakter powodował, że miała do niego słabość i patrzyła na niego jak na jakiś piękny obraz, zachwycając się nim – Ni określał to mianem „dziwnego patrzenia się”.
         – Nie musicie zdradzać mi wszystkiego. Zdziwiłbym się, gdybyście rzeczywiście powiedzieli mi wszystko – odparł w chwili, w której tamci umilkli na krótko i mógł coś szybko powiedzieć, zanim jedno z nich znowu wróci do tematu i odpowiadania na pytanie, które zadał.
         – Nie potrzebuję twoich rękawiczek. Mam swoje – odpowiedział Natanowi. Nawet mógłby mu je pokazać, a raczej pokazać mu dłonie z założonymi na nich rękawiczkami, ale te były związane i nawet z podniesieniem ich mogły wiązać się pewne niewielkie nieprzyjemności. Zresztą, kotołak i tak postanowił ich opuścić, a Ni pożegnał go bardzo oszczędnym skinieniem głowy.
Wychodziło na to, że większość tej grupy jest w niej od samego początku, czego lisołak właściwie się nie spodziewał. Gdy zadawał to pytanie, strzelał, że nie będzie to więcej niż połowa aktualnego ich składu. Mylił się, co nie stało się pierwszy raz i na pewno też nie ostatni. Okazało się też, że Jean nie była taka skora do odpowiadania i nawet otwarcie niemalże zabraniała Sally mówienia o niektórych rzeczach, także odpowiednio komentując – raczej nieprzychylnie – to, co dziewczyna zdążyła już powiedzieć. Jemu to nie przeszkadzało, bo każda informacja może mu się przydać. Niektóre może się powtarzały, bo już wcześniej udało mu się zauważyć to, o czym później ktoś mówił – na przykład to, że cała ta grupa jest zgrana i wzajemnie sobie ufają – ale inne, nowe wiadomości były też czymś, o czym wcześniej nie mógł wiedzieć. Oczywiście, segregował wszystko to, co o nich wiedział. Lubił mieć porządek nawet w swoich myślach. Pokiwał głową, gdy wspomniały o czytaniu aury, jednak nie odezwał się nawet słowem. Nie miał zamiaru przyznać przed nimi, że Ojciec nie nauczył go tego, bo uznał, że jest to umiejętność, która może niekoniecznie mu się przyda. Po co ma sprawdzać aurę osoby, którą za chwilę ma zabić? Tak przynajmniej myślał jego Stwórca i był też jednocześnie na tyle pewien umiejętności Nimrotha, a także jego nauczycieli, że raczej nie przewidywał tego, iż Ni będzie musiał walczyć ze swoim celem. Bardziej myślał, że ten podkradnie się do niego i zabije go jednym, celnym pchnięciem ostrza.
Chwilę później Jean także postanowiła odejść, może wracając do swoich obowiązków, o ile miała jakieś do wykonania. Ją Ni także pożegnał raczej oszczędnym skinieniem głowy. I, cóż, znowu został sam na sam z Sally. Może ponownie spróbuje to wykorzystać i zada jej jakieś pytanie, na które może niekoniecznie odpowiedziałaby w obecności innych, bo te drugie osoby mogłyby jej powiedzieć, żeby tego nie robiła? Na pewno o tym pomyśli. Chociaż nie, bo przecież nadal mieli przy sobie żywą, dużą poduszkę i oparcie, którą była Kicia. Także, może niekoniecznie został sam na sam z Sally.

         – Wydawało mi się czymś normalnym to, że się wami zainteresowałem po tym, jak mnie tu trzymacie – odezwał się, teraz raczej mógł częściej spoglądać na Sally, która aktualnie była jego jedyną rozmówczynią, więc… robił to, sprawdzając też, w jaki sposób wpłynie to właśnie na nią. Poza tym oboje chyba mieli inne definicje tego, że zainteresował się ich grupą. Ni uważał, że zbiera informacje na ich temat, żeby później móc je wykorzystać do innych celów, z których głównym nadal pozostawała próba ucieczki i oczywiście znalezienie swoich rzeczy, także zaufanego, niedużego ostrza. Sally natomiast mogła uważać, że jego ciekawość wynika z tego, że może zaczął przekonywać się do nich i może niedługo będzie rozważał to, czy z nimi zostać.
         – Ja raczej nie wzbogaciłbym waszej grupy o kogoś z artystycznymi zainteresowaniami jakiegoś rodzaju… Jeżeli rozważalibyśmy możliwość tego, że kiedyś miałbym dołączyć czy coś – znów się odezwał, przesunął się nawet nieco w tył, tym sposobem opierając się nieco plecami o brzuch Kici, czego wcześniej nawet nie zrobił. Może w toku rozmów, zbierania informacji i selekcjonowania ich, zapomniał o tym, że tymczasowo ma przecież za plecami stworzenie, które może być oparciem bardziej miękkim niż drzewo, o które opierał się wcześniej.
         – Przynajmniej nie takimi, które przeważnie przypisuje się do grupy tych artystycznych – dopowiedział, nie rozwijając tego bardziej. Chodziło mu o walkę, konkretniej o sposób, w jaki walczył on sam. Wiedział, jak wygląda jego styl i na czym się w jej trakcie skupia i nawet od nauczycieli słyszał, że jego ruchy są bardzo płynne, szybkie i precyzyjne, a przez to wszystko to – w jego wykonaniu przynajmniej – przypomina swego rodzaju taniec. Śmiercionośny taniec.
         – Książki… Zdarzyło mi się czytać, chociaż akurat tylko takie, które związane były z umiejętnościami, jakie miałem posiąść i wiedzą, którą miałem posiadać – odparł. Było to prawdą. Nigdy nie czytał jakichś powieści wszelakiego rodzaju, zbiorów legend i mitów i innych takich, które nie były podręcznikami związanymi z walką albo innymi rzeczami, które teraz składały się na wachlarz jego umiejętności.
         – A jeśli już o opowieści chodzi… To może na koniec opowiesz mi taką o sobie? - zaproponował. Wydawało mu się, że było to pierwsze pytanie, które tak bezpośrednio skupiło się właśnie na Sally. Ciekawe, jak ona sama na nie zareaguje? Już za chwilę na pewno będzie mógł to zobaczyć i usłyszeć. Poza tym, może liczył też na to, że zdobędzie nowe informacje nie tylko o niej, lecz także o pozostałych, bo może dziewczyna wspomni kogoś w swej opowieści – jeżeli zdecyduje się ją opowiedzieć. W końcu pochodzą oni z jednego miejsca, prawda?

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Patrzyła na niego uważnie, gdy odpowiadał lub wtrącał od siebie co nieco, do tych jej wywodów. Cieszyła się, że nie zmęczył się nią i zamiast rozglądać się za resztą, to jej poświęca teraz więcej uwagi. Cieszyła się z tego, choć jak na siebie dyskretnie; w końcu nie mogła co chwila wzdychać do jego oczu. Znaczy tylko w myślach.
        Nie lubiła żałować sobie przyjemności, także rozkoszowała się i jego głosem. Zapamiętywała barwę, ton. Przekładała na kolorowe obrazy tę beznamiętną, neutralną melodię drgającą rozkosznie w powietrzu, aż nie dotknęła jej puchatych uszek i nie wbiła się echem do zakamarków umysłu. Było w tym głosie coś czego nie powinna lubić; gdyby zaznała go w innych okolicznościach być może nawet zawyrokowałaby na jego niekorzyść. Ale teraz jej się podobał. Nie wiedziała czemu. Była ciekawa kolejnych słów, zdań, całych wypowiedzi. Chciała nie tylko poznać ich treść, ale i formę. Zastanowiła się nawet, czy owa ,,forma” nie interesowała jej w tej chwili nawet bardziej.
        Czy to dlatego, że Ładny Ni mówił tak specyficznie? Tak inaczej od niej? W końcu jeżeli on był panem beznamiętności to ona królową ekspresji.
        Uzupełniali się tak doskonale!
        Rozradowana, zaintrygowana i nadal na warcie, uśmiechała się przymilnie, choć starała się nie robić tego tak zupełnie bezmyślnie. Nie chciała mieścić się w kanonie ślicznej idiotki i swojego nieodpartego uroku równoważyć brakiem gustów, ambicji czy charakteru. Pragnęła być doceniona także za intelekt i starała się wykorzystywać każdą możliwą okazję do zaimponowania rozmówcy swoją wiedzą lub podejściem do poruszonych zagadnień. Tym bardziej podekscytował ją fakt, iż związany zabójca, choć nie interesował się klasyczną sztuką, nie zignorował jej wypowiedzi o książkach i dał chociaż trochę wciągnąć się w rozmowę na ten temat. Nie zraził jej nawet brakiem powieściowego doświadczenia. Może samo stwierdzenie ,,Kiążki… Zdarzało mi się czytać” nie brzmiało obiecująco, ale znaczyło, że przynajmniej był piśmienny. Dodać do tego inteligencję wyczytaną z aury i już kandydat na godnego interlokutora stawał na arenie, gotowy do starć z jej oczekiwaniami.
        Chociaż obawiała się, że przez lata podróżowania z tą bandą, ich poziom został mocno zaniżony.
        Bo i co to za czasy, że cieszyła się kiedy ktoś nie był analfabetą! Dawniej na analfabetę nie zwróciła by nawet uwagi, już darując sobie pogardę, a amatora posługującego się piórem i sprawną kaligrafią oceniłaby przynajmniej surowo. Teraz klaskała w dłonie widząc koślawe litery, a kiedy ktoś dukał uśmiechała się z zachętą, by w ogóle próbował!
        - Przynajmniej czytasz. - Pozwoliła sobie na szczere westchnienie, korzystając z obecności kogoś, kto nie ma przygotowanej riposty deklasującej sztukę władania słowem ufizycznionym, a może nawet umiałby ją docenić, gdyby dano mu ku temu szansę. Przechyliła głowę, uwodzicielsko (w jej mniemaniu) odsłaniając szyję i pokazując się od tak delikatnej, jak tylko mogła, strony. To miało go zachęcić. Podkreślić jej intelektualność, kiedy wcześniejsze wybuchy emocji uwydatniane w emfazach ukazywały raczej ów przypisywany niemądrym, prostoduszny urok otwartości. Nigdy co prawda nie była typem subtelnej księżniczki (co najwyżej z urody), ale tutaj mogła na taką pozować.
        Przy szlachetnym kocie w butach jakim była Abel, niewiele mówiącym posłańcu cieni, za którego uważała Jean, szalonym ostrzowniku Jacku Golibrodzie i lokajowym giermku Natanie (na pół etatu mógł być też rozbójnikiem), przy krewkiej rycerce Howl (ścigającej rozbójników, ale potrzebującej giermka), Dean - herszcie rozbójników, Blue - jej aliantowi i Tiffym - dobrej wróżce, aż prosiło się o urozmaicenie gromady kimś ze sfer wyższych, godnym pożądania, rozpieszczania i przywilejów.
        To była ona.
        Z całą rozkoszą uświadomiła to sobie po raz enty i pewna swej wartości rzuciła Ni z ukosa spojrzenie nie tyle już zalotne, co sprawdzające z jak wielkim uwielbieniem się jej przypatruje.
        Przypatrywał się z żadnym, ale przynajmniej patrzył.
        Yey, SUKCES!!!

        - Ja znam wiele opowieści. Oczywiście czytanie dla nauki jest jak najbardziej korzystne, ale i książki z morałem czy dobre powieści pobudzające wyobraźnię i umysł są warte uwagi! Zwłaszcza kiedy masz dużo wolnego czasu. Powieści komentują też rzeczywistość i pokazują trendy panujące wśród pisarskiej elity danych miast lub państw. Oczywiście dla żyjących w oddaleniu są tylko ciekawostką, ale pozwalają spojrzeć na pewne rzeczy z nowej perspektywy. Nawet różne charaktery - zalety i wady bohaterów zmuszają do myślenia. Dobrze opisana postać potrafi wprowadzić nas w umysł osoby innej niż my, zrozumieć motywy jej zachowań… och, jak miło z kimś o tym porozmawiać! - pisnęła dając ujście narastającemu w niej szczęściu. Oczywiście, że tylko zahaczyła o temat, a Ni być może nie miał zbyt wiele do powiedzenia, ale wysłuchał tych paru zdań i była pewna, że je sobie przynajmniej przemyśli! Już samo to dawało jej satysfakcję wystarczającą, by rzucić pozory opanowanej damy i zacząć na nowo gestykulować z pełną wymownością. I niepohamowaniem uczuć, które swoje apogeum osiągnęło już po chwili, gdy zapytał… o nią! Te słowa - ta prośba była muzyką dla uszu; balsamem dla duszy i żarem dla serca, które samo w sobie rozpalone już było do czerwoności.

        Zamilkła. Czy śniła? On się nią… zainteresował! W końcu zapytał jak chłopak powinien kobietę - tfu! - mężczyzna dziewczynę, pochlebiając jej swoją uwagą, a teraz oczekiwał odpowiedzi, patrząc na nią spod tych swoich długich, zalotnych, męskich rzęs!
        Rozwarła oczy szerzej niźli zwykle, będąc szczerze zbitą z tropu, przez moment nie wiedząc jak zareagować; pisnąć, krzyknąć, uśmiechnąć się tylko? W grę już nie wchodziła rola niedostępnej kusicielki ani chłodnej królowej; ale ta księżniczka jaką się czuła, też nie mogła rzucić się mu na szyję. Mogła zerwać się tylko z miejsca, podskoczyć radośnie, zaciskając piąstki przy brodzie i wykrzyknąć ,,TAK!” w obcym języku. Subtelnie, jak na królewnę przystało.

        - Pewnie! Znaczy… oczywiście! - Pochyliła się ku niemu jak gdyby z ukłonem, lecz po chwili płynnie opadła na ziemię kończąc w siadzie skrzyżnym, naprzeciw jego boku. Chciała na niego patrzeć. Chciała, aby ją słyszał.
        Gdyby Kicia umiała, przewróciłaby oczami - ale tak, za krytykę zachowań wystarczyć jej musiało leniwe ziewnięcie i położenie się płasko na łapach. Niech się lisi samczyk o nią opiera, bo fenkowata wkrótce wytarmosi go słowami tak, że mu sił nie stanie. A ona je sobie wesoło zignoruje. Bo od niej szczęśliwie nikt nie wymagał uwagi. Nie była pożądanym partnerem do rozmów dla szczurkowatego pieska, który uwielbiał trajkotać o czymś co nie istniało, dając słuchaczowi tyle korzyści co zepsuta kataryniarcza skrzynka. Jednak w przeciwieństwie do grającej skrzynki, piaskowata bywała przydatna, nosili więc ją ze sobą w podróże i tolerowali. Kicia nawet tak bardzo, że wysilała się dla niej na zupełne ignorowanie jej irytujących dźwięków. Jak dobrze, że u kotów dar ten był wrodzony.

        - To było tak: nie tak dawno temu, bo taka stara nie jestem, w pięknym, strzelistym pałacu żyła sobie Królewna. Miała drogie suknie i ozdoby, wygodne łoże, wielkie lustro, ciepłą wodę i księgi. Trzej mędrcy nauczali ją jak być dobrą księżniczką; jak się zachowywać, jak i co jeść, czego nie pić, jak wykorzystać swoją magię i wiedzę. Musiała chodzić cicho, wyglądać olśniewająco i godnie. Zawsze mieć wysoko uniesioną głowę. Musiała też słyszeć wszystko i wszystkich we dworze, by wiedzieć jak ich osądzić. Ale choć całe dnie wypełniały jej nauki, żyła całkiem beztrosko. Była dumą Króla, choć nie była jedyną księżniczką. Był dla niej dobry i troskliwy. Dbał o nią, chociaż był surowym władcą i czasami kazał ścinać poddanym głowy. A poddani byli mu wszyscy, nawet dwaj pozostali mędrcy, choć mogli o tym nie wiedzieć. Jeden był panem natury, a drugi - ciemności. Król zaś był panem mocy. Razem zarządzali królestwem. Pan Natury jednak często nie zgadzał się z pozostałą dwójką. Uważał, że poddani są źle traktowani. Za każdym razem jednak potrafili wyperswadować mu bunt i odejście. Potrzebowali go, choć był najsłabszym z nich i myślał inaczej. Ale kolejne dni mijały w spokoju i na zwykłych obowiązkach. Królewna, ulubienica Króla widywała pojedynki starszej, nie tak ładnej, ale walecznej księżniczki na licznych pokazach, kiedy zjeżdżali się goście z tego i sąsiednich królestw. Nie przepadała za tymi starciami, bo niewiele w nich było magii, a dużo brutalności. Miecz jej nie interesował. Kot w Butach, zasłużony poddany mówił, że są wyjątkowe. Sam szkolił drugą księżniczkę i był z niej zadowolony, choć sam umiał z nią wygrać. Ale choć był od niej lepszy, wszyscy chwalili właśnie drugą księżniczkę. Pierwsza nie była z tego zadowolona. Sama władała magią, była mądrzejsza i o wiele ciekawsza. Król jej tak mówił. Ale im bardziej próbowała uzmysłowić to innym, tym więcej słyszała głosów za drugą księżniczką. Lubiano ją i szanowano, choć nie miała tak wielu zalet. Pierwsza uznała więc, że nie są warci jej czasu i uczyła się dalej u boku Króla, zyskując przychylność jego gości i coraz większe uznanie w towarzystwie. W końcu zapomniała o drugiej księżniczce, ulubienicy Pana Natury. Za towarzysza w pałacu miała Posłańca Cieni, małomównego i ukrytego w mroku, ale lubiącego wygody. Nie rozmawiali dużo, ale przynajmniej była pewna, że on nie lubi tak bardzo drugiej księżniczki. Ta jednak miała w pałacu innego sojusznika. Nikt jednak o tym nie widział.
I w końcu jej pojedynki przestały bawić Króla. Goście też byli coraz bardziej znudzeni. Drugą księżniczka, choć lubiana, została zapomniana przez najważniejszych, bo pierwsza Królewna miała coraz więcej do pokazania. Była ozdobą wieczorów i centrum mniej barbarzyńskich pokazów. Była sprytna, młoda i piękna, a i znała wiele sztuk przykuwających uwagę. Długo czekała na należne jej względy, z satysfakcją przyjęła więc zasłyszaną pogłoskę, że druga księżniczka nie jest już przydatna. Nadworny Ostrzownik miał ją nawet uśmiercić. Lecz wtedy okazało się, że jej sojusznikiem z pałacu jest właśnie on. Uprzedził drugą księżniczkę o planach Króla. Ale ona nie chciała wierzyć. Nie miała jednak tyle zaufania co pierwsza, więc podkradła się pewnego wieczora by podsłuchać plany mędrców. Trafiła na fragment rozmowy, który zdradził zamiar Króla. Zrozpaczona i wściekła (bo trzeba powiedzieć, że zawsze miała toporny charakter) pobiegła po swojego najwierniejszego przyjaciela i postanowiła rozmówić się z Panem Natury. Doszukiwała się zdrady, bo nie wiedziała, że królestwo zawsze tak funkcjonowało i szybko stanęła po stronie poddanych, którzy zostali lub mogli zostać straceni. Wybuchł bunt. Do tej pory poddani byli posłuszni lub odpowiednio kierowani i mędrcy mogli nad wszystkim panować. Jednak tym razem Pan Natury przeciwstawił się im i zdradził, umożliwiając ucieczkę z królestwa każdemu, kto tego zechce.
Jednak nie każdy chciał. Poddani stanęli przeciwko sobie. Zaczęli walczyć, pragnąc zdobyć niezależność lub umocnić swoją pozycję w królestwie. Jedni przeciwko drugim. Księżniczka była po stronie Króla. Razem z Posłańcem Cieni wspierały obu pozostałych mędrców, nie narażając się jednak za bardzo, ponieważ nie brakowało im także rozsądku. W sercu walk stanął za to Kot w Butach oraz Rycerz, którzy pomogli drugiej księżniczce i jej zwolennikom uciec. Ostrzownik podążył za nimi.
Wielu poległo, wielu okazało się słabymi, a inni - wiernymi. Księżniczka widziała to wszystko, ale nadal była posłuszna Królowi, bo on zawsze o nią dbał. Dopiero długo potem, kiedy ścigający uciekinierów żołnierze zaczęli wracać, a straty poczynione w królestwie zostały spisane, wrócił i Posłaniec Cieni i zaczął mówić jej dziwne rzeczy. Zawsze cichy i wypełniający swoje obowiązki zaczął przekonywać ją, by też uciekła - a on pójdzie wraz z nim. Księżniczka nie wiedziała skąd te przekonania, ale on wyjaśnił: A co będzie jeżeli ona przestanie być w końcu ulubienicą Króla? Przypomniał, że druga księżniczka kiedyś też nią była. I jeszcze poprzednia. I choć ta obecna była doskonała, zlękła się. Sądząc, że nie może dalej ufać Królowi odeszła wraz z Posłańcem. Do dawnej księżniczki, która została Hersztem.

        Sally spojrzała na Ni niewinnie acz bystro, oznajmiając, że skończyła swoją bajkę. Uśmiechnęła się słodko, ale w jej oczach kryła się niezwykła satysfakcja. Umiała wspaniale opowiadać!
        - To historia co prawda o dwóch księżniczkach, a nie o jednej, ale widzisz… one są prawie siostrami. Dlatego ich losy są tak splecione. Czy tego chcą czy nie - wyjaśniła nie wyjaśniając i zerknęła przez jego ramię na zbliżającą się ponuro Howl.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 30
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Nie wiedział co chodzi jej po głowie. Ciężko było odgadnąć myśli takiej osoby, a przynajmniej on tak uważał. Przyglądał się jej, więc szybko dostrzegał zmiany pozycji, w której siedziała przed nim. Zauważył, że przechyliła głowę i, może trochę mimowolnie, przesunął wzrokiem po jej odsłoniętej szyi. Nie miał zdania na ten temat, tak naprawdę nawet nie był pewien, jakie cechy u kobiety mu się podobają, a jakie nie – nigdy się nad tym nie zastanawiał i nie zajmował się tym. Miał ważniejsze rzeczy do zrobienia, misje od Ojca do wykonania i cele do zabicia, a gdy już miał spędzać czas z jakąś kobietą, to zawsze działo się to ze względu na misję, a nie dlatego, że coś mu się w tej konkretnej osobie podobało i lubił zajmować swój czas właśnie na tym, że spotykał się z nią i rozmawiał.
         – I piszę – dopowiedział krótko, z powrotem przeniósł wzrok na twarz strażniczki.
         – W sensie, jestem piśmienny, a nie poetą – dopowiedział. Nie chciał, żeby dziewczyna pomyślała, że zabójca nieokazujący emocji jest skrycie artystą, który ukrywa przed innymi to, że pisze wiersze czy tam opowiadania. Tak nie było, a jedyną sztuką, jaką znał, była ta związana z walką i zabijaniem.
Książki z opowieściami… cóż, może kiedyś – jak był młodszy – próbował po takie sięgać, jednak nie przypomniał sobie, żeby kiedyś jakąkolwiek przeczytał. Gdyby było inaczej, na pewno pamiętałby coś związanego z opowiadaniami, które w takiej znalazł, ale on pamiętał wyłącznie książki naukowe i teoretyczne, związane wyłącznie z tym, czego sam się uczył i co było mu potrzebne, żeby być osobą, którą jest teraz. Przypomniał sobie, że takich rzeczy – tych związanych z byciem zabójcą – uczył się naprawdę szybko i zdobytą wiedzę zapamiętywał już na całe życie. Domyślał się, że Ojciec mógł chcieć właśnie tego i dlatego „ulepszył go”, gdy zajmował się jego stworzeniem. Ni uśmiechnąłby się do wspomnień, gdyby był inną, bardziej skłonną do okazywania emocji, osobą.

Nie spodziewał się, że jego pytania wywoła w niej takie emocje. Akurat Sally nie miała problemu z okazywaniem ich, więc Nimorth mógł od razu widzieć to, co dziewczyna aktualnie czuje. On myślał tylko o tym, że pytanie to pozwoli mu nie tylko dowiedzieć się czegoś na temat osoby, która aktualnie go pilnuje, lecz także na temat innych, którzy tworzą grupę, która go pojmała. Wiedział już, że byli ze sobą powiązani już wcześniej, dlatego też liczył na to, że historia Sally będzie zawierała informacje również na temat innych.
Później, gdy Sally skończyła już reagować i ponownie usiadła, przyszedł czas na opowieść.
Biały lisołak słuchał jej uważnie, zapamiętywał te informacje, które wydawały mu się istotne, a także takie, których mógł użyć w późniejszym czasie i to najlepiej na własną korzyść. Jeśli dziewczyna, w trakcie mówienia, spojrzałaby na niego, mogłaby zobaczyć czerwone oczy spoglądające uważnie prosto w jej stronę. Spojrzenie to nie kryło w sobie żadnych emocji, jednak sugerowało, że Ni słucha i zapamiętuje. A koniec opowieści… był jednocześnie początkiem, jednak czegoś innego. Ostatnie słowa Sally sprawiły, że lisołak zaczął analizować to, co mu powiedziała. Koniec był zarazem startem szeregu procesów myślowych, które wypełniły głowę zmiennokształtnego zabójcy. Na początku nie spodziewał się, że ta historia może wywołać taką reakcję u niego, jednak właśnie to się stało, a on siedział teraz przed strażniczką z głową pełną fragmentów jej opowieści, które rozbijał na czynniki pierwsze i pojedyncze słowa, próbował jednocześnie zrozumieć sens niektórych części i tego, co się pod nimi kryło. Zwłaszcza pod pseudonimami – tak naprawdę jedynie dwie nazwy potrafił przypisać do osób, które znajdowały się w obozie. Wiedział, że Królewną była sama Sally, a Księżniczka, która później stała się Hersztem – na pewno musiała być to Dean. Królem mógł być mag, którego Ni mógłby porównać ze swoim Ojcem, a pozostała dwójka, czyli Pan Natury i Pan Ciemności mogli być innymi magami, którzy pomagali przy tworzeniu lisołaków… I właściwie tyle, jeśli chodziło o to, czego jest pewien albo, czego jest niemalże pewien. Nad resztą zastanowi się później. Wiedział, kto będzie pilnował go jako następny i wiedział też, że osoba ta, łagodnie mówiąc, nie przepada za nim. Dlatego też spodziewał się małej chęci do rozmowy ze strony Howl, co przełoży się na to, że będzie miał sporo czasu na myślenie o opowieści Sally.
         – Zapewniłaś mi rzeczy do przemyślenia na czas, w którym będzie mnie pilnowała Howl – powiedział do niej. Możliwe, że ona sama była tego świadoma, w końcu raczej umyślnie posługiwała się (prawdopodobnie) wymyślonymi przez nią pseudonimami, które w pewien sposób przedstawiały też samą postać i „otwarcie” łączyły się z osobą, do której pasowały. Teraz tylko Ni musiał odkryć te połączenia i nie miał zamiaru pytać jej o jakieś podpowiedzi. Po słowach tych, podążył swoim wzrokiem za spojrzeniem zmiennokształtnej i również zobaczył zbliżającą się Howl.
         – Wygląda na to, że nasza rozmowa dobiega końca – dodał, a przez brak emocji w jego głosie naprawdę ciężko było stwierdzić, czy koniec ten przyjmuje z ulgą, czy może wręcz przeciwnie.

Gdy Howl podeszła w końcu do nich, żeby zmienić jego aktualną – przynajmniej jeszcze przez chwilę – strażniczkę, lisołak kiwnął jej tylko głową na powitanie. Chociaż, szczerze mówiąc, spodziewał się, że nawet tak oszczędny gest spotka się z jej dezaprobatą. Nie, żeby mu to szczególnie przeszkadzało – w końcu niekoniecznie zależało mu na tym, żeby kobieta ta go polubiła. Zresztą, nie mogło być przecież tak, że każdy członek grupy podchodził do niego z mniejszym lub większym wrażeniem, którym sprawić chcieli, żeby wydawało mu się, że go lubią. Także mniej albo bardziej. Właściwie pozostało mu tylko zobaczenie, jak pożegna się z nim Sally, pożegnanie jej i później będzie mógł wrócić w głąb swego umysłu, żeby móc lepiej „przyjrzeć się” częściom historii tej grupy, a także spróbować rozszyfrować niektóre pseudonimy.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Tak, to był koniec ich rozmowy. Sally było zarówno przykro, jak i czuła się spełniona wartowniczym czasem. Spędziła z Ładnym Ni cały poranek, pokazała się od jak najlepszej strony, wykazała mądrością i jeszcze siedziała tak blisko niego, że aż czuła jego przyciągający zapach! Co oczywiście znaczyło, że i jemu nie mogła umknąć woń zadbanej młodości. Z taką zanętą powinien dać się łatwo złapać na haczyk wrodzonego wdzięku i nabytych walorów - o ile nie pozwoli mu się przedawkować. Nie. Należało odejść i dać mu czas na odczucie niedosytu. Jeżeli sam nie zorientuje się, że pragnie jej (towarzystwa) to wszelkie przyszłe zabiegi na nic się nie zdadzą - rozpieści go i znudzi swoją obecnością nim biedak się uzależni. A do tego nie można było dopuścić!
        - Była to najlepsza warta jaką pełniłam! Na następną też przyjdę przygotowana, więc czekaj niecierpliwie! Och, tylko nie wiem kiedy ona będzie… ale to nic. - Już stojąc nachyliła się ku niemu lekko i uśmiechnęła promiennie. Tylko trochę knując. - Do zobaczenia później! - Pomachała mu podbiegając do wilkołaczki i okrążyła ją.
        - Howl, zostawiam ci go, ale bądź delikatna, dobrze? - zapytała przytrzymując jej ramię, to zaraz odsuwając się za jej plecy. Wilczyca westchnęła.
        - Postaram się - mruknęła grobowo i kiedy młoda ją puściła ruszyła dalej, surowo patrząc na nowego więźnia. Tak, dla niej nadal był nowy. I - jeśli miała być szczera - zbędny. Na co im kolejny przeszkolony zabójca, do tego z problemami natury bezemocjonalnej? Wiedzą ile wysiłku będzie trzeba włożyć, by zrobić z niego cokolwiek, czemu można by chociaż próbować zaufać? Nieważne jak długo tu zostanie, zawsze ktoś będzie musiał być w pobliżu. A kiedy on się zbliży każdy będzie musiał mieć się na baczności. I po co? Dopiero co ustabilizowali drużynę. Nawet nie nacieszyli się nowo uzyskanym spokojem, a tu proszę - kolejny łotrzyk do kolekcji. Ech, Dean, Abel i te ich słabostki. Ale kto wie, może jeszcze zmienią zdanie, gdy przekonają się, że obecny tu lisi patyk jest niekontrolowalny. Będzie dla nich problemem.

        Skinęła mu głową zdawkowo, na swój sposób doceniając, że ten ,,problem” potrafił jednak okazać choć odrobinę szacunku. Rozsądnie w jego położeniu. Ale tym bardziej będzie go miała na oku.
        Usiadła parę kroków od niego - dalej niż jakikolwiek strażnik wcześniej. I zdecydowanie dalej niż Kicia, która na zmianę osób zareagowała jedynie leniwym otwarciem oczu, a za oparcie nadal mogła robić. Przez chwilę popatrzyła na wilczycę porozumiewawczo, ziewnęła i wyciągnęła się, kładąc głowę na łapach. Jak ją Howl zawoła to wstanie wgryźć się w białego samczyka, ale na razie… cisza. W końcu cisza.
        O błogości!

        A cisza jakiej pragnęła Kicia była po prawdzie milczeniem. Liście nadal szeleściły rozkosznie, ptaki ćwierkały wśród gałęzi, krakały przelatujące wrony, a pazury wiewióreczek chrobotały o wyschłą korę. Słychać było kroki i wzdychania - bicie płacht namiotów, odkładanie naczyń, struganie czegoś w drewienkach. Oddalone rozmowy w zmiennokształckim dialekcie. Obóz i las żyły własnym życiem, podczas gdy atmosfera obok kotki zamarła w bezruchu i zgęstniała leciutko, jakby gadanie Sally było tym orzeźwiającym podmuchem, który doceniało się dopiero gdy zniknął. O ile nie lubiło się tak jak Kicia zastygłej duchoty intensywnej walki na instynkty i myśli. Bo nie wątpiła, że milcząca dwójka coś sobie tam wyobraża. Dwunogi uwielbiały się tym zajmować, kiedy nie otwierały akurat ust. I o jakich rzeczach myśleli? Miała nadzieję, że o polowaniu i przyszłym obiedzie, bo miała ochotę na jakieś ciepłe podroby. Jak nie, sama będzie musiała o siebie zadbać.

        I być może tak miało się to skończyć; Howl bowiem nie zastanawiała się teraz nad czymś tak prozaicznym jak przyszły posiłek - teraz były to sprawy sekundarne. Owszem, zwykle to ona przypominała o czasie wykonywania praktycznych i podstawowych czynności, nadzorując wszystko, gdy Dean czy Abel nie miały do tego głowy i na nią igryska zwykła liczyć najbardziej. Lecz teraz jej posiłkowa opoka skupiła się na zadaniu. Na lisie.
        Jak wszyscy…

        Ona jednak nie miała zamiaru wdawać się z nim w rozmowy. Po pierwsze trudno by było, bo o ile się orientowała nie mówił w ich języku (lub bardzo dobrze udawał), a po drugie - tyle co Sally i Natan nie wyciągnęłaby z niego nawet gdyby wepchnęła mu łapę do gardła, a drugą w ucho i dostała się do jego mózgu. Nie, nie wiedziałaby nawet co z tym zrobić. Urokiem osobistym zaś nawet nie zamierzała go przekonywać - jej argumentem była albo powinność albo pięści. Powinności względem niej zaś nie miał, a przemocy zakazali jej używać. No, chyba, że próbowałby jakiś sztuczek. I cicho na to liczyła. Nie miała zamiaru go jednak w żaden sposób prowokować.

        Siedziała prosto i spokojnie, jak pasterski pies, czujna i wyważona. Po jej postawie widać było wyszkolenie - gotowość by godzinami warować, jak i wykonać atak, gdy będzie potrzeba. Nie pozwalała sobie na swawolę czy niepoważny wygląd, a i agresję starała się jakoś powściągać. I kiedy w końcu się to udało, gdy przestała marszczyć nos i brwi, a oczy jej nieco złagodniały, przed Ni nie siedziała już złowroga wadera, a sunia z małym noskiem i sterczącymi uszkami. Tak, zdecydowanie była bardziej psem niż faktycznym dwunogiem. Potężny, nieludzki kark przechodził w szerokie ramiona, a tors był wąski i podłużny, bardziej niż u jakiejkolwiek kobiety. Nóżki miała krótkie, zwierzęce - trudno było pojąć jak na nich stała, a siedząc zginała je tak jak każdy psowaty. Całości obrazu dopełniały proporcje - masywna u góry, krępa i niska, łatwo zbliżała się do podłoża i można było wnioskować, że na czterech kończynach lepiej jest jej biegać niźli na dwóch. Nie była przy tym nazbyt wysoka czy tęga, to bujne futro na karku odpowiadało za pierwsze wrażenie zwierzęcej potęgi. Ręce miała silne, jednak nie przerośnięte. Nie dorównywała w posturze takiemu Blue, przy Natanie w ogóle przypominając pchełkę. Pyszczek naznaczony samiczą szczupłością wyjątkowo zaś wpisywał się w kanon słabszej płci, ale jego katoński wyraz potrafił to zamaskować. Podobnie miecz przy pasie i godna postawa czyniły z niej kogoś, kogo nie chciało się przechodząc poklepać po główce. O nie - lepiej było nawet nie próbować. Jej waleczność i doświadczenie dodatkowo podkreślało ubranie - służył za nie ciemny skórzany pancerz z naramiennikami, u dołu zwieńczony fartuchem, a przyozdobiony metalową płytą w kształcie gwiazdy. Ostre jej brzegi przypominały wilcze kły i temperament Howl - taka przynajmniej była wersja jednego z towarzyszy.
        Który nawiasem mówiąc obserwował już wszystko z ukrycia.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Hrabstwo Ascant-Flove”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości