Równina MagenarA pan to kto?

Wielka równina rozciągająca się od Nandan-Theru po Lasy Eriantur. Malowniczy teren pokryty trawami zakończony na południu Wzgórzami Mirinton. W centrum owej równiny znajduje się wielkie miasto Teravis.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

A pan to kto?

Post autor: Rosa » 4 miesiące temu

        Kolejne podejście. To jest - kolejny etap powrotu do domu. Uda się!
        Powtarzając to sobie kotka pokrzepiała się i ustalała strategie przetrwania, podczas gdy nadal balowała w osadzie z Dziwną Zieloną Wieżą. Tutejsi mieszkańcy nie byli nie wiadomo jak przekonani do kotołaków, ale i zasadniczo brakowało im większych uprzedzeń - a mała, uszata postać w zimowej sukience budziła w nich całkiem ciepłe odczucia. Dzięki temu Rosa mogła pozostać tam przez jakiś czas, stosunkowo niewielkim kosztem. Jednak choć wdzięczna tubylcom, o niczym nie marzyła tak jak o równych uliczkach warowni i znajomych twarzach miejskich obywateli. Chociaż co będzie tam robić skoro mistrz ją wystawił? Będzie musiała znaleźć kogoś innego!… namówić… tylko kogo? Za nic nie odpuści sobie szermierskiego treningu, ale zdawała sobie sprawę, że niełatwo jest udowodnić wyćwiczonym chłopcom lub wprawionym w boju mężom, że mając trzy główki wzrostu i łapki jak do podawania ciasteczek, można posiadać również walecznego ducha.
        A jeśli sam duch nie wystarczy to już im kicia pokaże… coś innego.
        - Rosa, Rosa, chodź, pobiegaj z nami! - Parka szczerbatych dzieciaków codziennie ją zaczepiała, chcąc wystawić jej możliwości na próbę. Ale choć wdrapywała się na drzewa, latała za nimi jako berek lub rzucała kamieniami do celu, nie traktowała tego jako nawet namiastki treningu. Ostatecznie chodziło o zabawę, więc dawała młodszym wygrywać lub robiła jakieś niemądre błędy, byle się nie znudziły. Problem zaczynał się, gdy dołączała do nich banda wiejskich podrostków - choć nie mieli złych zamiarów, w dziewczynie od razu budził się waleczny duch i ze zwykłej towarzyszki zabaw zmieniała się w kogoś, kto za wszelką cenę musi być najlepszy. Raz nawet się z jednym pobiła.
        Lecz mimo tego dni mijały spokojnie - każdy nieco cieplejszy, bardziej zielony - aż kotka w swej tęsknocie straciła cierpliwość i ogłosiła, że nie czekając na lepszą okazję wyruszy w drogę powrotną. Nikt jej specjalnie nie zatrzymywał, bo chyba mieli ją za podróżnika, ale dziwili się, że taka młoda panna nie woli wyruszyć w towarzystwie. Ile jednak musiałaby na jakieś czekać? Aż do targowiska, a wtedy będzie mogła i tak dojść jedynie do najbliższego miasteczka. Może nawet nie byłoby jej po drodze?
        Dlatego zebrała całą swoją odwagę i determinację i następnego dnia - wyruszyła.

        Poza wioską znalazła się jeszcze przed brzaskiem - wczesnowiosenny chłód dawał się we znaki zaspanemu ciału, ale nie zamierzała się zatrzymywać. Obawiała się, że wtedy zawróci. A nie mogła sobie na to pozwolić!
        Obdarowana zapasami i poradami jak trafić na najwygodniejszy szlak w marszu spędziła bite trzy godziny nim zrobiła postój na małe śniadanie. Wtedy też, gdy żuła kawałek suszonego boczku, usłyszała jak ktoś galopuje.
        Znowu?
        Zastanawiała się, czy to znajomy niebianin przypadkiem znowu na nią nie wpadnie, ale domniemany ciężar wierzchowca jej się nie zgadzał. Uderzenia były lżejsze i następowały po sobie częściej niż kiedy palladyn gnał na swojej klaczy.
        Zaintrygowana Rosa odwróciła głowę, gotowa w razie czego uciec w nieprzyjazne jeźdźcowi chaszcze i tam się schronić. Jednak to co zobaczyła zatrzymało ją w miejscu - Franklin, ciemnawy blondynek z wioski, jechał w jej stronę na kucyku, z miną mówiącą niepewne ,,zaczekaj!”. Nawet ucieszyła się, że go widzi, lecz nagle zza jego pleców wychynęła zakazana mordka zaczepnego bruneta.
        Musiała mówić, że to jego pewnego razu pobiła?

        Niepewna intencji dwójki, wstała, marszcząc brwi. Była gotowa rzucić się na nich obu jeżeli będzie trzeba. Skoro jechali za nią taki kawał, żeby się zemścić i nie mieć świadków to nie będzie się hamowała i nadzieje ich na szpadę przy pierwszej okazji. O!
        Wyprężyła się i rozgrzała palce. Ale nim zdążyła się ustawić w pozycji dobrej do wyciągnięcia broni, chłopcy zatrzymali kuca. Zsiedli i jakby nie wiedząc co zrobić dalej, stali tak sobie, patrząc to na krzaki, to na siebie, a to na swoje paznokcie.
        Ona jednak nie spuszczała z nich czujnego spojrzenia. Wyglądali w tej chwili na parę idiotów, ale zapewne była to jedynie zmyłka. Szykowali pułapkę…
        - Czego chcecie? - warknęła gromiąc ich tak, jak tylko niewiasta potrafi. - Ostrzegam, że nie będę miała dla was litości!
        Popatrzyli po sobie nieco zmieszani. Nie byli pewni co odpowiedzieć, a ich miny świadczyły o tym, że tak w zasadzie to nie wiedzieli o co jej może chodzić.
        - Ten… - zaczął blondyn, by po chwili niezręcznej ciszy dźgnąć swojego kompana. Ten stawiał się, ale w końcu został wypchnięty przed dwuosobowy szereg.
        - My no… - Podrapał się po głowie, usilnie kierując wzrok gdzieś w przestrzeń między drzewami. - Podobno idziesz do miasta i my ten… też się zabieramy… AŁ!
        - Chcieliśmy - blondynek podkreślił to słowo. - Ci towarzyszyć. Pomyśleliśmy, że we trójkę to tak bardziej po Pańskiemu. Nie wypada, by młoda dziewczyna wychodziła z naszej wsi bez tego… no… sama.
        Jakoś im nie wierzyła.
        - Nikt mi wcześniej nie zaproponował eskorty. Wy też nie. Wiedzą w ogóle, że zabraliście kuca?
        - Pewnie, że tak! - wyrwał się Joan i zacisnął pięść. - Myślisz, że kradniemy, czy jak!?
        - Nie zdziwiłabym się! - Fuknęła i sama zaczęła mu grozić postawą, porzucając swój plan użycia "szpady jak szermierz" i zostając przy "pięściach jak baba".
        - Ej, ej, chwila! - Fran próbował ratować sytuację. - Naprawdę mamy pozwolenie… ranośmy się namyślili i uznaliśmy, że pojedziemy… brat mówił, że jemu się nie chce, ale uznali że jesteśmy dość dorośli, by się sami wybrać.
        - Leniwy burak ot co…
        - Coś mówiłeś?
        - Nie, nic! Zadowolony!? - Wbił ręce w kieszenie i kopnął jakiś kamyk, niemal nie trafiając Rosy. Ale ta zignorowała go i podeszła bliżej blondyna.
        - Chcecie… iść ze mną? - spytała, bo jakoś nie mogła w to uwierzyć.
        Uśmiechnął się potakująco, a Joan dla odmiany coś burknął.
        Zamrugała, bo chyba prędzej spodziewała się napadu Ala Chłopa i jego rozbójników niż towarzystwa młodzieńców z odwiedzonej osady. Tylko dlaczego ten wredota też przyszedł? Jako wsparcie dla przyjaciela, czy może by wykorzystać okazję i rzucić w nią kamieniem? Już prawie mu się udało.
        - To, em… dobrze. Zrobicie jak chcecie - oświadczyła w końcu, wracając do posiłku. - Ale ja nie mam kuca - zauważyła. Będzie ich opóźniać.
        Rozpogodzony Fran, machnął na to ręką i przysiadł się do niej.
        - Wzięliśmy go, żeby cię dogonić! Poza tym może nieść rzeczy. - Wskazał na jej torbę.
        W sumie miał rację.
        We względnej zgodzie zaczęli wspólne śniadanie - ona nadal gryzła boczek, on jak oszalały wcinał jajka na twardo (to na nie czekali nim ruszyli w pościg), a naburmuszony Joan chyba nie miał apetytu, ale też żuł kromkę chleba - kiedy już zdecydował się usiąść na pniaku obok kici. Siedział jednak w stosownej odległości.

Awatar użytkownika
Emigo
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Emigo » 4 miesiące temu

        Ludzie bywają dziwni. WIelu chce być bogatymi dupkami i całymi dniami rozkazywać innym, a niektórym wystarczy kromka chleba lub co najwyżej dobra pieczeń przy muzyce miejscowego barda.
Emigo nigdy nie sądził, że spotka kogoś tak opryskliwie bogatego i zadufanego w sobie, że nie będzie miał szans przekonania go co do słuszności swoich słów. A osobą tą był szlachcic, na którego mówiono De Mon (właściwie wymawiane jak "demon") z powodu, że jego zachowanie było żartobliwie porównywalne z zachowaniem Piekielnych. Był on także znany ze swojego skąpstwa i bezlitosnego zamiłowania do… muzyki. Tak, muzyki. Uznawał się on za wielkiego artystę, który ma powołanie ku instrumentom muzycznym oraz posiada niezwykły dar emisji głosu, lecz rzeczywistość była o wiele bardziej brutalna nie tylko dla niego, ale również dla jego słuchaczy. Nie miał on bowiem talentu do żadnej formy sztuki. Jego obsesja na punkcie występów powodowała, że na jego koncertach wielu zatykało sobie uszy i były przypadki zasłabnięcia a nawet trwałego uszkodzenia słuchu.
        Jak na to nie patrzeć szlachcic ten posiadał w sobie coś co zainteresowało starego krasnoluda. Potrafił on bowiem opowiadać o sławnych artystach i o gatunkach muzyki z niezwykłą dokładnością oraz pasją. Staruszek zawsze podziwiał osoby, które mimo przeciwności losu spełniają swoje marzenia. Pewnie dlatego przystał na ofertę De Mona by eskortować jego karawanę do Nandan-Ther gdyż jak twierdził, chciał on odwiedzić swoich krewnych.
Prozaicznie proste zadanie.
         - Wygląda na to, że wleczemy się po tej drodze już od ponad tygodnia- zwrócił uwagę Emigo. - Czy na pewno wiesz, w którą stronę mamy podążać?
        - Oczywiście! Znam te tereny jak mało kto! - odrzekł przewodnik. - Poza tym wiem, że musimy kierować się na południowy-wschód. O tam!
        - Nie chcę podważać twoich kompetencji znajomości kierunków świata, ale czy nie uważasz, że idziemy trochę bardziej na północ niż na południe?
        - Ech… Tak! Idziemy skrótem… Niedługo dojdziemy do celu.
        - Może lepiej będzie wejść na szlak? - zaproponował Emigo. - Zawsze to jakoś bezpieczniej niż przedzieranie się przez niebezpieczną puszczę i dzikie zwierzęta.
        - No dobrze. Tylko spojrzę na mapę…
        - To nie jest konieczne. Zrobiłem rozpoznanie naszej okolicy w nocy, gdy spaliście i zauważyłem ścieżkę handlową. Nie traćmy czasu bo i tak już jesteśmy spóźnieni.
        Przewodnik starał się jakoś wybrnąć z tej sytuacji, ale w ostateczności nic więcej nie odpowiedział oprócz poinformowania De Mona o zmianie kierunku trasy, co nie ukrywając wprowadziło szlachcica we wściekłość (bo już wielokrotnie zmieniali drogę), lecz po chwili opanował swój temperament wiedząc, że może on w między czasie poćwiczyć swoje umiejętności wokalne, co było dla niego bardzo pocieszające w przeciwieństwie do odczuć dwóch innych najemników, którzy pilnowali jego dobytku i byli skazani na jego towarzystwo.

        Kilka minut później cała piątka (De Mon, przewodnik, Emigo i dwóch strażników) z nadzieją odnalazła świeże ślady kopyt. Jako że Emigo pełnił rolę tłumacza, zwiadowcy oraz czyściciela - który usuwał przeszkody terenowe jak na przykład powalone drzewa i zwałowiska głazów - wyruszył pierwszy by zbadać to zjawisko.
        I tak oto Staruszek napotkał Rosę i jej… kompanów? Tak to mniej więcej wyglądało gdyż właśnie kończyli posiłek i przygotowywali się do podróży pakując rzeczy kotołaczki na niezbyt dużą klacz.
Nie chcąc wystraszyć ewentualnych informatorów postanowił nie podchodzić zbyt blisko bez ich pozwolenia. Tak więc zawołał do nich w ten sposób:
        - Hej, wy! Tak wy! Którędy do Nandan-Ther?!
Staruszek machał rękami by go zauważono. Powtarzał także swoje pytanie aż w końcu spotkani podróżnicy zaryzykowali i pozwolili mu zbliżyć się na wystarczającą odległość by mogli w spokoju porozmawiać.
        - Przepraszam za moje maniery. Jestem Emigo Valentine i pilnie potrzebuje pomocy w postaci informacji. Czy wasza trójka wie, w którą stronę można najszybciej dotrzeć do miasta Nandan-Ther?
Krasnolud nie naciskając już zbytnio poprosił o wskazanie miejsca na swojej mapie. W pewnym momencie jednak zauważył, że podróżni zmierzają w tym samym kierunku, więc zaproponował im wspólną podróż.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Rosa » 3 miesiące temu

        Dzieciaki nie spodziewały się zastać w lesie nikogo poza sobą - gdy więc Rosa dostrzegła tęgiego mężczyznę zamarła jak zwierzę w pół gestu, a kiedy huknął - zerwała się i nastroszyła, podczas gdy chłopcy poupuszczali tobołki.
        Na szczęście mężczyzna nie podchodził bliżej, a jego pytania były jasne i całkiem normalne. Choć można zastanawiać się czemu ktoś taki pyta o drogę bandę smarkaczy. Wyjaśnienie jednak nasuwało się samo - nie za bardzo był wybór. Mógł się zwrócić do nich albo do konia i najwyraźniej oni wydali mu się nieco bardziej obeznani w świecie i godni zaufania. Czy słusznie nie wiadomo, ale chłopcy poczuli się wyróżnieni. Fran zresztą spojrzał na kotkę kiedy kolejny raz padła nazwa warowni. Tak, to tam zmierzali.
W końcu brodacz podszedł i przedstawił się, pokazując, że nie jest jakimś tam dzikusem czy prostym wieśniakiem, a całkiem dobrze wychowanym… kimś. Mówił jakby był wyedukowany, co od razu zwróciło uwagę całej trójki. Skłonili mu się także grzecznie, choć nie mieli aż tak dobrych manier jak chęci.
        - Nic się nie stało, psze pana.
        - Nie wiemy.
        - Och, ale ona wie! To znaczy Rosa.
        - Jest kotem, ale wie. - I za tę odzywkę Joan został przez nią boleśnie nadepnięty. Fuknęła cicho, po czym ignorując przekrzykujących się chłopców zebrała się na odwagę i zwróciła się do pana Valentine.
        - Właśnie idziemy do Nandan-Ther. Znam drogę. - A przynajmniej tak jej się wydawało. Nie wiedziała gdzie po drodze są zajazdy, karczmy i inne punkty odniesienia, ale wiedziała jakim szlakiem i w którym kierunku należy podążać. Jakby jej ukochane miasto zaczęło ją wzywać. Albo po prostu instynkty działały niezgorzej. Niemniej widok mapy był jej niezwykle miły i aż machnęła ogonem. Przyjrzała się jej (z zaciekawionymi kompanami za plecami) i po krótkim namyśle wskazała szlak.
        - Tędy - dodała pokazując drogę już nie na mapie, a w rzeczywistości. A potem padła propozycja wspólnej podróży.

        Sama Rosa może by odmówiła. Nie wiedziała jeszcze o towarzystwie z jakim podróżuje mężczyzna, a jemu samemu nie zamierzała ufać. Ale sama nie była. Chłopcy natomiast po burzliwej dyskusji na migi uznali to za niezły pomysł. Ostatecznie on był piechotą i oni byli piechotą. Nie miał im co ukraść (bo niemal wszystko to były rzeczy dziewczyny), a towarzystwo kogoś takiej budowy zawsze mogło się przydać. Co prawda nie pasowało im, że ze strażników nieporadnej kotołaczki zostali przemianowani na zwykłych koleżków, ale ostatecznie na pewno i tak doceni ich towarzystwo. Z samym brodaczem zanudziłaby się jak nic!

        Ale i on nie był sam. O tym przekonali się jednak później. Kiedy cofnął się, by wprowadzić na dobrą drogę swojego pracodawcę. Oczywiście Rosa, kiedy tylko zniknął im z oczu założyła, że wrócił, tak, ale po bandę kumpli rozbójników i zaraz wbiegną tu chmarą, by zrobić z nich szaszłyki. Nie powiedziała tego na głos, by nie wyjść na szaleńca, lecz jej postawa zdradzała aż nad to.
        - Wygląda na porządnego faceta - uspokajał Fran, z optymizmem, który niemal jej się udzielał.
        - A jak nie, to pewnie i tak zwiejesz jako pierwsza - dodał Joan i znów dostał, ale tym razem w ramię. Już by się wzięli i pobili, ale Fran rozdzielił ich i kazał patrzeć na drogę. Nie spodziewał się zbójców, ale minimum powagi należało zachować. I nieco czujności. Sami z resztą wiedzieli to najlepiej! Byli nieznośnie niekonsekwentni.
        - Musicie tak się tłuc? - zwrócił im w końcu uwagę, bo znowu zaczęli się do siebie przybliżać.
        - Był bezczelny!
        - Ona zaczęła!
        - Dobra, nieważne… - westchnął, a po chwili odciągnął naburmuszoną Rosę nieco na bok. - Wiem, że tak to nie wygląda, ale Joan nie miał nic złego na myśli - szepnął. - Po prostu jakby coś się stało powinnaś uciekać. Miał rację.
        - Pfff. A wy? Co zrobicie sami? - Zmierzyła go surowym spojrzeniem.
        - Uciekniemy za tobą. - Uśmiechnął się, a że nie wiedziała co odpowiedzieć, dodał:
        - Słyszycie? Idą!

        Faktycznie, kompania rozbójników pana Valentine zbliżała się do zakrętu.

Awatar użytkownika
Emigo
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Emigo » 3 miesiące temu

        Pierwszy sukces. Zdobyte zaufanie jest bezcenne, zwłaszcza jeśli podróżujesz w głuszy i nie masz rozeznania w terenie. Emigo nie spodziewał się, że młodociani wędrowcy tak uprzejmie potraktują Staruszka i bez większego problemu zgodzą się na jego ofertę. Co prawda nie ufał im aż tak bardzo by wytłumaczyć swoją całą obecną sytuację (i vice versa), ale był przygotowany na co najmniej tuzin kryjących się w krzakach rozbójników. Choć właściwie to nawet gdyby okazało się, że jest on otoczony przez bandytów, a to wszystko to tylko sprytnie urządzona pułapka, to z pewnością zamiast walczyć próbowałby negocjować warunki przejścia przez ich tereny w zamian za myto. Emigo miał w takich sytuacjach niezłe gadane i potrafił przekonać nawet mordercę do tego by poddał się prawu na korzystnych warunkach, ale to jego druga strona i w ostateczności potrafi sprać tyłek nie jednego olbrzyma czy grupy nierozgarniętych najemników.
Jednak przeczucia Staruszka nie miały podstaw w obecnej sytuacji. Wyglądało na to, że napotkał jedynie trójkę młodych podróżników i jedyne czego powinien się obawiać to to żeby ich nie spłoszyć zanim nie poznają jego mocodawcy.
Dziękując za zaznaczenie na mapie kierunku do Nandan-Ther wycofał się dość szybko by donieść o wszystkim De Monowi.
        - Mam dobre wieści - zaczął Krasnolud. - Znalazłem trójkę podróżnych, którzy nie wydawali się być groźni i…
        - I zapewne chcesz mnie do nich zaprowadzić? - przerwał mu szlachcic po chwili marszcząc czoło. - Rozmawiałem z Ricem, naszym przewodnikiem i jakbyś nie wiedział, opowiedział mi o tutejszych terenach i tubylcach i wiesz co sobie pomyślałem?
        - Że najlepiej będzie jeśli zejdziemy ze szlaku, bo tutejsza "ludność" nie jest przystosowana do poznawania nowych ludzi?
        - Tak. Już z nim o tym rozmawiałeś?
        -Tak i to dawno. Dałem mu do zrozumienia, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Ric ma potencjał i to spory, ale brak mu ogłady i znajomości ludzkiej natury. A właściwie to gdzie on zniknął?
        - Poszedł się odlać - odpowiedział jeden z strażników. - Mówił, że zaraz wróci.
        - Wziął coś ze sobą?
        - Chyba nie… ale długo patrzył w zarośla za tymi drzewami zupełnie jakby na coś czekał albo…
        - Albo na kogoś!
        - Eee… że co?
        - Czekał na kogoś w zaroślach!
        - No i?
        - Lepiej to zbadać.
        De Mon coraz bardziej się niecierpliwił, a samo to, że musiał co chwilę czekać na rozwój sytuacji było dla niego uciążliwe więc rozkazał zostawić obecnego przewodnika i znaleźć nowego.
Emigo nie podobało się takie traktowanie ludzi. Zwłaszcza gdy chodzi o wspólnego kompana. Nie miał jednak zbyt dużo do powiedzenia, bo Ric według umowy już dawno powinien zaprowadzić De Mona do Nandan-Ther, a skoro tego nie zrobił to musiałby oddać pieniądze, które otrzymał jako zaliczkę i nie wiadomo czy dostałby chociaż jednego ruena za dotarcie do celu. Dlatego też Emigo martwił się czy aby Ric nie postanowił odejść z powodów finansowych i co gorsza… szykował się do zdrady.
        - Nie ma go! - wykrzykiwał strażnik. - Przeszukałem okolice i go nie ma!
        - Są dwie możliwości: albo spiskował przeciwko nam, albo postanowił odejść i szuka lepszego zarobku. - Staruszek rozłożył bezradnie ręce. - Tak czy inaczej nie sądzę, żeby ktoś go uprowadził, nie ma śladów walki.
        - Czy muszę się otaczać takimi tępakami? - Szlachcic wskazał palcem na Emigo. - Awansowałeś na mojego doradcę! Powiedz czy powinienem najpierw skarcić moich nieudolnych ochroniarzy, czy poszukać i wybebeszyć tego zdradzieckiego Rica.
        - Według mnie najlepszy sposób na kłopoty to po prostu iść dalej.
        - I tyle?
        - Niedaleko szlaku spotkałem kilku małolatów. Wydają się w miarę ogarnięci i raczej nie mają złych intencji. Powinni pomóc nam za kilka ruenów.
        - Czemu nie powiedziałeś wcześniej? Ruszajmy za nimi zanim znikną ze szlaku!
Tak szybko Emigo jeszcze w życiu nie biegł. Zupełnie jakby ktoś go gonił (i może faktycznie był śledzony) lub jakby sam kogoś gonił (bo właściwie tak było). Pierwsza opcja była bardzo realna dlatego nie spuszczając tępa dogonili Rosę i jej kompanów.
        - Uch… Witam ponownie - Staruszek próbował złapać oddech. - Zapewne ciekawicie się dlaczego tak pędziliśmy? Otóż mamy drobny problem z naszym przewodnikiem, a właściwie byłym przewodnikiem…
        - Nie tylko byłym, ale i martwym! - wtrącił się De Mon. - Jego kończyny powieszę nad stajnią i obrzucę konnym łajnem, a jego głowę wbiję na pal w najbliższym mieście. Nie wspominając o tym co zrobię z jego wnętrznościami gdy je już spale w ogniu i wypnę na nie tyłek! Lepiej więc żebyście byli warci mojego zachodu!
        Emigo nie chcąc powodować niepotrzebnych kłótni zmienił temat na bardziej stosowny i spytał się czy aby nie znają jakiegoś dobrego miejsca gdzie można rozbić obóz, bo podróżują już od dłuższego czasu i nie mieli zbytnio czasu na odpoczynek. Tym samym tłumaczył, że szlachcic De Mon źle znosi długie podróże, bo wywodzi się z wysokiego rodu i nie jest przystosowany do ciągłej tułaczki tym bardziej, że już od trzech dni powinien być w Nandan-Ther, a jego krewni z pewnością się o niego martwią… Choć może trudno w to uwierzyć.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Rosa » 3 miesiące temu

        Dosyć dziwne to było powitanie - o ile biegnącego staruszka młodzież by zrozumiała, o tyle wywody De Mona zapisały im się w pamięci jako… trudno to nawet nazwać. Tyle dobrego, że zaskoczeni stali w miejscu, a nie zaczęli z wolna się rozchodzić, by wreszcie uciec w panice jak najdalej, co - być może - byłoby dla nich najlepsze. A jednak cała trójka patrzyła na szlachcica lekko unosząc brwi, miną wyrażając coś między osłupieniem, a współczuciem dla wariata. Choć Rosa nawet uznała, że taki sposób zemsty jaki proponował był całkiem pomysłowy i, o ile były przewodnik w świetle prawa naprawdę na to zasłużył, godny egzekwowania. Jednak miała obiekcje co do kolejności - ciężko byłoby zrobić to "o czym nie wspomniał" z już spopielonymi wnętrznościami. Może tak zamienić?
        - Hej, wiecie… może lepiej stąd chodźmy? - zaproponował Joan szeptem, licząc zarówno na obawy jak rozsądek towarzyszy. Ale nie kiedy jak właśnie teraz oba musiały ustąpić zwykłej ciekawości.
        - Dzień dobry, tak… myślę, że może jesteśmy, ale to zależy czego wasza mość oczekuje - odezwał się Fran z niepewnym, lecz równie szczerym jak wcześniej uśmiechem, odzyskując rezon. Skłonił się jako tako po chłopsku, popychając do tego i przyjaciela, a Rosa jak to Rosa najpierw zmierzyła De Mona nieufnym spojrzeniem, po czym dygnęła czujnie, zrozumiawszy z kim ma do czynienia. Tak mniej-więcej. Samo nazwisko uznała za dziwnie znajome, ale nie mogła przypomnieć sobie konkretów - kojarzyła wiele arystokratycznych rodów pochodzących z Nandan-Ther, ze względu zresztą na własne pochodzenie.

        - Szkoda, że akurat teraz pytacie o obóz. Właśnie jedliśmy. - Joan, chyba najmniej przejęty szlachectwem szlachcica, założył ręce za głowę i wprost dał upust swemu niezadowoleniu, obojętny na cudze humorki. Rosa z kolei zaproponowała, że się z Franem rozejrzą, bo sami nie szukali, ale zapewne coś się w okolicy znajdzie.
        - Potrzeba jednak trochę cierpliwości - skwitowała kotka, patrząc znacząco na De Mona, a potem żwawo (by jednak go nie prowokować) ruszyła w las wraz z nowym kolegą. Joan, by nie zostawać z dziwaczną bandą sam na sam, zaraz ruszył ich śladem, udając, że bez niego przecież sobie nie poradzą.
        Oni rozeszli się zgranie na boki, on się zgubił. Szczęściem nikt poza nim o tym nie wiedział, bo nawet nie zdążył ich dogonić, a gdy po paru minutach wrócili do towarzystwa, on także tam dotarł, dzięki zasłyszanym hałasom, a oznajmiając, że nie znalazł nic ciekawego, choć przecież szukał.

        - Rosa? - Fran zasugerował by mówiła pierwsza, choć jego mina świadczyła o tym, że sam znalazł odpowiednie miejsce. Rosa więc, choć też miała propozycję, pokręciła głową, jako osoba, która zna się na miejskich uliczkach, a nie biwakowaniu. Zdawała się na chłopaka.
        Ten, rozpromieniony zapewnił, że będą mogli świetnie wypocząć, po czym zaprowadził całą ekipę na niedaleką polankę między sosnami. Niewiele rosło tam krzewów, które utrudniałyby dojście, a i szlak był doskonale widoczny - jedynym problemem mogły być kawałki kory i igieł, ale z tym obozujący w lesie jakoś musieli się uporać. Sam Joan szepnął, że nieważne jak rozkapryszony jest bogacz - jego sługusy jakoś mu w końcu dogodzą. Za to im płacił.

        Już najedzona i wypoczęta młodzież nie miała w zasadzie ochoty się zatrzymywać, jednak i ją kusiło wynagrodzenie (chłopcy) jak i większa obstawa (Rosa) - z tego względu zamiast marudzić postanowili znaleźć sobie zajęcie na czas postoju. I choć padła propozycja jakieś gry, w końcu zdecydowali, że lepiej będzie, dla dobra wyprawy, pozacieśniać więzy i oddać się rozmowom. Tylko... jak zacząć?

Awatar użytkownika
Emigo
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Emigo » 3 miesiące temu

        "Uf… Mam nadzieję, że ta trójka wytrzyma obecność De Mona. Nie chciałbym zaczynać niepotrzebnej kłótni o to kto ma rację..."
        - Co o tym sądzisz, Emigo? - Szlachcic najwidoczniej był ciekaw opinii Staruszka. - Czy ci młodociani smarkacze na pewno znaleźli odpowiednie miejsce do odpoczynku?
        - To nie pałac królewski i raczej nie spodziewałbym się większych wygód, jak na takie warunki jedyne na co można narzekać to kiepska pogoda i drobne braki w żywności.
        De Mon był uparty, ale tak naprawdę wiedział, że Staruszek ma rację, więc nie dyskutował dłużej i postanowił zaufać nowym towarzyszom.
        Gdy już postanowili rozbić obóz, jeden z strażników pilnował skrzyni - która co prawda była zapieczętowana i tylko dzięki magii lub posiadaniu klucza można było ją otworzyć - lecz w środku znajdowały się jedynie "delikatne" rzeczy, na które czekał jego ojciec i kuzyn, o czym De Mon poinformował Frana i Joana zanim zaczęli o to dopytywać, bo w sumie w środku nie znajdowały się żadne kosztowności, brylanty ani złoto, tylko zabytkowe pamiątki, które mają dla szlachcica dość sporą wartość sentymentalną.
Drugi strażnik rozbijał namiot dla swojego pracodawcy co trwało z pół godziny (nie licząc pomocy innych) bo kto jak kto, ale De Mon La Mange Orreto (bo tak brzmi jego pełen tytuł) nie znosi dwóch rzeczy: prostactwa i niewygody. Chociaż jeżeli chodzi o niego samego, to nie obchodzi go czy kogoś obraził, czy ktoś inny musi spać na ulicy. To taki paradoks wywołany tym że uważa się on za kogoś lepszego od pozostałych.
        Po chwili Emigo zaproponował grę w szachy, ale widząc, że dwoje kolegów Rosy nie dają oznak zrozumienia zasad gry, postanowił, że opowie im pewną historię.
        Kiedyś Emigo napotkał lwa. Lew ten był bardzo słaby i wychudzony. Staruszek odczuwał dla niego współczucie, bo zwierzę nie jadło i nie spało od wielu dni, mimo że miał wokół siebie pełno najróżniejszej żywności oraz spore wygody a jedyne czego mu brakowało to mięso. Bo jak wiadomo takie drapieżniki są mięsożerne oraz nie najlepiej przystosowane do tego co je większość ludzi. Tak więc Emigo widząc mizerne zwierzę postanowił mu pomóc oddając ostatni kawałek wołowiny, który lew pożarł ze smakiem. Mimo to zwierzę nadal było głodne, a Emigo nie posiadał przy sobie więcej takiej żywności nie licząc chleba i sera, którego lew nawet nie spróbował. Spoglądał za to na Staruszka jakby zobaczył ducha albo raczej obiekt konsumpcji. Wtedy to lew rzucił się na Emigo i próbował go rozszarpać na kawałki. Staruszek broniąc się złamał zwierzęciu kark. Nie chcąc jednak, aby jego śmierć poszła na marne, zapakował znalezioną żywność i rozdał w pobliskiej wiosce. Okazało się że Lew był dobrze znany w okolicy, a legenda o nim mówiła, że był zrodzony z magii i tylko ktoś o czystym sercu mógłby go pokonać.
        - Ta historia, którą przeżyłem nauczyła mnie, że nieważne kim jesteś, ale to co robisz. Każda decyzja ma swoje konsekwencje i nawet gdyby ktoś inny byłby w podobnej sytuacji, pewnie zareagowałby zupełnie inaczej. To jest przykład zmienności losu, którego nie przewidzisz nawet z pomocą wróżbitów i jasnowidzów. Podobnie było z naszą znajomością z Ricem. Nie był on zbyt dobrym przewodnikiem, ale tylko tak mógł zarobić uczciwie na chleb, bo pochodził z biednej rodziny a tacy ciężko pracują na polu albo stają się przestępcami. A teraz zniknął i jedyne co po nim pozostało to przykre wspomnienie, takie samo jakie odczuwałem po już martwym lwie.
        Po swoim monologu Emigo spojrzał na szpadę Rosy z uśmiechem, zupełnie jakby coś sobie przypomniał.
        - Piękna rzecz. Szkoda tylko, że niewielu ma na tyle finezji by prawidłowo nią władać. Pani musi pochodzić ze szlachetnej krwi. To widać po stylu chodzenia i zachowaniu. Nie chcę być nachalny, ale czy mogłaby pani mi pokazać swój styl walki? Zawsze chętnie uczę się nowych chwytów, a i ja jestem nie najgorszy w szermierce. Co pani powie na mały pojedynek?

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Rosa » 3 miesiące temu

        Pracownicy, czy tam służba De Mona nie wydawała się pierwszorzędnie wyszkolona ani nawet po ludzku sprytna. Niemniej pasowała mu w roli asysty. Zwłaszcza, że on sam nie był chyba jakoś niezwykle wydarzony. Tym bardziej dziwić nikogo nie powinno, że trójka małolatów, w tym dwóch chłopców i kocica z bronią stanowili zdrowe uzupełnienie tej kalekiej gromady. Kucyk zaś był wierzchowcem, na którego niemal nie zasługiwali - wiernie jednak stał pod drzewami, może dlatego, że nie za bardzo orientował się w terenie i nie potrafił nawet wrócić do domu.
Nie, jednak zasłużyli na niego.

        Trudno się dziwić, że tymczasowi właściciele kuca - wioskowe brudasy - nie byli odpowiednimi partnerami do gry w coś tak skomplikowanego jak szachy - i pól za dużo i niczym się nie rzucało… do chrzanu taka zabawa. I o ile Fran starał się jeszcze nie robić za ostatniego jełopa, a przynajmniej robić za najgrzeczniejszego głupka, o tyle Joan wprost wyraził swoje niezadowolenie z gry, w której udziału nie brały kamienie, podkowy czy choćby zwykłe gałęzie.
        Rosa jako jedyna zdolna by była przysiąść do intelektualnej rozrywki, ale (nie przyznając się) popierała fascynację Joana bardziej fizycznymi grami.
Niemniej historia, choć nie wymagała od słuchaczy ruchu, bardzo zaciekawiła młodzież - chłopcy ze względu na przygodowy wydźwięk, a Rosa, bo lubiła opowiastki z morałem i… sposób w jaki ktoś opowiadał i tematyka jaką wybierał dużo mogły o nim powiedzieć. A przecież nie znali swoich nowych towarzyszy. Dlatego też (nie tracąc czujności) zamieniła się w słuch.



        Opowieść pana Emigo zaliczała się do kanonu, który najbardziej lubiła. Konkretna opowieść o kimś dobrym i dzielnym. Sceptycyzm wobec starszego wojownika był w niej zaś tak znikomy, że wcale nie przeszkadzało jej, że opowiedział o sobie. Sprawiedliwi i silni zasługiwali na opowieści, a także - na pochwały. Za to drugie uznane mogły być spojrzenia ich trójki, bo każdy, choć nieco inaczej, wyraził w nich swój podziw. Choć były to odczucia nieco jeszcze naiwne - gdyby logicznie chcieli przeanalizować to wszystko nie umieliby za bardzo połączyć wspomnianego Ricka z Lwem. Może chodziło o to, że obaj robili co musieli by przetrwać, Emigo chciał im pomóc, ale ostatecznie połamał im karki za co go później ceniono?
        Nie, ten pan Rick odszedł na własnych nogach.
        Nagle Emigo zwrócił się wprost do Rosy - spojrzała na niego mocno zaskoczona, wielkimi kocimi oczyma. Uszka jej drgnęły, gdy poczuła przypływ dumy. Tak, jej szpada była niezwykłą bronią. Jedną z niewielu naprawdę godnych, którą mogła posługiwać się niewiasta o tak marnej sile, ale brzydząca się złodziejskim sztyletem.
        Dzięki tej jednej uwadze dziewczyna poczuła się naprawdę doceniona - jednak nie na tyle, by tracić świadomość własnych umiejętności. Albo raczej braku takowych, jeżeli chodziło o walkę z tak doświadczonym przeciwnikiem.
        - Hę? Szlachetnej krwi? - Wyrwało się Joanowi nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
        - Mówiłem ci przecież. Jest z miasta!
        - A-ale to nie to samo!
        - No wiem…
        Ich krótka rozmowa nieco ją irytowała - ostatecznie nie miała prawa nazywać się szlachcianką, ale by nie kłamać musiała teraz powiedzieć wprost, że nią nie jest - czego też wcale nie chciała.
        Odchrząknęła sugestywnie, uciszając kompanów i mało wylewnie, ale odpowiedziała panu Valentine:
        - Dziękuję. Trochę szlacheckiej krwi we mnie płynie, ale nie otrzymałam (jeszcze!) odpowiedniego przeszkolenia w walce. Jestem wdzięczna za kom… komplement, ale nie byłabym dość mądra gdybym szpadą walczyła przeciw takiemu mieczowi. - Wskazała subtelnym gestem na wyróżniającą się broń Emigo. - Niczego też pan się ode mnie nie nauczy… - westchnęła, odwracając głowę w bok, niezadowolona. - Ale… jeżeli zdarzy się, że będę mogła obserwować pana w walce… to na pewno dla mnie będzie pouczające.
        - Cooo? Nie zmierzysz się z nim?
        - Rosaa!

        O dziwo kostropaty doping chłopców, którzy na technice znali się jak na hafcie, a chcieli zobaczyć jakąś akcję, podziałał na nią niemal jak zaklęcie. Pozastanawiała się jeszcze chwilę (krótką chwilę), po czym niby niechętnie, ale zaproponowała:
        - Ze wszystkiego co umiem... - ,,A umiem, dranie, więcej niż wy!”, pomyślała do swoich kolegów. - mogłabym spróbować się zmierzyć z panem… i przez jak najdłuższy czas unikać pańskich ataków.
        - O!
        - Może… może jeżeli nie trafi mnie pan przez trzy minuty na ograniczonym terenie, opowie nam pan następną historię? - zaproponowała, a chłopcy wsparli pomysł, choć do Joana zaczynało docierać, że będzie musiał kibicować białej uszastej… i że to ona, a nie on będzie się bić. Bez sensu!
        Lecz propozycja już padła.

Awatar użytkownika
Emigo
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Emigo » 3 miesiące temu

         "To bardzo ciekawe. Skoro dziewczyna-kot nie jest arystokratką oznacza to, że źle zrozumiałem jej zachowanie." - Emigo podrapał się po brodzie jakby był w stanie namysłu - "Hmm… A mało kto mógłby poruszać się z taką gracją i pewnością siebie, bez wcześniejszego przygotowania. Och! Pewnie wpadła w zakłopotanie! Nie będę jej naciskał, bo widzę, że ci młodzi podróżnicy mają dla mnie szacunek, na który sobie jeszcze nie zasłużyłem."
        - Spokojnie młoda damo. Nie chcę cię zaszlachtować na śmierć. W moich stronach przyjacielskie pojedynki nie odbywają się na śmierć i życie. Widzisz te dwie gałęzie? To będzie nasza broń. W najgorszym wypadku poobijam cię trochę, chociaż… Jak wolisz robić uniki to znam pewną technikę, którą cię nauczę jeżeli będziesz wystarczająco pojętna i zwinna by przetrwać te trzy minuty bez żadnego trafienia. - Emigo uśmiechnął się do swoich nowych towarzyszy. - A jeżeli dasz radę wytrzymać dwa razy tyle, opowiem wam historię o skarbie ukrytym niedaleko drogi do Nandan-Ther.
        Pan Valentine zaznaczył kijem po ziemi dość spory krąg, który był odpowiednikiem areny, poza którą kotołaczce nie wolno było wyjść przez co najmniej trzy minuty.
        To było naprawdę interesujące starcie nie tylko dla Rosy i Staruszka. Bowiem strażnicy De Mona zakładali się z Franem i Joanem jak długo kotołaczka wytrzyma z jakby się wydawało powolnym lecz dokładnym i silnym przeciwnikiem.
        Emigo podniósł mały kamień jedną ręką, a drugą starał się trafić kijem w dość szybko przemieszczającą się kocicę. Kiedy Rosa oddaliła się na "bezpieczną" odległość od przeciwnika, ten rzucił w nią kamieniem. Kotołaczka zrobiła unik i sprytnie wyczuła moment, w którym krasnolud miał się zbliżyć i uderzyć ją kijem. Zrobiła wtedy kolejny unik tym razem ominęła go robiąc coś podobnego do salta (tyle że w bok), co wywołało zdziwienie i wrzawę wśród oglądających starcie. Lecz mimo swoich umiejętności akrobatycznych w pewnym momencie Emigo zdołał złapać ją za ogon i "delikatnie" pociągnąć na znak, że czas walki dla niej minął.
        - Jak długo to trwało? - Staruszek pytając o to był pod wrażeniem umiejętności Rosy.
        - Dokładnie dwie minuty i piętnaście sekund - odpowiedział De Mon. - Przykro mi, kotku, ale czas jest nieubłagany i obawiam się, że nie jesteś w stanie "walczyć" dłużej niż teraz i…
        - I na pewno chciałabyś potrenować a później spróbować jeszcze raz - dokończył Staruszek starając się nie zniechęcać dziewczynę do treningu.
        Gdy już wszystko zostało wyjaśnione, a towarzysze Emigo odpoczęli i postanowili ruszyć w drogę. Prawie wszyscy gapili się na Rosę. Jakby to od niej zależało co się dalej stanie, bo w końcu była ostatnią osobą znającą drogę do celu. Jedynie De Mon znudzony zaczął przyśpiewywać tłumacząc, że szykuje się on na występ w swoim rodzinnym mieście.
         "O Przodkowie! Dajcie mi siłę by przetrwać podróż bez utraty słuchu!" - Emigo modlił się w myślach chcąc jak najszybciej znaleźć inne zajęcie dla szlachcica niż śpiew. Tylko że jedyne zajęcie które by go zadowalało to zabawa ze zwierzętami, bo bardzo lubi psy, konie i koty. Głaskanie zwierząt zawsze go uspokajało bo gdy czuł ich bliskość stawał się miłym i życzliwym człowiekiem, zupełnie innym niż teraz.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Rosa » 1 miesiąc temu

        To było by jednak dziwne - gdyby chciał ją szlachtować. Chyba nigdzie (choć tego pewna być nie mogła) przyjacielskie pojedynki nie oznaczały walki do ostatniej krwi. No, może do pierwszej. Gdyby powiedział, że bronią mają być kije może by się zastanowiła czy się z nim nie zmierzyć w bardziej pokazowy sposób. Ostatecznie szpada przeciw mieczowi, a patyk przeciw patykowi to dwie różne sprawy… ale sprawy potoczyły się tak szybko, że nie oponowała. Była ciekawa czy da radę unikać jego ataków, a całkiem pewna siebie przyjęła zaproponowane przez niego zasady.
        Fran i Joan także się napalili - tylko kto wie czy na samo starcie i wysiłki kotki czy na opowieść, którą miała im zagwarantować. Choć jeśli Rosa miała być szczera… to bardziej ciekawiła ją ta ,,technika”. Jednak co by nie było dodatkową nagrodą, dla dziewczęcia i tak najważniejszy był sam trening; wyzwanie, okazja, jakkolwiek by to nazwać.
        Stanęła gotowa, czując na sobie spojrzenia zgromadzonych ludzi. Nie było ich wielu, ale już stanowili namiastkę publiki i to kazało unieść jej głowę jeszcze wyżej niż normalnie ją była trzymała. Taak… chciała pokazać im na co ją stać. Tym bardziej, że ona i chłopaki wydawali się raczej bezbronni, więc dobrze było panów przekonać, że jeśli spróbują głupot ona ich pow… uniknie.
        No cóż, póki co tyle wystarczy.

        Pojedynek się zaczął (o ile coś takiego naprawdę można było zaszczycić równie wyszukanym określeniem), a krasnolud wziął Rosę z zaskoczenia tym kamieniem. Widziała, że go zgarnął, ale nie było mowy o kamieniach! Nie miał używać…? A zresztą. Niech próbuje czym może, ona i tak wygra! Coraz lepiej dostrzegała jednak wyszkolenie przeciwnika. Był z tych dokładnych, pozornie ospałych szermierzy, którzy nim wykonają ruch, już w głowie mają plan.
        Rosa podziwiała to tak samo jak nie do końca potrafiła naśladować - sama niejednokrotnie poruszała się nim pomyślała i zdążyła świadomie przeanalizować swoją pozycję. Ale takie odruchy były dobre w obecnej sytuacji - sprawnie unikała wszystkiego co zbliżało się do jej ciała, i mimo kloszowej spódnicy wykazywała się kocią sprawnością. Pamiętała jedynie, żeby nie wyjść za linię oraz może by nie podrzeć wszystkiego co na sobie miała, bo łachmany źle wyglądają - nawet na zwycięzcach.
        A jednak nie dane jej było tym razem ogrzać się w blasku chwały - skupiając się na polu areny oraz poznawaniu oponenta zapomniała o pewnej ważnej cesze, która go od niego odróżniała - która odróżniała ją od wszystkich tu obecnych.
        Ogon.
        Aż podskoczyła, gdy za niego chwycił. Stanęła zaskoczona i najeżyła się, powstrzymując się od drapnięcia i ofukania staruszka. Tak naprawdę była pod wrażeniem, ale bardziej zawiodła się na swojej inteligencji. Tak się odsłonić! Po prostu nie przyszło jej to do głowy! Głupia, głupia!
        Czerwona ze wstydu pod białym futerkiem, starała się zachować twarz i chociaż z godnością przyjąć własną porażkę. Chociaż jęki zawodu u obu chłopców wcale nie pomagały.
        Do porządku przywróciła ją dopiero bezczelna (a jakże arystokratyczna!) uwaga De Mona i szybkie wtrącenie Emigo - spojrzała ostro na pierwszego, a drugiego obdarzyła niemym, choć hardym podziękowaniem.
        - Chętnie spróbuje jeszcze raz - odparła, zastanawiając się czy słychać ją w ogóle przez lamenty chłopaków. Zaraz ich czymś dźgnie! - I następnym razem… chętnie spróbuję zmierzyć się na kije. Chcę zapracować na tę ,,technikę” - oświadczyła i całkowicie już uspokojona ukłoniła się przeciwnikowi. Był chyba nie byle kim, a ona mu to przyznała.
        Chociaż następnym razem nie miała zamiaru przegrać.



        Była w średnim humorze, choć w sumie nie czuła się już tak upokorzona - różnica doświadczenia i wprawienia w boju między nią a panem Valentine była jednak zbyt oczywista, aby porażka mogła ją ośmieszyć. Nie - by w ogóle mogła być porażką. Bo choć ostatecznie nie dopięła swojego celu, przynajmniej udało jej się zmierzyć z kimś naprawdę dobrym. Miała jego uwagę.
        Chociaż zaczęła się zastanawiać czy to nie dlatego, że on też był niski…

        W końcu towarzystwo wyciszyło się i zaczęło na nią spoglądać, wprawiając ją tym w niemałą konsternację. Nie nawykła do tego by ludzie jej słuchali - ale kto dałby radę siedzieć dłużej na miejscu, kiedy tuż obok szlachcic wyjocierpek zaczyna rozgrzewać struny głosowe.
        Kotka zebrała szybciutko swoje rzeczy, załadowała na osiołka i pogoniwszy chłopców zaczęła prowadzić ekipę przez las.

        - Psss. - Joan po jakimś czasie zbliżył się do Emigo. - Nie da się czegoś zrobić by szlachetny pan przestał śpiewać? - zapytał tonem, który zdradzał jego obecne podejście do ,,szlachetnego pana”. - Nie można dać mu masła orzechowego, żeby się przykleił?
        - Daj spokój, nie jest źle. - Fran z uśmiechem przysłuchiwał się melodii, zdradzając się przy okazji z całkowitym brakiem słuchu muzycznego, a także wyszukanego gustu. Jakiegokolwiek gustu.
        A Rosa idąc przed nimi starała się jedynie nie odchylać uszu i skupiać na odgłosach przyrody. Na niebezpieczeństwie… przecież szlachcic idealnie informował wszystkich o ich położeniu! A i nie zdziwiła by się, gdyby coś ich napadło jedynie po to żeby go uciszyć.

Awatar użytkownika
Emigo
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Emigo » 1 miesiąc temu

         Życie to nie bajka. Emigo chciał dać do zrozumienia Rosie, że świat jest często bardzo brutalny oraz to, że zasady są po to by je… ustalać wcześniej! Nie było mowy o kamieniach ani żadnym innym sposobie zakończenia pojedynku. Dlatego Staruszek posłużył się podstępem, by wygrać zakład.
        Po pewnym czasie i odpoczynku Emigo podszedł do kotołaczki.
        - Nie spodziewałem się u ciebie tyle zażartości! - oznajmił krasnolud. - Nie obraź się za ten drobny podstęp. Chciałem sprawdzić czy nadajesz się na czeladnika. Jeżeli chcesz bym nauczył cię swoich technik walki, musisz poznać ich zasady, a podstawową z nich jest "wykorzystuj sytuację na swoją korzyść" i choć wydaje się to oczywiste i trywialne ma ukryty sens, który właśnie doświadczyłaś na sobie podczas naszego pojedynku.

        Emigo westchnął cicho i rozłożył ręce. "Masło orzechowe? Fakt De Mon za nim przepada, ale ma to skutki uboczne… " - przypomniał sobie krasnolud.
        - Mógłby być to jakiś pomysł, gdyby nie to, że gdy De Mon się nudzi i nie może śpiewać, zaczyna "bawić" się swoim sztyletem, który dostał po śmierci swojej mamy od ojca. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że "pamiątka" ma bardzo ostre ostrze a szlachcica często ponoszą nerwy gdy sobie przypomina dzieciństwo i zakrwawioną twarz swojej matki… Nie było mu wtedy łatwo, a i teraz może wpaść w histerię próbując zaszlachtować wszystkich wokół. Wierz mi, że wolisz słuchać jego śpiewu niż żeby wbił ci sztylet w plecy lub serce. Jeżeli chcesz, żeby się uspokoił znajdźcie mu jakiegoś pupilka, który by wytrzymał "pieszczoty" De Mona, chociażby przez pięć minut.

        I tak oto przemierzając lasy, góry (i bogowie wiedzą co jeszcze) dotarli do kolejnego postoju gdzie to napotkali dość sporą (jak na te warunki) wioskę. Dym, który unosił się z domów wskazywał do niej drogę dość otwarcie i precyzyjnie. A jednak podróżni nie zostali przyjęci zbyt miło, bo już na początku napotkali zakapturzonych typów w czarnych odzieniach i gdyby nie wczesna pora to zapewne podróżni nie zauważyliby uzbrojonej po zęby grupy najemników. Nawet De Mon umilkł, gdy po chwili zauważył, że są otoczeni przez niezbyt przyjaźnie wyglądających typów. Zapadła kłopotliwa cisza. Zakapturzeni nie odezwali się słowem, a jedynie spoglądali na obcych jakby tylko czekali na to by powiedzieli lub zrobili coś, co by ich sprowokowało do ataku.
        - Jesteście z daleka? - spytał wreszcie spokojnym tonem mężczyzna, który wydawał się być dowódcą grupy. - Nie lubimy "erto" tacy jak wy nie są mile widziani. Oddajcie broń w przeciwnym razie będziemy zmuszeni was obezwładnić siłą.
Pierwszy z grupy podróżnych odezwał się Emigo co nie było zaskoczeniem, bo reszta wyglądała jakby zaraz miała szykować się do walki, którą i tak by przegrali.
        - Pochodzimy z różnych zakątków Alaranii. Łączy nas wspólny cel. Chcemy dotrzeć do Nandan-Theru. Pragniemy tylko odpoczynku i dobrego jadła.
        - A macie pieniądze? - zapytał jeden z zamaskowanych mężczyzn, który spoglądał łapczywie na skrzynie De Mona. - Nasze usługi kosztują i to sporo!
        - Moglibyśmy zapłacić gdybyśmy byli "erto". Ale wolimy zasłużyć sobie na "kito".
Po raz kolejny dość niezręczna cisza, lecz tym razem było słychać różne szepty między zakapturzonymi. Najwidoczniej byli w szoku, że ktoś z zewnątrz rozumie ich gwarę. Od tego momentu wszyscy spoglądali tylko na Staruszka Emigo. Przywódca odzianych w czerń odezwał się zupełnie jakby był zaskoczony owym zjawiskiem.
        - Dobrze. Jeżeli chcesz być naszym przyjacielem odłóż broń.
        - "Ci którzy się poddają nie są godni kito" - zacytował Staruszek.
        - To prawda! Witaj bracie! Nie spodziewaliśmy się, że ktoś z naszego bractwa dotrze aż tak daleko. Ty i twoi "bero" możecie wejść do naszej wioski, a nasz "Verto" na pewno będzie chciał cię poznać.
        - Nie omieszkam do niego wstąpić od razu. Chciałbym, żeby moi kompanii mogli w tym czasie odpocząć, nabyć ekwipunek oraz żywność.
        Zakapturzeni osobnicy od razu zgodzili się na prośbę Emigo, nalegając jednocześnie by jak najszybciej wyjaśnić obecną sytuację. Jeden z mężczyzn z blizną na policzku i lekko kulawy podszedł do reszty przybyszów wyjaśniając zasady panujące w wiosce.
        - Nasz dom jest waszym domem. Uważajcie jednak, bo niektórzy z nas nie tolerują ludzi z zewnątrz. Uważajcie także na sakiewki i awanturników, którzy będą chcieli was sprowokować. Jeżeli ktoś was zapyta o pochodzenie, powiedzcie po prostu "para". To nasze hasło, które oznacza tyle co "odwal się". Więc nie radzę korzystać z niego zbyt często, tym bardziej przy "Verto" czyli naszym przywódcy i monarsze. Aha! Im MNIEJ o was wiemy tym lepiej dla was więc nie radzę się wam rozgadywać bo wśród nas są też "lemgo" i "erto"czyli po waszemu coś jak zdrajcy i szpiedzy, którzy sprzedają nasze informacje. No cóż, róbcie jak uważacie. Na razie macie dostęp do większości budynków, ale do" Verto" możemy zabrać tylko krasnoluda. To wszystko, podążajcie za mną!
        Tak oto dzięki Emigo po raz kolejny szlachcic oraz grupa jego towarzyszy wybrnęli z dość trudnej i kłopotliwej sytuacji. Ciekawe na jak długo…

        Wioska, do której wszyscy zamierzali tak naprawdę nie była wioską lecz ruiną. A przynajmniej tak zdawało się na pierwszy rzut oka.
        Kierując się do… no właśnie, gdzie? Jak mogłaby nazywać się taka osada? To pytanie najlepiej skierować do żebraków i bezdomnych. Chociaż jest to ryzykowne, bo tacy osobnicy są łasi na pieniądze i mogliby pokusić się o kradzież. Chociaż gdyby przyłapano kogoś takiego na przestępstwie, zostałoby po nim tylko wspomnienie, bowiem szacunek był czymś w rodzaju prawa i każdy miał przypisaną jakąś hierarchię w bractwie. Tamtejsi mieszkańcy próbują różnych sztuczek by wykiwać nowych i niedoświadczonych członków swojej "organizacji".
        Emigo był zajęty rozmową z przywódcą osadników i jego kompani nie wiedzieli co się z nim stanie, a co dopiero z nimi samymi. Jedyną dobrą decyzją byłoby poczekać na krasnoluda i wypytać go o wszystko, lecz nie było to takie łatwe, zwłaszcza gdy De Mon rozpoczynał znów swój śpiew a raczej krzyk, którego mroczni mieszkańcy osady nie potrafili znieść. Teraz wszystko było w rękach Rosy i jej dwóch koleżków. Czy pójdą prosto na targ "Przygody" by uzupełnić ewentualne braki w ekwipunku i pożywieniu? A może zamiast tego kupią pieska lub kotka by De Mon nie irytował wszystkich wokół? Opcji było nawet sporo lecz tak naprawdę im dłużej zwlekali z decyzją tym bardziej interesowali się nimi dziwni ludzie, których jednak trudno było nazwać ludźmi… Ucieczka lub odejście bez pozwolenia było karane uwięzieniem w lochach lub karą śmierci. Od teraz każdy ruch nowych przybyszów był obserwowany przez mieszkańców.
        Jedyne co im pozostało to liczyć na przychylność losu, charyzmę Emigo lub kogoś kto byłby tak dobry by pomógł rozwiązać tą całą sytuacje innymi sposobami jak na przykład starzy znajomi… Czy przypadkiem ktoś nie widział Rica?

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Rosa » 1 miesiąc temu

        Rosa umiała przyznać się do porażki - jednak czy uznawała sposób walki Emigo? Na pewno przegrywała jeżeli chodziło o otwartość i używanie podstępów - uznawała też, że gdyby krasnolud trzymał się domyślnych reguł, miałaby szanse.
        Tylko właśnie - domyślnych. Co to znaczyło? Czy tu obowiązywały? Widać nie, skoro nawet ,,przyjacielski” pojedynek opierał się na zasadzce i wykorzystaniu wszystkich dostępnych środków. Czy jej się to podobało? Czy tak czy nie, była teraz właśnie w takim świecie - w którym spotykasz na drodze nieznajomych i nie możesz ufać dosłownie nikomu. Tutejszą zasadą był brak jakichkolwiek reguł, a Emigo wprost jej to powiedział. Nieco zniechęcił tym do siebie dziewczynę, ale i dał jej do myślenia. I choć kocica postanowiła ostrożniej do niego podchodzić, na pewno zapamiętała jego słowa. Tylko… czy chciałaby zostać uczniem kogoś takiego? Ponad wszystko ceniła sobie prawo i porządek. Krasnolud sprawiał wrażenie osoby o wielkim sercu, a przy tym był mądrym i doświadczonym wojownikiem - kto wie, może właśnie to kazało mu obrać taki a nie inny styl walki, w którym ponad honor liczyła się przebiegłość. Tak przynajmniej oceniła to Rosa, dla której świat był w dużej mierze czarno-biały. Choć i tak jak na siebie starała się jakoś usprawiedliwić pana Valentine.

        Ech… poza warownią nic nie było łatwe. Z jednej strony czuła się doceniona i miała okazję zdobyć nauczyciela… po tym jak jeden mistrz raczył ją opuścić. Nikt mądry i rozważny nie marnowałby takiej szansy… chyba, że była sprzeczna z jego wartościami. A to co prezentował sobą krasnolud nie do końca do kotki przemawiało - kłócił się w niej podziw z cichą pogardą. Nie dla samej osoby - tylko dla jej działań.

        Nie wiedząc co zrobić, ani jak w końcu traktować starszego wojownika, patrzyła na niego czujnie i dosyć surowo. Pod naporem jęków wioskowych kompanów musiała jednak w końcu odpowiedzieć:
        - Dziękuję za komplement, ale nie wiem czy chcę uczyć się takich sztuczek - odparła, a Joan spojrzał na nią bardzo mało przychylnie i o mało nie popukał się w czoło. Oszalała!? Wielki wojownik, który pokonuje lwy daje jej taką propozycję, a ona… no co za kot!
        Ale Rosa tylko rzuciła mu nieme ostrzeżenie.
        Tak, doceniała siłę Emigo. Jej własny brat też był bardzo wprawiony… a dla jej rodziny już niewiele znaczył. Właśnie dlatego, że nie przestrzegał zasad i wykorzystywał swoje umiejętności tak jak… jak nie można było! Umiał okradać innych i ona też by umiała, ale fuj! - brzydziła ją sama myśl. Dlatego nie została jego uczennicą i nie zamierzała słuchać nikogo, kto nie poprowadzi jej honorową drogą prawych wojowników. Nie tylko dobrych - ale takich, których podziwia się za kręgosłup moralny i upór z jakim przestrzegają wszystkich, nawet pozornie upierdliwych praw.
        Taki właśnie ideał wyniosła jeszcze z arystokratycznego domu.
        Nie mogąc dodać nic więcej, wskazała grupie kierunek, w którym sama z resztą zaraz ruszyła.

        Przypadłości De Mona wprawiły całą młodocianą trójcę w pewną konsternację. Naprawdę - z kim godzili się podróżować? To coraz mniej brzmiało jak ekscentryczny panicz, a coraz bardziej jak pełnoprawny szaleniec. Nie było opcji, by po tym co usłyszeli którekolwiek z nich postanowiło dać szlachcicowi zwierzaka - a niech Prasmok broni! To już niech sobie śpiewa - a jak zacznie rzucać nożami, zmyją się i tyle. No, może poza Rosą, bo umowa to umowa i skoro obiecała, że do warowni ich zaprowadzi to to właśnie zrobi - niezrównoważonych psychicznie szlachciców zawsze można związać nim odda się ich w odpowiedniejsze ręce.
        Ciekawe czy ktoś miałby coś przeciwko?

        Nie chcąc nadwyrężać jednak niczyjej wolności nim sytuacja nie będzie tego wymagała, nikt nie rzucał podobnym pomysłem - chociaż spojrzenia jakie wymienili ze sobą chłopcy wiele mówiły. Dobrze, naprawdę dobrze, że potrafili porozumiewać się nie tylko krzykami.



        Po dłuższym czasie satysfakcjonującej (i męczącej) wędrówki ekipa stała się świadkiem bardzo osobliwej scenki - jedynie kucyk przyglądał się jej bez większego zainteresowania - i chyba najwięcej zrozumiał.

        Rosa i chłopcy za to czujnie i w oniemieniu wysłuchiwali nieznanych im słów wplatanych w pozornie normalnie brzmiące zdania. Kotka zresztą najchętniej by zawróciła, ale krasnolud przejął inicjatywę. I tak ku własnemu przerażeniu zaraz znaleźli się w osadzie, o której mieszkańcach, kulturze i wybrykach miał pojęcie tylko Emigo - on natomiast ulotnił się, by rozmawiać z kimś o czymś. Wspólnymi siłami trójka doszła do wniosku, że to wszystko jest jakaś chora sekta (może chcą przyjąć do siebie De Mona?), a krasnolud zna ich dialekt, przez co (chyba) jest jednym z nich. I tylko on będzie mógł cokolwiek załatwić. Oni zaś najlepiej by się nie wychylali i używali tego całego ,,para”, kiedy zajdzie potrzeba.
        Na tym jednak się nie kończyło.

        Kotka naprawdę doceniała krasnoluda i to co robi, ale na litość - mógł ich chociaż zapytać! Czy nie wolą spać pod gołym niebem i żywić się liśćmi niż zostać zamkniętym w miejscu gdzie… trudno nawet powiedzieć co się tu wyrabiało. Ile nad tym nie myślała, nie umiała pojąc panujących tu zasad - skoro wszyscy w ,,bractwie” wiedzieli, że są tu jacyś zdrajcy, dlaczego od razu ich nie wywalili, tylko pozwalali się tutaj plątać? Kto miał jaką pozycję i na jakiej zasadzie działało przyjmowanie gości? Na jakiej, jeżeli sami do siebie robili jakieś podchody i zasadniczo nikt chyba nie wiedział czego się po kim spodziewać.
        A jeśli…
        Tak, krasnolud wyglądał z pozoru na porządnego staruszka, ale jeżeli on był z tutejszymi w zmowie? Udając podróżnika prosił o pomoc, a potem dostarczał bractwu nieostrożne dzieci… ale dała się nabrać! Sprowadzili ich tutaj i teraz spalą w jakimś rytuale!
        Nastroszona i przejęta niemal podskoczyła, gdy Fran położył jej rękę na ramieniu.
        - AJ!
        - Co!? Nie rób tak - odpowiedział równie wystraszony. Zaraz jednak odchrząknął. - Słuchaj… to co właściwie mamy robić? Zrozumiałaś coś? - zapytał szeptem, a Joan niewinnie się do nich przybliżył. Wcale się nie bał. I doskonale wiedział co robić.
        - Najlepiej nic - fuknęła kotka, kiwając rozważnie głową. Rękę już niemal trzymała na swojej broni. Oj, rozwali każdego kto będzie chciał ją wykorzystać do czegokolwiek!
        - Hmmm…
        - Słyszałeś ich! Nic nie mówić, nic nie robić, bo i oni nas nie tolerują i siebie nawzajem… to śmierdzi, mówię wam, bardzo śmierdzi!
        - To w takim razie… chodźcie, usiądźmy tutaj. Poczekajmy na pana Emigo. Może on nam to wyjaśni.
        - On nas tu przyprowadził! - syknęła kicia jeżąc się. - Do czegoś co imituje wioskę! To burdel, nie osada! - krzyczała szeptem, używając jak na panienkę bardzo mocnych słów. Fran starał się jakoś ją uspokoić, ale bez efektu - póki Kicia nie znała reguł, póty była w nastroju by nadziewać innych na szpadę. Może nawet była w tym podobna do De Mona, ale doprawdy - już wolała jego niż otaczających ich typków spod koślawej gwiazdy.
        - To co, uciekasz? - Starał się podpuścić ją Joan, ale tylko oberwał w ramię.
        Może między sobą jeszcze mogli się bić?
        - Nie drażnij mnie! Nie odzywajmy się do nikogo; nie patrzmy na nich! Nie odpowiadajmy na zaczepki i w ogóle zmywamy się stąd przy pierwszej okazji! - wycedziła łapiąc go za koszulę, ale poniekąd dlatego, by jej szepty do niego dotarły. Nie, nie była na tyle niemądra by publicznie wygłaszać tajne plany. Chłopcy jednak byli z nią w jednej gromadzie i poza nimi - taką miała nadzieję - nie słyszał jej nikt.

Awatar użytkownika
Emigo
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Emigo » 1 miesiąc temu

         Pan Emigo czuł się zakłopotany obecną sytuacją.Owszem, znał język "cichociemnych" i miał z nimi styczność, dlatego uznał, że lepiej będzie ich nie prowokować, ani ucieczką, ani walką. Grupa podróżnych była na terenie zakapturzonych… "zbirów"? Chyba tak, ale czy można było tak naprawdę nazwać ludzi, których widzi się pierwszy raz w życiu? Może lepszym określeniem byłoby "najemnicy" albo "koczownicy". Ale skoro większość postanowiła nie mieszać się w siedlisko tych ludzi musieli znosić ich spojrzenia, czekające tylko na jakiś gwałtowny ruch lub chociaż jakiekolwiek pytanie by móc zareagować.
        Sala tronowa przywódcy zakapturzonych postaci mieniła się złotem, choć z zewnątrz wyglądała nie lepiej niż wychodek. Jedynym wytłumaczeniem była iluzja. I to nie byle jaka, bo polegająca na oszukaniu większości zmysłów. Ktoś podobny do króla-przywódcy w lśniące pelerynie zdobionych butach i rękawicach oraz posiadający charakterystyczną koronę z rubinami i szafirami, poprosił Emigo by podszedł do niego bliżej.
         - Witaj, mój stary przyjacielu. Tak! "stary" do ciebie pasuje. Zupełnie jakbyś zapomniał o czym rozmawialiśmy w mojej jaskini.
         - Arcan? To ty? Jakim cudem ty żyjesz?!
         - Właściwie to ja nie istnieję. Widzisz tylko iluzję i to dosyć potężną.
         - Wiem, że nie jesteś człowiekiem, ale dlaczego to robisz? Po co ten cyrk?
         - Na pewno się domyślasz. Wokół mnóstwo kosztowności a ja lubię skarby, lubię także zabierać bogatym i dawać SOBIE.
         - Nic się nie zmieniłeś.
         - Ale ty za to bardzo. Twój zapał zniknął.
         - To dla tego, że nie pragnę już rzeczy materialnych więc robię wszystko by młodzież nauczyła się przetrwać w trudnych warunkach.
         - A skąd wiesz, że odpowiednio to wykorzystają?
         - Co masz na myśli?
         - Rosa… Zofia Blunder? Mówi ci to coś? Chyba ją rozczarowałeś swoimi podchodami.
         - Decyzja czy zechce być moim uczniem zależy od niej, nie mam zamiaru naciskać na nią. A tak w ogóle to skąd o niej wiesz?
         - Wiem wszystko to co powinienem. Może kiedyś ci to wytłumaczę, ale jeszcze długa droga przed tobą byś pojął potęgę mojego umysłu.
         - A po co ci ta osada?
         - Bo to doskonałe bagno.
         - Ach! Chcesz powiedzieć, że...
         - "Że tam gdzie najgorszy smród, tam największy zysk".
         - Znam ten cytat, ale niestety nie mogę sobie pozwolić na dalszą dygresję. Moi kompani na mnie czekają, a De Mon urwie mi głowę jeżeli się nie będę streszczał.
         - Powiedz swoim znajomym, że nic im nie grozi. Przynajmniej na razie. Jeżeli chcą, mogą odejść.
         - To wszystko?
         - Tak, nie muszą się porozumiewać kodem "cichociemnych". Oni już wiedzą, że nie stanowicie zagrożenia.
Emigo odszedł od Arcana z wieloma wątpliwościami, jednak wiedział, że jeżeli sytuacja by tego wymagała, smok wytłumaczyłby mu dogłębnie to czym kierował się podczas dołączania do bractwa, bo same bogactwa nie były jego głównym celem. Emigo pamięta jak kiedyś uratował jednego z ‘’zakapturzonych’’ przed pewną śmiercią podczas gdy został otoczony przez watahę wilków. Nie trzeba tłumaczyć, że w ramach wdzięczności nauczył go szyfru "tajniaków " gdyby potrzebował przedostać się do jego organizacji lub po prostu źle trafił.
        Frustracja towarzyszy Valentine nie była mu na rękę. No ale cóż. Dowiedział się dość sporo o mrocznym świecie kontrolowanym przez smoka Arcana więc powiedział, iż co prawda ludzie oraz organizacja są prawdziwi to jednak przedmioty martwe jak budynki czy narzędzia, są w dużej mierze przesadzone i tak naprawdę trafili do bogatej wioski, która jednak ze względu na bezpieczeństwo została okryta magią iluzji oraz hasłami. Bo w końcu Smok tworzył coś w rodzaju eldorado, a to oznaczało, że prawda stała się kłamstwem (a może na odwrót?). W każdym razie szykował coś wielkiego, czym nie miał zamiaru się dzielić z nikim, nawet ze Staruszkiem, czy też własnymi poddanymi.
         - Wybaczcie mi po raz kolejny, ale nie miałem złych intencji opuszczając was - tłumaczył się Emigo. - Może nawet uratowałem przed pewną śmiercią, bo gdy tylko usłyszeli głos De Mona, członkowie tego bractwa chcieli nas zaszlachtować. Aha! "Verto" kazał przekazać tobie tego misia, panie De Monie.
        To nie był zwyczajny pluszak. Posiadał w sobie ukryty urok i głębię. Gdy tylko szlachcic spojrzał w jego przyszyte, pełne magii oczy, natychmiast się uspokoił i podziękował za dar mocno przytulając zabawkę do siebie mówiąc też do pluszaka: "Mój skarbie, mój przepiękny skarbie, jesteś mój, tak bardzo mi ciebie brakowało...". Emigo nie komentował tego zjawiska, ale zauważył, że jego pracodawca złagodniał i używał słów, których wcześniej nie miał okazji od niego usłyszeć takich jak "proszę", "dziękuję", "przepraszam". A odzywał się tylko wtedy gdy go o coś pytano. Po prostu ulga dla uszu!
        Dalsza droga była już o wiele łatwiejsza a krasnolud widząc rozczarowanie swoją osobą w oczach Rosy postanowił w pewnym momencie że ją przeprosi i zaproponuje kolejny pojedynek. Tym razem na zasadach kotołaczki. Niezależnie jakie zasady określi Rosa, krasnolud będzie się ich trzymał a jeśli przegra, nauczy ją tego co umie i będzie opowiadał historie i baśnie kiedykolwiek będzie chciała.
        Role się odwróciły. Teraz to nie uczeń poszukuje mistrza, ale mistrz ucznia.

Awatar użytkownika
Rosa
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Rosa » 3 tygodnie temu

        Ona i jej towarzysze zbyt byli spięci, by należycie skorzystać z odpoczynku - zastaną sytuację traktowali mniej jako okazję, bardziej jako ewentualne zagrożenie. Zwłaszcza Rosa, która wcale nie pewna swoich sił tak bardzo jak by chciała, nie ufała nikomu i niczemu oddalonego od jej rodzinnej warowni. Tylko tamto miasto naprawdę dobrze znała - jednak nawet nie orientując się zbytnio w świecie była pewna, że z tym miejscem jest coś wyjątkowo nie w porządku. Zresztą komentarze chłopców tylko utwierdzały ją w tym przekonaniu.

        Nikt jednak nie przejrzał iluzji - tylko Emigo miał jakiekolwiek pojęcie o tym co się tu właściwie dzieje. Reszta musiała czekać na jego powrót, choć i tak wcale nie spodziewali się zbyt zawiłych wyjaśnień. W zasadzie Rosa wyjątkowo mało zaintrygowana była tym miejscem - coś tak chaotycznego, tak kruchego u podstaw nie zasługiwało na uwagę obywatelki Nandan-Ther! Być może gdyby była nieco bardziej obeznana ze światem albo zwyczajnie nieco bardziej ciekawska, a mniej konserwatywna, chciałaby się jak najwięcej o tym miejscu dowiedzieć. W zasadzie był to fenomen! Godny uwagi badaczy kultur, czy samej magii… kotka jednak do nich nie należała. Jej koledzy zaś za mało byli wyedukowani, by czerpać korzyści z własnego zaciekawienia.

        Kiedy krasnolud wrócił, okazało się, że ruszą w dalszą drogę - wszystkim chyba to odpowiadało. Nawet szlachcicowi, który dostawszy pluszaka zaczął zachowywać się jak niespełna rozumu… kotkę przebiegały dreszcze ilekroć na niego spojrzała. Pojmowała, że to sprawa magii, ale widząc jak ten (już swoją drogą nienormalny) mężczyzna mówi niczym upośledzony, czuła się mocno zaniepokojona. To jak w opowieściach o maniakach rozrywających po nocy kobiety w ciemnych zaułkach. Z początku dziecinni i niewinni (lub dziecinni i narwani) potem okazywali się uszkodzonymi psychicznie wyrzutkami (na szczęście przeważnie kończącymi na szafocie za miastem). Z drugiej strony może lepiej było słuchać mamrotania De Mona niż jego śpiewu - chociaż zdaniem kotki nie byłoby wielką stratą gdyby ten wykolejeniec został w tej dziwnej wiosce i obraził kogoś ważnego…
        No nic, droga długa i niebezpieczna, może jeszcze zrobi coś dość głupiego, by nie przekroczyć bram Nandan-Ther. Rosa ostatecznie nie była jego ochroniarzem, a mieszkanką miasta - jej sprawą nie było więc jego zdrowie, a jedynie to, że gdy dotrze on do miasta będzie tam o jedną niestabilną osobę za dużo.
        Biedni chłopcy… chyba nie posądzali jej o takie myśli.

        Rosa jednak swoje wiedziała i twardo trzymała się swojego kodeksu - z szermierką było tak samo, o czym przekonał się sam Emigo. Jednak zbyt mądry i doświadczony był, by poczytać to za obrazę - nadal więc nie skreślił kotki i szukał z nią jakiegoś dialogu. Mówiąc do niej w sposób, jaki rozumiała.

        Zaczepiona, była dosyć zdezorientowana, bo nie spodziewała się czegoś takiego - kolejnej szansy na porozumienie. Nie zamierzała jednakże odtrącać podanej dłoni - w końcu to w jej interesie leżała nauka… czyż nie?
        Z pewnym zadowoleniem więc obmyśliła już reguły następnej potyczki. A okazja na nią zbliżała się wraz z porą obiadową… lub może już bardziej kolacji. Wtedy też, przy następnym postoju, kotka oznajmiła, że chętnie zmierzy się z Emigo raz jeszcze - na podobnych zasadach co wcześniej… ale bez rzucania. Plus stoczą dwa takie pojedynki - raz to Rosa będzie unikać ataków, za drugim zaś zamienią się z krasnoludem rolami. Żeby mógł dobrze ocenić jej możliwości.
        Pomysł walki bronią odrzuciła ze względu na brak sprzętu - pomijając, że oboje posługiwali się inną to nie mieli nawet drewnianych, ćwiczebnych mieczy. A walkę gałęziami nie uważała już nawet za parodię szermierki. To było po prostu zupełnie, zupełnie co innego!

ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Magenar”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość