Wschodnie PustkowiaW moim bucie jest wąż!

Rozległa równina rozciągająca się we wschodniej części Opuszczonego Królestwa. Nie ma tutaj miast, a wsie, które kiedyś tu istniały stoją opuszczone. Roi się tutaj od potworów wszelkiej maści. Idealne miejsce do polowań na bestie większe i mniejsze. Jednak mało kto zapuszcza się w te rejony, nawet wprawni wojownicy rzadko wychodzą bez szwanku po podróżach w te dzikie ostępy.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Sapphire
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

W moim bucie jest wąż!

Post autor: Sapphire » 3 tygodnie temu

Skąd przypełzła eugona

        Eugona sunęła zadowolona przez las, wdychając wilgotne, pachnące mchem powietrze. Wschodnie Pustkowia podobały jej się pod wieloma względami. Rozległe, dzikie tereny były niemal całkowicie pozbawione ludzi. Od czasu do czasu trafiała na niewielkie wioski, jednak bez problemu omijała je szerokim łukiem. W dziczy ludzi można było wyczuć na wiele kilometrów - wszędzie rozsiewali zapach dymu, odchodów i obróbki metali, skór lub drewna. Bez problemu odnajdywała ścieżki udeptane przez mądre zwierzęta, które wiedziały, że nie warto podchodzić zbyt blisko ludzkich siedzib.
        Zwierzyny także było tu w bród. Panował tu nieco inny ekosystem niż w jej rodzinnych stronach, ale bez problemu się w nim odnalazła. W naturalny sposób wyczuwała, na które z dziwnych stworzeń może zapolować, a które lepiej zostawić w spokoju. Nie, żeby spotkała coś, co faktycznie jej zagrażało. Parę razy mignęły jej chimery, czarna pantera, a raz czy dwa nawet smok. Nie zaczepiała ich jednak, a one, wyczuwając innego drapieżnika, jedynie posyłały jej uważne spojrzenie i ruszały swoją drogą.
        Polubiła z resztą nie tylko faunę tego rejonu. Łagodne wzgórza i rozległe równiny, porośnięte wysokimi trawami, przeplatane były lasami takimi jak ten, w którym się znajdowała. Pełno tu było błędnych ogników, powalonych pni i porośniętych mchem głazowisk, które tworzyły liczne uroczyska. Nie przeszkadzały jej zaciągnięte mgłą bagienka i odległe kurhany (choć te drugie wolała po ostatnich przygodach omijać z daleka). Nawet Yarin zdawał się odnajdywać przyjemność w podróży, bo wyjątkowo mało paplał jak na swoje codzienne nawyki.

        Sapphire kierowała się w stronę Ruin Nemerii, skąd miała już prostą drogę na swoje rodzime bagna. Po ominięciu ruin miała do przekroczenia dwie rzeki - Nefari i Dihar, a później jeszcze tylko kilka dni marszu dzieliło by ją od upragnionego spokoju.
        Nie mogła udawać, że nie tęskni za domem - na bagnach odczuwała wewnętrzny spokój, jakiego nie mogła zaznać nigdzie indziej. Podobały jej się jednak Wschodnie Pustkowia i teraz, kiedy uwolniła się od uciążliwej obecności ludzi z Demary, była całkiem zadowolona z przebiegu swojej podróży.
- Jeśli mnie oczy nie mylą, wyglądasz na bardziej zadowoloną niż zawsze, moja duszko - oznajmił Yarin z szerokim uśmiechem, krążąc nad głową eugony. Potrząsnęła rudą czupryną, wprawiając w delikatne kołysanie węże na końcach warkoczyków i obrzuciła go uważnym spojrzeniem.
- Podoba mi sssię tutaj, passskudo. Wssschodnie Pussstkowa nie mają może tego mrocznego czaru co moje bagna, ale lubię ich dzikośśśść i ssspokój.
Mówiąc to usadowiła się na potężnym głazie wystającym spośród traw i rozejrzała się po okolicy. Kamień był przyjemnie nagrzany od słońca i z lubością ułożyła na nim swój ogon, podpierając się na wyciągniętych ramionach. Znajdowała się na niewielkim wzgórzu pośrodku lasu, co dawało jej całkiem dobry ogląd na okolicę.
- Odnajdujesz w nich spokój, choć większość śmiertelników umarłaby ze strachu przed żyjącymi tutaj bestiami - stwierdził z zadumą duch, lewitując na wysokości jej oczu. Jego błękitna poświata była niemal niewidoczna na tle nieba o nierealnym kolorze niezapominajek.
- Pfff. Nie jessstem jak więkssszośśść śśśmiertelników - prychnęła, odginając głowę do tyłu i pozwalając, by ciepło słońca rozchodziło się po jej ciele. Z alabastrową skórą, burzą rudych warkoczy i potężnym ogonem zakończonym złotą grzechotką, wyglądała jak pradawna bogini wojny, stworzenie piękne i straszne zarazem. Po sytym posiłku czuła się jednak zadowolona i lekko rozleniwiona, więc byłaby boginią całkiem łaskawą.
- Oczywiście, że nie, kochanie. Jesteś wyjątkowa, powie ci to każda dusza, którą uratowałaś.
- Uratowałam bo musssiałam - syknęła, choć nie była to do końca prawda. Klątwa, którą rzucił na nią czarodziej, zmuszała ją do reagowania, jeśli tylko ktoś użył wobec niej słowa “proszę”. Wiele razy jednak ruszała na pomoc krzywdzonym kobietom, dzieciom i zwierzętom z własnej woli, choć nie lubiła mówić o tym głośno. Jedynie mężczyźni zazwyczaj nie mieli tyle szczęścia. Ale to głównie oni byli prowodyrami niedoli pozostałej grupy.
- Oczywiście.
W tonie Yarina było tyle przekory, że zirytowana eugona machnęła ogonem. Już dawno pogodziła się z tym, że nie jest w stanie zrobić mu krzywdy, jednak precyzyjnie wymierzone pacnięcie spowodowało, że duch rozwiał się na chwilę, zanim na powrót przybrał wyraźną postać.
- To było niegrzeczne.
Kobieta wyszczerzyła się do niego i błyskawicznym ruchem pokazała mu swój rozdwojony, wężowy język. Po chwili zastrzygła jednak uszami, prostując się i koncentrując całą swoją uwagę na hałasie dochodzącym z oddali.
- Sssłyssszałeśśś? - spytała, przekrzywiając głowę i próbując dostrzec coś pomiędzy rosnącymi w dole drzewami.

Awatar użytkownika
Yve
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Yve » 1 tydzień temu

Przed trzema irytującymi miesiącami

        Względny spokój nie trwał tak długo jakby lisica sobie tego życzyła. Zwłaszcza, że przez tę cholerną chorobę nie była w stanie w pełni wypocząć, już nie wspominając o świadomości, że po mieście nadal kręcili się magowie i jej szukali. Po raz pierwszy w życiu wiedziała jak czuje się zając zagoniony w kozi róg i otoczony przez stado wygłodniałych wilków. Przejawem łaskawości było z ich strony to, że choć mogli już dawno pochwycić zmiennokształtną, nie zrobili tego. Dawali jej po prostu złudną nadzieję i bawili się jedynie w kotka i myszkę. Byli pewni swojego nieuniknionego zwycięstwa.
        Nie wiedzieli jednak, że lisica tanio skóry nie odda. Była tak zarozumiała, że w ogóle nie czuła się podczas tej całej obławy jak ofiara. To było by sprzeczne z jej naturą i ONI powinni o tym wiedzieć najlepiej. Przecież to dzięki nim urodziła się drapieżnikiem. I to jeszcze chyba najcwańszym ze wszystkich innych możliwych.

        Wykorzystała ich osłabioną czujność, przez teorię, że ścigany wychynie ze swej kryjówki by ją zmienić jedynie pod osłoną nocy, i gdy tylko miała okazję, bez wahania wtargnęła do świadomości jednego z rekrutów kręcących się przy domu Mii i przejęła kontrolę nad jego ciałem. W taki sposób nie trudno wywołać zamieszanie i spowodować, by współtowarzysze zaczęli się tłuc. Miała już dość siedzenia w jednym miejscu. Poza tym kończyły jej się pieniądze, nie mogła sobie nic kupić od trzech miesięcy, a akurat nowych ubrań to by jej się trochę przydało, bo strasznie napuchła. Chyba od tego stresu i siedzenia w jednym miejscu. Tak przynajmniej sobie to cały czas tłumaczyła.
        Yve w ciele młodego adepta magii zadbała o małą dywersję, podczas gdy Mii wraz ze swoim starszym bratem ostrożnie przeniosła nieprzytomną w tym czasie lisicę do skromnego powozu, już zaprzęgniętego. Bez wahania ruszyła z kopyta, gdy jej krewny tylko utorował miejsce dla powozu i chwilę po tym jak minęła tamtego maga, Yve wróciła do siebie. Choć fizycznie żadnych obrażeń nie otrzymała, nadal podświadomie wszystko ją bolało, każde miejsce, w które trafiły pałki i pięści strażników, ale również i współadeptów tamtego kolesia. Poza tym była wykończona psychicznie. Jakby nie patrzeć dawno nie czarowała, a już na pewno nie przejmowała nad kimś kontroli na tak długo. Miała już dosyć. To jednak nie był jeszcze koniec.

        Wyjechały pędem z miasta, a przygotowana do dłuższych tras część pościgu zaraz za nimi. Konie, które nie muszą niczego ciągnąć są dużo szybsze i zwinniejsze od tym, które są zaprzęgnięte do wozu. Tu był pierwszy plus obecnego pościgu na niekorzyść kurtyzan i o jeden stopień podniósł się poziom trudności w ucieczce przed nim. Drugim było to, że choć ciężko było rzucać zaklęcia w siodle i to jeszcze w galopie, ci nie wyglądali jakby stanowiło to dla nich jakikolwiek problem. Jedynym z czego powinna się Yve cieszyć było to, że mimo wszystko oni chcieli ją mieć żywcem, przez co rzucali jedynie zaklęcia, spowalniające, paraliżujące, względnie powalili jakieś drzewo by odciąć kobietom dalszą drogę ucieczki.
        Kiedy wyjechały na otwarte równiny ich szanse z jednej strony wzrosły, z drugiej zmalały. Nie miały za specjalnie możliwości za czym się osłonić, by wymierzone zaklęcie w nie nie trafiło, ale za to miały przed sobą czystą drogę prowadzącą do kolejnego lasu okalającego wzgórza wcale nie tak daleko od Trytonii.
        Mii stanowczo nie miała żadnych umiejętności powożenia, bo biedna Yve przewalała się na pace jak worek ziemniaków i trudno jej było wygrzebać z torby, a po tym przygotować swój ukochany zestaw małego truciciela. Na szybko i przez trzęsący się i podskakujący co chwila na wybojach powóz porozsypywała z połowę swoich zabójczych specyfików, których składniki będą ją kosztowały masę pieniędzy, a stworzenie jeszcze więcej wysiłku, ale przynajmniej sześć ostrzy udało jej się obtoczyć w śmiertelnie toksycznej mieszance. Teraz już tylko wystarczyło odpowiednio wycelować i rzucić.
Pierwszy pocisk, niecelnie rzucony przez wybój na drodze, rozciął jednemu z koni skórę na szyi. Zwierzę potwornie zakwiczało i runęło na ziemię, potykając się o własne nogi. Na agonalne spazmy Yve nie chciała i nie miała czasu patrzeć.
        Zwyzywała Mii i rzuciła kolejnym sztyletem. Ten przynajmniej trafił i nawet wbił się dość głęboko w oczodół maga, który miał lisicę już niemal na wyciągnięcie ręki. Kolejnym dwóm, podjeżdżającym po bokach powozu Yve zdołała zaciąć skórę, warcząc przy tym wściekle, po czym rzuciła tym ostrzem w następnego chętnego do posmakowania jej trucizn. Tymi poprzednimi nie musiała się już przejmować.

        Niestety pozostała czwórka stanowczo za wcześnie zmądrzała i trzymała się już z dala od ostrzy, ale mając cały czas w zasięgu wzroku, a przy tym również czarów, kobiety. A konkretnie tę jedną. Widząc zbliżający się do kolejnego lasu powóz, jeden z nich postanowił znów odciąć kobietom drogę, nim do niego wjechały. Mało brakowało, a zniszczone drzewo spadło by wprost na kobiety. Koń nie miał tyle szczęścia i nie zdołał z siebie nawet wydać jakiegokolwiek dźwięku.
        Potłuczone i zmęczone kobiety musiały od tej pory uciekać pieszo przed pościgiem, ale Yve wcale nie miała zamiaru iść dalej. Była wściekła, wszystko ją bolało i było nie dobrze, a do tego miała już dość, że nikt jej nie dawał chwili spokoju. Rozwścieczona nawet nie zauważyła kiedy przybrała swoją hybrydzią formę i mimo nalegań Mii, rzuciła się z czystą furią w oczach na magów, dzierżąc w obu zakończonych pazurami rękach, zatrute ostrza.
        Jeden z magów spanikował widząc tę rudą, oszalałą bestię, przez co pomyliły mu się zaklęcia i posłał w stronę lisicy kulę ognia. Ta jednak nim ją dosięgła, trafiła w Mii, która niefortunnie znalazła się na linii strzału i przeraźliwym krzykiem padła na ziemię. Paskudna rana na plecach, mimo pozostawienia zwęglonej skorupy w miejscu trafienia, zaraz zaczęła krwawić, a przyjaciółka po fachu zmiennokształtnej z każdym oddechem coraz bardziej gasła w oczach. Teraz lisołaczka już w ogóle nie zamierzała odpuszczać. Z dzikim warkotem, niemalże czerwonymi oczami i pianą na pysku rzuciła się na besztanego przez starszych kolegów młodzika, który nie spodziewał się szybkiej i okrutnej śmierci od kłów zmiennokształtnej. Wzięła zamach, przy którym poderżnęła gardło temu besztającemu i opętana swoim gniewem oraz rozpaczą zaczęła dźgać bez opamiętania i masakrować sztyletem nędzne truchło, które miało czelność zabić jej towarzyszkę.
        Zapomniała jednak przy tym o pozostałej dwójce, która postanowiła wykorzystać moment. Jeden rzucił zaklęcie paraliżujące, a drugi dopilnował, by lisica nie miała już możliwości sięgnięcia po swoje bronie. Nie mówiąc już o zapewnieniu jej braku dostępu do nich. W końcu bezwładną i nawet chwilowo zamroczoną, łatwiej było porządnie spętać by już nie miała szansy uciec i dalej walczyć.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Wschodnie Pustkowia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość