Lasy Eriantur[Część lasu otaczająca Iruvię] Niedokończone Sprawy

Położone we wschodniej części Środkowej Alaranii rozległe i gęste lasy zamieszkałe przez różnorodne zwierzęta, tak te magiczne jak i zwyczajne. Mówi się, że Lasy Eriantur to siedlisko dzikich elfów, które nie chciały żyć z innymi w miastach. Terytoria te porównuje się do Szepczącego Lasu, ponieważ w samym środku dzikiej, nieokiełznanej puszczy znajduje się wielkie elfie miasto Iruvia.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

[Część lasu otaczająca Iruvię] Niedokończone Sprawy

Post autor: Constantin »

Po tym, jak tymczasowa współpraca jego i Finki skończyła się, Constantin ruszył przed siebie, ciągle zastanawiając się, gdzie mógłby się udać. Chcąc odetchnąć trochę naprawdę świeżym powietrzem, postanowił wybrać się do lasu, może później albo przy okazji zahaczając o jakieś miasto, żeby uzupełnić zapasy. Aktualnie nie musiał szukać jakiegoś zlecenia, które mogłoby nadać się dla kogoś takiego, jak on – z podziemnego skarbca zabrał trochę ruenów i także biżuterię, którą będzie mógł sprzedać w mieście, do którego zawita. Postanowił udać się do lasu, który jest mu mniej znany – był to Las Eriantur. Mógł udać się do Szepczącego Lasu, jednak po jego obszarze podróżował częściej niż po obszarze tego drugiego. Wiedział też, że na terenie lasu znajduje się miasto, do którego przecież może też zajrzeć przy okazji i poszukać miejsca, gdzie będzie mógł sprzedać rzeczy, które wyniósł ze skarbca.

Nie spieszył się w trakcie podróży, mimo że właściwie miał jej cel. Tymczasowo. Poza tym, tego lasu też nie znał zbyt dobrze, więc ostrożniejsze poruszanie się po nim było wręcz wskazane – nie chciał natknąć się na jakieś dzikie drapieżniki albo wpaść w jakąś „naturalną pułapkę” w postaci zniszczonego pnia, który mógłby rozpaść się pod wpływem jego kroków, nagłego spadku terenu, który ukryty był za przeszkodą, którą mógłby przeskoczyć z łatwością, a później wylądować niżej niż przypuszczał i uszkodzić sobie nogę… albo obie, albo jeszcze czegoś innego. Gorzej byłoby wpaść w pułapkę zastawioną przez człowieka, wtedy miałby większe szanse na to, że mogłoby go to zabić.
         – Wtedy przynajmniej uwolnilibyśmy się od ciebie – czarodziej usłyszał w głowie głos siostry. Właściwie, cała trójka ostatnio siedziała dość cicho, co mu nie przeszkadzało, bo w końcu mógł pomyśleć o różnych rzeczach – bez ich uwag na różne tematy – i w jego głowie ogólnie było trochę ciszej.
         – Jakbyś siedziała cicho i nie odzywała się w ogóle, to może przestałabyś dostrzegać to, że znajdujesz się w czyjejś głowie – odparł Constantin. Usłyszał, jak jego imię wypowiada jego matka, chcąc upomnieć go jakoś, żeby nie zwracał się tak do siostry. Przecież nie siedziała z nimi od dzisiaj i wiedziała, że on i Bella niekoniecznie są w przyjaznych stosunkach i nie zanosiło się na to, żeby to się zmieniło.
         – W dodatku osoba ta nie miała wpływu na to, że umysły członków jego rodziny dostaną się do jego głowy, gdy się ich pozbędzie – dopowiedział. Kończąc tym samym dialog ze swoją siostrą, mimo że ona nie do końca to zauważyła i zaczęła coś do niego mówić. Prawdopodobnie znów go wyzywała i życzyła mu śmierci, więc Constantin nawet jej nie słuchał i zaczął iść dalej.

Nie natknął się na żadne przeszkody w postaci żywych istot. Raz musiał poszukać innej drogi, żeby przekroczyć niedużą, ale jednocześnie głęboką, rzeczkę, bo pień, po którym chciał przejść na początku… cóż, nie wyglądał zbyt dobrze i pokryty był mchem. Z mchem wiązało się kolejne zagrożenie – mógł się pośliznąć, stracić równowagę i wpaść do wody. Umiał pływać, więc pewnie wynurzyłby się dość szybko, ale wolał oszczędzić sobie przemoczenia ubrań i ciała. Dlatego też zaczął iść w górę rzeczki, aż w końcu dotarł do kolejnego, naturalnego mostu. To także był powalony pień drzewa, jednak był grubszy i stabilniejszy, do tego lekko ucięty po całej długości tak, że dało się po nim przejść bez próby utrzymania równowagi. Według Constantina świadczyło to o tym, że „most” używany jest w miarę często i za jego kształt odpowiada jakiś człowiek, który ceni sobie bezpieczeństwo – to i oczywiście suche ubrania.
Zaczęło robić się ciemno, więc Constantin postanowił, że poszuka miejsca, w którym będzie mógł przespać się przy akompaniamencie odgłosów lasu w nocy i strzelającego ognia. Co prawda, ogień zapewniał ciepło i ochronę przed drapieżnikami, jednak sprawiał też, że miejsce, w którym został rozpalony, jest łatwiej zauważyć. Ryzyko, które da się zminimalizować, jeśli ma się lekki sen – chociaż nie na tyle lekki, żeby budziło cię zwierzę, które przypadkowo poruszyło zaroślami lub stanęło na suche liście albo na patyk, który się złamał. W końcu znalazł w miarę dobre miejsce na nocne obozowisko – skrawek zieleni, który otaczały zarośla i, na którym było też dość sporo kamieni. Jeden był naprawdę duży, na oko był prawie dwa razy wyższy od maga (około trzysta osiemdziesiąt centymetrów) i szeroki na, może, dwa łokcie (powiedzmy, że sto dwadzieścia centymetrów). W dodatku wbity był on w ziemię pod kątem, co sprawiało, że można było dostać się na jego szczyt i usiąść tam, obserwując okolicę.
Postanowił, że właśnie pod tym kamieniem rozpali ogień – w drodze do niego zbierał mniejsze, z których ułożył okrąg, w którym z kolei rozpali później ognisko. Przeszedł się po okolicy, zbierając suche gałęzie i patyki, a także suchy mech, żeby przy jego pomocy rozpalić kawałki drzewa. Wrócił w miejsce, z którego wyruszył i w kamiennym okręgu złożył część tego, co przyniósł. W środek włożył też suchy mech, a resztę gałęzi złożył obok – będzie mógł je później dorzucić do ognia, żeby go podtrzymać. Usiadł naprzeciw ogniska i zapalił je krzesiwem. Nie siadł tak, żeby plecami opierać się o kamień, bo nie chciał, żeby dym leciał prosto na niego. Najpierw coś zjadł, a chwilę później położył się na trawie i zaczął oglądać skrawek nocnego nieba, który znajdował się nad nim… Dopiero po tym spróbował zasnąć.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

        Jeżeli istniało miejsce, o którym Shyilia mogła powiedzieć, że czuje się w nim swobodnie, z pewnością był nim las. Mogłoby wydawać się to oczywiste, choćby ze względu na jej rasę, jednak powodów, dla których elfka upodobała sobie akurat rozległe gaje, było znacznie więcej. Chodziło przede wszystkim o prawo natury, bliższe jej własnym przekonaniom niż jakiekolwiek ustawy wprowadzane przez tak zwane cywilizacje. W lesie nie istniała własność prywatna - nie było więc mowy o czymś takim jak kradzież - i każdy mógł do woli czerpać z bogactw przyrody, zachowując przy tym należny jej szacunek. W lesie nie istniała też hierarchia społeczna oparta o rodowód czy pojęcie zwierzchnictwa; władzę zasłużenie miał ten, kto był szybszy, silniejszy, zwinniejszy… lub bardziej bezwzględny.
        I, co najważniejsze, rdzennych mieszkańców lasu nie obchodziła ilość listów gończych wystawionych za zabójczynią. Więc dopóki coś bardziej niebezpiecznego od niej - a tym niewiele leśnych stworzeń mogło się poszczycić - nie nabrało nagłej ochoty na elfie mięsko, Shyilia nie musiała martwić się tym, że padnie ofiarą jakiegoś łowcy nagród, zmotywowanego sześciocyfrową sumką, którą w niektórych krainach oferowano za jej głowę.
        Dlatego też, kiedy kolejny trop zaprowadził ją w rozległe Lasy Eriantur, kobieta była względnie zadowolona. W przeszłości miała już okazję zawitać do Iruvii i całkiem przyjemnie wspominała swój pobyt w tym mieście. (Dość powiedzieć, że bawiła tam wówczas przez prawie pół roku, co w przypadku prowadzącej skrajnie koczowniczy tryb życia kryminalistki było nadzwyczaj rzadkim zjawiskiem.) Tym razem jednak jej wizyta nie zapowiadała się tak sympatycznie. Wszelkie poszlaki wskazywały na to, że wśród elfów kryjówkę znalazł sobie jeden z jej dawnych współbraci i jeśli trop był dobry, niebawem miejski grabarz będzie miał zajęcie na popołudnie lub dwa. Shyilia natomiast - dodatkowy punkt na długiej liście jej zbrodni. Nie żeby szczególnie ją to obchodziło, ale jednak dodatkowe przestępstwo to większa nagroda za schwytanie jej, a większa nagroda to dodatkowa zachęta dla polującego na elfkę społeczeństwa. To z kolei wiązało się z jeszcze bardziej wzmożoną potrzebą ukrywania swojej tożsamości w miejscach publicznych.
        Na razie jednak, wędrując przez niekończące się zarośla, kobieta nie musiała się ukrywać. Przez większość czasu szła przed siebie żywym, lecz niespiesznym krokiem, trzymając się z dala od powszechnie uczęszczanych szlaków - tak na wszelki wypadek. Z przyzwyczajenia podróżowała głównie nocą. Robiła postoje w zgodzie z potrzebami swojego organizmu; nie zakłócała leśnej codzienności, a więc i las pozostawał wobec niej przyjazny. Rośliny zdawały się szeptać do jej intuicji, prowadząc elfkę najbardziej dogodnymi ścieżkami, obfitymi w owocowe krzewy i strumyki krystalicznie czystej, orzeźwiającej wody.
        Mimo wszystko, Shyilia zachowywała czujność. Wiedziała, że bezpieczeństwo jest pojęciem względnym i zawsze należało się liczyć z tym, że ktoś lub coś może planować zamach na jej życie. Łowcy, bestie, a nawet spróchniały pień, który niespodziewanie może zmiażdżyć niepozorne kobiece ciało. Istniało też ryzyko, iż jej ofiara w jakiś sposób dowiedziała się o poczynaniach elfki i zastawiła na nią pułapkę. Było to równie prawdopodobne jak śnieżyca w środku upalnego lata, ale Shyilia nie pozwalała sobie zostawiać nawet najmniejszego marginesu błędu. Nie mogła sobie pozwolić na brak skupienia. Nie teraz, kiedy miała jeden ze swoich celów niemal na wyciągnięcie ręki; za kilka dni wykona kolejny krok na krwawej ścieżce zemsty.
        Wyobrażała sobie jak wbija zakrzywione ostrze kusarigamy w podbródek zdradzieckiego wampira i przesuwa nim w dół, rozcinając mu gardło, pierś i brzuch, pozwalając wnętrznościom wypłynąć ze środka… Oczyma wyobraźni widziała go związanego, błagającego o litość, która nie miała nadejść. Ale co szkodziło dać nieszczęśnikowi odrobinę fałszywej nadziei? Kącik ust skrytobójczyni lekko drgnął. O tak, przez chwilę pozwoli mu myśleć, że ma szansę na ocalenie swojego żałosnego życia. A potem wepchnie go wprost pod palące promienie południowego słońca i z rozkoszą będzie słuchać jego agonalnych wrzasków.
        Pełne okrucieństwa wizje podobały się kobiecie, ale Shyilia nie pozwoliła, by żądza krwi doszła do głosu i odebrała jej jasność myślenia. I całe szczęście, że nie, bo dzięki temu była w stanie odnotować umyślę zmianę w otoczeniu. Nie była to duża zmiana, raczej niuans, którego zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie wyczuć, ale dla wrażliwej na świat natury elfki było to jak szok termiczny.
        Towarzyszący jej dotąd spokój i harmonia otoczenia ustąpiły miejsce napięciu. Ptaki umilkły, zaś liście szeleściły nerwowo, gałązki pocierały o siebie z do tej pory nieobecną nutą trwogi. Gdy Shyilia podeszła do najbliższego drzewa, by dłonią dotknąć kory na pniu, poczuła jak roślina drży. Las się czegoś bał. Elfka nie wiedziała czego, ale jeśli to coś stanowiło zagrożenie dla lasu, prawdopodobnie było groźne i dla niej. A w takiej sytuacji istniały dwa możliwe rozwiązania. Pierwsze to ominąć niebezpieczny czynnik szerokim łukiem. Drugą możliwością było wyeliminowanie go, zanim on zdąży wyeliminować ją.
        Nietrudno się domyślić, jaką decyzję podjęła zabójczyni z kilkudziesięcioletnim stażem.
        Upewniwszy się, że jej najbliższe otoczenie jest względnie bezpieczne, kobieta wspięła się na jedno z wyższych drzew, by móc rozejrzeć się po okolicy z nieco lepszej perspektywy. Nie musiała się martwić, że zostanie dostrzeżona, bowiem z jej ciemnym ubiorem mrok nocy był sprzymierzeńcem, jej wzrok z kolei był do ciemności przyzwyczajony. Jednak blasku ogniska płonącego w samym sercu lasu nie dało się nie zauważyć.
        “Idiota”, pomyślała Shyilia w pierwszym odruchu. “Idiota, albo ktoś na tyle pewny swojej siły, że nie boi się bycia znalezionym.”
        Ale w takim razie też był idiotą. Każdy, kto lekceważy potencjalne zagrożenia, jest głupi - i jeśli ta głupota doprowadzi go do śmierci, to będzie to śmierć całkowicie zasłużona - a Shyilia zdecydowanie była zagrożeniem, jeśli tylko chciała nim być. A w tej chwili chciała.
        Zszedłszy z gałęzi z powrotem na ziemię, przeszła całkowicie w tryb skrytobójcy i ruszyła w stronę, gdzie znajdowało się ognisko i ten, który je rozpalił. Nie dbała o to, kim ów osobnik mógł być. Jeśli był niebezpieczny, należało się go pozbyć. Najlepiej dyskretnie, skoro motywem zabójstwa nie była zemsta dla satysfakcji. Elfka poruszała się niemal bezszelestnie - jak przemykający między pniami cień - i szybko. Zwolniła dopiero, gdy spomiędzy drzew zaczęła dostrzegać ciepły blask. W przeciwieństwie do szumiącego niespokojnie lasu, kobieta była całkowicie opanowana, dlatego każdy kolejny krok wykonywała ostrożnie i z rozwagą. Dotarła w końcu na skraj niedużej polany, odkrytego skrawka terenu, i zaszyła się między najbardziej skrajnymi krzakami, skąd mogła obserwować okolicę. Sporej wielkości kamienie nieco ograniczały jej widoczność i żeby przyjrzeć się dokładniej leżącemu w trawie osobnikowi, Shyilia musiałaby ponownie wspiąć się na któreś drzewo, jednak po chwili namysłu porzuciła ten pomysł. Nie chciała zwracać na siebie uwagi zbędnym ruchem. Zamiast tego, postanowiła powoli - bardzo powoli - podejść do jednego z kamieni, nie spuszczając przy tym wzroku ze swojego celu, a ów cel, będący bliżej niezidentyfikowanym mężczyzną, przez cały ten czas nawet nie drgnął. Prawdopodobnie spał, choć uznanie tego za pewnik byłoby co najmniej lekkomyślne. Przez takie niedopatrzenia zginęło wielu nieumiejętnych łowców.
        Pilnując, by w żadnym wypadku nie znaleźć się w polu jego widzenia, skrytobójczyni stopniowo zbliżała się do swojej ofiary, jak drapieżnik, którym w gruncie rzeczy była. Zamierzała pójść nieco okrężną drogą, by podejść go z boku. Nie wątpiła w swoją skuteczność, choć dałaby wiele za dar odczytywania aur lub chociaż jakiś szczątkowy szósty zmysł, który mógłby podpowiedzieć jej coś więcej na temat osób, które zamierzała zaatakować, ale były to tylko marzenia ściętej głowy i elfka musiała zdać się na swój spryt, licząc na to, że przeciwnik nie ogłuszy jej nagle jakimś podstępnym zaklęciem.
        Już tylko kilka sążni dzieliło Shyilię od mężczyzny, kiedy ten niespodziewanie się poruszył. Elfka zamarła w pół kroku, a jej myśli pojawiały się w głowie z prędkością błyskawicy. Czy ją wyczuł? Trudno stwierdzić. Ale to nie by dobry moment, by się nad tym dłużej zastanawiać. Ostatnie kilka kroków elfka pokonała biegiem, w tym samym czasie materializując w dłoni jedną ze swoich kusarigam, by w ciągu ułamków sekund znaleźć się nad swoją ofiarą. A raczej, na swojej ofierze.
        Jedną ręką przyciskała jego ramię do ziemi, a siedząc na nim okrakiem, własnym ciałem zmuszała mężczyznę do pozostania w pozycji leżącej. Była jednak drobnej budowy i nie ważyła zbyt wiele; wiedziała, że samym swoim ciężarem zbyt długo go tak nie utrzyma. Nie było czasu na zabawę. Shyilia musiała zakończyć to szybko. Przysunęła kusarigamę do miejsca, gdzie znajdowała się tętnica szyjna, lecz zanim wykonała zabójczy ruch, pochyliła się jeszcze nad swoją ofiarą i gwałtownym szarpnięciem zsunęła kaptur z twarzy mężczyzny, by choć przez krótką chwilę przyjrzeć mu się za żywota.
        A potem… nieznacznie cofnęła ostrze. Wyraz jej twarzy z zaciętego zmienił się w skupiony. Choć nadal siedziała na piersi mężczyzny z bronią w ręku, z jej postawy dało się wyczytać, że zmieniła zdanie i tej nocy żadna zbrodnia nie zostanie popełniona.
        - Idiota - powiedziała tym razem na głos. - Dzisiaj miałeś szczęście, ale następnym razem będziesz martwy.

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Nic nie zwiastowało tego, co stało się przed chwilą. Constantin nie spodziewał się, że ktoś zdecyduje się go zaskoczyć i rzucić na niego, przykładając mu ostrze do gardła i grożąc śmiercią. Co prawda, wcześniej w myślach odbył rozmowę z matką o tym, że powinien być bardziej ostrożny i to nawet w miejscach, w których wydawać by się mogło, że nic mu nie groziło i nic go nie zaatakuje. Zresztą, osoba chcąca to zrobić najpierw raczej powinna sprawdzić aurę Constantina, w której na pewno mogłaby zobaczyć jego dość mocną więź z żywiołem ognia, przez co oczywiście mógłby być groźnym przeciwnikiem, bo nietrudne byłoby stwierdzenie, iż właśnie taką magią włada mężczyzna.
Zresztą, sam pradawny półkrwi musiał przysnąć przy ognisku i przy wpatrywaniu się w gwiazdy na nocnym niebie, bo inaczej na pewno udałoby mu się wyczuć zbliżającego się przeciwnika… a raczej przeciwniczkę. Poczuł na sobie ciężar w tym samym momencie, w którym przebudził się właśnie dlatego, że ktoś na niego skoczył i unieruchomił go z wprawą osoby, która robiła to już niejeden raz. Po samym ciężarze nieznanego ciała mógł stwierdzić, że albo była to kobieta, albo lekki mężczyzna – gdy otworzył oczy, nadal ciężko było mu dojrzeć twarz nieznajomego przeciwnika, jednak wystarczył rzut oka na budowę ciała i talię, aby domyślić się, iż jest to przedstawicielka płci przeciwnej niż jego płeć. Czuł też brak kaptura na głowie, który wcześniej zakrywał jego włosy i może tworzył cień, który, chociaż w jakiejś części zakrywał jego twarz – to musiało oznaczać, że osoba siedząca na nim, zdjęła ten kawałek tkaniny… albo spadł on, gdy sam Constantin zasnął.
         – Mówiłam, żebyś uważał na otoczenie i był przygotowany na niebezpieczeństwo – odezwał się w jego głowie kobiecy głos, który należał do matki. On sam westchnął w myślach i naprawdę niewiele brakowało, żeby zrobił to na głos, co prawdopodobnie sprawiłoby, że mógłby zdenerwować… napastniczkę, bo przez takie zachowanie dałby jej znać, że niezbyt przejmuje się zagrożeniem swojego życia i, że na pewno ma jakiś plan, żeby w ciągu chwili zdobyć nad nią przewagę i, może, zabić ją. To z kolei sprawić by mogło, że ta zdecydowałaby się zabić go od razu, zamiast czekać na to, aż sytuacja odwróci się i to ona znajdzie się w niekorzystnej i groźnej dla niej sytuacji.
Na matczyne słowa nie odpowiedział nic, bo do jego uszu dotarł głos kobiety. Chwilę zajęło mu skojarzenie go i przypomnienie sobie znanej mu osoby, która miała identyczny ton i barwę głosu. Przez krótką chwilę wydawało mu się nawet, że może to ktoś inny z łudząco podobnym do niej głosem, jednak oczy powoli także przyzwyczaiły się do mroku i mógł dostrzec jej twarz, teraz wiedząc już, z kim ma do czynienia.

         – Kto to jest? Twoja znajoma…? Kojarzę ją, chyba – kobiecy głos odezwał się jako pierwszy. A Constantin już po tych słowach spodziewał się, że każdy z trzech członków rodziny wtrąci jakiś komentarz od siebie, właśnie na temat tego nieoczekiwanego spotkania i osoby, która… nadal na nim siedziała i sprawiała, że nie mógł się podnieść, a także ruszać rękoma.
         – Może jednak pozwolisz jej się zabić, grając przy tym kogoś innego i nie poznając jej… albo po prostu z nią walcząc? – to powiedział dziewczęcy głos, należący do siostry maga. Prawdę mówiąc, jej nie znosił najbardziej i mógłby nawet nie szukać sposobu na pozbycie się ich wszystkich, gdyby te fragmenty umysłu innych osób ograniczały się wyłącznie do tych należących do jego rodziców.
         – Ta dziewczyna nauczyła cię walczyć tym sierpem na łańcuchu, który ostatnio przyniósł ci trochę problemów – odparł męski głos, którego używał jego ojciec. Powiedział to w taki sposób, że sam Constantin nie był pewien, czy jest to stwierdzenie, czy może pytanie, na które ten oczekuje od niego odpowiedzi. Postanowił, że nic nie powie – najwyżej zdenerwuje tym ojca, ale przynajmniej nie dość, że będzie wiedział, iż było to pytanie, to jeszcze da mu do zrozumienia, iż powinien wyrażać się jaśniej.
         – Ciebie też miło widzieć, Shyilia – w końcu odpowiedział coś na głos. Nawet spróbował uśmiechnąć się lekko, chociaż ogień z ogniska stworzył przy tym taki cień, iż wyglądało to bardziej, jak jakiś nieokreślony grymas, a nie jak lekki uśmiech.
         – Mogłabyś mi nie życzyć śmierci, tak na samym początku – dodał, przez chwilę nawet spoglądając jej w oczy, mimo że nie widział ich zbyt dobrze, bo noc i cienie od ognia ukrywały trochę jej twarz.
         – Wygodnie się siedzi? - zapytał na koniec, zauważając przy okazji, że elfka w dalszym ciągu unieruchamia go, właśnie przez to, że nadal na nim siedzi. Już powoli zaczęło przeszkadzać mu to, że może ruszać jedynie szyją i głową, więc liczył na to, że Shyilia potraktuje to jako sugestię, że może – jeśli chce kontynuować rozmowę – jednak powinna usiąść obok albo naprzeciw niego, a nie… na nim.
Bez względu na to, czy zdecydowała się usiąść gdzieś przy ognisku, czy może nadal nie zmieniła miejsca siedzenia, chcąc, może podroczyć się z nim trochę albo podenerwować go jeszcze przez chwilę, on i tak miał zamiar zadać jej pytanie, które pojawiło się w jego myślach w momencie, w którym ją rozpoznał. No i nie dawało mu spokoju, dlatego też chciał zadać je jak najszybciej i także uzyskać na nie odpowiedź.
         – To… Dlaczego właściwie mnie zaatakowałaś? Przez chwilę miałem wrażenie, że rzeczywiście chcesz mnie zabić, więc… Dlaczego? - zapytał w końcu. Wątpił w to, żeby śledziła go i rzeczywiście chciała zabić. Rozstali się w, raczej, przyjaznych stosunkach i nie byli do siebie wrogo nastawieni, więc o wiele bardziej możliwe było to, że mogła go z kimś pomylić. Z kimś, kto także mógł przebywać w tej okolicy i jednocześnie był też jej wrogiem, celem do wyeliminowania albo nawet i tym, i tym.
         – Może spróbuj jakoś polepszyć wasze relacje i zbliżyć się do niej? Przydałaby się kobieta w twoim życiu – w jego myślach ponownie odezwał się głos kobiety, którym słowa wypowiadała jego matka, a Constantin ledwo powstrzymał się przed przewróceniem oczami, gdy tylko to usłyszał.
         – Cicho, teraz najlepiej będzie, jeśli w ogóle nie będziecie się odzywać – powiedział szeptem, jednak wiedział też, że Shyilia najpewniej to usłyszy. Czasem zdarzało mu się przemawiać do nich na głos, a nie w myślach, co najczęściej sprawiało, że przykuwał spojrzenia innych, gdy robił to w miejscach, w których ci „inni” mogli usłyszeć, jak gada z samym sobą. W przypadku elfki było trochę inaczej, bo ona wiedziała o tym, w jakim stanie znajduje się jego umysł i psychika, więc raczej nie będzie go oceniać na podstawie czegoś takiego. Mag ponownie przeniósł wzrok na nią, starając się, żeby był on pytający i oczekujący na jakąś odpowiedź.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

        Już w swych młodych latach Shyilia nauczyła się, że najważniejszą zasadą przetrwania jest spodziewanie się niespodziewanego; wszak przezorny jest zawsze ubezpieczony, a w przestępczym fachu ostrożność to kwestia niezbędna, jeśli nie chce się w kwiecie wieku wąchać kwiatków od spodu. Jednak w najbardziej abstrakcyjnych teoriach elfka nie przewidziała tego, co spotkało ją owego wieczoru. Kiedy podjęła decyzję ataku na nierozważnego obozowicza, miała w głowie kilka prawdopodobnych scenariuszy - zabije przeciwnika, zanim ten w ogóle się zorientuje, że został zaatakowany, wda się z nim w dłuższą walkę, z której tylko jedno z nich ujdzie z życiem lub, jeśli mężczyzna będzie miał naprawdę dobre argumenty, może okaże mu łaskę - lecz żaden z nich nie przewidział tego, że Shyilia z własnej inicjatywy odpuści sobie krwawy mord.
        Tymczasem nie mogła przecież tak bez powodu zarżnąć kogoś, kogo w dawnych czasach darzyła zaufaniem i kto niegdyś był najbliższy definicji przyjaciela. Dlatego zamiast krwotoku z tętnicy szyjnej, kobieta zaserwowała Constantinowi jedynie złośliwy komentarz, którzy mężczyzna potraktował chyba trochę zbyt dosłownie, choć w reakcji na jego ironiczne powitanie, kącik ust elfki drgnął nieznacznie. To był jednak tylko ułamek sekundy, po którym na jej twarz powrócił skupiony wyraz.
        - Gdybym życzyła ci śmierci, nie rozmawiałbyś teraz ze mną, tylko z kostuchą - oznajmiła, bez cienia wesołości, tak by mężczyzna był świadom, że ze skrytobójczynią nie ma żartów. - Ja akurat nie mam w tym interesu, żeby posłać cię na tamten świat, ale jeśli nadal będziesz wylegiwał się beztrosko przy ognisku w samym środku ciemnego lasu, to równie dobrze możesz wręczyć wszystkim okolicznym zabójcom mapę z podpisem “TUTAJ JESTEM, ZABIJCIE MNIE”.
        Mówiła to głosem przesiąkniętym sarkazmem, ale z tego głosu dało się także wyczuć osobliwy rodzaj nagany, jakiej udziela się przyjacielowi, który wykazał się wyjątkowo głupim zachowaniem. Co prawda Constantin miał na karku już prawie wiek i elfka wiedziała, że zapewne nie dałby się podejść pierwszemu lepszemu rzezimieszkowi, ale konfrontacja z bardziej doświadczonym przeciwnikiem mogłaby nawet dla niego okazać się zgubna. Choćby i z Shyilią, przed której ostrzem uchronił czarodzieja tylko fakt, że niegdyś żyli ze sobą w przyjaznych stosunkach. Dlatego twarde i pełne dezaprobaty było jej spojrzenie, gdy patrzyła na Naxama z góry, sponad skrzyżowanych na piersi rąk.
        Dopiero pytanie czarodzieja sprawiło, że na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmiech, z gatunku tych, po których zazwyczaj następowała prowokacja, pod różnymi postaciami.
        - Hmm, dawno nie miałam okazji siedzieć na mężczyźnie. Zwłaszcza żywym. - Mruknęła arogancko, choć zgodnie z prawdą. Zresztą, w ogóle dawno nie miała okazji, by przeprowadzać z mężczyznami jakąkolwiek interakcję, która nie byłaby próbą szantażu, groźbą czy morderstwem…
        Przez chwilę kobieta miała ochotę nieco się z Constantinem podroczyć, bo w istocie był całkiem wygodny do siedzenia okrakiem, a jego aluzja dodatkowo kusiła Shyilię, by zrobić mu na przekór, ale elfka zrezygnowała z tego pomysłu i zsunęła się z mężczyzny. Skrzyżowawszy nogi, usiadła na trawie po jego lewej stronie i odłożyła kusarigamę na bok. Nie odwołała jej jednak, zamykając w naszyjniku, lecz zostawiła ją w takim miejscu, by w razie czego mogła błyskawicznie po nią sięgnąć. Nie mogła stracić czujności.
        Nawet jeśli chodziło o Naxama.
        Łączyła ich wspólna przeszłość i w tej przeszłości elfka darzyła czarodzieja zaufaniem. Poza mentorką Shyilii, która nauczyła zabójczynię posługiwania się magią, Constantin był jedyną osobą, z którą znajomość nie zakończyła się przelewem krwi jednej ze stron. I jedyną, która uznała elfkę za sprzymierzeńca, okazując jej wsparcie, a także powierzając własne sekrety. Ale to było kiedyś, dość dawne kiedyś. Shyilia nie miała pewności czy w ciągu minionych kilkudziesięciu lat nastawienie mężczyzny nie uległo zmianie. Nie zamierzała wprawdzie od razu podejrzewać go o najgorsze zamiary, choć musiała założyć, że taka możliwość też istnieje. Wiedziała, że czarodziej najprawdopodobniej zauważy te przejawy ostrożności, ale wiedziała też, że raczej zrozumie jej nastawienie, jak również to, że pozostawienie go nietkniętego i uzbrojonego było największym dowodem kredytu zaufania, jaki w tej chwili mogła mu dać. Znał jej bolesną przeszłość na tyle, żeby mieć świadomość tego, z jak wielkim trudem przychodziło elfce opuszczenie przed kimś gardy i wpuszczenie go do swojej bezpiecznej strefy. Nigdy nie zostawiała miejsca na margines błędu. Jeśli Naxam miał wobec kobiety wrogie zamiary, zranienie jego uczuć było jej najmniejszym problemem, a jeśli jakiekolwiek podejrzenia były nietrafione - Shyilia miała nadzieję, że czarodziej nie będzie miał jej tego za złe…
        - Nie zamierzam cię przepraszać, bo sam jesteś sobie winny, ale nie odbieraj tego tak osobiście. - Przekrzywiła głowę, słuchając jego pytań na temat niespodziewanego ataku. - Nie miałam pojęcia, że szarżuję na ciebie. Jak może pamiętasz, nie potrafię wyczuwać aur. Umiem za to wyczuć potencjalne zagrożenie. A dobrze wiesz, że je stanowisz.
        Jej słowa nie miały na celu urażenia Constantina. Stwierdzała tylko fakty, a bezsprzecznie stanowiły one, że mężczyzna był niebezpieczny. Oboje byli. Niejednokrotnie będąc świadkiem metod działania tego piromana, Shyilia zastanawiała się czasem, które z nich było bardziej przerażające: on ze swoim gorącym szaleństwem czy ona z zimną surowością?
        - Właściwie co robisz w okolicy, hm? - spytała z nieskrywaną ciekawością. - To ładny las, więc jeśli zamierzasz go podpalić, odradzam. Choć z miastem rób, co ci się żywnie podoba; może swąd dymu wykurzy z ukrycia tchórzliwe szkodniki…
        Po niedługim czasie z ust czarodzieja padło zdanie niewypowiedziane w jej kierunku. Zdawać by się mogło, że Constantin mówi sam do siebie, jednak Shyilia znała historię, jaka kryła się za tym osobliwym zachowaniem. Wspomnienia dawnych rozmów z mężczyzną wróciły bardzo żywe. Wtedy po raz pierwszy - i ostatni - ktoś się przed elfką otworzył, wyjawiając najbardziej intymną prawdę; uczucia, gdy ktoś obdarza cię takim zaufaniem, nie można porównać do niczego innego. Tego wieczoru, przy tym idiotycznym, zdradzającym pozycję ognisku, w umyśle Shyilii owo uczucie odżyło i przez chwilę kobieta miała wrażenie, jakby ona i Constantin nigdy się nie rozstali, a spędzone oddzielnie lata były jedynie snem pomiędzy wspólną pogonią za zleceniami, które niegdyś stanowiły ich codzienność.
        Ale chwila ta trwała krótko i po kilku sekundach skrytobójczyni powróciła świadomość czasu i przestrzeni. Na przestrzeni lat wiele się zmieniło - jak wiele, tego elfka musiała się dopiero dowiedzieć - ale i wiele pozostało niezmienne.
        - Pozdrów ode mnie swoją rodzinkę. - Shyilia uśmiechnęła się lekko, a w tym uśmiechu bardziej uważny obserwator dostrzegłby odrobinkę ciepła, które w jej przypadku było rzadkim zjawiskiem. - Nadal nie możesz się od nich uwolnić, co? Po tych wszystkich latach, patrząc na ciebie, odnoszę wrażenie, że nadal jesteś tym samym mężczyzną.
        I prawdę mówiąc, miała nadzieję, że tak było. Chociaż wciąż potrzebowała wybadać, w jakim stopniu może obdarzyć obecnego Naxama zaufaniem, miłe było spotkanie kogoś, z kim można normalnie porozmawiać, bez nieustannych podchodów, kłamstw i ryzyka, bez nieustannych myśli o tym, jak by tu w razie czego skutecznie unieszkodliwić rozmówcę… Shyilia nawet nie zauważyła, w którym momencie bezwiednie ukryła kusarigamę ani kiedy poczucie zagrożenia zniknęło.
        No, może nie całkiem zniknęło, ale zmalało na tyle, że nie uprzykrzało życia.
        Elfka miała ochotę zadać Constantinowi kilka pytań. Była ciekawa, co robił przez czas, kiedy się nie widzieli i jak potoczyły się jego losy. Ale nie zamierzała być wścibska. Jeszcze nie. Nigdy nie była zbyt dobra w prowadzeniu konwersacji i odczytywaniu pragnień rozmówcy, dlatego w sytuacjach, gdy nie chciała wywoływać nieporozumień, wolała trzymać język za zębami. Zresztą, większości rzeczy najczęściej można dowiedzieć się przy okazji. A tych, miała nadzieję, będzie jeszcze sporo. Na razie, zamiast skupiać się na jego wnętrzu, Shyilia przyglądała się czarodziejowi, próbując ocenić, jak bardzo uległa zmianie jego aparycja, jednak elfka nie dostrzegała większych oznak upływu czasu. Wyglądał mniej więcej tak, jak go zapamiętała: przystojny, zadbany, ze znajomą iskrą szaleństwa w oczach. W innych okolicznościach na pewno od razu by go rozpoznała; nie jej wina, że akurat leżał zakapturzony w samym środku lasu...
        - Przyznaję, przyjemnie się tu siedzi, ale ja będę się zwijać - oświadczyła w pewnym momencie, wstając z ziemi. - Po pierwsze, jak już wspomniałam, siedzenie nocą przy ognisku to idiotyzm, jak się jest sławnym na pół świata przestępcą, na którego polują wszyscy łowcy nagród. A po drugie, mam w mieście sprawy do załatwienia i wolałabym tam dotrzeć przed świtem, zanim mieszkańcy wylezą na ulice.
        Poprawiła zapięcie płaszcza, co by nie zsunął jej się z ramion podczas dalszej wędrówki do Iruvii, po czym stanęła dokładnie naprzeciw Constantina, opierając ręce na biodrach i unosząc jedną brew.
        - Zostajesz tu czy chcesz mi towarzyszyć?

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Westchnął cicho, gdy usłyszał wypowiedziane przez nią słowa. Miał wrażenie, że nie do końca rozumiała jego całą sytuacją, jednak raczej nie powie jej tego wprost, w końcu nie chciał niepotrzebnie jej rozzłościć, bo jeszcze rzeczywiście zacznie realizować powód, dla którego w ogóle się na niego rzuciła.
         – Wątpię, żeby tym „okolicznym zabójcom” przyszło do głowy, że znajduję się w tym lesie, a nawet jeśli, to… raczej wiedzieliby, jak silnym przeciwnikiem jestem i zastanowiliby się dwa albo nawet trzy razy, zanim w ogóle postanowiliby działać. O zwierzęta też się nie martwię, bo te dzikie nie przepadają za ogniem – odpowiedział w końcu, raczej ostrożnie dobierając słowa, patrząc na to, że nadal znajduje się bezpośrednio na ziemi, a Shyilia ma nad nim przewagę. Chociaż… sam nie był pewien, czy udało mu się osiągnąć zamierzony cel w pełni. Chciał dodać coś jeszcze, ale ostatecznie zrezygnował z tego, postanawiając, że może zachowa to dla siebie – słowa te mogły brzmieć podobnie jak chwalenie się czymś, a on nie przepadał za robieniem tego. Niedługo po tym, zmienili pozycję, w której ze sobą rozmawiali – Shyilia usiadła po jego lewej stronie – a on mógł w końcu podnieść się i także rozsiąść się nieco wygodniej.

Nie ufała mu, co rozpoznał dość szybko. Znaczy… ufała, ale nie tak bardzo, jak kiedyś. Nie dziwił jej się, bo on traktował ją w podobny sposób, chociaż może nie okazywał tego tak otwarcie, jak ona. Owszem, nie była dla niego kimś nieznajomym i nie musiała zdobywać jego zaufania, jednak mogła przecież zmienić się przez te lata, przez które się nie widzieli. Zdawał sobie też sprawę z tego, że wiedzieli o sobie dość sporo – i to nawet takie rzeczy, których na pewno nie mówi się dopiero co poznanej osobie – jednak i tak przez jakiś czas miał zamiar zachowywać lekki dystans. Nawet, jeśli nie będzie to długo trwało, on i tak zmieni to nastawienie dopiero wtedy, gdy upewni się, że elfka jest taka, jaką ją zapamiętał i przez to będzie mógł jej zaufać, czując się w jej obecności swobodnie.
         – Nie mam ci tego za złe – odparł szczerze. Uświadomił też sobie, że skoro Shyilia go zaatakowała tylko przez to, że wyczuła w nim kogoś groźnego, to prawdopodobnie mogła wziąć go za kogoś, kim nie jest.
         – Na kogo polujesz? - zapytał nagle, a przez jego oblicze przebiegł uśmieszek. Domyślił się, że kobieta szuka kogoś, kto może przebywać na tym terenie i, kto prawdopodobnie jest jej aktualnym celem. Wiedział przecież, czym się zajmowała. Co więcej, czasem on sam także zatrudniał się jako zabójca na zlecenie i to nawet taki, który ma wyeliminować ofiarę po cichu i bez zwracania na siebie uwagi, mimo że częściej wolał robić to… bardziej widowiskowo, głównie poprzez podpalanie budynku, w którym znajdowała się ofiara i powodowanie, że ta ginęła w pożarze. Ostatecznie dzięki czemuś takiego zyskał pewien pseudonim, którego i tak nie traktował jako części siebie – w końcu tak został nazwany przez kogoś i nie było tak, że sam go sobie wymyślił i zadbał o to, żeby być znanym właśnie pod nim.
         – Ja…? Podróżuję. Teoretycznie za cel obrałem sobie miasto znajdujące się w okolicy, ale to nie oznacza, że muszę udać się prosto do niego. A lasu nie mam zamiaru podpalać, nie przepadam za niszczeniem czegoś, co jest dziełem Natury – odpowiedział jej. Mówił prawdę, nie czując potrzeby ukrywania przed nią informacji, bo nie chciałby, żeby o czymś się dowiedziała albo coś takiego. Naprawdę podróżował w stronę Iruvii, chciał się tam trochę rozejrzeć i może złapać jakieś zlecenie, w którym akurat przydałyby się jego umiejętności.

Później musiał poświęcić chwilę na rozmowę z rodziną, głównie w celu uciszenia ich – wiedział, że nie zmusi ich do tego, żeby nie słuchali, więc przynajmniej chciał, żeby przez jakiś czas po prostu siedzieli cicho. Wiedział też, że Shyilia nie będzie patrzyła na niego jak na kogoś, kto jest obłąkany, bo po prostu wiedziała, jaki jest jego problem i, co się dzieje, gdy wygląda tak, jakby gadał sam ze sobą.
         – Próbowałem kilkukrotnie, ale nic nie działało. Czasami szukam jakiegoś innego, nowego sposobu, a czasem… po prostu ich „głosy” uważam za coś, co jest częścią mnie i wtedy wydaje mi się, że po prostu czuję się do nich przyzwyczajony – odparł po chwili. Najczęściej próbował zwrócić się o pomoc do kogoś, kto wiedział, że zna magię umysłu, jednak… chyba nie udało mu się jeszcze znaleźć kogoś na tyle potężnego, żeby rzeczywiście mógł mu pomóc. Magia umysłu wydawała mu się jedyną, która może tu pomóc i właśnie dlatego, jeśli już szukał pomocy, to wśród magów umysłu.
         – Tym samym może nie… Wiesz, przybyło mi lat, chociaż fizycznie może nie do końca jest to widoczne, no i na pewno polepszyły się moje różne umiejętności, w tym magiczne… I jeszcze doświadczenia życiowe, też mam ich więcej. Poza tym, to chyba tyle – odparł, przeczesując włosy dłonią, czując, jak prześlizgują się pomiędzy jego palcami. Może przydałoby się je trochę skrócić? Wcześniej jakoś niezbyt zaprzątał tym sobie głowę, ale skoro niedługo prawdopodobnie będzie w mieście, to może przy okazji odwiedzi też balwierza? Przy okazji może też zadba trochę o brodę i ją też trochę skróci. Właściwie, nie brzmiało to tak, jakby było to złym pomysłem, a usługi takie nie kosztowały wiele.
         – A jak to u ciebie wygląda? Znaczy… niektóre rzeczy widzę, między innymi to, że nadal wyglądasz jak elfka, której kiedyś uratowałem życie – zapytał, rozwijając trochę. Chciał wspomnieć coś o jej urodzie, prawdopodobnie dodając po prostu „piękna” przy elfce, jednak ugryzł się w język i nie wypowiedział tego jednego, dodatkowego słowa.
        „A powinieneś je dodać, może zrobiłoby jej się miło” – usłyszał w głowie głos matki, która jak zwykle przy tego typu sytuacjach (czyli wtedy, gdy rozmawiał z jakąś kobietą, a zwłaszcza z taką, którą już znał) chciała, żeby znalazł sobie jakąś partnerkę, a już zwłaszcza taką, która wydawała jej się, że jest w jego typie. Constantin wiedział, że nie był to ostatni komentarz tego typu i najpewniej usłyszy ich jeszcze sporo w swojej głowie. Westchnął i przewrócił oczami, ale ciężko było stwierdzić, czy może dlatego, że usłyszał to, co powiedziała jego matka, czy może dlatego, że poczuł się trochę głupio, tak w ostatniej chwili powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś.
         – Miałaś nic nie mówić, przynajmniej przez jakiś czas – wyszeptał do siebie, chociaż oczywiście zwracał się do swojej matki.

Spojrzał na nią, gdy powiedziała, że będzie ruszała w swoją drogę. Szczerze mówiąc, spodziewał się, że jednak zostanie dłużej i będą mogli porozmawiać, no i też powspominać, jeśli na to też będą mieli ochotę. Chwilę później pomyślał, że może zaproponuje jej wspólną podróż, skoro i tak oboje zmierzają w stronę miasta, jednak Shyilia wyprzedziła go i sama to zaproponowała.
         – Pójdę z tobą. I tak szedłbym do miasta, a tak, to w drodze będziemy mogli trochę porozmawiać – odparł, wstając po chwili. Spojrzał też na ognisko, które też było trzeba zgasić. Po chwili wykonał dłonią ruch podobny do chwytania od dołu – jakby chciał złapać w nią coś, czego nikt inny nie widzi – a następnie zacisnął ją w pięść. W tym samym momencie, ogień zgasł nagle i zostawił po sobie jedynie częściowo zniszczone kawałki drewna. Zaklęcie to było bardzo proste i raczej zbyt słabe, żeby zainicjować zmiany na jego ciele, które związane były właśnie z używaniem magii ognia.
         – Możemy iść – zapowiedział gotowość do drogi. Na polanie zaczął panować półmrok, który rozpraszany był nieco przez światło księżyca, który znajdował się w pełni, a także tych gwiazd, które nie były zakrywane przez kilka chmur leniwie płynących po nocnym niebie.
         – To… Co działo się z tobą po tym, jak się rozstaliśmy? - zapytał, gdy zaczęli maszerować. Było to dość ogólne pytanie, a Constantin liczył na to, iż Shyilia opowie mu krótką (a może pokusi się na coś dłuższego) historię swoich losów właśnie z tego czasu, w którym się nie widzieli. Oczywiście, miał też zamiar zrewanżować jej się tym samym, jeżeli go o to zapyta.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Rozmowa od przesłuchania różni się tym, że w tym drugim zazwyczaj tylko jedna strona zadaje pytania. Konfrontacja z Constantinem przesłuchaniem jednak nie była, dlatego Shyilia była gotowa na to, że przepływ informacji będzie obustronny; chcąc wypytać czarodzieja o jego zamiary, liczyła się z tym, że będzie musiała wyjawić także swoje. Nie przeszkadzało jej to. O ile nie miał powodu, by osobiście ją powstrzymać, mężczyzna nie był osobą, która mogłaby jej zaszkodzić samym faktem posiadania informacji o jej celu. Był kryminalistą, jak ona, nie istniało więc większe ryzyko, że wyda ją w ręce władz. Elfka wątpiła też, by mógł ostrzec jej ofiarę - nie był typem człowieka, który bratałby się z takimi szumowinami. Przynajmniej tamten Constantin, którego znała, nie stoczyłby się tak nisko.
         - Caedmon Riyenes - rzuciła wprost, podając imię i nazwisko wampira. - Prawa ręka herszta. Najgorszy rodzaj ścierwa. Powieszę go za domem, o wschodzie słońca, na jego własnych przegniłych flakach, które wcześniej osobiście wypatroszę. - Wykonała ręką w powietrzu nieokreślony gest, by następnie zacisnąć dłoń na rękojeści wyimaginowanego sierpa, obrazując cięcie, którym zamierzała rozorać ciało nieumarłego. Przez chwilę jej wzrok błądził gdzieś w przestrzeni, by po chwili znów skupić się na siedzącym obok mężczyźnie.
         Większość osób po takim opisie popatrzyłaby na nią jak na szaleńca, lecz Shyilia nie obawiała się, że czarodziej będzie ją oceniał, tak jak ona nie oceniała jego. Poza tym, nie była szaleńcem. Jej umysł był przejrzysty, a działania - starannie zaplanowane. Jasne, może odrobinę psychopatyczne, ale na pewno nie szalone.
         Ze szczerym zainteresowaniem słuchała słów Naxama na temat jego rodziny. Westchnęła dyskretnie i pokręciła lekko głową, sięgając po patyk, by popychać płonące gałęzie, wzniecając przy tym niewielkie fontanny iskier.
         - Upierdliwość - mruknęła, mając oczywiście na myśli głosy w głowie Constantina. Nie chodziło jej bynajmniej o to, by mężczyznę obrazić, ale to był jej sposób na wyrażenie czegoś na kształt zrozumienia. Na kształt, bo nie wiedziała jak to jest, kiedy wewnątrz umysłu słyszysz głos niebędący twoim własnym. (Ten jeden raz, kiedy zatruła się opiatami i zdawało jej się, że przydrożna latarnia próbuje ją obrazić, się nie liczył.) Gdyby to jej ktoś ciągle zawracał głowę, najpewniej do tej pory by ją sobie odcięła, aby się od niego uwolnić. Nie zamierzała jednak proponować takiego rozwiązania czarodziejowi.
         … Chyba że ten z jakichś przyczyn nagle postanowiłby ją zaatakować. Wtedy była gotowa nawet nie tyle zasugerować, ile zrobić to własnoręcznie.
         Takiego rozwoju wydarzeń jednak nie zakładała.
         - Nawet po tylu latach nadal zamierzasz się tym chełpić? - Przewróciła oczami, słysząc komentarz czarodzieja o uratowaniu jej życia. Na wzmiankę o tym czuła delikatne ukłucie, które nie wiedziała czy było nostalgią, czy irytacją. Lecz zamiast się wściekać, wygięła kącik ust w nieco drapieżnym uśmiechu i uniosła brew, węsząc okazję do tego, by trochę się z Constantinem podroczyć.
         - Nie wydaje mi się, żebym się zbytnio zmieniła od tamtej pory. A może chcesz sam się przekonać…? - Subtelnym, ale oczywistym gestem, odrzuciła płaszcz na plecy, odsłaniając ramiona i przesuwając dłonią wzdłuż smukłej szyi.
         Naturalnie, nie mówiła poważnie. Nie była typem kobiety, która flirtowałaby z mężczyzną znającym jej imię. Jej “znajomości” z płcią przeciwną zazwyczaj kończyły się o świcie i żadna z nich nie miał podłoża emocjonalnego. Tego elfka nie potrzebowała. Przywiązanie tylko utrudniałoby jej skupienie się na życiowym celu: zemście. Z Naxamem sprawa przedstawiała się nieco inaczej. Przed laty łączyła ich bliska, aczkolwiek niefizyczna relacja i w tamtych czasach elfce niespieszno było to zmieniać, choć niejednokrotnie zastanawiała się, co mogłoby się stać, gdyby poszła o krok dalej… Nigdy jednak tego nie zrobiła, bo taki układ najzwyczajniej w świecie jej odpowiadał. Mimo to, ani wtedy, ani teraz, nic nie stało na przeszkodzie w rzucaniu podtekstów, z czystego odruchu do prowokacji.
         Uświadomiła sobie właśnie, że w gruncie rzeczy trochę jej brakowało takich przekomarzanek. Nawet mimo obecności osób trzecich, które chcąc nie chcąc brały mniej lub bardziej czynny udział w rozmowie. Tak jak teraz, gdy Constantin znów odezwał się do któregoś z głosów w jego głowie.

         Proponując mężczyźnie wspólną podróż do miasta, spodziewała się, że ten przystanie na propozycję.
         - Świetnie.
         Przyglądała się jak czarodziej za pomocą magii gasi ognisko - zapomniała już jak jego umiejętności potrafiły być przydatne w codziennym życiu, poza podpalaniem wiosek i miast - ale nie czekała, aż będzie gotowy. Ruszyła przed siebie normalnym tempem, wiedząc, że jeśli Naxam będzie chciał iść przy niej, to szybko nadrobi te kilka kroków. Po chwili szli już razem; nie zadawali sobie trudu, by ukryć swoją obecność. Gdyby ktokolwiek lub cokolwiek postanowiło ich zaatakować, we dwoje bez trudu by sobie poradzili z zagrożeniem. Jak za dawnych czasów.
         - Wampiry. Krew. Pieniądze. Więcej krwi. - Wzruszyła ramionami w odpowiedzi na pytanie o jej dzieje. Zaraz jednak rozwinęła swoją wypowiedź. - Sprawiłam sobie nową kusarigamę. I nauczyłam się… kilku praktycznych sztuczek. - Kątem oka zerknęła na maszerującego obok Constantina i uśmiechnęła się. - Jak zasłużysz, to może ci je pokażę.
         Była to bardzo zwięzła odpowiedź, jak na kilkadziesiąt lat historii, o których można byłoby wspomnieć. Ale na dłuższe i głębsze zwierzenia przyjdzie jeszcze czas… albo i nie. Przez kilka chwil Shyilia milczała, nie myśląc o niczym konkretnym. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie musiała zachowywać nieustannej czujności, bo miała u boku towarzysza, będącego dodatkową parą oczu, uszu i rąk do walki.
         - A ty? - odwdzięczyła się pytaniem. - Co robiłeś w międzyczasie?

         Do miasta został jeszcze kawałek drogi, ale nie na tyle długi, by zaistniała konieczność robienia postojów. Zwłaszcza dla dwojga wytrawnych tułaczy, dla których wędrówka stanowiła element dnia codziennego. Po dotarciu do celu, Shyilia planowała zrobić rozeznanie w najbardziej szemranych barach Iruvii w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłaby się zatrzymać bez ściągania sobie na głowę wszystkich strażników w mieście. Gdyby takowej gospody nie znalazła, zamierzała dyskretnie wynająć sobie jakiś strych. Najlepiej bez wiedzy właściciela. Potem będzie musiała poświęcić trochę czasu na zbieranie informacji o ofierze, by w końcu doprowadzić do konfrontacji. A później… To zależy. Jeśli Riyenes podsunie jej jakąś wskazówkę, odnośnie miejsca pobytu któregoś z pozostałych przy życiu krwiopijców, kobieta podąży tym tropem. Jeśli nie, uda się do kolejnego miasta, przy okazji znajdując sobie jakieś nowe zlecenie, dla zabicia czasu. Spotkanie Constantina mogło spowodować potrzebę wprowadzenia korekty do planu zabójczyni - choć nie musiało.
         - Minęło trochę czasu, odkąd mieliśmy okazję przebywać w swoim towarzystwie - zauważyła. Mówiąc to, nie patrzyła na swojego rozmówcę, ale gdzieś przed siebie. - Myślisz, że nadal stanowilibyśmy tak zgrany duet jak przed laty?
         Nie chciała przyznać tego otwarcie, ale miała nadzieję na nawiązanie współpracy z czarodziejem. Nie to, żeby go potrzebowała - przez dekady radziła sobie w pojedynkę i tym razem także załatwiłaby sprawę bez problemu - ale kiedy siedząc okrakiem na zakapturzonym mężczyźnie, rozpoznała w nim przyjaciela z przeszłości, wróciły do niej wszystkie wspomnienia - te nieliczne, które mogła nazwać dobrymi. Nie była osobą, która w życiu kierowała się sentymentami, lecz miło było znów poczuć, że ma sprzymierzeńca. I osobę, która ją rozumie.
         - Więc… Jakie konkretnie interesy sprowadzają cię do Iruvii, hm?

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Zastanowił się przez chwilę nad imieniem i nazwiskiem, które podała mu elfka – powtórzył je nawet w myślach, może licząc na to, że rodzinka przyda się do czegoś i może jedno z nich słyszało kiedyś o takiej osobie. Zanim jeszcze coś odpowiedział, po jego twarzy przemknął uśmieszek, gdy usłyszał, jak Shyilia opisuje, co zrobi temu mężczyźnie, którego szuka. Zdecydowanie nie chciałby być w jego skórze i właściwie też w skórze kogoś, kto go zna, bo takie osoby też mogły być narażone na spotkanie z nią, jeżeli akurat znajdzie ich przed tym, jak dotrze do głównego celu. W końcu od osób powiązanych z kimś takim można przecież wyciągnąć informacje na temat, gdzie osoba ta przebywa albo, gdzie widziany był ostatnio.
         – Nie znam nikogo takiego – odpowiedział jej krótko tuż po tym, jak skończyła opisywać śmierć, której z jej rąk miał doświadczyć ten Riyenes. Nie oceniał jej oczywiście, bo wiedział przecież, że miała powód ku temu, żeby zgotować komuś powolną i bolesną śmierć.
         – Mhm, można to tak nazwać. Tym bardziej, jak jeden z tych „głosów” chce twojej śmierci i namawia cię do niej przy każdej okazji, która nadawałaby się do tego, żebyś straciła życie w mniej lub bardziej spektakularny sposób – odparł. Już wtedy, gdy spotkał ją pierwszy raz, miał już te problemy, więc to stwierdzenie raczej nie było niczym nowym i nie powinno jej zdziwić to, że jeden z trzech „głosów” w dalszym ciągu chce, żeby Constantin umarł.
        „Nie życzymy ci śmierci” – powiedzieli Matka i Ojciec jednocześnie. Camilla niemalże wykrzyczała mu to w głowie, a Alastair powiedział to spokojnym, pewnym siebie tonem, w którym ciężko byłoby znaleźć fałszywe tony.
        ”Przecież nie chodziło mi o was” – odpowiedział im lekko rozdrażnionym głosem. Doskonale przecież wiedzieli, że chodziło mu tylko o Bellę… i może jeszcze o Ojca w momentach, w których naprawdę się zdenerwuje i traci panowanie nad sobą, a także nad tym, co mówi – czyli głównie o nią, ale też nie tylko o nią.
         – Nie przechwalam się tym. Po prostu pasowało mi do rozmowy takie krótkie wspomnienie o tym wydarzeniu. Zawsze myślałem, że było ono dość ważne w relacji, którą mamy – odezwał się po chwili. Mogło to brzmieć, jakby chciał dodać coś jeszcze, jednak tym razem nie planował tego zrobić i po prostu przypadkowo zakończył zdanie właśnie w ten sposób. Poza tym, usłyszał też w myślach cichy chichot swojej matki, która najwidoczniej ciągle myślała, że prędzej czy później zostaną parą i nie zamierzała zrezygnować z tych myśli. Constantin wiedział, że gdyby była tu obecna fizycznie, to na pewno – w przypływie troski o dobro syna i jego życie towarzyskie – próbowałaby ich do siebie zbliżyć.
Następne słowa Shyilii sprawiły to, co udawało się mało komu. Na początku zaskoczyła go i zdziwiła, aby po chwili zmieniło się to w lekkie skrępowanie i może nawet zdenerwowanie sytuacją. Pamiętał, że zdarzało jej się z nim drażnić właśnie w podobny sposób, rzucając mu czasem dwuznaczne słowa lub nawet propozycje, jednak zawsze wiedział też, że nie mówiła na poważnie. Dlatego po chwili uznał, że tym razem przecież też tak musi być – wcześniejsze emocje zniknęły, chociaż, z drugiej strony, możliwe, że gościły u niego na tyle długo, że może dało się je zauważyć, nawet jeśli byłyby widoczne jedynie w jego spojrzeniu.

Później mogli ruszać, a propozycja odnośnie do umilenia sobie drogi rozmową raczej nie spotkała się z jej nieprzychylną reakcją. To dobrze, z chęcią i ciekawością dowiedziałby się o tym, co działo się z nią przez te wszystkie lata. Sam też będzie musiał odpowiedzieć na podobne pytanie, co robił już z trochę mniejszą chęcią.
         – Pewnie, że zasłużę – odparł, wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko. Pod wyrażeniem „praktyczne sztuczki” mogło ukrywać się naprawdę wiele, dlatego też można było uznać, że ciekawi go to, jaką jego interpretację pokazałby mu ona. Może się dowie, a może nie… czas pokaże.
         – Znalazłem zaklinacza, który wzmocnił magią kusarigamę, którą dostałem od ciebie. Kosztowało mnie to małą fortunę, ale warto było… Może będziesz mogła zobaczyć ją w akcji i w połączeniu z magicznymi aspektami moich umiejętności, jeśli zasłużysz oczywiście – powiedział to do niej z uśmieszkiem na ustach. Użył przeciw niej słów, które ona przed chwilą wypowiedziała w jego stronę i to właściwie z podobnym kontekstem.
         – Później zacząłem pracować dla różnych ludzi, wykorzystując do tego swoje umiejętności i to, że wtedy bardzo lubiłem podpalać rzeczy. Później mi przeszło, zacząłem nad sobą bardziej panować i zająłem się czymś innym, chociaż nadal korzystałem z ognia i czułem, że mnie do siebie przyciąga, ale to bardziej był skutek mojej specyficznej więzi z tym żywiołem – dopowiadał kolejne słowa do swej opowieści. Powiedział jej więcej, niż ona jemu, jednak nie przejmował się tym i też tym, że mówi jej o takich rzeczach. Wiedział, że może jej zaufać i był pewien, że zachowa te informacje dla siebie i na pewno nie wyda go władzom.
         – Poza tym ciągle podróżowałem i szukałem też sposobu na pozbycie się rodzinki z mojej głowy. Cóż, jak już wiesz, niestety nie udało mi się go znaleźć i nadal dzielą ze mną mój umysł i ciało – zakończył w ten sposób odpowiedź. Tyle raczej powinno wystarczyć, a nie chciał też specjalnie przedłużać swojej historii, bo może jeszcze znudziłoby to Shyilię.
Zastanowił się chwilę nad jej następnym pytaniem. Może na początku wydawało się tym, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie”, jednak oboje wiedzieli, że nie powinien wypowiadać jednego z tych słów. Zamiast tego musiał i nawet chciał powiedzieć coś więcej, może też wytłumaczyć, dlaczego uważa, że właśnie tak by było.
         – Myślę, że tak. Może zmieniliśmy się trochę, rozwinęliśmy umiejętności i nauczyliśmy się nowych, jednak poza tym i tak jesteśmy tymi samymi osobami, które spotkały się wtedy w lesie, więc tak, myślę… Nie. Jestem pewien, że bez problemu stworzylibyśmy tak zgrany duet, jak ten, który tworzyliśmy kiedyś – odpowiedział szczerze. Przyglądał jej się wtedy przez cały czas, przez całą długość swej wypowiedzi, mimo że ona ciągle patrzyła gdzieś przed siebie, w przestrzeń.
         – Właściwie nic konkretnego. Chciałem rozejrzeć się po mieście i może znaleźć sobie jakieś odpowiednie zlecenie – odparł, nawet wzruszył lekko ramionami. Jego towarzyszka mogła nawet uznać, że Iruvia miała być tylko krótkim przystankiem w podróży maga ognia i właściwie nie myliłaby się, bo Constanin nie miał zamiaru przebywać tam dłużej, niż uzna, że będzie to wymagane.
         – Szczerze mówiąc, to mogę ci nawet pomóc. Przy okazji sprawdzilibyśmy, czy na pewno stworzylibyśmy tak zgrany duet, jak myślę, że byśmy stworzyli – zaproponował, ponownie na nią spoglądając. Był ciekaw jej decyzji, tego, jak zareaguje i, co powie.
        „Tak! Spędzisz z nią więcej czasu” – powiedziała w jego głowie Matka.
        „Jesteś tego pewien?” – zapytał Ojciec. Nie wiedział, dlaczego o to zapytał i dlaczego nie był pewien, że Constantin właśnie to chce zrobić.
        „Może przy okazji zginiesz” – dodała na koniec Bella. Ta akurat myślała właściwie tylko o tym i za każdym razem wykorzystywała okazję do tego, żeby życzyć śmierci właśnie jemu. Przyzwyczaił się już do tego, chociaż czasami – gdy wypowiedziane w „odpowiedniej” sytuacji – nadal sprawiało, że czuł „coś” w związku z tym i raczej nie było to przyjemne.
         – Co o tym myślisz? - zapytał też, nadal czekając na jakąś odpowiedź z jej strony.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Ognisko przygasło nieco, gdy znajdująca się przy nim elfka bezmyślnym ruchem patyka trąciła stos płonących gałęzi, które rozsunęły się na boki. Nie miało to jednak większego znaczenia; ogień niepodtrzymywany przez magię lub dokładanie świeżych szczap w końcu i tak by zgasł, pozostawiając po sobie jedynie kupkę popiołu ze spalonego drewna. Przenosząc co jakiś wzrok to na resztki płomieni, to na ich twórcę, siedzącego obok, elfka błądziła myślami po różnych miejscach na osi czasu. W przeciwieństwie do tego ogniska problem, o którym mówił Constantin - głosy życzące mu śmierci - był trwały. Shyilia pamiętała ich rozmowy sprzed lat na ten temat i na wzmiankę o tym, iż członkowie rodziny nadal dręczyli mężczyznę, odniosła wrażenie, że wróciła do tego samego punktu, w którym się rozstali.
         Nie były to, rzecz jasna, identyczne okoliczności - oboje w międzyczasie zdążyli zebrać kilkadziesiąt lat różnorakich doświadczeń - ale podstawowe kwestie dotyczące ich życia pozostawały niezmienne. Zabójczyni także nadal nie uwolniła się od swoich demonów i nadal poświęcała cały swój czas na pogoń za zemstą. Była nią pochłonięta do tego stopnia, że czasami zadawała sobie pytanie, jaki cel będzie miała jej egzystencja, gdy elfka dopnie swego. Co wtedy będzie nadawało jej sens? Do czego dążą w życiu pospolici śmiertelnicy? Zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna - czy jakoś tak to szło… Shyilia niemal parsknęła śmiechem, próbując wyobrazić sobie siebie w roli statecznej matrony, choć prawda była taka, że kiedy elfka myślała o sobie w jakimkolwiek innym kontekście niż o skrytobójczyni, odczuwała pewien rodzaj niepokoju.
         Czy rzeczywiście żądza zemsty była wszystkim, co ją definiuje?
         - Jak już odchodzić z tego świata, to tylko spektakularnie.
         Może nie był to najbardziej subtelny komentarz, jakim można było się w tej sytuacji podzielić, ale kobieta nie uważała, żeby zarzucanie Naxama współczuciem było lepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza na tak wczesnym etapie rozmowy, po długiej rozłące. Może jeśli dalsze wydarzenia ułożą się w taki sposób, że przyjdzie im spędzić ze sobą większą ilość czasu - może wtedy Shyilia sięgnie po zakurzone złoża empatii, której na co dzień raczej nie okazywała.
         Zdawało się, że czarodziej dość dosłownie potraktował jej sarkastyczny komentarz na temat przechwalania się ocaleniem jej życia. Tak naprawdę elfka wiedziała, że mężczyzna wcale się tym faktem nie chełpił, to tylko poczucie niespłaconego długu samo wbijało jej szpilkę. Mimo że odwdzięczyła się nauką walki kusarigamą i Constantin nigdy nie wymagał od niej większego poświęcenia, zabójczyni nadal nie mogła wyzbyć się uczucia, że jest mu winna coś więcej i miała nadzieję, że pewnego dnia w końcu będą kwita. Choć bynajmniej nie oznaczało to, iż życzyła Naxamowi znalezienia się na skraju śmierci tylko po to, by mogła wyrównać stare rachunki.
         - Oczywiście, że było ważne. Inaczej byśmy się nie poznali - zgodziła się. - Albo spotkalibyśmy się w zupełnie innych okolicznościach i nie siedzielibyśmy tu teraz tak sympatycznie, bo jedno z nas z jakiegoś powodu w przeszłości poderżnęłoby drugiemu gardło…
         Bawiło ją to, jak łatwo jej prowokacja poskutkowała dokładnie takim oddźwiękiem, jakiego Shyilia oczekiwała, chociaż musiała przyznać, że czarodziej dobrze ukrył zaskoczenie jej nagłą zabawą w pokusę. Postronny obserwator mógłby niczego nie zauważyć, jednak elfka znała Constantina na tyle dobrze, by dostrzec znajome reakcje, z którymi miała okazję się zapoznać dawno temu, w trakcie wspólnie spędzonych chwil, nawet jeśli była to zaledwie drobna zmiana układu zmarszczek wokół oczu. Shyilia zaśmiała się pod nosem, zwalczając w sobie chęć, by drążyć temat nieprzyzwoitych aluzji; to raczej nie był kierunek, w jakim powinny teraz zmierzać jej myśli.

         Wędrówka przez las sprawiała elfce zdecydowanie więcej przyjemności niż bezczynne tkwienie przed ogniskiem. Marsz nie przeszkadzał w prowadzeniu konwersacji - a nawet gdyby tak było, skrytobójczyni nie miała nic przeciwko ciszy - ani nie był szczególnie męczący, kiedy nie miało się przy sobie zbyt wielu rzeczy. Posiadanie kompana było rzeczą niecodzienną w przypadku Shyilii, nie nową, choć trochę już zapomnianą, ale kobieta nie mogła powiedzieć, by niemiłe było jej towarzystwo Constantina. Wprawdzie nie przekonała się jeszcze, że mogła mu ufać w stu procentach, tak jak niegdyś - na to potrzebowała znacznie więcej czasu i odpowiednich okoliczności - lecz nie sądziła też, by miał wobec niej nieprzyjazne zamiary, dlatego też postanowiła dać mu kredyt zaufania i traktować go jak przyjaciela, którym był - i którym, miała nadzieję, nadal pozostawał.
         - No proszę, ktoś tu jest pewny siebie - uniosła brew i rzuciła z ironicznym przekąsem, słysząc słowa Naxama, gdy stwierdził, że zasłuży na poznanie jej sekretów. Jednak wbrew temu, mogłoby się wydawać, złośliwemu komentarzowi, który de facto podyktowany był jedynie koleżeńskim droczeniem się, elfka zdecydowała się uchylić rąbka tajemnicy. Sięgnęła ręką w okolicę swojego mostka, by chwycić znajdujący się tam naszyjnik i położyć go sobie na dłoni, pokazując Constantinowi wisiorek w kształcie sierpa.
         - Dostałam go od pewnej czarodziejki. Dzięki niemu nie muszę się męczyć z dźwiganiem kusarigam przytroczonych do pasa. Są zaklęte w środku. Przydatna rzecz - wyjaśniła, choć informację o tym, że zabójczyni była jedyną osobą mogącą przywołać swe kusarigamy, postanowiła tymczasowo zachować dla siebie. Podobnie jak fakt posługiwania się przez elfkę magią przestrzeni. O tym Naxam także nie mógł wiedzieć, gdyż umiejętność tę Shyilia opanowała dość długo po ich rozstaniu, lecz wyjawienie tej tajemnicy musiało być dokonane w bardziej widowiskowy sposób… o ile będzie ku temu okazja.
         Spodobał jej się słowny kontratak mężczyzny. Spontanicznie wyszczerzyła zęby w uśmiechu, czego również nie robiła od niepamiętnych czasów - i co w ogóle rzadko jej się zdarzało, nawet w kontaktach z przychylnymi jej osobami. Obecność Constantina najwyraźniej miała jednak dobry wpływ na jej samopoczucie, choć była to jedna z tych rzeczy, których elfka raczej nie przyznałaby na głos. Prawdopodobnie nawet sama nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Słuchała dalszych opowieści ze szczerym zainteresowaniem, lecz nie przytakiwała i nie komentowała ich w żaden sposób, bo szukanie słów na siłę nie leżało w jej naturze i liczyła na to, iż czarodziej o tym pamiętał i nie poczytał jej milczenia za ignorowanie jego wypowiedzi.
         Czuła jego wzrok na sobie, kiedy odpowiadał na pytanie o ich zgranie, ale nie odwzajemniła spojrzenia; tylko ukryty gdzieś w kącikach jej ust, acz nie mający pełnego odzwierciedlenia uśmiech zdradzał pozytywną reakcję na stwierdzenie Naxama. Przeniosła wzrok na rozmówcę dopiero wtedy, gdy z jego strony padła propozycja współpracy.
         - Nie potrzebuję pomocy - oświadczyła, wyraźnie akcentując ostatnie słowo. Przyjmowanie pomocy trąciło litością, a tej Shyilia nie chciała. - Ale nie mam nic przeciwko towarzystwu. W końcu kiedyś bycie partnerami wychodziło nam całkiem nieźle. Możesz do mnie dołączyć, tylko pamiętaj, że śmiertelny cios należy do mnie. - Uniosła w górę dłoń, grożąc mu wyprostowanym palcem wskazującym. - To jest moja zemsta.

         Do świtu pozostawało jeszcze kilka dobrych godzin i elfka liczyła na to, iż przed jego nadejściem zdołają dotrzeć do Iruvii. W nocy skrytobójczyni czuła się o wiele bardziej komfortowo niż w świetle dnia, dlatego miała nadzieję, że podczas jaśniejszej części dobry będzie znajdować się już w bezpiecznym miejscu, czekając na kolejny zmierzch, by wyruszyć na łowy. Z tego powodu podczas wędrówki kobieta nie robiła żadnych postojów. Od dość dawna nie miała niczego w ustach, lecz głód ani pragnienie zdawały się nie doskwierać jej aż tak bardzo, gdy zagłuszał je słodki, kuszący posmak rychłej zemsty. Nie odzywała się też zbyt wiele, nie odczuwając takiej potrzeby. Po prostu, niewiele myśląc, szła przed siebie, z każdym krokiem zbliżając się do celu.
         W pewnym momencie przystanęła jednak, nasłuchując. Jej podświadomość znów wychwyciła zmianę w otoczeniu. Natura była jej sprzymierzeńcem i tak jak wcześniej zawczasu powiadomiła elfkę o obecności czarodzieja, tak teraz Shyilia znów wyczuła ostrzeżenie, kryjące się za niespokojnym drżeniem liści i ciszą, jaka nagle zapanowała wśród drzew. Tym razem jednak nie chodziło o żadną niebezpieczną, żywą istotę.
         - Nadciąga burza - oznajmiła Constantinowi. Była tego pewna, mimo że na niebie nad nimi nadal migotały gwiazdy i nic nie zwiastowało rychłej zmiany pogody. - Nie teraz, ale najpewniej złapie nas jeszcze w drodze. Możemy znaleźć schronienie i ją przeczekać, możemy też spróbować jej uciec.
         Zabójczyni zdążyła pogodzić się już z faktem, iż tak czy owak nie zdążą dotrzeć do miasta przed świtem, w związku z czym zmuszeni będą zaszyć się gdzieś na jego obrzeżach, by nie wzbudzać podejrzeń - dlatego żadna z opcji nie stanowiła większej różnicy. Elfka podeszła do Naxama i zatrzymała się naprzeciwko niego, z rękami skrzyżowanymi na piersi, czekając na jego opinię. Nie musiała wprawdzie o nią pytać, ale taka postawa chyba służyła udanej współpracy, zresztą czarodziej był równie wytrawnym włóczęgą, co ona, zatem podejmowanie działań na bazie wspólnych doświadczeń było logicznym tokiem postępowania.
         - Kiedy już w końcu będziemy w mieście, z racji że zamierzamy tam razem zabawić chwilę… - zagaiła po pewnym czasie, z zaczepnym półuśmiechem. - Może któregoś wieczoru postawisz mi szklankę lub dwie? Napiłabym się czegoś mocniejszego, a nic tak nie poprawia kobiecie humoru jak sprezentowany przez mężczyznę trunek.
         “Może poza zaspokojonym pragnieniem zemsty”, pomyślała, ale tego już nie wypowiedziała na głos.

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Wzruszył tylko ramionami, bo zwyczajnie nie był pewien, co odpowiedzieć na jej słowa. Czy czuł się pewny siebie? Może… Czy był pewien, że w czasie współpracy pozna nowe sztuczki Shyilii? Zdecydowanie. Poza tym, zawsze mógł rzucić propozycją wymiany – nowa umiejętność za nową umiejętność. Tylko że wolałby chyba od razu zobaczyć je w akcji, zwłaszcza te, które były związane z walką i nie chciałby też, żeby była to inscenizowana walka, w której byłby jej „przeciwnikiem”. Następne słowa połączone z wisiorkiem, który mu pokazała, nieco go zaskoczyły, bo nie spodziewał się, że tak szybko dowie się czegoś nowego na jej temat, chociaż tym razem nie było to widoczne na jego twarzy. Wcześniej pomyślał po prostu, że dopiero za jakiś czas pokaże mu coś nowego, co nabyła w czasie ich rozłąki… jednak nie miał też nic przeciwko temu, że zaczęła to robić już teraz.
         – Nie, żeby były one szczególnie ciężkie… W każdym razie, faktycznie przydatna rzecz – odpowiedział jej. Constantin ciągle nosił przy sobie kusarigamę, którą kiedyś dostał właśnie od niej, a którą później nieco ulepszył i wzmocnił. Broń ta była dla niego ważnym przedmiotem i to nie tylko dlatego, że była czymś, czym mógł się bronić albo atakować – wiązała się ona ze wspomnieniami związanymi z Shyilią i z tym, jak zaczęła się ich wspólna historia. Historia ta niekoniecznie była długa, jednak w czasie wspólnych przygód wytworzyła się między nimi ważna więź, która zresztą przetrwała do dzisiaj i najpewniej będzie trwała nawet po tym, jak za jakiś czas ponownie pójdą w swoje strony. Tak, czarodziej zdawał sobie sprawę z tego, że tak się stanie, chociaż niekoniecznie musiał być z tego zadowolony.
        „Bardzo ją lubisz. Może nawet kochasz…” – usłyszał w głowie przesłodzony głos matki. Ta kobieta nie byłaby sobą, gdyby nie cieszyła się z czegoś takiego i mniejsza z tym, że już najpewniej układałaby sobie całe scenariusze związane z tym, co właśnie powiedziała. Może nawet robiła to już wcześniej.
        ”Nie gadaj głupot, już nawet zapomniałem, co to słowo oznacza i jak czuje się osoba, która czuje to… o czym wspomniałaś” – odpowiedział jej Constantin. Dopiero chwilę później zorientował się, że może zbyt spokojnie. Tyle dobrze, że przypadkowo nie powiedział tego na głos.
        „Jestem twoją matką, wiem, co czujesz” – powiedziała do niego po chwili. Czarodziej przymknął na chwilę oczy i dość głośno wypuścił powietrze przez nos. Elfka mogła to usłyszeć, zwłaszcza, że poruszali się nocą przez las, w którym było teraz naprawdę cicho.
        „I siedzisz w mojej głowie wbrew mojej woli. Zresztą, nie tylko ty” – odparł, tym razem trochę „głośniej”. Położył też nacisk na niektóre słowa, zaznaczył je przez to, chociaż oczywiście nadal trzymał rozmowę tą wyłącznie w swoich myślach.

         – W takim razie będę ci towarzyszył – odezwał się do kobiety. Będzie musiał pamiętać, żeby nie używać słowa „pomoc” w jej obecności, znaczy, nie powinien go używać, jeśli zwraca się nim do niej. Tak, to będzie musiał zapamiętać.
         – Dobrze, dobrze. Jeśli akurat będę walczył z tym, na kim chcesz się zemścić, to go tylko poranię i nie będę zabijał – dopowiedział. Nie było to dla niego problemem, chociaż najlepiej byłoby, gdyby to Shyilia wdała się w walkę z tym osobnikiem, gdy on w tym czasie zająłby się jego kompanami, ochroną czy tam kimś innym, kto chciałby przerwać w walce elfki i jej obiektu zemsty.
Podróż lasem w środku nocy miała to do siebie, że łatwiej było wyczuć zbliżające się niebezpieczeństwo, chociaż wykorzystując do tego zmysł wzroku, najlepiej byłoby należeć do rasy, która może widzieć w ciemności. Constantin do takiej nie należał i nie znał też magii, którą mógłby tymczasowo zmienić swe oczy tak, żeby umożliwiły mu widzenie w ciemnościach lasu. Szli cały czas, ale jemu to nie przeszkadzało, bo ciało pradawnego było już przyzwyczajone do długich marszów, więc nawet nie męczył się taką nocną wędrówką przez las. Zatrzymał się obok elfki, gdy ta także to zrobiła. Jego dłoń odruchowo znalazła się w pobliżu miejsca, w którym przy pasie nosił kusarigamę – nie wiedział w końcu, co wyczuła, a mogło być to jakieś niebezpieczeństwo, z którym musieliby walczyć.
         – Chyba lepiej będzie, jeśli poszukamy jakiegoś schronienia. Tym bardziej, że wydajesz się pewna co do tego, że burza złapie nas w trakcie drogi do miasta – odpowiedział jej, a jedna z jego dłoni przestała zahaczać o broń przy pasie. Burza akurat nie była tym niebezpieczeństwem, z którym mógłby walczyć.
         – Możemy przeczekać burzę w jakiejś jaskini – dodał. To chyba była jedna z najlepszych możliwości, patrząc na to, gdzie się teraz znajdowali, chociaż może nie być łatwo znaleźć taką w lesie i to w dodatku odpowiednią do tego, żeby zaszyć się w niej na czas deszczu. Jednak powinni spróbować, to raczej było lepsze niż podróż w deszczu i to po leśnym gruncie, który szybko stałby się błotnisty przez wodę deszczową.
         – Pewnie, i to w tej samej karczmie, w której wynajmiemy pokój lub pokoje, w zależności od tego, co będzie dostępne. Skoro spędzimy tam trochę czasu, przyda nam się miejsce, w którym będziemy mogli odpocząć – powiedział do niej. Niby słowami tymi mógł też wskazać na to, że koszta wynajęcia pokoi także pokryje z własnej kieszeni, jednak, z drugiej strony, nie powiedział też tego otwarcie.

Poszukiwania schronienia trwały… trochę za długo, co zwiastowały grzmoty, które oboje mogli usłyszeć w oddali. Jednocześnie też niezbyt zboczyli z drogi w stronę Iruvii. Niedługo po pierwszych dźwiękach burzy, mogli też zobaczyć błyskawice, które przecinały niebo w oddali, jednak na tyle blisko, że ich światło docierało też do obszaru leśnego, w którym znajdowali się teraz Constantin i Shyilia. I to dzięki temu światłu czarodziejowi udało się dostrzec niewielkie wejście do jaskini, które dodatkowo w pewnej części zasłonięte było przez fragment korony powalonego drzewa, które to upadło obok tego przejścia.
         – Znalazłem schronienie – powiedział do towarzyszki, chwilę wcześniej bez wahania też szturchnął ją lekko łokciem. Skinieniem głowy wskazał jej też kierunek, a także wejście do jaskini. Zaczął iść w tamtą stronę – z daleka możliwe, że wydawało mu się one większe i dopiero jak już był zaledwie kilka kroków od niego, zauważył, że ma ono niecały sążeń wysokości. Popatrzył na Shyilię, później na wejście, a później znowu na nią.
         – Chyba nie będziesz musiała się schylać – odparł, ale powiedział to tak cicho, że można było zastanawiać się, czy mówi do niej, czy może tylko do siebie. Wiedział natomiast, że do środka nie wejdzie wyprostowany. Był wysokim mężczyzną, co czasami utrudniało niektóre rzeczy, a czasem działało na jego korzyść – ta sytuacja zdecydowanie należała do tych pierwszych, ale nie była też tragiczna, bo przecież wystarczyło, że pochyli się i ugnie lekko kolana.
         – Panie przodem? Nie wydaje mi się, żeby jaskinia ta była zamieszkana, więc nic na ciebie nie wyskoczy – powiedział do niej, chociaż ciągle uważnie obserwował wejście i ciemność, która kryła się dalej.

Gdy już znaleźli się w środku, a jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i ostrego światła błyskawic, które czasem się tu pojawiało, Constantin mógł rozejrzeć się po jaskini, która raczej nie wyróżniała się niczym konkretnym – no, może poza tym, że rosło w niej zaskakująco dużo mchu, a także znajdowało się kilka kamieni, na których można było sobie usiąść albo nawet się położyć. Kamienne podłoże nie było nachylone, więc nie groziło im to, że przy intensywnym opadzie deszczu zacznie wpływać tu woda. Deszczu, który właśnie zaczął padać, co dało się usłyszeć i wyczuć. Jaskinia nie była też mała, bo tam, gdzie sięgał ich wzrok, nadal znajdowała się ciemność, a nie solidna ściana kamienna. To mogło oznaczać, że jaskinia ciągnie się dalej i w tym samym czasie, gdy Constantin sobie to uświadomił, odezwał się w nim poszukiwacz przygód, który konkurował z głosem ostrzegającym przed potencjalnym niebezpieczeństwem.
         – Ciekawe, jak długo potrwa ta burza – odparł i słowami tymi odegnał ciszę związaną z tym, że oboje stali tak – lub siedzieli – bez odzywania się, gdy prawdziwą ciszę ciągle przerywał padający deszcz i inne odgłosy burzy.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Elfka w zasadzie sama nie wiedziała, co skłoniło ją do dzielenia się swoimi sekretami z niespodziewanym towarzyszem podróży. Może była to chęć pochwalenia się ciekawą zdobyczą, jak to łowcy czasem mają w zwyczaju, a może podświadome pragnienie powrotu do przeszłości, w której to nie miała przed Constantinem żadnych większych tajemnic… Jakikolwiek nie byłby powód jej nagłych wynurzeń, słowa już padły; nie dało się ich cofnąć, więc Shyilia nie traciła czasu na zastanawianie się nad tym, czy opowiadanie o sobie było dobrym pomysłem, choć na samym początku takie pytanie przewinęło się przez jej myśli.
         Bez większego przekonania przytaknęła komentarzowi mężczyzny. To fakt, kusarigamy, nawet w liczbie dwóch, nie ważyły dużo, ale elfka była drobnej budowy i każdy przedmiot mniej stanowił pewną różnicę, gdy w grę wchodziły dłuższe wędrówki. Kobieta jednak przemilczała to spostrzeżenie. Nie chciała wyjść w oczach Naxama na słabą tudzież taką, która by narzekała na coś, co było zupełnie normalne i w gruncie rzeczy nie stanowiło problemu. A nawet gdyby rzeczywiście, Shyilia wolała robić dobrą minę do złej gry, niż pozwolić komuś myśleć, że jakakolwiek rzecz mogłaby ją przerosnąć, chociaż nie zawsze taka postawa wychodziła na jej korzyść. W końcu to właśnie przez nadmierną ambicję i dumę skończyłaby martwa wiele lat temu, gdyby nie Constantin...
         Słysząc coś na kształt westchnienia, odwróciła głowę w stronę czarodzieja i uniosła brew, posyłając mu pytające spojrzenie. Domyślała się, że najpewniej któraś z osób tkwiących w jego głowie znów powiedziała coś, co być może niekoniecznie mu się spodobało, ale zabójczyni nie zamierzała naciskać, by mężczyzna wyjawił jej, w czym tkwił problem. Gdyby chciał, pewnie z własnej woli by się tym podzielił, a jeśli tego nie zrobił, należało przyjąć, że miał ku temu jakiś powód. Albo po prostu nie ufał elfce w takim stopniu, jak dawniej; myśl, że mogło tak być, trochę ją ubodła, mimo iż ona sama traktowała czarodzieja w podobny sposób.
         - Wiesz, że przy mnie nie musisz się martwić dyskrecją - odezwała się, nieco łagodniejszym tonem niż ten, którego zazwyczaj używała w rozmowie, tym razem stawiając szczerość ponad sarkazm i żarty. - Nigdy nie przeszkadzały mi twoje dialogi z rodziną i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

         Shyilia wyglądała na zadowoloną z przebiegu rozmowy i z kompromisów, jakie z Constantinem zawierała... aczkolwiek “kompromis” był niejako eufemizmem na ustalane porozumienie, gdyż jak dotąd to elfka dość wyraźnie dyktowała warunki. Fakt, iż przez wiele lat stanowiła jedyną towarzyszkę dla siebie samej i nie musiała liczyć się z niczyim zdaniem, sprawił, że skrytobójczyni mogła przejawiać tendencję do egoistycznych zachowań, nawet jeśli jej celem nie było tyranizowanie osób trzecich. W przypadku przyjaciela z dawnych lat potrafiłaby powściągnąć swoją potrzebę dominacji, gdyby dał jej do zrozumienia, iż nie odpowiada mu taka forma współpracy - i zamiast zawsze stawiać na swoim, byłaby może bardziej otwarta na sugestie, ale ugodowość Naxama również jej odpowiadała. Zwłaszcza pod tym względem, że zdawała się ona mieć charakter inny od ustępstw, na które większość osób godziła się ze strachu przed śmiercionośnymi ostrzami kusarigam. Czarodziej nie miał szczególnych podstaw, by się Shyilii obawiać, zatem jego tolerancyjne podejście najpewniej miało inne źródło...
         - Jeśli akurat będziesz z nim walczył… to mogłaby być całkiem widowiskowa walka - stwierdziła elfka, wyobrażając sobie tę scenę, mimo że tak naprawdę nie potrafiła dokładnie przewidzieć, jak takowa rzeczywiście mogłaby przebiegać, jako że nie znała aktualnego poziomu umiejętności Constantina.
         - Riyenes nie powinien stanowić poważniejszego zagrożenia dla żadnego z nas, choć nie ryzykowałabym brania tego za pewnik. W końcu to on nauczył mnie walki kusarigamą… - Po twarzy kobiety przemknął cień. - Wprawdzie aktualnie moje doświadczenie parokrotnie przewyższa to, które ten parszywiec wówczas posiadał, lecz on także mógł się trochę podszkolić. Ale ja mam po swojej stronie element zaskoczenia. I ciebie.
         Kątem oka rzuciła mężczyźnie przelotne spojrzenie; zmarszczki na jej czole wygładziły się i na pewien czas twarz Shyilii nabrała wyrazu, który można by określić mianem pogodnego. Przynajmniej do czasu, gdy elfka wyczuła nadchodzącą burzę. Niekoniecznie musiała być ona groźna - chociaż z burzami bywa bardzo różnie i na pewno nie powinno się ich lekceważyć - ale stanowiła element, który czynił podróż zdecydowanie mniej przyjemną. Próba uniknięcia jej zdawała się być rozsądną decyzją, dlatego zabójczyni nie była zbytnio zdziwiona tym, że Naxam dokładnie to zaproponował. Przytaknęła więc, poświęcając kilka chwil na rozejrzenie się po okolicy. W ciemności co prawda trudno było dostrzec to, co znajdowało się w pewnym oddaleniu, ale Shyilia spostrzegła, że teren obniżał się lekko ku wschodowi; gdyby nie udało im się znaleźć schronienia, lepiej było nie wspinać się dodatkowo na jakieś wzniesienia, więc po chwili namysłu skorygowała kierunek marszu, obierając kurs na leśną dolinkę.
         Dość obcesowa sugestia elfki, by czarodziej postawił jej napitek, spotkała się z przychylną reakcją, w związku z czym jej humor znacznie się poprawił, nawet mimo opóźnienia, jakie w jej planie spowodowały niesprzyjające warunki atmosferyczne. Jako powszechnie kojarzony przestępca, nieczęsto miała okazję znaleźć dobrego partnera do kieliszka, a nie kryła się z tym, że raz na jakiś czas lubiła porządnie wypić i stać się trochę bardziej rozmowną, okazjonalnie poszukać jakichś dodatkowych rozrywek...
         - Taaak… Znalezienie odpowiedniego miejsca na nocleg może być odrobinę problematyczne. - Kobieta wydała z siebie podszyte śmiechem westchnienie. - Pomijając fakt, że listy gończe za mną najpewniej zdążyły już dotrzeć w te okolice, mój ostatni pobyt w Iruvii był dość… burzliwy i istnieje szansa, że osoby, z którymi zadarłam, mogą wciąż mieć ochotę odpłacić się za to, co im zrobiłam. Nie to, żeby sami sobie nie byli winni... - mruknęła pod nosem, wyraźnie czymś zniesmaczona, co przejawiło się w dość nieprzyjemnym grymasie na jej twarzy.
         - Ale na pewno coś uda nam się znaleźć, choćby jakąś rozwalającą się ruderę. Nie ważne gdzie, ważne z kim - uśmiechnęła się nieznacznie, wypowiadając tę sentencję w taki sposób, iż trudno było stwierdzić, czy elfka mówiła poważnie, czy też ukryła w tym zdaniu podtekst.
         Od jakiegoś czasu już słyszała pobrzmiewające gdzieś z tyłu pomruki burzy, które niebawem przerodziły się w pełnoprawne grzmoty, a chwilę potem niebo przecięła pierwsza widoczna błyskawica. Burza nadciągała nieubłaganie i elfka przywitała już perspektywę przemoczonych ubrań, kiedy poczuła szturchnięcie, a jej towarzysz podzielił się dobrymi wieściami. Podążyła za nim, usiłując dostrzec, co czarodziej miał na myśli, mówiąc “schronienie” i jej oczom ukazało się to, czego w zasadzie się spodziewała: jaskinia. Zatrzymała się na wprost wejścia, patrząc cokolwiek podejrzliwie na szczelinę, jednocześnie zauważając spojrzenie, jakim zmierzył ją Constantin. Słysząc niewyraźny komentarz odnośnie jej wzrostu, położyła dłonie na biodrach, łypiąc na czarodzieja groźnie, jednak wszelkie złośliwości postanowiła zachować dla siebie. Nie potrafiła sobie jednak odmówić, kiedy Naxam postanowił przepuścić ją u wejścia.
         - Dżentelmeński gest czy po prostu chcesz się pogapić na mój tyłek?
         Ton, z jakim zadała to pytanie, jak również jej uśmiech, był co najmniej prowokujący, ale niewinny sposób, w jaki Shyilia nieświadomie przechylała przy tym głowę, łagodził jej cyniczną postawę. Droczyła się z nim tylko. Nie lubiła traktowania jako słabszą - a to, niestety, często było powiązane z powszechnie panującą ideą kobiecości - ale umiała odróżnić takowe od zwykłej uprzejmości, a ta z kolei jej schlebiała. Nie przepuściłaby jednak tak dobrej okazji, by rzucić podtekst, a figurę miała niezłą, z czego doskonale zdawała sobie sprawę.
         Niezależnie od tego, co Constantin odpowiedział - jeśli jakkolwiek zareagował na tę zaczepkę - zrobiła pierwszy krok w stronę ziejącej w skale dziury. Chociaż, zgodnie z wcześniejszymi słowami czarodzieja, mogłaby śmiało wejść do środka wyprostowana, zabójczyni pochyliła się lekko, przyjmując pozycję obronną, gotowa w każdej chwili zmaterializować swoje kusarigamy. Nie sądziła, by coś mogło ją zaatakować ze środka, mimo to lepiej było dmuchać na zimne. Jaskinia okazała się większa, niż mogłoby to się wydawać z zewnątrz; wbrew przypuszczeniom, nie była jedynie zagłębieniem w skale, ale rozciągała się dalej, ginąc w mroku. Całkiem możliwe, że w innych okolicznościach Shyilia pozwoliłaby sobie na eksplorację tego miejsca, lecz teraz miała inne priorytety. Planowała ruszyć w dalszą drogę natychmiast po ustąpieniu deszczu, który przed chwilą rozpadał się na dobre.
         - Niczego sobie kryjówka - zawyrokowała po chwili, ogarnąwszy wzrokiem całość jaskini. - Niespecjalnie cieszy mnie fakt, że utknęliśmy w jednym punkcie, dopiero co opuściwszy poprzedni, ale skoro już gdzieś musimy przeczekać tę burzę, tu jest całkiem przyjemnie.
         Stanęła tuż przy wyjściu, podziwiając burzowy krajobraz. Krople deszczu, przebijające się przez korony drzew, światło błyskawic, rozjaśniające okolicę co po chwila i odbijające się w kałużach i liście tańczące na wietrze. Tkwiła tak w miejscu, zadumana; sprawiała wrażenie zupełnie odciętej od rzeczywistości, choć po prawdzie jej myśli były jak najbardziej skupione na realiach i oscylowały wokół sytuacji, w jakiej elfka się znalazła. Korzystając z przymusowego postoju, postanowiła uzupełnić składniki odżywcze, toteż z torby przy pasie wyjęła dorodną gruszkę i wgryzła się w nią, czując jak przyjemna słodycz wypełnia jej usta. Odwróciła głowę w stronę Constantina i wyciągnęła przed siebie rękę z owocem, gotowa rzucić go w stronę mężczyzny.
         - Chcesz kawałek? - spytała, niezbyt kulturalnie, nie przerywając przeżuwania.
         Po tym skromnym posiłku, porzuciła w końcu swoje stanowisko na wylocie. Wiatr przed chwilą zmienił kierunek, przez co deszcz zacinał teraz pod takim kątem, że sięgał zabójczyni, gdy stała w tamtym miejscu, a to niezbyt jej się podobało. Weszła głębiej do jaskini i usiadła pod ścianą, opierając o nią głowę. Założyła nogę na nogę i westchnęła cicho. Na kilka sekund pozwoliła swoim powiekom opaść, a gdy ponownie otworzyła oczy, przyciągnęła nogi do klatki piersiowej i oparła brodę na kolanach.
        - To jak? Poznałeś kogoś ciekawego podczas swoich podróży?

         Niebo zaczęło się już przejaśniać, kiedy ulewa w końcu ustąpiła. Świt nadchodził, ptaki nieśmiało wychylały się z gniazd i dziupli, rozpoczynając poranne pieśni. Krople wody, pozostałe na liściach, spadały na ziemię, wystukując cichy, nieregularny rytm. Las, wdzięczny za to, że burza nie wyrządziła mu większej krzywdy, znów szumiał przyjaźnie. Wśród tego wszystkiego, elfka czuła się nadzwyczaj błogo. Stała przed wyjściem z jaskini, oddychając głęboko, by nasycić płuca tym specyficznym “poburzowym” zapachem, który uważała za przyjemny. Na krótką chwilę zapomniała o ofierze, na którą polowała; zapomniała o palącym pragnieniu zemsty i rozkoszowała się naturą, która była jej bliska. Ale to uniesienie nie mogło trwać wiecznie.
         - Gotowy do dalszej drogi? - odezwała się Shyilia po jakimś czasie, patrząc na swego towarzysza. Zacisnęła paski przy rękawiczkach, gdyż trochę się poluzowały, poprawiła płaszcz przy szyi i w zasadzie mogła już ruszać.
         - Mam nadzieję, że droga do Iruvii nie przyniesie już żadnych niespodzianek...

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin »

         – Może… - odpowiedział jej jednym słowem, wcześniej wzruszył też ramionami. Widowiskowa walka wiązała się często z przedłużeniem jej tylko po to, żeby mogła wyglądać ciekawiej dla kogoś, kto akurat ją obserwuje i sam nie jest zajęty walką z kimś innym. Według niego było to raczej niepotrzebne i najlepiej było pozbyć się zagrożenie jak najszybciej, aby wziąć się za następne, którym w takiej sytuacji byłby kolejny przeciwnik… aby na końcu nareszcie mieć pewność, że pokonało się już każdego, kto aktualnie miał możliwość pozbawienia cię życia. Widowiskowa – co za tym idzie często także wzbogacona o jakieś mniej praktycznie ciosy, cięcia, wyskoki i inne takie – walka jemu kojarzyła się z przedstawieniami, w którym potyczki były robione wyłącznie na pokaz i po to, żeby ucieszyć oko publiczności, a nie po to, żeby zabić tego, z kim się walczyło. Może źle zrozumiał słowa towarzyszki czy coś, ale jemu same słowa „widowiskowa walka” od razu kojarzyły się właśnie z nieprawdziwymi starciami, w których na szali nie stoi życie twoje i przeciwnika, a szalki te przechylają się to w jedną, to w drugą stronę, w zależności od tego, kto jest lepiej wyszkolony, a co za tym idzie, kto lepiej walczy i, kto zadaje celniejsze, częściej trafiające we wroga, ciosy.
         – Z jednej strony, ten Riyenes mógł przez ten czas ulepszyć swoje umiejętności bojowe, jednak, z drugiej strony, to samo można też powiedzieć zarówno o mnie, jak i o tobie – odparł. Akurat co do tego miał pewność, do wszystkiego, co powiedział przed chwilą. Co do siebie był pewien, że teraz lepiej włada zarówno magią, jak i kusarigamą, chociaż lepszych technik walki i tak musiał uczyć się samodzielnie. Mógł używać potężniejszych zaklęć i skuteczniej walczyć bronią, którą nosił teraz przy pasie, jednak wiedział, że Shyilia na pewno w walce bronią białą radzi sobie od niego o wiele lepiej. Tym bardziej, że przez te lata ona też na pewno regularnie trenowała. To samo przecież można też było powiedzieć o tym, na którego polowała.
         – W takim razie możemy zacząć szukać noclegu w… tańszych karczmach, gdzie podejrzanych typków może być więcej i przez to będzie mniejsza szansa na to, że ktoś doniesie strażnikom o tym, że przebywasz w mieście – zaproponował, przed tym zastanawiał się nad czymś przez krótką chwilę, może właśnie nad tą propozycją. Sam miał kryminalną przeszłość i teoretycznie teraz także można było nazwać go przestępcą, chociaż od jakiegoś czasu zaczął być bardziej wybredny w kwestii tego, jakie zlecenia wykonywał i starał się także przyjmować o wiele mniej tych, które skierowane byłyby do Podpalacza. Constantin był tym osobnikiem, temu akurat nie mógł zaprzeczyć i odpowiadał za wszystkie, mniejsze i większe, pożary, które mu przypisywano, jednak prawdziwa tożsamość owego Podpalacza nie jest znana do dzisiaj. Strażnikom i śledczym nie udało się jej ustalić, bo nie dość, że nie mieli konkretnych poszlak, to sam Constantin także dbał o to, żeby nie zostawiać po sobie śladów, które mogłyby połączyć tamtą osobę z nim samym. Tą drugą tożsamość ukrywał tak bardzo, że na palcach jednej dłoni mógłby policzyć osoby, które wiedzą, że to on i jednocześnie są też tymi, którym wiedział, że może zaufać i, że go nie wydadzą. Oczywiście, Shyilia także o tym nie wiedziała, jednak to nie było niczym niezwykłym, bo przecież Podpalaczem stał się już po tym, jak rozdzielili się i każde z nich poszło w swoją stronę. Z drugiej strony mógł nazwać ją osobą, której ufa i podejrzewał, że ona także nie wydawałby go władzom, więc możliwe, że w swoim czasie powie jej o tym.

         – A może jedno i drugie? - odpowiedział pytaniem, na które oczywiście nie oczekiwał od niej odpowiedzi. Przez oblicze maga ognia ponownie przemknął uśmieszek i wydawało mu się, że elfka bez problemu go zauważyła. Tym bardziej, że wtedy patrzyła się prosto w jego stronę. Wewnątrz jaskini nie widział żadnych zagrożeń i nie podejrzewał, żeby w ciemnościach jakieś się kryły – gdyby było inaczej, najpewniej sam wszedłby tam jako pierwszy. Miał niewielu przyjaciół, dlatego też można powiedzieć, że zależało mu na ich życiu.
        „Jakbyś był mniej niemiły dla innych, to miałbyś ich więcej!” – odezwała się w myślach jego Matka. Tak, ona próbowała dbać o niego najbardziej z nich wszystkich, więc nic dziwnego, że to właśnie z jej „ust” padły te słowa.
        „Ale nie jestem i ich nie mam, więc staram się dbać o tych kilku, którzy mnie akceptują” – odpowiedział jej, chociaż niektóre z tych słów nie były dla niego łatwe do wypowiedzenia, nawet jeśli padły one wyłącznie w jego myślach. Możliwe, że na głos w ogóle by ich nie wypowiedział, przynajmniej nie wtedy, gdy trzeźwo myślał.
        „A ta konkretna osoba może być kimś więcej...” – dopowiedziała jeszcze, specjalnie przeciągnęła też ostatnie słowo, żeby coś zasugerować, może właśnie to, o jakie określenie chodziło, gdy mówiła, że może być „kimś więcej”. Constantin nawet bez tego wiedziałby, o co jej chodzi. Przymknął na chwilę oczy i westchnąłby głośno, gdyby w ostatniej chwili się nie powstrzymał.
        „Przestań w końcu co chwilę to sugerować” – powiedział do niej i zakończył tym rozmowę, chociaż spodziewał się, że Matka jeszcze coś odpowie. Wiedział, że zrozumiała jego słowa i na pewno do niej dotarły, ale, szczerze mówiąc, nie spodziewał się, żeby go posłuchała. Rozmowa toczyła się, gdy przekraczał „próg” jaskini, w której mieli spędzić trochę czasu. Tylko… ile? Godzinę? Dwie? Więcej? Czarodziej tego nie wiedział.

Postanowił zająć jeden kamień, a konkretniej jeden z tych, które znajdowały się pod ścianą. Usiadł na nim, a plecami oparł się o ścianę ich schronienia. Burza zaczęła docierać do nich, a także deszcz, który jej towarzyszył. Ze swojego miejsca mógł bez problemu wyjrzeć poza jaskinię, ale jednocześnie miał też w polu widzenia Shyilię, która stała przed nim i obserwowała burzę z nieco bliższej odległości.
         – Nie jestem głodny – odpowiedział jej. Jego oczy nadal były utkwione w wyjściu, przyglądał się niezliczonej ilości kropel, które spadała z góry, a także błyskawicom przecinającym niebo, chociaż tych drugich akurat nie widział w całości, gdyż często zasłaniały je drzewa.
         – Jakiś czas temu spotkałem młodą złodziejkę, która ukradła mi kusarigamę. Zauważyłem to i zacząłem ją gonić, a przez to oboje wbiegliśmy na przysypane wejście do labiryntu podziemnych tuneli, do których wpadliśmy. Powiedziałem jej, że ją stamtąd wydostanę, jeśli odda mi kusarigamę, a ona zgodziła się i zaczęliśmy podróżować po tych tunelach. Okazało się, że eksperymenty prowadził tam jakiś szalony mag, któremu udało się stworzyć jakieś dziwne stworzenia, których uczynił strażnikami tuneli i swojej wiedzy także. Nam udało się dotrzeć do miejsca, w którym przeprowadzał eksperymenty i mieszkał, a później wydostaliśmy się jakimś tajnym przejściem. Później ruszyłem w swoją stronę, a ona w swoją – opowiedział jej krótko właściwie o swojej ostatniej przygodzie, którą mógł uznać za ciekawą.
         – A pierwszą osobą, z którą rozmawiałem dłużej po tym, jak się rozdzieliliśmy, był Zachariasz. Zaklinacz przedmiotów, który magicznie wzmocnił moją kusarigamę, dzięki czemu od tamtego dnia mogę pokrywać ją ogniem bez ryzyka, że zacznie się topić… Jeśli kiedyś będziesz chciała skorzystać z jego usług, to powinien mieszkać na terenie Równiny Laarin, konkretniej na skrawku lądu między Zatokami Lirn i Vinad. Oczywiście, poznał też inne osoby, w tym nawet te, które mogę nazwać dobrymi znajomymi albo nawet przyjaciółmi… ale może kiedy indziej ci o tym opowiem – dopowiedział. Raczej nie była to obietnica, bo nigdy nie wiadomo, czy w ogóle znajdą czas na rozmawianie o tym albo, czy on sam to zapamięta i postanowi o tym wspomnieć, gdy akurat będą siedzieć naprzeciw siebie przy stole w karczmie.
Niedługo później częstotliwość spadania kropel wody zaczęła się raptownie zmniejszać, aż w końcu przestało padać, a szare światło poranka, sygnalizujące wschodzące słońce, zaczęło przedzierać się przez burzowe chmury. Las także zaczął się budzić, co można było usłyszeć w śpiewie ptaków.
         – Mhm, możemy iść – powiedział do niej i wstał z miejsca, w którym siedział właściwie przez cały czas trwania burzy. Z jaskini wyszedł za Shyilią, ostatni raz spojrzał jeszcze w mrok, który rozciągał się dalej. Przez naprawdę krótką chwilę wydawało mu się, że widział tam świecącą na żółto parę oczu, jednak wrażenie to zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Mimo wszystko, nadal kusiło go trochę, żeby jednak pójść w tą ciemność i sprawdzić, czy jaskinia ta ukrywa jakieś sekrety.

Ptaki nie były jedynymi zwierzętami, które postanowiły wyjść z ukrycia po burzy. W pobliżu Constantina i Shyilii co jakiś czas przebiegała jakaś sarna lub inne, leśne zwierzę, chociaż jedynymi oznakami ich obecności w okolicy były tylko poruszające się zarośla. Okazało się, że las ten jest bardzo żywy, gdy tylko pierwsze promienie słońca zaczną do niego docierać. W końcu dwójka znajomych dotarła do drogi, wcześniej musieli jednak przedzierać się przez niewielkie, ale bardzo bujne zarośla. Przez całą drogę towarzyszyły im jednak pozostałości deszczu, które objawiały się głównie w postaci miękkiej i nieco błotnistej ziemi, po której musieli podróżować całą drogę od jaskini do drogi. Sama droga także taka się wydawała, w dodatku widać było na niej kałuże tam, gdzie znajdowały się jakieś doły i nierówności, jednak w oddali – gdy tylko spojrzeli przed siebie – mogli zobaczyć mury i otwartą bramę wejściową do miasta.
         – Ostatnia prosta przed dotarciem do miasta… Co chcesz zrobić najpierw, gdy już przekroczymy bramę? - zapytał. Miał już nawet pomysł na to, od czego zacząć, jednak najpierw chciał wiedzieć, jak odpowie mu Shyilia. Przecież to on towarzyszy jej w poszukiwaniu zemsty, a nie odwrotnie, więc uznał, że można powinni postępować wedle tego, co powie ona.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         - “Podejrzane typki” - cytując słowa Constantina, Shyilia nakreśliła palcami w powietrzu ironiczny znak cudzysłowu - też niekoniecznie za mną przepadają. Kiedy ostatnio byłam w Iruvii, spędziłam wieczór w takiej jednej owianej niezbyt dobrą renomą karczmie i stałam się świadkiem napastowania jakiejś biednej nieszczęśnicy przez grupę pijanych chuliganów… Już ja zadbałam o to, żeby więcej nie mieli ku temu sposobności.
         Elfka zmarszczyła brwi w srogim wyrazie twarzy, ale jej wargi uniosły się lekko, w uśmiechu podobnym do tego, kiedy opowiadała czarodziejowi o swoich morderczych planach związanych z Riyenesem. Nieuzasadniona przemoc nie sprawiała jej przyjemności, jednak danie nauczki obmierzłym draniom do takowej się nie zaliczało, w związku z czym zabójczyni czuła sporą satysfakcję na wspomnienie cierpień, które zgotowała tamtym ludziom. Nie uważała siebie za jakiegoś stróża sprawiedliwości - a przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa - lecz skoro już nadarzyła się okazja, by w bardzo dosadny sposób wyrazić swoje poglądy w kwestiach molestowania, elfka nie mogła jej przepuścić. Zwłaszcza że i tak była wówczas w takim humorze, iż sprowokowanie jej agresji było tylko kwestią pierwszego lepszego pretekstu.
         - Tak więc, jak widzisz, nadal niezbyt wychodzi mi zawieranie przyjaźni - dodała. - Nie lubią mnie ani ci, którzy pilnują porządku, ani ci, którzy go zakłócają, choć tymi drugimi nie ma co się przejmować, nie stanowią dla mnie żadnego wyzwania. Aczkolwiek... Wolałabym też nie wchodzić z nimi w większe zatargi, bo przyciąganie niepotrzebnej uwagi jest ostatnim, czego potrzebuję.
         Nie musiała wdawać się w bardziej szczegółowe tłumaczenia powodów, dla których zależało jej na dyskrecji; wyjaśniła je wystarczająco w swojej poprzedniej wypowiedzi. Oprócz oczywistych konsekwencji w postaci depczącego po piętach oddziału strażników, istniało również ryzyko, iż jej ofiara, dowiedziawszy się o obecności w mieście tej konkretnej zabójczyni, będzie próbowała je opuścić… Choć Shyilia raczej nie obawiała się tego, że Riyenes jej umknie; kiedy raz zastawi sidła na swoją zwierzynę, nie wypuści jej tak łatwo - jak drapieżnik, który zwietrzył krew. Musiała tylko wpaść na dobry trop. Dalej poprowadzi ją instynkt.

         - Słuszna odpowiedź.
         Nie spodziewała się tego, że Constantin w jakikolwiek sposób zripostuje jej ewidentną zaczepkę - do tej pory skutecznie ignorował wszystkie pozostałe, a trochę ich już tego dnia poczyniła - można zatem powiedzieć, że w pewnym sensie poczuła się mile zaskoczona. I na pewno usatysfakcjonowana. Minęła mężczyznę, kołysząc lekko biodrami na boki, by podtrzymać intencję tej wymiany zdań. Chciał się pogapić? - proszę bardzo. Shyilia nie miała nic przeciwko temu. Nie odwróciła się, aby zobaczyć jego reakcję na te zagrywki - dodatkowe spojrzenia przez ramię byłyby wulgarną przesadą i na to nawet ona nie zamierzała sobie pozwolić - ale odwrócona do niego plecami, szczerzyła zęby. Nie było to może specjalnie dojrzałe zachowanie, jakie przystoi poważnej i groźnej skrytobójczyni, lecz elfka musiała przyznać, że sprawiało jej to przyjemność. Tym bardziej, że czarodziej najwyraźniej nie miał jej tego za złe, a nawet wywołało to na jego twarzy uśmieszek, z gatunku tych, które Shyilię normalnie by rozdrażniły jako bezczelność - jednak nie w przypadku Naxama. Przez chwilę kobieta zastanawiała się, jak daleko musiałaby się posunąć w swoich prowokacjach, by skutecznie wytrącić go z równowagi, ale nie była pewna, czy chciała sprawdzać to empirycznie. Przynajmniej nie teraz.
         Dzielenie ciasnej przestrzeni z osobą, którą jednoznacznie próbujesz podpuszczać do jakichś zbereźności, mogłoby skończyć się dość niezręczną sytuacją. (Fakt, że przestrzeń okazała się nie taka znów ciasna, to osobna kwestia.) Nie, nawet w prowokacjach należało zachować umiarkowanie i zdrowy rozsądek…
         Tak jak i w przypadku burzy. Owładnięty morderczym zapałem umysł Shyilii nieustannie powtarzał jej, by natychmiast ruszyła w dalszą drogę, ale rzucanie się w sam środek nawałnicy nie było racjonalnym rozwiązaniem, żądza zemsty zaś nie przyćmiła jej zdolności myślenia na tyle, by elfka uległa tym podszeptom. Zachowywała spokój. Czymże było te kilka godzin w porównaniu do dziesięcioleci, które spędziła na tym polowaniu? Niczym. Choć, prawdę mówiąc, nawet i te dekady minęły niesamowicie szybko, zlewając się w umyśle Shyilii w jedno. Od czasu zdrady w Valladonie, zabójczyni mogłaby wymienić raptem kilka wydarzeń, które miały większe znaczenie w stanowiącej jej życie pogoni za sprawiedliwością. Patrząc niewidzącym wzrokiem na otaczający ją krajobraz burzy, elfka próbowała odgadnąć, czy ponowne spotkanie Constantina stanie się kolejnym z takich punktów na jej własnej osi czasu. Coś w jej wnętrzu podpowiadało, że tak, lecz ona sama nie potrafiła podać jasnego powodu, który kazał jej wysuwać takie przypuszczenia - poza tym, iż czarodziej swego czasu był ważną dla niej osobą i chyba nadal kogoś takiego stanowił. Albo przynajmniej miał na to szansę.
         “Cóż, czas pokaże”, pomyślała, odrywając wzrok od częściowo zasłoniętego liśćmi nieba.
         Wzruszyła ramionami i odgryzła kolejny kawałek gruszki, skoro Constantin nie miał na nią ochoty. W milczeniu zjadła cały owoc, oprócz ogryzka, który cisnęła w krzaki poza jaskinią. Nie martwiła się szczególnie tym, że zostawia ślady obecności w tym miejscu; nie planowała tutaj wracać, a nawet jeśli, do tego czasu te resztki zostaną dawno strawione i wydalone przez jakiegoś roślinożercę, któremu na pewno spodoba się szansa na darmowy posiłek - lub też ogryzek, jako materia organiczna, użyźni glebę, na której coś innego będzie mogło wyrosnąć. Równowaga w naturze tak czy inaczej będzie zachowana.
         Wszedłszy głębiej do jaskini, Shyilia usiadła blisko Constantina. Zamierzała nawiązać jakąś rozmowę i nie chciała musieć wysilać głosu na tyle, by była dobrze słyszalna z jakiejś większej odległości. Co prawda i tak musiała zadzierać głowę, by móc na niego spojrzeć, gdyż siedział na kamieniu - pomijając już fakt, że i bez tego znacznie nad nią górował ze względu na wzrost - choć to akurat jej szczególnie nie przeszkadzało. Mogła także wybrać sobie jakiś kamień, ale uznała, że kamienne podłoże będzie wygodniejsze.
         Kiedy słuchała opowieści czarodzieja, jej wzrok na przemian uciekał w mrok, to znowu wracał na mężczyznę. Cały czas była jednak skupiona na jego słowach - brak nieustannej obserwacji każdego ruchu mężczyzny świadczył o zaufaniu elfki względem niego. Nie odczuwała już zagrożenia, którego lekkie napięcie towarzyszyło jej na początku, pozwalała więc sobie na większą swobodę.
         - Rozchwytywany towar te kusarigamy - zaśmiała się. - Pamiętne zbiry w lesie też mi jedną ukradły i, o ile dobrze pamiętam, ty także wówczas się do tego przymierzałeś. I tobie się udało ją zdobyć, w dodatku na drodze uczciwej wymiany przysług.
         - Płonąca kusarigama… to zdecydowanie jest coś, co chciałabym zobaczyć - stwierdziła. Nadal pamiętała, jak niegdyś musiała wybić czarodziejowi z głowy podpalanie tej broni przed wzmocnieniem jej i jego sukces na tym polu szczerze ją zainteresował. Bardziej nawet niż same opowieści o poznanych przez niego osobach, chociaż te też były ciekawe.
         - To o wiele więcej, niż mogę powiedzieć o sobie.
         Miała na myśli wszystko, ale w szczególności liczbę nawiązanych znajomości, która w jej przypadku w zasadzie sprowadzała się do jednej osoby. Najwyraźniej życie Constantina miało nieco ciekawszy przebieg niż jej, czemu w sumie nie mogła się dziwić. Obsesja na punkcie zemsty skutecznie odciągała uwagę elfki od rozwijania innych aspektów codzienności. Nie mogła powiedzieć, by tego żałowała, ale w innym przypadku może miałaby w zanadrzu jakieś historie, którymi mogłaby się podzielić z Naxamem. To znaczy, gdyby akurat zebrało jej się na opowieści. Tymczasem niewiele miała do powiedzenia, ponieważ opisy zabójstw, których w międzyczasie dokonała, nie były chyba najbardziej odpowiednim tematem do dyskusji na tym etapie, zaś kwestia mentorki zabójczyni mogłaby zdradzić Constantinowi podpowiedź odnośnie wcześniej wspomnianych “sztuczek”, na których poznanie czarodziej dopiero miał sobie zasłużyć.
         - Jeśli pozwolisz, przymknę na chwilę oczy - odezwała się Shyilia po pewnym czasie, posyłając mężczyźnie spojrzenie szukające potwierdzenia. Nie zamierzała, rzecz jasna, zasypiać, jednak czuła, że jej powieki zrobiły się cokolwiek ciężkie od długotrwałego braku odpoczynku. W założeniu o tej porze miała już zbliżać się do miasta i tam, wynająwszy pokój, dopiero się zdrzemnąć. Jej plan nie przewidział przymusowego postoju, ale skoro i tak obecnie siedziała bezczynnie, mając obok godnego zaufania partnera, równie dobrze mogła skorzystać z okazji. Skrzyżowała ręce na piersiach i ponownie oparła głowę o ścianę.
         - Tylko nie próbuj niczego głupiego - ostrzegła mężczyznę, otwierając jeszcze na moment jedno oko i unosząc kącik ust w drapieżnym półuśmiechu. - Chyba, że spodobało ci się bycie przygwożdżonym do ziemi, wtedy droga wolna.

         Shyilia nie czekała aż wszystkie krople opadną z drzew. Wystarczyło jej przejaśnienie - zarówno spowodowane rozstąpieniem się chmur, jak i świtem, który w międzyczasie zdążył nadejść - i brak ulewy. Nie ponaglała Constantina, mimo iż liczyła na to, że w krótkim czasie będzie on gotów do drogi. I nie zawiodła się. Niebawem byli już w dalszej drodze, choć nie była ona tak przyjemna, jak przed burzą. Światło dnia nie stanowiło większej różnicy dla przyzwyczajonej do podróżowania nocą skrytobójczyni, z kolei rozmoczone ścieżki utrudniały szybkie poruszanie się. Trzeba było uważać, aby się nie poślizgnąć na jakimś ukrytym pod błotem kamieniu i nie zwichnąć kostki.
         Mimo to, podróż przebiegała bezproblemowo - i w większej części w milczeniu. Jaskinia, w której schronili się przed burzą, znajdowała się bliżej Iruvii niż początkowo przypuszczali; po niespełna dwóch godzinach marszu oczom dwojga wędrowców ukazało się osłonięte murami miasto. Znajdowali się na niewielkim wzniesieniu, więc mogli dostrzec część dachów wyższych budynków. Shyilia przyglądała się przez chwilę temu widokowi, zastanawiając się, pod którą strzechą mieszka parszywiec, będący jej najbliższym celem. Wodziła wzrokiem po horyzoncie, nieświadomie zaciskając usta w zaciętym wyrazie twarzy. Czuła, jak jej tętno wzrasta, zwiastując przebudzenie żądzy krwi - i takowe pewnie by nadeszło, gdyby znad czarnej dziury szału nie odciągnął jej głos Constantina. Elfka zamrugała oczami i zmarszczyła brwi, ale nie odwróciła się w stronę czarodzieja. Skrzyżowała ręce, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę, w nieco niedbałej pozie.
         - Najpierw w ogóle trzeba tę bramę przekroczyć - mruknęła. Wcześniejszy plan zabójczyni zakładał, że przemknie do miasta cichaczem, pod osłoną mroku, ale jako że zastał ich poranek, musiała obmyślić nową strategię pozwalającą na uniknięcie kontaktu ze strażnikami, jeśli takowi pełnili wartę przy wejściu do miasta. - Na ten moment widzę dwie możliwości. Albo wmieszam się w tłum, gdy jakaś karawana będzie przekraczać bramę, albo odwrócisz uwagę wartowników, bym mogła ich ominąć.
         - Poszukać listów gończych i przekonać się, jak wiele warta tutaj jest moja głowa, żeby oszacować, jak bardzo pożądanym łupem jestem i na ile swobody w związku z tym mogę sobie pozwolić - uśmiechnęła się nieznacznie, lecz w tym uśmiechu akurat nie było cienia wesołości. - Znaleźć bezpieczne miejsce, które będzie moją… naszą bazą wypadową. Porządnie zjeść i równie porządnie się przespać, zanim na poważnie wezmę się do roboty.
         Dopiero po tych słowach odwróciła się w stronę Naxama.
         - Trop Riyenesa zaprowadził mnie do Iruvii, ale to wszystko, co wiem, o jego miejscu przebywania, a miasto jest duże, więc węszenie w poszukiwaniu konkretnych informacji może trochę potrwać - oznajmiła. Wolała wyjaśnić tę kwestię zawczasu. - Jeśli jednak ten etap by się przeciągnął, możemy równolegle znaleźć sobie jakieś bardziej lukratywne zlecenie czy dwa; razem lub osobno, wedle preferencji. Ale jedną rzecz mogę ci obiecać - uśmiechnęła się w końcu szczerze, z iskierką dzikości w szarych oczach. - Przy mnie nie będziesz się nudził.

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 39
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin »

Zastanowił się przez chwilę nad jej słowami, chciał może przypomnieć sobie, ile razy ktoś próbował ukraść jego broń, bo zwyczajnie dostrzegł, że może być ona sporo warta, a osobnik ten akurat jednocześnie był też jakimś – mniej lub bardziej wyszkolonym – złodziejaszkiem, któremu przydałyby się rueny ze sprzedaży „kosy na łańcuchu”. Pamiętał o kilku takich, jednak tylko jedna złodziejka zapadła mu w pamięć, może nie tylko dlatego, że później nie trafił na kogoś, kto chciał pozbawić go broni po to, żeby się na tym wzbogacić, lecz także dlatego, że podróżował z nią przez chwilę i poznał ją trochę bliżej.
         – Może po prostu wydaje im się, że rzadko spotykana broń jest droga, nawet jeśli ta wygląda raczej zwyczajnie – odparł. W końcu sam uważał, że jego kusarigama nie wyróżnia się niczym szczególnym, jeśli chodzi o wygląd. Nie jest bogato zdobiona czy coś takiego, po prostu samo to, że jest to niecodzienna broń, może sprawić, że stanie się ona obiektem kradzieży. Oczywiście, broń miała w sobie trochę magii, jednak przydatna była ona – ta magia – tylko odpowiednim osobom. Właściwie, Constantin może nawet trochę mimowolnie zadbał o to, żeby tylko konkretne osoby mogły wydobyć cały potencjał związany z walką tą bronią. Chodził o to, że tym prawdziwym wykorzystaniem jej było magiczne podpalenie jej całości i walka właśnie taką formą kusarigamy, a Constantin właśnie to mógł robić, bo przecież już dawno zadbał o to, żeby broń była odporna na ogień i nie mogła się od niego stopić, przy okazji przyszły też inne cechy, na przykład, ogólnie zwiększona jej wytrzymałość i to, że była ostrzejsza, a także rzadziej wymagała bliskiego spotkania z osełką.
         – I może zobaczysz… Jeśli walka będzie tego wymagała – odpowiedział jej. Tymi słowami powiedział jej też, że to nie jest tak, że każda walka oznacza dla niego podpalanie broni i walka nią, więc oznaczało to, że przeciwnik musi być wymagający, aby Constantin wykorzystał swoją magię do tego, aby uwolnić „prawdziwą formę” Srebra Płomieni. Poza tym, zawsze mógłby pokazać Shyilii płonącą kusarigamę w swojej dłoni, ale jednocześnie nie w czasie walki, a to nie była prezentacja, którą chciałby jej zrobić – wolał od razu pokazać jej też, jak się nią posługuje i również to, że jego umiejętności stoją teraz na wyższym poziomie niż ten, który prezentował w dniu, w którym się rozstali.
         – Pewnie, nie krępuj się – odparł krótko, a gdy zobaczył, że elfka przymknęła oczy, odwrócił wzrok z powrotem w stronę wejścia do jaskini i zaczął obserwować powoli przemijającą burzę, a także intensywnie opadające krople deszczu. Na jej następne słowa już nie odpowiedział, chociaż równie dobrze mogłoby okazać się, że ich nawet nie usłyszał, bo dość szybko pogrążył się we własnych przemyśleniach.

Niekoniecznie podobało mu się to, że leśne błoto wybrudziło trochę jego buty. Nie przepadał za takimi rzeczami, dlatego, gdy tylko weszli na bardziej ubitą drogę, na której było mniej błota i kałuż, które dodatkowo mogli też omijać, pochylił się lekko i dotknął dłonią najpierw jednego buta, a później drugiego. Wykorzystał magię ognia, aby wysuszyć mokre błoto i zmienić je w suchą ziemię, która szybko odpadła z jego butów, gdy tylko zastukał jednym o drugi. Później spojrzał na Shyilię, a w jego oczach mogła dostrzec pytanie o to, czy ona też potrzebuje takiej pomocy, czy może nie przeszkadza jej to błoto w takim stopniu, w jakim przeszkadzało jemu. Jeżeli zgodziła się na oferowane suszenie błota, Constantin zrobił to w podobny sposób, w który wykonał to na swoich butach, jednak w przypadku elfki wiązało się to również z tym, że musiał się przy niej pochylić albo nawet klęknąć, co podejrzewał, że i tak spotka się z jakimś komentarzem z jej strony. Jeśli jednak tego nie chciała, to po prostu wzruszył ramionami i ruszył dalej, w jej towarzystwie oczywiście.
         – Mogę spróbować odwrócić ich uwagę… Już chyba nawet mam pomysł, jak mogę to zrobić – powiedział do niej, ale nie uśmiechnął się, co czasami robił, gdy akurat wpadł na jakiś ciekawy pomysł. Może nie chciał zdradzać jej tego, na co wpadł, sugerując też, że może sama będzie chciała to zobaczyć, jeżeli jej się to uda.
         – Hmm… Tak, tak. Masz dobry plan działania i myślę, że w przypadku niektórych rzeczy będę miał więcej swobody niż ty, bo nie jestem w tym mieście znany tak, jak ty – odparł. To była propozycja, chociaż może nie do końca jasno powiedziana. W końcu będzie mógł zrobić niektóre rzeczy, których ona nie będzie mogła ze względu na to, że może okazać się osobą poszukiwaną w mieście i taką, za którą wystawione są listy gończe. Ogólnie chodziło tu najbardziej o swobodę w poruszaniu się po Iruvii.
         – Nie mam nic przeciwko współpracy nawet przy jakichś krótkich zleceniach – zapewnił ją. Chodziło też o to, że nie chciał ponownie się z nią rozdzielać, skoro już na siebie trafili i nawet nie zdążyli jeszcze porządnie porozmawiać, a przy okazji także napić się i zjeść coś dobrego.
         – Tego akurat się domyśliłem – odpowiedział na jej ostatnie słowa. Tym razem pozwolił na to, żeby uśmieszek pojawił się na chwilę na jego twarzy i wykrzywił swą obecnością jego usta.
         – To idę ich czymś zająć – dopowiedział jeszcze, gdy tylko oboje ujrzeli, że brama rzeczywiście pilnowana jest przez strażników – jeden stał po prawej, drugi po lewej, a dwóch lub trzech siedziało w niewielkim domku, w którym najpewniej także znajdował się mechanizm otwierający bramę. Teraz była ona otwarta, na szczęście dla nich, bo inaczej musieliby rozegrać to trochę inaczej i czekać na to, aż tamci ją otworzą.

Mag ognia przyspieszył kroku i wyprzedził Shyilię. Gdy tylko znalazł się przy bramie, naturalnie został zatrzymany przez jej strażników, chociaż na spotkanie wyszli mu ci, którzy siedzieli w środku, a nie ta dwójka stojąca przy samym wejściu.
         – Stać! Kto idzie!? - zapytał najwyższy z nich. Był to starszy, czarnowłosy mężczyzna z pokaźnym i gęstym wąsem pod nosem, a także z czujnymi oczami, które teraz go obserwowały. Miał na sobie skórzaną zbroję z metalowymi wstawkami i innymi, materiałowymi, które miały kolory herbu miasta. Przy pasie miał krótki miecz i sztylet, na rękojeści pierwszego spoczywała też jego pewna ręka, czym dawał znać, że jeśli będzie musiał, to bez problemu dobędzie broni i zaatakuje. ZA jego plecami stała dwójka niższych i młodszych mężczyzn, a podobieństwa w ich wyglądzie – obaj mieli włosy koloru jasnego brązu i ten sam kolor, jasnobłękitnych oczu – wskazywały na to, że są to bliźniacy.
         – Wędrowny kuglarz, którego specjalnością są sztuczki z ogniem – odpowiedział mu Constantin. Myślał już nawet o fałszywym imieniu, którym posłuży się, jeśli mężczyzna ten o nie zapyta.
         – I…? W jakim celu chcesz wejść do naszego miasta o tak wczesnej porze? - zadał kolejne pytania. Położył też większy nacisk na słowo „naszego”, jakby chciał jeszcze bardziej zaznaczyć, że są strażnikami tego miasta.
         – Chcę poszukać sobie jakiegoś zajęcia, może nawet jakiejś trupy, do której mógłbym się przyłączyć i, która nie wykiwa mnie tak, jak ta ostatnia, w której byłem – odpowiedział, a przy ostatnich słowach splunął na ziemię, co raczej dość jasno prezentowało to, co myśli o tamtych osobach, które nazwał poprzednią grupą. Oczywiście, wszystko to było wyłącznie wymyślone i na pokaz.
         – Szefie, szefie. Może niech pokaże nam jakieś sztuczki, skoro jest kuglarzem? - zaproponował jeden z bliźniaków. Starszy mężczyzna przez chwilę zastanawiał się nad taką propozycją, a później kiwnął głową.
         – Zrób to – powiedział po chwili do Constantina, chociaż brzmiało to bardziej, jakby wydawał mu rozkaz i, cóż, może rzeczywiście robił właśnie coś takiego. „Kuglarz” pokiwał głową, uśmiechnął się i zrobił krok w tył, a później ukłonił się widowni.
         – Chłopaki! Chodźcie zobaczyć sztuczki z ogniem! - zawołał drugi bliźniak. A może to był ten sam? Ciężko było to stwierdzić, skoro głosy także mieli bardzo podobne. W każdym razie, strażnicy spod bramy znaleźli się teraz przy swoich towarzyszach i również zaczęli obserwować Constantina.

Mag schował obie dłonie za plecy i wyczarował na nich cztery, niewielkie kule ognia. Później wyciągnął je zza siebie i zaprezentował widowni. Chwilę później już nimi żonglował i szło mu to całkiem nieźle. Po kilku okrążeniach, kule nagle zawisły w powietrzu i połączyły się w jedną, większą, która po chwili wybuchła w małej eksplozji, która to dodatkowo rozesłała niewielkie ognie w każdą stronę. Ogniki te nie były trwałe i zniknęły po chwili, gdy jeszcze znajdowały się w powietrzu, jednak sztuczka ta sprawiła, że wszyscy strażnicy obserwowali go z zainteresowaniem. Nikt nie pilnował teraz bramy, więc Shyilia mogła prześliznąć się do środka bez problemu.
Następnie Constantin podniósł nagle otwartą dłoń w górę, a zza każdego ze strażników wyleciały małe kule ognia z ogonkami, które zaczęły unosić się i jednocześnie zbliżać do siebie. Gdy były już naprawdę blisko, wybuchły wszystkie jednocześnie, a wzór, który stworzyły, przez chwilę przypominał kwiat, który po chwili zaczął się rozpadać.
         – Tyle wystarczy? - zapytał, gdy tamci patrzyli jeszcze w górę, gdzie teraz znajdowały się malutkie skupiska ognia, które były pozostałością po wcześniej powstałym wzorze. Starszy mężczyzna pokiwał tylko głową, a jego mina i spojrzenie sprawiały, że chciał mu zaprezentować to, że nie dał się pochłonąć widowisku, chociaż Constantin i tak widział, że patrzył na to wszystko takim samym wzrokiem, jak jego podwładni.
         – Jeszcze jedno… Po co ci ten łańcuch i przymocowany do niego sierp? Wygląda jak jakaś dziwna broń – zapytał na sam koniec. Mag miał do samego końca nadzieję na to, że ten jednak nie zauważy kusarigamy.
         – Używam tego do mojego popisowego numeru, którego nie mogę wam tu zaprezentować – odpowiedział po chwili. Strażnicy mu chyba uwierzyli, bo nie wyglądało na to, żeby mieli go albo zaatakować, albo zatrzymać na dłużej. Miał nadzieję, że Shyilia weszła za mury i znajdowała się teraz w mieście, gdzieś niedaleko bramy, gdzie na niego czekała. Mężczyźni rozstąpili się przed nim i dali mu drogę wolną, jeśli chodziło o przejście do Iruvii.
        „Zaplanowałeś to? Te sztuczki?” – zapytał go ojciec w myślach. To było trochę dziwne, bo bardziej spodziewał się tego, że to jego matka zapyta o coś takiego. Może ona nadal knuła na temat tego, żeby związać go z Shyilią.
        „Nie do końca… Rolę kuglarza tak, sztuczki może też, ale nie planowałem tego, jakie one będą” – odpowiedział ojcu. Później usłyszał tylko mruknięcie aprobacji. Cóż, tyle mu wystarczyło. Niemalże wzruszył ramionami sam do siebie, a później przekroczył bramę wejściową do miasta. Po kilku krokach rozejrzał się wokół siebie. Oczywiście szukał towarzyszki.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Lasy Eriantur”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość