Na'Zahir[Trakt] Obowiązki wzywają

Orientalne miasto na wschodnim krańcu Wielkiej Pustyni Słońca, słynące z eksportu płytek ceramicznych, niebieskiego barwnika oraz egzotycznych roślin i zwierząt. Zamieszkiwane przez ludzi, pustynne elfy i leonidów, rzadko odwiedzane przez turystów, jednak wyjątkowo dla nich gościnne, chociaż jak każde posiada bardziej niebezpieczne dzielnice.
Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 56
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen »

Talen spał lekkim snem. Nie słuchał jednak rozmowy Sadika i Mai. Mało go obchodziło o czym pieprzyli. Był zmęczony i zły na cały świat, chociaż wycieczka do ich poprzedniego obozu i powrót trochę go uspokoiła. Nie myślał zbyt wiele, po prostu leżał i odpoczywał. Przez pewien czas przeszkadzały mu głosy, które dochodziły od strony ogniska, ale w końcu nawet to przestało mieć znaczenie. Nie wiedział ile spał, ale kiedy Sadik go obudził była jeszcze noc. Podniósł wielki, czarny łeb i spojrzał na mężczyznę. I on niby był strażnikiem? "Takie to marne jakieś, takie zniewieściałe", przeszło mu przez myśl. Talen wstał. Przeciągnął się leniwie, ziewnął i zamruczał. Jego ogon falował w powietrzu. Nie przemienił się, nie tak od razu. Poczłapał w stronę ogniska w postaci pantery. Jego szerokie łapy połamały kilka gałązek, na które stąpnął. Usiadł niedaleko ognia w kociej postaci i spojrzał żółtymi oczami na Maię. Kiedy spała była nawet znośna. Nie trzeba było słuchać jej patetycznych mów, ani w ogóle niczego co wychodziło z tych jej małych usteczek. Nie, nie, kiedy tak leżała i nic nie mówiła można było myśleć o niej zupełnie inaczej. Była drobna, spokojna i trzeba rzec, że nawet urodziwa. Jakoś wcześniej tego nie zauważył, bo kiedy otwierała gębę to nawet gdyby miała koronę na głowię i kieckę na dupie doprowadzałaby go do szału. Przeciągnął się raz jeszcze i tym razem spojrzał w stronę Sadika, który układał się do snu. Potem rozejrzał się po otoczeniu. Las był cichy i spokojny. Żadnych niepokojących dźwięków. Przez pewien czas siedział w zwierzęcej postaci, ale kiedy ognisko zaczęło przygasać przemienił się i dołożył do niego kilka gałęzi.

Napar z mięty był zimny i niesmaczny, ale nie chciał oddalać się od obozowiska i iść nad strumień, żeby się napić, w jego bukłakach nie została już woda, a w rzeczach Sadika grzebać nie chciał. Zjadł to co mu zostawiono, ale bez większego przekonania. Miał wisielczy humor. Godziny mijały zaskakująco powoli. Jego czułe uszy wychwytywały nawet drobne dźwięki, rozglądał się jednak uważnie. Ale jedyne co udało mu się zwęszyć to błądzącego gdzieś w oddali borsuka, a potem szopa. I tyle. Kiedy wreszcie ciemne, nocne niebo zaczęło zmieniać kolor na szaro-niebieski, wstał. Wziął bukłaki i poszedł nad rzekę je uzupełnić. Napoił też konie i zaczął porządkować rzeczy w jukach. Nie był szczególnie głodny, ale uznał, że powinien zjeść coś by nabrać sił. Nie był szczególnym fanem suszonego mięsa, ale lepsze to niż nic. Zakładał, że w następnym obozie będzie miał czas i okazję zapolować chociaż na jakiegoś królika albo zająca. Nie obudził jeszcze reszty towarzystwa. Było dość wcześnie. Uznał, że wkrótce sami się obudzą.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 57
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia »

        Na przeprosiny strażnika tylko skinęła głową. I wcześniej to nie była reprymenda z jej strony, a subtelne przypomnienie mężczyźnie o jego miejscu. Poza tym wciąż była zamyślona, a jej umysł pracował na pełnych obrotach. Z zadowoleniem zauważyła, że mimo spędzenia ostatnich miesięcy na trakcie, jako rzecz do nabycia, mogąc myśleć tylko o przetrwaniu następnego dnia albo nawet następnej godziny, wrócenie myślami na sprawy państwowe przyszło jej z łatwością. Rozum wręcz domagał się powrotu na znajome tory i teraz księżniczka jednocześnie słuchała Sadika, na zmianę goniąc go i wyprzedzając w planowaniu.
- Znam lokalizację posterunków – powiedziała spokojnie, chociaż z lekkim westchnieniem.
        Zastanawiała się, czy strażnik świadomie czy odruchowo analizuje z nią najprostsze rzeczy. Była wyrozumiała dlatego, że nie spędzał z nią wcześniej czasu w królestwie i wiedział o niej tyle co większość. Ukochana przez lud księżniczka. Tylko pałacowa gwardia znała Maię od strategicznej strony, nie raz uprzedzając ją subtelnie o nieplanowanych naradach, na których miał pojawić się jej pijany w sztok ojciec, by w razie potrzeby interweniowała. Mimo wszystko jednak zdawała sobie sprawę z tego, jak młodo wygląda oraz, że jej pozycja w tej chwili pozostawia wiele do życzenia. Sam Sadik wyglądał na jakieś dziesięć lat od niej starszego. Nic do czego ona nie byłaby przyzwyczajona, ale zapewne dla wykonującego zawsze polecenia dojrzałych wiekiem mężczyzn strażnika mogła to być nowość. Poza więc podstawowym szacunkiem, którego wymagała, dawała mu spore fory.
        Zaś co do posterunków na pustyni, były to jedyne o niezmiennych pozycjach, przynajmniej te umieszczone głęboko między złotymi piaskami. Ich stacjonowanie ograniczało otoczenie, a dokładniej niewielkie oazy, odnalezione lub utworzone na te potrzeby, w których postawiono niewielkie budynki lub kompleksy namiotów. Pojedynczy strażnicy patrolowali granice między nimi, jednak nie sposób było pokryć takiego obszaru nieustannym nadzorem, dlatego lokalizacja posterunków zagęszczała się dopiero głębiej w stronę Na’Zahiru, by wyłapać tych, którym udało się przeciec przez sito patrolu. Strażnik jednak dobrze rozumował. To wciąż była ich najlepsza szansa na przekroczenie granicy pozostając niezauważonym jak najdłużej.
- Będziemy musieli być ostrożni – potwierdziła, skinąwszy głową i napiła się herbaty, wciąż zapatrzona gdzieś w las. Dopiero gdy po chwili usłyszała swój tytuł, przeniosła puste spojrzenie na Sadika.
- Tak, czeka nas długa droga – zgodziła się i odstawiła pusty kubek. Wciąż myśli kłębiły jej się w głowie, ale skłamałaby mówiąc, że nie czuje zmęczenia. Całe ciało jakby sprzysięgło się przeciwko niej, ciążąc do ziemi jakby było z ołowiu. Mięśnie nóg jęknęły, gdy wstawała, powoli szarpane zakwasami po rozpaczliwym biegu przez las. Skóra bolała jak w gorączce, a po karku spłynęła kropla zimnego potu. Nie, nie może się teraz rozchorować, jeszcze nie teraz, ma za dużo do zrobienia. Musi wytrzymać chociaż do momentu dostania się do pałacu. Później… później się okaże, co dalej.

        Zasnęła od razu, na przyszykowanym jej posłaniu. Spała źle, ale głęboko, gdy organizm usilnie próbował się zregenerować. Nie słyszała ani momentu gdy Sadik zmieniał się z Talenem, ani gdy przed świtem pierwsze ptaki zaczęły swój śpiew. Zawsze ktoś ją budził, czy to w pałacu czy podczas ostatniej niewoli. Czasem zrywała się niekontrolowanie, gdy poczuła zagrożenie, rzeczywiste lub wyimaginowane, ale to wciąż były odruchy chaotyczne, których nie można było nazwać instynktem.
Dlatego niebieskie oczy ujrzały świat dopiero, gdy Sadik zbudził ją ostrożnie. Podniosła się zaraz, krzywiąc lekko i przetarła powieki, zamierając, gdy jej wzrok padł na spoczywającą nieopodal panterę. Przyglądała się chwilę zwierzęciu, przypominając sobie jak wcześniej, zdawałoby się sto lat temu, głaskała wielki łeb z uśmiechem. To był dziwny moment, kiedy się nie nienawidzili. Później jakoś wszystko wróciło do normy.

        Podróżowali kilka dni, zatrzymując się zawsze gdzieś na trakcie lub głębiej w lesie, nigdy we wioskach. Nawet poza granicami Na’Zahiru istniało ryzyko, że ktoś ją rozpozna. Maia oczywiście krytycznie uznawała, że sama by się teraz w lustrze nie poznała, ale wolała nie ryzykować. Nie była rozmowna. Odpowiadała tylko zaczepiona, wstrzymując się nawet z pytaniami do Sadika. Poprosiła, by powiedział jej wszystko, co wie o najeźdźcy, jakkolwiek błahe mu się to nie wyda, oraz o stanie państwa, w miarę jego wiedzy. Pytania zadawała rzadko, jedynie nakierowujące, większość czasu milcząc ze wzrokiem utkwionym przed sobą.
Z Talenem rozmowa szła opornie, chociaż w trakcie podróży Maia się do niej zmusiła. Nie czuła potrzeby sympatii ze strony panterołaka, ale skoro mieli współpracować, to naprawdę musiał przestać na nią tak łypać spode łba. Kolejną przyczyną konfliktu okazało się żądanie oddania jej sztyletów, ale i tu w końcu osiągnęli porozumienie, bardziej ze względu na zmęczenie podróżą niż prawdziwą zgodę. Mimo to jednak zdawało się, że panterołak powoli przestaje się boczyć.
        Z każdą przebytą stają robiło się coraz cieplej, a gdy zaczęli przeprawiać się przez sawannę, poprosiła Sadika by w najbliższej osadzie nabył dla niej i Talena jakieś chusty na głowę. Zarówno dla ochrony przed słońcem i piaskiem, jak również by aż tak szybko jej nie rozpoznano. Później weszli na pustynię.
Maia była przyzwyczajona do gorąca i wręcz przywitała je z ulgą, jako coś kojarzące się nieodmiennie z domem, jednak to nie oznaczało, że skwar jej nie dokuczał. O spinaniu włosów nie było mowy, wytatuowany na karku księżyc był jak godło rodowe, informując wszystkich wokoło o tym, że mają do czynienia z członkiem rodziny królewskiej. Znad sprawnie zawiniętej, białej chusty było więc widać tylko niebieskie oczy i subtelnie zarysowane czarne brwi, podczas gdy reszta twarzy, włosów i ramion, skryta była pod materiałem. Jeszcze tylko trochę…

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Taka podróż w intensywnym tempie daje się we znaki bez względu na wiek i kondycję, dlatego Sadik nie mógł powiedzieć, że był rześki i wypoczęty. Niemniej był w o wiele lepszej kondycji niż księżniczka i Talen, którzy najwyraźniej przeszli przez jakieś większe tarapaty. Logiczne było więc dla niego, że starał się ich trochę odciążyć biorąc trochę dłuższe warty czy czasami bez dodatkowych uzgodnień zajmował się tą gorszą pracą podczas postojów. Co konkretnie przeszło tych dwoje, że byli w takim stanie - tego strażnik nie wiedział, nie pytał, to nie była jego sprawa. Ograniczył się jedynie do bardzo ogólnych pytań o stan Mai - jak się czuje, czy czegoś potrzebuje, czy trzeba ją opatrzyć. To była jednak twarda dziewczyna i te kilka zadrapań i dyskomfort jej nie zrażały, niestrudzenie parła przed siebie. To w oczywisty sposób napawało Sadika dumą: w końcu to była jego księżniczka, osoba, którą tak uwielbiali poddani, obdarzona wieloma zaletami, które teraz udowadniała, że naprawdę posiada, a nie tylko jest o nie posądzana. Z początku w oczywisty sposób traktował ją trochę jak młodszą siostrę, którą chciał się zaopiekować i zapewnić jej komfort, ale po pierwszej reprymendzie i kilku rozmowach zorientował się, że nie tędy droga: mimo młodego wieku to była dojrzała dziewczyna, wręcz kobieta i powinien się raczej jej słuchać, a nie narzucać swoje przywództwo.

        Na początku, w poranek zaraz po ich jakże fortunnym spotkaniu, Sadik wstał mniej więcej o wschodzie słońca, gdy jednak otworzył oczy Talen już wrócił z bukłakami i krzątał się po obozie. Sadik podniósł się ze swojego posłania ziewając dyskretnie i pozdrowił gestem panterołaka. Poprawił włosy, które podczas snu mu się potargały i teraz wyglądał przez nie jak kuracjusz domu dla umysłowo chorych - efekt dodatkowo podkreślało siwe pasmo na jego grzywce. Zaraz jednak przeczesał dłońmi skołtunioną fryzurę i związał wszystko w typową dla niego kitkę - od razu wyglądał lepiej. Zerknął w tym momencie na księżniczkę - jeszcze spała. Póki co Sadik nie zamierzał jej budzić, bo nie musieli się spieszyć, niech więc odpocznie przez kolejne kilka minut, gdy oni będą przygotowywać jakieś prowizoryczne śniadanie i zwijać obóz. Dopiero gdy to było gotowe podszedł do Mai na wyciągnięcie ręki i przyklęknął przy niej.
        - K’amina - wezwał ją. - Słońce już wzeszło, wkrótce ruszamy.
        No i ruszyli. Sadik zaproponował, by księżniczka jechała z nim na koniu - mieli tylko dwa wierzchowce i jakoś musieli sobie póki co radzić. Strażnik mógł, czy wręcz może powinien, zaproponować Mai swojego konia i samemu iść pieszo, ale to by ich strasznie spowolniło, co wiedziała cała trójka i nie musieli nawet mówić o tym na głos. A to, by dwoje ludzi jechało razem było już tylko logicznym następstwem - w końcu Sadik warzył z pewnością mniej niż Talen i miał bardziej wypoczętego wierzchowca, więc lepiej było dociążyć właśnie jego. Było to zresztą rozwiązanie chwilowe, gdyż w trakcie drogi el-Bihtu zaoferował się, że zajdzie do jednej z mijanych wiosek i kupi jeszcze jednego konia. Pieniędzy miał dość, bo dowództwo przydzieliło mu całkiem niezły budżet na drogę, w razie właśnie takich niespodziewanych wydatków albo przedłużających się poszukiwań. Dokupiony wierzchowiec nie był może królewskim ogierem, ale sprawdzał się nieźle tak długo, jak trzymali się ubitych dróg i równego, lecz nie aż tak powolnego tempa. Nie musieli zajeżdżać zwierząt, bo nie gonił ich żaden termin - byle tylko nie marnotrawić czasu.

        Sadik może nie był typem władczego wojownika, ale jednego nie można było mu odmówić: organizacyjnie radził sobie całkiem nieźle. Gdy zrobiło się znacznie cieplej, zadbał o zmianę prawie całego ich ekwipunku. O ubrania poprosiła go Maia, zaś on sam zaopatrzył ich w dodatkowe bukłaki, zupełnie inne jedzenie, a co najważniejsze gdy zrobiło się już naprawdę ciepło, przehandlował ich konie na zwierzęta, które lepiej znosiły ten klimat. Nie wielbłądy, bez przesady - nie byli karawaną, która spędzi całe miesiące w piaskach. Po prostu inną odmianę koni. To nie było trudne, gdyż często w mieścinach na granicy pustyni napotykało się podróżnych zmierzających w obu kierunkach - wystarczyło na kogoś takiego trafić i się zamienić. Oczywiście pamiętając przy tym, by nie dać sobie wcisnąć zajechanej chabety, ale to akurat Sadikowi nie groziło.
        Poza sprawami organizacyjnymi el-Bihtu nie starał się organizować nikomu czasu. Z początku może zagajał jakieś rozmowy, ale spostrzegł, że nikogo to nie bawiło, z nim włącznie. Każdy był skupiony na własnych sprawach, które co prawda miały wspólny mianownik, ale zbyt słaby, by integrował grupę. Nie było sensu na siłę się zaprzyjaźniać. Tym bardziej, że pewnych granic nie dało się zatrzeć - na przykład tego, że on był zwykłym strażnikiem, a Maia księżniczką, albo tego, że Talen przez moment był jej “właścicielem” (podłe słowo, Sadik za nim wyjątkowo nie przepadał) i to rzutowało w znaczący sposób na ich relację. Całe szczęście dni w drodze mijał szybko, a wąskie drogi i konieczność jechania gęsiego jakoś usprawiedliwiały tę podróż niby razem, ale jednak osobno.

        Drugi dzień byli na pustyni. Granicę sawanny i piasków przekroczyli rankiem poprzedniego dnia i od tamtej pory nie posunęli się do przodu tak daleko, jak to bywało do tej pory. Podróż w takich warunkach miała swoje prawa - nie mogli wystawiać się na południowe słońce, bo udar mieliby wtedy gwarantowany. W nocy zaś robiło się wyjątkowo zimno, musieli więc dbać o rozłożenie porządnego obozu, nie aż tak byle gdzie. Jakoś jednak szło, droga była całkiem nieźle utrzymana i można było z niej skorzystać, bo niewielu podróżnych wybierało ten szlak.
        Jednego jednak nie przewidzieli.
        Ruszyli gdy było jeszcze szaro, by jak najdłużej skorzystać z w miarę komfortowych temperatur. Gdy jednak słońce wzeszło wyżej, Sadik zwrócił uwagę na to, że drąży w gorącym powietrzu horyzont był dziwnie mętny, a biało-żółty kolor piasku przechodził płynnie przez szarość w błękit nieba… Strażnik zaklął.
        - Burza piaskowa - oświadczył reszcie, wskazując dłonią chmurę malującą się przed nimi. - Być może w nią nie wjedziemy, ale drogi mogą być zasypane, przystanki zniszczone. No a wjechanie w nią będzie bardzo niebezpieczne - zauważył, choć może niepotrzebnie. Maia to doskonale wiedziała, a Talen pewnie miał dość wyobraźni, by samemu dodać dwa do dwóch. Niemniej należało podjąć decyzję czy jadą dalej, czekają czy też się cofają, a Sadik nie śmiał się tego podejmować w chwili, gdy jechali z księżniczką, która już udowodniła, że była bardzo władcza.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 56
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen »

Talen był zmęczony i prawie nic nie mówił. Początkowo czuł w sobie ogromną złość. Na Maię, na Sadika, na siebie, na sytuację, na dalsze plany, na wszystko. Z czasem złość ustąpiła miejsca obojętności, aż w końcu przeszła w fazę tęsknoty. Nie dawał tego po sobie poznać, ale ciągle myślał o swojej matce i o tym co robił w życiu. Bez przerwy przychodziła do niego w snach, widział jej zapłakaną twarz. Budził się w nocy i nie mógł zasnąć. A każdego ranka czuł ciężar w sercu. Do jego myśli powróciła także Anna i żal związany z jej utratą. Dni dłużyły mu się niemiłosiernie. Jadąc w ciszy, w jednym rytmie jego głowę zaprzątały pytania. Czy jest szczęśliwa? Co byłoby, gdybym za nią pojechał? Gdybym pokochał jej dziecko? Czy uciekłaby ze mną? Czy mógłbym ją wtedy odzyskać? Zastanawiał się jak teraz żyje. Czy ma więcej dzieci, czy mąż naprawdę ją kocha, czy ona zakochała się w nim i czy żyje spokojnie. Pragnął by tak było i jednocześnie żałował, że w odpowiednim momencie nie ruszył za nią, nie walczył, poddał się.

Kiedy znaleźli się na pustyni, Talen zaczął ciężko znosić pogodę. Mógł podróżować w upale, ale kiedy wilgotność powietrza była duża. Tutaj powietrze było suche, jak piasek po którym stąpali. Musiał zmienić ubiór. Cienkie, lniane spodnie, lekka płócienna koszula, chusta na głowie chroniąca przed piekącym słońcem. W dzień nie było czym oddychać. Zimne noce przynosiły ulgę, mógł zmienić się w panterę i dzięki temu nie marznąć. Może te chwile chłodu byłyby dla niego zbawiennym odpoczynkiem, gdyby nie sny. W pewnym momencie miał ochotę zawrócić. Po prostu, zawrócić i zniknąć z życia Mai, Sadika, zniknąć z życia w ogóle. Zamienić się w panterę i uciec, ale nie mógł. Zobowiązał się do czegoś i starał się przekonać samego siebie, że po tym wszystkim sprowadzi matkę i będzie żył w spokoju i dostatku.

Słysząc o burzy piaskowej zmarszczył brwi.
- Przeczekajmy ją - oznajmił. Z teorii wiedział, że trzeba się czymś przykryć, a konie zmusić do położenia się, tak by ich głowy również były zakryte, mieli chyba dość rzeczy. - Albo odbijmy w bok - stwierdził.
- Nie jestem ekspertem, ale nawet jeśli się cofniemy, to co to nam da? Jeżeli burza idzie w naszym kierunku stracimy tylko czas. Zresztą... Decydujcie, nie mnie to oceniać, nie jestem pustynnikiem.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 57
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia »

        Maia doskonale jeździła konno, ale przez całe swoje życie nie pokonała wierzchem takich odległości, jak ostatnimi czasy. Co wieczór, gdy zsiadała z konia, krzywiła się, z trudem złączając nogi, jakkolwiek to nie brzmiało. Ubranie, które zakupił dla niej Sadik, okazało się jednak na tyle wytrzymałe, by nie podrzeć się o skórzane siodło. Luźny materiał uchronił też przed odparzeniami, chociaż uda czerwieniały od nieustannego ocierania się o tkaninę. A Maia jak mantrę powtarzała sobie „jeszcze tylko trochę”, gdy silna psychika walczyła z wrażliwym ciałem.
        Podróżując na jednym koniu z Sadikiem, siedziała za nim w siodle, obejmując strażnika w pasie i ponad jego ramieniem obserwując drogę. Cieszyła się więc, gdy otrzymała w końcu własnego wierzchowca, a później, gdy zmieniono go na rasę bardziej przystosowaną do pustynnych warunków. Wbrew więc pogarszającemu się samopoczuciu, księżniczka z każdym dniem czuła zbliżający się dom. Stroju bardzo zmieniać nie musiała, zarzuciła więc tylko na krótką bluzkę i spodnie cienką białą narzutkę z długim rękawem, luźno okrywającą całe jej ciało, aż do kostek. Biała chusta otulała głowę, włosy, szyję i ramiona, a końcówki materiału powiewały lekko na wietrze za dziewczyną. Cała trójka wyglądała jak zwykli podróżnicy i dokładnie tak miało być.
        Problemem było jednak pogarszające się samopoczucie dziewczyny. Nie mogła zrzucać już winy na karb zmęczenia czy nawet wycieńczenia. Zdawała sobie sprawę, że się rozchorowała i chociaż nie cierpiała już od zimna, dolegliwości same z siebie nie przechodziły. Nie skarżyła się jednak, nie chcąc okazać słabości ani zmieniać planów, pewna że wytrzyma. Tutaj i tak nie mogła uzyskać pomocy. Bladość, dreszcze i klejące się do spoconego karku włosy skrywały szaty, a falując w powiewach gorącego powietrza, ukrywały również okazjonalne dreszcze. Maię zdradzały tylko zaszklone oczy i zgarbiona z osłabienia sylwetka, gdy księżniczka zawsze trzymała się prosto jak struna.
        Podniosła głowę dopiero słysząc o burzy piaskowej. Zmrużyła oczy, spoglądając na horyzont i westchnęła bezgłośnie. Spojrzała na Talena i skinęła głową.
        - Będziemy szli tak długo, jak będziemy mogli – powiedziała słabym głosem. – Jeśli okaże się, że burza nas nie minie, zatrzymamy się i ją przeczekamy. Sądząc po jej rozmiarach, próby obejścia jej nie mają sensu.
        Szli więc dalej, naprzeciw gromadzącej się przed nimi ciemności, nie wątpiąc już w to, co ich czeka. Gdy pierwsze podmuchy szarpnęły mocniej ubraniami, a konie zaczęły parskać, drażnione piaskiem, Maia zarządziła postój i zwróciła się do Talena.
        - Czekamy nieruchomo. Cokolwiek się stanie, nie wolno ci się ruszać, bo możesz zgubić się w przeciągu chwili. Usiądź na wprost naszego kierunku jazdy i mocno trzymaj konia – poradziła mu, po czym podjechała do Sadika i zsunęła się z konia.
        - Dasz radę przypilnować również mojego konia? – zapytała, ściągając z siebie narzutkę. Teraz słońce nie groziło odsłoniętej skórze, a wierzchowcom należało zasłonić łby. Oddawanie zaś swojej chusty było bezsensowne.
        - Mogę go nie utrzymać, nie chcę by uciekł – wyjaśniła, dyplomatycznie unikając słów „boję się, że go nie utrzymam”. Nie mogła się bać.
        Wiatr stawał się coraz silniejszy, ciągnąc za sobą piasek, który już teraz ograniczał widzenie zaledwie do kilku staj. Maia krzyknęła, by się przygotowali. Słowa kierowała głównie do Talena, bo Sadik wiedział, jak się zachować, ale wiedziała, że gdyby bezpośrednio zaczęła panterołaka pouczać, ten z pewnością uniósł by się dumą. A nie było teraz czasu na kłótnie. Ostatni raz sprawdziła kierunek, w którym zmierzali i uklęknęła, przysiadając na piętach, zwrócona w tą stronę. Poprawiła chustę na twarzy, zaciągając ją na oczy, i oparła dłonie na piasku, pochylając głowę.
        Chociaż burza narastała powoli, nie ominęło ich kulminacyjne uderzenie. W pewnym momencie gorące powietrze uderzyło w nich z hukiem. Maia słyszała parskające konie, ale mogła tylko liczyć na to, że mężczyźni je utrzymają. Sama ze spokojem znosiła uderzający w nią piasek, chociaż jego drobiny raniły skórę jak odłamki szkła. Oparła się mocniej na rękach, czując jak kolana zasypuje jej pędzących piach. Pustynia wyła, tańcząc wokół nich w czystym chaosie, udowadniając nieokiełznaną siłę przyrody.
        Trwało to niemal godzinę, chociaż zdawało się, że minęło ich już wiele. Nie mogąc rozmawiać i ledwo słysząc własne myśli, czas dłużył się wszystkim. Nie widzieli siebie nawzajem, a wołania nie miały sensu. Tak jednak, jak burza stopniowo brała ich w swoje objęcia, tak skończyła się niemal ucięta nożem. Resztki niesionego wiatrem piasku opadły powoli, jak nietypowy deszcz. Maia oddychała ciężko pod chustą, powoli wyciągając z piasku ręce i odgarniając materiał z oczu.
        Krajobraz zmienił się nie do poznania, jak gdyby zmienili kierunek, dlatego tak ważne było, by się nie poruszali i wiedzieli dokąd zmierzali. Wydmy przemieściły się, jedna wręcz zasłaniając majaczącą w oddali roślinność. Słońce znów prażyło mocno tylko potęgując nierealne wrażenie, gdy gorące powietrze falowało nad piaskiem.
        Księżniczka podniosła się powoli, a piasek osypał się z jej ramion i kolan. Rozejrzała się, czy wszyscy są cali i czy wierzchowce ocalały. Sama do siebie skinęła głową i dopiero wtedy osunęła się nieprzytomna na piasek.

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sadik starał się jak mógł, aby być na każde zawołanie księżniczki, ale niestety na służącego nadawał się chyba równie dobrze co na strażnika - czyli miernie. Znakiem tego było chociażby to, że nie zauważył jej pogarszającego się samopoczucia i nawet jeśli w jej spojrzeniu dostrzegał osłabienie, zwalał je na warunki podróży, a ona otwarcie się nie skarżyła ani nie zarządzała częstszych postojów czy czegokolwiek w tym stylu. Sadik więc starał się tylko, by wszystko bez problemów posuwało się do przodu, a jeśli się dało, to żeby warunki były jak najbardziej przyzwoite, co niestety nie oznaczało, że królewskie - na to nie pozwalał ani zdrowy rozsądek, ani budżet.

        Gdy stanęli naprzeciw burzy piaskowej, el-Bihtu zapytał o zdanie i Maię i Talena, ale tak naprawdę liczyło się dla niego przede wszystkim zdanie księżniczki. Bez urazy, ale panterołak sam słusznie zauważył, że się na tym nie znał. Niemniej mógł mieć coś ciekawego do dodania, więc Sadik tak całkowicie go nie skreślił. Słusznie na przykład zauważył, że jeśli burza szła na nich, cofanie się nic nie da… No chyba, że cofnęliby się aż na tereny pokryte roślinnością, ale to byłby absurd. Dlatego decyzja księżniczki o kontynuowaniu marszu zdawała się być najbardziej sensowna - Sadik zgodził się z nią lekkim ukłonem. W ich aktualnym położeniu to chyba on miał się najlepiej - przeżył w życiu już niejedną burzę piaskową i wiedział jak się podczas niej zachować, a w przeciwieństwie do Mai był jeszcze w całkiem dobrej kondycji. Dlatego starał się być o krok przed nią przy wykonywaniu każdego kolejnego kroku. Gdy księżniczka do niego podjechała, spojrzał na nią uważnie i kiwnął głową na znak, że słucha.
        - Oczywiście - przytaknął, gdy zapytała go o pilnowanie konia. Nie podejrzewał jej o brak wiary we własne siły, prędzej przypuszczał, że taki jest po prostu - nazwijmy to umownie - protokół. Być może księżniczka nigdy w trakcie podróży nie zajmowała się własnym wierzchowcem - to zdecydowanie miałoby sens, bo była to praca w wielu przypadkach ciężka i dość brudząca, której nie wypadało wykonywać koronowanej głowie. No i faktycznie: bądź co bądź była kobietą wychowaną w pałacu, która mogła nie mieć dość siły, by utrzymać zaniepokojone zwierzę, a Sadikowi już powinno się to udać. Nie był tak silny jak Talen - co do tego nie było żadnych złudzeń - ale za to przemawiało za nim doświadczenie w tego typu sytuacjach... I być może większe zaufanie.
        Sadik zajął się oboma wierzchowcami. Podprowadził je do konia Talena i zmusił, żeby położyły się obok, bo jak to się kolokwialnie mówi: w kupie raźniej. Sam uklęknął zaraz obok nich i owinąwszy sobie lejce wokół jednej ręki, drugą położył na karku swojego wierzchowca, nachylając się w jego stronę prawie jakby chciał się na nim położyć. Niedługo później uderzyło w nich czoło burzy piaskowej. Gorące, suche powietrze przedzierało się przez materiał, a na każdym nieosłoniętym miejscu na ciele czuło się ostre ziarenka piasku. Sadik siedział w tej zamieci jak posąg, pochylony nad koniem. Nic nie widział ani nie słyszał nic poza rykiem burzy. Zostawiony sam ze swoimi myślami zastanawiał się jak radzi sobie pozostała dwójka. Talen chyba pierwszy raz miał do czynienia z burzą piaskową, a księżniczka być może pierwszy raz w takich prymitywnych warunkach. To nie była co prawda najgorsza burza, a wręcz może jedna z łagodniejszych, ale mimo wszystko dawała im w kość, wiatr wyciągał siły ze zdanych na jego pastwę podróżników i obniżał morale.
        Sadik mocno przytrzymał lejce - jeden z koni zaczynał się za mocno niepokoić i wiercił się. Strażnik modlił się w duchu, by nie musiał walczyć z przerażonym wierzchowcem, bo to nie byłoby przyjemne dla żadnego z nich. Jego modły zostały chyba wysłuchane, gdyż wkrótce wiatr zaczął tracić na sile, a burza skończyła się tak szybko, jakby nagle ktoś osłonił ich kloszem. Sadik odczekał jeszcze kilka uderzeń serca, po czym wyprostował się i ostrożnie zdjął z twarzy obwój. Korciło go, żeby odetchnąć, ale powietrze było nadal zapylone i taki odruch skończyłby się kaszlem.
        - Nie odsłaniaj jeszcze ust - zwrócił się do Talena, który również zaczynał się prostować. Konie - jeszcze z osłoniętymi oczami - jakby wyczuł poruszenie jeźdźców i zaraz zaczęły się podnosić. Sadik musiał poświęcić im uwagę, bo momentalnie się zniecierpliwiły z powodu materiału, który osłaniał im pyski - strażnik musiał to szybko pozdejmować, żeby zwierzęta nie spanikowały. Przez to przeoczył moment, gdy Maia bezgłośnie osunęła się na piasek. Całe szczęście oprócz niego w grupie był jeszcze Talen, który również mógł zareagować nim zaalarmowany w końcu strażnik obrócił wzrok.
        - Mahra! - zaklął. - Co jej się stało?
        Nim panterołak udzielił pełnej odpowiedzi, Sadik już sięgał do juków i wyciągał wszystko, co mogło im się w tej chwili przydać. Pierwszy był oczywiście bukłak z wodą, bo na pustyni odwodnienie było najgorszym wrogiem. Poza tym złapał jeszcze za tobołek robiący za apteczkę… no i po niewielką sakiewkę, którą nosił przy swoim siodle w miejscu niewidocznym dla postronnych. Z tym wszystkim podbiegł do pozostałej dwójki.
        - Przytomna? - upewnił się. - Powinniśmy jej dać wody. Ma gorączkę?
        Strażnik podał Talenowi odkręconą manierkę, by ten dał księżniczce pić - założył, że panterołak będzie umiał to zrobić. Sam zaś sięgnął do sakwy z lekami, ale zamiast szukać jakiś środków, w jej ukryciu rozwinął zawiniątko, które dostał od swojego dowódcy. W środku leżała bransoleta, bardzo przeciętna jak na modę panującą w Na’Zahirze. Srebrna cienka obręcz zdobiona turkusem, mogła należeć raczej do córki jakiegoś rzemieślnika niż do księżniczki… Ale to dobrze, nie będzie się rzucać w oczy i nie będzie przyciągać złodziei. Sadik wsunął ją na nadgarstek Mai. Trochę obawiał się jak to się skończy... I czy na pewno to o nią chodziło, bo tak naprawdę nie udzielono mu zbyt precyzyjnych informacji na temat stanu księżniczki i rzuconej na nią klątwy. Nie wiedział czy to ona zaczęła teraz działać, czy to jakaś inna przypadłość. I nie wiedział nawet czy ta bransoleta wystarczy - poinformowano go tylko, że dzięki niej księżniczka będzie w stanie przekroczyć granicę, co w przeciwnym razie skończyłoby się dla niej śmiercią w męczarniach.

Awatar użytkownika
Talen
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 56
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Talen »

Talen nigdy nie przeżył burzy piaskowej – to fakt. Ale cóż, nie było już odwrotu. Trzeba było to przetrwać. Czy się bał? Chyba trochę tak: nowa sytuacja, nowe, nieznane zagrożenie nie napawały optymizmem. Maia się myliła, tym razem Talen nie uniósłby się dumą, byli w trudnej sytuacji, z którą on nigdy nie miał do czynienia, musiał się słuchać. Nie chciał zginąć. Może i bywał okropnym człowiekiem, zwłaszcza dla innych, ale mimo wszystkich wyrzutów sumienia, nie chciał zginąć.

Zrobił wszystko, o czym mówiła Maia i Sadik. Udało mu się położyć konia, cały czas sprawdzając co robi pozostała dwójka i naśladując ich. Kiedy Sadik przyprowadził wierzchowce Talen uznał, że pomoże mu z drugim koniem - wiedział, że razem będzie im łatwiej go przytrzymać. Kiedy burza zaczęła przybierać na sile, pochylił się tak jak pozostali. Nie miał pojęcia, że gorący piasek szalejący wokół może wydawać takie dźwięki. Jego wrażliwe uszy drażnił jęk burzy. Drobinki piasku ocierały się nieprzyjemnie o jego skórę. Czuł, jak jego ciało stawia opór przed wiatrem. Nie sądził, że będzie musiał przeżywać coś takiego. Jego oddech był spokojny, oczy zamknięte, ale serce biło mu znacznie szybciej niż zwykle. Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Upał, wirujący piasek ocierający się o skórę, oddech, który w każdej chwili można było stracić – nic z tych rzeczy nie była najgorsza. Tylko ten huk, wycie, zawodzenie wiatru, miał wrażenie, że dźwięki przebijają się przez jego czaszkę i plądrują jego umysł. Im dłużej to trwało, tym czuł się gorzej, nie potrafił przyzwyczaić się do tego hałasu. Kiedy więc burza zaczęła cichnąć, jego serce zaczęło się uspokajać. W końcu wiatr ustał, a koń Talena zaczął się podnosić. Panterołak powoli uniósł głowę i uchylił powieki, przed nimi wyrastała pustynia, choć zupełnie inna niż przed burzą. Podniósł się i zaczął otrzepywać z piasku - miał go dosłownie wszędzie. Chciał jak najszybciej pozbyć się go z ciała i włosów, ale w tym momencie zobaczył upadającą na piach Maię. Instynktownie podbiegł do niej, w ostatniej chwili wsuwając swoje ramię pod jej głowę. Dziewczyna zemdlała, a panterołak nie miał pojęcia dlaczego, w pierwszej chwili był przekonany, że to zmęczenie, wysiłek, jaki wszyscy musieli znosić. Ale kiedy spojrzał na jej trupio bladą skórę zrozumiał, że to coś więcej. Nim Sadik znalazł się przy nich, Talen chwycił rękę księżniczki i przyłożył sobie jej nadgarstek do ucha, jego czułe zmysły pozwoliły mu sprawdzić, czy krew w żyłach Mai płynie zbyt szybko, czy zbyt wolno. Jej serce biło rzadko i słabo, jak gdyby jedną nogą byłą już w innym świecie. Oddech miała płytki, a gdy dotknął jej czoła, okazało się ono przerażająco zimne i mokre. Zaklął w duchu i spojrzał na Sadika, który podał mu bukłak z wodą. Talen wiedział jednak, że woda nic tutaj nie pomoże. Nie lubił tego robić, wolał skrywać swoją tajemnicę bardzo głęboko, ale teraz chyba nie miał wyjścia. Nie odpowiedział na pytanie mężczyzny. Podciągnął Maię do góry i usiadł za jej plecami, jedną nogę wsunął pod pośladki, tak by oprzeć o nią nieprzytomną dziewczynę. Przelewała się mu przez ręce, jej plecy oparły się nie tylko o jego nogę, ale też o tors. Musiał przytrzymywać ją jedną ręką, by nie zsunęła się na piasek. Dopiero teraz spojrzał ponownie na Sadika.

- Słuchaj – zaczął. – Nie będę tu pieprzył bzdur, bo nie ma na to czasu. Ja zaufałem, że nie zadźgasz mnie w nocy, teraz ty musisz zaufać mnie. Weź sztylet i rozetnij skórę pomiędzy palcem wskazujący a kciukiem na mojej dłoni, poniżej miejsca, gdzie skóra jest cienka – rzekł wyciągając w stronę strażnika wolną rękę.
- Mam leczniczą krew, musi się jej napić inaczej pewnie umrze, więc nie zadawaj pytań, nie rób wielkich oczu, tylko tnij do jasnej cholery – rozkazał.
Sadik wyglądał na zupełnie zdezorientowanego, jakby nie rozumiał co się do niego mówi.
- Już! - warkną Talen. – Sadik! Już! - napierał na niego. Dopiero krzyki panterołaka sprawiły, że służący chwycił za sztylet, ale nadal wyglądał na przerażonego.
- Tnij, głęboko, między kciukiem, a palcem wskazującym, w dół – poinstruował go i potrząsnął wyciągniętą do Sadika dłonią. Strażnik w końcu się przemógł i rozciął dłoń panterołaka. Talen skrzywił się, w końcu rozcinanie skóry nie należało do najprzyjemniejszych, ale to teraz nie było ważne.
- Maia, obudź się, no już, już – próbował ją ocucić przystawiając krwawiącą dłoń do jej ust.
- No już, budź się i pij. – Jego krew spływała jej po brodzie i sączyła się na dekolt. Widok czerwonej posoki płynącej po czyimś ciele nie był szczególnie przyjemny, ale w tej chwili to nie miało znaczenia.

Awatar użytkownika
Maia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 57
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maia »

        Kiedyś już chyba zemdlała… nie pamięta. Ale zaskoczyło ją, że nie zdała sobie z tego sprawy; z tego że coś się dzieje. Po prostu w jednej chwili wstawała po burzy, a w drugiej trochę ją zakręciło… a teraz nagle siedziała. Gdyby nie ostre słońce może nawet miałaby siłę uchylić powieki, ale teraz była w stanie tylko zmarszczyć brwi, gdy światło wdzierało się brutalnie między rzęsy.
        Coś wilgotnego dotknęło jej ust i księżniczkę zalała ulga. Woda! Tak bardzo chciało jej się pić! Próbowała oblizać spierzchnięte usta, krzywiąc się na dziwny smak. Manierka była metalowa? Fuj… Pozwoliła jednak, by ciecz spływała jej do ust i dopiero gdy je przymknęła na dłoni panterołaka, coś zaskoczyło w jej umyśle. To nie była woda.
        Maia zakrztusiła się, próbując odwrócić głowę, ale chociaż była pewna, że ktoś ją przytrzymuje, to tylko jej bezwładność nie pozwalała na ucieczkę. Księżniczka zacisnęła usta, ale nie udało jej się odepchnąć ręki panterołaka.
        - Mmm!
        Nie był to zbyt dobrze wyartykułowany protest, ale chyba nawet bardziej zdecydowanym Talen by się nie przejął. Zacisnęła dłonie na jego ręce i wierzgnęła jedną nogą, ale mimo wszystkich buntów Mai, lecznicza krew spływała powoli, zarówno po brodzie i szyi, jak i do gardła, uwalniając swoją magię. Księżniczka odzyskiwała powoli klarowność umysłu i władzę nad ciałem. Udało jej się w końcu odepchnąć dłoń panterołaka od ust, ale nie ruszyła się bardziej, jakby to wyczerpało wszystkie jej siły. Siedziała z opuszczoną głową, oparta wciąż o Talena, cała spięta, pozwalając, by zasłoniły ją długie włosy.
        Chyba tylko jakimś cudem powstrzymała przed chwilą odruch, żeby się zerwać i odsunąć, żeby wypluć krew, wytrzeć usta. Na dobrą sprawę nie wiedziała, co zrobić i tylko to trzymało ją na miejscu. Wiedziała, że nie powinna się tak zachować. Po pierwsze, takie miotanie się nie przystoi. Talen co prawda widział ją już w akcji, ale nie musiała się dodatkowo upokarzać przed współrodakiem i podwładnym. Po drugie, prawdopodobnie takie nagłe zerwanie się skończyłoby się tylko widowiskowym i niegodnym lądowaniem na tyłku. No i przecież wiedziała, że panterołak chciał dobrze. Ratował ją. Ale też nie umierała! Zemdlała tylko! Mahra! Jak ma się zachować?
        - K’un Sadik – odezwała się cicho, nie podnosząc głowy. – Podaj mi wodę, proszę.
        Uniosła lekko głowę, słysząc szurnięcie piasku, by upewnić się, że strażnik się odwrócił. Wtedy przechyliła lekko twarz w stronę panterołaka.
        - Dziękuję – powiedziała cicho. – Możesz pomóc mi wstać? Chcę wstać – powtórzyła i w końcu wspomagana przez Talena, stanęła na miękkich nogach.
        - Nic ci nie będzie? – zapytała, spoglądając na głęboką ranę na jego dłoni. Wciąż opierała się lekko na jego ramieniu, ale poza skrajnym oszołomieniem, czuła się dobrze. Nie miała dreszczy, nie było jej zimno i nie czuła się już taka słaba. Wciąż skołatany umysł był już tylko efektem minionych wydarzeń.
        Odebrała od strażnika manierkę, dziękując w ich języku i uniosła ją do ust, ale zamarła w momencie, gdy słońce odbiło się od czegoś srebrnego. Na jej przegubie błyszczała nieśmiało skromna bransoleta.
        - To jest to? – zapytała sucho Bhraanti, spoglądając w końcu wprost na Sadika.
        O ile w ciągu ich podróży Maia nie wyglądała jak księżniczka, delikatnie mówiąc, to teraz wyglądała jak ta, o której się mówiło szeptem, że zabiła króla. Spojrzenie miała ostre, a usta we krwi, która spływając wcześniej po jej brodzie i szyi, znaczyła się teraz wyschniętym szlakiem aż po granicę dekoltu, ginąc między piersiami. Mimo widocznego wciąż osłabienia, teraz łatwiej było ją sobie wyobrazić ze sztyletem w dłoniach, niż gdy siedziała ze skrzyżowanymi nogami przy ognisku, popijając miętowy napar.
        Nie wyglądała na zachwyconą z artefaktu. Obserwowała biżuterię jeszcze przez chwilę, ale w końcu napiła się, przymykając oczy z ulgi. Nie wypiła wszystkiego, ale i tak zakręciła manierkę. Mieli przed sobą jeszcze kawał drogi. Otarła wilgotne usta wierzchem dłoni, ale tylko rozmazała bardziej krew, z czego momentalnie zdała sobie sprawę, gdy spojrzała na swój przegub. Westchnęła i wywróciła lekko oczami, powoli zdając sobie sprawę, jak musi wyglądać. Starając się jednak udawać, że wszystko już jest w porządku, podeszła do porzuconej nieopodal białej narzutki i ubrała się, na powrót osłaniając ciało od stóp do głów, zostawiając widoczne tylko oczy i kilka kosmyków włosów. To powinno zdać egzamin na krótką metę.
        - Nic mi nie jest – mruknęła, czując na sobie spojrzenia. – Jedźmy – dodała podchodząc do konia i zdrętwiała ze złości. Szlag…
        Tylko inteligencja Sadika uratowała ją przed proszeniem o pomoc. Nazahirczyk sam pojawił się obok, podkładając dłonie pod jej kolano i pomagając dosiąść konia. Podziękowała skinieniem głowy i poczekała, aż mężczyźni znajdą się na swoich wierzchowcach.

        Jechali chwilę kłusem, ale niedługo Maia sama spięła konia do galopu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a nie chciała, żeby musieli spędzać noc na pustyni. Ta była wtedy groźniejsza niż za dnia, co mimo powszechnej wiedzy wciąż było bagatelizowane przez zagranicznych podróżników. A pustynia nocą pochłaniała więcej istnień niż za dnia.
        A poza tym… Maię rozpierała energia. Oczy jej błyszczały, a krew buzowała w żyłach. Myśli goniły jak szalone, analizując zarówno to, co musiała zrobić, co czekało ich po drodze, jakie kroki powinna dalej podjąć… ale też błądziły daleko i dziko, szybko uświadamiając dziewczynę skąd ta energia. Zerknęła przez ramię na Talena, ale nie sposób nic było wyczytać z zasłoniętej twarzy. Nie tłumaczyła też, gdzie ich prowadzi. Nie powiedziała, że bransoleta zadrżała gwałtownie na jej dłoni, gdy przekraczali nieznaczoną granicę Na’Zahiru.
        Kierowała się ku jednej z wiosek, leżących nieopodal, widocznej wcześniej tylko jako niewielka plamka zieleni. Gdy się zbliżyli, oaza nabrała kształtu, a spomiędzy roślinności wyłoniły się niewielkie domki z żółtego i białego kamienia. Maia zwolniła konia do kłusa, gdy wjechali pomiędzy palmy, a później do stępa, gdy zaczęły otaczać ich domostwa. Kręcący się na zewnątrz ludzie zwracali na nich uwagę, ale cała trójka w podróżnych strojach nie wyróżniała się niczym specjalnym.
        Bhraanti kierowała się zaś w stronę konkretnego domostwa. Wjechała powoli za prowizoryczne ogrodzenie z trzciny i ostrożnie zsiadła z konia. Z domu wyszedł mężczyzna - typowy Nazahirczyk o surowej twarzy i czujnym spojrzeniu. Maia podeszła bliżej. Nie mogła ściągnąć chusty, nie chciała by było widać krew na jej twarzy. Wiedziała jednak, że ten konkretny człowiek rozpozna ją mimo wszystko.
        - K’un Zavier, potrzebuję twojej pomocy – powiedziała w rodzimym języku, a oczy mężczyzny otworzyły się szerzej. Tylko jej krótki gest powstrzymał go od odruchowego, głębokiego ukłonu.
        - K’amina – szepnął, przełykając ślinę. – Będę zaszczycony…
        Zavier Maluf mieszkał z żoną i dwiema córkami. Kobiety zaprosiły całą trójkę do środka, krzątając się błyskawicznie i zaraz częstując mężczyzn chlebem i duszonymi w ceramicznym naczyniu warzywami oraz chłodnym miętowym naparem. Nya Maluf, poproszona przez księżniczkę, przeszła z nią do innego pokoju, gdzie przygotowała jej kąpiel i zaoferowała się sprać krew z jej ubrania. Maia z ulgą zanurzyła się w balii z ciepłą wodą i pozwoliła umyć sobie włosy i wetrzeć w nie olejek. Nawet nie próbowała dyskutować z panią domu. Wszyscy tutaj wiedzieli kim była i absolutnie nie było mowy, by wybić im z głowy usługiwanie jej.
        - K’amina, proszę o wybaczenie, nie mam nic godnego… - Nazahirka niepewnie podchodziła z odzieniem w dłoniach.
        - K’a Nya, nalegam, byś nie robiła sobie kłopotu. To naprawdę wystarczy. Ubrania do rana wyschną.
        - Oczywiście, k’amina.
        Maia dołączyła do Sadika i Talena w nieco zbyt krótkiej jak na księżniczkę tunice odsłaniającej kolana i w mokrych włosach, jednak nie wyglądała, jakby się tym przejmowała. Jej oczy wciąż błyszczały nietypowo, a ona sama czuła się świetnie. Przysiadła bokiem na poduszce przy palenisku, z podziękowaniem odbierając herbatę.
        - K’un Sadik, Talen, możecie skorzystać z okazji do kąpieli – powiedziała, spoglądając na nich znacząco, chociaż nie wiedziała czy akurat panterołak się jej posłucha. Jej słowa wsparte jednak zostały naleganiem dwóch córek, które odprowadziły mężczyzn do tego samego pokoju, z którego niedawno wyszła Maia, mając asystować im, gdyby czegoś potrzebowali. W razie czego zapewne nalegałyby, gdyż obecność księżniczki rozciągała jej majestat na towarzyszących jej mężczyzn.
        A Maia musiała porozmawiać z Zavierem…

Awatar użytkownika
Sadik
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Gdy Talen się odezwał, Sadik zerknął na niego jednym okiem, nadal skupiony bardziej na swojej części roboty niż na tym, co chciał mu powiedzieć panterołak. Nie to, że go ignorował, ale rozmawiać mogli w drugiej kolejności, najważniejsza była teraz Maia. Talen jednak miał plan, a gdy go przedstawił bez żadnego owijania w bawełnę, el Bihtu spojrzał na niego jakby nie wierzył w to, co usłyszał. A może się po prostu przesłyszał? Rozciąć mu skórę na dłoni, niby czemu to miało pomóc? Lecznicza krew? Sadikowi się to w głowie trochę nie mieściło. Chciał dyskutować, dopytywać, a przede wszystkim upewnić się, że dobrze słyszał, ale zmiennokształtny towarzysz usadził go w miejscu. Pogonił Nazahirczyka, a ten odrzucił momentalnie wszelkie wątpliwości. Trudno, najwyżej później będzie pytał… Złapał Talena za wierzch dłoni i przyjrzał się jej wnętrzu. Tnij… Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Dłoń była delikatna, było w niej wiele mięśni i nerwów - coś spartoli i panterołak może stracić władzę w którymś palcu albo coś. Sadikowi przemknęło przez myśl, że to w sumie oznaka wielkiego zaufania. Albo też desperacji. Czy jednak Maia zaoferowała mu aż tyle, by było warto poświęcić za to rękę? Kwestia sporna. Najlepiej i tak było zakładać dobre intencje zmiennokształtnego. I w końcu wziąć się w garść.
        Sadik przyłożył w końcu ostrze do dłoni i jednym szybkim ruchem zrobił nacięcie. Nie odciął Talenowi palca, wręcz udało mu się to zrobić bardzo precyzyjnie, robiąc nacięcie nie za głębokie i nie za długie. Zaraz zabrał nóż i wytarł go o spodnie, po czym wbił ostrze w piasek i wrócił do tego, co robił. Zapiął bransoletkę na nadgarstku Mai, a gdy ta zaczęła odzyskiwać przytomność, przez moment zastanawiał się czy to zadziałała magia artefaktu, czy nietypowe właściwości krwi Talena… Być może jedno i drugie razem. W każdym razie księżniczka przebudziła się całkiem energicznie, choć trudno było jej się dziwić, skoro pewnie szybko dotarło do niej, że to co pije ma dziwny smak i co to konkretnie jest. Sam pewnie by pluł dalej niż widzi. Z tego też powodu był cały czas gotowy, by podać księżniczce wodę gdy tylko poprosi. Ledwo skończyła dokończyć zdanie, gdy już miała przed sobą bukłak.
        A gdy dojrzała bransoletkę… Oj, ten chłodny gniew sprawiał, że wszystkie karki momentalnie się uginały. A na pewno ten Sadika się ugiął, choć w jego przypadku do głosu dochodziło przede wszystkim wychowanie. Skłonił się lekko przed Maią, cały czas jednak na nią spoglądając.
        - Tak, k’amina - odparł krótko. Nie musieli mówić nic więcej, bo już wcześniej poruszali temat tej bransolety. Co prawda strażnik zastanawiał się czy ona w jakikolwiek sposób czuła jej działanie i czy na pewno wszystko było w porządku, ale nie wypadało mu pytać. Przekona się. Jeśli artefakt był felerny, Maia nie będzie mogła ujechać za daleko w głąb kraju i będą musieli zawrócić.

        Księżniczce jednak na pierwszy rzut oka nic więcej nie dolegało. Wystarczyło spojrzeć na to jak spinała konia do szybkiej jazdy - musiała czuć się pewnie w siodle, mieć dość sił, aby się utrzymać. Sadikowi zaś nie przeszkadzała taka energiczna przejażdżka, może wręcz sprawiała mu przyjemność - przypominała trochę zwykłe popołudniowe przyjemności sprzed przewrotu. Nawet to, że cały czas miał pilne baczenie na Maię nie odbierało mu tej chwili radości, jaką czerpał czując gorący wiatr smagający jego twarz i włosy.
        Wioski, do której w końcu dotarli, nie kojarzył ze swojej wcześniejszej drogi ku granicy państwa, ale nie przejął się tym - przez burze piaskowe i zmienne ukształtowanie terenu niewiele było stałych punktów orientacyjnych na mapie Na’Zahiru i możliwe, że te kilka tygodni temu minął ją bokiem. Poza tym była to osada tak nijaka, jak tylko może być taka garstka domków skupionych wokół jedynego źródła wody w odległości dnia jazdy w jedną czy w drugą stronę. Księżniczka jednak najwyraźniej dobrze znała to miejsce i co więcej, znała również tutejszych mieszkańców - od razu wiedziała do kogo się skierować po pomoc.
        Gdy zatrzymali się przed wybranym przez Maię domostwem, Sadik jako pierwszy zeskoczył ze swojego wierzchowca i od razu znalazł się przy dziewczynie, by w razie czego służyć jej pomocą przy zejściu albo przytrzymać jej konia, gdy już będzie wolny.
        - Talen, chodź, pomożesz mi - zwrócił się do panterołaka, gdy księżniczka poszła razem z gospodarzami do chatki. Teoretycznie jako strażnik powinien jej towarzyszyć, ale domyślał się, że były to osoby bardzo zaufane dla Mai. Poza tym usłyszał coś na temat kąpieli, a przy tym na pewno nie mógłby jej towarzyszyć, więc czy siedziałby pod jej drzwiami czy zajął się czymś pożytecznym, na jedno wychodziło.
        - Talen… - zwrócił się do panterołaka, gdy zostali przez moment sami na podwórzu i zdejmowali siodła z grzbietów wierzchowców, aby te mogły chwilę odetchnąć.
        - Dzięki - wypalił tak po prostu el Bihtu, uznając, że przecież nie trzeba mówić, za co mu dziękuje. - Masz łeb na karku.
        Nie musiał tego mówić, ale skoro byli w tym razem, może warto było mieć przy tym jakieś ludzkie odruchy.

        Już w chacie nie było okazji do swobodnej rozmowy - obaj zostali obskoczeni przez córki gospodarza, które nieba by im przychyliły i to w dwójnasób, bo byli nie tylko atrakcyjnymi kawalerami (załóżmy), ale też mężczyznami z bliskiego otoczenia księżniczki. Sadik całkiem nieźle się w tym odnajdywał - chyba głównie przez to, że pochodził z domu ze służbą i takie nadskakiwanie było dla niego codziennością. Z uśmiechem dziękował córkom gospodarza, chwalił ich kuchnię i tylko rzucane ukradkiem czujne spojrzenia w stronę drugiego pomieszczenia były jakimś sygnałem, że jeszcze pamięta, że nadal jest na służbie. Całkiem nieźle wyszło mu nawet ukrycie zaskoczenia, gdy w końcu w drzwiach, na które spoglądał, pojawiła się księżniczka, która swoim wyglądem wcale księżniczki nie przypominała. Urocza, młoda dziewczyna, pozbawiona tego całego splendoru - naturalne piękno pustyni. Aż przyjemnie się na nią patrzyło… Jednak nie wypadało. Strażnik szybko się pozbierał i starał się przez szacunek nie patrzeć na nią zbyt długo. Z tego też względu bez cienia sprzeciwu przyjął subtelny rozkaz, aby zostawić ją na chwilę samą z gospodarzami.
        - Oczywiście, to świetny pomysł, k’amina - przytaknął jej, wstając ze swojego miejsca. Kiwnął głową na Talena, by dodatkowo go zachęcić do wyjścia.
        Być może gospodyni spodziewała się już, że i oni będą potrzebowali kąpieli albo po prostu Maia uprzedziła ją o swoim planie, w każdym razie w pokoju obok było już wstępnie wywietrzone po toalecie księżniczki, a dwie balie były już napełnione ponownie wodą. Dziewczęta, które weszły do pomieszczenia zaraz za gośćmi, niosły ze sobą świeże ręczniki i kosmetyki odpowiednimi dla mężczyzn - inaczej perfumowanymi. Ich pojawienie się niosło za sobą jedną dość znaczną niedogodność - w pomieszczeniu zrobiło się trochę ciasno. A w każdym razie nie było miejsca tyle, ile potrzebowałyby niezbyt zżyte ze sobą osoby, by się rozebrać. I nie było też za dużego pola manewru, by podziać gdzieś wzrok. Sadik jednak mimo wszystko udawał, że sytuacja jest opanowana i on nie ma z tym problemu. Był z natury dość swobodny - może nie aż tak, ale na tyle, by nie robić scen. Nawet starał jakoś zagadać dziewczyny i zapytał czy to ich dzieła te kosmetyki i myjki. Słuchając odpowiedzi (oczywiście, że robione ręcznie, kogo w tych okolicach stać na kupne olejki) rozplótł włosy i zdjął z siebie tunikę przez głowę. Gdy już zsuwał ją z rąk, przypadkiem spojrzał na Talena. Panterołak stał obrócony do niego plecami, również właśnie zdejmował górną część odzienia. I gdyby teraz zmiennokształtny się obrócił, dostrzegłby dwie pary oczu wpatrzone w niego jak w obraz - jednej z dziewczyn oraz Sadika, na którym tym razem towarzysz zrobił dużo większe wrażenie niż wcześniej na postojach. Para jednak jak na zawołanie się ocknęła i skupiła na czym innym, udając, że umięśnione, szerokie plecy Talena nie zrobiły na nich wrażenia… El Bihtu szybko zrzucił z siebie resztę ubrań i wpakował się do wody.
        - Pomóc z włosami? - zapytała jedna z dziewczyn.
        - Proszę - przytaknął strażnik, odchylając głowę do tyłu, by córka gospodarza mu je porządnie spłukała czystą wodą z wiadra. Po chwili dało się też słyszeć chlupot od strony balii przygotowanej dla zmiennokształtnego.
        - Talen - zwrócił się do niego Sadik, nie obracając się w jego stronę, bo właśnie miał masowaną głowę. - Byłeś kiedyś wcześniej w tych okolicach? W sumie wcześniej jakoś nie było okazji byś się pochwalił jaki kawał świata zwiedziłeś.
        Gadka szmatka miała odciągnąć uwagę chyba całej czwórki od głupich myśli, które mogły ich najść w takiej sytuacji.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Na'Zahir”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość