AlathelDanse macabre

Miasto położone, na obszerne wyspie znajdującej się na środku Srebrnego Jeziora. Zamieszkiwane głównie przez ludzi. Parają się oni w głównej mierze rybołówstwem i hodowlą podwodnych roślin.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Mereve
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Danse macabre

Post autor: Mereve » 1 miesiąc temu

        Jako że jegomość postanowił zrezygnować z usług czarownicy nie pozostało jej nic innego, jak tylko zatrzasnąć za nim drzwi i wrócić do swoich sprawunków. Belialowi wyraźnie ulżyło na duszy, samej Mereve poniekąd również. Poniekąd, ponieważ szczerze liczyła na hojną zapłatę za swoje zaangażowanie w przypadek jegomościa, który do codziennych nie należał. A przypadki takie, nacechowane swego rodzaju wyjątkowością, prędzej wzbudzały w niej zainteresowanie, niż te pospolite, przyziemne. Naturalna kolej rzeczy, choć zwykły hreczkosiej zapewne nie doceniłby tej unikatowości. Bo to, co nowe i nieznane mogłoby naruszyć spokojny, sielski żywot rolnika, pracującego na utrzymanie licznej rodziny. Mereve nie imały się tak prozaiczne problemy, dlatego mogła pozwolić sobie na ekstrawaganckość egzystowania w tej globalnej wiosce.
        Los jednakże niejednokrotnie bywał dla niej przewrotny i tak też się stało tydzień po wybyciu jegomościa. W całej okolicy, sięgającej kilkunastu staj wokół Valiano, rozległa się istna pogodowa anarchia. Nawiedzonym Lasem wstrząsnął huragan, w którym przeplatały się ze sobą deszcz, śnieg i grad wielkości ziemniaków. Również burze zdołały wzrosnąć na sile, sypiąc i ciskając piorunami po ciemnym, szarym niebie. Mereve zmuszona została do wzmocnienia zaklęć ochronnych, które jak kopuła otaczały samotną chatkę w środku lasu. Wiedźma rychło w czas zareagowała, gdyż niedługo później na niewidzialnej kopule roztrzaskało się wyrwane z korzeniami drzewo. Ta burza w kooperacji z huraganem powaliły stary, głęboko zakorzeniony dąb, który wiekiem mógł dorównywać nawet samej Mereve. I to dało wiedźmie motywację do wnikliwej analizy i zastanowienia się nad naturą tej abominacji. Zdarzały się w historii katastrofy naturalne, których o naturalność nie podejrzewano, lecz to, co właśnie działo się dookoła Valiano niewątpliwie nie miało z naturalnością nic wspólnego. Bo w powietrzu czuło się energię. I nie była to energia pierwotna, a magiczna, pochodząca z potężnego zaklęcia rytualnego.
        Wiedźma nie ukrywała swojego poirytowania zaistniałą sytuacją, ponieważ przez tę zabawę w pogodę, którego autorem był bez wątpienia jakiś czarownik-amator, ona musiała użerać się z ciżbą urządzającą sobie pielgrzymki do jej ukochanej samotni. Zdołała wyleczyć z tuzin połamanych kończyn, aż zdecydowała się namierzyć źródło, z którego padło zaklęcie, tak nieudolnie rzucone.
        Źródłem okazał się wcześniej wspomniany mag, lecz nie był on amatorem. Kevernlad z Menaos uchodził za wprawnego czarodzieja w dziedzinach meteorologicznych i znany był ze swoich kontrowersyjnych eksperymentów, w których skład wchodziła właśnie pogoda. Mereve szanowała jego osobę tylko z jednego względu - posiadał niesamowity ogrom wiedzy, która wykorzystywana była przez niego w rozwoju i rozprzestrzenianiu arkan magicznych. Jego eksperymenty zaś traktowała tak jakby nie istniały, gdyż nie w smak jej było słuchać i obserwować brutalnie, wręcz barbarzyńsko, przeprowadzanych prac badawczych nad Zmiennokształtnymi.
        Odwiedziła więc czarodzieja w ramach uregulowania pogodowych nieścisłości. Czarodziej zaś w panice i z rozwianym srebrnym włosem ciskał się po pracowni, niczym trzmiel w szklanym naczyniu. Mereve zatem musiała huknąć, by ów się uspokoił i jej wysłuchał. Wyjaśniła, że anomalię da się rozpędzić, lecz potrzebny był do tego umysł czysty i niezachwiany wątpliwościami. Nie chciała znać przyczyny rzucenia tak niestabilnego zaklęcia, lecz nie miała wyboru, jeżeli zamierzała powstrzymać te rozszalałe siły natury. Powód więc poznała i ogarnął nią wstręt do osoby czarodzieja. Nawet ona nie była takim zwyrodnialcem wzgędem innych ras, jakim był Kevernlad. Ten wykształcony mężczyzna znęcał się nad niewinnymi istotami, których zdolności choć trochę zahaczały o polimorfię. Był swięcie przekonany o słuszności swoich badań.
        Mereve nie zamierzała dłużej tolerować jego zuchwałości. Całe środowisko czarodziejskie było świadome cyrków Kevernlada i nie raczyło choćby kiwnąć palcem, by jakkolwiek odwieść go od tych chorych, sadystycznych zabaw. Dopiero teraz, po latach frywolnych, niekonsekwentnych działań czarodzieja, ktoś położył temu kres. I tym kimś została Mereve.

        Posłaniec przybył do jej chatki trzy dni później. Nie przywitała go z entuzjazmem, ale również nie wypędziła. Młody mężczyzna, zasapany po długim biegu z miasta, wyciągnął ku niej zapieczętowaną kopertę z jej imieniem i rodowym nazwiskiem. Wiedźma z zaintrygowaniem odebrała list, podziękowała, sypnęła niemałym groszem, po czym bez słowa zatrzasnęła drzwi, znikając tym samym we wnętrzu niepozornej chatki.
        Belial począł ocierać się o jej nogi i miauczeć, gdy paznokciem otwierała kopertę. Fuknęła na niego, aby siedział cicho, a następnie usiadła przy stole i oparła łokieć na wielkim tomiszczu "O Arkanach Zakazanych". Treść listu napisana została w pośpiechu oraz dosyć niewyraźnie.

Czcigodna Mereve.
W imieniu władcy Alathel, mam wielką przyjemność i zaszczyt zaprosić Cię do Jego pałacu. Z uwagi na powagę sytuacji, proszę o nieodwlekanie Twojego przybycia do Alathel, które nęka tajemnicza zaraza. Twoje okryte sławą umiejętności są jedyną nadzieją dla cierpiących mieszkańców królestwa. Namiestnik obiecał przyjąć Cię po królewsku i dołożyć wszelkich starań, żeby niczego Ci nie brakło oraz sowicie wynagrodzi Twoją pomoc i zaangażowanie, nawet jeśli ostatecznie okażą się nieskuteczne.
Z wyrazami szacunku,
Cian Birog.


        Ściągnęła brwi w konsternacji. Przez zamieszanie nie zdołała dostrzec szczegółów pieczęci, dopiero teraz zerknęła i utwierdziła się w przekonaniu, że rzeczywiście była to pieczęć królestwa Alathel. Zdmuchnęła teatralnie białe włosy z twarzy, nie iskrząc radością.
        - Ygh. - Przewróciła oczami i nalała sobie wina do kryształowego kieliszka. Belial zamiauczał, przeniosła na niego groźny wzrok. - Wygląda na to, kocie... że wybierzemy się na wycieczkę.
        W kominku nagle rozpaliły się płomienie, rzuciły na ściany tajemnicze cienie. Mereve upiła łyk cierpkiego wina, a w jej oczach zabłysły enigmatyczne iskry.

Awatar użytkownika
Norion
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Norion » 1 miesiąc temu

        - Wydawało mi się, że to się już nie skończy - odetchnął z nieskrywaną ulgą, opierając się o wymoszczone skrzydłami siedzisko, sprawiając, że jeszcze tron stał się ciut mniej ciężki. Ale tylko w metaforycznym sensie. Sala tronowa wreszcie zaświeciła pustkami, ale odgłosy odbywanych dziesiątek rozmów nadal wypełniały ogromne pomieszczenie aż po półokrągły sufit. I odbijały się echem w głowie wymęczonego namiestnika.
        - To prawda. Dzisiaj było ich wyjątkowo dużo - stęknął, przeciągnąwszy zastałe kości bliski doradca tronu, który siedział obok na mniej wygodnym krześle przysuniętym do stołu pełniącego rolę biurka, na którym kłębiły się stosy papierków. Tylko przez niego uważane były za chronologicznie i tematycznie poukładane. Anioł dziękował Najwyższemu za jego obecność. Ulitold był jedynym, który świadomie katował się obecnością na tego typu spotkaniach, gdzie waga problemów petentów zmieniała się jak w kalejdoskopie, i gdyby nie to, że powtarzały się notorycznie mimo podsuwanych jak na tacy rozwiązań, mogłyby być uznawane za swego rodzaju rozrywkę.
        Ale aniołowi nie było do śmiechu, tak samo jak Ulitoldowi. Ostatni kryzys, wywołany szerzącą się epidemią, spędzał sen z powiek wszystkim w królestwie.
        Norion potarł palcami zmarszczone czoło, chowając się jeszcze głębiej w pierzaste oparcie.
        - Jak tak dalej pójdzie to i ja się rozchoruję. Wiadomo coś o tej zielarce... czy jak zwał... alchemiczce? - zapytał znużonym głosem. Naprawdę chciał dzisiaj usłyszeć choć jedną dobrą wiadomość.
        Doradca westchnął na tyle głośno i znacząco, że właściwie Norion już poznał odpowiedź. Upadły miał dzisiaj napięty grafik, a przez to, że spotkanie z ludem przedłużyło się ponad miarę, musiał zrezygnować z części planów. Najczęściej był to obiad albo wszystkie posiłki. Ostatnio niebiański wojownik stracił sporo na swej masie i sile. Oddawał się obowiązkom całym sobą, często zapominając o tym, że musi odpocząć i coś przegryźć. Od śmierci głodowej uratowała go tylko zawsze czujna Zeffa, pałacowa kucharka, która nie bała się wtargnąć na zebranie i bezpardonowo wyciągnąć z niego swojego "gołąbeczka" na talerz ciepłej zupy, który miał opróżnić na jej oczach - inaczej nie wypuściłaby go z kuchni. Całkiem poważnie grożąc, że jeśli jej nie będzie słuchał to opuścił pałac i będzie musiał sam gotować tym dworskim pawiom i kuropatwom.
        - Może lepiej udam się coś zjeść - zaproponował upadły, przypominając sobie groźby pod jego adresem ze strony Zeffy, jeśli nie będzie się pojawiał na obiadach.
        - Myślę, że to świetny pomysł - powiedział zmęczony doradca i jak na komendę zaczął zbierać kartki ze stołu. - Ja też się udam coś przegryźć.
        Rozdzielili się i każdy poszedł w swoją stronę. Norion udał się do izby kucharskiej, gdzie już czekał na niego ciepły posiłek. Ale anioł nie miał dostatecznie dużego apetytu, aby sprostać wymaganiom Zeffy, która coraz otwarciej dawała mu do zrozumienia, że martwi się o jego zdrowie. Niestety, nic nie pomagało: ani groźby, ani prośby. Norion uważał, że czuje się świetnie i niepotrzebnie się o niego martwi, bo anioły nie muszą jeść tyle, co ludzie. Co było tylko po części prawdą. Owszem, nie musieli jeść tak dużo, ale jednak jeść musieli, a porcje, które zjadał władca Alathel były zdecydowanie zbyt małe, żeby utrzymać tak postawnego mężczyznę w dobrej kondycji.

        W Alathel było późne popołudnie, kiedy przed bramą miasta dochodziło do zmiany warty. Czterech wartowników opartych o halabardy tęsknie wypatrywało swoich zmienników, którzy wreszcie pojawili się na miejscu i odebrali meldunki. A gdy oficjalnych tradycji stało się zadość, zajęli miejsca przy bramie - po dwóch na każdą stronę. Od kiedy w królestwie zapanowała zaraza, mieli zdecydowanie mniej pracy, gdyż do miasta zjeżdżało o ponad połowę mniej gości i handlarzy. Miasto też przycichło i nawet w samo południe dało się odczuć wyraźne spowolnienie funkcji życiowych. Ludzie niechętnie wychodzili na ulice. Bojąc się o zdrowie swoich pociech, odwołano zajęcia w szkołach.
        - Wybierasz się dzisiaj na ryby, Ethan? - zagaił do swojego przyjaciela Ral. Jego kumpel wzruszył barkami i oparł się o ścianę muru.
        - Czy ja wiem? Ostatnio ryba słabo bierze. Chyba muszę poszukać nowej miejscówki.
        - Może wystarczy zmienić przynętę? Czasami ryba woli warzywa od mięsa. Spróbuj kukurydzy namoczonej w soku z żurawiny.
        Kiedy oni rozprawiali o sekretach wędkarstwa, pozostali dwaj kontrolowali dokumenty wozu, który właśnie miał wjechać do miasta. Alathel było rajem kupieckim. Rajem, bo nisko opodatkowanym. Każdy wóz z towarem musiał być uprzednio spisany z bardzo skrupulatną dokładnością. Zajmowali się tym specjalnie wyszkoleni kontrolerzy, którzy przed wjazdem pobierali stosowny podatek od wartości towaru. W porównaniu z innymi miastami Alaranii, kwota ta była o połowę niższa, dlatego ściągali tu podróżni ze wszystkich stron świata. Niestety, ostatnio zmalały dochody z uwagi na epidemię i wpływy do królewskiego skarbca ledwie wystarczały na bieżące wydatki, które w większości składały się na utrzymanie specjalnej strefy kwarantanny, którą utworzono niedaleko pałacu.
        Kiedy już spisano cały towar i dano znak, wóz przekroczył próg bramy i leniwie wtoczył się wraz z woźnicą na szeroką alejkę, która stopniowo przemieniła się w otwarty teren, pośrodku którego znajdowała się baszta zbudowana z ciemnego kamienia. Na placu, który nosił miano oficjalnego rynku, życie toczyło się całkiem beztrosko. Rozłożone stragany z żywnością, żywym towarem, płótnami i egzotycznymi rozmaitościami przyciągały wzrok i nagromadzoną klientelę. Gwar przekrzykujących się sprzedawców i targujących się interesantów przypominał masowy kurnik. I pomyśleć, że to był czas kryzysu w Alathel...

Awatar użytkownika
Mereve
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Mereve » 1 miesiąc temu

        Przed bramami Alathel rozgrywały się istna anarchia i behołowie. Ludzie i nieludzie cisnęli się ze swoimi wozami, kramami oraz karetami na względnie wąskim moście. "Względnie", albowiem bez dzikich tłumów na nim wydawał się całkiem szeroki. Teraz zaś niemożliwym było wciśnięcie wykałaczki między jedną istotę a drugą. Motłoch kotłował się bardzo głośno i bardzo wulgarnie, wykrzykując wiele niecenzuralnych słów, których nawet kobiety lekkich obyczajów by się nie powstydziły. Przeszywający wrzask dzieci, szczekanie psów, jazgotanie kobiet i ryczenie mężczyzn zlewały się ze sobą w jeden rumor, którego nie sposób było rozszyfrować. Strażnicy również krzyczeli, wymachując zamaszyście wszelkimi dokumentami i postanowieniami podpisanymi przez tymczasowego władcę królestwa, lecz nikt z zebranych nie raczył zwrócić na nich większej uwagi. Wszyscy zajęci byli ubliżaniem sobie nawzajem, jakby miało im to jakkolwiek w czymkolwiek pomóc. Echo tej afery prawdopodobnie niosło się po Srebrnym Jeziorze i docierało co najmniej aż do samego Lemaud. I pomyśleć, że był to zaledwie ranek.
        Dopiero późnym popołudniem towarzystwo raczyło się uspokoić i rozejść, zrezygnowawszy z bezczynnego siedzenia pod murami cichego miasta. Dobrze się stało, wszak taki tłum, w dzikim szale, bezproblemowo dałby radę rozebrać pałac do ostatniej cegły. Najgłośniejsi awanturnicy postanowili zadbać o swoje kobiety wraz z dobytkiem, wciąż z przekleństwami na ustach wycofując się spod bram Alathel. Ostały się jedynie wozy kupieckie, które również zniknęły z mostu niedługo po tym.
        Noc zapadła bardzo szybko, a dookoła zapanowała niczym niezmącona cisza, jak makiem zasiał. Wzdłuż mostu, w równych odstępach, stały wysokie latarnie, z których bił słaby blask pomarańczowego płomienia. Na brukowanej drodze tańczyły groźnie rozchwiane, blade cienie dające schronienie szczurom przed oczami gapiów. Z tych cieni korzystał również czarny kot o jarzących się żółtych ślepiach, zwinnie przemykający między plamami światła. Nie chciał zostać zauważony, stąpał miękko, cicho, płaszczył się do podłoża, szorując brzuszkiem po wypukłych kamieniach. Dostał zadanie i był zobowiązany je wykonać, inaczej mogło się to dla niego skończyć bardzo nieprzyjemnie. Przebiegł szybciutko po niskiej, kamiennej balustradzie, by usiąść cichutko bliżej bramy. Machnął ogonem, zmrużył oczyska, wpatrzył się w przysypiającego na halabardzie strażnika. Pogoda sprzyjała nocnym wartom, w tych stronach jedynym chłodem okazywała się bryza ciągnąca zewsząd od jeziora, lecz nie była ona nazbyt uciążliwa. Dawała wręcz poczucie orzeźwienia w ciepłe dni i duszne noce.
        Kot zamiauczał donośnie, a w chwilę później do uszu strażników doszedł miarowy stukot pantofli o bruk. Echo zbliżających się kroków głucho rozchodziło się po pustym moście, zagęszczając tym samym już i tak niepewną atmosferę. Strażnicy unieśli broń, sztychy skierowali ku przybyszowi. Z cienia wyłoniła się wysoka kobieta w butelkowozielonej sukni do ziemi - szła wyprostowana, z uniesionym wyniośle podbródkiem. Śnieżnobiałe włosy związane miała w bułeczkowaty kok, a w jej drapieżnie czerwonych oczach groźnie zaiskrzyły iskierki. Mężczyźni wymienili zaniepokojone spojrzenia, bezsłownie zgadzając się ze sobą, że to bardzo nietypowe zjawiać się u bram o tak późnej porze. Szczególnie, że kobieta była sama. Kota nie udało im się zlokalizować - zniknął z pola widzenia zaraz po wydaniu z siebie dźwięku. Kobieta podeszła bliżej, szeleszcząc połami ciężkiej kiecy. Jej twarz była jak ciosana w kamieniu, a postawa iście szlachecka. Tylko te oczy...
        - Kim jesteście, pani, i dlaczego przybywacie w środku nocy? - zapytał starszy mężczyzna, ściskając dłonie na drzewcu broni.
        Nieznajoma przeniosła nań spojrzenie, a nogi się pod nim ugięły. Rzuci czar, jak nic! Zaklnie wszystkich, do snu sprowadzi i zabije w tym śnie! Lecz ona czaru nie rzuciła, nie przeklęła ich, ani nie złorzeczyła. Po prostu dokładnie się im przyjrzała, taksując świdrującym na wskroś wzrokiem demonicznych ślepi. Jakby im dusze chciała wyżreć do ostatniego kawałeczka...
        - Kim... kim jesteście? - powtórzył strażnik, przełknąwszy ślinę.
        - Jedyną szansą na uwolnienie was od panującej tu epidemii - odparła snobistycznie i sięgnęła za skromny dekolt. Wyjęła zza niego nieco pogniecioną kopertę. - Mereve van Gelden, wezwana na prośbę namiestnika Alathel.
        Jej oczy nie przestawały przeszywać starszego strażnika, któremu w pewnym momencie niekontrolowanie zaczęły się trząść dłonie. Skinął na młodszego kolegę, by on odebrał papierzysko od nieznajomej. Zawahał się, ale zachował zimną krew. Przyświecił sobie kagankiem, by odczytać treść listu i upewnić się, że widnieje na nim odpowiednia pieczęć. Mężczyzna odchrząknął po chwili i oddał kopertę właścicielce.
        - Dobrze zatem... - zaskrzeczał starszy strażnik. - Ma pani prawo przejść.
        - Dziękuję - powiedziała oschle. Zanim jednak zrobiła choćby krok naprzód, poprawiła teatralnie rękawy sukni. - Mości panowie, wielce nierozważnym jest przepuszczanie przypadkowych kupców i wędrowców przez te bramy. Jako że nikt nie zna natury panującej tu zarazy, radziłabym nie narażać reszty kontynentu i zaryglować te wrota. I zostawić je zaryglowane dopóty, dopóki nie nakażę inaczej. Czy to jest jasne?
        Chcieli odpowiedzieć, że niejasne, że takie mają rozkazy, że po dupach im się dostanie... Ale nie byli na tyle odważni. W głosie tajemniczej pani van Gelden dało się dosłyszeć subtelną nutkę grozy. To był ten ton, któremu się nie odmawiało. A przede wszystkim nie odmawiało się właścicielce tego tonu.

Awatar użytkownika
Norion
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Norion » 3 tygodnie temu

        Świece pogasły od nagłego przeciągu, który powstał po lądowaniu na tarasie trzeciego piętra. Drzwi balkonu zamknęły się skrzypliwie, a rozpalone na nowo płomyczki ponownie odpędziły mroki zmierzchu. Uskrzydlona postać przystanęła na chwilę przy kominku i podłubała w żarze długim prętem. Skry rozleciały się w powietrzu strzelając i mnożąc się dopóty nie znikły gdzieś pod sufitem. Wtem rozległ się odgłos pukania.
        - Mam nadzieję, że to nie ty, Khalr, bo jak tak, to dopiero teraz siadam do sprawozdań... - rzekł głośno, mając nadzieję, że to nie pałacowy skarbcowy. Ostatnie kłopoty finansowe Alathel wprawiały go w istny szał. Nie żeby Norion bagatelizował te skomplikowane wyliczenie i prognozy, ale wcale nie zamierzał ugiąć się pod naciskiem gróźb i czarnowidztwa księgowego. Norion rozkazał przeznaczyć sporą część królewskich podatków na pokrycie kosztów utrzymania i opieki wydzielonej strefy kwarantanny. A koszty były astronomiczne! Co nie podobało się doradcom najbliższym tronowi. Norion dobrze wiedział że gdyby odciął dofinansowanie, ludzie chorzy musieliby opuścić kwarantannę i wrócić do domów. Co niewątpliwie pomogłoby rozprzestrzenianiu zarazy.
        Zza drzwi wydobył się kobiecy głosik, który nie należał do Kharla.
        - To tylko ja, Panie - powiedziała wątła dziewka przebrana w uniform służącej. - Przyniosłam tylko wieść, że Mereve van Gelden przybyła do Alathel.
        Wielka konsternacja zmroziła Upadłego.
        - Kto? - zapytał w ogóle nie kojarząc imienia.
        - Tylko tyle wiem. Podobno...
        Norion nie wytrzymał i zarzucił na ramiona długą togę, która przykryła nagi tors, a następnie otworzył drzwi. Zaskoczona służka ukłoniła się władcy.
        - Podobno?
        - Podobno wezwałeś ją tutaj.
        Czoło anioła pokryły bruzdy intensywnego myślenia. Po chwili przyłożył dłoń do niego i rzekł.
        - Zielarka?
        - Tak - kiwnęła głową.
        - No to trzeba było tak od razu! - powiedział trochę zniecierpliwiony, a potem dodał: - Kiedy przybyła?
        - Godzinę temu.
        - Doskonale. Każ przyprowadzić ją do sali audiencyjnej. Zaraz tam zejdę.
        Służąca ukłoniła się na odchodne i odeszła wgłąb korytarza, a Norion cofnął się do swej komnaty. Kiedy zamknął za sobą drewniane drzwi popatrzył na wieszak na którym leżały przewieszone oficjalne szaty. Nie bardzo miał ochotę znów je zakładać, gdyż nie czuł się w nich swobodnie.Przez te kilka lat nie zdążył się do nich jeszcze przyzwyczaić. Nigdy wcześniej nie przykładał wagi do swgo ubioru, ale od czasu przyjęcia korony Alathel, zdecydowanie brakowało mu swobody w doborze ubrań. Ale skoro był już wieczór i spotkanie z zielarką było spontaniczne i to w nieoficjalnej formie, to może nikt nie będzie miał mu za złe jeśli wyjdzie w tym co ma teraz na sobie. Popatrzył na swoje odbicie w wysokim, obrotowym lustrze i stwierdził, że to dobry strój na spotkanie z zielarką. Był przekonany, że to jakaś pustelniczka, na pewno w podeszłym wieku i do tego z umysłem odurzonym grzybami halucynogennymi. Wielokroć powtarzał, że trzeba mu magii do uleczenia ludu Alathel. Nie jakiejś herbatki.
        Zgasiwszy wszystkie świecie jednym trzepnięciem skrzydła wyszedł z komnaty i udał się zawiłymi korytarzami do sali audiencyjnej, do której od strony rezydencyjnej miał osobne wejście za którym znajdował się tron na podwyższeniu. Otworzył drzwi i rozejrzał się. Zielarki jeszcze nie było. Stojąc obok tronu i wznosząc wzrok ku skrepieniu zabębnił palcami w oparcie. Czy się denerwował? Wcale. No, może troszkę. Było już późno i bardzo chciał to już mieć za sobą. Właściwie, to już podjął decyzję i chciał tylko się upewnić, czy w ogóle ta cała Mareve nie umrze ze starości zanim tu dotrze.
        Westchnął. Zostawiając centralną część z tronem podszedł do okna za którym majaczyły zółte latarnie na dziedzińcu. Na jego przeciwległym końcu wznosił się wysoki mur z bramą wewnętrzną pałacu, przez którą wpuszczano gości. Na szczytach murów przesuwały się oświetlone pochodniami sylwetki strażników. Wieczór zmieniał się w noc.
        Do uszu Upadłego dotarł dźwięk naciskanej klamki. Dwa wysokie skrzydła drzwi odchyliły się otwierane przez dwójkę służących...

Awatar użytkownika
Mereve
Szukający drogi
Posty: 28
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Mereve » 3 tygodnie temu

        Nikt specjalnie się nie kwapił, aby jak najszybciej zaprowadzić ją przed oblicze władcy, na którego prośbę tu przybyła. I to z własnej, nieprzymuszonej woli. Kiedy tylko przekroczyła bramy miasta, powitała ją złowroga cisza i wszechobecny marazm. Zabłocone przymurze słabo oświetlały ponure latarnie stojące wzdłuż głównej ścieżki, prowadzącej w głąb cichego miasta. Któryś ze strażników bąknął niewyraźnie pod nosem, że po południu na rynku roiło się od kupców i kramów, tak samo jak i wieczorem. I z wyrzutem dodał, że teraz takie pustki, bo czarownica rozkazała. Mereve nie raczyła skomentować tej uszczypliwej adnotacji, acz kusiło ją nieprzyzwoicie, by wygarnąć temu chłystkowi, że gdyby nie jej nakaz, musieliby dobudować do szpitala kolejne skrzydło. Szła zatem w ciszy, przysłuchując się niemrawym, wręcz niepewnym pojedynczym słowom, które co jakiś czas rzucali strażnicy. Błoto mlaskało niesmacznie pod jej nowymi trzewikami, a rąbek ciemnozielonej sukni snuł się powoli, miarodajnie po ziemi - mogłaby kiecę nieco unieść, lecz to nie miało dla niej takiego znaczenia. Skupiała się zupełnie na czymś innym. Mianowicie, na obserwacji. Starała się bowiem wychwycić wzrokiem miejsce, w którym władca mógłby poddać chorych kwarantannie, lecz choć usilnie próbowała, nie dane jej to było. Strażnicy wyraźnie omijali główną część miasta, gdyż cały czas po swojej prawej miała zewnętrzny mur. Teraz w jej głowie zrodziło się pytanie: obrali taką drogę, by nie trafić na strefę zamkniętą, czy po to, aby czarownica nie mogła w pełni poznać miasta? Druga opcja byłaby w tym przypadku zupełnie nietrafiona, gdyż, chcąc nie chcąc, Mereve będzie musiała zwiedzić przynajmniej okolicę wokół szpitala, który, jak mniemała, znajdował się bliżej centrum. Szpitale zazwyczaj umiejscawiano jak najbliżej głównego placu, czyli samego środka miasta, aby każdy miał doń względnie blisko. Chyba że w centrum znajdowało się coś bardziej interesującego...
        W myślach rozkazała Belialowi trzymać się cienia i nie wychylać przez jakiś czas - demoniczny kot z pewnością nie zostałby przywitany ciepło i z radością. Nie w takich okolicznościach. Jemu wyraźnie ulżyło, że nie musi się jeszcze pokazywać. Nie lubił miast, ludzi, a w szczególności strażników, którzy łypali natrętnie w ciemne kąty muru, w których on się chował. Postanowił poczekać i dać się wyprzedzić, by przypadkiem mężczyźni nie nabrali większych podejrzeń. Nie chciał wkopać Mereve - nie z sympatii, a z czystego egoizmu. Jeżeliby bowiem wiedźma straciła tę cienką nić zaufania, którą mimo wszystko darzyli ją postronni, wyżyłaby się właśnie na poddanym sobie demonie.
        Słychać było tylko szczękanie zbroi, a Mereve zaczynała tracić cierpliwość. Nie dla spaceru przebyła pół Alaranii, nie dla oglądania biednej dzielnicy miasta. Nie odzywała się jednak, nie chcąc spłoszyć potencjalnych pracodawców. Tu chodziło tylko o czysty zysk, bo moralne pobudki w jej przypadku nie istniały. Do Alathel zagnała ją jedynie ciekawość i chęć poszerzenia swoich zdolności. A w altruizm w ogóle nie wierzyła, tym bardziej nie praktykowała.
        Jeden ze strażników smarknął potężnie, aż wiedźma spiorunowała go wzrokiem. Obrzydliwość...
        - Już niedaleko - rzekł mężczyzna, wycierając nos rękawem.
        - Dzięki Prasmokowi... - mruknęła, nie siląc się nawet na ściszenie głosu.
        Wyszli zza rogu zrujnowanego domostwa i jej oczom ukazała się brama wielkiego pałacu. Kolejne mury, usłyszała zniechęcony głos Beliala w głowie. Oboje nie lubili tak zagospodarowanych przestrzeni. Chatka w środku Nawiedzonego Lasu zdecydowanie wystarczała im do szczęścia. A takie budowle zdecydowanie ukazywały przerost formy nad treścią - iście niepraktyczne, zimne, często też urządzone bez jakiegokolwiek gustu. Preferowała architekturę elfią, która charakteryzowała się pragmatycznością i elegancją jednocześnie. A te molochy, stworzone w większości ludzką ręką... Nie posiadały za grosz finezji.
        Pokonali schody, a następnie czarownicę przejęła służba, mająca zaanonsować jej przybycie. Rozkazała Belialowi, by nie wchodził, po czym przekroczyła próg pałacowego dziedzińca. Licznie posadzone tu krzewy, kwiaty i stojąca na samym środku fontanna wyglądały bardzo ładnie w słabym świetle kolorowych lampionów. Tereny pałacowe kontrastowały nieco z surową architekturą Alathel. Choć nie odbiegały od niej za daleko. Kiedy przecięli pospiesznym krokiem dziedziniec, dotarli do głównego gmachu. Mereve zauważyła mało dyskretne spojrzenia, jakie rzucała jej służba. Nie zamierzała zwracać na nie większej uwagi.
        Swoją uwagę skupiła dopiero, gdy przekroczyła wrota sali audiencyjnej. Jak na tak ważne miejsce, było w niej dosyć ciemno, lecz zdołała dostrzec postać w głębi komnaty. Uniosła podbródek, oczy jej zaświeciły groźnie. Powoli podeszła bliżej, rozprowadzając echo obcasów po zimnych ścianach. Któraś ze służek odchrząknęła.
        - Panie, Mereve van Gelden. Pani Mereve, oto władca Alathel, Jego Wysokość Norion.
        Czarownica skinęła głową z szacunkiem, nie odezwała się. Zwróciła czerwone oczy na anioła. I cierpliwie czekała.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Alathel”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość