Lasy Eriantur[Część lasu otaczająca Iruvię] Niedokończone Sprawy

Położone we wschodniej części Środkowej Alaranii rozległe i gęste lasy zamieszkałe przez różnorodne zwierzęta, tak te magiczne jak i zwyczajne. Mówi się, że Lasy Eriantur to siedlisko dzikich elfów, które nie chciały żyć z innymi w miastach. Terytoria te porównuje się do Szepczącego Lasu, ponieważ w samym środku dzikiej, nieokiełznanej puszczy znajduje się wielkie elfie miasto Iruvia.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 35
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

[Część lasu otaczająca Iruvię] Niedokończone Sprawy

Post autor: Constantin » 9 miesiące temu

Po tym, jak tymczasowa współpraca jego i Finki skończyła się, Constantin ruszył przed siebie, ciągle zastanawiając się, gdzie mógłby się udać. Chcąc odetchnąć trochę naprawdę świeżym powietrzem, postanowił wybrać się do lasu, może później albo przy okazji zahaczając o jakieś miasto, żeby uzupełnić zapasy. Aktualnie nie musiał szukać jakiegoś zlecenia, które mogłoby nadać się dla kogoś takiego, jak on – z podziemnego skarbca zabrał trochę ruenów i także biżuterię, którą będzie mógł sprzedać w mieście, do którego zawita. Postanowił udać się do lasu, który jest mu mniej znany – był to Las Eriantur. Mógł udać się do Szepczącego Lasu, jednak po jego obszarze podróżował częściej niż po obszarze tego drugiego. Wiedział też, że na terenie lasu znajduje się miasto, do którego przecież może też zajrzeć przy okazji i poszukać miejsca, gdzie będzie mógł sprzedać rzeczy, które wyniósł ze skarbca.

Nie spieszył się w trakcie podróży, mimo że właściwie miał jej cel. Tymczasowo. Poza tym, tego lasu też nie znał zbyt dobrze, więc ostrożniejsze poruszanie się po nim było wręcz wskazane – nie chciał natknąć się na jakieś dzikie drapieżniki albo wpaść w jakąś „naturalną pułapkę” w postaci zniszczonego pnia, który mógłby rozpaść się pod wpływem jego kroków, nagłego spadku terenu, który ukryty był za przeszkodą, którą mógłby przeskoczyć z łatwością, a później wylądować niżej niż przypuszczał i uszkodzić sobie nogę… albo obie, albo jeszcze czegoś innego. Gorzej byłoby wpaść w pułapkę zastawioną przez człowieka, wtedy miałby większe szanse na to, że mogłoby go to zabić.
         – Wtedy przynajmniej uwolnilibyśmy się od ciebie – czarodziej usłyszał w głowie głos siostry. Właściwie, cała trójka ostatnio siedziała dość cicho, co mu nie przeszkadzało, bo w końcu mógł pomyśleć o różnych rzeczach – bez ich uwag na różne tematy – i w jego głowie ogólnie było trochę ciszej.
         – Jakbyś siedziała cicho i nie odzywała się w ogóle, to może przestałabyś dostrzegać to, że znajdujesz się w czyjejś głowie – odparł Constantin. Usłyszał, jak jego imię wypowiada jego matka, chcąc upomnieć go jakoś, żeby nie zwracał się tak do siostry. Przecież nie siedziała z nimi od dzisiaj i wiedziała, że on i Bella niekoniecznie są w przyjaznych stosunkach i nie zanosiło się na to, żeby to się zmieniło.
         – W dodatku osoba ta nie miała wpływu na to, że umysły członków jego rodziny dostaną się do jego głowy, gdy się ich pozbędzie – dopowiedział. Kończąc tym samym dialog ze swoją siostrą, mimo że ona nie do końca to zauważyła i zaczęła coś do niego mówić. Prawdopodobnie znów go wyzywała i życzyła mu śmierci, więc Constantin nawet jej nie słuchał i zaczął iść dalej.

Nie natknął się na żadne przeszkody w postaci żywych istot. Raz musiał poszukać innej drogi, żeby przekroczyć niedużą, ale jednocześnie głęboką, rzeczkę, bo pień, po którym chciał przejść na początku… cóż, nie wyglądał zbyt dobrze i pokryty był mchem. Z mchem wiązało się kolejne zagrożenie – mógł się pośliznąć, stracić równowagę i wpaść do wody. Umiał pływać, więc pewnie wynurzyłby się dość szybko, ale wolał oszczędzić sobie przemoczenia ubrań i ciała. Dlatego też zaczął iść w górę rzeczki, aż w końcu dotarł do kolejnego, naturalnego mostu. To także był powalony pień drzewa, jednak był grubszy i stabilniejszy, do tego lekko ucięty po całej długości tak, że dało się po nim przejść bez próby utrzymania równowagi. Według Constantina świadczyło to o tym, że „most” używany jest w miarę często i za jego kształt odpowiada jakiś człowiek, który ceni sobie bezpieczeństwo – to i oczywiście suche ubrania.
Zaczęło robić się ciemno, więc Constantin postanowił, że poszuka miejsca, w którym będzie mógł przespać się przy akompaniamencie odgłosów lasu w nocy i strzelającego ognia. Co prawda, ogień zapewniał ciepło i ochronę przed drapieżnikami, jednak sprawiał też, że miejsce, w którym został rozpalony, jest łatwiej zauważyć. Ryzyko, które da się zminimalizować, jeśli ma się lekki sen – chociaż nie na tyle lekki, żeby budziło cię zwierzę, które przypadkowo poruszyło zaroślami lub stanęło na suche liście albo na patyk, który się złamał. W końcu znalazł w miarę dobre miejsce na nocne obozowisko – skrawek zieleni, który otaczały zarośla i, na którym było też dość sporo kamieni. Jeden był naprawdę duży, na oko był prawie dwa razy wyższy od maga (około trzysta osiemdziesiąt centymetrów) i szeroki na, może, dwa łokcie (powiedzmy, że sto dwadzieścia centymetrów). W dodatku wbity był on w ziemię pod kątem, co sprawiało, że można było dostać się na jego szczyt i usiąść tam, obserwując okolicę.
Postanowił, że właśnie pod tym kamieniem rozpali ogień – w drodze do niego zbierał mniejsze, z których ułożył okrąg, w którym z kolei rozpali później ognisko. Przeszedł się po okolicy, zbierając suche gałęzie i patyki, a także suchy mech, żeby przy jego pomocy rozpalić kawałki drzewa. Wrócił w miejsce, z którego wyruszył i w kamiennym okręgu złożył część tego, co przyniósł. W środek włożył też suchy mech, a resztę gałęzi złożył obok – będzie mógł je później dorzucić do ognia, żeby go podtrzymać. Usiadł naprzeciw ogniska i zapalił je krzesiwem. Nie siadł tak, żeby plecami opierać się o kamień, bo nie chciał, żeby dym leciał prosto na niego. Najpierw coś zjadł, a chwilę później położył się na trawie i zaczął oglądać skrawek nocnego nieba, który znajdował się nad nim… Dopiero po tym spróbował zasnąć.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia » 4 miesiące temu

        Jeżeli istniało miejsce, o którym Shyilia mogła powiedzieć, że czuje się w nim swobodnie, z pewnością był nim las. Mogłoby wydawać się to oczywiste, choćby ze względu na jej rasę, jednak powodów, dla których elfka upodobała sobie akurat rozległe gaje, było znacznie więcej. Chodziło przede wszystkim o prawo natury, bliższe jej własnym przekonaniom niż jakiekolwiek ustawy wprowadzane przez tak zwane cywilizacje. W lesie nie istniała własność prywatna - nie było więc mowy o czymś takim jak kradzież - i każdy mógł do woli czerpać z bogactw przyrody, zachowując przy tym należny jej szacunek. W lesie nie istniała też hierarchia społeczna oparta o rodowód czy pojęcie zwierzchnictwa; władzę zasłużenie miał ten, kto był szybszy, silniejszy, zwinniejszy… lub bardziej bezwzględny.
        I, co najważniejsze, rdzennych mieszkańców lasu nie obchodziła ilość listów gończych wystawionych za zabójczynią. Więc dopóki coś bardziej niebezpiecznego od niej - a tym niewiele leśnych stworzeń mogło się poszczycić - nie nabrało nagłej ochoty na elfie mięsko, Shyilia nie musiała martwić się tym, że padnie ofiarą jakiegoś łowcy nagród, zmotywowanego sześciocyfrową sumką, którą w niektórych krainach oferowano za jej głowę.
        Dlatego też, kiedy kolejny trop zaprowadził ją w rozległe Lasy Eriantur, kobieta była względnie zadowolona. W przeszłości miała już okazję zawitać do Iruvii i całkiem przyjemnie wspominała swój pobyt w tym mieście. (Dość powiedzieć, że bawiła tam wówczas przez prawie pół roku, co w przypadku prowadzącej skrajnie koczowniczy tryb życia kryminalistki było nadzwyczaj rzadkim zjawiskiem.) Tym razem jednak jej wizyta nie zapowiadała się tak sympatycznie. Wszelkie poszlaki wskazywały na to, że wśród elfów kryjówkę znalazł sobie jeden z jej dawnych współbraci i jeśli trop był dobry, niebawem miejski grabarz będzie miał zajęcie na popołudnie lub dwa. Shyilia natomiast - dodatkowy punkt na długiej liście jej zbrodni. Nie żeby szczególnie ją to obchodziło, ale jednak dodatkowe przestępstwo to większa nagroda za schwytanie jej, a większa nagroda to dodatkowa zachęta dla polującego na elfkę społeczeństwa. To z kolei wiązało się z jeszcze bardziej wzmożoną potrzebą ukrywania swojej tożsamości w miejscach publicznych.
        Na razie jednak, wędrując przez niekończące się zarośla, kobieta nie musiała się ukrywać. Przez większość czasu szła przed siebie żywym, lecz niespiesznym krokiem, trzymając się z dala od powszechnie uczęszczanych szlaków - tak na wszelki wypadek. Z przyzwyczajenia podróżowała głównie nocą. Robiła postoje w zgodzie z potrzebami swojego organizmu; nie zakłócała leśnej codzienności, a więc i las pozostawał wobec niej przyjazny. Rośliny zdawały się szeptać do jej intuicji, prowadząc elfkę najbardziej dogodnymi ścieżkami, obfitymi w owocowe krzewy i strumyki krystalicznie czystej, orzeźwiającej wody.
        Mimo wszystko, Shyilia zachowywała czujność. Wiedziała, że bezpieczeństwo jest pojęciem względnym i zawsze należało się liczyć z tym, że ktoś lub coś może planować zamach na jej życie. Łowcy, bestie, a nawet spróchniały pień, który niespodziewanie może zmiażdżyć niepozorne kobiece ciało. Istniało też ryzyko, iż jej ofiara w jakiś sposób dowiedziała się o poczynaniach elfki i zastawiła na nią pułapkę. Było to równie prawdopodobne jak śnieżyca w środku upalnego lata, ale Shyilia nie pozwalała sobie zostawiać nawet najmniejszego marginesu błędu. Nie mogła sobie pozwolić na brak skupienia. Nie teraz, kiedy miała jeden ze swoich celów niemal na wyciągnięcie ręki; za kilka dni wykona kolejny krok na krwawej ścieżce zemsty.
        Wyobrażała sobie jak wbija zakrzywione ostrze kusarigamy w podbródek zdradzieckiego wampira i przesuwa nim w dół, rozcinając mu gardło, pierś i brzuch, pozwalając wnętrznościom wypłynąć ze środka… Oczyma wyobraźni widziała go związanego, błagającego o litość, która nie miała nadejść. Ale co szkodziło dać nieszczęśnikowi odrobinę fałszywej nadziei? Kącik ust skrytobójczyni lekko drgnął. O tak, przez chwilę pozwoli mu myśleć, że ma szansę na ocalenie swojego żałosnego życia. A potem wepchnie go wprost pod palące promienie południowego słońca i z rozkoszą będzie słuchać jego agonalnych wrzasków.
        Pełne okrucieństwa wizje podobały się kobiecie, ale Shyilia nie pozwoliła, by żądza krwi doszła do głosu i odebrała jej jasność myślenia. I całe szczęście, że nie, bo dzięki temu była w stanie odnotować umyślę zmianę w otoczeniu. Nie była to duża zmiana, raczej niuans, którego zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie wyczuć, ale dla wrażliwej na świat natury elfki było to jak szok termiczny.
        Towarzyszący jej dotąd spokój i harmonia otoczenia ustąpiły miejsce napięciu. Ptaki umilkły, zaś liście szeleściły nerwowo, gałązki pocierały o siebie z do tej pory nieobecną nutą trwogi. Gdy Shyilia podeszła do najbliższego drzewa, by dłonią dotknąć kory na pniu, poczuła jak roślina drży. Las się czegoś bał. Elfka nie wiedziała czego, ale jeśli to coś stanowiło zagrożenie dla lasu, prawdopodobnie było groźne i dla niej. A w takiej sytuacji istniały dwa możliwe rozwiązania. Pierwsze to ominąć niebezpieczny czynnik szerokim łukiem. Drugą możliwością było wyeliminowanie go, zanim on zdąży wyeliminować ją.
        Nietrudno się domyślić, jaką decyzję podjęła zabójczyni z kilkudziesięcioletnim stażem.
        Upewniwszy się, że jej najbliższe otoczenie jest względnie bezpieczne, kobieta wspięła się na jedno z wyższych drzew, by móc rozejrzeć się po okolicy z nieco lepszej perspektywy. Nie musiała się martwić, że zostanie dostrzeżona, bowiem z jej ciemnym ubiorem mrok nocy był sprzymierzeńcem, jej wzrok z kolei był do ciemności przyzwyczajony. Jednak blasku ogniska płonącego w samym sercu lasu nie dało się nie zauważyć.
        “Idiota”, pomyślała Shyilia w pierwszym odruchu. “Idiota, albo ktoś na tyle pewny swojej siły, że nie boi się bycia znalezionym.”
        Ale w takim razie też był idiotą. Każdy, kto lekceważy potencjalne zagrożenia, jest głupi - i jeśli ta głupota doprowadzi go do śmierci, to będzie to śmierć całkowicie zasłużona - a Shyilia zdecydowanie była zagrożeniem, jeśli tylko chciała nim być. A w tej chwili chciała.
        Zszedłszy z gałęzi z powrotem na ziemię, przeszła całkowicie w tryb skrytobójcy i ruszyła w stronę, gdzie znajdowało się ognisko i ten, który je rozpalił. Nie dbała o to, kim ów osobnik mógł być. Jeśli był niebezpieczny, należało się go pozbyć. Najlepiej dyskretnie, skoro motywem zabójstwa nie była zemsta dla satysfakcji. Elfka poruszała się niemal bezszelestnie - jak przemykający między pniami cień - i szybko. Zwolniła dopiero, gdy spomiędzy drzew zaczęła dostrzegać ciepły blask. W przeciwieństwie do szumiącego niespokojnie lasu, kobieta była całkowicie opanowana, dlatego każdy kolejny krok wykonywała ostrożnie i z rozwagą. Dotarła w końcu na skraj niedużej polany, odkrytego skrawka terenu, i zaszyła się między najbardziej skrajnymi krzakami, skąd mogła obserwować okolicę. Sporej wielkości kamienie nieco ograniczały jej widoczność i żeby przyjrzeć się dokładniej leżącemu w trawie osobnikowi, Shyilia musiałaby ponownie wspiąć się na któreś drzewo, jednak po chwili namysłu porzuciła ten pomysł. Nie chciała zwracać na siebie uwagi zbędnym ruchem. Zamiast tego, postanowiła powoli - bardzo powoli - podejść do jednego z kamieni, nie spuszczając przy tym wzroku ze swojego celu, a ów cel, będący bliżej niezidentyfikowanym mężczyzną, przez cały ten czas nawet nie drgnął. Prawdopodobnie spał, choć uznanie tego za pewnik byłoby co najmniej lekkomyślne. Przez takie niedopatrzenia zginęło wielu nieumiejętnych łowców.
        Pilnując, by w żadnym wypadku nie znaleźć się w polu jego widzenia, skrytobójczyni stopniowo zbliżała się do swojej ofiary, jak drapieżnik, którym w gruncie rzeczy była. Zamierzała pójść nieco okrężną drogą, by podejść go z boku. Nie wątpiła w swoją skuteczność, choć dałaby wiele za dar odczytywania aur lub chociaż jakiś szczątkowy szósty zmysł, który mógłby podpowiedzieć jej coś więcej na temat osób, które zamierzała zaatakować, ale były to tylko marzenia ściętej głowy i elfka musiała zdać się na swój spryt, licząc na to, że przeciwnik nie ogłuszy jej nagle jakimś podstępnym zaklęciem.
        Już tylko kilka sążni dzieliło Shyilię od mężczyzny, kiedy ten niespodziewanie się poruszył. Elfka zamarła w pół kroku, a jej myśli pojawiały się w głowie z prędkością błyskawicy. Czy ją wyczuł? Trudno stwierdzić. Ale to nie by dobry moment, by się nad tym dłużej zastanawiać. Ostatnie kilka kroków elfka pokonała biegiem, w tym samym czasie materializując w dłoni jedną ze swoich kusarigam, by w ciągu ułamków sekund znaleźć się nad swoją ofiarą. A raczej, na swojej ofierze.
        Jedną ręką przyciskała jego ramię do ziemi, a siedząc na nim okrakiem, własnym ciałem zmuszała mężczyznę do pozostania w pozycji leżącej. Była jednak drobnej budowy i nie ważyła zbyt wiele; wiedziała, że samym swoim ciężarem zbyt długo go tak nie utrzyma. Nie było czasu na zabawę. Shyilia musiała zakończyć to szybko. Przysunęła kusarigamę do miejsca, gdzie znajdowała się tętnica szyjna, lecz zanim wykonała zabójczy ruch, pochyliła się jeszcze nad swoją ofiarą i gwałtownym szarpnięciem zsunęła kaptur z twarzy mężczyzny, by choć przez krótką chwilę przyjrzeć mu się za żywota.
        A potem… nieznacznie cofnęła ostrze. Wyraz jej twarzy z zaciętego zmienił się w skupiony. Choć nadal siedziała na piersi mężczyzny z bronią w ręku, z jej postawy dało się wyczytać, że zmieniła zdanie i tej nocy żadna zbrodnia nie zostanie popełniona.
        - Idiota - powiedziała tym razem na głos. - Dzisiaj miałeś szczęście, ale następnym razem będziesz martwy.

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 35
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin » 4 miesiące temu

Nic nie zwiastowało tego, co stało się przed chwilą. Constantin nie spodziewał się, że ktoś zdecyduje się go zaskoczyć i rzucić na niego, przykładając mu ostrze do gardła i grożąc śmiercią. Co prawda, wcześniej w myślach odbył rozmowę z matką o tym, że powinien być bardziej ostrożny i to nawet w miejscach, w których wydawać by się mogło, że nic mu nie groziło i nic go nie zaatakuje. Zresztą, osoba chcąca to zrobić najpierw raczej powinna sprawdzić aurę Constantina, w której na pewno mogłaby zobaczyć jego dość mocną więź z żywiołem ognia, przez co oczywiście mógłby być groźnym przeciwnikiem, bo nietrudne byłoby stwierdzenie, iż właśnie taką magią włada mężczyzna.
Zresztą, sam pradawny półkrwi musiał przysnąć przy ognisku i przy wpatrywaniu się w gwiazdy na nocnym niebie, bo inaczej na pewno udałoby mu się wyczuć zbliżającego się przeciwnika… a raczej przeciwniczkę. Poczuł na sobie ciężar w tym samym momencie, w którym przebudził się właśnie dlatego, że ktoś na niego skoczył i unieruchomił go z wprawą osoby, która robiła to już niejeden raz. Po samym ciężarze nieznanego ciała mógł stwierdzić, że albo była to kobieta, albo lekki mężczyzna – gdy otworzył oczy, nadal ciężko było mu dojrzeć twarz nieznajomego przeciwnika, jednak wystarczył rzut oka na budowę ciała i talię, aby domyślić się, iż jest to przedstawicielka płci przeciwnej niż jego płeć. Czuł też brak kaptura na głowie, który wcześniej zakrywał jego włosy i może tworzył cień, który, chociaż w jakiejś części zakrywał jego twarz – to musiało oznaczać, że osoba siedząca na nim, zdjęła ten kawałek tkaniny… albo spadł on, gdy sam Constantin zasnął.
         – Mówiłam, żebyś uważał na otoczenie i był przygotowany na niebezpieczeństwo – odezwał się w jego głowie kobiecy głos, który należał do matki. On sam westchnął w myślach i naprawdę niewiele brakowało, żeby zrobił to na głos, co prawdopodobnie sprawiłoby, że mógłby zdenerwować… napastniczkę, bo przez takie zachowanie dałby jej znać, że niezbyt przejmuje się zagrożeniem swojego życia i, że na pewno ma jakiś plan, żeby w ciągu chwili zdobyć nad nią przewagę i, może, zabić ją. To z kolei sprawić by mogło, że ta zdecydowałaby się zabić go od razu, zamiast czekać na to, aż sytuacja odwróci się i to ona znajdzie się w niekorzystnej i groźnej dla niej sytuacji.
Na matczyne słowa nie odpowiedział nic, bo do jego uszu dotarł głos kobiety. Chwilę zajęło mu skojarzenie go i przypomnienie sobie znanej mu osoby, która miała identyczny ton i barwę głosu. Przez krótką chwilę wydawało mu się nawet, że może to ktoś inny z łudząco podobnym do niej głosem, jednak oczy powoli także przyzwyczaiły się do mroku i mógł dostrzec jej twarz, teraz wiedząc już, z kim ma do czynienia.

         – Kto to jest? Twoja znajoma…? Kojarzę ją, chyba – kobiecy głos odezwał się jako pierwszy. A Constantin już po tych słowach spodziewał się, że każdy z trzech członków rodziny wtrąci jakiś komentarz od siebie, właśnie na temat tego nieoczekiwanego spotkania i osoby, która… nadal na nim siedziała i sprawiała, że nie mógł się podnieść, a także ruszać rękoma.
         – Może jednak pozwolisz jej się zabić, grając przy tym kogoś innego i nie poznając jej… albo po prostu z nią walcząc? – to powiedział dziewczęcy głos, należący do siostry maga. Prawdę mówiąc, jej nie znosił najbardziej i mógłby nawet nie szukać sposobu na pozbycie się ich wszystkich, gdyby te fragmenty umysłu innych osób ograniczały się wyłącznie do tych należących do jego rodziców.
         – Ta dziewczyna nauczyła cię walczyć tym sierpem na łańcuchu, który ostatnio przyniósł ci trochę problemów – odparł męski głos, którego używał jego ojciec. Powiedział to w taki sposób, że sam Constantin nie był pewien, czy jest to stwierdzenie, czy może pytanie, na które ten oczekuje od niego odpowiedzi. Postanowił, że nic nie powie – najwyżej zdenerwuje tym ojca, ale przynajmniej nie dość, że będzie wiedział, iż było to pytanie, to jeszcze da mu do zrozumienia, iż powinien wyrażać się jaśniej.
         – Ciebie też miło widzieć, Shyilia – w końcu odpowiedział coś na głos. Nawet spróbował uśmiechnąć się lekko, chociaż ogień z ogniska stworzył przy tym taki cień, iż wyglądało to bardziej, jak jakiś nieokreślony grymas, a nie jak lekki uśmiech.
         – Mogłabyś mi nie życzyć śmierci, tak na samym początku – dodał, przez chwilę nawet spoglądając jej w oczy, mimo że nie widział ich zbyt dobrze, bo noc i cienie od ognia ukrywały trochę jej twarz.
         – Wygodnie się siedzi? - zapytał na koniec, zauważając przy okazji, że elfka w dalszym ciągu unieruchamia go, właśnie przez to, że nadal na nim siedzi. Już powoli zaczęło przeszkadzać mu to, że może ruszać jedynie szyją i głową, więc liczył na to, że Shyilia potraktuje to jako sugestię, że może – jeśli chce kontynuować rozmowę – jednak powinna usiąść obok albo naprzeciw niego, a nie… na nim.
Bez względu na to, czy zdecydowała się usiąść gdzieś przy ognisku, czy może nadal nie zmieniła miejsca siedzenia, chcąc, może podroczyć się z nim trochę albo podenerwować go jeszcze przez chwilę, on i tak miał zamiar zadać jej pytanie, które pojawiło się w jego myślach w momencie, w którym ją rozpoznał. No i nie dawało mu spokoju, dlatego też chciał zadać je jak najszybciej i także uzyskać na nie odpowiedź.
         – To… Dlaczego właściwie mnie zaatakowałaś? Przez chwilę miałem wrażenie, że rzeczywiście chcesz mnie zabić, więc… Dlaczego? - zapytał w końcu. Wątpił w to, żeby śledziła go i rzeczywiście chciała zabić. Rozstali się w, raczej, przyjaznych stosunkach i nie byli do siebie wrogo nastawieni, więc o wiele bardziej możliwe było to, że mogła go z kimś pomylić. Z kimś, kto także mógł przebywać w tej okolicy i jednocześnie był też jej wrogiem, celem do wyeliminowania albo nawet i tym, i tym.
         – Może spróbuj jakoś polepszyć wasze relacje i zbliżyć się do niej? Przydałaby się kobieta w twoim życiu – w jego myślach ponownie odezwał się głos kobiety, którym słowa wypowiadała jego matka, a Constantin ledwo powstrzymał się przed przewróceniem oczami, gdy tylko to usłyszał.
         – Cicho, teraz najlepiej będzie, jeśli w ogóle nie będziecie się odzywać – powiedział szeptem, jednak wiedział też, że Shyilia najpewniej to usłyszy. Czasem zdarzało mu się przemawiać do nich na głos, a nie w myślach, co najczęściej sprawiało, że przykuwał spojrzenia innych, gdy robił to w miejscach, w których ci „inni” mogli usłyszeć, jak gada z samym sobą. W przypadku elfki było trochę inaczej, bo ona wiedziała o tym, w jakim stanie znajduje się jego umysł i psychika, więc raczej nie będzie go oceniać na podstawie czegoś takiego. Mag ponownie przeniósł wzrok na nią, starając się, żeby był on pytający i oczekujący na jakąś odpowiedź.

Awatar użytkownika
Shyilia
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Shyilia » 5 dni temu

        Już w swych młodych latach Shyilia nauczyła się, że najważniejszą zasadą przetrwania jest spodziewanie się niespodziewanego; wszak przezorny jest zawsze ubezpieczony, a w przestępczym fachu ostrożność to kwestia niezbędna, jeśli nie chce się w kwiecie wieku wąchać kwiatków od spodu. Jednak w najbardziej abstrakcyjnych teoriach elfka nie przewidziała tego, co spotkało ją owego wieczoru. Kiedy podjęła decyzję ataku na nierozważnego obozowicza, miała w głowie kilka prawdopodobnych scenariuszy - zabije przeciwnika, zanim ten w ogóle się zorientuje, że został zaatakowany, wda się z nim w dłuższą walkę, z której tylko jedno z nich ujdzie z życiem lub, jeśli mężczyzna będzie miał naprawdę dobre argumenty, może okaże mu łaskę - lecz żaden z nich nie przewidział tego, że Shyilia z własnej inicjatywy odpuści sobie krwawy mord.
        Tymczasem nie mogła przecież tak bez powodu zarżnąć kogoś, kogo w dawnych czasach darzyła zaufaniem i kto niegdyś był najbliższy definicji przyjaciela. Dlatego zamiast krwotoku z tętnicy szyjnej, kobieta zaserwowała Constantinowi jedynie złośliwy komentarz, którzy mężczyzna potraktował chyba trochę zbyt dosłownie, choć w reakcji na jego ironiczne powitanie, kącik ust elfki drgnął nieznacznie. To był jednak tylko ułamek sekundy, po którym na jej twarz powrócił skupiony wyraz.
        - Gdybym życzyła ci śmierci, nie rozmawiałbyś teraz ze mną, tylko z kostuchą - oznajmiła, bez cienia wesołości, tak by mężczyzna był świadom, że ze skrytobójczynią nie ma żartów. - Ja akurat nie mam w tym interesu, żeby posłać cię na tamten świat, ale jeśli nadal będziesz wylegiwał się beztrosko przy ognisku w samym środku ciemnego lasu, to równie dobrze możesz wręczyć wszystkim okolicznym zabójcom mapę z podpisem “TUTAJ JESTEM, ZABIJCIE MNIE”.
        Mówiła to głosem przesiąkniętym sarkazmem, ale z tego głosu dało się także wyczuć osobliwy rodzaj nagany, jakiej udziela się przyjacielowi, który wykazał się wyjątkowo głupim zachowaniem. Co prawda Constantin miał na karku już prawie wiek i elfka wiedziała, że zapewne nie dałby się podejść pierwszemu lepszemu rzezimieszkowi, ale konfrontacja z bardziej doświadczonym przeciwnikiem mogłaby nawet dla niego okazać się zgubna. Choćby i z Shyilią, przed której ostrzem uchronił czarodzieja tylko fakt, że niegdyś żyli ze sobą w przyjaznych stosunkach. Dlatego twarde i pełne dezaprobaty było jej spojrzenie, gdy patrzyła na Naxama z góry, sponad skrzyżowanych na piersi rąk.
        Dopiero pytanie czarodzieja sprawiło, że na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmiech, z gatunku tych, po których zazwyczaj następowała prowokacja, pod różnymi postaciami.
        - Hmm, dawno nie miałam okazji siedzieć na mężczyźnie. Zwłaszcza żywym. - Mruknęła arogancko, choć zgodnie z prawdą. Zresztą, w ogóle dawno nie miała okazji, by przeprowadzać z mężczyznami jakąkolwiek interakcję, która nie byłaby próbą szantażu, groźbą czy morderstwem…
        Przez chwilę kobieta miała ochotę nieco się z Constantinem podroczyć, bo w istocie był całkiem wygodny do siedzenia okrakiem, a jego aluzja dodatkowo kusiła Shyilię, by zrobić mu na przekór, ale elfka zrezygnowała z tego pomysłu i zsunęła się z mężczyzny. Skrzyżowawszy nogi, usiadła na trawie po jego lewej stronie i odłożyła kusarigamę na bok. Nie odwołała jej jednak, zamykając w naszyjniku, lecz zostawiła ją w takim miejscu, by w razie czego mogła błyskawicznie po nią sięgnąć. Nie mogła stracić czujności.
        Nawet jeśli chodziło o Naxama.
        Łączyła ich wspólna przeszłość i w tej przeszłości elfka darzyła czarodzieja zaufaniem. Poza mentorką Shyilii, która nauczyła zabójczynię posługiwania się magią, Constantin był jedyną osobą, z którą znajomość nie zakończyła się przelewem krwi jednej ze stron. I jedyną, która uznała elfkę za sprzymierzeńca, okazując jej wsparcie, a także powierzając własne sekrety. Ale to było kiedyś, dość dawne kiedyś. Shyilia nie miała pewności czy w ciągu minionych kilkudziesięciu lat nastawienie mężczyzny nie uległo zmianie. Nie zamierzała wprawdzie od razu podejrzewać go o najgorsze zamiary, choć musiała założyć, że taka możliwość też istnieje. Wiedziała, że czarodziej najprawdopodobniej zauważy te przejawy ostrożności, ale wiedziała też, że raczej zrozumie jej nastawienie, jak również to, że pozostawienie go nietkniętego i uzbrojonego było największym dowodem kredytu zaufania, jaki w tej chwili mogła mu dać. Znał jej bolesną przeszłość na tyle, żeby mieć świadomość tego, z jak wielkim trudem przychodziło elfce opuszczenie przed kimś gardy i wpuszczenie go do swojej bezpiecznej strefy. Nigdy nie zostawiała miejsca na margines błędu. Jeśli Naxam miał wobec kobiety wrogie zamiary, zranienie jego uczuć było jej najmniejszym problemem, a jeśli jakiekolwiek podejrzenia były nietrafione - Shyilia miała nadzieję, że czarodziej nie będzie miał jej tego za złe…
        - Nie zamierzam cię przepraszać, bo sam jesteś sobie winny, ale nie odbieraj tego tak osobiście. - Przekrzywiła głowę, słuchając jego pytań na temat niespodziewanego ataku. - Nie miałam pojęcia, że szarżuję na ciebie. Jak może pamiętasz, nie potrafię wyczuwać aur. Umiem za to wyczuć potencjalne zagrożenie. A dobrze wiesz, że je stanowisz.
        Jej słowa nie miały na celu urażenia Constantina. Stwierdzała tylko fakty, a bezsprzecznie stanowiły one, że mężczyzna był niebezpieczny. Oboje byli. Niejednokrotnie będąc świadkiem metod działania tego piromana, Shyilia zastanawiała się czasem, które z nich było bardziej przerażające: on ze swoim gorącym szaleństwem czy ona z zimną surowością?
        - Właściwie co robisz w okolicy, hm? - spytała z nieskrywaną ciekawością. - To ładny las, więc jeśli zamierzasz go podpalić, odradzam. Choć z miastem rób, co ci się żywnie podoba; może swąd dymu wykurzy z ukrycia tchórzliwe szkodniki…
        Po niedługim czasie z ust czarodzieja padło zdanie niewypowiedziane w jej kierunku. Zdawać by się mogło, że Constantin mówi sam do siebie, jednak Shyilia znała historię, jaka kryła się za tym osobliwym zachowaniem. Wspomnienia dawnych rozmów z mężczyzną wróciły bardzo żywe. Wtedy po raz pierwszy - i ostatni - ktoś się przed elfką otworzył, wyjawiając najbardziej intymną prawdę; uczucia, gdy ktoś obdarza cię takim zaufaniem, nie można porównać do niczego innego. Tego wieczoru, przy tym idiotycznym, zdradzającym pozycję ognisku, w umyśle Shyilii owo uczucie odżyło i przez chwilę kobieta miała wrażenie, jakby ona i Constantin nigdy się nie rozstali, a spędzone oddzielnie lata były jedynie snem pomiędzy wspólną pogonią za zleceniami, które niegdyś stanowiły ich codzienność.
        Ale chwila ta trwała krótko i po kilku sekundach skrytobójczyni powróciła świadomość czasu i przestrzeni. Na przestrzeni lat wiele się zmieniło - jak wiele, tego elfka musiała się dopiero dowiedzieć - ale i wiele pozostało niezmienne.
        - Pozdrów ode mnie swoją rodzinkę. - Shyilia uśmiechnęła się lekko, a w tym uśmiechu bardziej uważny obserwator dostrzegłby odrobinkę ciepła, które w jej przypadku było rzadkim zjawiskiem. - Nadal nie możesz się od nich uwolnić, co? Po tych wszystkich latach, patrząc na ciebie, odnoszę wrażenie, że nadal jesteś tym samym mężczyzną.
        I prawdę mówiąc, miała nadzieję, że tak było. Chociaż wciąż potrzebowała wybadać, w jakim stopniu może obdarzyć obecnego Naxama zaufaniem, miłe było spotkanie kogoś, z kim można normalnie porozmawiać, bez nieustannych podchodów, kłamstw i ryzyka, bez nieustannych myśli o tym, jak by tu w razie czego skutecznie unieszkodliwić rozmówcę… Shyilia nawet nie zauważyła, w którym momencie bezwiednie ukryła kusarigamę ani kiedy poczucie zagrożenia zniknęło.
        No, może nie całkiem zniknęło, ale zmalało na tyle, że nie uprzykrzało życia.
        Elfka miała ochotę zadać Constantinowi kilka pytań. Była ciekawa, co robił przez czas, kiedy się nie widzieli i jak potoczyły się jego losy. Ale nie zamierzała być wścibska. Jeszcze nie. Nigdy nie była zbyt dobra w prowadzeniu konwersacji i odczytywaniu pragnień rozmówcy, dlatego w sytuacjach, gdy nie chciała wywoływać nieporozumień, wolała trzymać język za zębami. Zresztą, większości rzeczy najczęściej można dowiedzieć się przy okazji. A tych, miała nadzieję, będzie jeszcze sporo. Na razie, zamiast skupiać się na jego wnętrzu, Shyilia przyglądała się czarodziejowi, próbując ocenić, jak bardzo uległa zmianie jego aparycja, jednak elfka nie dostrzegała większych oznak upływu czasu. Wyglądał mniej więcej tak, jak go zapamiętała: przystojny, zadbany, ze znajomą iskrą szaleństwa w oczach. W innych okolicznościach na pewno od razu by go rozpoznała; nie jej wina, że akurat leżał zakapturzony w samym środku lasu...
        - Przyznaję, przyjemnie się tu siedzi, ale ja będę się zwijać - oświadczyła w pewnym momencie, wstając z ziemi. - Po pierwsze, jak już wspomniałam, siedzenie nocą przy ognisku to idiotyzm, jak się jest sławnym na pół świata przestępcą, na którego polują wszyscy łowcy nagród. A po drugie, mam w mieście sprawy do załatwienia i wolałabym tam dotrzeć przed świtem, zanim mieszkańcy wylezą na ulice.
        Poprawiła zapięcie płaszcza, co by nie zsunął jej się z ramion podczas dalszej wędrówki do Iruvii, po czym stanęła dokładnie naprzeciw Constantina, opierając ręce na biodrach i unosząc jedną brew.
        - Zostajesz tu czy chcesz mi towarzyszyć?

Awatar użytkownika
Constantin
Szukający drogi
Posty: 35
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Constantin » 13 godziny temu

Westchnął cicho, gdy usłyszał wypowiedziane przez nią słowa. Miał wrażenie, że nie do końca rozumiała jego całą sytuacją, jednak raczej nie powie jej tego wprost, w końcu nie chciał niepotrzebnie jej rozzłościć, bo jeszcze rzeczywiście zacznie realizować powód, dla którego w ogóle się na niego rzuciła.
         – Wątpię, żeby tym „okolicznym zabójcom” przyszło do głowy, że znajduję się w tym lesie, a nawet jeśli, to… raczej wiedzieliby, jak silnym przeciwnikiem jestem i zastanowiliby się dwa albo nawet trzy razy, zanim w ogóle postanowiliby działać. O zwierzęta też się nie martwię, bo te dzikie nie przepadają za ogniem – odpowiedział w końcu, raczej ostrożnie dobierając słowa, patrząc na to, że nadal znajduje się bezpośrednio na ziemi, a Shyilia ma nad nim przewagę. Chociaż… sam nie był pewien, czy udało mu się osiągnąć zamierzony cel w pełni. Chciał dodać coś jeszcze, ale ostatecznie zrezygnował z tego, postanawiając, że może zachowa to dla siebie – słowa te mogły brzmieć podobnie jak chwalenie się czymś, a on nie przepadał za robieniem tego. Niedługo po tym, zmienili pozycję, w której ze sobą rozmawiali – Shyilia usiadła po jego lewej stronie – a on mógł w końcu podnieść się i także rozsiąść się nieco wygodniej.

Nie ufała mu, co rozpoznał dość szybko. Znaczy… ufała, ale nie tak bardzo, jak kiedyś. Nie dziwił jej się, bo on traktował ją w podobny sposób, chociaż może nie okazywał tego tak otwarcie, jak ona. Owszem, nie była dla niego kimś nieznajomym i nie musiała zdobywać jego zaufania, jednak mogła przecież zmienić się przez te lata, przez które się nie widzieli. Zdawał sobie też sprawę z tego, że wiedzieli o sobie dość sporo – i to nawet takie rzeczy, których na pewno nie mówi się dopiero co poznanej osobie – jednak i tak przez jakiś czas miał zamiar zachowywać lekki dystans. Nawet, jeśli nie będzie to długo trwało, on i tak zmieni to nastawienie dopiero wtedy, gdy upewni się, że elfka jest taka, jaką ją zapamiętał i przez to będzie mógł jej zaufać, czując się w jej obecności swobodnie.
         – Nie mam ci tego za złe – odparł szczerze. Uświadomił też sobie, że skoro Shyilia go zaatakowała tylko przez to, że wyczuła w nim kogoś groźnego, to prawdopodobnie mogła wziąć go za kogoś, kim nie jest.
         – Na kogo polujesz? - zapytał nagle, a przez jego oblicze przebiegł uśmieszek. Domyślił się, że kobieta szuka kogoś, kto może przebywać na tym terenie i, kto prawdopodobnie jest jej aktualnym celem. Wiedział przecież, czym się zajmowała. Co więcej, czasem on sam także zatrudniał się jako zabójca na zlecenie i to nawet taki, który ma wyeliminować ofiarę po cichu i bez zwracania na siebie uwagi, mimo że częściej wolał robić to… bardziej widowiskowo, głównie poprzez podpalanie budynku, w którym znajdowała się ofiara i powodowanie, że ta ginęła w pożarze. Ostatecznie dzięki czemuś takiego zyskał pewien pseudonim, którego i tak nie traktował jako części siebie – w końcu tak został nazwany przez kogoś i nie było tak, że sam go sobie wymyślił i zadbał o to, żeby być znanym właśnie pod nim.
         – Ja…? Podróżuję. Teoretycznie za cel obrałem sobie miasto znajdujące się w okolicy, ale to nie oznacza, że muszę udać się prosto do niego. A lasu nie mam zamiaru podpalać, nie przepadam za niszczeniem czegoś, co jest dziełem Natury – odpowiedział jej. Mówił prawdę, nie czując potrzeby ukrywania przed nią informacji, bo nie chciałby, żeby o czymś się dowiedziała albo coś takiego. Naprawdę podróżował w stronę Iruvii, chciał się tam trochę rozejrzeć i może złapać jakieś zlecenie, w którym akurat przydałyby się jego umiejętności.

Później musiał poświęcić chwilę na rozmowę z rodziną, głównie w celu uciszenia ich – wiedział, że nie zmusi ich do tego, żeby nie słuchali, więc przynajmniej chciał, żeby przez jakiś czas po prostu siedzieli cicho. Wiedział też, że Shyilia nie będzie patrzyła na niego jak na kogoś, kto jest obłąkany, bo po prostu wiedziała, jaki jest jego problem i, co się dzieje, gdy wygląda tak, jakby gadał sam ze sobą.
         – Próbowałem kilkukrotnie, ale nic nie działało. Czasami szukam jakiegoś innego, nowego sposobu, a czasem… po prostu ich „głosy” uważam za coś, co jest częścią mnie i wtedy wydaje mi się, że po prostu czuję się do nich przyzwyczajony – odparł po chwili. Najczęściej próbował zwrócić się o pomoc do kogoś, kto wiedział, że zna magię umysłu, jednak… chyba nie udało mu się jeszcze znaleźć kogoś na tyle potężnego, żeby rzeczywiście mógł mu pomóc. Magia umysłu wydawała mu się jedyną, która może tu pomóc i właśnie dlatego, jeśli już szukał pomocy, to wśród magów umysłu.
         – Tym samym może nie… Wiesz, przybyło mi lat, chociaż fizycznie może nie do końca jest to widoczne, no i na pewno polepszyły się moje różne umiejętności, w tym magiczne… I jeszcze doświadczenia życiowe, też mam ich więcej. Poza tym, to chyba tyle – odparł, przeczesując włosy dłonią, czując, jak prześlizgują się pomiędzy jego palcami. Może przydałoby się je trochę skrócić? Wcześniej jakoś niezbyt zaprzątał tym sobie głowę, ale skoro niedługo prawdopodobnie będzie w mieście, to może przy okazji odwiedzi też balwierza? Przy okazji może też zadba trochę o brodę i ją też trochę skróci. Właściwie, nie brzmiało to tak, jakby było to złym pomysłem, a usługi takie nie kosztowały wiele.
         – A jak to u ciebie wygląda? Znaczy… niektóre rzeczy widzę, między innymi to, że nadal wyglądasz jak elfka, której kiedyś uratowałem życie – zapytał, rozwijając trochę. Chciał wspomnieć coś o jej urodzie, prawdopodobnie dodając po prostu „piękna” przy elfce, jednak ugryzł się w język i nie wypowiedział tego jednego, dodatkowego słowa.
        „A powinieneś je dodać, może zrobiłoby jej się miło” – usłyszał w głowie głos matki, która jak zwykle przy tego typu sytuacjach (czyli wtedy, gdy rozmawiał z jakąś kobietą, a zwłaszcza z taką, którą już znał) chciała, żeby znalazł sobie jakąś partnerkę, a już zwłaszcza taką, która wydawała jej się, że jest w jego typie. Constantin wiedział, że nie był to ostatni komentarz tego typu i najpewniej usłyszy ich jeszcze sporo w swojej głowie. Westchnął i przewrócił oczami, ale ciężko było stwierdzić, czy może dlatego, że usłyszał to, co powiedziała jego matka, czy może dlatego, że poczuł się trochę głupio, tak w ostatniej chwili powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś.
         – Miałaś nic nie mówić, przynajmniej przez jakiś czas – wyszeptał do siebie, chociaż oczywiście zwracał się do swojej matki.

Spojrzał na nią, gdy powiedziała, że będzie ruszała w swoją drogę. Szczerze mówiąc, spodziewał się, że jednak zostanie dłużej i będą mogli porozmawiać, no i też powspominać, jeśli na to też będą mieli ochotę. Chwilę później pomyślał, że może zaproponuje jej wspólną podróż, skoro i tak oboje zmierzają w stronę miasta, jednak Shyilia wyprzedziła go i sama to zaproponowała.
         – Pójdę z tobą. I tak szedłbym do miasta, a tak, to w drodze będziemy mogli trochę porozmawiać – odparł, wstając po chwili. Spojrzał też na ognisko, które też było trzeba zgasić. Po chwili wykonał dłonią ruch podobny do chwytania od dołu – jakby chciał złapać w nią coś, czego nikt inny nie widzi – a następnie zacisnął ją w pięść. W tym samym momencie, ogień zgasł nagle i zostawił po sobie jedynie częściowo zniszczone kawałki drewna. Zaklęcie to było bardzo proste i raczej zbyt słabe, żeby zainicjować zmiany na jego ciele, które związane były właśnie z używaniem magii ognia.
         – Możemy iść – zapowiedział gotowość do drogi. Na polanie zaczął panować półmrok, który rozpraszany był nieco przez światło księżyca, który znajdował się w pełni, a także tych gwiazd, które nie były zakrywane przez kilka chmur leniwie płynących po nocnym niebie.
         – To… Co działo się z tobą po tym, jak się rozstaliśmy? - zapytał, gdy zaczęli maszerować. Było to dość ogólne pytanie, a Constantin liczył na to, iż Shyilia opowie mu krótką (a może pokusi się na coś dłuższego) historię swoich losów właśnie z tego czasu, w którym się nie widzieli. Oczywiście, miał też zamiar zrewanżować jej się tym samym, jeżeli go o to zapyta.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Lasy Eriantur”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość