Wybrzeże Cienia[Wbrzeże Morza Cienia] Anielska cierpliwość i lisie sprawy.

Niezwykle tajemnicze wody tego Morza Cienia, kryją w sobie wiele skarbów i niebezpieczeństw, już wielu zginęło w wyprawach poszukując przygód i bogactw. Największym jednak łupem dla każdego z nich było by odnalezienie legendarnej Wyspy Maar.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Sapphire
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

[Wbrzeże Morza Cienia] Anielska cierpliwość i lisie sprawy.

Post autor: Sapphire »

Skąd przypełzła eugona

        Eugona sunęła zadowolona przez las, wdychając wilgotne, pachnące mchem powietrze. Wschodnie Pustkowia podobały jej się pod wieloma względami. Rozległe, dzikie tereny były niemal całkowicie pozbawione ludzi. Od czasu do czasu trafiała na niewielkie wioski, jednak bez problemu omijała je szerokim łukiem. W dziczy ludzi można było wyczuć na wiele kilometrów - wszędzie rozsiewali zapach dymu, odchodów i obróbki metali, skór lub drewna. Bez problemu odnajdywała ścieżki udeptane przez mądre zwierzęta, które wiedziały, że nie warto podchodzić zbyt blisko ludzkich siedzib.
        Zwierzyny także było tu w bród. Panował tu nieco inny ekosystem niż w jej rodzinnych stronach, ale bez problemu się w nim odnalazła. W naturalny sposób wyczuwała, na które z dziwnych stworzeń może zapolować, a które lepiej zostawić w spokoju. Nie, żeby spotkała coś, co faktycznie jej zagrażało. Parę razy mignęły jej chimery, czarna pantera, a raz czy dwa nawet smok. Nie zaczepiała ich jednak, a one, wyczuwając innego drapieżnika, jedynie posyłały jej uważne spojrzenie i ruszały swoją drogą.
        Polubiła z resztą nie tylko faunę tego rejonu. Łagodne wzgórza i rozległe równiny, porośnięte wysokimi trawami, przeplatane były lasami takimi jak ten, w którym się znajdowała. Pełno tu było błędnych ogników, powalonych pni i porośniętych mchem głazowisk, które tworzyły liczne uroczyska. Nie przeszkadzały jej zaciągnięte mgłą bagienka i odległe kurhany (choć te drugie wolała po ostatnich przygodach omijać z daleka). Nawet Yarin zdawał się odnajdywać przyjemność w podróży, bo wyjątkowo mało paplał jak na swoje codzienne nawyki.

        Sapphire kierowała się w stronę Ruin Nemerii, skąd miała już prostą drogę na swoje rodzime bagna. Po ominięciu ruin miała do przekroczenia dwie rzeki - Nefari i Dihar, a później jeszcze tylko kilka dni marszu dzieliło by ją od upragnionego spokoju.
        Nie mogła udawać, że nie tęskni za domem - na bagnach odczuwała wewnętrzny spokój, jakiego nie mogła zaznać nigdzie indziej. Podobały jej się jednak Wschodnie Pustkowia i teraz, kiedy uwolniła się od uciążliwej obecności ludzi z Demary, była całkiem zadowolona z przebiegu swojej podróży.
- Jeśli mnie oczy nie mylą, wyglądasz na bardziej zadowoloną niż zawsze, moja duszko - oznajmił Yarin z szerokim uśmiechem, krążąc nad głową eugony. Potrząsnęła rudą czupryną, wprawiając w delikatne kołysanie węże na końcach warkoczyków i obrzuciła go uważnym spojrzeniem.
- Podoba mi sssię tutaj, passskudo. Wssschodnie Pussstkowa nie mają może tego mrocznego czaru co moje bagna, ale lubię ich dzikośśśść i ssspokój.
Mówiąc to usadowiła się na potężnym głazie wystającym spośród traw i rozejrzała się po okolicy. Kamień był przyjemnie nagrzany od słońca i z lubością ułożyła na nim swój ogon, podpierając się na wyciągniętych ramionach. Znajdowała się na niewielkim wzgórzu pośrodku lasu, co dawało jej całkiem dobry ogląd na okolicę.
- Odnajdujesz w nich spokój, choć większość śmiertelników umarłaby ze strachu przed żyjącymi tutaj bestiami - stwierdził z zadumą duch, lewitując na wysokości jej oczu. Jego błękitna poświata była niemal niewidoczna na tle nieba o nierealnym kolorze niezapominajek.
- Pfff. Nie jessstem jak więkssszośśść śśśmiertelników - prychnęła, odginając głowę do tyłu i pozwalając, by ciepło słońca rozchodziło się po jej ciele. Z alabastrową skórą, burzą rudych warkoczy i potężnym ogonem zakończonym złotą grzechotką, wyglądała jak pradawna bogini wojny, stworzenie piękne i straszne zarazem. Po sytym posiłku czuła się jednak zadowolona i lekko rozleniwiona, więc byłaby boginią całkiem łaskawą.
- Oczywiście, że nie, kochanie. Jesteś wyjątkowa, powie ci to każda dusza, którą uratowałaś.
- Uratowałam bo musssiałam - syknęła, choć nie była to do końca prawda. Klątwa, którą rzucił na nią czarodziej, zmuszała ją do reagowania, jeśli tylko ktoś użył wobec niej słowa “proszę”. Wiele razy jednak ruszała na pomoc krzywdzonym kobietom, dzieciom i zwierzętom z własnej woli, choć nie lubiła mówić o tym głośno. Jedynie mężczyźni zazwyczaj nie mieli tyle szczęścia. Ale to głównie oni byli prowodyrami niedoli pozostałej grupy.
- Oczywiście.
W tonie Yarina było tyle przekory, że zirytowana eugona machnęła ogonem. Już dawno pogodziła się z tym, że nie jest w stanie zrobić mu krzywdy, jednak precyzyjnie wymierzone pacnięcie spowodowało, że duch rozwiał się na chwilę, zanim na powrót przybrał wyraźną postać.
- To było niegrzeczne.
Kobieta wyszczerzyła się do niego i błyskawicznym ruchem pokazała mu swój rozdwojony, wężowy język. Po chwili zastrzygła jednak uszami, prostując się i koncentrując całą swoją uwagę na hałasie dochodzącym z oddali.
- Sssłyssszałeśśś? - spytała, przekrzywiając głowę i próbując dostrzec coś pomiędzy rosnącymi w dole drzewami.

Dalsze losy wężowłosej
Ostatnio edytowane przez Sapphire 2 miesiące temu, edytowano łącznie 1 raz.

Awatar użytkownika
Yve
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Yve »

Przed trzema irytującymi miesiącami

        Względny spokój nie trwał tak długo jakby lisica sobie tego życzyła. Zwłaszcza, że przez tę cholerną chorobę nie była w stanie w pełni wypocząć, już nie wspominając o świadomości, że po mieście nadal kręcili się magowie i jej szukali. Po raz pierwszy w życiu wiedziała jak czuje się zając zagoniony w kozi róg i otoczony przez stado wygłodniałych wilków. Przejawem łaskawości było z ich strony to, że choć mogli już dawno pochwycić zmiennokształtną, nie zrobili tego. Dawali jej po prostu złudną nadzieję i bawili się jedynie w kotka i myszkę. Byli pewni swojego nieuniknionego zwycięstwa.
        Nie wiedzieli jednak, że lisica tanio skóry nie odda. Była tak zarozumiała, że w ogóle nie czuła się podczas tej całej obławy jak ofiara. To było by sprzeczne z jej naturą i ONI powinni o tym wiedzieć najlepiej. Przecież to dzięki nim urodziła się drapieżnikiem. I to jeszcze chyba najcwańszym ze wszystkich innych możliwych.

        Wykorzystała ich osłabioną czujność, przez teorię, że ścigany wychynie ze swej kryjówki by ją zmienić jedynie pod osłoną nocy, i gdy tylko miała okazję, bez wahania wtargnęła do świadomości jednego z rekrutów kręcących się przy domu Mii i przejęła kontrolę nad jego ciałem. W taki sposób nie trudno wywołać zamieszanie i spowodować, by współtowarzysze zaczęli się tłuc. Miała już dość siedzenia w jednym miejscu. Poza tym kończyły jej się pieniądze, nie mogła sobie nic kupić od trzech miesięcy, a akurat nowych ubrań to by jej się trochę przydało, bo strasznie napuchła. Chyba od tego stresu i siedzenia w jednym miejscu. Tak przynajmniej sobie to cały czas tłumaczyła.
        Yve w ciele młodego adepta magii zadbała o małą dywersję, podczas gdy Mii wraz ze swoim starszym bratem ostrożnie przeniosła nieprzytomną w tym czasie lisicę do skromnego powozu, już zaprzęgniętego. Bez wahania ruszyła z kopyta, gdy jej krewny tylko utorował miejsce dla powozu i chwilę po tym jak minęła tamtego maga, Yve wróciła do siebie. Choć fizycznie żadnych obrażeń nie otrzymała, nadal podświadomie wszystko ją bolało, każde miejsce, w które trafiły pałki i pięści strażników, ale również i współadeptów tamtego kolesia. Poza tym była wykończona psychicznie. Jakby nie patrzeć dawno nie czarowała, a już na pewno nie przejmowała nad kimś kontroli na tak długo. Miała już dosyć. To jednak nie był jeszcze koniec.

        Wyjechały pędem z miasta, a przygotowana do dłuższych tras część pościgu zaraz za nimi. Konie, które nie muszą niczego ciągnąć są dużo szybsze i zwinniejsze od tym, które są zaprzęgnięte do wozu. Tu był pierwszy plus obecnego pościgu na niekorzyść kurtyzan i o jeden stopień podniósł się poziom trudności w ucieczce przed nim. Drugim było to, że choć ciężko było rzucać zaklęcia w siodle i to jeszcze w galopie, ci nie wyglądali jakby stanowiło to dla nich jakikolwiek problem. Jedynym z czego powinna się Yve cieszyć było to, że mimo wszystko oni chcieli ją mieć żywcem, przez co rzucali jedynie zaklęcia, spowalniające, paraliżujące, względnie powalili jakieś drzewo by odciąć kobietom dalszą drogę ucieczki.
        Kiedy wyjechały na otwarte równiny ich szanse z jednej strony wzrosły, z drugiej zmalały. Nie miały za specjalnie możliwości za czym się osłonić, by wymierzone zaklęcie w nie nie trafiło, ale za to miały przed sobą czystą drogę prowadzącą do kolejnego lasu okalającego wzgórza wcale nie tak daleko od Trytonii.
        Mii stanowczo nie miała żadnych umiejętności powożenia, bo biedna Yve przewalała się na pace jak worek ziemniaków i trudno jej było wygrzebać z torby, a po tym przygotować swój ukochany zestaw małego truciciela. Na szybko i przez trzęsący się i podskakujący co chwila na wybojach powóz porozsypywała z połowę swoich zabójczych specyfików, których składniki będą ją kosztowały masę pieniędzy, a stworzenie jeszcze więcej wysiłku, ale przynajmniej sześć ostrzy udało jej się obtoczyć w śmiertelnie toksycznej mieszance. Teraz już tylko wystarczyło odpowiednio wycelować i rzucić.
Pierwszy pocisk, niecelnie rzucony przez wybój na drodze, rozciął jednemu z koni skórę na szyi. Zwierzę potwornie zakwiczało i runęło na ziemię, potykając się o własne nogi. Na agonalne spazmy Yve nie chciała i nie miała czasu patrzeć.
        Zwyzywała Mii i rzuciła kolejnym sztyletem. Ten przynajmniej trafił i nawet wbił się dość głęboko w oczodół maga, który miał lisicę już niemal na wyciągnięcie ręki. Kolejnym dwóm, podjeżdżającym po bokach powozu Yve zdołała zaciąć skórę, warcząc przy tym wściekle, po czym rzuciła tym ostrzem w następnego chętnego do posmakowania jej trucizn. Tymi poprzednimi nie musiała się już przejmować.

        Niestety pozostała czwórka stanowczo za wcześnie zmądrzała i trzymała się już z dala od ostrzy, ale mając cały czas w zasięgu wzroku, a przy tym również czarów, kobiety. A konkretnie tę jedną. Widząc zbliżający się do kolejnego lasu powóz, jeden z nich postanowił znów odciąć kobietom drogę, nim do niego wjechały. Mało brakowało, a zniszczone drzewo spadło by wprost na kobiety. Koń nie miał tyle szczęścia i nie zdołał z siebie nawet wydać jakiegokolwiek dźwięku.
        Potłuczone i zmęczone kobiety musiały od tej pory uciekać pieszo przed pościgiem, ale Yve wcale nie miała zamiaru iść dalej. Była wściekła, wszystko ją bolało i było nie dobrze, a do tego miała już dość, że nikt jej nie dawał chwili spokoju. Rozwścieczona nawet nie zauważyła kiedy przybrała swoją hybrydzią formę i mimo nalegań Mii, rzuciła się z czystą furią w oczach na magów, dzierżąc w obu zakończonych pazurami rękach, zatrute ostrza.
        Jeden z magów spanikował widząc tę rudą, oszalałą bestię, przez co pomyliły mu się zaklęcia i posłał w stronę lisicy kulę ognia. Ta jednak nim ją dosięgła, trafiła w Mii, która niefortunnie znalazła się na linii strzału i przeraźliwym krzykiem padła na ziemię. Paskudna rana na plecach, mimo pozostawienia zwęglonej skorupy w miejscu trafienia, zaraz zaczęła krwawić, a przyjaciółka po fachu zmiennokształtnej z każdym oddechem coraz bardziej gasła w oczach. Teraz lisołaczka już w ogóle nie zamierzała odpuszczać. Z dzikim warkotem, niemalże czerwonymi oczami i pianą na pysku rzuciła się na besztanego przez starszych kolegów młodzika, który nie spodziewał się szybkiej i okrutnej śmierci od kłów zmiennokształtnej. Wzięła zamach, przy którym poderżnęła gardło temu besztającemu i opętana swoim gniewem oraz rozpaczą zaczęła dźgać bez opamiętania i masakrować sztyletem nędzne truchło, które miało czelność zabić jej towarzyszkę.
        Zapomniała jednak przy tym o pozostałej dwójce, która postanowiła wykorzystać moment. Jeden rzucił zaklęcie paraliżujące, a drugi dopilnował, by lisica nie miała już możliwości sięgnięcia po swoje bronie. Nie mówiąc już o zapewnieniu jej braku dostępu do nich. W końcu bezwładną i nawet chwilowo zamroczoną, łatwiej było porządnie spętać by już nie miała szansy uciec i dalej walczyć.

Awatar użytkownika
Malachi
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 71
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Zanim dano mu nową misję...

Przez trzy miesiące, każdego dnia czekał na wieści i modlił się o zdrowie i życie Ananke. Musiał sprawować swoją misję, ale mimo to bez przerwy jego myśli błądziły wokół ukochanej. Im dłużej to trwało, tym bardziej się bał. W końcu otrzymał list. Ananke zginęła. Przez tydzień właściwie nie wychodził ze swoich małych komnat. Nie odzywał się, nie rozmawiał z nikim. On nie był w stanie prowadzić drużyny, jego zastępca - Azajasz - był poza granicami państwa. Dowództwo przejęła Dea. A Malachi po prostu leżał godzinami i wpatrywał się w sufit. Najwyższy milczał, a Malachi nie był w stanie się modlić. Czekał na nowe rozkazy, ale nie prosił o nie. Czuł, że po raz kolejny wyrwano mu serce.

Po tygodniu otrzymał rozkaz oddania drużyny pod opiekę Dei i powrót do Planów Niebiańskich. Dano mu odpocząć przez kilka miesięcy, wrócił do uzdrawiania i modlitwy. Kiedy odzyskał jako taką równowagę dostał nową misję. Misję, jakiej nie miał nigdy wcześniej. Nawrócenie. Był wojownikiem, zabijał piekielnych, walczył, czasem uzdrawiał, ale nigdy nikogo nie nawrócił. Nie rozumiał dlaczego przydzielono mu właśnie takie zadanie, ale nie był od tego by zadawać pytania. Poznał pokrótce historię kobiety, którą miał nawrócić i przypuszczalne miejsce jej pobytu. Nie dostał określonego czasu, miał ją po prostu znaleźć, zaopiekować się i podjąć próbę zmiany jej postępowania. Metody? Pan nie powiedział mu jak ma to zrobić. Zasięgnął porad u przyjaciół i ruszył w drogę.

Zajęło mu parę dni odnalezienie kobiety, o której mówiła jego misja. Ale kiedy ją znalazł, była w tarapatach...
Malachi dosłownie spadł z nieba. Jego ogromne skrzydła zasłoniły światło słoneczne padające na trakt. Ten efekt i podmuch wiatru skutecznie odwrócił uwagę dwóch mężczyzn od swojej ofiary. Oboje spojrzeli w niebo, ale trwało to zaledwie kilka sekund. Kostur anioła w mgnieniu oka powalił przeciwników na ziemię i nim zdążyli się zorientować, Malachi dopadł ich przyciskając z całych sił najpierw jednego, potem drugiego. Chwycił obu za gardła i w mgnieniu oka stracili przytomność. Magia życia mogła dawać różne efekty, nie tylko wspomagać, ale też spowalniać procesy życiowe do tego stopnia, że przeciwnicy tracili przytomność.

Kiedy pozbył się napastników, uklęknął przy ofierze i rozciął pętające ją liny. Miał pewność, że to właśnie jej szukał, poznał jej aurę już wcześniej, wiedział jaka powinna być i właśnie taka była.
- Nic ci nie jest? Wszystko w porządku? - zapytał.

Nie wiedział, że lisołaczka miała ze sobą przyjaciółkę. Jej aura zdążyła już powoli rozpłynąć się i połączyć z aurami lasu. Gdyby wiedział, ratowałby je obie. Ale skupił się tylko na tej, która była jego misją.

Awatar użytkownika
Yve
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Wystarczyła chwila, by Yve straciła swoją przewagę, wpadając za to w nie małe tarapaty. W prawdzie sytuacja od samego początku nie malowała się zbyt różowo, raczej w kolorach płomieni, węgla i krwi, czego najlepszym dowodem była Mia, ale przecież nim do tego doszło to naprawdę dawała sobie radę. Mimo osłabienia, irytujących mdłości i bólu w...wszędzie! Po potraktowaniu koleżanki lisołaczki kulą ognia, sprawy znacznie przyspieszyły i wydawać by się mogło, że wszelkie problemy zaraz się skończą.
        No prawie. Bo przecież w tym wszystkim zapomniała o pozostałej dwójce adeptów, a ci nie wahali się z wykorzystaniem swojej okazji i to nie na zaatakowanie kobiety i wypełnienie swojej misji, ale przede wszystkim wykorzystali okazję by przeżyć. Wykonanie zadania było w obecnej sytuacji gdzieś na dalszym planie. Zwłaszcza gdy widziało się te żądne mordu, przepełnione najprawdziwszą furią, oczy zmiennokształtnej w jej hybrydziej postaci. Mimo wszystko udało im się. Przeżyli i schwytali lisicę! Sparaliżowana przecież już im nie zagrażała. Teoretycznie. Bo choć ciało nie jest w stanie się poruszyć, umysł nadal może swobodnie pracować, a Yve więcej nie było potrzeba. Przynajmniej ten jeden raz.
        Lisica skupiła się na jednym z wzdychających z ulgą adeptów i uderzenie serca później, bez trudu przejęła kontrolę nad jego umysłem, a stąd prosta droga nad zawładnięciem także ciałem. Chłopak przestał się cieszyć i spojrzał na kompana jarzącymi się intensywnym fioletem oczami. Sięgnął za siebie, po wetknięty za swoim pasem sztylet i już miał zaatakować, gdy nagle zamajaczył nad nimi olbrzymi cień. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła jak to mówią, ale nie sposób się oprzeć pokusie zerknięcia w niebo, gdy to w jednej chwili rzuca złowrogi cień na dużej płaszczyźnie.
        Zaklęła siarczyście pod nosem, gdy zorientowała się, że cień nie tylko przelatuje nad nimi, ale zbliża się do nich z zawrotną prędkością, pochyliła się na lekko ugiętych kolanach, z przełożonym do zewnątrz ostrzem sztyletu, w charakterystyczny dla zabójców sposób, by zabić swój cel w biegu. Ciężko było co prawda o ten sam pęd i zwinność w nędznym, niewyćwiczonym ciele jakiegoś "inteligentnego" młokosa, brzydzącego się ćwiczeniami fizycznymi, ale nie było co wybrzydzać, zwłaszcza, że jej własne ciało leżało spętane i na wpół nadal sparaliżowane. Musiała brać co dają.
        Choć... i tak w sumie nie zdołała nic zrobić. Cień spadł na ziemię z takim impetem, że obu adeptów posłało na ziemię i nawet lisica w ciele jednego z powalonych chłystków miała problemy ze zorientowaniem się czy skrzydlacz użył broni, czy wystarczyło sam podmuch od jego skrzydeł by ściąć młodzieniaszków z nóg.
        Teraz to dopiero była zaniepokojona. Drugi adept przestał mieć dla niej znaczenie, bo z takim przeciwnikiem musiała za wszelką cenę ochronić swoje ciało, a najlepiej je uwolnić i brać nogi za pas. Już nawet chędożyć Mię. Ledwo przeczołgała się z trudem kawałek, gdy z pozoru wielka łapa pochwyciła przejęte przez nią ciało za gardło i podniosło do góry. To naprawdę nie wróżyło niczego dobrego. Zaczęła się szamotać i próbować uwolnić, lecz nic to nie dawało, a zamiast tego czuła jak opuszczają ja siły i zaczyna widzieć mroczki przed oczami. Tak zginąć nie mogła. Kategorycznie nie w ciele mężczyzny! Miała swoją dumę!
        Przerwała swój czar kontroli umysłu i "powróciła do siebie". To ją od razu ocuciło z wcześniej odczuwanego zmęczenia i zamroczenia spowodowanego czarem paraliżującym. Zaczęła szamotać się w więzach i warczeć wściekle na nieznajomego, szczerząc szereg ostrych zębów w lisiej paszczy.
        - Nie wiem coś ty za jeden, ale wypruję ci flaki jak tylko się do mnie zbliżysz - ostrzegła, kłapiąc szczęką z głośnym trzaskiem dla podkreślenia swojej groźby, że wcale nie żartowała.
        Na nim jednak to chyba nie robiło żadnej różnicy, bo jak na złość, jakby w ogóle się nie odzywała zbliżył się do niej i... rozciął jej więzy. Lisica od razu wykorzystała swoją okazję, odskoczyła na bok napędzana adrenaliną i w mgnieniu oka dopadła swoich sztyletów, które zostały jej wcześniej odebrane i trzymając jedno ostrze w gotowości, drugie przytknęła niebezpiecznie blisko gardła nieznajomego stojąc za nim.
        - Jestem dziś w naprawdę paskudnym humorze, więc lepiej mi go nie pogarszaj i się nie ruszaj. Sztylety są powleczone paskudną trucizną. Wystarczy niewielkie skaleczenie byś po pół godziny zginął w okropnych mękach, gnijąc od środka. Podziękowania należą się olbrzymim pająkom z Mrocznej Puszczy - syknęła mu do ucha niby to w formie dobrej rady.
        Zaraz jednak, gdy adrenalina zaczęła schodzić, targnęły nią nudności. Zdążyła tylko odskoczyć na względnie bezpieczną od skrzydlatego odległość, by zaraz paść na pokryte rudym futrem kolana i zwrócić i tak skromną zawartość żołądka. Szybko się jednak pozbierała, gdy mężczyzna się odezwał. No co za ptasi móżdżek!
        - Wszystko było w porządku dopóki się pojawiłeś! - warknęła, wściekle przecinając puchatą, nastroszoną kitą powietrze za swoimi plecami. - Do diabła! Co z tobą nie tak?! Jak możesz mnie do cholery pytać, czy nic mi nie jest, jak przed chwilą chciałeś mnie zabić?! Przecież ja... tamten gówniarz... Arrrgh!!! - Niemalże zawyła z własnej frustracji. I zaraz się skrzywiła, bo znów dopadły ją nieprzyjemne nudności.
        - Nic mi nie jest więc zabieraj te swoje opierzone przeszczepy i zmiataj do tego kurnika, z którego uciekłeś - burknęła już nieco spokojniej by nie kusić losu własnych odruchów fizjologicznych i dla odstresowania skupiła się na nieprzytomnych, ale nadal żyjących adeptach.
        Jedynych żyjących w sumie z całego pościgu jaki miała na ogonie.
        Dobiła ich, a jakże! I to wcale nie przez "niewinne" skaleczenie ich w paluszek. Jednemu wepchnęła zatrute ostrze prosto do gardła, a drugiemu pochlastała twarz oddając się swojej artystycznej (dobre sobie!) duszy. Na koniec splunęła niezbyt kobieco w stronę obu tych ścierw, pochowała swoje manatki i wracając do znacznie bardziej ludzkiej postaci (mimo lisich uszu i ogona wystającego spod spódnicy) zaczęła iść zamaszyście w swoją stronę.
        Wszystko ją bolało, nadal drażniło ją w żołądku i czuła się naprawdę słabo, zwłaszcza, że ze wszystkich sił się starała nie dać tego po sobie poznać. Jeszcze sobie ten dzięcioł pomyśli niewiadomo co i poczuje do odpowiedzialności, że skoro ją uratował to teraz musi o nią zadbać. Że zbliży się w ten sposób do kurtyzany i się w sobie zakochają i po jakimś czasie w uroczym domku będą słyszeli tupot małych stópek. Aha! Niedoczekanie! Ona nie jest jakąś tępą idiotką, która poszłaby na coś takiego. Prędzej sczeźnie od własnej trucizny, połykając własne sztylety, niż pozwoli by jakiś ptasi móżdżek zaczął myśleć sobie, że skoro uratował kobietę to ta teraz musi być jego żoną.
        - Zbliż się tylko, a pozbędę się twoich klejnotów rodowych - warknęła przez ramię, nim lekko chwiejnym krokiem odeszła gdzieś w las.
        Wiedziała, że nie może zbyt długo stać w jednym miejscu, bo zaraz przybędą kolejni ścigający, a była tak wyczerpana, że tym razem mogłaby nie dać rady się przed nimi obronić. A bardzo nie chciała wracać do tamtego... lochu. Zwłaszcza, że od ucieczki stamtąd już źle się czuła, a z każdym dniem było coraz gorzej. I tak już gdzieś od siedmiu, ośmiu miesięcy.
        Miała już powoli tego wszystkiego dosyć.

Awatar użytkownika
Malachi
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 71
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Malachi był wojownikiem, widział śmierć częściej niż przypuszczała jego nowa “misja”. A jeśli chodziło o jego własne życie, to cóż… Wiedział, że kiedyś się skończy. Z resztą każda jego wyprawa mogła posłać go do Arkadii (przynajmniej taką miał nadzieję). Kiedyś było trochę inaczej, bardziej szanował własne życie, ale po śmierci Ananke nie miał sił by żyć. I teraz spoglądał na swój własny żywot inaczej. Przystawiony do szyi zatruty sztylet nie zrobił na nim wrażenia. Może właśnie tutaj miał zginąć? Jego tętno nie przyspieszyło, oddech miał miarowy, a twarz kamienną. Nie ruszał się. Przecież nie nadzieje się z własnej woli na nóż. To byłoby samobójstwo, a tego zrobić nie mógł. Stał po prostu niewzruszony. Wysłuchał paplaniny kobiety, a jej słowa nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Dużo kłapała pyskiem i z pewnością była niebezpieczna, owszem mogła go zranić, ale tylko pazurami, zębami, sztyletem - ale nie słowami. Groźby były tylko groźbami. Kiedy lisia kita odchodziła w głąb lasu, on pozbierał z traktu ciała tych, którzy zginęli. Nie miał czasu, żeby ich pochować, ale przynajmniej przeniósł ich pod osłonę drzew. Podobnie postąpił z mężczyznami, których potraktował magią. Dla bezpieczeństwa związał im ręce, by zaraz po odzyskaniu przytomności nie zaczęli ścigać swojego celu.

Anioł wiedział, że lisiczka będzie charakterna, nie sądził jednak, że będzie chciała go zabić, zaraz po tym jak jej pomógł. Kiedy uporał się ze wszystkim na trakcie wzbił się w niebo, by odnaleźć rudą z góry. Był na tyle wysoko by dostrzec ją pomiędzy prześwitami, lecz na tyle daleko, by kobieta go nie zauważyła. Trzymał się lekko z tyłu i przyglądał jak dziewczyna drepcze gościńcem. Od czasu śmierci ukochanej, czuł, że coś w nim umarło. Kiedyś bardziej by się przejmował, więcej czuł, bardziej chciał. Nie stracił wszystkich uczuć, ale nie były już takie jak kiedyś. Lisołaczka póki co była celem. Musiał się do niej zbliżyć, by przekonać ją do zmian w życiu, ale w tej chwili była tylko rdzawym, migającym cieniem pomiędzy drzewami.

Awatar użytkownika
Yve
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Skrzydlaty nieznajomy wkurzał lisicię jeszcze bardziej, niż jej oprawcy. Owszem, nie atakował jej, zdawał się jej pomóc z tamtymi (choć pomocy nie potrzebowała), ale mimo to wnerwiał ją niemiłosiernie. Ona tak nazdzierała sobie gardło, tak się namęczyła, by koniec końców ten cham odpowiedział jej milczeniem?! I że jeszcze nawet nie zacznie jej przepraszać i błagać o litość, gdy został mu do gardła przystawiony sztylet? Co z nim było nie tak? Z resztą nie ważne. Nic jej na tę chwilę nie groziło, więc ten opierzony baran mógł iść tam skąd przyszedł. Czy może czekał na kilka monet od niej za ratunek, albo co gorsza na podziękowania? Cóż, miał pecha, bo nigdy się nie doczeka.
        Yve nie miała za dużo czasu dla niego i na bawienie się w zgadywanki, czego on od niej chciał. Na pożegnanie rzuciła mu jeszcze jedną groźbą i zebrała się do drogi. Nie mogła przecież siedzieć tu i czekać, aż przybędą kolejni. W prawdzie nie miała siły i już ją nudziło to wieczne uciekanie, ale ze względu na to pierwsze, musiała sobie znaleźć chociaż na kilka godzin kryjówkę, w której mogłaby odpocząć. Potrzebowała odpocząć.
        Ruszyła w las. Nie była w stanie szybko się przemieszczać przez ból i co chwila grożące jej ataki nudności i z tego powodu wybrała wygodniejszą trasę, trzymała się przez jakiś czas drogi. Zeszła z niej dopiero po jakimś czasie, odbiła ostro w lewo, by całkiem stracić z oczu główny trakt prowadzący do Katimy. W prawdzie kierowała się w jej stronę, lecz do miasta nie zamierzała wchodzić. Po prostu chciała się trzymać jak najdłużej lasu, przemieszczając się w ukryciu między drzewami i krzakami. Nie miała gdzie uciekać, ale wiedziała, że na otwartym terenie Wschodnich Pustkowi, szybciej zostanie złapana przez brak jakichkolwiek kryjówek, choćby w postaci drzew, a las okalający Katimę, z tego co pamiętała ciągnie się aż po Szczyty Fellarionu. Góry może i nie były najlepszym terenem do podróży, zwłaszcza, gdy ktoś był osłabiony, ale z drugiej strony były jedyną możliwością dłuższego ukrycia się przed pościgiem. Z resztą najpierw i tak musi przeżyć i do nich dotrzeć, a dopiero później się martwić co zrobi dalej.
        Szła dłuższą chwilę, aż w pewnym momencie potknęła się zmęczona o coś, może o korzeń, może o własne nogi, i runęła na ziemię. Wiązanka, jaka opuściła w tym momencie usta lisicy, zawstydziła by niejednego wulgarnego do przesady szewca, lecz to był jedyny sposób w jaki mogła wyładować swoją frustrację. A była bardzo sfrustrowana. Podniosła się z trudem na nogi i odeszła jeszcze kawałek dalej, wchodząc do niedużej jamy między korzeniami drzewa rosnącego na niewielkiej skarpie. Ciężko było kryjówkę zauważyć, gdyż dokoła gęsto rosły krzewy dzikich malin i żeby tam dotrzeć została nieźle przez nie podrapana, ale mogła w końcu chociaż na chwilę odetchnąć, co zakończyło się tym, że wycieńczona lisołaczka zaraz straciła przytomność. Prześpi się... tylko pięć minutek.

Awatar użytkownika
Malachi
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 71
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Czuł pustkę. Drzewa szumiały, wiatr wiał, po niebie płynęły chmury. Czyste fakty, zero uczuć. Starał się skupić na śledzeniu lisiczki, ale od czasu do czasu przed oczami stawała mu ukochana. Minęło sporo czasu, a on nadal o niej myślał. Czasem przez głowę przebiegało mu nawet pytanie, czy można byłoby ją ożywić, ale zaraz potem karcił się za takie pomysły i przepraszał Pana. Powinien myśleć o misji, o tym jak zbliżyć się do lisołaczki, jak sprawić, by go do siebie dopuściła, a w końcu zaufała. Dawniej martwiłby się, że ich pierwsze spotkanie było tak nieudane, ale teraz uznał zwyczajnie, że musi próbować do skutku z różnych stron. To wszystko było tak czysto formalne, takie bezosobowe. Gdzieś głęboko w jego umyśle tlący się jego dawny charakter, z całych sił próbował przebić lodową skorupę i dać Malachiemu odrobinę uczuć. Ale w tej chwili z marnym skutkiem.

Machał skrzydłami wolno i cicho, często korzystając z możliwości szybowania. Od czasu do czasu zniżał lot, zwłaszcza, kiedy lisołaczka weszła w gęstwinę lasu. Starał się być jak najciszej. W końcu korony drzew zlały się ze sobą tak, że anioł prawie zgubił dziewczynę. Na szczęście chwilę później usłyszał trzask i kierując się słuchem odnalazł rudowłosą. Miał fart, był nisko i widział, jak ta wczołguje się gdzieś pomiędzy krzaki. Nie wyszła z drugiej strony, więc założył, że znalazła tam jakąś kryjówkę. Wylądował na grubym konarze drzewa rosnącego nieopodal. Skrzydła ukrył i usiadł na konarze, wyciągając wzdłuż niego nogi, a plecy opierając o pień. Jak na razie nic więcej nie mógł zrobić. Pozostało mu tylko czekać.

Awatar użytkownika
Yve
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Można się było tego spodziewać, że pięciominutowa drzemka będzie raczej mało prawdopodobna w przypadku wykończonej lisołaczki, ale czemu tu się dziwić. Nie zdążyła nawet odetchnąć z ulgą po wywaleniu przeklętej księgi, gdy w jej życiu znów pojawiły się poważne kłopoty i musiała uciekać. No i tym razem ledwo jej się to udało, wbrew temu co mówiła, bo prawda była taka, że gdyby nie tamten anioł, mogłoby być naprawdę różnie.
        Spała może godzinę, może półtorej i obudziła się z potwornym bólem, przez który nie była w stanie nawet stanąć na nogi. Jednakże jak tu bez wstawania na nogi pójść znaleźć coś do picia? Było w sumie już o wiele lepiej, gdy zmieniła się w lisa, no i w tej też formie wyszła ze swojej kryjówki i krzaków na mniej zarośniętą przestrzeń. Ciężko by jej było prawdopodobnie dalej uciekać, bo ledwo udawało jej się przejść kolejne sążnie, miała ogromne trudności w stawianiu kolejnych kroków. Była jednak przekonana, że póki nie wyjdzie z lasu, nie miała się czym martwić. A przynajmniej tak myślała.
        Niestety ledwo zdołała dojść do skromnego źródełka nieopodal, gdy nagle ból ściągnął ją na ziemię i niemalże odebrał dech. Powoli popadała w szaleństwo, myślała o tym czy nie ukrócić swojej męki jedną z trucizn własnej roboty. W każdym bądź razie chciało jej się płakać, a nawet, choć obecnie nie miała tego świadomości, rzeczywiście roniła łzy.
        I trwało to chyba w nieskończoność, nim w końcu ból zaczął łagodnieć, praktycznie całkiem zanikać. Nie znaczyło to jednak, że miała jakiekolwiek siły, by wstać, bo czuła się jakby jeszcze bardziej z nich wypompowana, niż po dotarciu do swojej kryjówki między korzeniami drzewa. Trudno jej jednak było nie podnieść się i nie obejrzeć, gdy usłyszała nagle ciche, nieco płaczliwe skomlenie i słabe piski.
        I to był jej błąd.
        Ciężko dokładnie opisać w jak wielkim szoku była gdy zobaczyła za sobą smugę krwi i trójkę leżących niemalże przy niej... lisich noworodków?! Niby już w zamtuzie mówili jej, że może jest w ciąży, ale Yve zawsze odrzucała od siebie tę ewentualność, bo przecież lisołaki były bezpłodne. A przynajmniej powinny być. Do diabła! Pracowała przecież jako kurtyzana, przez "zalety" swojej rasy nie musiała się nigdy zabezpieczać, ani o nic martwić i nic takiego wcześniej nie miało miejsca! Więc co się teraz na wszystkie nieświętości tego świata zmieniło?! Czyżby ci magowie, co więzili ją w lochu, a teraz z taką zawziętością ją ścigali...?
        Powiedzieć, że była wkurzona, było dość poważnym niedopowiedzeniem. Z całej tej złości nawet udało jej się znaleźć na tyle sił by wstać na równe łapy i przygotować się do dobicia dwójki (trzecie od samego początku było martwe) ślepych szczeniąt, warcząc przy tym dziko, lecz usłyszała zmierzający w jej stronę pościg za krzakami. Nie sądziła, że magowie będą tak zdesperowany by przeczesywać las w poszukiwaniu jej, no i że tak szybko wpadną na jej trop. Zacisnęła z wściekłością mocniej swoje szczęki i odwróciła się, by czmychnąć nim jej oprawcy ją znajdą, zostawiając szczeniaki na ich łasce. Ledwo tylko oddaliła się na dwa może trzy sążnie, gdy brak sił, stres i zmęczenie przypomniały o sobie.
        No to się kurna napiła, jak diabli!

Awatar użytkownika
Malachi
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 71
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Drzewo nie było najwygodniejszym miejscem do siedzenia, ani też sama pozycja, ale Malachi nawet nie myślał o dyskomforcie. Po prostu siedział i obserwował okolicę. Czasem, w takich chwilach brakowało mu towarzystwa. Ananke zmieniła go i choć potem znów stał się cichym i małomównym wojownikiem, to w pewnych chwilach jego potrzeba otworzenia do kogoś ust i szczerej rozmowy wracała do niego ze zdwojoną siłą. Teraz jednak był na misji i jedyne o czym powinien myśleć to zadanie. Westchnął ciężko i przez dłuższą chwilę przyglądał się krzakom, w których ukryła się lisica. Jak na razie nic się nie zmieniło. Nagle jednak do jego uszu dotarły niepokojące dźwięki. Łamane gałęzie, szelest liści, ludzkie głosy. Jeszcze raz, kontrolnie, rzucił okiem na krzaki, po czym wstał, odsłonił skrzydła i wzleciał ku górze. Nie musiał wznosić się wysoko. od razu zauważył ludzi, w takich samych szatach, jak mieli ci na trakcie. W lot pojął, że szukają lisołaczki, choć pojęcia nie miał dlaczego są tak zawzięci, musiał ją chronić.

Mężczyźni rozdzielili się i każdy przeczesywał inny kawałek terenu. Dla Malachiego było to ułatwienie, mógł pokonać każdego z osobna, po cichu. Tego, który był najbliżej celu pokonał w mgnieniu oka. Cios w kręgosłup kosturem powalił mężczyznę na ziemię, drugi w kark sprawił, że stracił przytomność nim zdążył pisnąć. Dodatkowo anioł użył swojej magii, potem związał go, już znacznie mocniej niż poprzedników, przeciągnął i przytwierdził do drzewa. Kolejny również poddał się bez walki. Niestety dwóch następnych zdążyło zwietrzyć, że coś się dzieje. Nim anioł zdążył ich zaatakować, jeden z magów rzucił w niego pociskiem energetycznym. Malachi uchylił się i miał nadzieję, że mimo wszystko wygra tą walkę, bez zabijania. Tak się jednak nie stało. Musiał uśmiercić oboje, sam też oberwał. Dostał niewielką kulą energii w udo, choć zaklęcie nie było silne, to noga anioła mocno oberwała i skóra na udzie została poparzona. Dodatkowo dostał sztyletem w ramię, plus kilka dotkliwych ciosów w twarz. Innymi słowy był ranny i poobijany. Nie chciał jednak wykorzystywać na sobie magii życia, wolał nie tracić energii. Ból był do zniesienia, a jego naturalna regeneracja i tak wkrótce miała sprawić, że wydobrzeje.

Tym co usłyszała Ive nie był pościg. To Malachi przeciskał się przez krzaki. Było tu zbyt gęsto, by mógł wznieść się w powietrze. To co zobaczył na niewielkiej polanie, przy źródełku, wprawiło go w osłupienie. Ive leżała w formie zwierzęcia na trawie, nie poruszała się, wokół niej były ślady krwi, a obok piszczały dwa nowo narodzone lisie szczenięta. Trzeci nie ruszał się, tak jak jego matka. Przez pierwsze kilkanaście sekund Rachmieli nie wiedział co robić. Ratować Yve, nieruszającego się szczeniaka, czy pomóc tym, które żyły. Wiedział, że powinien dopaść do małych lisów, ale coś podopowiadało mu, że musi ratować kobietę. Dopadł do niej by sprawdzić, czy oddycha - oddychała. Była tylko nieprzytomna. Wzmocnił ją zaklęciem magicznym, by na pewno przeżyła i rzucił się na pomoc noworodkom. Niestety jednego z nich nie udało mu się uratować. Pozostałe były mokre, głodne i zdezorientowane. Anioł niewiele wiedział o opiece nad maleńkimi lisami. Pierwsze co wpadło mu do głowy to to, że trzeba je "umyć". Zazwyczaj matki po porodzie wylizywały swoje dzieci. Zamoczył więc w wodzie kawałek swojego płaszcza i "wyczyścił" maleńkie stworzenia. Niestety nie wpadł na to, żeby przystawić je do lisicy by się najadły. Użył więc kolejnych zaklęć na maleństwach, by nie umarły z głodu.

Głowę miał pełną myśli. Jednocześnie musiał ogarnąć wiele spraw. Nieprzytomną lisołaczkę, jej dzieci i kierunek ucieczki. Trakt, którym wcześniej się poruszali prowadził do Katimy, więc zapewne jeśli ruszy dalszy pościg będzie szedł w tamtą stronę. Musiał, więc obrać inny kierunek. Najbliżej, choć wcale nie blisko, znajdował się Arturon. Musiał w głowie przekalkulować, czy zna tam kogoś, kto im pomoże i czy ranny zdoła tam dotrzeć. Tak, czy siak nie było innego wyjścia. Musiał zabrać stąd Yve i jej dzieci.

Związał ze sobą końce swojego płaszcza, tak by powstało coś na kształt hamaka na jego piersi. Ułożył w nim nieprzytomną lisiczkę, a na jej boku piszczące lisiątka. Rozpostarł skrzydła i ruszył na wschód. Latanie mocno ułatwiało sprawę. Omijało się wszystkie przeszkody, nie trzeba było trzymać się traktu, by ominąć rzeki bez mostów, leśną gęstwinę, skały. Mając skrzydła posiadał ogromną przewagę nad tymi, którzy ścigali rudą.

Lot był długi i męczący. W pewnym momencie anioła bolały już wszystkie mięśnie, był spocony, a jego umysł pracował znacznie wolniej. Na szczęście wiercące się liski sprawiały, że trzeźwiał. Kiedy zobaczył w oddali majaczące, portowe miasto, oświetlone ostatnimi promieniami słońca, zmobilizował całą swoją energię by do niego dotrzeć. Podczas długiej podróży miał czas zastanowić się nad tym co dalej. Znał pewną karczmę, którą prowadziła błogosławiona ze swoim mężem i tam zamierzał się udać. Doszedł też do tego, dlaczego Ive była ścigana. Przecież lisołaki nie mogły mieć dzieci, więc ciąża rudej musiała być bardzo cenna.

Mimo resztek sił Malachi okrążył miasto i wleciał do niego od strony morza, tak by strażnicy na bramach nie potrafili go zidentyfikować. Wylądował w porcie i wciskając się pomiędzy ludzi schodzących ze statków, niepostrzeżenie znalazł się w mieście. Na jego szczęście karczma "Niebieski Mizu" stała tam gdzie pamiętał i prowadziły ją te same osoby, które znał. Maia, karczmarka, nie wypytywała Malachiego, ale poradziła co ma zrobić z głodnymi szczeniętami. Poza tym dała mu wszystko o co poprosił. Pokój na samej górze z dwiema łóżkami. Pościele, koce, strawę i nowe ubrania. Maia była zaradną kobietą i w mgnieniu oka potrafiła organizować kilka rzeczy na raz.

W końcu znaleźli się w bezpiecznym pokoju. Malachi zamknął za nimi drzwi. Lisiczkę położył na łóżku, które wcześniej przykrył kocem i położył młode przy jej brzuchu. Drugi koc zwinął i ułożył go wokół Ive, miał trzymać ciepło i nie pozwolić liskom upaść na podłogę. Był ciepły wieczór, a ich pokój wychodził na morze. Otworzył duże okno i wpuścił do środka świeże, morskie powietrze. Znajdowali się na trzecim piętrze karczmy. Miasto położone było na klifie, więc widok był imponujący. Dzielnica portowa przez którą przyszli była teraz pod nimi, dzięki czemu smród ryb i innym morskich stworzeń nie był w stanie tu dotrzeć. Anioł wziął głęboki oddech, po czym odwrócił się i spojrzał na lisołaczkę. Był zmęczony, oczy same mu się zamykały, wszystko go bolało. Przebrał się i położył do łóżka, a strawa, którą dostał, została nieruszona. Niby zdawał sobie sprawę, że kiedy Ive się obudzi z pewnością znów będzie chciała go zadźgać, ale był zbyt zmęczony by czuwać.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Wybrzeże Cienia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości