TeravisAbsolutyzm natury

Miasto Teravis położone w środkowej części Równiny Magenar otoczone jest zewsząd grubym murem, z pomarańczowej cegły. Jako, że z każdej strony narażone jest na najazdy posiada tylko jedną bramę wjazdową strzeżoną dzień i noc przez dziesiątki strażników.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Smilingur
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Włóczęga , Alchemik
Kontakt:

Absolutyzm natury

Post autor: Smilingur »

        Miasto spało. Metropolia Równiny Magenar rozświetlona była gdzieniegdzie kagankami i pochodniami rzucającymi krzywe cienie na obdrapane z tynku kamienice. Błotnistymi ścieżkami niższego kręgu, w którym prym wiodły biedota, nędza i rozczarowanie, przechadzali się od niechcenia znudzeni strażnicy, którzy swoje niezadowolenie z nocnej zmiany przedkładali nad obowiązek pilnowania ogólnie pojętego porządku. Z ceglanych kominów wydostawał się gęsty dym, przysłaniając gwiazdy i księżyc w fazie nowiu. Zasłaniał okna oświetlone knotami świec. Wdzierał się do nosa, drażnił oczy, wypełniał płuca. Noc wlewała się obficie w miasto, lawirując między domami, zagarniając zachłannie tych, co postanowili wyjść jej naprzeciw: żebraków, złodziei, złoczyńców, prostytutki, wartowników.
        Kot przebiegł przez drogę. Czarny.
        Drzwi po drugiej stronie drogi otworzyły się szeroko. Jasne światło z wnętrza zalało uliczkę, oświetlając na chwilę stojący przy wozie kupieckim posąg. Mężczyzna, który to światło zaraz zgasił, posągu nie zauważył; wyciągnął klucze z fartucha. Szczęknął zamek. W następnym momencie odszedł, ziewając głośno, pozostawiając za sobą nieco zmąconą ciszę. Odgłos kroków rozpłynął się w niej dopiero za rogiem. Coś drgnęło w ciemności.
        Spod strzechy wyleciał nietoperz.
        Ciemność ponownie zawibrowała. Posąg wyszedł zza wozu krokiem powolnym, ślamazarnym. Zatrzymał się. Wyciągnął do przodu lewą nogę, następnie prawą, później uniósł w górę ręce. Nikt tego nie zobaczył, bo i nikogo tu nie było. Przypominał zbudzonego ze stuletniego snu kamiennego golema, tylko chudszego i wyższego. Bardziej ludzkiego. Gdyby przyjrzeć mu się uważniej, można by rzec, że nie spieszyło mu się donikąd. Stał tak jeszcze czas jakiś. Zastygł? Wpatrywał się w coś?
        Rozległy się niewyraźne rozmowy w oddali, łuna o żółtej barwie poczęła z wolna wypełniać ciemną uliczkę. To dwóch strażników przechadzało się tędy po raz enty tej nocy, nie mając nic do roboty. Żebraków już pozamykali, złodzieje zdołali się pochować, a okoliczne kurtyzany miały pozajmowane miejsca w grafikach. Ta część miasta, choć najbardziej zróżnicowana, nie była tą najżywszą. Życie toczyło się w podziemiu, w kanałach, w niedostępnych dla przeciętnego zjadacza chleba kryjówkach. Ale dla niewprawnego oka i na widoku dało się ukryć. Mężczyźni nie zauważyli stojącego na poboczu posągu. Przeszli obok. Dopiero gdy zniknęli za rogiem, jeden z nich coś głośniej powiedział, zawrócili.
        — Ejże! — zawołał grubszy. — Ty tam! Ktoś ty?
        Światło pochodni padło na posąg, lecz gdy ten obrócił powoli głowę, strażnicy dostrzegli jedynie oczy, w których odbijał się blask płomieni. Zimne to były ślepia, złowrogo patrzące na świat. Dreszcz przeszył obu strażników, chwycili za rękojeści mieczy. Wampir to był zapewne, dlatego taki blady, dlatego po nocy łaził, ofiar szukał. Albo ten, lich jaki, co w dzień słoneczny wyjść z cienia nie mógł. Nie mrugnął ani razu, nic dziwnego, że wzięli go za statuę.
        — Podaj swoją tożsamość — powiedział drugi, starając się ukryć niepewność w głosie. — Nie chcemy kłopotów.
        — To prawda — rzekł posąg tonem zimnym jak lód. — Nie chcecie.
        Odwrócił się, zrobił kilka kroków, a następnie pochłonęła go ciemność. Jednocześnie pozostawił za sobą wielce zdezorientowanych mężczyzn z opadniętymi szczękami.
Awatar użytkownika
Callisto
Czarny Kot
Posty: 396
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Złodziej , Skrytobójca , Wędrowiec
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Callisto »

        Wysoki w kłębie na ponad dwa łokcie, długi na ponad cztery, czarny jak noc i wściekły jak samo piekło wilkor nie był widokiem, który często można było zastać, a już na pewno nie w mieście. Co więcej, nawet jeśli ktoś miał to „szczęście” to istniało spore ryzyko, że nie będzie miał okazji podzielić się doświadczeniami. Basior nie atakował niesprowokowany, jeśli nie był głodny, ale złość nieco przytłumiała rozsądek i poszerzała skalę możliwych działań podchodzących pod prowokację. Jak na przykład ten przeklęty nietoperz, który prawie przypieprzył mu w łeb, spanikowany nagłym pojawieniem się dzikiego zwierzęcia w obrębie bezpiecznych murów miasta. Wilk jednak tylko kłapnął ostrzegawczo wielką szczęką i z warknięciem powrócił do rozglądania się za czarnym kotem, który chwilę temu czmychnął mu zgrabnie przez ulicę.
        Do tego, że całe życie niańczył półelfkę o instynkcie samozachowawczym pewnego gryzonia z północy zdążył się poniekąd przyzwyczaić (przyp. aut. oddałby za nią życie i wzajemnie), ale ostatnie kilka dni mocno przetestowały jego lojalność. Fakt, w kota zamieniała się bardzo rzadko i nigdy świadomie, ale przez to była jeszcze bardziej nieprzewidywalna niż zwykle. Na dodatek z tą jej kocią formą kompletnie nie mógł się porozumieć. Skaranie z tym szczeniakiem.
        Osobną sprawą było to, że basior emocje miał dość proste, w związku z czym złość była mu lepiej znana niż troska, bezradność i niepokój, z których się zrodziła. Sama nie byłaby też argumentem dla przekroczenia murów miasta, a jednak proszę, przeciskał się tymi śmierdzącymi ulicami z nadzieją, że dorwie tego szkraba zanim ten wpakuje się w kolejne tarapaty. Kelpie wylizywała się dzielnie z każdych obrażeń, a mimo stylu życia, jaki prowadziła, wcale nie miała ich wiele. Ba, czasem to nawet przytaknął strzale w łopatce dziewczyny, która chociaż na chwilę usadziła butnego rudzielca, ale tylko dlatego, że wiedział, że nic jej nie będzie. A teraz się martwił. Czyli był zły.
        Gdy zostali wyrzuceni z wyspy przez tamtego maga, nawet trochę by mu ulżyło, że wrócił na stały ląd, gdyby nie fakt, że spadł z kilku sążni do jeziora, a Kelpie nie było nigdzie widać. Więc już w trakcie poszukiwań był wściekły, a gdy w końcu ją odnalazł, okazało się, że dziewczyna wpadła komuś przez dach do domostwa. Nic jej nie było, głównie dlatego, że tamten mag przemienił ją w kota, ale już po zapachu czuł, że nie jest to zwykła ludzka chata. Początkowo jednak się nie zbliżał, obserwując i nasłuchując, by nie narobić większego szumu, skoro była szansa, że kot sam się wymknie niespostrzeżenie. Ale jak to Kelpie, narobiła sobie przy okazji tylu kłopotów, że gdy uciekała z jakimiś innymi nie-ludźmi, już w swojej normalnej postaci, została ranna. Najpierw wręcz się zaśmiała, gdy mężczyzna rzucił za nią jakąś małą fiolką, która rozbiła jej się cicho na plecach, ale niedługo później jej oczy zrobiły się przeraźliwie wielkie i półelfka krzyknęła z bólu, upadając na kolana. Thor wybiegł jej oczywiście naprzeciw i błyskawicznie wślizgnął się pod lecące na ziemię ciało, wrzucając sobie dziewczynę na grzbiet i natychmiast uciekając. I tak jednak czuł okrutny smród, drażniący jego czuły nos. Zapach palonego mięsa znał i nie to mu przeszkadzało, ale cała ta pozostała gama drażniących i szczypiących w nozdrza woni była nie do zniesienia.
        Nie widział nigdzie innych, którym Kelpie pomogła uciec, jak się okazało, więc gdy tylko poczuł, że są bezpieczni, zatrzymał się, zsuwając dziewczynę ostrożnie na ziemię. Była już półprzytomna, a na wysokości krzyża wciąż dymiło jej się…coś. Nie widział rany, widział tylko czarną plamę po spalonym materiale, który chyba zaczynał stanowić jedność z ciałem. Basior powstrzymał się od wylizania rany, czując ostre, niebezpieczne zapachy. Wrzucenie rudej do wody też okazało się fatalnym pomysłem, bo ocuciła się tylko po to by wrzasnąć z bólu, nim oczy wywróciły jej się do tyłu. A biedny wilk nie wiedział, co robić. Przełamał się w końcu i wrzuciwszy sobie elfkę znów na grzbiet, pognał w stronę miasta. Wiedział, że ludzie mają swoich uzdrowicieli i że tym razem będzie potrzebna pomoc któregoś z nich.
        Nie wiedział, czy to szczęście czy pech, że dziewczyna zamieniła się w kota niemal przed samymi murami. Z jednej strony szybciej dochodziła wtedy do siebie, ale z drugiej – musiało być naprawdę źle. Postanowił mimo wszystko wejść za mury i ukryć się gdzieś z dziewczyną, w międzyczasie odnajdując uzdrowiciela, który pomoże jej, gdy Kelpie wróci do swojej postaci.
        Plan udał się po części. Ewidentnie jej się polepszyło, bo odzyskała przytomność i nawet ostrożnie chodziła, ale wciąż była przeklętym kotem!
        Niosący się nocą szczęk metalowych elementów skromnego uzbrojenia straży drażnił czuły słuch i dodatkowo irytował zmuszonego do unikania konfrontacji wilka. Urwałby łby dla własnego ukojenia nerwów, ale trochę już nauczył się zachowań ludzi i wiedział, że raban, jaki spowodują dwa trupy w mieście, nie jest wart tej chwilowej ulgi, a nie miał czasu na wyłuskiwanie ich ze zbroi. Musiał pilnować Kelpie, która na szczęście pod tą postacią kompletnie nie zwracała na siebie uwagi. Tyle dobrego.
        Czuł jeszcze jeden zapach, który mu się nie podobał i który go niepokoił, gdzieś w środku zwierzęcego umysłu, ale wymagał też większego skupienia, niż basior mógł mu poświęcić. Zobaczył bowiem w końcu czarną sylwetkę i przemknął za nią przez ulicę, niczym gigantyczny cień. Kot miauknął z niezadowoleniem, złapany nagle za kark i podniesiony, ale później zawisnął grzecznie spoglądając przed siebie zielonymi ślepiami.
        - Miałaś się sama nie wałęsać – mruknął Thor, wracając powoli do miejsca, gdzie zgubił płaszcz, który ciągle ze sobą nosił – w pysku mógł mieć kota, albo odzienie. Dawno już zgubili ubranie Kelpie, ale udało mu się gwizdnąć z prania jakieś okrycie, które musiało jej starczyć, aż sama sobie czegoś nie znajdzie.
        - Miau?
        - Jesteś bezużyteczna w tej postaci – prychnął w myślach i zatrzymał się w końcu przy leżącym na ziemi materiale. – Wisisz mi dzika. Nie dziką świnię, tylko dzika. Sama go upolujesz, a ja będę spał. I tak przez miesiąc – narzekał pod nosem. Odgarnął nosem jedną połę i odstawił kota na płaszcz, zaraz musząc przytrzymywać go łapą, by znowu nie spieprzył.
        W końcu udało mu się tak złapać zębami tkaninę, by podnieść ją z kotem w środku, ale gdy się wyprostował, stanął oko w oko ze źródłem niepokojącego go wcześniej zapachu. Zamarł momentalnie, jakby chciał wtopić się w ciemność nocy, ale zdradzały go błyszczące złotem ślepia i ten parszywy kot, który kręcił się teraz w zaimprowizowanym worku, miaucząc z niezadowoleniem. Stojąc w uliczce bez skrzyżowania pod łapą, basior zjeżył się na całym grzbiecie, a w jego gardle rodził się coraz wyraźniejszy warkot, gdy wilk postawą zmuszał przeciwnika do ustąpienia mu drogi.
        I to był idealny moment, by kot w końcu zdołał wyrwać się z niezgrabnego pakunku, wypaść na bruk, i nim jego nadopiekuńczy przyjaciel zareaguje, podejść do mężczyzny w płaszczu, by poocierać się o jego nogi.
        Thor z impetem wypluł płaszcz na bruk i znów zaczął warczeć, tym razem na kota.
        Sto dzików. Będzie polowała, aż nie osiwieje.
Awatar użytkownika
Smilingur
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Włóczęga , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Smilingur »

        Błoto skutecznie tłumiło odgłosy kroków, wzbijając w powietrze między kamienicami niesmaczne mlaśnięcia. Ich głuche echo odbijało się w ciszy od ścian. Ciemność zmącił cień przemykający przez uliczkę. Niezauważony, niezatrzymany, prześliznął się z dala od światła pochodni. Gdzieś w dole zajęczał żebrak, w oddali zaszczekał pies. Na dachu biły się koty, ich wrzaski słyszało wyglądające przez okno zaciekawione dziecko, chłopczyk. Wyciągnął szyję, aby dostrzec coś zza klejącej się od brudu szyby. Nie ujrzał niknącej pod mostem postaci w czerni.
        Gdyby miasto miało uszy, prawdopodobnie przybrałyby one aparycję dwóch kobiet stojących przed jedną z gospód i plotkujących na tematy błahe oraz nieważne. Pozornie zajęte rozmową, wachlujące się od niechcenia, bo noc była duszna, jednocześnie lustrujące bacznie okolicę. Poszukiwaczki skandali, zbieraczki relacji, przekupki. Ludzie lubili informacje, lubili wiedzieć, lubili mieć poczucie władzy oraz przynależności do tych, co są ponad systemem, naiwnie licząc, że w tym ulotnym stanie pozostaną. Nieświadome obecności tajemniczego cienia kobiety trajkotały w najlepsze, uparcie i uciążliwie nie mając zamiaru wrócić do przybytku. Ze środka wydobywały się dźwięki hulaszcze, pijackie i w głównej mierze męskie głosy. Z uchylonych na piętrze okien niosły się lubieżne westchnienia oraz wniebowzięte wezwania do bóstw maści wszelkiej. Muzyka, o ile można tak nazwać skrzypienie zardzewiałych zawiasów, sączyła się wolno, leniwie, wbrew panującej wewnątrz frywolnej atmosferze. Niewykluczone, że to miejsce uchodziło za jedyne żywe w całym mieście tej nocy. Tej dziwnej, gęstej, wlewającej się w sam środek duszy nocy...
        — Czy baron la Georgette przyjął już tę dziewkę z Północy? — zapytała niższa kobieta zawistnym tonem.
        — Doszły mnie słuchy, że dziewczynę porwano dla okupu — W głosie drugiej nie szło usłyszeć współczucia. Prędzej satysfakcję. Niższa zaśmiała się gardłowo.
        — Ha! Już widzę, jak ten stary sknera wydaje swój majątek na jakąś przybłędę!
        Dalsza część historii pozostała nieznana. W tym momencie uwagę kobiet rozproszyli dwaj mężczyźni, od których biła woń samczej dominacji i buzującego testosteronu. Mając wiadome zamiary, zaprowadzili swoje zdobycze z powrotem do gospody, zatrzaskując za sobą drzwi.
        Powracająca cisza została przyjęta z ulgą i wytchnieniem. Mężczyzna w płaszczu odetchnął głęboko. Powietrze śmierdziało zgnilizną i dymem, zdawało się przeżerać siłą przez skórę, szarpiąc ostrymi zębiskami miękką tkankę.
        W oddali zawył pies.
        Droga ku górnemu pierścieniowi metropolii miała już przebiegać bez zbędnych przystanków, takie były w każdym razie plany, które jednak zaprzepaszczone zostały z winy chwilowego braku skupienia. Mężczyzna zatrzymał się, patrząc w ciemność.
        Ciemność odpowiedziała mu spojrzeniem.
        Złote ślepia poczęły wpatrywać się weń ostrzegawczo; słyszał cichy warkot wymieszany z oburzonym miauczeniem. Stał niewzruszony, utrzymując z monstrum kontakt wzrokowy. Rzucał mu wyzwanie. Podświadomość, którą kierowała inna część jego natury, nakazywała mu nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki, nie ustępować nikomu. Świadomość jednak dzielnie się broniła, choć niewystarczająco silnie. I tak we wnętrzu mężczyzny starły się dwie mentalności, różne jak dzień i noc. Wygrała ta druga, brutalnym nokautem powalając pierwszą.
        Kot ocierał się o długie nogi, a oczy śledziły każdy najmniejszy ruch. Krok w tył miał oznaczać brak samobójczych zamiarów, ale spojrzenie walczyło o dominację. Błysnęła czerwień, ledwie zauważalna dla oczu śmiertelników. Dzikość wezbrała w nim niczym woda w czasie przypływu. Pięści samoistnie się zacisnęły, ciało sprzeciwiało się instynktowi, nie chciało wykonać rozkazu wywołanego impulsem. Jeszcze jeden krok w tył.
        Chmury odsłoniły księżyc w nowiu. Zabłysły ślepia wilkołaka.
        Uderzenie serca później mężczyzna skinął bestii głową z szacunkiem. Wyczuwał szalejące w jej wnętrzu emocje. Rozumiał. Bardzo dobrze rozumiał. I czekał. Był cierpliwy.
        Do czasu.
Awatar użytkownika
Callisto
Czarny Kot
Posty: 396
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Złodziej , Skrytobójca , Wędrowiec
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Callisto »

        Thor nie patrzył w oczy zwykłego człowieka i wiedział to od razu. Niestety niewiele więcej. I nie chodziło nawet o to, że ludzie w takiej sytuacji uciekaliby przed nim z wrzaskiem, a ten tutaj stał spokojnie i mu się przyglądał. Chodziło o to, co miał w oczach. Wyzwanie. Odpowiedziałby na nie zawsze i wszędzie, ale nie teraz. Nie mógł. Musiał pilnować szczeniaka. To jednak czyniło z niego jeszcze bardziej niebezpiecznego przeciwnika, bo o ile swoje życie ratowałby ostatecznie ceną ucieczki, to gdy chodziło o Kelpie nie wycofałby się do samego końca.
        Starcie zdawało się nieuniknione, a napięcie między dwoma drapieżnikami tak silne, że najmniejszy bodziec mógł dać sygnał do walki.
        I na to wypadł kot. Thor wciąż nie wiedział, na ile dziewczyna rozumie w tej formie, co się wokół niej dzieje i czy jest to zwykły mały móżdżek zwierzęcia, czy chociaż półświadome zachowanie skrytej pod tą postacią Kelpie. Teraz mógł się przekonać, że za tymi zielonymi ślepiami nie było jednej inteligentnej myśli. Ignorując całe wiszące nad nią zagrożenie, kotka przemaszerowała kulawo kilka kroków i poczęła się łasić do kompletnie obcego nie-człowieka. Drobna czarna sylwetka niknęła w mroku, ale na grzbiecie, tuż przed ogonem, błyszczała mokra plama, wyglądająca jak zaschnięta krew i zlepiona sierść. Wciąż świeża rana.
        Wilkor wyszedłby z siebie i stanął obok, gdyby mógł. Skaranie z tym szczeniakiem. Nie słucha kompletnie. A wzmożony warkot wywołał drugi skutek, na nowo przyciągając spojrzenie wilka w stronę mężczyzny w płaszczu. Widział to spojrzenie. Widział zaciśnięte pięści. Widział dzikość, nagle znajomą, która postawiła mu sierść na grzbiecie. Już wiedział skąd kojarzy zapach.
        Wtedy wilkołak zrobił krok w tył. Kot miauknął z rozczarowaniem, postępując za cofającą się nogawką. Thor nie ruszył się z miejsca. Wciąż spięta sylwetka wydawała się jeszcze większa, przez sterczącą niemal pionowo sierść, ale zwierzę opuściło lekko łeb, czujnie przyglądając się przeciwnikowi. Kolejny krok w tył mężczyzny i wilkor podniósł łeb, oblizując pysk z nagromadzonej w warkocie śliny. Skradziono jego uwagę na tyle skutecznie, że nie śledził spojrzeniem plączącego się między nogami wilkołaka kota. Zamiast tego wpatrywał się w pochylającą się lekko głowę. Nie w geście uprzedzającym atak. Innym. Ludzkim. Widywał, jak ludzie tak robią przy Kelpie, znał ten gest.
        Warkot ucichł po kolejnym oblizaniu pyska, a sierść ułożyła się na grzbiecie. Bestia spojrzenie miała wciąż mordercze, ale poza tym jej mowa ciała nie groziła atakiem.
        Do czasu.
        - KELPIE! – wydarł się mentalnie, a ta w końcu spojrzała na niego, łapkami wspinając się już na czarny but. Dobrze. Rozumie. – Chodź tu!
        Kotka miauknęła cicho i bezczelnie obróciła się znów od wilka, przeciągając się ostrożnie na nogawce mężczyzny, sięgając zaledwie do łydki. Thor znów warknął cicho, ale dźwięk urwał się nagle, a basior postawił uszy. Coś go tknęło, ale nim zinterpretował przebłysk instynktu, było już za późno. Kot zniknął w czarnym dymie, który wzbił się wyżej, sięgając niemal ramion wilkołaka.
        Półelfka zacisnęła palce na połach płaszcza, które miała pod ręką, gdy ugięły się pod nią nogi. Dopiero wtedy dym opadł na tyle, by ukazała się płomiennowłosa czupryna i opalona skóra. Dużo skóry, nieprzerwanej nawet fragmentem materiału, nie licząc ziejącej na krzyżu czarnej rany, wciąż tchnącej chemikaliami.
        - Pomóż – szepnęła, nim palce rozluźniły się i dziewczyna straciła przytomność.
Awatar użytkownika
Smilingur
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Włóczęga , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Smilingur »

        Lubił koty. Sam dokarmiał kilka w swojej samotni na wzgórzu i żaden dotąd nie zdecydował się na aż tak zaangażowane spoufalanie się, jak ten tutaj. Zerkał co jakiś czas na bacznie obserwującego sytuację wilka, ale nie ruszał się. Nie sięgnął do kota, nie odtrącił go, nie kopnął ani nie pogłaskał. Po prostu stał i robił za żywy drapak.
        Do momentu, w którym na miejscu kota pojawiła się młoda kobieta, ściskająca kurczowo jego płaszcz. Była naga. Kiedy wyszeptała ledwie słyszalne słowa, w wyuczonym już odruchu zdjął z siebie narzutę, po czym zarzucił ją na ramiona elfki. Zauważył jej ranę, choć nie wywołała w nim jakichkolwiek emocji. Uznał, że skoro poprosiła o pomoc, to on tej pomocy udzieli. Bez głębszych przemyśleń, bez fanatycznego filozofowania. Nie zważając zatem na jej czworonożnego towarzysza, podniósł dziewczynę na tyle delikatnie, na ile umiał, a następnie prędkim krokiem skierował się do najlepszego medyka w mieście. Kluczył zwinnie między zaułkami, uliczkami i pomniejszymi dzielnicami, nie wypowiedziawszy nawet słowa, nie zająknąwszy się ani jedną sylabą. Był skupiony. Na celu, na drodze, na tym, by zbyt mocno nie potrząsać niesioną przez niego istotą. Omijał większe zapadliny w ścieżkach, omijał kałuże i błoto.
        U drzwi, nad którymi wisiał szyld ze skrzyżowanymi gałązkami bzu, pojawili się niedługo potem, mimo że mieli do przebycia pół miasta. Postawił elfkę, zarzuciwszy jej rękę na swoje ramię, aby się nie przewróciła, i zapukał w niemalowane drewno. Po dłuższej chwili usłyszeli szuranie kapci, a w następnej szczęk przekręcanego w zamku klucza. Przed nimi pojawił się człowiek w koszuli nocnej i szlafmycy, trzymający w dłoni zapaloną świecę.
        — Umieranie nocą nigdy nie wychodzi z mody — mruknął i ziewnął. — O co chodzi?
        Tajemniczy mężczyzna wcisnął mu do ręki mieszek pełen monet i wskazał na wspartą na nim rudowłosą kobietę.
        — Potrzebuje pomocy — rzekł beznamiętnie.
        Już miał przekazać dziewczynę w ręce mężczyzny, lecz napotkał opór. Bardzo uporczywy. Warknął z cicha, czując, jak wokół jego szyi zaciskają się niechciane ramiona. Przylgnęła do niego. Niczym mucha do lepa.
Awatar użytkownika
Callisto
Czarny Kot
Posty: 396
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Złodziej , Skrytobójca , Wędrowiec
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Callisto »

        Calli pod kocią postacią, jak dobrze podejrzewał Thor, nie błyszczała intelektem, zwłaszcza w obecnym stanie. Oczywiście zachowywała ostrożność i nieufność wobec ludzi, jak każdy dachowiec, ale gdy pod osłoną nocy ulice pustoszały, a wilkor chronił ją przed dzikimi psami, kotka robiła się dość pewna siebie. Spotkany tej nocy obcy pachniał zaś podobnie do jej towarzysza, więc zaszczyciła go swoją kocią obecnością, ocierając się o sznurowane buty.
        Swoich przemian nie kontrolowała, w najlepszym razie tylko kilka chwil wcześniej czując nadciągającą magicznie zmianę. Być może to dlatego uczepiła się nietypowego przechodnia, a może był to kompletny przypadek. Mimo to, gdyby była nieco bardziej przytomna, doceniłaby że mężczyzna złapał jej opadającą sylwetkę, zamiast odsunąć się i patrzeć jak uderza w bruk. Energii starczyło jej jednak tylko na wydukanie prośby o pomoc, a później wszystko się rozmazało.
        Wilkor ruszył w ich stronę, gdy tylko ruda czupryna wyłoniła się z kłębów magicznego dymu, ale pomimo okazjonalnych i ostrzegawczych warkotów wykonał tylko ostrożne okrążenie wokół obcego i półelfki, obserwując jak wilkołak narzuca na Kelpie płaszcz i bierze ją na ręce, a później niechętnie ruszył za nim. Słyszał, że dziewczyna prosiła o pomoc i chwilowo niestety nie miał lepszego pomysłu, jak pozwolić obcemu zaopiekować się jego przyjaciółką. Na interwencję zawsze znajdzie czas. Z tyłu obserwował tylko płomiennorude włosy, zwisające z jednej strony, i gołe łydki z drugiej. Rozglądał się czujnie po ulicy, ale nie znał znaczenia szyldów i kierował się tylko zapachem, więc liczył, że zorientuje się, gdyby minęli uzdrowiciela. U nich zawsze capiło okrutnie.

        Thor kroczył więc za nimi, jak upiorny cień; obraz wyjątkowo prawdziwy, jeśli ktoś znał tożsamość wilkołaka. Calli zaś ocknęła się dopiero, gdy zmieniła pozycję, a jej głowa opadła lekko na ramię mężczyzny, który stawiał ją ostrożnie na ziemi. Znała go? Pachniał znajomo.
        Krzątanina przy drzwiach i nagłe światło wypadające zza uchylonych drzwi zwróciło jej uwagę, ale ledwo miała siłę unieść powieki, więc szybko się poddała. Czuła obecność Thora, więc była bezpieczna. Właśnie, to był on. Ale od kiedy umiał przybierać ludzką postać? No i był bardzo chudy.
        - Thor – mruknęła, trzymając się mocniej jego szyi, gdy poczuła, że traci równowagę. Dlaczego ją odpychał? Przecież widział, że potrzebuje jego pomocy. Co za uparty wilk.
        Uparty wilk warknął z niezadowoleniem za plecami bruneta, widząc że Kelpie pogubiła klepki od tej gorączki. Znowu pachniała ciepłem, mimo że jako kot wydawała się czuć lepiej. Czemu znowu ją przemieniło? Skaranie. Zirytowany popchnął bruneta łbem, by weszli już do środka, bo on chce odzyskać przytomną Kelpie.
        - No już, niech pan wchodzi – uzdrowiciel machnął dłonią na gościa, opacznie rozumiejąc jego zachwianie się na progu. Zszedł z drogi, człapiąc w głąb izby, by pozapalać świece i tylko przez ramię instruując przybysza, by zamknął za sobą drzwi. Tym jednak się Thor, tylną łapą waląc w skrzydło, aż trzasnęło we framugę a zamek zaskoczył. Uzdrowiciel zaklął pod nosem, ale nie zwrócił brunetowi uwagi, oczyszczając stół i wskazując go gestem. Do tej pory jeszcze nie wiedział, czego się spodziewać, ale gdy zobaczył czarną plamę na plecach dziewczyny zaklął znowu, w pośpiechu szukając okularów, które za oprawki wisiały mu na łańcuszku na szyi.
        - Też macie dzieciaki zabawy – sarknął, obrzucając wzrokiem nagą sylwetkę, a później zerkając znad szkieł na bruneta.
        W końcu jednak uznał, że to nie jego sprawa, zmarszczył nos i obszedł stół, zgarniając z pobliskiej szafki kilka narzędzi i jakiś ręcznik kuchenny, który z przyzwoitości położył dziewczynie na pośladkach. Pochylił się nad pacjentką, robiąc krok z boku na bok, jakby chciał zajrzeć do środka rany, bez dotykania jej. Wkrótce okazało się dlaczego, bo w momencie, w którym sięgnął drewnianym patyczkiem w głąb tkanki, dziewczyna szarpnęła się i jęknęła w stół. Skryty do tej pory w cieniu Thor podniósł się i warknął ostrzegawczo, a medyk dopiero teraz dostrzegł wilkora i wrzasnął cienko, cofając się z takim impetem, że wpadł na swoją szafkę z medykamentami.
        - Co to jest, na bogów?! Potwór! – kwiknął, w akompaniamencie powarkiwań basiora, który rzucił gdzieś rzeczy Kelpie i teraz podszedł do stołu, opierając łeb na barku dziewczyny. Ciężar utrzymał i uspokoił półelfkę, która najwyraźniej znowu odpłynęła. Złote ślepia natomiast pilnowały uzdrowiciela, który chwilowo nie przedstawiał dla wilka żadnej wartości i mógłby się wziąć do roboty. Poza tym, wilkołaka od potwora nie wyzwał, a przecież ten stał obok. Ludzie są dziwni.
        Zrozumiał jednak, że uzdrowiciel się go boi (i słusznie), więc nie warczał już i usiadł spokojnie przy stole, łeb wciąż trzymając na barku półelfki. Nie wiedział, jak inaczej pokazać, że się stąd nie rusza, a Kelpie mówiła, że zastraszanie takich ludzi nie działa, bo wtedy przestają cokolwiek robić, zamiast być posłuszni. Więc nie straszył i czekał, aż staruch weźmie się w garść. Chwilę to trwało.

        - Późno pan przyszedł. Chemikalia przeżarły się do mięśni, cud że nie na wylot – mamrotał z niezadowoleniem pod nosem, już ostrożniej obchodząc się z rudowłosą. Nie przestawał jednak wąchać rany, a niezadowolenie malujące się na jego twarzy tylko się pogłębiało.
        - Czuć już prawie tylko paloną skórę. Wie pan, co to było? Jakie chemikalia? Jest alchemiczką? Nad czym pracowała? – zarzucił bruneta pytaniami, jednocześnie przetrząsając szklaną gablotkę z opisanymi krzywym pismem fiolkami.
        - Zaraza – mruknął, biorąc w końcu dwie buteleczki i wracając do stołu. – Wygląda trochę, jak obrażenia po palonym wapnie… Mogę spróbować zneutralizować je kwasem, ale alchemikiem nie jestem. Zdaje się, że jej organizm i tak sam sobie radzi, twarda sztuka – mruknął jeszcze, spoglądając nagle na pilnującego dziewczyny wilka. Może nieludź jaki z niej? Elfka może? Uszu nie widział, no i trochę niska…
        - Niech pan przytrzyma koleżankę. Nie będzie tak bolało, jak wcześniej, ale przyjemne też nie będzie.
Awatar użytkownika
Smilingur
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Włóczęga , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Smilingur »

        Nie reagował na przytyki medyka. Nikt z zebranych nie umiał sobie wyobrazić, jak bardzo nie chciał tu być. Tylko resztki marnej przyzwoitości nakazywały mu poczekać, aż sytuacja się uspokoi. Wówczas wyjdzie. Bez pożegnania. Wiedział, że wilk czający się w cieniu nie wypuściłby go teraz, gdy już znalazł sobie pachoła. Łypnął na niego kątem oka. Cholerny stróż. Przeniósł wzrok na nieprzytomną dziewczynę akurat w momencie demonstracji jej agonii. Cofnął się jedynie, by ustąpić miejsca zaabsorbowanemu mężczyźnie. Wtedy ten krzyknął i wpadł plecami na regał.
        — To nie jest moje — odparł jak zawsze beznamiętnym tonem, natychmiast odcinając się od przypuszczeń co do jego powiązań ze zwierzem.
        Obserwował wilka uważnie, nie spuszczając głowy. Bestia musiała być bardzo przywiązana do rannej, skoro z takim afektem ukazała swoją pozycję wobec niej. Z pewnością była rozumna. A od medyka wyczuwał strach. Paniczny. Nagle mężczyzna stał się ostrożniejszy, z większą precyzją wykonywał ruchy, może nawet powolnie. Co jakiś czas zerkał na zwierza, jakby obawiał się, że ten zaraz ruszy do ataku. Prawdopodobnie gdyby zrobił choć jeden niepożądany ruch...
        — Późno pan przyszedł — usłyszał. Nie zareagował.
        Medyk mówił dalej, zalewał go gradem pytań, jakby z góry założył, że chłopak znał ranną.
        — Nie — odpowiedział jednocześnie na wszystkie pytania.
        Mężczyzna nie przestawał gadać. Wyrażał niezadowolenie, ubolewanie i rozkładał ręce, starając się wykorzystać to, co miał pod ręką. Ale to nie wystarczało. Przynajmniej według medyka. Szukał egzotycznego specyfiku, a rozwiązanie miał w kuchni. Dobrze myślał o kwasie, ale skoro i tak już niewiele mogło pomóc dziewczynie, wystarczył ten najzwyklejszy i najbardziej pospolity.
        — Ocet — powiedział nagle bez entuzjazmu.
        — Słucham? — Medyk spojrzał na niego znad rannej i zza okularów.
        — Ocet. Taki z jabłek.
        Mężczyzna popukał się palcem w nos.
        — No oczywiście! Ocet!
        Zniknął za drzwiami. Z kuchni dochodziły odgłosy przestawianego szkła, przekładanych garnków i jakichś szklanek. Jedna chyba się pobiła. Soczyste przekleństwo to potwierdziło. Hałasy ustąpiły dopiero po kilku minutach. Medyk wyszedł z kuchni zwycięski, dzierżąc z dumą wysoko nad głową butelkę. Nakazał przytrzymać elfkę. Chłopak zrobił to bez większej energii; przytrzymał ją za barki, łypnął podejrzliwie w stronę wilka. Skinął medykowi głową na znak, że jest gotowy. Mężczyzna odkorkował butelkę.
Awatar użytkownika
Callisto
Czarny Kot
Posty: 396
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Złodziej , Skrytobójca , Wędrowiec
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Callisto »

        Thor obserwował wszystko już znad ramienia Kelpie. Wilkołak w ludzkiej postaci i śmierdzący ziołami stary człowiek. Że też ona się zawsze musi w coś wpakować. Słów mężczyzn nie rozumiał. Nie podobał mu się ton przeklętego, ale to starzec częściej zarabiał groźne wilcze spojrzenia i powarkiwania. Basior jednak nie urodził się wczoraj; wiedział, że leczenie może boleć. Jak wyciąganie kolca z łapy, tylko pewnie gorzej. Więc chociaż za pierwszym razem, gdy półelfka szarpnęła się na stole, zareagował ostro, teraz wyczuł atmosferę napięcia, gdy starzec nachylał się z fiolką nad raną Kelpie. Wilk mruknął coś i schował nos w szyi przyjaciółki, starając się ignorować pojawiające się ręce wilkołaka. Przytrzymuje ją. Będzie ją boleć.
        Callisto z nieprzytomnego stanu wyrwało rozlewające się na plecach gorąco. Zachłysnęła się nagle, próbując poderwać, ale coś przytrzymywało ją za barki. Wierzgnęła nogą, ktoś zaklął, a po jej plecach popłynęła kolejna fala płomieni sprawiając, że elfka zacisnęła palce na tym, co miała pod ręką – futrze Thora. Wilkor zaskomlał cicho i polizał ją po policzku.
        - Nie ruszaj się, zaraz będzie po wszystkim – powiedział, próbując ją uspokoić i niestety poniekąd czując jej ból, gdy znalazł się w jej głowie. Dziewczyna mruknęła coś niewyraźnie, wciąż mając problem ze skleceniem kilku słów, nawet we własnych myślach.
        - Już – usłyszała, tym razem gdzieś nad sobą. Nie wiedziała gdzie jest, ani co się dzieje. Ostatnie, co pamięta to jezioro i ten cholerny ból.
        - Thor – mruknęła jednocześnie na głos i w myślach, a wilkor znowu polizał ją po twarzy. Po chwili cofnął pysk, szukając spojrzenia elfki i sapnął, widząc znów zamknięte oczy.
        - Kelpie? – zawołał, trącając ją nosem, ale głowa dziewczyny potoczyła się na bok.

        - Trzeba obserwować, jak goi się rana i czy nie ma za wysokiej gorączki– powiedział medyk, pocierając czoło i spoglądając na bruneta. – Zabandażuję ją lekko, ale jeśli będzie leżała, to najlepiej gdyby rana była odsłonięta – instruował, sprzątając stanowisko. – Jeśli coś by się działo to może pan wrócić, ale powinno być dobrze. Niech odpoczywa.
        Uzdrowiciel poprawił okulary na nosie i jak obiecał, wyciągnął opatrunki, ostrożnie oczyszczając i bandażując leczone miejsce. Co jakiś czas wzrok mu uciekał w stronę wielkiej bestii, ale wilkor już się nim nie interesował.
        Półelfka nie ocknęła się już, nawet lekko podnoszona, gdy bandażowano ją w pasie i biodrach.
        - Dam panu maść, ale smarować dopiero jak się rana zagoi. To już na to by nie została blizna. No… by została jak najmniejsza. Ślad będzie na pewno – powiedział medyk i przekazał brunetowi słoiczek.
        Nie był na tyle nieuprzejmy, by powiedzieć mu wprost, żeby ruszał już we własną stronę, ale byłoby dobrze, gdyby udało mu się pozbyć dziewczyny ze stołu, zanim jego żona się obudzi.
Awatar użytkownika
Smilingur
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Włóczęga , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Smilingur »

        Słuchał. I choć naszła go ochota na wyrzucenie człowieka przez okno, stał sztywno pod ścianą i nie ruszał się. Z wypowiedzi medyka wywnioskował, że został potraktowany jako dobry znajomy rannej, i że zajmie się nią w sposób adekwatny do sytuacji. Czyli weźmie pod swój dach. Czyli naruszy własne zasady dla kobiety, której nie znał. Czyli wpuści ją do domu, do którego wstęp ma tylko on sam. To było nader niedorzeczne. Splótł dłonie za plecami, poruszył nerwowo palcami.
        — Zostanie tutaj — oznajmił stanowczo.
        Medyk popatrzył na niego z uniesionymi brwiami. „To nie była sugestia”, pomyślał, wwiercając się spojrzeniem w oczy uczonego. Mierzyli się wzrokiem przez dłuższą chwilę, wypełniając atmosferę gęstym napięciem. Wypalające się powoli świece rzucały krzywe cienie na meble, złowieszczo tańczyły na ścianach. Cisza mąciła i wdzierała się do uszu, jakby znajdowali się głęboko pod wodą. W końcu medyk odetchnął.
        — Nie może tu zostać.
        — Owszem, może — wycedził przez zęby chłopak, zaciskając za plecami pięści.
        Cofnął się w następnym momencie o krok, napotkał na swojej drodze ścianę. Westchnął ciężko, głęboko, przymknął oczy, dopuszczając do głosu humanitarną naturę. Opanował się na tyle, by posłuchać głosu rozsądku, a nie wilkołaczej żądzy mordu. Niewygoda, jaką mu sprawiała świadomość przymusowej opieki nad nieznajomą, oraz fakt, że medyk nie pozostawiał mu wyboru były bliskie stłamszenia jego poczucia bezpieczeństwa i zatarcia strefy komfortu. A od tego był już tylko krok do tragedii. Popatrzył na zwierza pilnującego ciała poszkodowanej. Doskonale wiedział, że bestia wyczuwała najsubtelniejsze zmiany w podejściu rozmówcy. Jeżeli poczuje się zagrożone, a co gorsza — jeżeli to dziewczyna będzie zagrożona — ruszy do ataku. Temu Smilingur chciał zapobiec. Nie ze względu na medyka, ranną, czy zwierza, a wyłącznie ze względu na siebie. Jeżeliby wilk zaatakował, on musiałby się bronić, a żeby się bronić, zmuszony byłby użyć siły, a w ferworze walki nie byłby w stanie opanować wilkołaczego pragnienia krwi.
        Przez otwarte okno wdarł się wiatr, wyjąc jak dusza potępiona. Medyk wzdrygnął się, nie wiadomo, czy z zimna, czy ze strachu. Fakt faktem, stał w samej koszuli nocnej. Chęć zapobiegnięcia konfliktowi okazała się silniejsza od odizolowania się w swojej samotni na wzgórzu, dlatego z ogromnym oporem podszedł do kąta izby.
        — Trzeba ją ubrać — rzucił tak marudnie, że żyć się odechciewało.
        Medyk natychmiast zerwał się, by pomóc chłopakowi przy odziewaniu dziewczyny. Kiedy on starał się robić to najdelikatniej jak potrafił, Smilingur nie cackał się z konwenansami i nie rumienił, gdy widział odsłonięte piersi rannej lub wewnętrzną stronę jednego z ud. Jej nagość już dawno przyjął do wiadomości. Jedyne, na co uważał, to rana na plecach, teraz ukryta pod bandażem.
        Wziął dziewczynę na ręce, jakby stanowiło to dla niego jedynie formalność. Dla niego ważyła tyle co piórko unoszone przez podmuch letniej bryzy. Skierował się do wyjścia, nie rzuciwszy nawet zwykłego „do widzenia”, bo o dziękowaniu, w jego przypadku, nie było mowy. Usłyszał za sobą jedynie prychnięcie i wysyczone jadowicie „dobranoc”, a zaraz potem trzaśnięcie drzwiami. Nie zawracał sobie tym głowy.
        Przeszedł kilka kroków, rozbryzgując dookoła błoto, które zostawiło również ślad na jego butach. Popatrzył na niebo. Gwiazdy przysłonił gęsty dym, w powietrzu czuć było siarkę i nutę uryny. Uroki miasta. Jeszcze tylko jedno miejsce, powtarzał sobie. Wiedział jednak, że gdy wróci do domu, nie będzie w nim sam. I to go kłuło jak drzazga w stopę.
Awatar użytkownika
Callisto
Czarny Kot
Posty: 396
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Złodziej , Skrytobójca , Wędrowiec
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Callisto »

        Od chwili, w której uzdrowiciel i wilkołak zaczęli dyskutować nad nieprzytomną półelfką, Thor chodził wokół nich i wokół stołu z najeżoną sierścią, i tylko nietypowa dla zwierzęcia inteligencja, nadana mu z długowiecznością, sprawiała, że nie warczał i nie atakował mężczyzn, których nie umiał przestać postrzegać, jako zagrożenie. A przynajmniej bestia wciąż takim dla niego była. Cuchnący strachem i ziołami starszy człowiek szybko stracił zainteresowanie basiora. W końcu Kelpie ubrano, a mężczyzna w płaszczu wziął ją na ręce, kierując się do wyjścia, nieustannie ciągnąc za sobą wilczy cień.
        Thor przemierzał uliczki stąpając cicho za wilkołakiem i nie spuszczając wzroku z przewieszonej przez jego ręce Kelpie. W ogóle nie dbał już o to, czy ktoś z miasta go dostrzeże. I tak zwykle ukrywał się na prośbę dziewczyny, a ta nie była teraz ani w stanie, ani pozycji do wymagania od niego czegokolwiek. Półelfka początkowo zwisała bezwładnie i dopiero po jakimś czasie wilkor postawił uszy, widząc że się przebudza.
        Calli z trudem podniosła głowę i oparła ją zaraz o coś miękkiego, by się tak nie chybotała. Znowu pachniało wilkiem. Otworzyła oczy, spoglądając z roztargnieniem na profil ciemnowłosego mężczyzny.
        - Thor? – mruknęła pytająco, przesuwając głowę po miękkim płaszczu.
        - Tu jestem, ty durny szczeniaku! – rozległ się warkot i półelfka zmarszczyła brwi, rozglądając się niepewnie. Rosnący nagle warkot zwrócił w końcu jej uwagę we właściwym kierunku i dziewczyna przesunęła głowę, zerkając ponad ramieniem bruneta na swojego przyjaciela.
        - Cześć – rzuciła beztrosko, zupełnie nie kontrolując sposobu komunikacji i odzywając się jednocześnie na głos i mentalnie.
        Widok Thora ją uspokajał. To, że basior w tej chwili emanował dziką furią i miotał groźby śmierci w męczarniach niespecjalnie ją poruszyło. Nic nadzwyczajnego. Tylko… skoro on był tam…
        Rudowłosa głowa obróciła się znowu i Callisto wbiła spojrzenie w bruneta. A później zerknęła krótko na siebie i znów się rozejrzała, dopiero w tym momencie orientując się, że była niesiona na rękach. Zielone oczy znowu wróciły do twarzy mężczyzny.
        - Kim jesteś? – zapytała z pełnym spokojem, zwyczajnie płynąc w tej chwili z prądem wydarzeń.
        Ostatnie co pamiętała to… jezioro. A później mnóstwo obrazów i dźwięków, nie łączących się w żadną historię i tylko przyprawiających ją o ból głowy. Jęknęła cicho, podnosząc rękę do twarzy i instynktownie dotknęła swojego czoła. Miała gorączkę. To od tej rany. Cholera, jak to bolało.
        - Plecy mnie bolą – poinformowała marudnie wilka, a ten sapnął cicho, pozbywając się większej części złości.
        - Jesteś ranna. Ten tu zabrał cię do ludzkiego medyka – odparł basior, wskazując pogardliwie łbem na człowieka. – To nie człowiek – dodał ostro, słysząc jej myśli. – To wilkołak.
        - Wilkołak? – powtórzyła, spoglądając na bruneta. – Znaliśmy kiedyś wilkołaka. Pamiętasz? Skręcił łapę.
        Thor znowu warknął głucho. Bredziła. To znaczy miała rację, ale ewidentnie nie doszła do siebie. I chociaż cholernie mu się nie podobało, że spędzają kolejną chwilę w towarzystwie tej bestii, to przynajmniej opiekował się Kelpie. Niechętnie, czuł to, ale to nie miało znaczenia.
        - Możesz się przemienić znowu w kota? Tak byłoby lepiej. Zabrałbym cię stąd – zapytał basior z nadzieją, ale Calli pokręciła przecząco głową. Nie umiała tego kontrolować i oboje to wiedzieli, ale wilk musiał się martwić, skoro i tak pytał.
        - Dziękuję za pomoc. – Półelfka odezwała się w końcu nieco przytomniej, już nie tylko spoglądając bezmyślnie w stronę bruneta, ale wreszcie jakby w pełni rejestrując jego obecność.
Awatar użytkownika
Smilingur
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 6 miesiące temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Włóczęga , Alchemik
Kontakt:

Post autor: Smilingur »

        Noc przerzedzała się z każdym kolejnym krokiem. W bogatszych rejonach Teravis zapalano więcej latarni i pochodni, dlatego mrok ustępował tutaj ciepłemu światłu sączącemu się leniwie spomiędzy budynków. W tej części miasta rzadkim był widok sponiewieranych ciał leżących bez przytomności w błocie. Tutaj mieszkała szlachta, oni poniewierali się po karczemnych podłogach, upojeni drogim winem i jeszcze droższą wódką. Przechodził właśnie obok takiego przybytku, przez którego drzwi wejściowe wypadła rozchichotana dama z dekoltem do pępka i soczystym pąsem na bladych policzkach. Zaśmiała się piskliwie na widok antypatycznego młodzieńca z kobietą w ramionach, po czym zniknęła za rogiem w akompaniamencie odgłosów zwracania alkoholu. Młodzieniec prychnął z pogardą.
        Usłyszał ciche mamrotanie, lecz postanowił je zignorować, bo nie było skierowane do niego. Beztroski ton dziewczyny po chwili wyrwał go z następnego zamyślenia, któremu właśnie się oddawał, a które musiał porzucić na rzecz usłyszenia pytania rannej. Kim był? Trudno odpowiedzieć na takie pytanie i to w takich okolicznościach. Zwłaszcza obcej osobie. Nie czuł się w obowiązku spoufalania z tą dziewczyną i nie musiał się jej zwierzać ze wszystkiego. Po chwili zaczęła mówić. Przewrócił oczami. Fakt, że jakimś magicznym sposobem dowiedziała się o jego ukrytej naturze niespecjalnie go ruszył. Ruszyły go dopiero kolejne słowa, te o wilkołaku, którego kiedyś spotkali i którym się zaopiekowali. Odruchowo podrzucił dziewczę, choć nie stanowiła ona dla niego żadnego ciężaru. Zrobił to, by się przymknęła. Nie chciało mu się słuchać historii o ratowaniu wilkołaka. Jeszcze tego brakowało, by, nie daj Prasmoku, litowano się nad nim. Nie potrzebował niczyjego współczucia, nie chciał go. Dobrze, że dziewczyna zamilkła.
        Ku niezadowoleniu chłopaka, ten stan nie trwał długo. Podziękowała mu. Nie żeby nie miał ochoty jej zostawić u tamtego medyka... Albo w ogóle zostawić.
        — Mhm. — Tylko na tyle się zdobył, bo na więcej nie miał ochoty.
        Powoli zaczynały mu się już oczy zamykać, przez co stał się jeszcze bardziej socjopatyczny. Chciał teraz po prostu załatwić to, co miał do załatwienia w mieście i pójść spać. Wątpił jednak, żeby mu się to tej nocy udało. Zerknął kątem oka przez ramię na podążającego za nim wilka, wbijającego wzrok w ranną. Przypałętali się jedno z drugim, jasna cholera, i teraz miał oboje na głowie, choć wcale tego nie planował. W ogóle nie miał w planach integrowania się z kimkolwiek poza alchemikiem, któremu zamierzał złożyć wizytę.
        Pod pracownię dotarł w ponurym humorze. Zatrzymał się przed wąskimi drzwiami, po czym skierował wzrok na twarz półprzytomnej dziewczyny. Bez zbędnych wyjaśnień zadudnił ubłoconym buciorem, udając, że nie słyszy cichego warkotu zwierza za sobą. Po chwili otworzyła mu kobieta, elfka z rozległą blizną po poparzeniu na twarzy. Zlustrowała przybysza, uniosła brew, ten zaś wlepił w nią bezemocjonalne spojrzenie, dając do zrozumienia, że nie chce mu się dłużej tak stać. Skinęła tylko głową i wpuściła ich do środka.
        — Zwykle nie przyjmuję klientów po godzinach — rzekła, zamykając drzwi.
        — Zwykle nie przynoszę do cudzego domu zwłok — odparł, po czym położył dziewczynę przy ścianie, a widząc dezaprobatę na twarzy alchemiczki, dodał: — Im szybciej dostanę swoje zamówienie, tym prędzej stąd wyjdziemy.
        Kobieta jedynie westchnęła, a następnie odwróciła się i zaprosiła go do salonu, gdzie nakazała mu gestem usiąść na jednym z krzeseł. Zniknęła za rogiem. Nawet nie skusił się o zerknięcie, czy ranna towarzyszka w ogóle żyje. Spiął się nieco, prostował i zginał palce prawej dłoni, lewą zaciskając na krawędzi krzesła. Nie lubił przebywać nie u siebie, czuł się odkryty na niepożądane interakcje, natychmiast wyostrzyły mu się wszystkie zmysły, wychwytując najsubtelniejsze odstępstwa od normy. Drgnął, gdy wilk uwalił się ciężko obok rannej. Nie zaszczycił ich spojrzeniem. Czekał niecierpliwie na powrót alchemiczki. Wróciła niedługo później, w dłoni trzymając fiolkę z przezroczystym płynem.
        — Płyn mózgowo-rdzeniowy Irmisa, zgodnie z życzeniem — powiedziała, oddając chłopakowi fiolkę. — Niełatwo było sukinsyna dorwać.
        — Mówiłem — mruknął, wstając i chowając fiolkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
        — Nie sądziłam, że złożę kiedyś zamówienie na tak rzadki składnik. Do czego ci on potrzebny?
        — Dzięki za pomoc — zbył elfkę, wychodząc z salonu.
        Podniósł bezpardonowo dziewczynę, nacisnął łokciem klamkę i w chwilę później cała trójka zniknęła w mrokach śpiącego miasta.
Awatar użytkownika
Callisto
Czarny Kot
Posty: 396
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Złodziej , Skrytobójca , Wędrowiec
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Callisto »

        Callisto czekała chwilę na odpowiedź, ale gdy brunet się nie odzywał znowu lekko odpłynęła myślami, aktualnie nie będąc pewna, czy mężczyzna się nie przedstawił, czy przeleciało jej to po prostu nad głową. Zamieniła kilka słów z Thorem, ciesząc się, że go widzi, ale nie mając siły nawet utrzymać pionu, opierała wciąż skroń na ramieniu wilkołaka.
        Właśnie. Wilkołak. Skąd się tu wziął?
        Cichy pomruk w odpowiedzi na jej podziękowania na moment przyciągnął zielone spojrzenie, ale po chwili elfka znów przymknęła oczy, odpływając w sen.
        Ciężko powiedzieć czy dziewczyna przysypiała i się przebudzała, czy raczej traciła i odzyskiwała przytomność. Nie odzywała się już więcej, a wilkor za plecami mężczyzny przestał powarkiwać, wciąż jednak podążając za nim krok w krok. Nic nie robił sobie z jaśniejących blaskiem latarni ulic, ani tego, że ktoś mógł go zobaczyć, zamykając najkrótszy na świecie, wciąż jednak całkiem dziwny pochód.Zatrzymał się w tym samym momencie co wilkołak i uniósł łeb, próbując coś wywęszyć. Dopiero wtedy powróciło niezadowolone powarkiwanie, gdy w nozdrza basiora uderzyły chemikalia. Jego futro zjeżyło się, a niespokojny umysł próbował dobić się do głowy Callisto, ale ta akurat ten moment postanowiła przespać.
        Warkot wzmógł się, gdy wilkołak „zapukał” do drzwi. Thor był inteligentny, ale nie aż tak logiczny, by tłumaczyć sobie, że mężczyzna nie niósłby Kelpie do medyka tylko po to, by później znów zrobić jej krzywdę. Skupiał się na tym, że czuł podobnie ostre wonie jak te, którymi śmierdziała rana półelfki, wiążąc to bezpośrednio z jej zagrożeniem.
        Drzwi się otworzyły i basior łypnął zza wilkołaka, przyglądając się elfce z poparzeniem na twarzy. Warkot ucichł na chwilę, a Thor rozważał możliwość, że bestia przyprowadziła tu Kelpie, bo tu są ofiary takich ran. Wymiany zdań znów nie rozumiał. Zazwyczaj podsłuchiwał przez głowę przyjaciółki, ale gdy ona była nieprzytomna, ludzki język był tylko niezrozumiałym szelestem.
        Oczywiście władował się do domostwa za wilkołakiem, rozglądając krótko, a później obserwując jak bestia kładzie Kelpie na ziemi. Wtedy stracił zainteresowanie otoczeniem i podszedł do rudej, trącając ją nosem w twarz.
        - Wstawaj, szczeniaku – mruknął, uparcie próbując ocucić towarzyszkę, ale bezskutecznie. Opadł więc obok niej z ciężkim sapnięciem, bokiem ciała tuląc się do półelfki, a pysk układając płasko na deskach domostwa. Nie spuszczał jednak żółtych ślepi z wilkołaka, czując jego dyskomfort i nie mogąc zrozumieć jego źródła. Udzielał mu się jednak jego niepokój, więc mimo pozornie zrelaksowanej pozycji, Thor obserwował wszystko uważnie, wyłapując zbliżające się kroki jeszcze zanim powracająca elfka ukazała się w drzwiach. Znów jakieś słowa, wymiana i wilkołak wstał, zmierzając w ich stronę.
        Basior do ostatniej chwili łypał na niego podejrzliwie, ale jednocześnie podniósł się ciężko, pozwalając ciemnowłosemu zbliżyć się do Kelpie. Pazury zachrobotały na deskach, a ogon zaszurał po ścianie, gdy wilk obracał wielkie cielsko w stronę wyjścia, kontynuując podążanie za wilkołakiem i rudowłosą.

        Callisto ocknęła się znowu dopiero za miastem, jak gdyby otulająca ją ciemność wywołała przebudzenie przyzwyczajonej do światła świadomości. Jednostajne wstrząsy też stały się mniej regularne i półelfka otworzyła w końcu z trudem oczy, przebijając wzrokiem ciemność. Znajomy profil już jej nie zaskoczył, podobnie jak zdawała sobie sprawę, że nie jest to jej przyjaciel w ludzkiej postaci. Przyjazna obecność musnęła lekko jej umysł, jak gdyby Thor mentalnie szturchał ją nosem.
        - Witaj wśród żywych, szczeniaku – mruknął, a złote ślepia błysnęły w ciemnościach, gdy Calli spojrzała na basiora nad ramieniem bruneta. Później to właśnie do mężczyzny wróciła jej uwaga.
        - Nie powiedziałeś mi jak masz na imię – powiedziała, chociaż nie był to wyrzut, ale raczej przypomnienie sobie czegoś na głos. – Ja jestem Callisto, a ty? – przedstawiła się, dla przełamania lodów i dlatego, że mężczyzna wciąż nią niósł. Może była staroświecka, ale uważała, że wówczas wypada się przedstawić.
        - Gdzie jesteśmy? – dopytała jeszcze, rozglądając się po pogrążonym w ciemności gościńcu.
        - Wyszliśmy z miasta.
        - Teravis? – dopytała Kelpie mentalnie.
        Wilk mruknął z aprobatą, że udało jej się opanować rozmowę z nim, ale jednocześnie rozpoznała niewiadomą, która oznaczała, że basior jak zwykle nie przywiązywał uwagi do nazw miast, w których się zatrzymywali lub które mijali. Dobrze, że jej imię pamiętał, chociaż na dobrą sprawę i tak używał tylko jej przezwiska, które sam jej nadał, więc nie wiedziała czy to zaliczyć do postępów. Wszyscy inni mieli swoje własne określenia, które nadawał im basior, podobnie jak nieznane mu miejsca i przedmioty. I chociaż czasem sprawiało to problemy, było wystarczająco zabawne, by Kelpie nie narzekała.
        Tym razem, przeczesując umysł basiora, by nadrobić to, co przespała, odkryła że chociaż jej nowy ciemnowłosy znajomy znajduje się u Thora pod hasłami „Wilkołak” i „Bestia” to podejrzliwy wilkor dał mu całkiem spory margines zaufania, ograniczając się do podążania za nim i rzucania tylko warkotliwych gróźb.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Teravis”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości