Hrabstwo Ascant-Flove[Niewielka wioska i jej okolica] Moje i Twoje nadzieje

Rozległe ziemie powstałe ze względnie niedawnego połączenia dwóch osobnych hrabstw - Ascant i Flove. Mimo, że położone w niedalekim sąsiedztwie Pustyni Nanher same są żyzne i całkiem gościnne, choć ostatnia głowa rządzącego rodu zaniedbała swoje obowiązki, przez co wiele dróg i mostów nadal wymaga naprawy.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

[Niewielka wioska i jej okolica] Moje i Twoje nadzieje

Post autor: Nimroth » 7 miesiące temu

Dlaczego ktoś taki jak on znalazł się w niewielkiej wiosce, na którą składało się zaledwie kilka domostw i niewielka gospoda, pełniąca także rolę sklepu? Cóż, po prostu dostał taki rozkaz. Od Ojca, oczywiście, bo ten niedawno dowiedział się, że właśnie w tym miejscu ukrywa się mag, który próbuje to, co jemu się udało – tworzyć lisołaki, jednak takie, które nie będą zwykłe. Paranoja stwórcy Nimrotha pogłębiała się proporcjonalnie wraz z rosnącym numerem określającym jego wiek, więc mógł przecież widzieć gdzieś coś, co niekoniecznie było prawdą. Tyle tylko, że biały lisołak nie miał tu dużo do gadania – dostał rozkaz zabójstwa danej osoby, której znał miejsce pobytu i wygląd, więc musi go wykonać i pomyślnie zakończyć kolejną misję. Co prawda wiedział też, że Stwórca ma własną grupę odpowiadającą za tropienie osób, które mogą mu teraz zagrażać lub za jakiś czas zrobią, odkryją lub dowiedzą się czegoś, co sprawi, że stanął się zagrożeniem i informacje o zdecydowanej większości celów Ni pochodziły właśnie od tych ludzi… Ogólnie, dla niego było to po prostu kolejne zadanie, kolejna podróż i kolejne zabójstwo i na koniec zabranie jakiejś rzeczy osobistej martwego celu. Później, gdy już wróci do posiadłości i będzie zdawał relację Ojcu, przy okazji przekaże mu też zabrany przedmiot, który wtedy będzie już tylko dowodem na to, że Ni wykonał zadanie, a także kolejną liczbą w kolekcji „trofeów” Alzagrona, na które zresztą przeznaczone ma osobne pomieszczenie.

Zmiennokształtny miał na sobie skórzane spodnie i buty, a także długi, materiałowy płaszcz, pod którym na ciało miał założoną ciemną koszulę i materiałowy „rękaw-maskę”, którą osłania szyję i dolną część twarzy. Dłonie osłaniały mu skórzane rękawiczki bez palców. Poza tym, oczywiście, miał przy sobie broń, chociaż ta była ukryta tam gdzie zawsze wraz z kilkoma rzeczami przydatnymi każdemu podróżnikowi. Poruszał się pieszo, czasem przemieszczając się w formie lisa lub nawet biegnąc, jeśli akurat chciał szybciej pokonać odcinek trasy albo nawet jej całość. Ewentualnie mógł też wsiąść na jakiś powóz, nie zawsze dając o tym znać osobie, która go prowadziła – a jeśli już odkrywał swoją obecność, to najczęściej płacił trochę ruenów za to, żeby móc przejechać wozem jakąś część drogi, a także po to, żeby osoba prowadząca pojazd nie zadawała mu zbędnych pytań na jego temat.
Teraz i tak znajdował się na obrzeżach wioski, konkretniej na skraju części lasu, który zaczynał się dość blisko domostwa, w którym miał ukrywać się mag w jakiś sposób zagrażający Ojcu. Las ten otaczał domy połowicznie – od strony zachodniej i północnej, a za nim znajdowały się góry. Drugą część wioski zajmowało tylko kilka wysokich drzew i pola uprawne należące do jej mieszkańców. Między polami biegła też wąska droga, głównie udeptana podeszwami butów i kopytami zwierząt gospodarskich.
Dom ofiary lisołaka nie wyróżniał się zbytnio na tle pozostałych… może poza tym, że wydawał się trochę większy, a tak, to zbudowany był z podobnych materiałów i na podobnej zasadzie. Miał też dość spory ogród, w którym jego właściciel hodował zarówno różnorakie zioła, jak i zwyczajne warzywa. Wszystko to ogrodzone było niewysokim płotem, który Ni powinien przeskoczyć bez problemów, i to możliwe, że nawet nie rozpędzając się, a stając przed fragmentem płotu i po prostu przeskakując go z miejsca. Jeszcze nie miał zamiaru przystąpić do działania i nie chodziło tu o to, że był środek dnia. Akurat jemu pora dnia w ogóle nie przeszkadzała… co prawda noc sprzyjała działaniu z ukrycia i wszędobylska ciemność sprawiała, że trudniej było dostrzec skradającą się osobę, jednak wystarczyło wiedzieć, jak się poruszać i na co uważać, a wtedy nawet dzień nie był złą porą na zabicie kogoś na zlecenie. Oczywiście, światło słoneczne mogło powodować większe szanse na dostrzeżenie zabójcy przez niepożądane osoby… ale takimi też można było się zająć, może nawet w ogóle zanim jeszcze można było przystąpić do uśmiercenia celu. Ni miał też świadomość tego, że wewnątrz budynku jego cel nie jest sam, tyle tylko, że niezbyt mu to przeszkadzało, bo tej drugiej osoby także będzie w stanie się pozbyć.

Podszedł bliżej, wchodząc na teren ogrodu maga i ukrywając się między krzakami ziół, przy okazji ciągle obserwując okno, w którym widział obu mężczyzn. Podchodził bliżej i bliżej, uważnie stawiając stopy i uważając na to, żeby nie nadepnąć na coś, co mogłoby zdradzić jego obecność. Gdy był już tak blisko, wolał nie iść dalej – zamiast tego zaczaił się i wyczekiwał momentu, w którym będzie mógł w pełni wykorzystać efekt zaskoczenia, który oczywiście chciał mieć po swojej stronie.
W końcu nadarzyła się jedna okazja – gość celu Nimrotha odszedł od stołu i przemieścił się do innej części domostwa. Co prawda lisołakowi nie spieszyło się – bo nawet nie miał określonego czasu na wykonanie zlecenia – jednak i tak postanowił zadziałać od razu, gdy tylko dostrzegł okazję. Błyskawicznie pokonał odległość między krzakiem ziół, za którym się ukrywał, a tylnymi drzwiami łączącymi ogród i budynek. Z taką samą prędkością wpadł do środka i doskoczył do maga, w trakcie dobywając też ostrza i kierując je tak, żeby zadało śmiertelny cios prosto w serce. Trafił dokładnie tam, gdzie chciał i od razu uśmiercił cel zlecenia – gdyby nie efekt zaskoczenia, prawdopodobnie nie poszłoby mu to tak gładko i mógłby napotkać jakiś opór ze strony tego mężczyzny… Tymczasem ten nawet nie zdążył wydać z siebie nawet krótkiego odgłosu albo spróbować rzucić jakieś, nawet najsłabsze, zaklęcie ofensywne. Wiedział, że z drugim nie będzie tak łatwo, dlatego też od razu odwrócił się w stronę, z której wydawało mu się, że nadejdzie gość maga i ruszył w tamtym kierunku, przygotowując się do kolejnego cięcia.
Nie wiedział tylko, że ten drugi widział całe zajście i był gotowy na starcie z osobą, która zabiła jego znajomego. Ni uskoczył przed lodowym soplem tylko dzięki temu, iż miał wyczulone zmysły, co tyczyło się także zmysłu magicznego. Szybko dotarł do przeciwnika i ciął go po prawej dłoni, aby uniemożliwić mu rzucanie nią czarów. Udało się, chociaż mag odskoczył w tył, a przez to rana mogła nie być tak głęboka i przeszkadzająca, jak Ni chciał, żeby była. Dlatego też znów stał przed mężczyzną, chociaż tym razem z zamiarem zabicia go, a nie wyłącznie zranienia.
         – Dlaczego…? - usłyszał głos przeciwnika. Często słyszał tego typu pytania – gdy oczywiście pozbywał się świadków i sytuacja potoczyła się tak, że musiał otwarcie z nimi walczyć – dlatego też wiedział, czego dotyczy to pytanie. „Dlaczego go zabiłeś? Dlaczego teraz chcesz zabić mnie?”, dlaczego, dlaczego, dlaczego… Nimroth był pewien, że osoby o to pytające miały już w głowie odpowiedzi i wiedziały też, co usłyszą od osoby, którą o to pytają – jeżeli w ogóle usłyszą jakieś słowa od zabójcy, który teraz ma zamiar pozbawić życia właśnie ich. Może po prostu myśleli, że nie będzie to prawdą, jeśli nie usłyszą tego od kogoś innego… A może było inaczej. Właściwie, Ni nawet się nad tym nie zastanawiał – wykonywał zadanie wedle wytycznych i tyle. Tylko tyle się dla niego liczyło.
         – Ktoś chciał jego śmierci – odezwał się lisołak, głosem pozbawionym emocji. Nie miał zamiaru udzielać dłuższej odpowiedzi niż ta, czy w ogóle odzywać się ponownie. Wolał skupić się na tym, żeby pozbyć się świadka zabójstwa. Pchnął ostrzem przed siebie, celując w brzuch przeciwnika. Ten okazał się zwinniejszy, niż mogłoby się na początku wydawać, bo udało mu się uskoczyć i kontratakować kolejnym lodowym soplem. Ni też był zwinny, bardzo zwinny i dlatego nie miał problemu z zejściem z toru lotu magicznego pocisku i od razu przejściem do kolejnego pchnięcia. Tym razem trafił w brzuch, a mag złapał się za niego od razu po tym, jak zmiennokształtny wycofał ostrze. Mężczyzna próbował jakoś zatamować krwawienie, jednak „ciecz życia” wylewała się z niej zbyt obficie i przeciekała mu przez palce, kapiąc na podłogę. Kolejne pchnięcie ostrzem wycelowane było w serce ofiary, tym razem śmiertelne i takie, po którym przeciwnik zwyczajnie straci życie. Nimorth trafił osłabione ciało maga dokładnie tam, gdzie chciał. Ciało, które osunęło się na podłogę, gdy tylko puścił je i wyciągnął z niego ostrze swej broni. Później podszedł do pierwszego maga, wytarł ostrze w jego szatę i zaczął szukać jakiejś rzeczy osobistej, którą miała przy sobie jego ofiara. Znalazł łańcuszek zawieszony na szyi zmarłego, który okazało się, że jednak jest naszyjnikiem. Ni uznał, że to powinno wystarczyć, dlatego ściągnął go z szyi ofiary i schował w jednej z niewielkich sakiewek podróżnych.

Opuścił budynek, nie przejmując się pozostawionymi ciałami i krwią. Nigdy się tym nie zajmował i nigdy nie dostawał też poleceń, żeby to zrobić, dlatego też upewniał się tylko, że nie pozostawił śladów po sobie. Śladów, po których ktoś może mógłby go zidentyfikować. Nie wliczały się w to ślady po cięciach lub ogólnie po ranach zadanych ostrzem, a to dlatego, że jego nóż nie był jakimś niezwykłym artefaktem, który miałby jakieś unikatowe ostrze lub coś podobnego.
Co prawda zadanie było już niemalże wykonane – bo została mu tylko droga powrotna i zdanie raportu – ale i tak zachowywał ostrożność i poruszał się cicho, gdy wyszedł tymi samymi drzwiami, którymi dostał się do środka. W ogrodzie skradał się od krzewu do krzewu, za każdym razem upewniając się, że nie został zauważony. W końcu przeskoczył przez niewysoki płot i ruszył w stronę lasu, tym razem już biegnąc, aby jak najszybciej znaleźć się wśród leśnych drzew, krzewów i trawy… Tyle tylko, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś mógł obserwować całą sytuację i może zechcieć wykonać pewne działania związane z tym, co tam osoba zobaczyła.

Awatar użytkownika
Dean
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Dean » 3 tygodnie temu

        Wszystko musiało się kiedyś zacząć - obiad zaczynał się teraz. Dla tych z bandy, którzy mieli szczęście nie być na patrolu. Obozowisko w końcu, nawet jeżeli założone w spokojnym, przywiejskim miejscu, gdzieś w głębi lasku, musiało być chronione. W końcu niektóre ścieżki często gościły ludzi, a wśród nich mógł trafić się ktoś… władający magią na przykład. Lub inny typ, którego nie chcieli teraz prowokować.
        Tak więc wysłana na obchód czwórka wzdychała tylko do wyimaginowanego zapachu dziczyzny, pełniąc dzielnie swoje obowiązki.
        - Umm, pyfne!
        Albo i… nie?
        - Prawda, prawda!
        Jean i Sally, rozdzieliwszy się z resztą już dawno usiadły na ziemi i zaczęły wcinać zapasy. Na świeżą pieczeń się nie załapały, ale suszone mięsko w leśnych owocach też było przysmakiem! Zwłaszcza gdy zakazanym.
        - Ja ci powiem, tufaj i tak nic nie ma. - Sally przełknęła kawałek i wycelowała w koleżankę palcem. - Jestem pewna, że niczego nie przepuścimy! Nasłuchuj, a nikt się nie zorientuje!
        - Przecież nasłuchuję. - Dziewczyna z kocimi uszami wydawała się zdziwiona, że można zarzucić jej brak uwagi. Przecież robiła to od lat!
        Pełniła rolę czujki. Tylko, że najmniejszym kosztem energii.
        - Dobrze. Mam wrażenie, że tracą do nas zaufanie. Musimy udowodnić, że nadal jesteśmy niezastąpione!
        - Dokładnie. - Kotka sięgnęła po garstkę malin, z o wiele większym entuzjazmem niż mówiła ,,dokładnie”, choć nadal niespiesznie.
        - Ostatnim razem, to był wypadek! Gość szedł przy wodospadzie. Jak niby miałyśmy to wyłapać!?
        - Nie wiem. - Otarła usta ręką. - Może nie rozmawiając?
        - Ale ile tak można!?
        - Nie wiem.         .Ale jak piskasz to ani ja nic nie słyszę, ani ty.         .Wykorzystaj te swoje uszy i powiedz mi, jak będzie coś szło. No patrz, przecież masz większe. - Chwyciła ją za czubki fenkowatych trójkącików i pociągnęła lekko. To jasne, że Sally miała świetny słuch. Rozmiar co prawda nie miał tu nic do rzeczy, ale lisołaczka naprawdę była przydatna w temacie. Tylko zbyt gadatliwa.
        Drażniły się przez chwilkę, kiedy Sally faktycznie drgnęła i odwróciła ostro głowę. Jean zaraz zwróciła się w tym samym kierunku.
        - To krzyk?
        - Aha…
        - A już myślałam, że będziemy wolne! - Lisołaczka odruchowo przeszła do szeptu i pochowała rzeczy. Kotka w tym czasie zdążyła wciągnąć jeszcze parę plasterków, po czym obie ruszyły ku wsi.

        Czatowały w najbliższym jej brzegu lasu, więc nie miały daleko. Jednak z tego też powodu od razu umilkły i zaczęły się podkradać; choć w ich przypadku to drugie wymagało znacznie mniej wysiłku. Obie zwinne i wiotkie omijały wszelkie przeszkody z naturalną łatwością, zastanawiając się jedynie, czemu gadulstwo przeczy zakradaniu i dlaczego nie są telepatkami. Zupełnie bez sensu!

        W końcu, jak gdyby znikąd, pojawiły się za płotkiem feralnej chaty, gdzieś między leszczyną a bzem wystawiając swoje dziewczęce noski. I to był błąd, bo od razu spiął je zapach gorącej krwi, tak źle kontrastujący z ich własną kryjówką i ogrzanymi w słońcu naciami. Zza otwartych drzwi doleciało do nich szuranie i wtedy schowały się głębiej, cichymi monosylabami ze zmiennokształckiego ustalając plan.

,,Zostajemy (i) czekamy?”
,,Musimy wiedzieć co (to jest)!”
,,Przestrzeń do patrzenia - okno”
,,Zgoda”

        Wychyliły się po dwóch stronach krzewów, żeby dojrzeć sylwetkę żyjącej osoby, ale ta tylko raz przeszła obok firanki - więcej dało im niedomknięte wejście do ogrodu. Stając pod innym kątem Sally dostrzegła martwego mężczyznę i drugiego, który zrywał mu coś z szyi. Nie chcąc tracić go z oczu tylko gestem pokazała Jean, że coś ma.
        - Uch… idzie w naszą stronę - Kotka skomentowała, nim jeszcze białowłosy zaczął biec i nieco zmienił kierunek.
        - Ukradł coś temu martwemu. To jakiś cholerny złodziej! - Sally szepnęła jej do ucha, wykorzystując maskujący odgłosy wiaterek. I ten szczęściem wiał w ich stronę, dzięki czemu mijający ich osobnik nie mógł ich wyczuć - a one szybko dowiedziały się o nim jednego…
        Lis
        Wystarczyło im jedno spojrzenie, by upewnić się co do tego - drugie, by zgodnie go przechwycić. Cwaniak zapewne by im umknął, gdyby nie nazbyt sprzyjające okoliczności, dlatego nie było czasu na dłuższe myślenie - Sally szybko użyła mocy, by spowolnić jego następny krok, a Jean, przewidując ruch złapanego lisa palnąć go w głowę… czy to był jej dziadek do orzechów? Dotknęła sakiewki przy pasie. Tak, rzuciła nim! Czasem naprawdę ruszała się szybciej niż była w stanie to pojąć. Tak czy inaczej rzut był celny, a Sally wysilała się, by na wszelki wypadek przytrzymać obcego przy ziemi. Chociaż kotka sądziła, że jeśli nie rozwaliła mu głowy, to powinien być przynajmniej nieprzytomny.

        Podeszły (w miarę) ostrożnie, a lisica od razu doskoczyła do twarzy nieznajomego, sprawdzając oczy.
        - Trafiony! - ogłosiła dźgając go w policzek. - Masz cela!
        - Biedny… - Jean wyglądała na bardziej zmartwioną. - Muszę bardziej uważać. - Podniosła swojego dziadka do orzechów i przyjrzała mu się uważnie. Nie był chyba zarysowany bardziej niż wcześniej. Chociaż i tak brakło już na nim miejsca na więcej skaz, więc skoro nie wbił się obcemu w czaszkę i nie umazał krwią to znaczy, że było dobrze.
        - I jak, trzymasz go? - spytała chowając cenne narzędzie zbrodni.
        - Nie muszę. Ogłuszyłaś go zupełnie. Patrz! - Podniosła opatrzoną w rękawiczkę rękę ich ofiary po czym pacnęła nią o ziemię. Raz, drugi, trzeci…
        - Gdyby był przytomny już dawno by się zbuntował - oznajmiła z uśmiechem, a kotka mogła tylko przytaknąć.


        Cel został unieszkodliwiony, więc związały go z lekka i postanowiły zanieść do obozu. Nie musiały mieć pozwolenia, aby go tam przytaszczyć - był jednym z nich, więc cokolwiek reszta postanowi z nim zrobić one zostaną pochwalone. Tym bardziej po tym co zobaczyły. A właściwie miały zobaczyć…
        - Która sprawdza środek? - spytała Jean, już szykując się do gry w papier-kamień, kiedy Sally niemal położyła się na ich ofierze i zamachała rękami.
        - Pasuję. Chcę zostać z nim! - oświadczyła przewracając go na plecy. - Ktoś musi zobaczyć z czym mamy do czynienia…
        - Uważaj na jego nadgarstki.
        - Przecież wiem co robię. - Tak, już patrzyła gdzie najłatwiej odpiąć jego płaszczyk. Oczywiście po to, by zobaczyć czy nie jest ranny…
        - Dobra, to ja się rozejrzę. - Kotka nie przejęła się niebezpieczeństwem, które groziło chłopakowi i zostawiła go z młodszą przedstawicielką jego rasy gdzieś na leśnym uboczu. Bardzo rozsądnie.
        Sally jednak była miłym stworzeniem i przez ten krótki czas niewiele zrobiła - głównie dlatego, że płaszcz się przekręcił, czernie ubrania zlały ze sobą, a ona nie mogła znaleźć guzików. Jednak wstępnie oceniła, że choć białowłosy śmierdział posoką, to sam nie miał nawet zadrapania. Przynajmniej się o niego nie pobrudzą. Poza tym zabrała jego rzeczy.
        - Hej, zbieramy się. Zaczęło się zamieszanie. - Jean nadciągnęła pospiesznym krokiem (jej wersja biegu) i ponagliła wspólniczkę, gestem podkreślając, że chodzi o wiejską chatkę.
        - Widzieli cię?
        - Nie sądzę, ale od frontu ktoś przechodził. Jak już zobaczą co się stało…
        Nie musiała kończyć.
        Zarzuciły sobie lisa (czy musiał być taki długi!?) na ramiona i obrały drogę powrotną - w miarę szeroką i uczęszczaną, żeby chłopak nie zaczepiał im się o gałęzie. Ale nie przeszły daleko, stękając na ciężar i dziwiąc się biegowi wypadków, kiedy usłyszały znajome kroki, a na trasie pokazała się… dowódczyni. Mało zadowolona, podparta pod boki.
        - Co tam macie? - zapytała na wstępie, podchodząc i marszcząc brwi.
        - Znalazłyśmy - wytłumaczyła Jean.
        - Złapałyśmy! - sprostowała Sally.
        - Ale musimy stąd znikać. Jest mała afera.
- Czuję. - Tłumiąca zaskoczenie Dean pochyliła się nad sponiewieranym lisem, już wiedząc, że miał coś wspólnego z jakąś niedawną walką. Postanowiła jednak nie dopytywać, dopóki nie zadbają o własne bezpieczeństwo.
        - Wioska? - upewniła się tylko, a dziewczyny przytaknęły.
        - Sally, obserwuj ich. Daj znać jak będą szli w naszą stronę. Jea, powiesz co widziałyście. Na razie zejdźmy z widoku - rozdała polecenia, przejmując lisołaka i bez większego problemu zarzucając go sobie przez ramię. Jak jakiś tobołek.

        Fenkowata zniknęła wśród dębów, a kotka i Dean ruszyły na przestrzał, po trasie jeleni. Gałązki trzaskały pod nogami dowodzącej, ale odgłosy te zlewały się z resztą rozkołysanej zieleni, nie zaburzając dzikiej harmonii naturalnej kryjówki. One ani ich ,,gość” nie powinni zostać zauważeni przez nikogo, kto nie był akurat myśliwym czającym się na zwierzynę. Od tego miały jednak własne zmysły, żeby uniknąć podobnych spotkań. Zdecydowanie.


        - Powiesz mi o co chodzi? - spytała Dean po dłuższej chwili marszu, wymownie zerkając na niesionego chłopaka, a zaraz potem surowo na Jean.
        - Uch… - Kotce posypały się z rąk maliny, ale postanowiła zdać raport miast je podnosić.         - Pewnie… - Choć szkoda było przekąski.
        - Byłyśmy na patrolu, tak jak kazałaś - (oczywiście) - kiedy usłyszałyśmy krzyk - (poprzez nasze pogawędki) - Poszłyśmy pod wioskę, sprawdzić o co chodzi, a tam w chatce rzeź. - Wydłubała z woreczka ostatnią malinę. - I ten gość wybiegł. Zobaczyłyśmy że nasz, to złapałyśmy. - Przełknęła owocka i wytarła palce o płaszcz lisołaka.
        - A ten?
        - To zabójca jak nic. I złodziej - dodała kotka. - Sally mówiła, że ściągnął coś z szyi jednej z ofiar.         .Na pewno jest w jego rzeczach.
        Dean wydawała się zamyślona, ale teraz ocknęła się nagle.
        - Macie jego rzeczy?
        - Aha.
        - Dobrze. Przejrzymy je potem. Może Tiffy też nam coś powie.
        - Pewno.         .Ale to zabójca. -
Szarowłosa nie miała wątpliwości i nie potrzebowała do tego czytania aur. Dean też nie, więc tylko westchnęła.

        Dlaczego lisołaki tak często kończyły jako narzędzia?

Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth » 3 tygodnie temu

Wszystko poszło sprawnie, co zdarzało mu się coraz częściej i co oznaczało też, że jest coraz lepszy w tym, czym się zajmował. Uciekał z trofeum, chociaż i tak najważniejszy był sam fakt, że zabił osobę, której miał się pozbyć. Naszyjnik był wyłącznie dodatkiem, może ewentualnie zapewnieniem co do tego, że wykonał zadanie. Ruszył w drogę powrotną, sprawnie pokonując przestrzeń między posesją i lasem, gdy nagle poczuł, że zwolnił – jakby czas wokół niego zaczął płynąć wolnej – a później mógł jeszcze poczuć tępe uderzenie w głowę. Zdążył jeszcze pomyśleć o tym, że powrót widocznie przedłuży się przez niedogodności, które właśnie się zaczną, a później pochłonęła go ciemność.

Odzyskał świadomość po… jakimś czasie. Cóż, nie był w stanie stwierdzić, ile minęło od tamtego momentu do teraz... Nie otworzył oczu od razu i to nie tylko przez to, że usłyszał głosy. Prawdopodobnie kobiece głosy. Poczuł też, że nie znajduje się na ziemi i nie jest ciągnięty, ale znajduje się też w ruchu, więc uznał, że albo jest niesiony, albo transportowany wozem. Jeszcze przez chwilę nasłuchiwał, głównie po to, żeby może zebrać więcej informacji o otoczeniu i rozmawiających osobach. Dopiero teraz poczuł też trochę więcej – na przykład to, że czuje czyjąś rękę na plecach i bark tej samej osoby, który lekko wbija się w jego brzuch. Do jego nozdrzy dotarły też zapachy kojarzone głównie z lasami, więc uznał, że prawdopodobnie nadal znajduje się w lesie. I jest niesiony – tak, teraz nie miał co do tego wątpliwości. Był też pewien jeszcze jednej rzeczy – ktoś go złapał (znowu), a on będzie musiał uciec (znowu).
Musiał czekać na odpowiedni moment. Musiał go wyczuć, bo jeśli mu się to nie uda, może po prostu nie mieć kolejnej takiej okazji na to, żeby uciec. Albo żeby przynajmniej spróbować to zrobić. Kobiety były dwie, a przynajmniej on słyszał tylko dwa głosy – to nie oznaczało oczywiście, że są same, bo przecież zawsze mógł towarzyszyć im ktoś, kto nie brał udziału w rozmowie. A jeśli nie, to mogą go też nieść w miejsce, w którym jest ich więcej. Ciekawe, jakie było ich powiązanie z osobą, którą zabił? Musiało jakieś istnieć, bo przecież nie porwaliby go bez powodu, zwłaszcza po tym, jak kogoś zabił.

Teraz.
Wybrał moment, w którym niosąca go osoba musiała wejść na jakąś nierówność leśnej drogi – poczuł, jak jej uchwyt (chyba) staje się lżejszy, a jej bark mniej wbija się w jego brzuch. Zadziałał błyskawicznie i instynktownie, najpewniej zaskakując też te nieznajome mu osoby. Przechylił się w prawo, poczuł, że znajduje się w powietrzu, a później spada, na koniec lądując w zaroślach. Nie spadał z wysoka, jednak odruchowo i tak chciał zamortyzować zderzenie z ziemią, tak naprawdę dopiero teraz uświadamiając sobie też, że ma związane dłonie.
Mimo tych… niedogodności, i tak podniósł się na nogi, podpierając się łokciami i zaczął biec przed siebie, nadal zachowując szybkość i płynność ruchów, mimo liny krępującej jego ręce, która uniemożliwiała mu pełne używanie ich. Po krótkim biegu zorientował się też, że przy pasie nie czuje znajomego ciężaru rzeczy, które zawsze się tam znajdowały – niedużych sakw z potrzebnymi mu drobiazgami, w tym także pieniędzmi i naszyjnikiem, który zabrał swojej ofierze. Nie czuł też jeszcze bardziej znanego mu (chociaż o wiele mniejszego) ciężaru pochwy i ukrytego w niej sztyletu. Westchnął sam do siebie, gdy uświadomił sobie, że będzie musiał zmierzyć się z kolejnymi trudnościami, które pojawiły się tak nagle w tym, raczej, łatwym zleceniu.
„Będę musiał wrócić po te rzeczy” – powiedział w myślach sam do siebie. Doskonale wiedział, że nie dość, iż były one narzędziami jego pracy, to były też dla niego dość ważne. I nie chodziło tu o wartość sentymentalną. Znaczy… o nią też, jednak ważniejsze było to, że były to rzeczy potrzebne mu w trakcie podróży. Bandaże i medykamenty w razie wszelakich ran i urazów, małe pudełeczko z krzesiwem i hubką do rozpalania ogniska, sakiewka pełna ruenów na ewentualnie wydatki i jeszcze inne rzeczy. Z drugiej strony był też sztylet, a jeśli ktoś postawiłby go przed wyborem – albo sakwy, albo tanto – to za każdym razem wybrałby swoją broń. Pieniądze można zarobić (albo ukraść), medyczne przedmioty można kupić lub zrobić samemu, co zresztą tyczyło się też innych przedmiotów, jednak „Tnący przez Cienie” był wyjątkowym sztyletem i to nie ze względu na swój niepowtarzalny wygląd lub magiczne wzmocnienia – Ni po prostu był do niego przywiązany i naprawdę cenił sobie ten sztylet.
„Albo uciec i spróbować odzyskać to, co mi zabrali. Albo dać im się złapać i ponownie czekać na okazję” – znów przemówił do siebie w myślach, ciągle biegnąc i szukając też miejsca, w którym mógłby się ukryć. Musiał to zrobić: ukryć się lub zgubić pościg. Więzami zajmie się później, gdy będzie mógł usiąść w spokoju i poszukać czegoś, co mogłoby przeciąć sznur, nie obawiając się przy tym, że zostanie złapany. Chyba, że wybierze drugą możliwość i pozwoli im się złapać. Oczywiście, była też trzecia, która wiązała się z konfrontacją – Ni nie wątpił w swoje umiejętności walki wręcz, jednak wiedział też, że nie jest mistrzem w tej dziedzinie, a niemożliwość pełnego wykorzystania rąk i dłoni w trakcie walki, może odbić się na tym, że nie będzie tak sprawny, jak powinien być.
„Może warto spróbować walki?” – zapytał sam siebie. To też była możliwość warta wzięcia pod uwagę i, jeśli udałoby mu się z nimi wygrać, to może odzyskałby też swoje rzeczy. W końcu musiała mieć je jedna z nich, prawda? Jeśli jednak by go pokonały, to wtedy mógłby zacząć realizować inne podejście – to, w którym pozwala im na ponownie złapanie siebie.

Zatrzymał się nagle i ukrył w pobliskich zaroślach, wiedząc, że będą tędy przebiegały. Przykucnął w odpowiedniej pozycji i w krzakach, które nie dość, że ukrywają jego postać, to pozwalają też na obserwację tego, co znajduje się przed nimi. Jego plan był raczej dość prosty – miał zamiar wykorzystać efekt zaskoczenia i wyprowadzić niskie kopnięcie, które wycelowane będzie w nogi tej z nich, która będzie przebiegała bliżej zarośli. Powinna się wywrócić, jeśli wszystko pójdzie po jego myśli. Drugą też jakoś się zajmie, tak mu się przynajmniej wydawało.

Awatar użytkownika
Dean
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Dean » 3 tygodnie temu

        No i zwiał.
        Nie spodziewały się, że już teraz odzyska przytomność (zwłaszcza Jean, która myślała, że rozwaliła mu głowę), nawet zaś jeśli by się wybudził były pewne, że da tego jakieś oznaki zanim zdecyduje się ruszyć. Zwłaszcza na ziemię.
        Tymczasem drań był niezły - zamiast jęczeć siedział cicho i czekał na okazję do wykonania ruchu. Mocno ryzykował, bo zawsze mógł być obity bardziej niż się spodziewał i nie wylądować zgrabnie, a na przykład na plecach lub własnym nosie. A jednak w stanie był niezłym - podniósł się w mgnieniu oka i nawet nie zatoczywszy popruł przed siebie.
        Dziewczyny też nie czekały na zaproszenie.
        Dean ruszyła od razu kiedy tylko syknęła na to jak ją drań przegiął, ale już wtedy była parę kroków za tym sprinterem. Raz miała prawię okazję go złapać, ale zbyt szybko zrozumiała, że taki bieg to marnowanie sił. Zwłaszcza jeżeli miała Jean do pomocy.
        Ta przejęła prowadzenie w pościgu, kiedy Dean delikatnie zwolniła i pozwoliła sobie obmyślić jakiś plan. Nie znała zupełnie możliwości przeciwnika, ale nie sądziła by był w pełni sił. A jeżeli, to nadal pozostawał związany. Tylko szkoda, że z przodu nie z tyłu. Należało to szybko poprawić, bo jak widać w ucieczkach był niezły. A nie mogły pozwolić mu ot tak uciec.

        Kotka wyrwała do przodu, ale lis zdążył zniknąć jej z oczu. Mimo to nie zwalniała i nasłuchując, dalej biegła wyznaczoną trajektorią - aż uciekinier wykonał zaplanowany ruch i podciął ją, na tyle skutecznie, że wyrżnęła o ziemię.
        Ale to nie szkodzi.
        Dzięki temu pozostająca z tyłu Dean miała go jak na talerzu. Skupiła wzrok na jego kryjówce, wyczuła ziemię, której dotykał. Na tym terenie nie mógł jej uciec.
        Jeszcze nim podbiegła, podłoże pod zbiegiem zapadło się nagle - korzenie uniemożliwiały szybkie stworzenie dużego dołu, ale płytkie zagłębienia to było dość. Wystarczyło zaklinowanie jednej nogi, a już nie miał szans… Nie była pewna za co dokładnie go przytrzymała - gałęzie za bardzo zasłaniały jej widok. Była jednak pewna, że wpadł w jej pułapkę i unieruchomiła go z grubsza, a wiedząc, że nie ma broni nie miała najmniejszych oporów żeby zaszarżować w zarośla i ciałem przybić biedaka do ziemi.
        Miała jednak cichą nadzieję, że nic mu nie złamała.

        Było… nieźle.
        W ostatniej chwili postanowiła rozproszyć zaklęcie, by przewracając lisołaka na pewno nic mu nie urwać. W końcu była jego sprzymierzeńcem. Może traktowała go chwilowo brutalnie, ale nie chciała wcale go uszkodzić i uprzedzić do siebie i swojej bandy… choć zakładała, że mimo tego mogą być z nim problemy. Więcej dowie się jak dotrą na miejsce, ale wyglądał na trudny przypadek - podręcznikowy przykład wyprania mózgu.
        Przy tym był jednak zbyt sprawny by go zignorować - priorytetem było więc zatrzymanie go i zapobieżenie następnym ucieczkom, a dopiero później rozmowa. Cóż… nie każdą znajomość można było zacząć od zwykłego ,,dzień dobry!“.

        Na szczęście w obezwładnianiu była lepsza niż w powitaniach - zresztą lisołak nie górował nad nią siłą, a związany tracił też przewagę zręczności. Wiedziała zresztą, że jest typowo lekkiej budowy, a różnica ich wzrostu nie była znowu aż taka wielka.
        Gdy tylko padł, przyblokowała mu uda opierając się na nich piszczelem, a w jedno boleśnie wbijając kolanem - zdecydowanym ruchem schwytała jego związane nadgarstki, wychyliła się i docisnęła nad jego głową. Chociaż nie była mała, na wysokości jego twarzy miała teraz żebra - pochylona zaś była bokiem, bo drugą nogą trzymała równowagę dotykając ziemi. Nie miał więc jak jej zrzucić.
        Upewniła się, że się jej nie wyszarpie i mocniej naparła dłonią na jego ręce - drugą zaś szybkim ruchem dotknęła jego szyi, formując na niej najpierw ziemistą, a w końcu skalną obrożę. Podobne więzy wpełzły zaraz na jego kostki, przyciskając materiał ubrania - miała założyć i trzecie, ale rozmyśliła się, gdy zrozumiała, że to ona będzie go dźwigać.
        Zsunęła się ze swojej ofiary, samym spojrzeniem sugerując jej, by nie próbowała uciekać. Pewnie, może czołgać się jak gąsienica do kolejnych krzaków, ale ona i tak go dopadnie. Chyba, że używał ziemi…
        - Jean, czy on zna magię? - krzyknęła, próbując przy okazji zorientować się w jakim stanie jest jej towarzyszka.
        A ta leniwie podniósłszy się na obite nogi, przecierała rozharatany policzek.
        - Tak.        .Wiatru.
        Świetnie! O ile nie władał nim za dobrze.
        Uspokojona lisica i tak nie spuszczała z niego wzroku. Na twarzy miał maskę, ubrany był w czernie i prezentował się dość podejrzanie. Bo osoby ubrane na czarno musiały być podejrzane. Chyba, że działały po ciemku, ale przecież w jego przypadku nie chodziło o kamuflaż; nie skoro atakował w dzień, a i nie zasłaniał świecących na biało włosów. To musiał być symbol. Albo wymuszony przez kogoś, albo wybrany przez niego samego - ale ostrzegawczy. Na tyle, że gdyby nawet spotkali go na szlaku, z koszyczkiem malin w ręce, wiedzieliby, że coś jest nie tak. Czarne spodnie, czarne buty - tak. Czarne wszystko? Nie.

        By dać sobie chwilę oddechu, przykuła go na chwilę do ziemi, spajając ją z więzami na nogach i odsunęła, by na pewno być poza zasięgiem ewentualnego ciosu. Patrzyła całkiem poważnie w te czerwone ślepia, zastanawiając się nad czymś i nieco także ciekawiąc.
        - Będziesz naszym więźniem, co? - rzuciła tonem jakim proponuje się grę w karty i podobnie zresztą to traktowała. - Spokojnie, chwilowo. To konieczne byśmy mogli być przedstawieni.
        Tak, nie wysławiała się wrogo (choć może nie do końca poprawnie), nie patrzyła na niego spod byka - ale kto wierzyłby w jej dobre intencje? Było nie było spętała go solidnie, a nawet uraczyła obrożą, na wypadek gdyby chciał się przemienić. Tak, o tym też pomyślała. Nie wiedziała jakie posiada formy - czy trzy podstawowe, i czy zamienia się może w zwierzę, czy może w hybrydę jak ona. Jednak sądząc po wymiarach, o ile pęta na rękach i nogach spadłyby z lisa, obroża nie powinna dać się zsunąć. Jeżeli zaś jego formą jest hybryda o znacznie grubszym niż u ludzi karku to wtedy przemiany w ogóle nie powinien ryzykować.
        Miała go.

        - Daj się zanieść. Przedstawię cię naszym - powiedziała, szykując się do ponownego uniesienia swojego prawie-jeńca. - I nie stawiaj oporów, bo tobą rzucę - dodała, też raczej neutralnie, bo wcale nie chciała tego robić. Po prostu sądziła, że lepiej uprzedzić.

Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth » 3 tygodnie temu

Pierwszy krok planu udał się perfekcyjnie… i to by było na tyle, jeśli chodzi o rzeczy, które mu wyszły. Nagle poczuł, jak ziemia pod jego stopami ugina się i zapada lekko, a coś trzyma go za nogę tak mocno, że nie może się ruszyć. Próbował wyszarpać tą część ciała, jednak nie udało mu się to – nie wiedział też, dlaczego coś takiego miało miejsce. To sprawiło też, że jego walka z nimi skończyła się szybciej, niż przypuszczał. Co prawda miał wyswobodzoną nogę, jednak jedna z kobiet przyciskała go do podłoża całym ciężarem swojego ciała, a on nie miał możliwości wyrwania się albo uderzenia jej w czułe miejsca na ciele. Nie ze związanymi rękoma, którymi teraz już w ogóle nie mógł manewrować.
Został obezwładniony dość szybko, dlatego też postanowił nie wiercić się i nie próbował też zrzucić jej z siebie, przechodząc do planu związanego z tym, że pozwoliłby im się złapać. Na początku zakładał on, że Ni podda im się dobrowolnie, a nie po krótkiej walce, jednak… można było go zastosować nawet przy takim zwrocie sytuacji.
Poczuł dotknięcie na szyi, a później ziemię, która zaczęła się tam zbierać, aby ostatecznie uformować tam coś na kształt obroży. Teraz też wszystko stało się jasne i widział, że ta, która go trzyma, włada też magią ziemi. Najpewniej ona też odpowiadała za wcześniejsze zapadnięcie się ziemi i to, że jego noga utknęła właśnie tam. Gdyby nie ta jej znajomość magii, może udałoby mu się zdziałać tu coś więcej niż tylko powalenie tej drugiej, która zresztą przed chwilą się podniosła. Poczuł też, jak coś zaciska się na jego kostkach, jednak nie mógł tam spojrzeć, żeby upewnić się, co to może być. Słyszał, jak obie kobiety wymieniły się słowami w języku, którego on sam nie mógł rozpoznać. W końcu z niego zeszła, jednak to nie oznaczało, że ponownie mógł podjąć próbę ucieczki albo w ogóle jakiegoś ruchu – coś (najpewniej magia) trzymało go przy ziemi i sprawiało, że nie mógł ruszać kończynami.

Spojrzał prosto w zielone oczy rudowłosej, gdy uświadomił sobie, że ona też na niego patrzy. Wiedział, że jego oczy raczej nie były czymś normalnym, chociaż już wyłącznie po nich można było domyślić się, iż jest on albinosem. Pewności co do tego domysłu nabierało się wtedy, gdy łączyło się kolor jego oczu z białymi włosami i bladą skórą. Wtedy osoba taka myślała sobie, że ma przed sobą albinosa i nie myliła się przecież, bo właśnie tym był Nimroth.
W końcu ruda dziewczyna wypowiedziała jakieś słowa, które były skierowane prosto do niego. Spodziewał się, że będą z nim rozmawiać raczej dopiero wtedy, gdy przetransportują go tam, gdzie chcą – prawdopodobnie do jakiegoś obozowiska, w którym znajduje się więcej osobników stojących po stronie tych kobiet.
         – Chyba nie mam wyboru – odezwał się… raczej normalnym tonem głosu. A przynajmniej normalnym dla niego, bo dla innych głos pozbawiony emocji mógłby przecież uchodzić za coś dziwnego albo nawet nieludzkiego. Jemu to nie przeszkadzało – zdawał sobie sprawę z tego, że sam sposób wypowiadania słów i zdań może już coś zdradzić o rozmówcy, a on informacje takie wolał zachować dla siebie i nie dzielić się nimi z innymi. Druga część jej wypowiedzi była dla niego trochę dziwna i sprawiła też, że w głowie lisołaka narodziły się pytania. Komu chciała go przedstawiać? I dlaczego wspomniała, że bycie więźniem będzie tylko chwilowe? Czyżby tak szybko zdecydowała o jego losie i chciała zabić go jak najprędzej, żeby zemścić się za to, że zabił tamtych magów? Wyglądało na to, że będzie musiał działać jak najszybciej. Odebrać im swoje rzeczy i uciec. Niby brzmiało to prosto, jednak tak naprawdę właśnie takie nie było, bo te dwa punkty składały się też z pomniejszych, które były tak samo ważne.
         – Mhm – mruknął tylko, gdy powiedziała, żeby pozwolił się zanieść. Nie miał zamiaru ponownie uciekać, nie z tymi dodatkowymi zabezpieczeniami, którymi go uraczyła. Ze skrępowanymi nogami nie dałby rady biec, więc nie uciekłby daleko czołgając się albo turlając. Niby mógłby zmienić się w lisa i sprawić, że lina i „skalne kajdany” zsunął się z jego łap, to obroża sprawiała dziwne wrażenie bardziej wytrwałej i możliwe, że zostałaby na jego szyi.

Miał wrażenie, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli już jakiś czas temu – wtedy, gdy pierwszy raz został złapany w magiczne sidła i uderzony czymś, co sprawiło, że stracił przytomność – jednak teraz nie miał już nawet żadnych niespodzianek, które mógłby wykorzystać na korzyść własną i korzyść tego, że ucieczka by się powiodła. Dlatego postanowił, że będzie sprawiał wrażenie osoby gotowej na współpracę z nimi. Tak naprawdę będzie wyczekiwał tylko na odpowiedni moment – wcześniej oczywiście zbierając informacje i starając się ustalić, gdzie znajdują się jego rzeczy – żeby później przejść do zabrania ich i ucieczki, przy okazji raniąc albo nawet zabijając tych, którzy mogą stanąć mu na drodze. Wtedy już żadne więzy, magiczne lub zwykłe, nie powinny go krępować.

Awatar użytkownika
Dean
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Dean » 3 tygodnie temu

        Po jego słowach wnioskowała, że był raczej uspokojony. Lub dobrze udawał.
        Tak, na pewno coś knuł.
        Oczywiście mógł też popatrzeć na nią ten jeden magiczny raz i stwierdzić, że ej - pójdzie z nią wszędzie! Ale nie sądziła by o to chodziło. Było tak jak stwierdził - po prostu nie miał wyboru.
        Dobrze!

        Posłała mu coś na kształt niemego zapewnienia, że nic mu nie grozi, po czym bez dalszych ceregieli chwyciła go i podniosła, nadal bez większego problemu; choć czuła dodatkowy ciężar kamieni, jakimi go przyozdobiła. Szczęściem do obozu nie było aż tak daleko, bo jeszcze zdążyłaby się zmęczyć!

        Wyglądała jednak na przybitą, mimo że wszystko zdawało się iść po jej myśli. Jean zauważyła to i rozumiała, powstrzymała się więc od narzekań odnośnie policzka i głupich komentarzy, do których miła słabość.
        Ostatecznie szefowa strasznie wrażliwa była na krzywdę wyrządzaną wszelkim zmiennokształtnym; a zwłaszcza lisom przez ich własnych twórców. Czy właścicieli… nieważne! Nikt nie powinien posiadać nikogo na własność i traktować go jak jakiś przedmiot (myślała, poprawiając sobie jeńca na ramieniu) czy tanią siłę roboczą. Rozumiała służbę, ale nie niewolnictwo. A wychowywanie kogoś tak by brakło mu własnej woli było najgorszym z możliwych wypaczeń. Gorszym niż złamanie kogoś, kto zaznał wolnego życia. Kto został go nauczony.
        To było okaleczenie dziecka i zrobienie sobie z niego zabawki.

        Sama wiedziała o tym aż za dobrze, ale musiała przed sobą przyznać - nigdy nie czuła się aż tak pokrzywdzona. Oszukano ją, ale pozwolono myśleć. Miała nadzieję, że ten tu też to potrafi. Bo na pierwszy rzut oka wydawał się zbyt dobrze… (nienawidziła tego słowa) wytresowany. Zbyt profesjonalny w swoim krwawym zawodzie.
        I nawet gdy z nim wymieniła te dwa, trzy zdania, ton jego głosu… spodziewała się protestu i uporu albo aż zbytniej pewności siebie, a spotkała się z przemyślaną (a może wyszkoloną) obojętnością. To było niemal straszne. Nie była pewna czy było mu zwyczajnie obojętne, że został złapany, czy może nic sobie z tego nie robił bo był pewny, że da radę uciec? Jednak nawet wtedy jego brak emocjonalności był niepokojący.
        Niemniej nie mogła jeszcze powiedzieć dużo o jego charakterze - ich interakcje były minimalne, mimo że cieleśnie wyjątkowo bardzo bliskie.
        Hmm, gdyby ją ktoś tak niósł co najmniej wyklinałaby go w myślach… ciekawe czy on też to właśnie robił?

        - Ej.         .Ciężki jest? - Kotka zauważyła, że nastrój szefowej zelżał. - Wygląda smętnie taki związany.
        - Jest lekki. Całkiem. I wiem - mruknęła. - Ale nie mamy dużego wyboru.
        - Tak.         .Myślisz, że nas rozumie?
        - Trudno powiedzieć. Odruchowo mówiłam do niego we wspólnym… ale sądzę, że zapytany i tak by nie odpowiedział. Dla niego lepiej ukrywać zdolności jakie posiada. A języki akurat może.
        - Racja.
        - I tak wszystko jedno czy rozumie. Jesteśmy po jednej stronie. Ale to musimy mu pokazać, nie powiedzieć. Kłamać można w każdym języku; w czynach trudniej.

        Znowu stała się bardzo poważna.
        Ech…

        Szły we względnym milczeniu - jeżeli wymieniały się uwagami to nadal robiły to w języku zmiennokształtnych. Ich koleżka zaś nie wiercił się i nie próbował uciekać - a Jean nawet już trochę sobie go obejrzała idąc za dowódczynią. No… głównie włosy i ręce, ale to zawsze coś. Podobały jej się jego rękawiczki. Może szkoda, że nie zdążyła mu ich zdjąć…


* * *


        W czasie marszu Dean w różnych odstępach czasu trzy razy zagwizdała na palcach - dwa razy odpowiedział jej podobny sygnał. Zanim zaś pojawił się trzeci, lisołak mógł już odebrać znacznie więcej mogących zainteresować go bodźców - zapachy zwierzoludzi, ich głosy, woń rozgrzanego popiołu i niedawnego posiłku - mięsa z rozmarynem. Nikt też nie zakrywał mu oczu, więc dostrzec mógł niedawno wydeptaną ścieżkę, na którą weszli - ta prowadziła już prosto do obozu.

        Była to niewielka polana ukryta wśród grądów - nienaturalnie wręcz dobrze odcinająca się od kurtyny liściastych drzew, poprzetykanych gdzieniegdzie jaśniejszymi filarami świerków. Ich szyszki leżały gdzieś z boku na stercie, obok drewna, jako zgromadzona rozpałka. Większość krzaczków z obrzeży została przycięta, by o nic nie zahaczały, a przy okazji posłużyły jako pokrycie szałasów. Za nimi to właśnie, od północy i wschodu rósł najgęściej wybujały podszyt, nieprzecięty żadnymi drogami - stanowiąc naturalne zabezpieczenie. Ścieżka, którą przybyli prowadziła za to na południe, lecz szybko niknęła rozproszona na mniejsze odnogi, niedostrzegalne dla większości ludzi. Właśnie to mógł obserwować teraz białowłosy, bo niesiony był przecież tyłem - tak więc to jego pięty jako pierwsze ujrzałyby miejsce docelowe tej małej wędrówki, gdyby mag doczarował im oczy.
        Właśnie te nogi jako pierwsze zobaczyli współobozowicze - byli już jednak gotowi na ich przybycie. Poniekąd.

        Tak, Dean nie zdążyła im przekazać, że to zgrabne nogi, ale też czekający w obozie nie myśleli o nich za dużo. Zastanawiali się za to jak bardzo złapanie Nowego wpłynie na ich plany i obecne zadanie… oraz jak trudnym przypadkiem on będzie.

        W końcu lisica postawiła go na ziemi gdzieś z boku polany - czy też raczej położyła, bo od razu w pozycji siedzącej. Nadal w końcu miał unieruchomione nogi, trudno by mogło mu być utrzymać równowagę. Tak więc pierwsze spojrzenie na bandę zaliczył raczej z niskiego horyzontu.

        Było ich siedmioro - ale żaden nie był krasnoludkiem. Nie, dostrzec mógł za to trzy wilkołaki - szarofutrą wilczycę z mieczem, białego młodego wilka w typie atlety i dziwnie chudego starszego przedstawiciela gatunku - fryzjera pod czterdziestkę. Ten, opatrzony w dziką czuprynę i pełny stój mieszczański zerkał na niego krzywymi oczyma i niemal chichotał bawiąc się brzytewką. Nie wstał też od paleniska i swojego rogatego kompana, aby przyjrzeć się Nowemu, jak to zrobiła pozostała dwójka - oni wyglądali zresztą na straż przyboczną lisicy, bo zaraz czujnie ustawili się po jej bokach.
        W tym samym czasie zbliżyła się inna postać - niska kotołaczka o postaci zwierzęcej hybrydy - z pyszczkiem i wąsikami. Miała na sobie skórzaną zbroję i broń. Wyglądała na pewną siebie, ale było w niej coś opiekuńczego i delikatnego… jako jedyna uśmiechała się jakby nic nadzwyczajnego wcale nie miało miejsca, a jednocześnie spojrzeniem wspierała obcego lisa, choć robiła to odpowiednią powściągliwością.
        Bardziej podejrzliwa była pantera czająca się z tyłu - czy może raczej panterołak w ciele zwierzęcia machający nerwowo ogonem. Nie lubił obcych…
        Ci jednak nie przeszkadzali innemu mężczyźnie - jako jednemu z dwóch nie pokrytemu sierścią - wyglądał jak rosły żigolak, który nie był w stanie stracić imponujących mięśni na rzecz zwierzęcej postaci. Pokryty bliznami tors i ramiona świadczyły o tym, że kotołak jest tu od robót fizycznych, a uśmieszek poświadczał, że także od burdy. Przystojny z twarzy odznaczał się rudawą czupryną, a na świat patrzył niebieskim i złotym okiem. Tak jak lisołak nosił rękawiczki bez palców - ale za to nic innego na górnej połowie ciała. Za bardzo żal byłoby mu widoku zapatrzonych w niego dziewcząt.
        Poza tym, że żadna na niego wcale nie patrzyła.

        Wszyscy skupiali się raczej na przybyszu - także Jean, która ustawiła się za nim z obojętnie zadowoloną miną.
        - Udane łowy, co? - zażartował kotołak po chwili zgodnego milczenia, patrząc wymownie na szefową. - Czyli tacy są w twoim typie?
        - Lubię takich, których potrafię podnieść. - Wzruszyła ramionami. - Zupełnie jak ty.
        - Rudowłosa, nie interesują mnie mężczyźni.
        - A mnie idioci, więc się przymknij. -
Nie była dobra w słownych przepychankach; wolała pięści. Na to jednak nie było czasu ani miejsca, ucięła więc dyskusję.
        - Drażliwa jak zawsze, hihi.
        - Darowałbyś sobie głupie komentarze! -
zrugała go zaraz wilkołacza kobieta. - Ale Dean, czy nie będzie nam teraz przeszkadzał? - Ulegle wyraziła swoje niepewności ignorując miny kota i powracając do głównego problemu. Do lisa.
        - Możliwe. Ale była okazja. Być może jedyna na złapanie go.
        - A wiesz kim on jest? -
Delikatnie zapytała dla odmiany uzbrojona kotka.
        - Tego dowiemy się teraz. Nie miałam czasu na przesłuchania.
        - Czas akurat to miałaś. -
Złapała ją za słówko przymilnie. - Ale pewnie wolałaś patrzeć mu w oczy.
        - To oczywiste. Nie będę mówić do jego pleców.
        - Zresztą on bardzo mało wymowny -
wtrąciła się Jean, żując podwędzony komuś kawałek chlebka.
        - Zajmiemy się więc nim - zapewniła kotołaczka i nikt już nie składał żadnych zażaleń. Może poza panem panterą, który nadal kręcił się niespokojnie. Dean odetchnęła. Uwielbiała ich wszystkich, ale czasami stawali się tacy nieznośni…
        - W zasadzie dlaczego on ma maskę? - Do tej pory milczący biały wilkołak odezwał się, a rozchodząca się gromada stanęła w pół kroku.
        - A dlaczego nie? Widocznie tak się nosi.
        - Zdejmijmy mu ją! -
Zachrypnięty głos przeciął powietrze, a Jack - fryzjer - w sekundę znalazł się przy lisie.
        - Nie strasz go Jack! - upomniała go lisica, ale nie ruszyła się, żeby coś zrobić. Zbyt nawykła do tego, że wilkołak trzyma brzytwę za blisko cudzych twarzy by się tym teraz przejmować. Obwąchiwanie jeńca i szczerzenie kłów też jej nie przeszkadzało.
        - Może ma pod nią przecięty uśmieszek? Blizny z dawnych lat… albo deformację wartą upamiętnienia i powieszenia na ścianie? A wygląda na tak dobrze zakonserwowanego… i całkiem biały, biały jak śnieg… i jak pachnie… pachnie… KRWIĄ!! - zawył rzeźnik i wtedy dopiero silnie ramię przytrzymało go prewencyjnie.
        - Nie puszczaj go Natan! - Red na swój sposób pochwaliła dwuokiego kotołaka za refleks i podeszła do nich, by przykucnąć naprzeciw powstrzymywanego.
        - Uspokoisz się, czy mam zabrać ci brzytwę? - spytała bardzo dyplomatycznie.
        Podziałało jak magiczne zaklęcie.
        - Już dobrze, już dobrze… panuję nad sobą Re’dean - wynucił wilk bezradnie - Poniosło mnie. Troszkę.
        - Widzę - mruknęła i odczekała chwilę, by Jack doszedł do siebie. - Dobra, możesz go…
        - Ale maskę mu zdejmę! - Rzeźnik nim ktokolwiek zdążył się ruszyć doskoczył do lisa - naciął materiał rękawa i zsunął go z jego twarzy, lądując przy tym na ziemi.
        Ale warto było.
        - HE HE HE! Szkoda, że Sally tego nie widzi! - zachrypiał, pełen dzikiej satysfakcji, kiedy się już podniósł, a reszta (jęcząc cicho na jego zapędy) musiała przyznać mu rację. Przynajmniej w myślach. Lis bowiem okazał się znacznie… ładniejszy niż się spodziewali. I całkiem młody!
        - O! Fadny Chfopiec. - wyrwało się Jean poprzez bułkę.
        - Co? - Dean uniosła brew. Nie znała tego wyrażenia…
        - Ładny Chłopiec - powtórzyła dziewczyna, jakby była to nazwa specjalistyczna, wpisana do słowników - a ona była znawcą.
        Natan zachichotał, a pantera mruknęła zdegustowana.
        Tylko tego im tu brakowało…
        - No, takiej urody to żal - stwierdziła futrzana kotka z tym samym siostrzanym uśmiechem co zwykle. - Ciekawe jaki będzie jego charakter.
        - Pfff. Pewnie paskudny. -
Wilczyca Howl odwróciła się zirytowana. Potrzebowali wojowników, nie jakiegoś… księciunia w czerni!

        - Pokaż o co ci chodzi - Szefowa jednak na dobre zagadała się z Jean, próbując zrozumieć jej tok rozumowania. Przyklęknęła przy białowłosym i uniosła delikatnie jego podbródek - przy okazji sprawdzając czy Jack go nie zadrapał.
        - No ne widzif? - Kotołaczka żuła coraz mniej cierpliwie. - Pfecief patfyf.
        Dean jeszcze raz spojrzała na trzymaną twarz - biała skóra bez skazy odcinała się straszną jasnością od jej własnych rąk, a czerwone oczy zdawały się tak puste i obce jak były… widziała kształtny nos i blade usta…
        - No chłopak, i co?
        - Nic, niewafne. - Jean machnęła ręką. Dla lisicy nie było już nadziei.
        Lecz ta jeszcze przez chwilę próbowała zrozumieć hasło rzucone przez kotkę - tylko, że jej zdaniem lis wyglądał po prostu jak zadbana panienka. Co strasznie kontrastowało z tym co robił. Thi! - czy musiał mieć taką ładną twarz będąc złodziejem-mordercą?
        Chwila…
        Ładny!
        I wyglądał młodo!
        No przecież!
        - Ej, Jea… - Lisica już chciała krzyknąć, że zrozumiała, ale kotołaczka nie chciała się odwrócić.
        Z takim refleksem to daleko nie zajdzie…
        - Przegrałam przez ciebie - palnęła Dean do lisołaka, a zaraz westchnęła i przysiadła znowu.
        - Wybacz za taki wstęp. Ale przyzwyczaisz się. A teraz zaprowadzimy cię do naszego szamana. Musimy poznać cię nieco lepiej.

        Najwidoczniej była też mistrzynią konwersacji i doboru słów - kto bowiem mógłby mieć do niej pretensje po takich przeprosinach? Kto oparłby się i nie chciał przedstawić…
        Właśnie, należało wyciągnąć od niego imię!

Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth » 2 tygodnie temu

Ruszyli, kierując się do obozowiska zajmowanego najpewniej przez grupę, do której należały te dwie. Miał zamiar pozwolić im na to i też na ostateczne złapanie go. Oczywiście chciał też dotrzymać wcześniej danego słowa i nie miał zamiaru próbować kolejnej ucieczki… A przynajmniej jeszcze nie teraz. Próbował przygotować jakiś plan w myślach, ewentualnie rozwinąć ten, na który zdążył już wpaść. Z zamyślenia wyrwał go kobiecy głos, który dotarł do jego uszu – one znowu rozmawiały o czymś w języku, którego nie znał. Wydawało mu się, że raczej nigdzie wcześniej tego nie słyszał, więc ciężko było mu nawet stwierdzić to, jaki jest to język albo do jakiego może być podobny. Inną sprawą było też to, że jeśli w miejscu, do którego go niosą, też będą rozmawiać w ten sposób, to nie będzie w stanie zebrać jakichś informacji na ich temat. Wiedział natomiast, że przynajmniej jedna z nich – ta rudowłosa – znała też mowę wspólną, która już wcześniej przez krótką chwilę z nim rozmawiała. Wolałby, żeby nie była jedyną osobą w ich grupie, z którą mógłby rozmawiać. Najlepiej byłoby zebrać informacje o nich wszystkich – bez różnicy, jak wiele ich było – a nie tylko o tej jednej osobie.
Trzy gwizdnięcia też zwróciły na siebie jego uwagę, chociaż wydawać by się mogło, że trzecie – to będące ostatnim – jest najważniejsze, bo krótko po nim wyczulone zmysły Ni mogły odebrać nowe bodźce. Nowe zapachy, nowe głosy… To świadczyło o tym, że byli już naprawdę blisko tego obozu, do którego go nieśli.

Ponadprzeciętnym wzrokiem dostrzegł to, że ścieżka, którą przybyli rozgałęzia się na mniejsze. Był też pewien, że posiadając przeciętny wzrok, raczej nie dostrzegłby czegoś takiego. Właściwie nie widział nic więcej, chociaż coś podpowiadało mu, że dotarli na miejsce.
Gdy jego ciało zaczęło się ruszać, a on został w końcu zostawiony na ziemi i to w pozycji, w której mógł dostrzec więcej… Zaczął rozglądać się po polanie i otaczających ją drzewach, widział głównie drzewa liściaste, jednak w niektórych miejscach rosły też te posiadające igły. Jednak ważniejsze było to, że jego oczy zarejestrowały też nowych osobników, którzy najpewniej też należeli do grupy, której członkinie złapały go. Ciekawe, czy wszyscy byli jakoś związani z tamtymi magami, czy może tylko ktoś, kto nimi przewodził? Właśnie! Ni musiał też jak najszybciej dowiedzieć się, kto jest tu przywódcą – ta informacja będzie przydatna w swoim czasie, a także otworzyłaby przed nim kolejną ścieżkę, którą może pójść, jeśli będzie gotowy do ucieczki.
Najpierw spojrzał na trójkę wilkołaków – nie spodobał mu się tylko jeden z nich, ten z dziwnym wzrokiem i brzytwą w ręku. Nimorth odniósł wrażenie, że właśnie ten osobnik może odpowiadać za wyciąganie informacji z ewentualnych więźniów, jeśli ci nie chcą odpowiadać dobrowolnie na zadane im pytania. Podejrzewał, że przy odpowiednio dużym braku współpracy, sam i tak prędzej czy później spotka się z tym osobnikiem i… z jego brzytwą. Ogólnie wydawał się niebezpieczną osobą, na którą powinno się uważać. Dwójkę pozostałych wilkołaków ocenił w myślach nieco później, gdy ci podeszli bliżej, a przez to on też mógł przyjrzeć im się trochę lepiej. Wilczyca z mieczem i młody wilkołak wyglądający na silnego atletę. Wyglądali na osoby, które dobrze radzą sobie w walce, w dodatku ustawili się też po bokach rudowłosej – przez to wyglądali jak osobiści strażnicy kogoś ważnego. Następne były kotołaki – kobieta i mężczyzna. Ta pierwsza podeszła bliżej, patrząc na niego. On też jej się przyglądał, najpierw oceniając zbroję, którą miała na sobie i broń przy jej pasie. Drugi przedstawiciel tej rasy wyglądał na naprawdę silnego fizycznie, o czym świadczyła budowa jego ciała i wielkość jego mięśni. Co prawda nie nosił przy sobie żadnej broni, jednak wyglądał na takiego, który lubi się bić, jeśli jest ku temu okazja. I była też pantera, która trzymała się na dystans. Na końcu Nimroth przebiegł wzrokiem po każdej osobie, którą mógł zauważyć – liczył ich, dodając do tego już te osoby, która widział wcześniej. Przed jego oczami znajdowała się ich szóstka, chociaż tak naprawdę było ich siedmioro. Lisołak nigdzie nie widział dziewczyny, która wcześniej towarzyszyła rudowłosej, jednak czuł na swoich plecach czyiś wzrok. Coś podpowiedziało mu, że siódma osoba znajduje się gdzieś za nim.

Znowu zaczęli rozmawiać, znowu tym językiem, którego nie znał. Domyślił się, że coś przed nim ukrywają, ale to akurat nie było niczym dziwnym. W końcu był im nieznajomą osobą, a nie wyglądał też na kogoś, kto jest do nich nastawiony pozytywnie – mimo że teraz mógł sprawiać wrażenie osobnika gotowego do współpracy. Prawdopodobnie rozmawiali teraz o nim. Co z nim zrobić, jak wyciągnąć z niego informacje na temat tego, kto go przysłał, jaką karę wymierzyć mu za to, co zrobił. Ni mógł tylko przebiegać wzrokiem z osoby, która coś mówiła na kolejną, która jej odpowiedziała. Westchnął cicho sam do siebie wiedząc, że nieznajomość języka będzie sporą przeszkodą w zdobyciu informacji.
Nagłe poruszenie oczu lisołaka, który zarejestrował ruch zmiennokształtnego z brzytwą i śledził go, mogło zdradzić, że jest skupiony i uważnie ich obserwuje, a przy tym jego oczy nie są przeciętne i widzą więcej. Mimo tego w ogóle nie poruszył się, gdy wilkołak znalazł się przy nim, może nawet trochę zbyt blisko niego i jego twarzy. Musieli postarać się bardziej, żeby wywołać u niego jakąś reakcję. Obserwował całą sytuację na tyle, na ile mógł – wiedział, że ktoś przytrzymuje wilkołaka z brzytwą i widział też, jak rudowłosa podchodzi do niego, mówi mu coś, a tamten łagodnieje po jej słowach.
Nie spodobało mu się to, że tamten i tak postanowił się wtrącić, co sprawiło, że ostrze jego broni przecięło materiał, pod którym ukrywał twarz. Nie lubił, gdy ktoś odsłaniał mu twarz wbrew jego woli, dlatego też warknął krótko i spojrzał na wilkołaka wzrokiem, który mógłby go od razu zabić – oczywiście, gdyby Ni miał możliwość zabijania wyłącznie poprzez patrzenie na kogoś. Jego wzrok złagodniał trochę i na powrót stał się neutralnym, nic niewyrażającym spojrzeniem… którym zresztą lisołak spojrzał w oczy rudowłosej, gdy ta postanowiła przyklęknąć przy nim i obejrzeć sobie jego twarz. Zaczął rozmawiać ze swoją towarzyszką, a na sam koniec chyba zwróciła się do niego. Niby nie znał tego języka, jednak najczęściej dało się rozpoznać, czy mówiąca osoba zwraca się konkretnie do ciebie, czy może do kogoś innego.

„Do szamana”? To oznaczało, że prawdopodobnie było ich więcej, chyba że „Szamanem” był ten typ z brzytwą… Chyba faktycznie rozmawiali o jego losie i prawdopodobnie postanowili od razu poddać go torturom w celu wyciągnięcia z niego informacji, pomijając przy tym bardziej zwyczajną rozmowę z jeńcem.
         – Wiem, jak przeciwstawić się torturom. Niczego ze mnie nie wyciągnięcie – wypowiedział cicho ostrzeżenie, które było przeznaczone wyłącznie dla uszu rudowłosej kobiety. Były to też jedyne słowa, jakimi ją uraczył, bo nie wyglądało na to, żeby planował powiedzieć coś jeszcze.

Awatar użytkownika
Dean
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Dean » 2 tygodnie temu

        Teraz już była prawie pewna, że on nich nie rozumie. Świadczyło o tym głównie jak wodził wzrokiem za tym, kto w danej chwili mówił, ale wyglądał jakby pojmował jeszcze mniej z tej całej sytuacji niż wcześniej. Jego wyraz dezorientacji typowy był dla osoby, która chce zdobyć nieco informacji, ale jedyne co może zrobić to patrzeć na tego kto się wypowiada - bo słuchanie niczego nie wnosiło.

        Zwróciła się więc do niego ponownie we wspólnym. Chciała nieco go uspokoić, więc… nie spodziewała się takiej odpowiedzi.
,,Tortury?” ,,Niczego nie wyciągniemy?”
        Chłopak musiał być chyba po przejściach. Zdecydowanie. Albo po szkoleniu. Choć u lisołaków często na jedno wychodzi… Miał szczęście, że na niego wpadli! No, może chwilowo na to nie wyglądało, ale ostatecznie to nie ona go ogłuszyła. Ona tylko powaliła go, skuła i przyprowadziła do obozowiska futrzanych braci, z których i tak tylko jeden ma coś z głową (i brzytwą). Ale wszystko to i tak z jak najszczerszego serca.
        Aż dziwne, że lis posądzał ich o chęć wyciągania z niego informacji jakimiś brutalnymi środkami.
        Lecz przynajmniej odezwał się po raz kolejny - czyli może nie był takim pustym stworzeniem za jakiego go miała… całkiem ładnie się trzymał i pokazał przynajmniej jakiś cień emocji. A przynajmniej odrobinę uporu!
         - To bardzo dobrze - pochwaliła pochylając się i klepiąc go po plecach. Trochę pobłażliwie, jak siostra, która usłyszała historię z piaskownicy od swojego braciszka i choć cieszy się, że jej opowiedział, ocenia ją zupełnie inaczej niż on. Nie znała w końcu za dobrze jego sposobu myślenia, ale wiedziała więcej o tym co działo się dookoła.
        - A teraz chodźmy.
        To mówiąc rozdzieliła kajdany na jego nogach, tak aby mógł łatwo wstać i iść - nie zdjęła ich jednak zupełnie, wręcz przeciwnie. Teraz, kiedy nie musiała go nieść, mogła zamienić ich strukturę i przerobić je na cięższy materiał, który nie krępując go całkowicie nadal mógł ograniczać jego ruchy. Była z tym ostrożna - tak jak głupio było dać komuś broń do ręki, tak samo głupio byłoby dać mu bransoletkę, którą mógłby komuś coś złamać. Miała nadzieję, że dobrze oceniła siłę lisołaka i zrobiła zabezpieczenie na tyle ciężkie, by nie mógł wykonać gwałtownego ataku.
        Skończywszy wstała spokojnie, przy okazji pociągając za sobą prawie-jeńca. Mogła oczywiście zwyczajnie zaproponować mu pomoc i wyciągnąć rękę, ale nie sądziła aby był chętny do jej przyjęcia. W dodatku zapytany mógłby się stawiać i podążyć ścieżką ,,sam to zrobię”, a jej nie było to na nic potrzebne. Dlatego też sama ustawiła go do pionu i sugestywnym gestem kazała za sobą podążać.

        Złapany miał teraz chwilę na czujniejsze rozejrzenie się po obozie - tak jak już wiedział po jednej ze stron (teraz niemal naprzeciwko niego) stały solidnie zbudowane szałasy; za nimi zaś pyszniły się zbite w gromady dzikie wiciokrzewy utrudniające dostęp do polany od tamtej strony. W środku legowisk, a i między nimi dostrzec można było bagaże - plecaki, bukłaki, skóry czy niekompletne zbroje. Nie widać jednak było broni innej niż kilka kozików, używanych najpewniej w celach kulinarnych. Dalej od szałasów znajdowały się utensylia: ze dwie niewielkie beczułki, wiaderko czy gliniana stągiew na wodę - po jej scaleniu z podłożem można było wnioskować, że stworzona przez maga ziemi - oraz sterta naczyń, korytek i pseudo-beczka z tego samego materiału. Poza nimi do szybkiej oceny zostały tylko ziemisto-tyczkowa konstrukcja niższa od przeciętnego człowieka, ze trzy koce ułożone na szerokim klepisku, prowizoryczna suszarka do wieszania ubrań (z koszulą pewnego kota) i parę dziwnych nierówności w terenie. Ach, i jeszcze kuchnia!

        Tak jak już wiedział na środku polany dogasały dwa porządne ogniska - otoczone kręgami z kamieni i nawet przyozdobione trójnogiem i kociołkiem. Obok nich ustawione były stojaki na kijki do pieczenia zdobyczy… i poza tym w zasięgu wzroku nie widać było niczego choć odrobinę zaostrzonego (poza tymi paroma nożykami i tym co tutejsi nosili przy sobie). Jednak teraz nie na tym być może powinien skupiać się lisołak - bo rozchodząca się gromada prowadziła go do siedzącego na jednym z pobieżnie ociosanych pieńków… mężczyznę, którego wcześniej przeoczył. On! Ale nie było to nic niezwykłego, choć nie mógł o tym wiedzieć. Nic niezwykłego w przypadku tego… Szamana.
        Bardzo możliwe, że to był on - mógł być albowiem tylko szamanem, albo kapłanem, albo kurtyzaną.
        Smukły i wiotki, o kuszących proporcjach i delikatnej, stoickiej twarzyczce odziany był w szatę prostą, acz czystszą niż cokolwiek inne w tym obozie. Białe włosy opadały mu miękko ramiona, a rosnące nad nimi poroże zdawało wyjątkowo nie nadawać do walki - jak wszystko inne (z sylwetką i pozą na czele) zdając się poręczać o jego delikatności.
        Poza oczami. Oczy były dziwne.
        Patrzył na wszystko z łagodnym skupieniem wymalowanym na twarzy, ale jego spojrzenie błąkało się w dziwnym rytmie, jakby widziało coś więcej niż zwykli zmiennokształtni. Kiedy zaś trafiało na kogoś, stawało się tak wymowne i niepowstrzymane, że za samym jego pośrednictwem jeleniołak mógł przekazywać innym swoją wolę.
        Albo przynajmniej opinie.
        W obecnym towarzystwie nikt nie zdawał się mężczyzny obawiać - wręcz przeciwnie, otaczali go z niewypowiedzianą chęcią opieki odbitą w ich postawach. Poza tym uśmiechali się i czekali na jego słowa. Chyba słowa. I prawie wszyscy.

        Pantera zdążyła już zniknąć rzucając coś do rudowłosej na odchodnym, wilkołak z brzytwą oddalił się nieco od zbiegowiska - reszta zaś ustawiła się w półokręgu po obu stronach Szamana - część siadając, część nadal stojąc. Tylko Dean została tuż przy pojmanym, zmuszając go do ponownego siadu i z niecierpliwie czekając na to co teraz usłyszą.
        - Nowy? - zaczął rogaty subtelnym, ledwo słyszalnym głosem. Chyba niemożliwym było w ogóle, by krzyknąć tą mieszaniną łagodności, dumy i mistycyzmu, wylatującą tanecznie się spomiędzy bladych warg. Chociaż jeżeli Dean miała oceniać - wolała mężczyzn.
        Ten tymczasem, nie(d)oceniony, pochylił się lekko i wyciągnął dłoń, zatrzymując ją w otwartym geście tuż obok twarzy lisa. I wtedy też pierwszy raz spojrzał mu w oczy.

        Ciężko było odgadnąć co też sam pomyślał - tego nie zdradzał, ale Ni mógł dostrzec jak jego spojrzenie z zimnego i powściągliwego staje się cieplejsze i pokojowe. Nie tak przyjazne jak oczy futrzastej kotki, ale niewątpliwie nie wrogie. Może nieco smutne, coraz bardziej napełniając się zrozumieniem…

        Szaman wyprostował się bez pośpiechu, nadal wnikliwie obserwując gościa. Przez cały ten czas milczał, nie mówiąc już o mruganiu.
        W ogóle nie mrugał!
        Do chwili aż kotołak trzepnął go w ramię.
        - I co, Tiffy, co tam widziałeś? - zapytał z żywym zainteresowaniem - Wojownik? Będziemy mieli kolejnego do zabawy?
        - Noż tego za wiele! Natan, stawaj!!! -
zawyła wilczyca, dobywając miecza i celując prosto w rudzielca.         - Dosyć twoich komentarzy!!
        Wystąpili z szeregu w bojowych pozycjach.
        Tiffy po nagłym zaskoczeniu wrócił natychmiast do neutralnej niemrawości, choć wybito go z rytmu - zaś oddalony wilk z brzytwą zachichotał, bo drugi wyglądał na zagubionego, a dziewczyny były zbyt zaangażowane w sprawę lisa, żeby się w ogóle przejąć.
        - No dawaj mała, dawaj! Wiesz, że nie walczę mieczem! - Kot ponaglał wilczycę, która najwyraźniej miała opory przed siekaniem nieuzbrojonego. Ale skoro sam prosił…
        Nie czekając dłużej, zwinnie wyprowadziła cios z boku; przed którym odskoczył i zaraz jeden od góry… była niewielka, ledwo sięgając mu do piersi, ale mimo niewygody ten najzwyczajniej zablokował miecz odważnym klaśnięciem muskularnych ramion.
        Wilczyca warknęła, Natan skupił się i przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Nikt inny nie reagował już na ich potyczkę - Howl nigdy nie atakowała sprzymierzeńców z pełną siłą, a póki kot miał rękawiczki - być może nie takie zwykłe jak się wydawały - zawsze mógł się jakoś obronić.
        I po krótkim spięciu tracili sobą zainteresowanie.

        Jednak w czasie ich małej sprzeczki Tiffy zdążył już coś powiedzieć.
        - Nie mówi w naszym języku, prawda?
        - Tak mi się wydaje… -
zaczęła Dean.
        - Na pewno - poparła lisicę uzbrojona kotka. Przy okazji ją w tym upewniła.
        - W takim razie… posłuchajcie jeśli możecie. - Po tej uwadze Natan i Howl wrócili do półkola. - Mamy trudne, lecz ważne zadanie przed sobą.
        Lisica pokiwała głową z rozmysłem.
        - Złapaliśmy kogoś, kto nie zachce nas słuchać. Ten biedny chłopiec pozbawiony jest marzeń, charakteru, znaczenia… nawet ja nie wiem kim jest. Wiem tylko CZYM się stał.
Zabierzcie mu broń.


        Zrozumieli aż za dobrze słowa, które znaczyły ,,nawet nie pozwólcie mu się do niej zbliżyć“. I tylko Natan wydawał się tym podekscytowany. Tym, że trafili na świetnie wyszkolonego bitewnie lisołaka.
        - Zupełnie jak Ruda! - zażartował, ale Tiffy absolutnie nie miał zamiaru przytaknąć. Tę dwójkę dzieliła przepaść - trudno było nawet o porównania.
        Howl wydawała się zmęczona tym co ich teraz czeka, biały wilk też się zastanawiał - Jack niezdrowo skupił się na swojej brzytewce, a Jean podkradła jakieś chrupiące liście z jeleniej miseczki. Dean i futrzasta kotka wydawały się zwyczajnie gotowe do akcji.

        Jeleniołak zwrócił się do lisa:
        - Cieszymy się, że do nas trafiłeś. Proszę okaż nam swoje serce, a my pokażemy ci nasze. Żywię głęboką nadzieję, że pewnego dnia dostrzeżesz rzeczy, których nie widziałeś, a twoja aura ociepli się i okryje poświatą, którą z natury zostałeś obdarzony.
        Jean zaraz przetłumaczyła:
        - Dobrze, że cię złapaliśmy - CHRUP - Musimy zobaczyć twoje serce - CHRUP - Ale mamy nadzieję, że nas zrozumiesz i staniesz się tak dobry jak kiedyś byłeś. - CHRUP.
        - Oddasz mi moje liście?
        - Oczywiście! -
chrup.

Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth » 2 tygodnie temu

Chyba zaskoczył ją nieco tymi słowami. Zdziwiło go to trochę, bo… przecież właśnie to chcą z nim zrobić, prawda?
Ciekawe, kim był ten Szaman i jak dobry był w wyciąganiu z innych tego, co chciał wiedzieć, stosując przy tym raczej niezbyt łagodne metody. Cóż, najpewniej Ni niedługo uzyska odpowiedzi na te pytania, bo rudowłosa postanowiła zamienić trochę jego ziemne więzy i zaprowadzić go właśnie do tej osoby. Wstał od razu, gdy miał taką możliwość, mimo że wiązało się to ze słuchaniem kogoś i pójściem tam, gdzie możliwe, że niekoniecznie chciałby się znajdować.
Oczywiście, rozglądał się po obozie, starając się zapamiętać rozmieszczenie poszczególnych rzeczy – szałasów, bagaży, pakunków znajdujących się między nimi i innych rzeczy. Zdziwił się trochę, gdy nie dostrzegł tu broni, której spodziewał się tu zobaczyć, chociaż nie uznał od razu, że jej tu nie ma. Po prostu mogą oni ukrywać broń gdzieś indziej, może nawet w swoich szałasach. Nie zobaczył też swoich sakw i broni, więc uznał, że te rzeczy także mogą przechowywać w jakimś bardziej ukrytym miejscu. Ogólnie całość wyglądała na raczej przemyślane obozowisko i takie, w którym grupa ta zatrzymała się raczej na jakiś dłuższy czas, a nie tylko na jeden albo dwa dni.
Zauważył ogniska i rzeczy stojące przy nim, a także to, że wokół nich skupia się coraz więcej osób – wszyscy (także on i rudowłosa) szli w jedno miejsce. Dla Nimrotha wydawało się to dziwne, ale… Czyżby mieli zamiar obserwować wyciąganie z niego informacji przez Szamana? Na pewno właśnie takie wrażenie sprawiali dla niego, czyli dla osoby, która ciągle myślała, że jest prowadzona do kogoś, kto będzie ją torturował.

Zdziwił się, gdy przed sobą zobaczył jeleniołaka siedzącego na pieńku. Coś podpowiadało mu, że właśnie on był tym Szamanem, tyle tylko, że nie wyglądał na osobę skłonną do torturowania innych… ale może właśnie o to chodziło. Może osobnik ten sprawiał tylko takie pozory, a prawda była zupełnie inna. Cały wyglądał na kogoś łagodnego. Jedynie jego oczy wydawały się dziwne, jakby na samym początku jego istnienia ktoś zabrał je szaleńcowi i podmienił z tymi, które jeleniołak miał mieć od momentu, w którym się urodził. Zauważył, że grupa zmniejszyła się o panterę i wilkołaka z brzytwą, a pozostali poustawiali się wokół, chcąc oglądać to wszystko, co zaraz ma się stać. Ponownie usiadł, zmuszony do tego przez kobietę, która go uwięziła i przyprowadziła tutaj. Trudno. Usiadł, nie próbując sprawiać przy tym problemu i jednocześnie od razu siadając tak, żeby było mu jak najwygodniej – chociaż w sytuacji, w której się znajdował, chyba nie było to łatwe.
Jeleniołak odezwał się, ale zrobił to w języku, którego on nie rozumiał, więc Ni nie wiedział, co też powiedział im ten zmiennokształtny. Najpierw Nimorth spojrzał na dłoń rogatego, a później prosto w jego oczy, czekając może na jakieś odpowiedzi związane z tym, co właśnie planował zrobić. Zobaczył jedynie wyraz jego oczu, który nagle zmienił się, jakby jeleniołak zobaczył nagle coś, co wywołało w nim właśnie taką reakcję. W głowie lisołaka pojawiło się jeszcze więcej pytań, niż znajdowało się ich tam jeszcze chwilę temu. Krótko po tym skończyło się to „przedstawienie”, a rogaty wyprostował się, mimo że nadal czuł na sobie jego oczy. Znowu zaczęli rozmawiać tym niezrozumiałym dla niego językiem, a on mógł tylko na nich patrzeć, słuchać i żałować, że zna tylko wspólną mowę.
Rozmowa ta szybko przerodziła się w jakąś kłótnię i to chyba na tyle poważną, że jedna z nich dobyła nawet broni. Ni przyglądał się tej sytuacji, ukrywając rosnące w nim zaciekawienie i zaskoczył się, gdy kotołak złapał ostrze pomiędzy dłonie. Nie zaskoczyło go to dlatego, że widział coś takiego pierwszy raz – sam wiedział, jak to zrobić i nawet kilka razy sytuacja wymagała od niego tego, żeby z tej wiedzy skorzystać – ale dlatego, że nie podejrzewał mięśniaka o to, że jest do tego zdolny. Do takiego złapania miecza potrzebna była bardzo dobra szybkość reakcji, a ktoś z takimi mięśniami raczej nie sprawiał wrażenia osoby, która ją posiada. Potyczka ta skończyła się szybko, jednak nawet ona sprawiła, że Ni zdobył nowe informacje na ich temat.

Znowu ten ich nieznany dla niego język. Musieli mu ciągle przypominać o tym, że go nie zna i że mogą przy nim otwarcie rozmawiać na wszelakie tematy i o każdych sekretach tak długo, jak robią to właśnie w nim, a nie we wspólnym? Przymknął na chwilę oczy, żeby uspokoić wewnętrznie te emocje, które mogłyby się wydostać, gdyby dalej podążał takim tokiem rozumowania. Oczywiście, rozróżniał, gdy ktoś mówił podniesionym głosem lub krzyczał, pytał o coś albo rozkazywał – to da się wyczytać z emocji, które wplecione są w dialog, a które można odczytać nawet wtedy, gdy nie zna się języka – ale nadal przeszkadzała mu ta świadoma trudność w zdobyciu informacji.
Nimroth spojrzał na jeleniołaka lekko pytającym spojrzeniem, gdy ten odezwał się do niego. Później przeniósł je na zmiennokształtną dziewczynę, która odezwała się w mowie wspólnej. Przymrużył oczy, w których już nie było żadnych pytań, gdy usłyszał jej słowa i… zrozumiał je po swojemu. Chcieli zobaczyć jego serce? Czyli, że nie chcą wyciągać z niego informacji, lecz od razu zabić i jeszcze otworzyć jego klatkę piersiową, żeby zobaczyć to serce, tak? Będą próbowali zrobić to, gdy jeszcze będzie żył i zabiją go w trakcie poprzez wykrwawienie, czy może najpierw uśmiercą go i później zobaczą to, co chcą zobaczyć? Nie był pewien, czy chce poznać odpowiedzi na te pytania, jednak i tak chciał o coś zapytać. Musiał mieć pewność.
         – Czyli… nie będziecie mnie torturować? - zapytał, rozglądając się po osobach, które go otaczały. Nie był to zagubiony czy przestraszony wzrok, a raczej taki, który oczekiwał od nich odpowiedzi.
         – Co tak naprawdę chcecie ze mną zrobić? - zadał kolejne pytania, chociaż tutaj raczej nie spodziewał się otwartej odpowiedzi. A, jeśli się taka pojawi… cóż, możliwe, że nie będzie prawdziwa.

Awatar użytkownika
Dean
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Dean » 2 tygodnie temu

        Koślawe tłumaczenie. Bardzo w stylu Jean, bo oszczędne i bez wszelkich ozdobników pojawiających się w wypowiedziach Tiffy’ego, ale nie przekazujące zdaje się wszystkiego co należało. Tak przynajmniej Abel sądziła dopóki lisołak się nie odezwał.
        A więc zrozumiał!
        Była pod wrażeniem.
        - Oczywiście, że nie będziemy - Dean zdążyła mu już odpowiedzieć. Nie brzmiała przy tym jakoś wyjątkowo czule (bardziej z nutą ,,puknij się w czoło, za kogo nas masz?”), ale za to z lekkim zdziwieniem. Nie sądziła, że na mężczyźnie w czerni uda im się zrobić aż takie wrażenie. Cóż - może to kwestia jego przeszłych doświadczeń.
        Było jeszcze sporo do uzgodnienia, bo dziewczyny nie zdążyły wcale skończyć z jeleniowatym, a tu proszę - lisołak zaczął się odzywać. W zasadzie miła odmiana. Łatwiej będzie mu wszystko wytłumaczyć.
        Mimo ogólnego zainteresowania banda rozeszła się do swoich zadań, zostawiając pogadanki obu kotołaczkom, Tiffy’emu i Dean. Poniekąd też, aby nie wywierać zbytniej presji na czerwonookiego. Skoro musiał już siedzieć na ziemi przed kimś kto nie posługuje się jego językiem to niech chociaż liczba gapiów będzie ograniczona.
        - Tak naprawdę? - Dean zastanowiła się jak ubrać we wspólny to co chodziło jej po głowie. Nie była mistrzem dyplomacji ani pośredniości… umiała tylko powiedzieć wprost, a we wspólnym to jeszcze koślawo. Rzuciła Abel niepewne spojrzenie, wyraźnie dając znać, że potrzebuje wsparcia. A kotka jak zawsze gotowa była do pomocy.
        - Na pewno nie zrobimy ci krzywdy - zwróciła się do lisa przyjaźnie. Zdawała się przy tym lekko nad nim pochylać, choć nawet gdy siedział niewiele go przewyższała. Pomimo noszenia zbroi i broni wydawała się wyjątkowo ciepłą osobą - a także jedną z bardziej opanowanych. W porównaniu z nią Dean była brutalem, Jean wydawała się stale coś knuć, a Tiffy’ego posądzić by można o lodowate serduszko. Nawet jeżeli wszyscy mieli podobne (i wcale nie złe) zamiary.
        - Zacznijmy tak jak należy, od imion. - Uśmiechnęła się kotka, przy okazji zwracając swoim kompanom zakamuflowaną uwagę, że porwanym w dobrej wierze należy się przedstawić. - Moje imię to Abel. - Przyłożyła łapkę do napierśnika z niejaką dumą. - Jeleniołakiem jest Tiffanthaneru (Tiffy), za nim Jean, kotołaczka. Ta, którą znasz najlepiej to Red’Dean, lisica. Możesz jej mówić Dean. - Zerknęła na nią kontrolnie, a upewniwszy się, że ta się zgadza, skinęła głową sama do siebie. - Reszta przedstawi ci się później, przy okazji - zakończyła, najwyraźniej sugerując, że lis jeszcze trochę tu zostanie.
        - A jak on się nazywa? - spytała z nagła Jean, chociaż nie dość uważnie, bo skupiała się na grzebaniu w czyjejś torbie, drażniąc tym Tiffy’ego. - Chcę wiedzieć kogo złapałyśmy.
        - To zapytaj, przecież masz go przed sobą - Abel zachęciła do porzucenia bagażu i zajęcia się lisem, ale to nie mogło podziałać tak długo jak nie był obwieszony prowiantem i nie trzymał jabłka w zębach. Wszyscy byli tego świadomi, więc na odpowiedź dziewczyny ,,Nie mogę.        .Teraz.” i jej coraz bardziej usilne grzebanie, westchnęli tylko i wzruszyli ramionami. Pytanie jednak nadal pozostawało trafne.
        - To, jak się zwiesz? - Dean przejęła pałeczkę, zamiast kotołaczki stając nad pojmanym. Tym razem nie chciało już jej się kucać ani przyklękać, bo i zaraz miała wydać kolejne rozporządzenia:
        - Jean, zabierz go tam gdzie ostatnio. I pilnuj, żeby nie zwiał. Potem z nim porozmawiam.
        - T’jest.
        I po krótkim geście kończącym komendę kotka wskazała lisowi, by wstał i poszedł za nią do swojego kąta.

* * *


        Gdy ona go prowadziła, Red i Abel usiadły obok Tiffy’ego, wyraźnie oczekując na ciąg dalszy przerwanego wywodu. W końcu o aurze lisa powiedział im tylko pobieżnie, większość zachowując na chwilę mniej obfitującą w emocje i zamieszanie.
        Jeleniołak odetchnął i odczekał minutkę nim zaczął:
        - Los naszego kuzyna napawa mnie smutkiem, ale i niepokojem. Zapewne nie z własnej winy, lecz stał się bytem zdolnym do wszystkiego… przynajmniej w temacie krwi. Jeśli na kimś polega, to przede wszystkim na sobie, a przy tym nie ma w nim miejsca na niepewność i litość. Niewiele więcej zna - poza walką, która stała się dla niego żywiołem i jedyną możliwością, odzywa się w nim tylko odrobina magii. Wiatr. Poza tym jest pusty jak opróżnione naczynie… ciężko obcować z tą aurą. - Pokręcił powoli głową. - Jest mniej wroga niż obojętna, ale czuję, że trzeba być bardzo ostrożnym. Karmię się tylko nadzieją, że z nim samym łatwiej będzie dojść do porozumienia, niż ona to sugeruje.
        - Pewnie, że będzie. -
Dean machnęła ręką. - Z nami się udało to i z nim pójdzie. A skoro aż tak go potraktowali to tym bardziej musimy się postarać, żeby to naprawić.
        - Podoba mi się takie podejście. -
Uśmiechnęła się kotka, sprawdzając czy Tiffy już się załamuje. Ale on powoli zaczynał chyba wierzyć w możliwości własnych przyjaciół i nie był aż takim sceptykiem jakim go poznały.
- A reszta? Skojarzenia, słabe punkty, kondycja? - dopytywała lisica, choć miała już swoje własne empiryczne teorie - bo do suchej empiryki szóstego zmysłu nie zaliczała - i zakładała, że jej domysły przynajmniej częściowo pokryją się z wiedzą Tiffy’ego. A przy okazji ładnie ją uzupełnią.
        - Hmm… - Jeleniołak przymknął oczy jakby próbował przypomnieć sobie szczegóły i na nowo przeżywał spotkanie z emanacją, która (nawiasem mówiąc) nadal była w jego zasięgu.
        - Jeżeli miałbym coś zakładać to najpewniej stwierdziłbym, że nasz lisołak wyszkolony jest na zabójcę.
        - To by się zgadzało. Jego ofiary nadal są w domku przy lesie -
wtrąciła Dean. - Sally i Jean wiedzą więcej, ale wyglądało to na szybką robotę, a nie burdę na całą wieś.
        - Być może otwarta walka nie jest jego domeną. A i czytając go czujesz się… odizolowana. Samotna. Jakbyś była ofiarą. Tak musi podchodzić do większości ludzi. My też jesteśmy dla niego zapewne kolejnymi celami… Jeżeli wejdziemy mu w drogę.
        - Weszliśmy. Ale dlatego kazałeś zabrać mu broń. -
Uśmiechnęła się lekko lisica. Jej jakoś wizja starcia z pobratymcem nie napawała trwogą - ostatecznie już raz go położyła, więc mogła to powtórzyć. Nawet jeżeli nie będzie spętany.
        - Eeeeeh… - Jeleniołak starał się jakoś ją pojąć. - W takim razie uważaj chociaż. Jest niezwykle zwinny i nie zawaha się zaatakować, gdy tylko nadarzy się okazja. Chociaż możliwe, że przy przewadze liczebnej pokusi się o ucieczkę. Nie jego zadaniem w końcu jest pozbycie się nas. Jeżeli ma pana, pewnie będzie chciał do niego wrócić. Zakładam też, że jeśli miałby nas atakować robiłby to, gdy oddalimy się od siebie. To dałoby mu najwięcej przewagi.
        - Więc zostajemy w grupie i mamy go na oku -
podsumowała ruda. - Masz jeszcze jakieś porady?
        - Tak… -
Wstał powoli ze swojego miejsca. - Nie wystrasz go.

* * *


        Ale tym zajmowała się w tej chwili inna kobitka.
        Jean, zaprowadziwszy lisołaka na miejsce (nadal trzymała cudzą torbę!) klapnęła obok niego, zdając się absolutnie nie przejmować jego ewentualną wrogością. Oczywiście obserwowała go kątem oka, ale i tak zachowywała się jak na pikniku. Czasami miała wrażenie, że patrzy na niego nie po to, by upewnić się, że drań nie zrobi niczego głupiego, a raczej zerka jak na kolegę z ławki. Zaraz zresztą podobnie go potraktowała:
        - O, to może być dobre. - Wyjęła przyjemnie pachnącego sucharka i napawała się chwilę aromatem. - Masz, spróbuj. - Wepchnęła mu połowę do ust, chociaż oczywiście mógł jeszcze to wypluć. Jednak nie powinien obawiać się żadnej trucizny, bo dziewczyna właśnie zaczęła chrupać swój kawałek, przy okazji rozglądając się za kolejnymi.
        - Nie ciepło ci w takich ciuchach? - zapytała po dłuższej chwili, nadal nie zwracając na niego większej uwagi, choć najwyraźniej rejestrując jakoś wszystkie jego ruchy. - Dean nieźle cię załatwiła… - Puknęła w marmur na kostkach. - Hmm, solidnie…         .Chyba serio jej na tym zależy. Ale nie powie ci tego wprost.          .Taka już jest - mruczała nie do końca zrozumiałe, bo i wyrwane z kontekstu zdania, choć nie pozbawione były one sensu. Przynajmniej dla niej. A nawet jeśli to trudno - liczyły się w końcu sucharki.
        - Ej, to my cię złapałyśmy,          ale nie będziesz się mścił, co? Skoro cię nie torturujemy? - Poklepała go leniwie po głowie i wróciła do swojej zdobyczy.

        I na tym spokój się skończył.

        Do polanki dotarły lekkie kroki i delikatny zapach dziewczęcej lisiczki. Różowe oczęta zlustrowały wszystko i wszyściutko. Uszka poruszyły się filuternie, bioderka drgnęły.
        Znalazła go!
        Już zaczęła dumnie truchtać w stronę pojmanego, już obojgu im pomachała - gdy Jean zatrzymała ją gwałtownym gestem.
        - Rzeczy - mruknęła, a Sally spojrzała zdumiona na sakiewki i broń trzymane przy pasie.
        - Och! Racja, poczekaj! - zreflektowała się i zawróciła w miejscu. Podbiegła do Dean i reszty, pogaworzyła z nimi pospiesznie, poskakała chwilę, przekazała im zdobycze, pokiwała głową i wróciła z zaciętą miną na buźce.
        - Nawet nie wiesz czego się dowiedziałam! Ale nie teraz, w lesie! Choć teraz też. Tylko, że to są rzeczy, które ty też już wiesz. Że też usłyszałaś to pierwsza! To nie sprawiedliwe! Ale, ale! Z tego co widziałam na czatach to ludzie już zaczęli… OCH!
        Nieopatrznie spojrzała na pozbawionego maski lisa i zachłysnęła się z lekka. Przez chwilę przyglądała mu się zupełnie straciwszy wątek, a potem zwyczajnie ów porzuciła, na rzecz niemego zachwytu.
        Przez chwilę niemego.
        - Ojej… jesteś ładniejszy niż przypuszczałam! - wyznała szybciutko, po czym kucnęła i zaczęła wpatrywać się w niego bez zażenowania. - Nie wierzę… Kto mu zdjął maskę!?
        - Jack.
        - NIE! - Zerwała się nagle i tupnęła nogą. - To bestialskie! Nie do przyjęcia! Jak on… zawsze najlepsze kąski zgarnia dla siebie!!
        - …sucharka?
        - Absolutnie tak! - Chwyciła go i złamała w zębach, po czym zaczęła chodzić w kółko żywo gestykulując. - Na pewno zrobił przy tym coś głupiego! Bawił się tą swoją brzytwą z naszym białym chłopcem, a to przecież ja go złapałam… my! Nam się należało! I co? Nie, wtrącił się, jak zawsze! To ja go miałam przeszukać!
        - Przecież przeszukałaś.
        - Miałam za mało czasu, żeby go rozebrać!
        - W sensie… z maski?
        - Też! Och, a w ogóle to jestem Sally. Miło mi cię zobaczyć - przywitała się z lisołakiem niewinnie i usiadła naprzeciw. - Jack jest okropny czasami, z tymi brzytwami przy twarzy… nic ci nie zrobił? - zapytała przyglądając mu się maślanymi oczyma, ale być może nie widziała wiele. - Wiesz, daj to, to jakoś naprawimy. - Wskazała maskę-rękaw, po czym korzystając z tego, że przystojniak jest związany, a ona nie, pochyliła się ku niemu i sama chwyciła materiał. Przy okazji przejechała paluszkami po męskiej szyi, a nadgarstkiem dotknęła policzka, ale to przecież niechcący…
        - Hmm, powinno dać się zaszyć! - stwierdziła ucieszona, angażując do zabawy drugą dłoń, by zdjąć z lisołaka przynajmniej ten fragment odzienia, ale zamarła w pół gestu.
        - Wiesz co… chyba teraz to zostawię. Może być ci zimno z tym kołem na szyi, jeżeli nie będziesz mieć swojego rękawka. - Poruszyła ostrożnie ,,obrożą” i zasmucona wycofała się.
        - Ech… czy Dean nie mogła jak raz sobie darować? - westchnęła siadając na ziemi i podciągając nóżki.
        Lis był uratowany.

Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth » 2 tygodnie temu

Czyli nie chcieli go torturować… Tylko, że nikt nie wspomniał nic o zabijaniu go, więc wizja dosłownie ujrzenia jego serca nadal pałętała się po jego umyśle, podsyłając mu raczej niezbyt przyjemne obrazy tego, jak cała banda stoi nad nim, a jeden z jej członków – prawdopodobnie wilkołak z brzytwą, wyglądał na kogoś, kto bez problemu mógłby to zrobić – zaczyna rozcinać jego klatkę piersiową, próbując dostać się do serca. Później usłyszał, że „na pewno nie zrobią mu krzywdy”, ale i tak nie był pewien, czy w to wierzy. Zawsze mogła próbować go okłamać i uśpić jego czujność takimi słowami, dlatego też… na pewno minie trochę czasu, zanim zacznie uważać, że może rzeczywiście nie chcą go torturować albo nawet zabić. Nie ufał im, głównie dlatego, że niczego o nich nie wiedział, ale nawet, jeśli czegoś się dowie, to nastawienie to raczej nieprędko się zmieni.
Imię – tak, Ni miał jedno, jednak prawie w ogóle nie używał go poza terenem posiadłości, w której powstał i,w której mieszkał. Dlatego też znało je naprawdę niewiele osób i były to wyłącznie te, które mieszkały tam razem z nim. Ta sytuacja nie była inna, dlatego też najpewniej zdradzi im swój pseudonim, które równocześnie mógłby być po prostu bardzo krótkim, a także może trochę dziwnym właśnie przez to, imieniem – ale, zanim dotarli do jego imienia, mógł najpierw usłyszeć to, jak nazywają się członkowie tej grupy. Przez chwilę myślałem, że od zmiennokształtnej usłyszy imię każdego, kto znajdował się w tym miejscu, jednak było trochę inaczej, bo imiona usłyszał, ale tylko tych osób, które zostały przy nim i postanowiły rozmawiać z nim (albo o nim, ale w języku, którego nie znał).
         – Ni – odparł krótko. Raczej nie powinno być wątpliwości co do tego, że jest to jego imię. W końcu wypowiedział to zaraz po tym, jak został o nie zapytany. Przedstawianie się nie trwało długo, bo chwilę po tym, jak wyjawił im… swój pseudonim, którego używał jako imienia, musiał wstać i udać się za zmiennokształtną w miejsce, w którym będą go przetrzymywać. Właściwie okazało się, że jest to miejsce, w którym już wcześniej siedział – gdy Dean pierwszy raz przyniosła go na teren obozu.

Spodziewał się, że ktoś będzie go pilnował, ale bardziej myślał, że osoba ta raczej będzie trzymała się na dystans. Tymczasem Jean, która teraz go pilnowała, usiadła obok niego – może nawet trochę za blisko – i zaczęła czegoś szukać w torbie, którą ze sobą tu przyniosła.
         – Nie jest… - zdążył powiedzieć, zanim Jean wepchnęła mu do ust połowę suchara, którego część sama zjadła. Chciał powiedzieć, że nie jest głodny, ale dziewczyna nie pozwoliła mu na to. Przez krótką chwilę po prostu trzymał jedzenie w ustach, ukradkiem spoglądając na nią, jednak przecież nie zjadałaby tego, gdyby w sucharze była jakaś trucizna – ostatecznie postanowił, że z grzeczności zje to, co wbrew jego woli znalazło się w jego ustach.
         – Nie – odparł krótko, gdy zapytała go, czy jest mu gorąco w ubraniach, które ma na sobie. Zawsze się tak ubierał, jeśli chodziło o noszone przez niego kolory, więc już się do nich przyzwyczaił i nie chciał zmieniać ubrań na inne.
         – Nie podoba mi się sam fakt, że mnie złapałyście – odpowiedział na kolejne pytanie. Taka odpowiedź raczej naturalnie mogłaby sprawiać wrażenie takiej, w której zawarte byłyby jakieś emocje związane z tym, że sytuacja mu się nie podoba, ale… Ni powiedział to swoim neutralnym głosem, który – mimo że również był ładny i przyjemny dla kobiecego ucha – to zupełnie pozbawiony był uczuć.

Przeniósł wzrok na nową osobę, która pojawiła się w obozie. Wewnętrzny głos i to, że szła w jego stronę, podpowiadało mu, że będą z nią jakieś kłopoty i niczego nie zmieniał fakt, że ona również należała do lisołaków. Zatrzymała ją Jean, a Ni przyłapał się na tym, że w duchu liczy na to, iż nie pozwoli jej też na to, żeby się do niego zbliżyła. Wydawało mu się, że właśnie tak się stało, bo lisołaczka odwróciła się i podeszła do grupy swoich towarzyszy. Niestety, nie minęło wiele czasu, a ona ponownie szła w ich stronę – znowu zaczęła rozmawiać z kotołaczką, a on miał wrażenie, że nie zwraca na niego większej uwagi. To zmieniło się dokładnie wtedy, kiedy o tym pomyślał, a Nimorth, cóż… szybko zaczął tego żałować, bo nigdy nie lubił znajdować się w centrum czyjejś uwagi. Podeszła do niego i od razu zaczęła mu się przyglądać, a Ni czuł na sobie jej wzrok, jednak nie odzywał się, gdy zaczęła mówić o nim, chociaż może niekoniecznie do niego.
Wydawało się… żywiołowa i bardzo żywa, może nawet nadpobudliwa. Ostatecznie nawet postanowiła mu się przedstawić, a on zyskał kolejne imię do zapamiętania. Nie było to dla niego czymś trudnym, bo imię kojarzył z twarzą danej osoby, którą zapamiętywał jeszcze szybciej.
         – Ni – przedstawił jej się krótko. Postanowił sobie, że jeśli ktoś z nich wyjawi mu swoje imię, on także to zrobi, ale używając pseudonimu, który najczęściej był jego imieniem, ale… był też skróconą wersją jego prawdziwego imienia, tyle tylko, że o tym również wiedziały tylko te osoby, które znały jego pełne imię. Zmiennokształtne znowu zaczęły rozmawiać ze sobą, tylko, że robiły to już we wspólnym, który rozumiał. Tylko… czy rzeczywiście chciał to słyszeć?
         – Nie – odpowiedział jednym słowem, ponownie zresztą. A patrząc na to, jak na niego patrzyła i przypominając sobie to, co mówiła wcześniej… Chyba jej się podobał, co zresztą właściwie nie dziwiło go, bo już wiele razy słyszał od kobiet, że im się podoba albo zauważał to w ich zachowaniu, gestach i innych tego typu rzeczach.
         – Nie musisz… - zaczął, raczej jawnie sprzeciwiając się propozycji naprawy jego maski. Niestety, te słowa nic nie dały, bo dziewczyna i tak sięgnęła już po nią, przy okazji wykonując dłonią więcej gestów, niż było to konieczne, zahaczając palcami także o te części jego ciała, o które na pewno nie musiała. Poczuł powoli rosnące zirytowanie sytuacją. Powieka lewego oka zadrgała mu nawet przez naprawdę krótką chwilę, co wynikło z tego, że zbyt wolno zabrał się za tłumienie emocji. Dołączyła też drugą dłoń, ale ostatecznie (na szczęście) wycofała się i stwierdziła, że bez maski na szyi może mu być w nią zimno, głównie przez tę dziwną obrożę, która nadal się tam znajdowała. Na koniec wzruszył tylko ramionami, jednak ciężko było odgadnąć, czy zrobił to w odpowiedzi na słowa lisołaczki, czy może na coś, o czym pomyślał.

Awatar użytkownika
Dean
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Dean » 1 tydzień temu

        A więc ,,Ni”.
        Wszyscy (zebrani) przyjęli to do wiadomości nie zastanawiając się zbytnio nad prawdziwością owego imienia. Znali dziwniejsze, słyszeli bardziej typowe… a twórca, obecny właściciel czy pan lisołaka (o ile ten takowego posiadał) mógł nazwać go jakkolwiek. Sam Ni też mógł wymyślić to na poczekaniu. Liczyło się jednak to, że w końcu mogli używać imienia, którym chciał, by się do niego zwracali, a to zdecydowanie był krok w dobrą stronę. Ciężko byłoby się z nim komunikować ciągle wołając go ,,ej ty!“ albo nawet ,,lisie”. Poza tym znając charaktery i humor niektórych członków ich bandy łatwo było przewidzieć co się stanie, gdyby nie mieli odpowiedniego imienia dla pojmanego - nadaliby mu nowe. I niekoniecznie byłoby to coś bezwzględnie miłego. ,,Biały” z tego wszystkiego zapewne brzmiałoby najbardziej neutralnie, ale ,,dziwnooki” i ,,czarnuch” na pewno też czekałyby w kolejce. Świadoma tego Dean odetchnęła w duchu, kiedy lisołak zamiast się stawiać podzielił się z nich tą małą informacją. Chociaż wiele jeszcze było do ustalenia…

        Tym w międzyczasie mogła zająć się Jean, ale ona wolała karmić siebie i Ni, niż wypytywać go o detale. Będzie chciał to powie - taka była jej filozofia. Ile rzeczy się nasłuchała, ilu nieszczęśników została powierniczką jedynie siedząc przy barze i kiwając głową, od czasu do czasu podsuwając monologistom kolejny kufelek. W ten sposób nie musiała się zbytnio wysilać, a i nie zyskiwała łatki nachalnej bałamutki jaką można by naszyć Sally na jej ogromnych uszach. Oczywiście jak i ona potrafiła pytać od czasu do czasu - nawet trochę nalegać - ale nie kiedy jej kompan był zdezorientowany, związany i najpewniej planował jak uciec. Sam zresztą twierdził, że nie podoba mu się bycie złapanym i rozumiała to doskonale. Chociaż byli i tacy mężczyźni, którzy nie pogardziliby zaciągnięciem do lasu przez gromadkę niewiast, które miały zamiar karmić ich i… ej, one też by nie odmówiła!
        Czemu jej nie związano…
        Ale nie, musiała zadbać sama o zaspokojenie podstawowych potrzeb. Dlatego jak na kotkę przystało, grzebała w cudzych rzeczach starając się uzbierać dość na kolację, a jeśli nie - to przynajmniej trochę porozrzucać. Jeżeli chcą, by nie wpychała się do ich pakunków to niech sami ją tuczą.
        Tylko, że oni od lat nie mogli pojąć tej podstawowej prawdy o przetrwaniu z nią pod jednym niebem… No, może Sally coś tam rozumiała. Niestety nie wszystko - bo jak wiadomo dogodzić każdemu nie sposób. Skoro więc potrafiła dogadać się z Jean, to z kolei grała na nerwach lisowi. Jean zaś trzymając z nią sztamę odwróciła się z lekka, udając, że nie widzi jak ta się do niego garnie. Zresztą nigdy jej nie przeszkadzała. Uważała, że to zabawne jak niektórzy nie potrafią sobie z nią dać rady - czy to z jej uwielbieńców czy może z samej bandy. Jednak trzeba było też oddać im sprawiedliwość - admiracje lisiczki bywały bardzo pomysłowe, a ona sama przebiegła i pozornie niewinna na tyle, by wciąż dawać jej kolejne szanse. I tak teraz miała okazję siedzieć obok związanego przedstawiciela płci przeciwnej, miłego, ładnego, niezbyt agresywnego i nikt nie leciał mu na ratunek. Och syta naiwności!

        Ku uldze lisa, uszasta zostawiła go na jakiś czas - to jest nie próbowała na niego napierać i obłapiać go przy okazji oglądania jego odzieży. Nadal jednak siedziała bliziutko i mamrotała do siebie, robiąc wyrzuty ,,tej brutalnej Dean”. Mimo wszystko nie można było wysnuć przypuszczenia, że szczerze nie popiera jej działań. Wydawała się zła dlatego, że ciężej jej się było do ładnego Ni dobrać, gdy miał na sobie kajdany, niż z powodu jego zniewolenia jako takiego. Tutaj co najmniej cztery dziewczyny i jeden kot wydawali się zgodni - dobrze, że go przechwycili. Gorzej natomiast, że nie był wtedy w żadnego rodzaju potrzebie - wielu sojuszników i przyszłych przyjaciół zdobywali pojawiając się w ich życiach właśnie, gdy ci potrzebowali pomocy - to szybko i naturalnie budowało między nimi korzystne relacje. Natomiast złapanie kogoś, bo być może jest wykorzystywany, z czego sam może nie zdawać sobie sprawy i trzymanie go siłą, było już ryzykownym projektem. Nie, by robili to pierwszy raz - ale dlatego właśnie wiedzieli jak niewdzięczne niekiedy to zadanie bywa.

        Dzięki nachalniactwu Sally zyskali jednak pewną przewagę (naprawdę, nie dość im było?) - mianowicie kiedy ona zajmowała się gościem, reszta rozporządzała jego rzeczami. Nie mógł jednakże dostrzec szczegółów tej akcji - zrozumieć jednak na pewno się dało, że skoro wcześniej je wzięli, a teraz już nie leżą na widoku ani przy nich to znaczy, że je gdzieś schowali. Tylko gdzie?
        Na dobrą sprawę mogły być w niemal całym obozie, przez jego ograniczone rozmiary - a przy ogniskach siedział już tylko Tiffy, więc reszta miała wiele okazji do przejścia tam i z powrotem do jakiejś wymyślnej kryjówki. Obecnie Abel krzątała się w pobliżu stągwi, a Dean zniknęła z pola widzenia - może więc wyniosła łupy za granicę polany?
        Kiedy nic już nie przeszkadzało lisowi przez dłuższą chwilę (Sally zaczęła usilnie się nad czymś głowić, a Jean przeżuwała w nieskończoność ostatnie kawałki sucharków wysypane z torby), mógł dojść do wniosku, że w obozie stale przebywa teraz co najmniej pięć osób, z czego dwie często się wymieniają - raz pokazywała się pantera, raz Dean, raz ktoś z kotołaków. Nie zmieniała się natomiast straż przy nim ani pozycja jeleniołaka, który coraz bardziej zdawał się być przypisany do tego jednego pieńka, z którego nie wstawał, ale na którym chyba niewiele miał do roboty, chociaż wyglądał na najbardziej zajętego ze wszystkich.
        Ten spokój zakłócił w końcu odgłos czyiś kroków, dochodzący od tyłu, a z niedalekiej wcale odległości. Może nawet już zdołał je poznać, bo towarzyszyły mu całą drogę do koczowiska, a w ich rytmie mimowolnie bujało się jego (niesione wtedy) ciało.
        - Dean! - Sally poderwała głowę i odchyliła się, by spojrzeć na rudowłosą. - Jesteś! Jak dobrze! Muszę z tobą pomówić, koniecznie muszę! Och, i słuchaj tego, nasz drogi, najdroższy nowy kolega ma na imię Ni!
        - Przecież wiem.
        - ECH!? - Sally już poderwana na nogi, teraz niemal opadła na ziemię. Myślała, była pewna, że (razem z Jean) poznała jego imię jako pierwsza, a okazało się, że była… któraśtam. Nienawidziła być którąśtam! Poczytywała to sobie za dyshonor i zaczynała być zła, że lisołak do tego dopuścił. Nie żeby faktycznie był czemuś winien… Więc wina była Dean albo Jacka! Z tym, że na Dean nie mogła się złościć stojąc z nią twarzą w twarz, a na wilkołaka była już obrażona za co innego. Na kogo więc zwalić tym razem? Kto był przyczyną jej niepowodzenia? Dean, zdecydowanie Dean. W końcu to ona kazała jej iść na zwiady zamiast zostać z nią i jeńcem i pozwolić asystować im w drodze. Ale jak jej to powiedzieć, jak jej to uświadomić nie okazując się przy tym bezczelną?
        - Też chciałam z tobą pomówić. Chodźmy do Tiffa, skoro już obejrzałaś sobie nowego. Potrzebujemy brakujących informacji.
        Nagły przypływ poczucia ważności tak rozserdecznił młodszą lisołaczkę, że aż zapomniała o swoich pretensjach - pokiwała tylko głową i tanecznym krokiem ruszyła za koleżanką, szepcząc tylko z lekkim żalem do pozostającej dwójki: ,,Jeszcze do was wrócę!”. I była to bardzo serdeczna groźba.

        Lecz na pewien czas lisołak ponownie został jedynie z wygłodniałą (szczęściem nie na niego!) dziewczyną o kocich uszach, która nie garnęła się ani do ruchu, ani do rozmowy. Dopiero po wielu minutach, kiedy od strony ognisk dało się słyszeć wzmożoną dyskusję, rozsiadła się wygodniej, niemal przeciągając i leniwie zerknąwszy na pilnowanego, powiedziała w końcu:
        - To straszne, że używają ciągle mowy, której nie rozumiesz.         .Prawda? - A po kolejnej, ciągnącej się chwili - Co lubisz jeść?.         .Na kolację zapewne będzie dzik albo sarnina… ale nie taka zwykła. Oni tutaj mają całkiem dziwne gatunki. - Po czym oblizała się i nie kontynuowała tematu, marząc sobie w milczeniu o smaku gotowej potrawki…

Awatar użytkownika
Nimroth
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Nimroth » 5 dni temu

Orientacja w sytuacji… cóż, to już raczej miał za sobą, chociaż i tak w jego głowie nadal pozostawało sporo pytań, a na niektóre z nich wiedział, że na pewno nie uzyskałby odpowiedzi. Wiedział przynajmniej tyle, że znajduje się w obozie zmiennokształtnych, w którym też gdzieś znajdowały się jego rzeczy, które zresztą musiał odzyskać… i znał też imiona niektórych z nich. Pozostałe rzeczy nie były dla niego czymś pewnym – na przykład to, że nie mają wobec niego złych zamiarów. Zaprzeczało to głównemu powodowi, dla którego uważał, że go złapali, czuli temu, że byli w jakiś sposób powiązani z osobami, które zabił ostatnio i teraz chcą z niego wyciągnąć informacje na temat jego zleceniodawcy i, może, ukarać go też za samo to, że się ich pozbył. Dlatego też uważał, że jeśli mówią, że nic mu nie grozi z ich strony, to prawdopodobnie chcą tylko uśpić jego czujność. Chociaż teraz i tak ważniejsze dla niego było to, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, gdzie znajdują się jego rzeczy, dopiero później będzie próbował uwolnić się i uciec, przy okazji oczywiście zabierając je ze sobą.

Dojrzał, że pozostali rozeszli się po obozowisku, najpewniej zajmując się czymś, czym przeważnie się zajmowali. Przy ognisku siedział teraz tylko jeleniołak… A Ni zdał sobie właśnie sprawę z tego, że tamci przecież mogli bez problemu sprawdzić jego rzeczy albo robili to właśnie teraz. Liczył na to, że nie zabiorą mu czegoś, co uważał za potrzebne, a zwłaszcza, że zostawią w spokoju jego broń. Wiedział też, że prawdopodobnie ciągle ktoś będzie przy nim siedział i go pilnował, tylko ciekawe, czy co jakiś czas zamierzają się zmieniać, czy może wyznaczona została do tego jedna osoba albo, może, dwie.
Przez chwilę zdawało mu się, że zaczął panować względny spokój – nikt nie próbował przyglądać mu się z bardzo bliskiej odległości i też nie próbował dotykać go „przypadkowo” w miejsca na ciele, w które niekoniecznie powinien to robić, a także nikt z nim nie rozmawiał. Przez to lisołak miał trochę czasu na to, żeby nie rozglądać się uważnie i nie reagować momentalnie na nowy odgłos lub coś, co zobaczy, a zwyczajnie pogrążyć się we własnych myślach i zastanowić się raz jeszcze nad tym, jak chce działać i co chce zrobić. Tylko, że właściwie nie trwało to długo, bo do rzeczywistości wrócił, gdy tylko usłyszał kroki Dean, które zbliżały się w jego stronę. Między nią i Sally nawiązała się krótka rozmowa, której zresztą Ni też się przysłuchiwał – tym razem rozmawiały w języku wspólnym, więc mógł zrozumieć całość. Skończyło się na tym, że Sally wstała i poszła za rudowłosą krótko po tym, jak ta powiedziała coś do niej w tym języku, którego nie rozumiał. Dzięki temu on znowu był pozostawiony w spokoju, co w ogóle mu nie przeszkadzało. Znaczy, nadal był pilnowany przez Jean, jednak ona chyba nie planowała go niepokoić – czy to rozmową, czy to czynami. Dlatego też trochę zaskoczył go moment, w którym poczuł na sobie jej wzrok, bo od razu domyślił się, co może to oznaczać i… okazało się, że jego domysły były prawidłowe.
        – Niewygodne, a nie straszne – poprawił ją, jednocześnie też odpowiadając na jej pytanie. Zdawał sobie sprawę z tego, że przez brak emocji w głosie może sprawiać wrażenie kogoś nieludzkiego, czego nawet nie zmieniał fakt, że samo brzmienie głosu lisołaka było raczej przyjemne, zwłaszcza dla płci przeciwnej.
        – Trudniej zebrać informacje, gdy nie rozumie się języka, którym rozmawiacie – dopowiedział do tego jednego zdania, które wypowiedział chwilę wcześniej. Oni pewnie i tak zdawali sobie sprawę z tego, co próbuje zrobić albo przynajmniej spekulowali na ten temat, więc nie czuł potrzebny ukrywania niektórych rzeczy. Rzeczy, których był prawie pewien, że sami i tak się domyślili.
        – Zjem mięso – odparł po chwili, chociaż Jean nie mogła mieć pewności, czy może była to odpowiedź na pytanie dotyczące jedzenia, które lubi jeść, czy może wyrażenie zdania na temat tego, co prawdopodobnie będzie na kolację.

Ni przez następną chwilę milczał, a jego „towarzyszka” ponownie zaczęła sprawiać wrażenie osoby, która nie chce zdawać mu pytań. To dobrze, bo… właściwie, to zastanawiał się teraz nad jednym z pytań, które miał sam i nad tym, czy powinien je zadać Jean. A może zostawi je na później, a teraz zapyta ją o coś innego, nad czym zaczął zastanawiać się tak naprawdę przed chwilą.
         – Wszyscy będą przychodzić i oglądać mnie, jak Sally? - zapytał. Mało brakowało, a dodałby jakieś porównanie i powiedziałby, że czuje się wtedy jak jakiś eksponat w muzeum albo coś takiego, jednak powstrzymał się przed tym i zachował to wyłącznie dla siebie.
         – I… Co łączy was z magami, których zabiłem? - zadał kolejne pytanie, bezpośrednio i zmieniając też temat zupełnie. Zapytał o to wprost, uważał, że krążenie przy tym temacie byłoby bezużyteczne. Zresztą, możliwe też, że zada to pytanie jeszcze raz, dwa albo tyle razy, aż w końcu ktoś mu na nie odpowie zgodnie z prawdą. Oczywiście, jeżeli teraz nie usłyszy na nie odpowiedzi. Czerwone oczy lisołaka spoczęły teraz na kotołaczce, czekając na jakąkolwiek odpowiedź z jej strony i uważnie obserwując ją.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Hrabstwo Ascant-Flove”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość