Hrabstwo Ascant-Flove[Niewielka wioska i jej okolica] Moje i Twoje nadzieje

Rozległe ziemie powstałe ze względnie niedawnego połączenia dwóch osobnych hrabstw - Ascant i Flove. Mimo, że położone w niedalekim sąsiedztwie Pustyni Nanher same są żyzne i całkiem gościnne, choć ostatnia głowa rządzącego rodu zaniedbała swoje obowiązki, przez co wiele dróg i mostów nadal wymaga naprawy.
Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

         – Tak, zawsze mogę spróbować – odpowiedział. Wiedział już, że na pewno zamierza to zrobić i to może nawet przy najbliższej okazji, przy której będzie rozmawiał z dziewczyną… Bo teraz wiedział, że na pewno nie zostawi go w spokoju i będzie chciała z nim rozmawiać. Poza tym, może dzięki temu będzie się ona chociaż trochę powstrzymywać przed gestami, które będą niepotrzebne i będą też sprawiać, że będzie przekraczała pewną granicę. Oczywiście, liczył się też z tym, że jego słowa tak naprawdę na niewiele się zdadzą i ostatecznie nie uda mu się zmienić niczego, jeśli chodziło o tą kwestię, ale i tak chciał spróbować.
         – Może powiem jej o tym, gdy przyjdzie jej czas na siedzenie przy mnie – odparł. A przypominając sobie pierwsze spotkanie z nią… cóż, wydawało mu się, że ten czas nastanie dość szybko, może nawet Jean zostanie zmieniona właśnie przez Sally. Przeczucie podpowiadało mu właśnie to i w tym przypadku raczej mógł mu zaufać.
         – Mhm – mruknął tylko w odpowiedzi na ostatnie pytania, które mu zadała. Później znów pogrążyli się w ciszy, jednak wyglądało na to, że ani jej, ani jemu w ogóle to nie przeszkadzało. Ni ponownie postanowił wykorzystać ten czas na to, żeby poświęcić trochę więcej uwagi dla swoich myśli i przez to znów najpierw przez chwilę porządkował nowe informacje, a później jeszcze raz zaczął myśleć nad planem ucieczki, zastanawiając się też, czy może ulepszyć i dopracować go jeszcze bardziej.

Czasem, gdy już uznawał, że powinien wrócić do rzeczywistości, przyglądał się temu, co właśnie robiła pilnująca go kotołaczka. Co prawda nie widział, jak ustawia niewielkie wieże z kamyków, jednak domyślił się, że są one jej dziełem. Mimo że była małomówna, to wyglądało na to, że zawsze musiała mieć jakieś zajęcie, na którym mogłaby się skupić i którym mogłaby się zająć.
Podniósł lekko głowę, gdy usłyszał prowadzoną w pobliżu rozmowę. Jean rozmawiała z inną członkinią grupy, która należała do wilkołaków. Zapytała ją o jakiś zestaw do szycia, jednak tamta odpowiedziała jej w tym innym, niezrozumiałym dla niego języku i dlatego też Ni słyszał tylko połowę rozmowy, a drugiej albo musiał się domyślać – po gestach i emocjach tamtej – albo po prostu dać sobie spokój i zadowolić się tym, co udało mu się usłyszeć.
         – Jeśli nie będę się do niej odzywał to myślę, że przebiegłoby to spokojnie – odezwał się, w myślach licząc na to, że właśnie tak będzie. Howl wyglądała na taką, która raczej nie będzie chciała z nim rozmawiać i będzie zdenerwowana przez to, że kazali jej go pilnować, bo w tym czasie przecież mogłaby robić coś innego.
W końcu kotołaczka dostała swój zestaw do szycia. Na początku Ni raczej nie interesował się tym, co robiła, znowu myśląc nad innymi sprawami, które były dla niego ważne, jednak za każdym razem wracał do rzeczywistości i był w pełni czujny, gdy tylko ktoś podchodził do nich i przynosił Jean jakąś rzecz do zaszycia. Po jakimś czasie zaczął trochę bardziej zwracać uwagę na zajęcie zmiennokształtnej i szybko stwierdził, że wszelakie dziury w ubraniach zaszywa bardzo zręcznie i z wprawą osoby, która robiła to już wiele razy.
         – Jeśli masz czarną, cienką nić, możesz też spróbować naprawić moją maskę – rzucił propozycję. Oczywisty brak emocji w jego głosie sprawił, że nawet nie dało się rozpoznać, czy zależało mu na tym, czy może niekoniecznie i wiedział, że prędzej czy później i tak wejdzie w posiadanie nowej i identycznej maski. Jeżeli Jean zdecydowałaby się na to, żeby to zrobić i chwyciłaby jego maskę, żeby zdjąć ją z jego szyi, na pewno poczułaby pod palcami miękki jedwab, z którego była ona zrobiona.
Widział też, że grupa przygotowuje się do kolacji – najpierw przynieśli upolowane zwierzęta i zajęli się nimi w odpowiedni sposób. Jedni rąbali drewno na nowe ogniska, ktoś inny zbierał zioła i jeszcze ktoś przyniósł także grzyby. Widać było, że podróżują ze sobą dość długo i tworzą zgraną grupę, w której każdy zajmuje się czymś innym. Chociaż to sprawiało lisołakowi trudności w dowiedzeniu się, kto tak naprawdę jest tu przywódcą. Musieli jakiegoś mieć, tego akurat był pewien, jednak… nikt nie wyglądał na osobę, która przewodzi całej grupie – każdy wydawał się stać na równi z każdym.

Po jakimś czasie ponownie zapłonęły ogniska, tym razem bardziej przystosowane do tego, żeby piec nad nimi mięso, a członkowie zmiennokształtnej grupy powoli zaczęli zbierać się przy nich, wyraźnie czekając na wspólny posiłek. Zdziwiło go trochę to, co powiedziała do niego kotołaczka, bo nie spodziewał się, że zostanie zaproszony do „jednego stołu” - w końcu był ich więźniem i nieznajomym, który im nie ufał (i oczywiście spodziewał się, że oni także mu nie ufają). Dlatego też bardziej prawdopodobne wydawało mu się, że ktoś – prawdopodobnie osoba, która go pilnowała – przyniósłby mu jedzenie i jadłby tutaj w samotności, a nie razem z nimi. To było też przyczyną tego, że na samym początku miał pewne opory przed wstaniem i pójściem za Jean, chociaż ostatecznie zrobił to, angażując do tego wrodzoną zwinność i przez naprawdę krótką chwilę sprawiając wrażenie osoby, której tak naprawdę nie ograniczają te więzy, mimo że nie były one zwykłą liną. Ruszył za Jean, trzymając się jakieś dwa kroki za nią, a im bliżej ogniska i innych zmiennokształtnych byli, tym lepszy widok miał na to wszystko i… mógł znaleźć sobie odpowiednie miejsce. Jakie ono było? Umiejscowione na uboczu i jednocześnie w miejscu, w którym mógł obserwować ich wszystkich. Chyba dość jasno wskazywało to na to, że nie jest częścią grupy (a przynajmniej on sam się za takiego nie uważa), a także nie ufa im i woli mieć ich wszystkich na oku.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Kotołaczka nie poruszała tematu maski - Sally zrobiła to już raz a za dobrze, więc nie było co rozdrapywać dalej. Ale oto lisołak okazał się całkiem rozsądnym stworzeniem i zamiast się obruszać na skojarzenia, postanowił rozmówić się z lisiczką, a maskę dać do naprawy. Skoro już była okazja.
        Propozycję rzucił tak beznamiętnie i luźno, że zdawało się, iż Jea wcale jej nie usłyszała. Ale kiedy już mógł być tego niemalże pewien, poruszyła się, obróciła i bez zbędnych pytań sięgnęła po materiał. W przeciwieństwie do przyjaciółki nie wykorzystała tej okazji by niecnie chłopaka obmacać - jak na warunki to ledwo mógł poczuć, że w ogóle majstruje coś przy jego szyi. Oczywiście rękaw nie rozciągał się nie wiadomo jak, ale naderwany łatwo dał się zdjąć - Ni tylko lekko się przy tym potargał. No ale ten… to jego sprawa. Ona miała robotę.

        Usiadła na miejscu i przyjrzała się materiałowi - bardziej palcami niż wzrokiem. Był delikatny, trudny do zszycia, bo i specyficznie tkany - na pewno drogi. Jej możliwości jednak nie przerastał, choć fakt, zwykle zajmowała się lnem, wełną i barchanem. Z tego jednak wynikała też pewna korzyść - jeżeli miała jakieś nici jedwabne, nie zużyła ich jeszcze na nic innego.
        Pomyślała, pokiwała i przeszukała swoje zapasiki. Nie… nie do końca o to chodziło, ale musiało wystarczyć. Niech lis tak nie wydziwia przy stroju, bo tutaj nikt nie będzie go ubierał w kosztowne ciuszki i lśniącą bieliznę.
        - Obawiam się, że ślad będzie widać, ale przynajmniej nie będzie spadać. Chociaż nie wiem po co ci maska na teraz - zasugerowała, że chwilowo nie będzie miał się przed kim ukrywać, choć mogłaby dodać, że i buźkę miał na tyle ładną, że szkoda ją tak zasłaniać. Tym bardziej nie musiała prawić mu komplementów - zwłaszcza, że już został wychwalony przez Sally i pewnie jeszcze będzie. Jak świadom swojej urody to niech sam myśli jak ją wykorzystać.
        Lub jak za nią płacić.

        - Proszę. - Skończyła na chwilę przed kolacją i wyciągnęła rękaw ku niemu, na chwilę chyba zapominając, że ma skrępowane nadgarstki. Ocknęła się po chwili i chyba nawet prychnęła cichutko, zanim znów pochyliła się nad białowłosym i ostrożnie założyła mu maskę. Nieco koślawo, ale zawsze. Tym razem też bez kontaktu dłoni z jego ciałem się nie obyło, ale kotka nie znajdowała przyjemności w dotykaniu go przy okazji naprawiania odzieży, co dało się poznać po jej szybkich ruchach - trochę problemów miała przy tej wspaniałej kamiennej ozdóbce od Dean, ale ostatecznie materiał skończył na swoim miejscu. Chłopczyna poprawi go sobie później.

* * *


        Po paru chwila usiedli przy ogniu i spełnił się sen kotki - JEDZENIE!
        Tak, niektórzy poświęcali większą uwagę pieczeni niż obcemu - zwłaszcza ona, która choć skubała swoją porcję wolniutko, rozsiadła się teraz niemal na drugim końcu zgromadzenia i zagadywała do Sally, którą powstrzymała od natychmiastowego zwalenia mu się na głowę. Poza tym lisica miała chyba do niej sporo wyrzutów, pretensji i żartów, bo raz nakręcona zaczęła nawijać przechodząc od wymachiwania rękami, burczenia, po śmiech i przyjacielskie trącanie. Od czasu do czasu zerkała tylko kontrolnie na lisa czy przypadkiem jej się nie przygląda… mógłby na nią zerkać niekiedy, czyż nie?
        Jego zerkań nie potrzebowała natomiast Howl, pilnująca żaru, czy Tiffy, który też usiadł nieco na uboczu - dalej od ognia. Na oku mieli go głównie Natan (żarłocznie walczący o każdą porcję jelonka z Howl i Dean) oraz Abel - kotka, która na swojej pozycji najlepiej go widziała. Nie mrużyli jednak na niego oczu ani nie ostrzegali niemo, żeby się nie ruszał, bo przywalą mu w łeb jakim kijem. Raczej zaciekawieni byli czy mu smakuje i czy nie wypłoszył im się za bardzo. Siedzenie w takim gronie… mogło być nieco stresujące, a przynajmniej męczące jeżeli uważało się na każdy ich ruch.
        I skoro uważał… na pewno nie przeoczył, że przy wieczerzy jednak kogoś zabrakło. Nie było pantery.
        Widocznie nigdy nie skupiali się wszyscy w jednym miejscu. Przynajmniej nie na zbyt długo.
        - Wolisz udziec czy polędwicę? - zagadała z nagła Abel, wyciągając obie propozycje na glinianych podstawkach. - Dean, podasz mu?
        - Ja chętnie mu podam.
        - Ty siedź, Jack. Już raz się popisałeś, wystarczy.
        - Mógłbym przyjrzeć mu się jeszcze z bliska.
        - Tak, myślę, że dlatego usiadł tak daleko, żebyś mu się z bliska przyglądał. Musimy chyba znowu porozmawiać o twoich zapędach. -
Kotka poklepała go po plecach, ale on strząsnął ją z siebie, naburmuszony.
        - Myślę, że lepiej mu będzie słuchać. - Jean nagle zabrała głos znad sarnich resztek. - Wspólnego.
        Na chwilę umilkli, zastanawiając się, po czym przeszli nad tą uwagą do porządku dziennego.
        Był w tym sens.

        Nie minęła chwila, a Ni miał już talerz z porcją na kolanach, a od ogniska odszedł wilkołak od brzytwy, dziękując w wspólnym za posiłek.
        - I nie rozdzieraj mu już ciuchów, dobra? Straszna burżuazja w tych ubraniach, nie mam do tego narzędzi. - Jean tylko zdążyła zwrócić mu uwagę, a gdy z szalonym śmiechem wzruszył ramionami, wróciła do jedzenia.
        - Naprawiałaś mu maskę? To niesprawiedliwe! Ja chciałam! - Sally na nowo weszła w fazę pretensji. - Dlaczego mnie nie zawołałaś!?
        - Bez urazy Salciu, ale nie chciało mi się.
        Szczera odpowiedź.
        - ALEEEE! Następnym razem zawołaj, dobra!? Ej, Jack! Nie słuchaj jej! Rozpruj mu coś jeszcze, tylko niechcący!
        - To akurat mogłaś rzucić w dialekcie. Usłyszał cię. - Jea wskazała kością na lisołaka.
        - Och… och! Ale to nie celowo! - krzyknęła Sally, tym razem do niego, jakby to cokolwiek usprawiedliwiało. - Po prostu chciałam…
        - Co się przejmujesz, posiedzi tu jeszcze trochę i jego ciuchy same się zaczną rozpadać. Popatrz na Dean - Natan wtrącił się z hultajskim uśmieszkiem.
        - Na mnie? A co jest złego w moim ubraniu? - Ruda w odpowiedzi zmierzyła go wzrokiem. - Przynajmniej noszę koszulkę skoro już mi ją zacerowano. Ty też byś mógł.
        - Koszulkę? Szkoda zakrywać takie ciało. No przyznaj, że żal. - Wyprężył się dla żartu, a lisica mimowolnie pokręciła głową.
        - Mógłbyś nie przyjedzeniu? - poprosiła za to Howl z udawaną uprzejmością. I TO już był afront.
        - Wybacz mi wielce, o jaśnie kudłata, ale pytam o zdanie kobiety, a nie pieska w kaftanie. - Ukłonił się i odskoczyli, by znowu się tłuc. Znaczy - porzepychać się kulturalnie za plecami reszty.
        - Dean, a kto teraz będzie siedział z… jak mu na imię? - W końcu przed szereg wychylił się biały wilkołak. Jak w dzień starał się trzymać blisko lisołaczki tak i teraz usiadł obok niej i to zza jej sylwetki spojrzał na związanego.
        - Och, właśnie, dobry pomysł - podchwyciła. - Ni, to jest Blue. Blue, Ni. Teraz się znacie. Ale warty jeszcze nie ustaliłam. Kto ma siły? - rzuciła w przestrzeń, a po chwili nad trzaskiem popiołu poniósł się znany pisk.
        Kobiecy pisk.
        - Sally! - ucieszyła się Dean. - Ty nie. Natan, chcesz? Będzie bezpieczniej zostawić was w nocy razem - podsumowała, a on, uchylając się od kolejnego ataku pokiwał głową.
        - Coś w tym jest. Ale co ty, nie dasz jej szansy? - Uspokoił gestem Howl i podszedł do fenkowatej Sally. - No patrz, jak się stara.
        Dean zerknęła na nią, potem na Ni… starała się uzyskać od niego jakąś subtelną odpowiedź, ale i bez niej łatwo mogła zadecydować:
        - Warta Sally jutro and ranem. Wyśpij się dobrze - rzuciła do niej tak stanowczo jak tylko się dało.
        - YEEEEEY!
        Zadziałało.
        - Natan, to weźmiesz go teraz. Blue, ty pamiętasz…
        - Tak, tak.
        - A więc ustalone. Em… poczekaj, wybacz, zapomniałam. - Dean wydawszy rozporządzenia wstała i przysiadła się do Ni. Zmachana po całym dniu, nadal patrzyła na niego bystro i całkiem hardo - tak jak kilka godzin wcześniej. Lecz była nieco milsza w obejściu. Może dlatego, że z częścią kłopotów już się rozprawiła i nie musiała być w ciągłym biegu. Czy to umysłowym, czy czysto fizycznym.
        - Rozwiążę cię na chwilę. Będzie ci nieco wygodniej… się jadło. Ale będę przez ten czas przy tobie siedzieć. Rozumiesz. - Tak, sądziła, że zrozumie. I że uzna to mimo wszystko za akt dobrej woli, a nie tylko okazję do ewentualnej ucieczki. Może nierozsądnie było go "uwalniać" już pierwszego wieczora, ale…
        - Hmm, mocno to związały. Tak, przerwa od tych lin zdecydowanie się przyda. - Zręcznie rozplątała zmyślnie splątany węzeł i puściła. Na moment, ułamek sekundy jakby wszyscy wstrzymali oddechy - ale jej silna ręka tylko klepnęła uwolnione nadgarstki.
        - Wykorzystaj okazję i rozruszaj je jakoś - poradziła z nikłym uśmiechem, wracając uwagą do swojego posiłku. - Dam ci trochę wolnego, ale potem muszę związać cię ponownie.
        Tak, to też na pewno rozumiał.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Siedział przy ognisku razem z całą grupą zmiennokształtnych, którzy wcześniej go złapali, chociaż i tak trzymał się trochę na uboczu, jasno dając do zrozumienia, że nie czuje się częścią ich grupy i że zwyczajnie im nie ufa, a może i nawet nie chce zaufać i spoufalać się z nimi. Maska, która teraz spoczywała na jego szyi i mogłaby wydawać się jakąś chustą, była naprawiona, chociaż na początku sam zdziwił się nieco, że zapytał Jean, żeby ją dla niego naprawiła. Kotołaczka zrobiła to chwilę przed tym, jak musiał wstać i udać się na miejsce, w którym jedli kolację.
Czuł na sobie wzrok Sally, która siedziała naprzeciw niego i co jakiś czas zerkała w jego stronę. On też to robił, ale głównie po to, żeby upewnić się, że dziewczyna nadal znajduje się na swoim miejscu i ognisko (a także jedzenie piekące się nad nim) wystarcza, żeby ich od siebie odgrodzić. Poza tym czuł też na sobie spojrzenia innych osób, chociaż i tak nie przyglądali mu się wszyscy. Doskonale rozumiał to ich zainteresowanie - ciągle chcieli mieć go na oku, żeby mieć pewność, że nie zacznie czegoś kombinować, mimo że jego możliwości były mocno ograniczone przez te magiczne, kamienne więzy, które wcześniej założyła mu Dean. Nigdzie też nie widział pantery, która… właściwie nie był pewien, czy ma postać ludzką albo czy chce ją pokazywać i w niej przebywać. Przez chwilę czuł nawet ciekawość z tym związaną, jednak jego uwagę skupiła na sobie inna zmiennokształtna, która zapytała go o jedzenie, a dokładniej mówiąc o to, jaką część pieczonego zwierzęcia wolałby zjeść.
         – Polędwicę – odpowiedział krótko, co zresztą robił dość często, gdy z nimi rozmawiał. Zauważył, że ta część mięsa była bez kości, co oznaczało, że po prostu lepiej będzie się ją jadło. Na początku chciał powiedzieć, że jest mu to bez różnicy, bo mięso to mięso, jednak ostatecznie postanowił, że dokona jakiegoś wyboru. Postanowił też, że nie będzie nic wspominał o tym, o czym oni doskonale wiedzą, czyli o tym, że jego ręce są skrępowane i nie będzie mógł użyć ich, aby samemu zjeść część pieczonej sarniny. Chciał też zobaczyć, jak postanowią to rozwiązać – ktoś go nakarmi, czy może na chwilę odzyska wolność dłoni i rąk? Zobaczymy. Zobaczymy… Zresztą, oni znowu zaczęli rozmawiać w tym dziwnym języku, którego nie znał i uznał, że może ustalają właśnie rozwiązanie sytuacji, o której pomyślał przed chwilą.

Wybrany przez niego talerz spoczął na jego kolanach już po chwili, jednak… i tak nie mógł ruszyć jedzenia bez gimnastykowania się i manewrowania ciałem, czego właściwie nie chciał robić. Nie chciał prezentować im swojej gibkości, którą zresztą osiągnął przez wiele lat ćwiczeń. Wolał chwilę poczekać, bo w sumie i tak nie był szczególnie głodny. Mógł też przecież zająć się czymś innym, bo zmiennokształtni zaczęli rozmawiać w języku wspólnym, który przecież rozumiał. Sally znowu miała do kogoś wyrzuty – tym razem była to Jean – które związane były z czymś, co ponownie dotyczyło jego osoby. Naprawdę będzie musiał przynajmniej spróbować jakoś zmniejszyć to jej zainteresowanie jego osobą, chociaż wydawało mu się, że prawdopodobnie i tak nie uda mu się tego dokonać. Cóż, na pewno porozmawia sobie z nią o tym, gdy nastanie jej czas pilnowania go. Czas, na który dziewczyna ta najpewniej czeka z niecierpliwością. W milczeniu przysłuchiwał się ich rozmowie, od razu zapamiętując jakieś informacje, które pojawiły się w niej i, które uważał za przynajmniej trochę przydatne.
Przez jego oblicze przemknął uśmieszek tak szybko, że gdyby ktoś na niego spoglądał, to odniósłby wrażenie, że to prawdopodobnie światło ogniska padło na jego twarz tak, że cienie załamały się w taki sposób, że mogłoby wydawać się, iż na twarzy Ni pojawił się właśnie taki grymas. Tylko, że… on rzeczywiście przez króciutką chwilę się uśmiechał, w momencie, w którym Dean uciszyła Sally i zgasiła jej chęci pilnowania go. Subtelnie pokręcił głową, gdy Ruda na niego spojrzała. Miał nadzieję, że zrozumiała przesłanie, które brzmiało: „Nie. Na pewno nie nocą, gdy może będę spał”. Zresztą, wątpił, żeby udało mu się usnąć, gdyby miała pilnować go Sally – obawiał się trochę, co dziewczyna mogłaby mu wtedy zrobić. Co prawda miał sen raczej czujny i płytki, ale niewiele mu to pomoże, gdy będzie skrępowany i nie będzie mógł się obronić. Wrócił też na chwilę do jednej z wcześniejszych myśli – gdy zastanawiał się, kto może tu pełnić rolę przywódcy. Coraz bardziej zaczynało wydawać mu się, że kimś takim może być właśnie Dean, jednak jeszcze nie miał co do tego pewności. Trochę tej pewności zyskał właśnie, gdy słuchał dialogu zmiennokształtnych, gdy rudowłosa zapytała o warty, a później powiedziała, jak mają one wyglądać. Nikt nie próbował zmienić tej decyzji albo zaproponować innego rozwiązania, i wszyscy to zaakceptowali.
         – A już myślałem, że będziesz mnie karmić. Ty albo ktoś inny z grupy – rzucił do dziewczyny, chociaż na krótką chwilę spojrzał w kierunku Jean i Sally, gdy wypowiadał słowa „ktoś inny z grupy”. Nie dało się jasno stwierdzić, czy patrzy na jedną z nich, czy na nie obie.
         – Pewnie tego po mnie nie widać, ale zaskoczyłaś mnie nieco tym gestem – dopowiedział, w końcu prostując ręce i dłonie, wyrzucając je szybko przed siebie i machając wyłącznie dłońmi, zupełnie jakby coś z nich strzepywał, na koniec rozruszał trochę nadgarstki, wprawiając je w ruch obrotowy, siłą rzeczy także zakreślając nieduże okręgi przy pomocy dłoni, teraz lekko zaciśniętych w pięści.

Mimo wszystko nie miał zamiaru wykorzystać tej chwilowej wolności do ucieczki, bo wiedział, że wszyscy byli na to przygotowani, bo najpewniej właśnie tego by się po nim spodziewali. Zamiast tego w jedną z dłoni chwycił gliniane naczynie i ułożył je sobie na rozłożonej, prawej dłoni.
         – Macie jakieś sztućce…? Nawet zwyczajny, drewniany widelec wystarczy - zapytał, bo na jego talerzy właściwie znajdowało się jedynie jedzenie, nie było na nim żadnych sztućców. W końcu nie wymagał od nich jakiejś bogatej zastawy, która jakościowo będzie taka sama, jak materiał jego ubrań. Jeśli dostanie to, o co poprosił, zaczął dzielić mięso na mniejsze części, nabijać je na widelec i spokojnie zjadać, nie spiesząc się z tym. Jeśli nie, cóż… zacząłby jeść palcami, wskazując na to, że ten sposób także nie jest mu obcy, jednak zachowałby przy tym swoje maniery i nadal jadłby spokojnie.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

- Karmić? - Dean wydawała się lekko zdziwiona. - Nie sądzę, że chciałbyś być karmiony przez… kogokolwiek - przyznała, nie do końca niechcący zerkając w stronę Sally. - I proszę. - Uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi na następne słowa. - Nie zależy mi na tym, żeby było ci tutaj źle (Choć brzmi to absurdalnie). A chyba zraziłabym cię zbyt mocno, każąc komuś wkładać ci kawałki mięsa do ust. Inna sprawa, że jeśli będziemy musieli trzymać cię związanego to właśnie Sally o to poproszę - wypowiedziała uprzejme ostrzeżenie, bo choć darować sobie mogła wszelkie groźby (gdyż wcale się w nich nie lubowała), a Ni na pewno sam doszedł do odpowiednich wniosków… tak nie mogła się powstrzymać, by nie użyć młodszej lisiczki jako straszaka czy też metaforycznego kija. Marchewką niech będzie ciepły posiłek i fakt, że chwilowo dali mu spokój.
Chwilowo.
Ale tym razem to on sam niejako upomniał się o ich uwagę - prosząc o zastawę. Czego absolutnie się nie spodziewali. Nie widział jaka z nich banda włóczęgów? Właśnie dlatego część z nich oniemiała na chwilkę, a część zaczęła chichotać. Tylko Sally westchnęła oczarowana, że ich złapany przystojniak jest wyjątkowy nie tylko przez kolor skóry… oczywiście, że miał swoje standardy!

- Świetnie, przygarnęliśmy sobie panicza! - Howl wywróciła oczami, odkładając na bok miecz z głuchym brzękiem totalnej beznadziei. - Co będzie następne; satynowa pościel? Korale?
Teraz Natan nie mógł powstrzymać śmiechu, który poniósł się gromko po małej polanie - ale czy śmiał się z domyślnych preferencji Ni czy z wyobraźni wilczycy, trudno było zgadnąć.
- I co cię tak bawi!? - huknęła na niego, ale nim wstała by ponownie go sprać, Abel pociągnęła ją za łokieć.
- Oj, nie nakręcaj się tak. Daj mu się wyśmiać. A proszenie o sztućce to nic niezwykłego. Cywilizowane istoty nie zawsze jadają rękami - upomniała ją dobrodusznie, choć jak i większość zgromadzonych rozrywała swoje porcje w palcach właśnie lub odgryzała kawałki bezpośrednio z całej porcji jakby wcinała nie kawał mięcha a puszystą bułeczkę. Ale Howl nie dała się udobruchać.
- Nie dość, że ma wolne ręce to jeszcze chce noży! Chyba mu nie dasz, Dean?
- Eee… nie sądzę, by o to mu chodziło… - Próbowała nie dać się wciągnąć w całą tę aferę, bo i zbyt wybujałym wydawał jej się pomysł, że lis rzuci się na nich wszystkich z przytępym sztućcem jako jedyną bronią. Prędzej bała się, że ucieknie, a widelec czy nożyk nie na wiele by mu się przy tym zdały. No, chyba, że chciałby je sobie zabrać na pamiątkę.
- Howl, on nie z tych - spokojnie siedząca Jea, wtrąciła znowu swoje trzy wyrazy. - Jak sama stwierdziłaś ma coś.         .Z panicza. Popatrz na ciuchy - zasugerowała, ale wilczycy nie w głowie było oglądać czernie jakiegoś królewicza, więc dobitnie warknęła w odpowiedzi.
- Pewno woli jeść.         .Tak jak ja - kontynuowała Jean i pomachała do niej widelcem, bo jako jedna z niewielu używała takich rzeczy. - No i nie znaczy, że będzie chciał potem korale.
- Po prostu ma klasę! - wykrzyknęła Sally, już nieco zeźlona, że obrażają jej idealnego chłopca. Przez ten wybuch uspokajanie Howl poszło na marne. Znowu się nakręciła.
- Jest wybrednym marudą i tyle! O ile nie podstępnym draniem, który komuś tym oko wydłubie!
- Nie sądzę, by był tak głupi, by ryzykował zemstę za piękne oczęta naszych kochanek - wyrwało się Natanowi, na co wszystkie dziewczęta hurtem zmarszczyły brwi w konsternacji.
- Waszego czego? - spytała Dean, jakby nie zrozumiała, a zanim kotołak zaczął jej wylewnie to zjawisko tłumaczyć, Blue usadził go na miejscu i pokręcił głową upominająco. Z kim jak z kim, ale z ich towarzyszkami przecież nie chcieli zadzierać…
- Ja nie mam nic przeciwko - stwierdziła nagle rudowłosa, a Howl zaczęła się krztusić.
- PROSZĘ!?
- No wreszcie! Wiedziałem, że ulegniesz mojemu urokowi! Kochana Ruda! Ha!
- Co? Nie, puszczaj! Widelec! - Dean odepchnęła kota i popukała się w czoło. - Dajcie mu widelec! Doprawdy, Natan! - Palnęła go w ramię, a Howl z ulgą wypuściła powietrze. Już się bała…
- Nie strasz nas więcej. Musimy wierzyć w twój zdrowy rozsądek - Uśmiechnęła się Abel rozglądając się dyplomatycznie za sztućcem dla Ni. - Ktoś ma może? Czy wszystkie w naszej "kuchence"?
- Mogę mu pożyczyć - odparła Jean, gdy pocieszyła Natana, krótkim ,,nie miałeś szans”. Złapała w końcu kontakt wzrokowy z lisem i bez dalszych uprzedzeń rzuciła w niego widelcem. Prosto miedzy oczy - bo i była pewna, że jakoś z tym sobie poradzi.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

         – Mhm, wolałbym jeść o własnych siłach, ale mógłbym też nie mieć wyboru i, jeżeli chciałbym coś zjeść, to musiałbym przystać na to, żeby ktoś mnie karmił – odpowiedział po chwili. Było to pełne i raczej długie zdanie, które mogłoby troszkę ich zdziwić, patrząc na to, że wcześniej raczej starał się odpowiadać krótko i, jeśli była taka możliwość, to tylko jednym słowem albo nawet mruknięciem. W ogóle nie zareagował na wspomnienie o Sally, która… chyba za bardzo polubiła go już od samego początku. Wyglądało też na to, że pozostali również to zauważyli i wydawało mu się, że nie jest to ostatni raz, kiedy ktoś używa dziewczyny przy próbie zastraszenia go w jakiś sposób. Teraz – gdy jego dłonie były wolne – może nie przeszkadzałoby mu tak bardzo to, że siedziałaby gdzieś obok niego i próbowała zbliżyć się, może dotknąć go albo coś takiego. Teraz mógł się przed tym obronić, miał więcej swobody (przynajmniej przez jakiś czas), więc nie był bezbronny. Powinni też domyślić się, że sam w sobie mógłby być uważany za broń i to też było powodem, dla którego uważał na początku, że postanowią zostawić magiczne i zwykłe więzy na jego kończynach.

Nie spodziewał się, że jego zwyczajne pytanie o sztućce wywoła takie reakcja i… właściwie nawet chwilowe zamieszanie. Zauważył, że w tej chwili można było podzielić zmiennokształtnych na dwie grupy i to właśnie ze względu na to, jak zareagowali na jego słowa – jedną byli ci, których to zaskoczyło i oniemieli, a drugą te osoby, które zaczęły chichotać albo nawet się zaśmiały. A, no i jeszcze była Sally, która nie wpasowała się w żadną z tych dwóch grupek, bo dziewczyna westchnęła i przez chwilę patrzyła się na niego tak, jakby był jedyną istotą żywą w okolicy. Znowu zaczęli rozmawiać swoich językiem, chociaż niektóre kwestie padały też w mowie wspólnej. Ni nie był pewien, czy wolał, żeby całe dialogi toczyli sobie w tym swoim języku, czy może tylko częściowo… Oczywiście, najlepiej byłoby, jakby rozmawiali we wspólnym, żeby on także mógł ich zrozumieć, ale wątpił, żeby działo się to za każdym razem. Owszem, zauważył, że większość z nich nie miała problemu z jedzeniem bezpośrednio palcami, ale jego oczom nie umknęło też to, że Jean posługiwała się widelcem – głównie dlatego też zapytał o sztućce. Zresztą, nie chciał przecież całej zastawy. Wystarczyłby mu wyłącznie widelec, o którym nie myślało się nawet jako o broni, a przynajmniej na pewno nie byłaby to pierwsza myśl.
         – Nie jestem głupi – odparł, rzucając te słowa właściwie w przestrzeń. Na początku nawet nie miał zamiaru wtrącać się w rozmowę, chcąc po prostu poczekać na to, aż dowie się, jak rozwiążą kolejny problem, który przed nimi postawił. I później znowu się nie odzywał, wracając do wyłącznie słuchania rozmów i analizowania ich, szukając tam jakichś przydatnych informacji, które… chyba zawsze starał się zebrać. Raczej nie było to czymś dziwnym, patrząc na to, że prawie nic o nich nie wiedział i traktował ich jako potencjalnych przeciwników, którzy – gdy czas nadejdzie – przecież nie pozwolą mu uciec, a będą próbowali złapać go ponownie, może raniąc go przy tym… albo nawet od razu zabić, jeśli uznają, że nie uda się zrobić z nim tego, co chcieliby zrobić.
W końcu postanowili też zająć się „jego problemem” i spróbować go rozwiązać, co Ni dostrzegł, a raczej usłyszał, gdy Abel zapytała o to, czy ktoś może ma widelec. Podejrzewał, że prawdopodobnie sama Jean ma jakieś dodatkowe sztućce i nie pomylił się, chociaż zorientował się dopiero, gdy zobaczył, jak dziewczyna rzuca w niego widelcem, a ten leci prosto w jego stronę, za cel mając sobie przerwę między jego czerwonymi (i na swój sposób bardzo ładnymi) oczami. Nie był to dla niego problem albo coś, co byłoby niebezpieczne – nawet, jakby nie mógł złapać widelca, bo miałby nadal związane ręce, to i tak na pewno udałoby mu się uchylić przed sztućcem, który poleciałby dalej i albo wbił się w najbliższą przeszkodę (prawdopodobnie byłoby to jakieś drzewo), albo odbiłby się od niej i wylądował gdzieś na ziemi.

Ruch ręki białowłosego lisołaka był tak szybki, że ci, co patrzyli, mogliby odnieść wrażenie, iż rozmazała się ona w ruchu, gdy Ni podniósł ją i machnął przed sobą, łapiąc w ten sposób widelec niemalże tuż przed swoją twarzą. Najpewniej wprowadził też krótką chwilę napięcia, łapiąc przedmiot w ostatniej chwili, a Sally mogłaby nawet martwić się, że sztuciec rzeczywiście dosięgnie jego twarzy i, jeżeli nie przebije kości i go nie zabije, to wbije się między jego oczy i zostawi tam ślad, lekko szpecąc ładną twarz zmiennokształtnego. Opuszczając rękę, w palcach przekręcił widelec tak, żeby od razu skierowany był w stronę glinianego talerza i kawałka mięsa, który na nim leżał.
         – Dziękuję – odparł, spoglądając na Jean i… obdarzył ją krótkim, ładnym(!) uśmieszkiem, o który Sally na pewno mogłaby być zazdrosna, jeśli akurat by to dostrzegła. Później wyprostował się i zaczął jeść, najpierw widelcem dzieląc miękkie mięso na mniejsze kawałki, później wbijał w nie widelec i dopiero tak przygotowane zjadał, jedząc oczywiście spokojnie i nie spiesząc się z tym w ogóle. Nie był głodny tak bardzo, żeby bardzo szybko pochłaniać jedzenie i nie przejmując się, czy je sztućcami, czy może palcami. Wiedział też, że posługując się jedynie widelcem i glinianym talerzem, byłby w stanie poważnie ranić lub zabić jedną lub dwie osoby z grupy, ale… nie chciał tego robić. Nie chciał ich atakować w momencie, w którym po prostu byli gotowi na to, że może coś takiego zrobić. Byłoby to zbyt oczywiste i on bez problemu dostrzegło zarówno to, jak i to, że w razie czego cała grupa będzie gotowa na to, żeby z nim walczyć. Dlatego też postanowił, że nie będzie sprawiał problemów i nie będzie niczego próbował, a po prostu wykorzysta ten czas, żeby dostarczyć organizmowi energii.
         – Mógłbym dostać dokładkę? - zapytał, gdy zauważył, że na jego talerzu nie znajduje się już nic, co mógłby zjeść i jednocześnie uświadomił sobie, że jedzenie to było naprawdę dobre i z chęcią zjadłby kolejną porcję.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Nie, nie był głupi. Za to oni byli zszokowani, kiedy Jean rzuciła widelcem - po pierwsze bo nim rzuciła, po drugie bo z niezwykłą siłą, po trzecie bo prosto w lisa, a po czwarte - bo bez problemu to złapał. Krótki krzyk Sally ucięty został jego gwałtownym ruchem i w obozie zapanowała cisza. Tylko odchylona na bok Dean jadła dalej, bo akurat rozsmakowała się w kawałku pieczeni. No i Jea z uśmiechem skinęła lisowi, jakby wymiana "uprzejmości" między nimi była całkowicie normalna. No, ale - ona wiedziała, że chłopak sobie da radę.
        Spięta w przerażeniu fenkowata też teoretycznie powinna to wiedzieć - ale nie mieściło jej się w głowie, że ze wszystkiego kotka może celować akurat w twarz. W twarz! I jeszcze jej za to dziękował! Spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem, jakby kotołaczka winna była temu, że jako pierwsza i jedyna z gromady otrzymała uśmiech Ładnego Chłopca. Nie, nawet Sally nie pomyślała w tym momencie, że chcąc zdobyć jego sympatię powinna też zagrozić mu oszpeceniem, ale przygryzała wargę w bezsilnej wściekłości, że to nie ona w tym jedynym dobrym momencie palnęła w niego sztućcem. Ale - może jeszcze poprosi o kubek?

        Tymczasem Dean, choć nie poparła niczym wybryku kotki, wykorzystała stworzoną przez nią okazję i z chęcią zarejestrowała możliwości lisa. Jak każdy chyba. Jednak większość ze zgromadzonych odetchnęła z ulgą, niż zachwyciła się jego popisem - jakby spodziewali się po nim podobnych umiejętności, ale obawiali się, że jednak coś mu nie wyjdzie… Tymczasem ładna buźka została nienaruszona, widelec skierowany w stronę jedzenia (a nie kogoś z nich) i lis też zaraz zabrał się do konsumpcji - co Dean robiła z nim teraz ramię w ramię. Tyle wystarczyło, by spokój i pogadanki powróciły nad żar i ognisko.
        - YAY!
        W towarzystwie okrzyków Sally.
        - Pięknie! Wiedziałam, że nam się przyda! Widzieliście!? Jak świetnie, że go złapaliśmy! - Pragnąć zwrócić uwagę na siebie podniosła rękę jak do toastu, chociaż próżną, póki nie pożyczyła w pośpiechu czarki z ziołami od Jean.
        - Dobrze, że on złapał - westchnął Natan unosząc swój kufelek.
        Większość się przyłączyła, choć można by się spierać czy słusznym było wznosić toast za złapanie przy samym złapanym - ale może tak jak rudzielec wyrażali w ten sposób radość z faktu, że owym złapanym był nie lis, a widelec.
        - No proszę, wykończycie małą Sally nim się rozkręci na dobre - westchnęła Dean we własną czarkę. - Wybacz za ten widelec, nie zawsze jestem w stanie przewidzieć takie pomysły… - Popatrzyła na dwie przyjaciółki po drugiej stronie biesiadnego kręgu. ,,Ani jednej, ani drugiej”, dodała w myślach cierpko, ale tym wolała się nie chwalić. Tym bardziej iż jej brak władzy nad nimi był aż nazbyt oczywisty - lepiej więc było przedstawiać się jako przyjaciel i doradca, a przy okazji lider i z założenia dawać innym swobodę niż nieudolnie ją ograniczać i wypadać w oczach kolejnych być-może-przyszłych-współpracowników na niedorobionego przywódcę. Tak każdy musiał nad sobą jakoś panować, a kiedy komuś to nie wychodziło - ingerowała cała drużyna, na przyjacielskiej stopie. O dziwo działało.
        Na tyle dobrze, że gdy w odpowiedzi na prośbę o dokładkę, Jea z krótkim ,,Pewnie!” wyciągnęła kolejny widelec, ktoś złapał ją za ramię nim się zamachnęła.
        - Proszę. - Zamaskowała tę wpadkę Abel, dokładając lisołakowi kolejną porcję, z tej samej części tuszy co poprzednio, a i obdarzając go podobnym co zwykle, spokojnym uśmiechem.
        Tymczasem jeleniołak dogotowywał w garnuszku kolejną ziołową mieszankę, kuszącą aromatem świeżo zebranej zieleniny. Zaraz też została lisołakowi zaproponowana, wraz z glinianą, wypalaną czarką.
        Miał już więc w zasięgu gorący napar, dwa naczynia i sztuciec… kto wie ilu z nich byłby w stanie pokonać tym orężem, ale póki siedział na miejscu, zdawali się tym w ogóle nie przejmować. Oczywiście jako wprawieni podróżnicy, wojownicy może, a na dodatek wpół zwierzęta stale byli gotowi do walki lub ucieczki, ale też jako silni i doświadczeni nie dawali sobie wejść panicznym odruchom na głowę. Mieli też przewagę - zgranie i liczebność, a on jednak był sam. I choć z samym sobą współpracować można nieźle, chyba tym razem było to za mało. Mógł wyrządzić co najwyżej szkody bez korzyści dla siebie, a chyba jednak wyznawał zasadę "minimum akcji, maksimum skuteczności”. No i nie był głupi.

        Kolacja dobiegła końca; naczynia zostały zebrane, resztki (jak jakieś się jeszcze ostały) zakopane - czas było wrócić do dawnych układów.
        - Pozwolisz? - Dean podniosła sznur i bez przyjemności, w sumie z lekkim żalem, sięgnęła po jego dłonie. Była pewna tego co robi, ale robiła to z konieczności. Wyglądała zupełnie inaczej niż kiedy kilka godzin wcześniej powalała go na ziemię i zakładała kamienne kajdany. Wtedy była pchana desperacją i narażona (nieco bardziej niż teraz) na atak, co odebrało jej delikatność i oznaki współczucia, jej ruchy czyniło szybkimi i agresywnymi. Teraz jej oczy przybrały wyraz cichej, surowej melancholii, a twarz nabrała łagodniejszych rysów. Chyba nie spodziewała się odmowy z jego strony. Ale może chciała tylko uśpić jego podejrzenia i była gotowa na atak? Gdyby się przyjrzeć, choć siedziała, nie była odsłonięta, a nogi ułożyła tak, by móc się szybko poderwać. Ale może było to tylko przyzwyczajenie albo zdroworozsądkowa szczypta ostrożności.
        Tak samo jak Natan czekający w pobliżu na przejęcie warty.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Nie spodziewał się, że zwykłe złapanie widelca może wywołać takie reakcje wśród grupy zmiennokształtnych. Jedynie Dean wydawała się zajęta swoją porcją pieczeni tak bardzo, że w ogóle nie zwróciła na to uwagi, a Jean od samego początku wiedziała, że uda mu się złapać sztuciec i nic nie stanie się jego twarzy. Oczywiście, najbardziej tym wszystkim przejęła się Sally, której krzyk praktycznie gonił rzucony widelec i wydawać by się mogło, że także został złapany przez lisołaka – i przez niego także zduszony – bo głos dziewczyny ucichł w tym samym momencie, w którym widelec znalazł się w jego dłoni. Wiedział też, że Sally będzie zazdrosna o to, że nie ona jako pierwsza „dostała” jego uśmiech, jednak tym akurat w ogóle się nie przejął. Z drugiej strony, coś podpowiadało mu też, że ta sytuacja mogła być także swego rodzaju testem, któremu właśnie został poddany. Mogli chcieć sprawdzić szybkość jego reakcji – w końcu jeśli bez problemu złapał lecący w jego stronę widelec, zamiast uniknąć go, raczej świadczyło o tym, że reaguje błyskawicznie i bez zawahania się, co tylko mogłoby spowolnić jego ruch, nawet jeżeli minimalnie, to i tak mogłoby zabrać tą cenną sekundę. A w takich sytuacjach każda jednostka czasu była cenna i mogła zadecydować o tym, jakie będzie jej ostateczne rozwiązanie, bo gdyby zareagował nawet pół sekundy za późno, to widelec mógłby tylko musnąć jego dłoń i nie znalazłby się w niej, zamiast tego wbijając się w jego twarz. Na szczęście – zarówno dla niego, jak i dla innych – jego twarz nadal była nieskazitelna (i ładna oczywiście).

W końcu Ni mógł też skosztować mięsa znad ogniska i… było bardzo dobre, więc nie dziwił się, dlaczego Dean była bardziej zajęta pieczenią niż tą całą sytuacją z widelcem, a przynajmniej takie wtedy sprawiała wrażenie. Nawet po takich doznaniach smakowych nie miał zamiaru zrezygnować ze sposobu, w jaki jadł – raczej nie spieszył się z tym wszystkim, a mięso dzielił na mniejsze części, wykorzystując do tego bok widelca, aby później nabić je na niego i dopiero wtedy zjeść. Przy okazji słuchał też rozmów zmiennokształtnych, którzy rozmawiali też o nim i robili to też w mowie wspólnej, więc nie miał problemu ze zrozumieniem ich.
         – Jean nie rzuciłaby nim, gdyby nie była pewna, że go złapię – odparł, znowu spoglądając na zmiennokształtną, o której wspomniał, chociaż tym razem było to krótkie spojrzenie, które zresztą także objęło siedzącą obok niej Sally. Sprawiał też wrażenie osoby, która w ogóle nie przejęła się tym zdarzeniem – bo właśnie tak było – i przy okazji był też pewien, a może bardziej doskonale świadom, swoich umiejętności. Dlatego też wiedział, że gdyby nie był pewien, że złapie sztuciec, to na pewno uchyliłby się przed nim.
Kiwnął głową w swego rodzaju podziękowaniu, gdy na jego talerzy znalazł się kolejny kawałek pieczeni. Cóż, była naprawdę dobra, więc wcześniej postanowił, że zapyta o dokładkę i na pewno zje ją, jeśli nie będą mieli problemu z tym, że ich więzień pyta o takie rzeczy. Czarkę z naparem przyjął, jednak od razu zaczął zachowywać się ostrożnie, najpierw niemalże wsadził nos do środka, wąchając napój, a później poruszył lekko naczyniem, sprawiając, że napar zostawił mokre ślady na ścianach naczynia. Chyba dało się domyślić, że sprawdza, czy jeleniołak nie wsypał do środka czegoś, co mogłoby mu zaszkodzić – trucizny, nawet te niewidoczne w napoju, mogły często zostawiać ślad w postaci osadu na ścianach, który było widać właśnie wtedy, gdy poruszy się naczyniem. Owszem, istniały też takie, które go nie zostawiały, jednak te były trudno dostępnymi substancjami. Zawsze było tak, że im mniejszy ślad po sobie zostawia trucizna, tym trudniej jest dostępna, a także tym większą cenę trzeba za nią zapłacić. Tutaj czegoś takiego nie zauważył, co stwierdził po tym, jak przez chwilę przyglądał się ściankom czarki. Uznał, że raczej nie chcą go otruć albo sprawić, że nagle zaśnie lub będzie bardziej podatny na sugestie albo będzie miał mniejszą kontrolę nad swoim ciałem – wątpił w to, żeby mieli dostęp do tych lepszych trucizn, więc wyglądało na to, że nie chcieli mu zaszkodzić. Po chwili zdecydował się w końcu na napicie się naparu i od razu poczuł w nim ziołowy posmak. Nie był w stanie wyróżnić poszczególnych ziół, bo nie dość, że jego zmysł smaku był po prostu przeciętny, to miał też raczej słabą wiedzę na temat tych roślin.

Kolacja powoli dobiegała końca, a on nadal nie miał zamiaru robić czegoś, co byłoby w jakiś sposób związane z buntem albo próbą ucieczki, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Już wcześniej ułożył sobie plan, który nieco zmieniał się w zależności od nowych informacji, które uzyskiwał albo sytuacji, w których się znajdował, jednak jego szkielet był raczej niezmienny.
         – Mhm. Nawet, jeśli miałbym coś przeciw temu, to i tak musisz to zrobić – odezwał się do rudowłosej. Wiedział, w jakim położeniu się znajdował i cały czas był świadom tego, że ostatecznie i tak jest ich więźniem i to takim, którego uważali za niebezpiecznego i wiedzieli też, że może spróbować uciec. Sam wystawił przed siebie dłonie, krótko przed tym, jak sięgnęła po nie Dean. Nie sprawiał jej żadnych problemów, gdy wiązała mu linę na nadgarstkach, ale dostrzegł w ułożeniu jej ciała i sposobie siedzenia, że w razie czego jest gotowa do tego, żeby go zaatakować.
         – Magiczne więzy też? - zapytał, gdy zobaczył, że zmiennokształtna skończyła wiązać linę na jego nadgarstkach, które teraz były oficjalnie i ponownie unieruchomione. Może teraz dowie się też, czy były one wynikiem sytuacji i dodatkowym zabezpieczeniem, czy może tylko tym drugim, dzięki któremu Dean mogła mieć pewność, że nie uda mu się w jakiś sposób uwolnić rąk i spróbować uciec. Chwilę później postanowił wstać, znowu wyglądało to tak, jakby skrępowane dłonie w ogóle mu w tym nie przeszkadzały i dlatego też bez ich pomocy przeszedł z pozycji siedzącej do stojącej. Był już właściwie gotowy do tego, żeby wrócić na „swoje” miejsce, jednak miał zamiar iść za osobą, która teraz będzie go pilnować – na pewno dziwnie mogłoby wyglądać to, jak więzień idzie przodem, a jedyny „strażnik” za nim.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        ,,Nie rzuciłaby, gdyby nie była pewna…” - Dean daleka była od przypuszczenia, że lisołak już zaczął im ufać, ale niewątpliwie nie posądzał przynajmniej kotołaczki o jakieś złe intencje. Tym razem. Tylko jak Jean to robiła, że potrafiła przekonać do siebie zawsze te najgorsze okazy i to w zasadzie niewiele robiąc? To nie pierwszy raz, kiedy odwaliła im taki numer - może faktycznie dobrym pomysłem było dać jej tę pierwszą wartę. Chociaż Dean wcale nie robiła tego przypuszczając, że Jea da radę przynajmniej prowizorycznie dogadać się z Ni. Była tą, która go złapała! Jedną z. Ale widocznie to nie było przeszkodą. Dobrze. Im więcej osób Ni będzie w stanie polubić tym szybciej uda się zrobić z niego… wolnego i samodzielnie myślącego przedstawiciela gatunku. Pytanie, kto będzie chętny współpracować…

        Natan wydawał się dobrym rozwiązaniem. Nie był narwany jak Jack i nie bawił się po kątach brzytewką; nie błądził myślami w obłokach jak Tiffy, nie warczał na nowych jak Howl. I nie był Sally. On, Blue i Abel byli najmniej kapryśni - jeżeli jemu uda się zniechęcić do siebie białego lisa pozostanie tamta dwójka. Do innych należy przywyknąć. Jea już i tak zrobiła niezłą robotę zaplatając między sobą a Ni tę cienką nitkę porozumienia, równoważąc przy tym rwanie jego nerwów przez nadgorliwą Sally. Aż dziwne, bo zwykle trzymały się razem i kotka pozwalała jej robić co chciała - kto wie, może dzięki temu sojuszowi ładny lis zdobędzie jednego strażnika cnoty więcej. Ona sama nie mogła cały czas pilnować, by fenkowata trzymała łapki przy sobie. No i nie wierzyła, by serio miała zbytnio narzucać się pojmanemu. Może chciała go trochę pooglądać, ostatecznie nie codziennie oglądała inne lisołaki (płci przeciwnej), ale poza tym? Była młoda i niewinna, a przynajmniej takie utrzymywała pozory. Po prostu nie umiała trzymać entuzjazmu na wodzy.
        Ale właśnie ze względu na owe popuszczone wodze, nie było szansy, by dała jej nocną zmianę u boku związanego lisa. Nie. Z takimi atrakcjami poczeka, aż będą mogli go uwolnić i będzie w stanie pilnować się sam. A nawet miło, że nie podzielał zainteresowania młodej i nie ciągnęło ich do siebie… wzajemnie. Co prawda kojarzenie par było chlubnym zajęciem dla kogoś, kto chciał, by jego kompani mogli wieść spokojne życie i nawet gdzieś osiąść, ale sądziła, że Sally jest zbyt… niedojrzała na poważne romanse, Ni zaś mógłby być zbyt niestabilny. Kilka lat temu wzięła na siebie odpowiedzialność za wychowanie młodej (na spółkę z resztą grupy, ale zawsze) i nie mogłaby pracować w spokoju, gdyby ta wdała się w aferę z lisem, którego charakter został stłamszony, a zachowanie spaczone. Dlatego też nie zamierzała wspierać akurat tej fascynacji (na pewno ulotnej) i w duchu dziękowała czerwonookiemu, że bardziej skupia się na sobie (może planie ucieczki?) niż tej jednej dziewczynie z ich grupy, która mogłaby mieć przez niego kłopoty.

        Chociaż według Howl był kłopotem dla wszystkich. Patrzyła kątem oka jak niby to potulnie daje się wiązać Red, ale była pewna, że zwyczajnie nie uważał tego momentu za odpowiedni, by jawnie im się sprzeciwić. W końcu jednak ten moment nadejdzie i wtedy jego obecność stanie się znacznym utrudnieniem. To nie był zmiennokształtny w opresji, który liczył na pomoc - takiego jeszcze by zaakceptowała. Wiedziała, że w świecie magów i czarodziei muszą trzymać się razem… ale on? Sam Tiffy stwierdził, że to będzie trudne. Nie mieli na to czasu! Dobrze, trafił im się lis, złapali go nie do końca zgodnie z planem, ale nie mógł być powodem, dla którego porzucą dawne założenia i przestaną skupiać się na zadaniu! Mieli coś do zrobienia, a z nim na karku stanie się to o wiele trudniejsze. To był zły czas na przygarnianie upartego przybłędy. I więcej osób na tym straci niż zyska.
        Tylko jak przekonać Red, skoro póki co paniczyk nie sprawiał im większych problemów? Jak, jeżeli ona jest tak oddana sprawie, że aż nie umie odpuścić, gdy trzeba?

        Tak, Red nie odpuszczała, dlatego Ni skończył z poprzednim zestawem pęt: dwóch skalnych ciężarkach na kostkach, obroży na szyi i sznurem konopnym krępującym ręce. Niczego nie dodawała, niczego nie odjęła. To znaczyło, że wbrew opinii Howl, była doprawdy ostrożna i wcale nie zamierzała lisowi dogadzać. A że trochę ryzykowała dla niego plany to inna sprawa. Czuła się w obowiązku nieco pokombinować, by jedno z drugim pogodzić i nawet przez moment nie zwątpiła w słuszność swojej decyzji. A po tym co powiedział o nim Tiffy była w stanie jeszcze głośniej bronić swoich racji - że Ni nie można zostawić… jego panu. Czy tam jemu samemu. Mniejsza - i z tego i z tego nic dobrego by nie przyszło. Chociaż teraz już mocno wątpiła, by lisołak działał na własny rachunek. To jak mówił i jak się zachowywał… nie przypisałaby mu złej natury. Musiał być komuś poddany. I dla ego kogoś robić złe rzeczy. Zakładała, że złe. A przynajmniej brudne. Gdyby był wolny… sam z siebie umiał czasem coś powiedzieć, prosić o dokładkę, dziękować czy poddać się zasadom grupy. Jeżeli nie miał spaczonej psychiki i nie umiał nagle zmienić się w psychopatycznego drania albo nie udawał teraz spokojnego dla jakiejś głupiej gry, to znaczyło, że w zasadzie jest z niego w porządku gość - tylko ktoś za bardzo wykorzystuje jego posłuszeństwo. No, ale znając Jacka, a nawet wspominając swoich dawnych Panów, nie mogła wykluczyć, że jeszcze coś odstawi. Zbyt wiele osób, które znała, potrafiło kłamać, udawać i wbijać nóż w plecy, by teraz oczyściła Ni z wszelkich zarzutów tylko dlatego, że wolała patrzeć na niego jak na ofiarę. Jedynie Tiffy był w stanie go osądzić, tak krótko go znając - on zaś jak zwykle przyjął stanowisko bardzo oględne - mieszając współczucie z przerażeniem i pozostawiając decyzję w jej rękach. No więc zdecydowała - Ni zostaje, Natan go pilnuje.

        - Chodźmy, chodźmy! - wesoło zagaił przejmując ,,więźnia”. - Ale ci miejsce wybrały, no! Z daleka od wszystkiego… ech, gdybym miał tam coś… no, mniejsza! Nie będziemy się nudzić! - zapewnił i poprowadził lisa na skraj polanki, tam gdzie czekały na nich wysiedziane miejsca i wieżyczki z kamyków, zostawione przez Jean.
        - Uchu, nawet kocyka… naprawdę jak w więzieniu! - zawyrokował Natan siadając niechętnie na ziemi. Choć wyglądał na kogoś, kto przyzwyczajony jest do niewygód, a w mieście pewnie śpi w najobskurniejszych karczmach (byle tylko kelnereczki były przyjemne), to jakoś nie widział mu się nocleg w takich warunkach. Albo gadał dla zasady.
        W końcu usadowił się i przeciągnął, niechcący pokazując jak bardzo w porównania do lisa jest rosły i krzepki, po czym skrzyżował nogi i odchylił się beztrosko do tyłu. Przez pewien czas milczał, zerkając w nocne niebo, na podobieństwo Jey - tylko końcówka ogona drgała mu lekko od czasu do czasu, co znaczyło, że słucha. Wszystkiego.
        - Podobają ci się nasze kobitki? - zapytał w końcu, tak swobodnie jakby pytał o ułożenie szałasów czy wystrój polany. No, poniekąd by się zgadzało. Mógł jeszcze spytać, czy smakował mu obiad, ale odpowiedź była zbyt oczywista, no i mniej ciekawa.
        - Przytachały cię tu jak worek, ale nie miej im za złe. - Niemalże zaśmiał się na to wspomnienie. - Nie ciebie jednego tak potraktowały. To okropne baby - orzekł rozczulony; po czym coś spadło mu na łeb.
        Kocyk.
        - Okropne, powiadasz? - spytała Dean, zerkając na niego z góry. - Czyli chcesz siedzieć na zimnym?
        - Miałem powiedzieć: okrrrropnie przeurrrrocze.
        - Dawaj kocyk.
        - Och, żartuję Ruda, nie marudź! - zaśmiał się, rozkosznie wtulony w trzymaną mocno tkaninę. Mogłaby się trochę o nią z nim poszarpać…
        - Proszę, to dla ciebie. Przykro mi, ale będziesz musiał słuchać go całą noc. - Ale podeszła do Ni z drugim okryciem i słomianą matą, a on mógł tylko tęsknie za nią patrzeć. No cóż, nie tym razem.
        Ale kiedyś się złamie.
        - Właśnie takie. Dbają i nie dają nam paść z głodu, ale czekają aż uschniemy z pragnienia - skomentował żartobliwie, rozkładając swój przydział ,,legowisk” na ziemi. - Tylko biedna Sally jest teraz pod twoim wpływem. Ech, gdybym mógł cię prosić… bądź dla niej delikatny, to bardzo wrażliwa dziewczyna. Nawet jeżeli będziesz miał dość jej zachwytów. Chociaż… jak można mieć dość zachwytów? - Zastanowił się na głos, moszcząc się na kocu.
        Zdecydowanie nie był najbardziej formalnym typem.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Nie ufał żadnemu z nich, w ogóle – przecież więzień nie powinien ufać osobom, które go złapały i to w dodatku z powodu, który wydawało mu się, że nadal ukrywali. Nie uważał też, że między nim i Jean powstała jakaś cieniutka nić porozumienia i zaufania, zamiast tego był zdania, że dziewczyna oceniła go w trakcie pełnienia przy nim warty i wiedziała, że będzie zdolny do złapania widelca. Dlatego też „podała” mu go w taki sposób: nie dlatego, że się chociaż trochę dogadali, a dlatego, że poprawnie oceniła jego zdolności. Inni mogli widzieć to w zupełnie inny sposób, jednak on wiedział, jak jest naprawdę i wiedział też, że on dostrzega to poprawnie, a oni są tymi, którzy się mylą.
Niewiele wiedział też o zmiennokształtnym, który miał teraz zająć się pilnowaniem go – część informacji na jego temat wywnioskował z wyglądu mężczyzny, chociaż niektóre były tylko przypuszczeniami, a resztą z jego zachowania i mówienia. Wiedział, że interesuje się on kobiecą częścią grupy, a także często próbuje zdobyć dla siebie ich uwagę, chcąc, żeby go zauważyły i zareagowały w sposób, którego by od nich oczekiwał. Wyglądał na silnego fizycznie przez umięśnione ciało, a także sprawiał wrażenie osoby, która lubi uczestniczyć w bijatykach w karczmie, ale sam niekoniecznie jest chętny do wszczynania ich… Może będzie mógł zebrać o nim trochę więcej informacji, gdy zmiennokształtny będzie się do niego odzywał, nawet jeśli sam Ni nie będzie sprawiał wrażenie kogoś, kto jest chętny do rozmowy.
Okazało się też, że nadal będzie musiał nosić cały komplet magicznych i niemagicznych więzów, które znacznie ograniczały jego zakres ruchów, a także były cięższe do zniszczenia. Zwykłą linę, nawet grubą, dałoby się zniszczyć pocierając nią wystarczająco długo o jakąś – najlepiej ostrą lub chropowatą – powierzchnię, ale wzmocniona magicznymi więzami nie była już takim łatwym przeciwnikiem. Już pomijając to, że te magiczne są praktycznie kamieniem, w dodatku bardzo twardym i… no, magicznym. Trudno, chociaż teraz pomyślał też o tym, że może będzie musiał spróbować dostosować się do sytuacji i poudawać trochę, że zaczyna coraz bardziej im ufać i nie uważa, że chcą go torturować i zabić, co może przełożyłoby się na to, że magiczne więzy zniknęłyby, a jego nadgarstki skrępowane byłyby tylko zwyczajną liną, z którą mógłby sobie poradzić. Poza tym… Ruda mogłaby sobie też darować obrożę, której ciężar czuł teraz na szyi. Domyślał się jej przeznaczenia, ale nadal uważał, że była tu ona mało potrzebna.

         – Pasuje mi ono – powiedział na temat miejsca, w którym był przetrzymywany i pilnowany. Wolał znajdować się na uboczu ich obozowiska, zamiast gdzieś w środku, gdzie każdy – nawet przechodząc obok i idąc gdzieś indziej - przy okazji mógłby zatrzymać się na chwilę i zagadać do niego. W wybranym dla niego miejscu, na szczęście, raczej do czegoś takiego nie będzie dochodziło, a przynajmniej wcześniej się tak nie działo… pomijając Sally oczywiście, która odwiedziłaby go nawet, gdyby przetrzymany był z dala od obozu, ale jednocześnie w miejscu, z którego ciężko byłoby mu uciec.
Wzruszył tylko ramionami, gdy jego nowy strażnik zaczął narzekać na to, że musi siedzieć bezpośrednio na ziemi. Jemu w ogóle to nie przeszkadzało i mógł tak nawet spać, leżąc na trawie, zamiast na jakimś kocu. Musiałby skłamać, gdyby powiedział, że nigdy nie zdarzyło mu się spać na ziemi. Co prawda teraz to wszystko – zaśnięcie i sam sen – mogłoby być trudniejsze do osiągnięcia przez te wszystkie więzy na jego ciele, bo w końcu w takiej sytuacji dochodzi więcej czynników związanych z dyskomfortem. Już teraz wiedział, że rankiem najpewniej obudzi się trochę obolały, zwłaszcza w miejscach, w których odczuwał ciężar kamiennych kajdan i obroży.
Ni usiadł dokładnie w tym samym miejscu, w którym siedział wcześniej, gdy oko na niego miała Jean. Gdy Natan przeciągnął się, lisołak przyglądał mu się przez chwilę, ale od razu widać było, że na pewno nie zazdrości mu muskulatury – bardziej wyglądało na to, że oceniał to, jakim zagrożeniem dla niego może być mężczyzna i chodziło tu o możliwość starcia, a nie o to, jakim rywalem byłby dla niego, jeżeli Ni miałby zacząć flirtować z kobietami z tej grupy. Zarejestrował też kilka słabych punktów na jego ciele, jednak nie było to coś konkretnego – po prostu były to miejsca, które są takimi punktami na ciele praktycznie każdego stworzenia, którego budowa ciała przypomina ciało człowieka albo elfa.
         – Nie muszę odpowiadać na to pytanie – odparł. Doskonale wiedział, że raczej nie była to odpowiedź, którą zmiennokształtny chciał usłyszeć. Nimroth po prostu nie chciał odpowiadać na pytanie, na które właściwie sam nie znał odpowiedzi. Do tej pory najbardziej skupiał się na najlepszym planie związanym z ucieczką, na zdobyciu informacji, których nie miał, a które chciał zdobyć, a także na próbach dowiedzenia się, gdzie przetrzymują jego rzeczy, które w odpowiednim czasie podejmie. I nawet jeżeli patrzył na zmiennokształtne, to pod względem ocenienia ich nie pod względem tego, czy poszczególne z nich mogłyby się mu podobać i są w jego typie, a tego, jakie zagrożenie mogłyby dla niego stworzyć, gdyby z nimi walczył albo podjął próbę ucieczki. Dodatkowo, jeżeli miałby być ze sobą całkowicie szczery, to… sam nie do końca wiedział, jaki jest jego typ kobiety. Wcześniej jakoś niekoniecznie o tym myślał, a jeżeli już zdarzyło mu się być z jakąś kobietą, to tylko dlatego, że było to konieczne ze względu na zadanie, które aktualnie wykonywał.
Nie mówił nic, zarówno wtedy, gdy słuchał słów Natana, jak i wtedy, gdy zarejestrował lecący w stronę zmiennokształtnego koc, który spadł mu prosto na głowę. Tuż za kawałkiem materiału pojawiła się też Dean, która najpewniej przyniosła ten koc i jeszcze jeden, który przeznaczony był właśnie dla niego.
         – Nastanie cisza, gdy pójdzie spać – odparł, może nawet trochę zagadkowo i niezrozumiale. On tymczasem po prostu powiedział, że Natan na pewno pójdzie w końcu spać, a wtedy przecież nie będzie gadał… chyba, że mówi też przez sen, co z kolei może utrudnić utrzymanie nocnej ciszy.
         – Zauważyłem, że czasami dziwnie na mnie patrzy i tak samo dziwnie zdarza jej się zachowywać w moim pobliżu. Jestem w sytuacji, w której myślę o ważniejszych rzeczach niż o tym, czy podobam się kobietom w pobliżu i, jeśli jest to prawdą, czy chcę coś z tym zrobić – powiedział szczerze do swojego strażnika, chociaż ciężko było to usłyszeć w głosie osoby, która nie dopuszczała do tego, żeby pojawiły się w nim jakieś emocje. Chodziło mu o to, że po prostu nie obchodzi go, że spodobał się Sally, a przynajmniej nie pod względem takim, że myślałby o tym, czy ona podoba się jemu i czy chciałby pociągnąć to w odpowiednim kierunku, który na pewno by jej się spodobał. On dostrzegał wyłącznie to, że jej nadmierne zainteresowanie jego osobą może wprowadzić pewne trudności do jego „wielkiego” planu ucieczki, a on wolałby, żeby tych trudności było tam jak najmniej, chociaż najlepiej byłoby, gdyby w ogóle się tam nie pojawiły.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Nie musiał odpowiadać, fakt. W sumie Natanowi to pasowało - zadał pytanie nieco bezmyślnie, bo za szybko - nawet gdyby Lis chętny był do rozgadywania się na temat wdzięków zgromadzonych tu dziewczątek, on jako członek grupy musiałby z nagła bronić ich honoru. Znaczy - będzie musiał póki Ni sam nie zostanie wcielony do drużyny. Wtedy to inna historia. Będzie musiał nieco go przycisnąć, by poznać jego preferencje i wiedzieć, o którą z uszastych zaczną rywalizować. Chociaż o nie wszystkie tak by się starał - były takie, które w zasadzie mógłby Lisowi udostępnić w ramach przyjacielskiej łaski. A jedną szczególną oddałby mu chyba po prostu dlatego, że ona go chciała.
        No, ale poczekają, zobaczą. Może po bliższym poznaniu Milczek nie będzie już się wydawał jej taki atrakcyjny. A może spodoba się innej? Och, oby tylko Ruda nie dała sobie zakręcić w tej swojej lokowanej główce! Niby należą do tej samej rasy, to może być problem… ale nie. Ona i Howl to cholery jak mało kto; dwie żelazne dziewice. Co znaczyło tyle, że trzeba nieco więcej wysiłku aby je zdobyć, a może odpowiedniego kandydata, ale dla Natana to nadal były kąski. A przynajmniej lisica, bo zdawało się, że z wilkołaczką to już miał na pieńku.
        Chociaż kto wie…?

        Na razie Ni mógł tylko zgadywać, ale i po co - miał już pewną opinię wyrobioną o Natanie i wliczone w nią były jego zapędy. A do kogo ciągnęło go bardziej i dlaczego to mniejsza - i tak się dowie.
        O ile zostanie z nimi wystarczająco długo.

        - Hah, nie pójdę spać! - odparował Natan wesoło, z gestem jakby chciał liska poklepać po barku; ale skończyło się na klepnięciu o własne kolana, by zbytnio się nie spoufalać. - Będę miał na ciebie oko całą noc. - Uśmiechnął się drapieżnie, bo i lubił mówić o swoich oczach; zaraz zobaczył czy Dean nie zerka w nie przypadkiem, bo takie ładne, dwukolorowe… ale sobie poszła. Westchnął.
        - No nic, to zostaliśmy we dwójkę… - Bystre spostrzeżenie. - Ale przynajmniej warunki sanitarne nie jak w szałasie. Ups. - Zerknął na szałasy. - Jak w takim gorszym szałasie. No! Ale to się nazywa kocyk! Ten chciałem! - Z zadowoleniem podniósł gruby łatany materiał pozszywany ze starych ubrań czy innych szmat. Ciężko było powiedzieć dlaczego odnosi się tak entuzjastycznie do tego prowizorycznego dziełka ociepleniowego, przynajmniej póki sam tego nie wyjaśnił:
        - Widzisz? To, to, i jeszcze… o tutaj! - Wskazał zwycięsko palcem. - Stare ciuchy Dean. A to zdaje się Jey… Tak! Szkoda, że jej się rozdarło, wyglądała w tym powalająco. O, a to Sally! - Wskazał kolejny kolorowy skrawek i w końcu opatulił się kocem z taką rozkoszą jakby to same dziewczęta przyleciały utulić go na dobranoc. Jednak nie odlatywał wraz z nimi do krainy marzeń - warta to warta, musiał mieć bystry umysł i zmysły, by pilnować więźnia. Był jeszcze nowy: miał wolę, siły i powody uciec. Nie wytrącił się jeszcze z rozpędu dawnego życia. Dlatego nie należało liczyć za nadto na jego uległość. Prędzej rozsądek - a by ten podpowiadał mu, że nie należy uciekać nie powinien widzieć swojego strażnika ani śpiącego, ani błądzącego myślami gdzie indziej.
        Dlatego "rozmowa" toczyła się dalej.
        - Dziwnie? - zapytał szczerze zaskoczony, po pierwszej dłuższej odpowiedzi Lisa. Aż złapał rąbek okrycia, jakby miało mu to pomóc myśleć, a potem uniósł go do brody, układając odpowiedź. W końcu uśmiechnął się lekko i ze zrozumieniem pokiwał głową.
        - No tak, w twoim położeniu… w sumie to zrozumiałe - przyznał pokojowo. Zaczął zapominać, że dla nowych nie było oczywistym to, że przecież tutaj zostaną. On sam… on sam nie sądził, że zostanie. Ale właśnie dzięki temu tak mocno wierzył teraz w urok grupy - nie wyobrażał sobie, że można ich poznać i pójść dalej. Znaczy - bez zaprzyjaźnienia się i skorzystania z wszelkich ich dobrodziejstw. Yastre tak zrobił zdaje się. Ech, kolejny, który grał Rudej na nerwach. Ale mógł z nimi zostać, pysznie się razem bawili!
        Chyba nieco za bardzo…

        Za to Lis wyglądał na spokojnego. Spokojny, cichy, skuteczny. Te cechy wymieniłby Natan w pierwszej kolejności, gdyby go zapytano. To całkiem niezła równowaga dla niektórych członków, choć być może przyczyniłaby się do zmniejszenia średniego poziomu radosnego rozgadania. Ale kto wie - może ośmielony lisołak okazałby się żywszym i ciekawszym kompanem niż inni o podobnym do niego początkowym nastawieniu. Coś tam słyszał od Tiffy’ego, że to mocno wytresowany gość. Jak to było? Ech, miał problem z łapaniem tej gadaniny. Ale zapamiętał, że Ni ma nieco nadwyrężoną psychikę i że w zasadzie trudno powiedzieć jaki naprawdę jest jego temperament. Niesamowite ile to szamańskiego gadulstwa wychodzi z umiejętności czytania aur! Choć jemu akurat wystarczyło to zwykłe gadanie, do którego potrzebował jedynie drugiej osoby i odrobiny uwagi.
        - W zasadzie Lisie (pozwól, że będę nazywał cię Lisem, Ni. Twoje imię jest takie słodkie i krótkie, że dziwnie mi go używać w stosunku do faceta, wybacz.) co cię tu sprowadziło? Tylko te dwa morderstwa? Masz jeszcze jakieś inne sprawy? Wiesz… przerwaliśmy ci. Chcę wiedzieć czy cię za to przepraszać, czy jednak się cieszyć. Jeśli chcesz wrócić do jakiejś dziewczyny to rozumiesz, byłoby mi głupio. Ale może coś da się zorganizować za jakiś czas. Jak będziemy się przenosić. No i oczywiście jak uwierzysz, że nie przetrzymujemy cię tu dla zabawy… ech, to zawsze wydaje się porąbane, co? Mi też się tak chyba zdawało kiedy tu trafiłem… - Próbując sobie przypomnieć zaczął rozmasowywać nasadę nosa. - Chyba uważałem ich za bandę wariatów… nie rozumiałem czemu prowadzą takie dziwne życie… no, ale o tym to jeszcze nic nie wiesz. Przekonasz się. Kto wie, może tobie też się spodoba. Chociaż ten… ja nie byłem wtedy związany - przyznał, tonem jasno wskazującym, że rozumie niechęci lisołaka. Gdyby sam był podobnie uwięziony na początku znajomości z bandą, chyba wyklinałby ich przez pierwszy tydzień nieodmiennie próbując ich ugryźć, zanim nawet spojrzałby na kobietki. A gdyby spojrzał to pewnie tak jak białowłosy - widząc w nich zwykłe przeszkody na drodze do wolności. No, może atrakcyjne przeszkody… pewne słabości jednak trudno przeskoczyć. Ale nawet im stawiałby opór. Pewnie jawny i głupi…
        Ale Lis nie był tak zdziczały.


* * *



- Jesteś pewna? - Dean siedząc przy dogasającym ognisku kończyła naprawianie suszarki na naczynia. Mocowanie się ze sznurkiem i patykami ponoć mało ją rozpraszało, ale i tak przerywała za każdym razem, gdy Abel wypowiadała jakieś dłuższe zdania. Chyba jednak nie miała za bardzo podzielnej uwagi.
- Tak. W dzień jeszcze wysyłali paru śmiałków do lasu, śledziliśmy ich. Mieszkańcy węszyli też po drogach i polach, ale nic nie znaleźli. A pod wieczór wrócili do domów. Bardziej zależy im na własnym bezpieczeństwie niż znalezieniu sprawcy. Raczej nie będą się już tutaj zapuszczać. Chociaż sądzę, że po prostu nie obawiają się kolejnej napaści. Raczej spodziewali się, że mag ściągnie na siebie podobne nieszczęście. Musiał być nietypowym sąsiadem i zdaje się niezbyt zżytym ze społecznością. Zajęli się już nim i mieszkaniem, ale sądzę, że na tym skończą.
- Hmm… Cóż, to dobrze. Przenoszenie obozu jest nam teraz bardzo nie na rękę -
podsumowała Dean tłumiąc empatię wobec mieszkańców wsi.
- Jak cała ta historia z białym lisem co? - Dopowiedziała kotka z porozumiewawczym uśmiechem, dyskretnie wskazując myjącą naczynia Howl.
- Ech, gdybym mogła wybrać inny czas na spotkanie go, to bym wybrała. - Dean ciężko wzruszyła ramionami. - Wiem, że Howl ma swoje racje, ale nic nie poradzę. Taki jest nasz priorytet.
- Ale ich jest więcej.

Z Dean nagle jakby uleciały siły. Oklapła i już tylko niemrawo bawiła się patykami.
- Wiem… - mruknęła po chwili. - Wiem, ale…
- Przecież rozumiem -
Kotka położyła jej rękę na kamieniu i pogłaskała z czułością. - Nie podważam wcale twojej decyzji. Chcę tylko byś umiała ją uzasadnić. To potrzebne, żeby każdy mógł pojąć to co ty czujesz i wiesz. Bo dla innych nie jest to wcale takie oczywiste. - ,,No i nie wiem wcale czy jest dla ciebie.”
Red wciągnęła powietrze i wyprostowała się. Uspokoiła się nieco pod wpływem dotyku i przymknęła oczy zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Nie umiałam zostawić innego lisołaka w potrzebie. Po prostu - odparła w końcu stanowczo. - Nie będę się łudzić, że nie będzie nam utrudniał zadania albo mnie rozpraszał. Rozprasza jak diabli! Ale wyrzuty nie dałyby mi spokoju gdybym go zostawiła, bo "nie mamy na niego czasu". Nie taką filozofią się kierujemy… Potrzebuję waszej pomocy do niego i jest to egoistyczne prośba. I chciałabym, żebyście mnie wszyscy poparli i pomogli połączyć oswajanie go z naszym obecnym planem, bo jesteśmy do tego zdolni. Tylko będzie to wymagać od nas cholernie dużo wysiłku. I chęci… I wiary w to co robimy. I oczekuję pomocy, tak bym następnym razem nawet nie pomyślała, że gdyby to była kolejna pantera, nie lis, to nie zaangażowałabym się tak bardzo. A jeśli bym się nie zaangażowała, oczekuję, że ktoś palnie mnie w łeb i przypomni, że ,,a z Ni to jakoś się nam udało“! I tak w kółko. Za każdym razem, gdy pojawi się na naszej drodze ktoś komu możemy pomóc. Tak jak Jea ściągnęła Natana. Nawet mnie to wkurzało, ale słusznie zrobiła. Tak właśnie chciałabym, abyśmy działali jako drużyna. - Z zamkniętymi oczami i rozłożonymi rękoma wyglądała niemal jak marzycielka. Taka od blizn, broni i kopniaków, ale zawsze. I właśnie taka o mało nie spadła z pieńka, gdy usłyszała toporne ,,Da się załatwić”. Była to Howl, która podeszła bliżej na znak Abel.
- Sądziłam, że powinna usłyszeć. - Uśmiechnęła się kotka wyjaśniająco, a Dean poczuła się jak wykiwany dzieciak. Ale nie była zła. W końcu uważała Abel za swoją mentorkę, a sam patent był niezły. Dzięki temu nie będzie już musiała powtarzać… i zmieniać z lekka treści. Bo doprawdy, nie powiedziałaby wilczycy tego tak wprost!
A może powinna?
- W takim razie zajmiemy się tym lisem. Mogę wziąć wartę po Sally, jeżeli nie zacznie przez nią mordować. - Wilczyca wykazała się niechętnym uznaniem tak przedstawionych racji przywódczyni; a ofiarując po raz pierwszy swoją współpracę na tym polu gorąco ją rozczuliła.
- Dzięki! Jesteś wielka! - Mimowolnie porwała się z miejsca i ścisnęła przyjaciółkę, co zdarzało się w zasadzie od święta. Nic dziwnego więc, że ta, oszołomiona, potrafiła się tylko niezgrabnie odchylić i zdumieć w odpowiedzi - choć to wystarczyło. Przynajmniej lisicy, która zaraz oderwała się od niej i tylko trzymając ją za ramiona dziękowała uśmiechem. Pozbyła się właśnie jednego ze swoich największych problemów!

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

         – Możesz nie spać całą noc, ważne, żebyś wtedy nie gadał – odpowiedział Ni. Co prawda ciągłe gadanie Natana może sprawić, że będzie mu trudniej zasnąć albo (co byłoby gorsze) nie zaśnie w ogóle, ale jeżeli będzie odpowiednio zmęczony i senny, to nawet gadanina zmiennokształtnego nie będzie rzeczą, która będzie skutecznie sprawiać, iż sen do niego nie przyjdzie. A on wolał być wyspany przed wartą, którą obierze przy nim Sally – nie chciał, żeby niewyspanie lub brak sny był słabością, którą dziewczyna będzie mogła wykorzystać. Z drugiej strony jeżeli zobaczyłaby to i uświadomiła sobie, że może to wykorzystać, to na pewno zrobiłaby to, przedtem jedynie czekając na odpowiednią okazję.
Przyglądał się zarówno Natanowi, jak i kocowi, który ten ściskał. Wyglądać to mogło trochę tak, jakby Ni patrzył na osobę, którą uważa za będącą niespełna rozumu. Nawet zaczął zastanawiać się, dlaczego mężczyzna właśnie w ten sposób traktuje ten koc – jak coś, co było dla niego naprawdę ważne. Odpowiedzi przyszły same, w dodatku szybciej, niż tego oczekiwał. Oczywiście, wcześniej zauważył już, że gruby koc zrobiony był z pozszywanych skrawków materiałów, które mógł tylko przypuszczać, że były kiedyś ubraniami (jego koca też to prawdopodobnie dotyczyło) – Natan jedynie potwierdził te przypuszczenia, a także powiedział mu, że jego nakrycie jest częściami ubrań wyłącznie kobiecej części tej grupy. Teraz już wiedział, dlaczego kotołak właśnie w ten sposób go traktował, mimo że według niego nie miało to najmniejszego sensu i było dla niego po prostu dziwne.
         – Właśnie… - odpowiedział tylko tym jednym słowem, gdy Natan powiedział mu, że rozumie jego zdanie i opinię na temat tego, o czym wspomniał wcześniej. Właściwie, to dobrze, że nie próbował on drążyć tego tematu i nadal zadawać mu pytania, na które wcześniej niechętnie chciał odpowiadać, licząc na to, że może w końcu zdenerwuje go i Ni zdecyduje się odpowiedzieć, żeby po prostu mieć spokój. Sam Nimorth natomiast… zareagowałby na to tak, że po jakimś czasie zaszyłby się w swojej głowie i zwyczajnie ignorowałby wszystko to, co zmiennokształtny mówiłby do niego. Raczej nie miałby problemów z tym, żeby skupić się na czymś w swoich myślach i to na tyle, żeby niewiele robić sobie z tego, co dzieje się wokół niego i co ktoś do niego mówi. Lecz teraz tego nie zrobił, bo jego rozmówca i wartownik zarazem, także nie zrobił czegoś, co sprawiłoby, że Ni zacząłby rozważać to, o czym myślał przed chwilą. Teraz postanowił, że jeszcze trochę porozmawia z kotołakiem albo przynajmniej będzie go wyłącznie słuchał, jeżeli nie będzie miał nic do powiedzenia lub po prostu nie będzie chciał się odzywać. Dzięki temu mógł przecież dowiedzieć się czegoś o kolejnym członku tej grupy, a te informacje były mu potrzebne – może niekoniecznie teraz, ale za jakiś czas mogą być przydatne.

Do jego uszu dotarły kolejne słowa Natana. Zadawał mu pytania i to takie, które należały do grupy pytań, nad którymi Ni musiał zastanowić się najpierw pod względem tego, czy chce w ogóle na nie odpowiedzieć, dopiero później myślałby nad samą odpowiedzią. Ewentualnie nie powiedziałby nic, jeżeli stwierdziłby, że jednak nie chce mówić. Ostatecznie postanowił, że udzieli odpowiedzi - może nie na wszystko, a tylko na to, co będzie chciał, ale przynajmniej częściowo zaspokoi ciekawość zmiennokształtnego, bo nie widział potrzeby zatajania tego przed nim i także całą grupą. W końcu złapali go krótko po tym, jak zabił tamtych magów i wydawało mu się, że wszyscy w tym miejscu wiedzieli, jak to wyglądało i jak wygląda sytuacja w wiosce, w której mieszkał jego cel. Jeden cel, jednak Ni musiał zabić dodatkową osobę, której na początku się tam nie spodziewał. Musiał modyfikować nieco plan, ale ostatecznie i tak to wszystko poszło mu raczej gładko, jeżeli chodziło o skrytobójczy atak i samą walkę z drugim magiem. Całe zadanie takie nie było – uznałby je za „gładkie”, jeżeli bez problemu udałoby mu się uciec i wrócić do Ojca.
         – Tak, tylko to. Właściwie, to tylko jeden mag był moim celem, drugiego musiałem się pozbyć, bo był świadkiem – odpowiedział krótko, może nawet przyznając się tym do swojej bezwzględności wobec tych, których ma zabić albo, z którymi walczył, albo musi walczyć, a także może do skuteczności, z jaką wykonuje zlecone mu misje, a także do dbałości o szczegóły i o tego, żeby nie było świadków zdarzenia, w którym uczestniczył.
         – Złapaliście mnie, gdy wracałem do mojego zleceniodawcy – zaczął mówić ponownie, chociaż tym razem także było to tylko krótkie zdanie. Nie miał zamiaru mówić, że pod postacią zleceniodawcy ukrywa się nie kto inny, jak jego Ojciec i jednocześnie mag odpowiedzialny za stworzenie jego i starszego od niego lisołaka, będącego jego bratem. To przypomniało mu o tym, jakie miał stosunki z tym właśnie bratem i właściwie nie były one zbyt pozytywne. Gdy Ni był młodszy i jeszcze mało pilnował swoich emocji, a przez to pozwalał im na wydostawanie się i manifestację w zachowaniu, a także głosie, czasem wyraźnie pokazywał, że przeszkadza mu to, iż Ojciec często poświęca o wiele więcej czasu Ichiemu, a swemu młodszemu synowi prawie w ogóle. Upust tym emocjom Ni często dawał poprzez atakowania swojego starszego brata – słownie albo fizycznie – bo tamten, szkoląc się w czytaniu ksiąg, rozumieniu ich i magii, nie był w stanie obronić się przed sztukami walki, szybkością i zwinnością młodszego brata, który od samego początku szkolony był na zabójcę, a także stworzony tak, że fachu uczył się naprawdę szybko i był w tym bardzo dobry.
        – Zdaję sobie sprawę z tego, że mieliście jakiś cel w złapaniu mnie i macie też jakiś w przetrzymywaniu mnie tutaj – odparł. Nie wdawał się zbytnio w szczegóły i nie powiedział też, jakie ma przypuszczenia związane z tym „celem”, o którym wspomniał. W myślach przypomniał sobie o tym ponownie i nadal uważał, że grupa ta jest w jakiś sposób powiązana z jednym z tych magów albo nawet z ich dwójką, a teraz chcą wyciągnąć z niego informacje na temat tego, kto zlecił mu to zadanie i, może, przy okazji chcą też zemścić się na nim za to, że podjął się go i wykonał ze skutecznością, której oczekuje się od albo najlepszych w fachu, albo tych, którzy na pewno chcą zostać kimś takim. I wydawało mu się też, że on kiedyś chciałby być właśnie taką osobą – niekoniecznie najlepszym z najlepszych zabójców, bo wątpił, żeby udało mu się dotrzeć do tego miana, ale ciekawie byłoby znaleźć się wśród tych, których uważa się właśnie za najlepszych. Wiedział też, że nie był dobrym kompanem do rozmowy, zwłaszcza dla kogoś, kto lubi sobie dużo mówić – kimś takim wydawał mu się Natan – ale w zupełności nie przeszkadzało mu to, bo… chyba zawsze był małomówny, nawet jeszcze wtedy, gdy nie panował nad swoimi emocjami. Zresztą, jeżeli miał być ze sobą szczery, to syta kolacja zaczęła powoli sprawiać, że zaczynał czuć się lekko śpiący – sama pora dnia (a raczej już nocy albo późnego wieczoru) też wydawała się odpowiednia do tego, żeby myśleć o śnie i pozwoleniu organizmowi na to, żeby odpoczął przez jakiś czas.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Brutalnie!
        Natan roześmiał się w głos, mimowolnie tak właśnie komentując bezczelną uwagę. Nie ma co, kiedy już się odezwał, lisek gadane miał. Ale czego można było się spodziewać - trudno było liczyć na to, że zechce przez całą noc słuchać paplaniny obcego kotołaka. To jedno strażnik był w stanie zrozumieć. Z drugiej strony małej pogawędki przed snem nie zamierzał mu odpuścić. W końcu skoro jest okazja, należało ją wykorzystać - a poznanie nowego przyszłego kolegi kusiło późniejszą przydatnością, a przynajmniej lepszym zaplanowaniem działań w grupie. Chciał wiedzieć na jakim polu zapewne się nie dogadają, a na jakim mogą sobie pomóc. Póki co liczył na udaną współpracę - być może nie staną się najlepszymi kumplami, ale najpewniej nie zaczną od razu na siebie skakać. I dobrze, bo siłowe przekomarzanki były już zarezerwowane dla Howl. Nie byłby w stanie użerać się jeszcze z puchatym skrytobójcą.
        Dlatego tym bardziej cieszyły go jego odpowiedzi. Zdawkowe, bo zdawkowe, ale jednak zwiastowały możliwość porozumienia. Poza tym zawsze wpadło przy tym parę przydatnych szczegółów dla Dean. Bo kotołak był pewien, że lis nie silił się na kłamstwa. Kiedy nie chciał mówić - nie mówił. Ale raczej nie łgał dla samej przyjemności paplania. No i jednak jego słowa złożone w całość miały jakiś sens. Chociaż z drugiej strony, ciężko by nie złożyć w całość tak nielicznych urywków informacji.
        No nic, to dopiero druga warta.

        - Och? - Uśmiechnął się z uprzejmym zaskoczeniem, słysząc o dodatkowej ofierze. Zaraz jednak lepiej to przemyślał i na jego twarzy pojawił się bardziej inny wyraz - spokojnego zamyślenia.
        No, nieźle trafili. Służbista… Tak to się zwało? Ech, nigdy nie wiedział. Nie interesowała go regularna praca ani przynależność do wojska lub służb bezpieczeństwa (na to ostatnie i tak szans nie miał), a odnośnie takich zajęć najczęściej padały podobne określenia. Więc niech będzie, że Lis jest po prostu oddany swoim zadaniom - zadaniom lub zleceniodawcy. Zależy czy z dumą wykonuje swój ciemny fach i dba o dobrą-złą reputację przez własną ambicję, czy służy jakiemuś panu. No, oczywiście gdyby miał świadków, mógłby też nie czuć się bezpiecznie. I w sumie… to pasowało bardziej do obrazu lisołaka poddanemu jednej osobie. Gdyby był ambitny i szukał zleceniodawców, czemu miałby pogardzać darmową reklamą? Chyba, że jest tak dobry, że nie potrzebuje takiego rozgłosu, za to musi dbać o opinię ,,niewidzianego”. Ech, nie, nie dało się ot tak zgadnąć kim jest i jakie są jego cele… ale też Natan nie był tutaj od główkowania. Powie czego się dowiedział Tiffy’emu i dziewczynom, a oni coś wymyślą. On tymczasem słuchał przyjaźnie i czasem komentował:
        - Czyli popsuliśmy ci plany! - podsumował z wesołym westchnięciem. - Ale nie jest mi przykro. Nie ma co żałować kolejnych morderstw… skoro żadna zapłakana niewiasta na ciebie nie czeka, pozwolę sobie zachować współczucie i empatię na inny moment, dobrze? - Uśmiechnął się. - Chociaż w sumie szkoda, jeśli reputacja ci na tym ucierpi. Albo zapłata przepadnie. Czy część już dostałeś? Nieważne. Zadanie wykonałeś, więc w sumie hańby na kodeksie pracy nie ma. Ale ten twój interesant to sobie trochę poczeka… ciekawe czy przyśle kogoś w zastępstwie nie wiedząc czy wykonałeś robotę… a może wyśle kogoś by to sprawdził? Uuu, bracie, naprawdę możliwe, że ktoś tutaj wpadnie! - Choć wszystko to mógł zachować dla siebie, mówił dalej, jakby nie zwracając uwagi na to, że lepszym strategicznie posunięciem byłoby ukrywanie takich danych i faktu, że się to zrozumiało.
        Lecz jak już sam wspomniał - on nie był tutaj od główkowania. Wolał pogadać.
        - …Ale nawet jeśli to zdecydowanie jeszcze nie teraz. Jak widzisz obóz jest tymczasowy, więc pewnie się stąd zwiniemy. - Wyznał otwarcie i otulając się w kocyk wziął głębszy wdech. Ech, cudowny, delikatny zapach… środków piorących. Niech to!
        Chociaż czystość też miała swój urok. Ile można tęsknić do zapoconych kobiecych koszulek? Nawet Natan miał swoje limity, więc wrócił uwagą do lisa. Spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem, ale i głęboką powagą w oczach. ,,Ile ty jeszcze nie wiesz!”, pomyślał seniorsko, jak zwykle czując przy tym dreszczyk ekscytacji. Wizja oswajania go (nawet jeśli nie był uroczą panienką) jawiła mu się jako ciekawa odmiana i pewne wyzwanie. A nadzieja na zdobycie kolegi w drużynie była zwyczajnie przyjemna. Mimo swoich ciągot, w haremie pełnym babek tylko by się zanudził. Warto było mieć kogoś z kim można było omawiać walki po męsku…
        Dean.
        Pobić się dla treningu…
        Howl.
        Uczyć się technik…
        Abel.
        Napić się czegoś mocnego…
        Jea.
        Powłóczyć się gawędząc…
        Sally.
        KURDE!
        Czyli to Tiffy robił tu za kobietę. Noż oczywiście! Herbatki, ziółka, delikatne szaty… mógł jeszcze liczyć na szurniętego fryzjera, ale ani z nim, ani uprzejmym wilkiem, ani małomówną panterą nie mógł na spokojnie pogadać o wszelkich widocznych kobiecych zaletach. Adorować ich. Potrzebne mu to było dla zdrowia psychicznego - czemu nikt nie miał podobnych zainteresowań!?
        Dobra, nie, o tym dało się pogadać z Jeą.
        Upadł na matę poddając się.
        W sumie nie potrzebował nowego kolegi.
        ,,Szkoda…” westchnął zerkając z żalem na lisa. Myślał, że oto może złapali dla niego kumpla, ale w zasadzie chyba będzie po prostu konkurentem i drużynowym lalusiem. Obok Tiffy’ego. Tak pomiędzy wojownikiem, a paniczem… nie mieli jeszcze takiego.
        Ech, oby dziewczynom się nie spodobało.

        Nagła znajoma woń przywróciła go do siadu i zmusiła do nadstawienia uszu. Zamknął się już nie tylko fizycznie, ale i wewnętrznie, przyjmując z wolna wygodniejszą pozycję. Szykował się do ataku? Spinał się jak faktyczny kocur, bezszelestnie wyplątując się z koca i obracając na słomianej macie. Większym jego zainteresowaniem wbrew pozorom nadal cieszył się (na pewno!) Ni, ale…
        Gwałtowny skok pozostawił matę samotnie na ziemi; Natan wybił się silnie, ale nie wysoko - rzucił się prosto na coś. ,,Coś” co właśnie dumnie wyszło z krzaków, a potem mruknęło dziko, przygniecione do ziemi. Lecz nie na długo. Trikolorowa igryska, bydle rozmiarów już nawet nie cielęcych, szybko spacyfikowała umięśnionego mężczyznę przytrzymując go białą, wielką łapą jak szmacianą zabawkę. Oszczędzając mu kopnięć i warknięć tylko użarła go w głowę, tak że kocie uszy na chwilę zupełnie zniknęły w jej paszczy. Kiedy raz czy dwa ostrzegawczo poprawiła uścisk, mruknęła i puściła go, by szedł sobie w cholerę.
        - Kicia! - Ale nie. Zamiast tego powitał ją radośnie łapiąc mocarny kark i tarmosząc futro. - Gdzieś ty była cały dzień!? Tyle zabawy cię ominęło! Patrz, patrz mamy tutaj… - Ale kiedy on mówił, uwieszony na tygrysce jak źle dopasowany naszyjnik, ona już wyostrzała zmysły i świdrującym wzrokiem drapieżnika wbiła się w ślepia obcego lisa. Źrenice zwęziły się jej w gniewie, a nos marszczył się nieufnie, łapiąc wyraźniejszy zapach. Znała go już trochę. Wyczuła go w lesie i dlatego przyszła. Coś podpowiadało jej, że choć trop się urwał, znajdzie w obozie intruza. Przybliżyła się. Stąpała powoli lecz pewnie, nie zwracając już uwagi na ciągniętego po ziemi Natana - ta koślawa ozdoba nie mogła przeszkodzić jej w oględzinach. I nie próbowała.
        - To jest Ni. Fajny, co? Dean go sobie złapała. To lis jak i ona i Sally… och, spodobał się Sally! Ale co ci mówię. I tak nie rozumiesz takiego języka. - Złapawszy stabilniejszą pozycję wytargał ją nieco za ucho, ale ona nawet nie potrząsnęła łbem - stała zbyt blisko obcego, by mogła sobie na to pozwolić.
        Musiała mu się przyjrzeć… niemalże uderzyła go nosem, otwierając lekko pysk i węsząc z całą uwagą. Na tym półzwierzęcym samcu, małym drapieżniku czuła nieco krwi, ale przede wszystkim znajome ślady zapachowe Dean (może to w niego, a nie czysty kocyk Natan powinien się wtulać?). Głęboki, lecz cichy pomruk wydobył się z jej gardła, gdy po chwilach napięcia w końcu odpuściła i wycofała się. Nic nie wskazywało na to, by miała zamiar atakować albo też uciekać. Nie. Patrzyła na lisa z inteligencją dzikiego stworzenia i siedziała, wiedząc, że jest na swoim terenie. Natan wyłapał, że starała się przekazać mu nawet kilka komunikatów, tak jak była przyzwyczajona robić z nimi. Ale Ni chyba na nie nie reagował… nie umiał porozumiewać się ze zwierzętami? Igryska pojęła to szybciej niż kotołak - zniecierpliwiona otrzepała się, popatrzyła niezadowolona na białosierstnego i wydała coś na kształt rozczarowanego fuknięcia. Będzie musiała z tą podróbką zwierzęcia wypracować nowy język do komunikacji… Jeżeli w ogóle będzie chciała się z nim zadawać. Jeszcze nie wiedziała. Póki co wydawał się ani ciekawy, ani nazbyt nudny. Trzeba iść do Dean i przemyśleć całą sprawę leżąc jej na kolanach.

        - Ładna, prawda? - zapytał Natan, gdy kocica oddaliła się trochę. - To nasza maskotka. Zaraz po Sally, Tiffym, Dean i Jacku. - Zaśmiał się. - Straszna maruda, kompanka Dean. Obie złapać za ogon, a zaraz się wściekną. - Strzepał piach ze spodni i nieco poprawił ośliniony fryz. - Lepiej z nią ostrożnie tak na początku, ale widzę, że zaakceptowała twoją obecność. Możesz więc spać spokojnie. Kto wie, może kiedyś to ona będzie twoją strażniczką! Ha! Ale z nią nie będzie tak fajnie jak z nami… chociaż może wolisz takie towarzystwo. Na pewno nie będzie gadać. - Prychnął leciutko, wspominając lisie słowa. - Swoją drogą imponująca, co? - Wrócił do tematu - Widziałeś ty kiedyś igryskę na wolności? No, bez obroży i łańcucha, wiesz. A ta ma wyjątkowo ładne umaszczenie. Wyrwaliśmy ją z rąk kłusowników. Tak swoją drogą. Ktoś miałby niezły zysk, ale szkoda zniewalać takie piękno… Koty powinny jednak łazić gdzie im się podoba! - Przeciągnął się i zadowolony ułożył do wartowania. Mógł milczeć, ale czuwać będzie całą noc.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Po czasie zaczęło mu się wydawać, że tak naprawdę obaj zbierają o sobie informacje. Znaczy, na pewno wiedział, że on sam próbuje dowiedzieć się czegoś na temat kotołaka, który go teraz pilnował, chcąc przede wszystkim wiedzieć o nim rzeczy, które pozwolą mu na zdobycie jakiejś przewagi w ewentualnym starciu z nim. Z drugiej strony miał wrażenie, że Natan także próbuje zdobyć informacje o nim, co właściwie nie byłoby czymś niezwykłym, bo przecież złapali go jakieś kilka godzin temu i właściwie wiedzieli o nim tylko to, co udało im się wyczytać z jego zachowania, no i to, co sam zdecydował się im powiedzieć. Starał się zatajać te informacje, które były może zbyt osobiste albo te, o których nie chciał, żeby ta grupa wiedziała. Już wcześniej pomyślał o tym, że na pewno między sobą dzielą się tym, co o nim wiedzą, a warty pełnione przy nim przez pojedyncze osoby mogły działać jak miecz obosieczny, jeżeli chodzi o zdobywanie o sobie informacji – on mógł je zdobyć o konkretnej osobie, która przy nim siedziała, lecz osoba ta także mogła dowiedzieć się czegoś na jego temat.
Następną odpowiedzią zapewnił sobie chwilę ciszy. Tylko chwilę, bo Natan później znowu zaczął gadać, a on nie widział niczego złego w odpowiadaniu na jego pytania, bo akurat zmiennokształtny pytał o rzeczy, które niekoniecznie musiał ukrywać. Zresztą, ta grupa wiedziała przecież co nieco o tym, co stało się w wiosce, więc nie czuł potrzeby ukrywania przed nimi informacji na tematy związane z tamtym zdarzeniem. Zastanawiał się przez chwilę, w jaki sposób odpowiedzieć Natanowi tak, żeby nie zdradzać mu też tego, że zabójstwa wykonuje na zlecenie swojego Ojca.
         – Można powiedzieć, że to… stały zleceniodawca, który wie, do czego jestem zdolny i część wynagrodzenia płaci mi od razu po tym, jak przyjmuję zlecenie. Świadomy jest też tego, że w trakcie mogą pojawić się, hmm… komplikacje, które opóźnią mój powrót – odparł, właściwie przyjmując nawet wersję Natana o tym, skąd pochodzi jego zlecenie. Nawet nie do końca były to kłamstwa, a raczej prawda ukryta w taki sposób, że nie pojawiały się tam te rzeczy, których nie chciał wyjawić.
         – Dlatego też myślę, że i tak nie pojawi się ktoś, kto miałby sprawdzić, co się ze mną stało i ewentualnie pomóc mi z problemem, który mnie zatrzymał – dodał jeszcze. Chyba nie musiał wspominać, że cała ta sytuacja – pojmanie go i to, że przetrzymują go w tym prowizorycznym obozie – było dla niego właśnie tym „problemem”. Nawet głupi domyśliłby się, że o to właśnie chodzi. Z drugiej strony, może nawet na rękę było im to, że nie pojawi się kolejny skrytobójca, którego zadaniem byłoby uwolnić go i zabić tych, którzy go uwięzili. Nie wspominał też nic o swojej reputacji, bo niby w jego przypadku taka także istniała, jednak… nie był kimś, kogo można byłoby nazwać znanym zabójcą. Co prawda był dobry w tym, co robił i właściwie został stworzony tak, żeby właśnie być kimś takim, ale był też jeszcze młody i będzie musiał wykonać sporo zleceń, żeby zaczął być rozpoznawalny. A, no i jeszcze zależało to też w pewnym stopniu od tego, czy jego Stwórca będzie o nim rozpowiadał, czy może niekoniecznie – Ni wiedział, że Ojciec lubił chwalić się swoimi dziełami wśród swoich znajomych, zwłaszcza wtedy, gdy były one dokładnie tym, czym chciał, żeby były. Z drugiej strony człowiek ten mógł też mieć obawy, że inni będą chcieli wynajmować jego „dzieło” do tego, żeby pozbyć się niewygodnych sobie osób, a ten może nie będzie chciał dzielić się takim skrytobójcą z innymi. Chociaż… może za odpowiednią opłatą będzie mógł to zrobić, widząc w tym zysk dla siebie i swoich badań. W takiej sytuacji Ni mógłby poczuć się jak zwyczajny towar, a nie żywa istota, jednak… cóż, on miał swoje do zrobienia i rzeczy, w których był naprawdę dobry, a także musiał skupiać się na innych rzeczach i nie myśleć o czymś takim, więc ostatecznie pewnie w ogóle by mu to nie przeszkadzało i nawet nie byłby (albo może nie chciałby być) świadom tego, co sam o tym myśli.

Zauważył to trochę dziwne spojrzenie Natana i spodziewał się, że ten coś zaraz powie, jednak znowu nadeszła chwilowa cisza, która białowłosemu w ogóle nie przeszkadzała, chociaż w jej trakcie zdał sobie sprawę z tego, że rzeczywiście robi się zmęczony i prawdopodobnie niedługo będzie próbował zasnąć i odpocząć.
Nowa woń, a także nagła zmiana pozycji Natana sprawiły, że ożywił się na chwilę i zaczął przyglądać się wartownikowi. Kotołak wyskoczył nagle, lądując w miejscu, z którego wcześniej dotarł do jego nozdrzy ten nieznajomy zapach. Przypatrywał się temu, jak zmiennokształtny „walczy” z białym kotem, którego wcześniej w ogóle nie widział na terenie obozu. Nie wiedział, czym jest to zwierzę i jak jest nastawione do pozostałych, jednak szybko uzyskał odpowiedzi na niektóre pytania. Po słowach i zachowaniu Natana domyślił się, że „Kicia” należy do grupy zmiennokształtnych, chociaż nie wiedział, czy ona także należy do tej rasy, czy może po prostu jest zwierzęciem jednego z członków tej grupy. Poczuł na sobie wzrok igryski i także na nią spojrzał – otwarcie i nie próbując uciekać wzrokiem od jej spojrzenia. Chciał uświadomić jej, że nie przeraża go to, iż ona jest nieskrępowana i może rzucić się na niego, raniąc go później albo nawet rozszarpując gardło i zabijając. Jednak jego wzrok nie był też wyzywający, nie sugerował jej, że rzuca jej jakieś wyzwanie, bo na pewno nie chciał tego robić, nie z unieruchomionymi kończynami. Bez swojej broni może by sobie z nią poradził, ale walka wręcz wymagała użycia rąk i nóg, których on w aktualnej pozycji mógł używać w bardzo ograniczonym zakresie. Patrzył, jak kotka powoli zbliżała się do niego z Natanem uwieszonym na jej szyi, który zresztą powiedział coś do niej w tym dziwnym języku, którym oni wszyscy posługiwali się, gdy chcieli mówić ze sobą o czymś, o czym on miał nie wiedzieć.
Siedział spokojnie, nie ruszając się w ogóle, gdy zwierzę przyglądało mu się z bardzo bliska i obwąchiwało go. Widać było, że właściwie nie miał nic przeciwko temu, co się teraz działo, ale pokazywał też, że rzeczywiście nie obawia się igryski. Czyżby wywarł na niej dobre wrażenie? Nawet jeśli nie, to na pewno było ono takie, które nie sprawiło, że zwierzę zdecydowałoby się na to, żeby go zaatakować. Nie znał też języka zwierząt, więc nie mógł porozumieć się z kotką, co może byłoby jakimś ułatwieniem.

Czyli igryska prawdopodobnie należała do Dean, a przynajmniej właśnie tak to zrozumiał, gdy Natan postanowił odezwać się ponownie.
         – To, że nie będzie gadała, niekoniecznie byłoby czymś złym – odparł lisołak, chociaż wątpił w to, żeby wartę przy nim pełnił ktoś, kto nie rozumiałby wspólnego i nie mógłby też wydobyć z niego jakichś informacji.
         – Widziałem. Kilka razy, chociaż nie jest to częsty widok w lasach, zwłaszcza niedaleko jakichś dróg i szlaków – odezwał się, przypominając sobie nawet nie tak dawne spotkanie z przedstawicielem tego gatunku dzikich kotów. Chociaż określenie tej sytuacji „spotkaniem” może byłoby zbyt duże, bo Ni po prostu przemieszczał się po lesie, w dodatku jakimś starym i nieuczęszczanym już szlakiem, gdy przed sobą, w odległości kilkunastu kroków, zobaczył dorosłego igrysa, która spojrzał na niego i ruszył w swoją stronę.
Spojrzał w górę, na ciemne i nocne niebo, które było bezchmurne i pokryte gwiazdami. Ni, mimo że w jego głosie ciężko byłoby szukać jakichś emocji, co też dotyczyło jego zachowania i innych rzeczy, to i tak potrafił docenić piękno natury i to, co może ona stworzyć. Dlatego też uważał widok gwiazd za coś, co warto obserwować, chociażby przez chwilę albo nawet dłużej, jeżeli ma się na to czas. Przy okazji ziewnął też krótko, a że miał skrępowane ręce, to nie mógł zasłonić ust dłonią.
         – Chyba spróbuję odpocząć – oświadczył, mówiąc o tym Natanowi głównie po to, żeby nie próbował go zagadywać na jakiś nowy temat, który wpadłby mu do głowy i pozwolił mu na odpoczynek.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Był szczery, skubaniec. Tak przynajmniej sądził kotołak, kiedy go słuchał. Niewątpliwie lis ukrywał sporo informacji, a i nie był najbardziej rozgadanym stworzeniem pod słońcem, ale w tego zleceniodawcę i brak ewentualnych posiłków Natan mu uwierzył. Instynktownie, a instynkt miał dobry - nie słynął też z łatwowierności. Ale najstraszniejsze było to, że tak szczere oznajmienia najpewniej świadczyły o pewności siebie pojmanego. Albo sądził, że w końcu się uwolni, albo był tak dumny i uparty, że musiał to podkreślić. No cóż, oczywiście nadal można było założyć, że ktoś po niego przyjdzie skoro ma stałych klientów, którzy ufają mu na tyle, by sypać pieniążkami nim polecą zamówione głowy. Prędzej czy później ktoś zainteresuje się jego zniknięciem - do tego czasu będą musieli przeciągnąć go na swoją stronę, jak to się mawia, a najlepiej także się stąd zwinąć. Ale i tak nie planowali zabawiać tu długo.
        - Cóż, jeśli kogoś jednak przyślą to nie tylko ciebie będę mógł zagadywać po nocach. - Uśmiechnął się wymijająco. Zabójca, zwłaszcza podobny temu tutaj mógłby być sporym problemem, ale jakoś się przygotują. Poza tym nie mógł pokazać, że obawiają się towarzystwa. Jeśli Lis tak otwarcie mówił o braku wsparcia, on musiał podkreślić jak bardzo jest im to obojętne. A to, że później omówią wszelkie możliwości mogło na razie zostać pominięte milczeniem.
        Mimo takich drobnych niedogodności jak brak zaufania i słowne podstępy, gawędziło się całkiem przyjemnie - Natan jednak zrozumiał aluzję. Nie miał zamiaru narzucać się dłużej (on akurat wiedział, że będą mieli jeszcze spoooro czasu, żeby się lepiej poznać) i życząc Lisowi spokojnej nocy dał znać, że nie będzie go już zaczepiać.

        Tak jak oznajmił, pilnował go całą noc - sporo się przespał w dzień, więc był dość wypoczęty. Przy okazji też robił za czujkę wewnątrz obozu - na zewnątrz, po gąszczach, spacerowały ukradkiem inne osoby, których brakowało w szałasach. Grupa była naprawdę ostrożna. Ale chwile nocnego życia mijały spokojnie - skinieniem głowy koci strażnik powitał wracającą panterę, uniósł rękę do zwijającej się na patrol Jean, już w godzinach porannych. Zwilgotniałe powietrze przesycone wonią nadgniłego mchu i nadchodzącego słońca wydawało się chłodne, ale wraz z dzienną szarością zaczęło usypiać rudzielca. Zawinął się w ulubiony kocyk czekając na Sally albo na kogokolwiek kto by się z nim zamienił przed jej przebudzeniem. Choć nie zamierzał pozostawić Ni od tak - byłoby to bardzo nie po męsku, gdyby nie zbudził go wiedząc, że lisiczka już czai się na wartowanie u jego boku. Bardzo lubił Sally, ale pewnych rzeczy kolegom się nie robiło - na przykład nie zostawiało się ich śpiących i związanych na pastwę młodych dam. Zwłaszcza takich jak Sally.

        A młoda lisiczka już dawno otworzyła oczy - błyszczące z podekscytowania, w kolorze intensywnie różowego topazu. Odgoniwszy niespokojny sen podniosła się natychmiast do siadu i wyczołgała ze swego legowiska. Nie miała wielkiego łoża ani toaletki z naręczami kosmetyków, lecz czuła się dzisiaj jak dama. Stare płótno pozostawiła rozrzucone na słomianej macie, niechętna robienia dzisiaj za własną służącą i uklękła przed małą skrzyneczką wyobrażając sobie wdzięczny bieg przez oświetlony pokój. W myślach rozsiadła się przed wielkim zwierciadłem, kiedy przecierała z kurzu mały lustrzany odłamek i starała się w nim dojrzeć swoją twarz. Tyle ile widziała, prezentowało się znakomicie - mimo to przetarła buźkę słodkim tonikiem kwiacianym, nałożyła pod oczy kremik i przypudrowała nosek. Jeszcze trochę różu na policzki… czy to nie będzie za dużo? Och, nie, nie, dzisiaj musi sobie pozwolić być idealną! Może nawet nieco się z wyglądu postarzyć. To jak, róż i trochę pomadki? Jak pani sądzi, panienko Sally?
        Uśmiechając się do siebie wzięła szmatkę nasączoną ziołowym wywarem Tiffy’ego i udawała nakładanie coraz to nowych warstw upiększaczy. Poruszając wyszczerbionym grzebieniem dawała pokojówkom układać swe bujne loki w fryzury tak wymyślne, że nie byłoby kobiety, która nie obejrzałaby się za nią z zazdrością ani mężczyzny, który odwróciłby wzrok. Na wielkich fenkowych uszkach błyszczały perełki z kolczyków… nie, nie - małe diamenty! Najdroższe, lecz z subtelnym szlifem, podkreślające jej młodą urodę. No i sukienka! Dziewiczoróżowa, skromnie mleczna w odcieniu lecz bufiasta w formie, z kokardkami spinającymi falbany i misterną koronką wykańczającą rękawy i dekolt. Do tego może jakaś podkreślająca prestiż, kryształowa kolia?
        Wyciągnęła z drewnianego etui sznurek kolorowych paciorków. "Szklane, lecz lśniące", pomyślała z uciechą, nakładając je przez te wielkie uszy i jakoś odgarniając niedoczesane włosy, których przy okazji sporo wyrwała sobie z karku. Auć.
        "No, ale przynajmniej jesteś śliczna", pochwaliła samą siebie, prostując się na klęczkach w szałasie okrytym płachtą, i obracając powoli, by jej roboczy strój dobrze się na niej ułożył. Choć był już nieco sfatygowany, to właśnie ta fioletowa bluzeczka czarodziejki i krótkie bufiaste spodnie były jednymi z najbardziej wymyślnych strojów noszonych w całej bandzie! Do tego pasek na podręczne drobiazgi (broń i zbieradełka), kapelusz a’la wiedźma i skórzane, wysłużone buty z wysoką cholewką. Niektóre jeszcze w spadku po życiu z Panami. Ale ech, ile to już minęło… dobrze, że zbytnio nie urosła, a Jean co nieco i tak umiała poszerzyć. Tylko butów było szkoda. Kiedyś miała piękne, fioletowe, a tak wygodne, że na nogach ich niemal nie czuła. Teraz miała czarne obdartusy, których nie czuła tak bardzo, że gdyby w końcu jakiś się rozpadł nawet by nie zauważyła i szła dalej boso. Do pierwszej szyszki.
        Wyszykowana jak księżniczka, przynajmniej we własnych marzeniach, wyszła spod szałasowych patyków i przeciągnęła się. Założyła jedyne ostałe podkolanówki - miała nadzieję, że lisołak to doceni.
        I gdy tylko o nim pomyślała, poczuła jak znów drżą jej palce. Dawno nie była taka przejęta! Wczoraj poznał ją w biegu, nieco felernie i nie do końca tak jak sobie życzyła, ale dzisiaj zatrze to wrażenie i zamieni je we wstępny akt wspaniałego romansu! Tak, by jego pierwsze wspomnienia z nią były najcudowniejszymi jakie posiadał w pamięci - a jeśli miał jakieś inne to mu wytłucze je z głowy przy okazji. Jeżeli zaś w sercu trzymał już jakąś niewdzięczną niewiastę, to teraz niestety będzie musiał wykopać ją na bruk. Może zresztą podobnie zrobić z wczorajszą Sally. Dzisiaj - dzisiaj pozna swoją prawdziwą miłość!

        W skowronkach i słowikach, skocznie przeszła przez środek obozu, przy ogniskach już machając do rozbudzonego szuraniem Natana. Na nim musiała przetestować jak dobrze wygląda.
        Kot spojrzał na śpiącego Lisa i sądząc, że nie ucieknie, wstał, by pokłonić się przed rozuroczoną lisiczką. Ta co prawda tylko promiennością letniego zakochania różniła się od wczorajszego obrazu jaki zapamiętał (no i może bluzką), ale to wystarczyło, by stała się wręcz doskonała i słodka jak kwiaty oblane gorącym miodem.
        Och, za dużo jak na poranek! Zwłaszcza spędzony pod kocem z kobiecych ubrań!
        Ale nie - Natan to wytrzymywał. Sally była dla niego niczym młodsza siostrzyczka, urok jej więc grał na zupełnie na innej strunie niż pożądanie względem prawdziwych kobiet.
        - Pięknie dziś panienka wygląda. - Pozwolił sobie na wyszukany, kurtuazyjny komplement połączony z niskim ukłonem sługi. Tekst i postawa tak niepasujące do jego wizerunku, a jednocześnie tak szczere, że o mało nie rzuciła mu się za nie na szyję. Damie jednak nie przystawały takie zachowania. Dygnęła zatem, trzymając krańce spodenek i obdarzyła go promiennym uśmiechem, za którym czaiło się jednak polecenie, by ulotnił się w tej chwili i dał jej spędzić boski poranek z Ni. We dwoje.
        - Och, a czyż to nie są panienki najlepsze korale?
        - A są - zaćwierkała nagle rozochocona, jeszcze chwilę pozwalając mu mącić i poruszyła się jak debiutantka w salonowej kreacji. - Robią dziś za kryształową kolię.
        - Ach! A więc panienki wyjściowe odzienie na pewno jest najpiękniejszą suknią balową jakąm na oczy widział!
        - Oczywiście Panie Kocie, tak w istocie jest!
        - A czy posiada panienka perły we włosach i kolczyki hrabiowskiej córki zdobiące pierwszej urody uszka?
        Zarumieniła się gwałtownie, lecz i tak poprawiła swojego adoratora:
        - Diamenty. Najpiękniejsze z szlachetnych kamieni!
        - To wręcz cudownie! A posiada panienka na dłoniach rękawiczki z białego jedwabiu?
        - Och! - Przeraziła się. - Zupełnie o tym zapomniałam! A powinnam mieć? - spytała, zerkając na lisołaka, a dostrzegając jego rozbudzone spojrzenie, niemal pisnęła ze wstydu, zakrywając sobie usta dłońmi. Rozumiał to, słyszał! Wszyściutko! Och, a ona naprawdę nie miała rękawiczek! Powinna była o tym pomyśleć; teraz cały poranek stracony!
        No, ale może uda się odciągnąć uwagę przystojnego zabójcy od tego barbarzyństwa wymyślną fryzurą i nienaganną postawą. Do tego zaparzy mu ziół i poda śniadanie, a gdy skojarzy ją z jedzeniem zakocha się i zacznie odczuwać jej brak!
        - Och, obudziłeś się, Lisie! - Natan wtrącił jej się w potok myśli, burząc wszystko jak bezmyślnie wrzucony kamulec; lecz na szczęście odtoczył się równie szybko na swoje miejsce. - W takim razie ja się już oddalę. Padnięty jestem po tym całym siedzeniu. Przywitaj się z Sally, twoją nową strażniczką. - Wysunął ją zgrabnie naprzód, dodając jej nieco odwagi, a gdy ta raz nabrała animuszu jak lawina parła dalej sama:
        - Piękny poranek, nieprawdaż!? Zostaw wszystko mnie, zajmę się twoim śniadaniem i wszystkim; pożyczę ci nawet mój grzebień jak chcesz. Masz idealne włosy - westchnęła z podziwem. - Och, ale już nie patrzę! Kobieta nie powinna patrzeć jak mężczyzna się budzi! - I jak pierwszorzędny wartownik zakryła oczęta, przyklękając na jeszcze ciepłym posłaniu Natana. Najwidoczniej damie tak wypadało.

Awatar użytkownika
Nimroth
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth »

Udało mu się zasnąć w miarę szybko, co było swego rodzaju osiągnięciem patrząc na to, że nie mógł swobodnie się ułożyć przez to, że miał unieruchomione nogi i ręce. Może rzeczywiście był zmęczony, może nawet bardziej niż mu się to wydawało na początku. Dobrze, że pilnujący go Natan nie próbował go zagadywać, żeby w jakiś sposób utrudnić mu zaśnięcie albo całkowicie je uniemożliwić, a później nie budził go też swoją gadaniną. A Ni na pewno zbudziłby się, bo jego odpoczynek był płytkim snem, z którego mógłby od razu wybudzić go nawet cichy dźwięk, który nie pasowałby do otoczenia. Można by nawet powiedzieć, że w czasie, gdy Nimorth spał, pilnowała go zwierzęca część jego natury, a jej instynkt odpowiadał za to, że lisołak nawet w trakcie snu w pewien sposób odbierał – głównie – dźwięki z otoczenia i budził się, gdy właśnie ten instynkt „stwierdzał”, że coś tu nie pasuje. Sny… je także miewał, chociaż naprawdę rzadko kiedy zdarzało mu się, że zapamiętywał je na dłużej – musiały one być nie dość, że takie, iż wydawałoby się realne, to także odpowiednio emocjonujące. Chociaż nawet wtedy mogło zdarzyć się, że pamiętał o nich wyłącznie na chwilę po przebudzeniu, a później mógłby jedynie przywołać jakieś ich niewielkie fragmenty. Nie był pewien, dlaczego tak się działo – i niekoniecznie mu to przeszkadzało – ale podejrzewał, że dość mocno może wpływać na to, w jaki sposób żyje i kim jest, czym się zajmuje, a także sam sposób, w jaki sypia i jaki jest jego sen.

W końcu obudził się, gdy jego ciało uznało, że wystarczy już odpoczynku i jest wypoczęte, a on ma ponownie być w pełni przytomny. Niewygodna pozycja snu i skrępowanie dolnych i górnych kończyn sprawiło, że czuł lekki ból pleców, który właściwie odezwał się dopiero teraz, gdy się poruszył i otworzył oczy. Chwilę później zmrużył lekko powieki, gdy tylko poranne słońce do nich dotarło. Było nagłym kontrastem do ciemności, którą Ni widział pod powiekami, więc nie było niczym dziwnym, że przymrużył je, czekając na to, aż ponownie przyzwyczają się do dziennego światła.
Usłyszał też zbliżające się kroki i wstającego kotołaka, który pilnował go przez całą noc. Te dwie osoby zaczęły ze sobą rozmawiać, a Ni dopiero po chwili zaczął przysłuchiwać się ich dialogowi. Kolejną chwilę poświęcił na podniesienie się do pozycji siedzącej i spojrzenia na osobę, z którą rozmawiał Natan…
To była Ona. Sally.
Ni doskonale wiedział, że po kotołaku, to właśnie ta dziewczyna będzie przy nim siedziała i pilnowała go, żeby nie próbował niczego podejrzanego. Zdawał sobie też sprawę z tego, jak na niego patrzy… i ostatecznie stwierdził, że na pewno nie czekał na to, aż Natan się z nią zmieni. Na pewno wolałby mieć nieskrępowane ręce i nogi – albo przynajmniej nogi – bo wtedy mógłby wykonać taktyczny odwrót i może udać się w inne miejsce w obozie, może nawet do samej Dean, której zaproponowałby, że może rolę wartownika mógłby pełnić ktoś inny niż Sally. Z drugiej strony może uda mu się wykorzystać sytuację do tego, żeby dowiedzieć się o lisołaczce czegoś więcej i może będzie mógł wykorzystać na własną korzyść jej nastawienie do niego. A patrząc na te więzy na jego stopach i nadgarstkach, to prawdopodobnie zdecyduje się na drugą możliwość, chociaż i tak przecież niekoniecznie miał też wybór.
Dobrze, że przynajmniej jeszcze nie zwrócił na siebie uwagi tym, że się im przygląda i słucha ich rozmowy. Dzięki temu może bardziej skupić się na dialogi i, może, wyciągnąć z niego coś, co później mu się przyda. Informacje zawsze były przydatne, zwłaszcza, gdy było się czyimś więźniem. Swoją drogą, ta ich rozmowa wydawała mu się dziwna – Natan mówił tak, jakby zwracał się do jakiejś szlachcianki, a nie koleżanki z drużyny. Z drugiej strony, może Sally wcześniej właśnie kimś takim była? Tego (jeszcze) nie wiedział. Postanowił też wykorzystać chwilę na to, żeby przyjrzeć się dziewczynie i temu w co się ubrała. Już na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że wystroiła się i kwestią szybkiego połączenia faktów było to, że zrobiła to dlatego, że miała pełnić przy nim wartę. Wydawało mu się to całkowicie niepotrzebne.

         – Nie śpię już od jakiegoś czasu. Słyszałem kroki Sally i później waszą rozmowę – odpowiedział kotołakowi. Sam będzie mógł sobie oszacować to, jak długo Ni już nie spał. Wiedział też i nawet czuł, że wspomniana lisołaczka przeniosła na niego swój wzrok w momencie, w którym Natan odezwał się do niego. A później zdecydował się oddalić, zostawiając go samego z Sally.
Wzruszył ramionami na pierwsze słowa dziewczyny, chcąc przekazać jej, że uważa ten poranek za raczej zwyczajny. Przynajmniej zwyczajny pod względem temperatury i tego, jak wygląda natura, bo przecież codziennie nie zdarzało mu się, że budził się w obozie, w którym był więziony.
         – Nawet jakbym chciał, to i tak nie miałbym jak się uczesać – odparł, przypominając, że jego kończyny ciągle były unieruchomione, a to przecież nie pozwalało mu na to, żeby móc nimi swobodnie operować. Zresztą, wydawało mu się, że jego białe włosy raczej nie były w złym stanie, w czym może upewniło go też to, iż sama Sally powiedziała, że według niej są idealne… Chociaż, wydawało mu się, że dziewczyna nie powiedziałaby na jego temat niczego, co można by było uznać, że negatywne albo źle brzmiące. Później, gdy zakryła oczy dłonią, wykorzystał to, żeby ziewnąć krótko i wyprostować się, co miałoby być czymś w rodzaju rozciągnięcia, którego nie mógł wykonać w pełni, także przez więzy na nadgarstkach.
         – Już się dobudziłem, możesz patrzeć – odezwał się, szybko gasząc uśmieszek, który chciał pojawić się na jego ustach.
         – Śniadanie też jecie wspólnie, tak jak kolację? - zapytał chwilę później. Liczył na to, że na czas posiłku ponownie nie będzie czuł na swoich kończynach tych więzów i będzie mógł spożyć go samodzielnie. Nie chciał, żeby ktoś go karmił, a jeszcze bardziej nie chciał, żeby robiła to Sally, która wiedział, że na pewno byłaby pierwszą chętną do takiego „zadania”.

Awatar użytkownika
Dean
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Dean »

        Słyszał! Słyszał i jeszcze to teraz podkreślił! Kop, kop leżącą piękny chłopcze, tylko błagam połóż się potem przy niej!
        Zrozpaczona Sally starała się jakoś odciągnąć jego uwagę od tamtego dialogu, niewątpliwie nieprzeznaczonego dla jego uszu. Nie był Natanem, który mógłby zrozumieć jej wyobrażenia i jeszcze wejść z nią w równą grę uprzejmości. Był mężczyzną, któremu chciała pokazać się od najlepszej strony, dla którego założyła wszystkie wyimaginowane suknie! Na więcej wpadek nie może sobie przy nim pozwolić!
        - Ja mogłabym cię uczesać - westchnęła maślanym głosem, rozpływając się pod jego spojrzeniem, ale na szczęście na tyle niezobowiązująco, że nie musiał nawet tego komentować. W razie czego jednak wiedział, że byłaby chętna, może więc kiedyś pomyśli o tym, by ją zatrudnić do podobnych rozko… pracy przy nim.
        Na jego kolejne słowa zsunęła rączki z łakomych ślepi i znów mogła karmić się widokiem zaspanego lisa w całej okazałości, podanego jej na macie jak na talerzu. I może nie stał dumnie w nonszalanckiej pozie, podkreślając zgrabną swoją sylwetkę świeżym, bogatym ubiorem - pikantną przyprawą luksusu i zalotności, tylko siedział związany w wymemłanej czerni wzorem suszonej śliwki. Ale wystarczyło spojrzeć na jego idealną twarz, by kolana zmiękły, a serce zabiło gwałtowniej. Strach pomyśleć co by było gdyby go rozwiązali i dali mu się otrzepać z tej całej ziemi. Chyba nie byłaby w stanie przy nim długo usiedzieć. (Może na nim. Ale przy nim nie).

        Zagapiona w soczystą krwistość oczu, czujnie ukrytych za długimi rzęsami, zapomniała na chwilę języka i siedziała cicho, w bezruchu, w pozycji mało wygodnej, ale za to na tyle bliskiej ciału mężczyzny, że drętwiejące kończyny ogrzewało samo wyobrażenie ich przyszłego dotyku. Ojć! Ależ on coś mówił!
        - Śniadanie? - zapytała wpierw mało przytomnie, po czym gwałtownie drgnęła. - Ach, tak, śniadanie! No przecież, że ci przynio… a, nie o to pytałeś. Hmm, różnie. Ale częściej jadamy osobno niż razem. Zwłaszcza w porównaniu z obiado-kolacjami - powiedziała z lekkim żalem i obawą, że jej odpowiedzi może go zawiodą. - Nie wiem jak dzisiaj… och, nikt mi nie powiedział! Niemądra, nie dopytałam. Widzisz, trochę byłam zaangażowana w inne… ważne sprawy. Ale jeżeli jesteś głodny!… - Już miała wstać, ale zatrzymała się w pół ruchu. Usiadła. - No, ale przecież nie mogę! - Rozejrzała się po obozie. Kogoś może dopytać? Zostawić go z przystojnym Ni na chwileczkę? Ktoś w ogóle zdążył przynieść jakąś świeżynkę? Co najbardziej smakowałoby takiemu ładnemu lisowi z rana?
        Gdzieś przy stągwiach z wodą kręcił się jak zjawa Tiffy w swej białej szacie, ale to nie jego potrzebowała. Gdzieś, ktoś? Bokiem przeszła czarna pantera obrzucając ją uważnym spojrzeniem. Też nie to… ,,Myśl, myśl! Nie możesz pozwolić mu się niecierpliwić! Nie zostawisz go tu, ale głodny mężczyzna nie będzie cię wielbił tak jak na to zasługujesz, nie ma szans!…”
        - DEAN! - krzyknęła nagle, a jej pisk przeciął ciszę jak szabla zbójcy dziewiczy gorsecik. I jak ciało padłoby w chrupiące chaszcze tak teraz poniósł się szelest, a szum szałasowych płacht poprzedził pojawienie się zaalarmowanych głów i całych postaci lecących dziewicy na pomoc. Pytanie kto był w potrzebie - Ni, Sally, czy może cały obóz.
        - Sally!? - Zaspana Dean już biegła ku nim w wymiętolonej koszulce, z rudą fryzurą na bakier. Zamglony wzrok w sekundę odzyskał trzeźwość, a ręka już spoczywała na mieczu, albo raczej miecz w ręce, bo pochwy przy pasie to lisica nie miała. Za nią gibał się półprzytomny Natan i wścieknięta Kicia, Howl i Blue wypadli jak oparzeni i gotowi do walki. Tiffy porażony, niemal upuścił miseczkę, Pantera pojawiła się znikąd po przeciwnej stronie, powarkując cicho.
        Nim rzuciła się w wir pytań, Ruda ogarnęła wzrokiem Ni i Sally - kiedy dostrzegła, że z nimi w porządku i żadne z nich drugiemu nie grozi, omiotła wzrokiem teren dookoła. Czysto. Nic nie słyszała, niczego nie czuła… inni także nie.
        - Sally, co się stało? - spytała opuszczając broń i podchodząc do młodej lisiczki. Nadal była nad wyraz czujna, lecz bardziej już zatroskana…
        - Kiedy będzie śniadanie? - zapytała uszasta z przejęciem. - Pan Ładny Ni jest głodny, a ja nie wiem kto dzisiaj się tym zajmuje. I czy jemy może razem, czy osobno? Kto zostaje?
        Westchnienia zniecierpliwionej ulgi przetoczyły się po polance zmazując ślady spodziewanej napaści i przywracając poranne zaspanie; może teraz poprzetykane drobiną irytacją i stoicką pobłażliwością starszych towarzyszy, którzy jak na komendę zaczęli wracać do siebie lub brać się ospale za dzienne zadania. Tylko Dean stała surowo nad małą lisiczką i patrzyła na nią z dwojaką konsternacją.
        - Śniadanie? - zapytała, po czym ciężar spojrzenia przeniosła na Ni. Uznała jednak, że ta gwałtowna pobudka to nie jego wina. Pewnie to Sally była nazbyt podniecona, by pohamować się w swoich pomysłach i dala upust nadpobudliwości. Lecz to nie zmieniało faktu, że w tej chwili miała obojga dość. Nie znosiła fałszywych alarmów. Nie z powodu, że Pan Ładny Ni chciałby się najeść.
        - Abel niedługo coś przyniesie. Być może ryby.
        - Ryby! Panie Ni, lubi pan ryby?
        - Przyniesie ci je tutaj - przerwała ostro Dean. - Powydłubujesz ości i nakarmisz naszego lisa jeśli łaska. Tiffy da wam coś do popicia. I nie ruszaj się z miejsca - upomniała, a Sally wydęła policzki.
        - Przecież nigdzie nie poszłam!
        - Chwali ci się. Ale nie wołaj nas następnym razem, jakby się chłop w kałuży topił - dodała tonem sugerującym, że mieczyk już ją świerzbił do zakończenia podobnych problemów. - Takim piskiem armię jesteś w stanie postawić na nogi. Nie rób nam tego z samego rana.
        - Ale…
        - Choćby się dławił, poproś kogoś szeptem. Naprawdę Sally, ile można… - Zmęczona rozmasowała skronie i odgarnęła część kudłów na właściwy bok.
        - Mam nadzieję, że was usatysfakcjonowałam - mruknęła. - Do zobaczenia później. - Uniosła niedbale dłoń i odwróciła się, mijając rozbudzoną Kicię. Igryska dłużej odzyskiwała spokój, nadal węsząc i nasłuchując, kiedy jej kompanka już zniknęła w szałasie. W końcu podeszła do dwójki lisów i rozłożyła się tuż obok nich, prawem ważącej niemal cztery cetnary przyzwoitki. Niech sobie nie pozwalają.

        - Umm, przepraszam cię, to chyba nie tak miało wyjść… - Sally pogłaskała kotkę, choć mówiła chyba bardziej do Ładnego Chłopca. - Ale przynajmniej teraz już wiemy co będzie!- ,,…my jedli na naszej pierwszej porannej randce”. (Zdecydowanie do Chłopca). - I nie martw się, powydłubuję wszystkie ości, nic mi się nie wymknie! Będziesz mógł jeść spokojnie. - Rozmarzyła się na samą myśl o wsadzaniu mu kąsków do ust. Och, były takie blade… ciekawe czy są ciepłe i aksamitne w dotyku… Usta, usta, nie kawałki ryby. Miała nadzieję, że je dobrze przypieką.
        Znaczy ryby!
        Ach, wszystko jej się mieszało!

        Niecierpliwie czekała na powrót Abel i na to aż przygotują jej łupy - Tiffy nagrzewał napar w wielkim garze, a ziołowy zapach zmieszał się z wonią mchu. Opierając się o grzbiet igrysicy uznała, że to dobry aromat do schadzek. Pieczeń nie była zbytnio romantyczna, a taka rzeczna to już w ogóle. I choć świeżutkie rybki nie zalatywały mułem, nie kojarzyły się tak dobrze jak krwisty stek i lampeczka wina (nie by mieli tu jakiekolwiek wino). Patrzyły wyschniętymi oczami na zakochanych i trzeba było odrywać im szkieleciki. I dłubać z nich palcami, pluć ośćmi i w ogóle całe się lepiły… Ale za to były bardzo pożywne. Kto wie, może taki męski mężczyzna cenił sobie solidny posiłek ponad estetykę. Z resztą przy takim to i w rybie mogła grzebać. Byle był potem zadowolony i myślał o niej z samą przyjemnością! A napar od jeleniołaka przypieczętuje ich miłość zapachem pokrzywy… czy to aby na pewno najlepsza roślina?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Hrabstwo Ascant-Flove”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość