Zajazd Lucy'egoTroje to nie tłok

Powadzony przez wilkołaka i dość popularny już lokal, który zasłynął nie tyle z noclegów co z możliwości zamówienia w nim kawy - rzadkiego w Alaranii przysmaku. Pracują tu i odpoczywają przedstawiciele wielu różnych ras, ze znaczącą przewagą naturian i zmiennokształtnych, którym proponuje się tu wiele udogodnień niespotykanych w typowo ludzkich czy elfich domostwach.
Awatar użytkownika
Lucy
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Re: Troje to nie tłok

Post autor: Lucy » 3 tygodnie temu

        Niko usłuchał Kaikomi i po wejściu do zajazdu zaraz oddzielił się od reszty, by znaleźć… Tao lub Toę. Wiedział już jak wyglądają, chociaż za Nową Aerię by ich nie odróżnił, nie był też pewny gdzie mogą być. Ale już gdzieś z boku mrygnęła mu karzełkowata sylwetka. A jeżeli coś było tu niższe od niego to musiał być to albo jeden z niedźwiadków, albo jedna z tych dziwacznych kobitek.
        Postanowił łapać okazję i chwilowo darować sobie przedsprzątalniczą, a powypdakową herbatkę. A nie pogardziłby. Im szybciej jednak odzyska swoje rzeczy tym lepiej.
        - Ymm, Tao?
        - Może. - Uśmiechnęła się Kropelka. I się zaczęło.
        Nie sądził, że mając tyle roboty jeszcze będą sobie utrudniać i przeciągać rozmowę… ale w sumie nie miał nic przeciwko. To lubił w mieszkańcach tej wyspy i tutejszej atmosferze - zawsze ktoś coś odwalał, a do tego nadal było przyjemnie.
        - Zużyta, lekko, obszarpana… taka jak ja, tylko że starsza. Och, i połatana! A normalnie to z włókien konopnych, jasna. Wymiarów nie znam, musicie mi wybaczyć. Ale sądzę, że nikt inny nie miał bagażu z tyloma cerkami, że więcej ich niż torby. Ale jeżeli nie jesteście jeszcze panie usatysfakcjonowane… - Wyciągnął szyję i spojrzał za siebie. - Widzicie te przecudnej urody męską bieliznę, którą tygrys wkłada sobie na głowę? To moje. I tamta koszulka… - Wskazał nieco dalej. - Och, i ten pasek! Lubią tutaj cudze ubrania, co? - spytał, wracając uwagą do malutkich prawie-dam. - Ale myślę, że kostkę szarego mydła i brzytewkę to mogli mi zostawić. Szmatkę ręcznikową może też? Kurde, będę musiał zabrać od nich ten pasek, skóra cielęca nie rośnie na drzewach - mruknął czekając na decyzję Kropelek. Oddadzą mu jego rzeczy, czy będą chciały bawić się z nim dalej?

        Tymczasem Mina doprowadziła nadal lekko słaniającego się na nogach Irinaia do milutkiej ławy, akurat skrytej lekko w cieniu, tak jak potrzebowali. Usadziła kolegę ostrożnie, sprawdziła czy się trzyma i poszła po zioła dla niego. Przy barze oczywiście stał Lucy, choć wolałaby zagadać do jednej z wróżek… może jeszcze mogła?
        - Słyszałem, że złapałaś tych drani.
        Za późno!
        - Próbowałam. - Uśmiechnęła się gorzko i zatrzymała, nie chcąc na bezczelnego ignorować szefa i odchodzić kiedy do niej mówił. Nawet o krok dalej!
        - Nic ci się nie stało?
        - Niee… nie. - Pokręciła głową już nieco spokojniej. No i skoro już musieli rozmawiać…
        - Przyszłam po coś dla picia dla Irinaia i Niko… pani Irminia zaleciła im chwilkę odpoczynku. - Powołując się na lekarkę, przynajmniej sama się nie rządziła.
        - Hmmm, coś do picia… zasłużyli sobie, nie ma co - westchnął rzucając opartemu o stół Irisiowi spojrzenie, jakie zdaniem Miny wilk rzucał owcy przed jej pożarciem. Wzdrygnęła się. Ale i tak nie miała dość odwagi, aby wejść mu w kadr i ptaszynę zasłonić. Jak źle się z tego powodu czuła!
        - Cokolwiek! - Sądziła, że właśnie pisnęła, ale głos jej był tak cichy i łagodny, że do uszu baristy doleciał jedynie cieplutki szept.
        - Poczekaj chwilę, to zaniesiesz skrzydlatemu, jeśli mogę cię prosić… choć sam powinien się pofatygować.
        - Zaniosę. - ,,W takim stanie nie powinien się ruszać!”.
        - A Niko gdzie jest? A nieważne, widzę. Kropelki się z nim bawią.
        Mina jakoś czujnie uniosła głowę i wypatrzyła chłopaka zerkającego na roześmiane bliźniaczki. Poczuła przyciężki ból gdzieś w piersi i zanim się obejrzała, zmarkotniała wyraźnie - tak bardzo, że nikt tego nie zauważył.
        - Miał pójść po torbę - oznajmiła niemrawo, przypominając sobie słowa Kaikomi.
        - Och! Mam nadzieję, że szybko jej nie dostanie. - Na pysku wilka pojawił się grymas satysfakcji. Jakoś na chwilę zapomniał, że przy Minao powinien hamować się z uniesieniami wredoty, o czym przypomniał sobie dopiero, gdy zobaczył jej pociemniałe spojrzenie.
        Ta dziewczyna naprawdę nie znosiła podobnych przejawów sadyzmu, prawda?
        Jednak tym razem nie o to chodziło. Lecz nie zamierzała tłumaczyć nikomu co przysporzyło jej z nagła tyle troski i dlaczego wizja Nikodema zabawiającego się dłużej z maie, wcale jej się nie podobała. Zbyt wiele tematów musiałaby wtedy poruszyć i odwołać się do wydarzeń, które już dawno dla nikogo nie miały znaczenia. A może nigdy nie miały, dla nikogo poza nią.
        Przybita, ospale przysiadła na stołku i czekała na herbatki dla chłopców. A może dostaną po soczku? Chyba nie doprecyzowała co chce… och, wszystko jedno, co najwyżej poproszą drugi raz…
        Zamyślona, nie zauważyła nawet kiedy podstawiono przy niej trzy filiżanki ziół. Nie wiedziała też kto to zrobił, bo gdy uniosła głowę za ladą nie było nikogo - nawet Lucy’ego. Trochę czując się winna, że nie podziękowała, rozejrzała się, ale na niewiele się to z dało. W końcu, czując chwilę swobody, przymknęła oczy i z ciekawości powąchała napoje.
        Hmm… rumianek z melisą! Coś dla Irinaia. I to w tej uroczej zastawie z koniczynką! A dalej… czyżby czarna z kardamonem i pieprzem? To na pewno dla Niko. Nie da mu szef spokoju!… och, i zielona z bławatkiem! Uwielbiała ją!
        - Dzię…! - A, no tak.
        Podniosła się zawstydzona i czym spieszniej zaniosła tacę do ich stolika.

        Trochę chwil minęło - Niko zdążył dołączyć, Iriś w końcu się pozbierał… Lucy ogarnął spojrzeniem straty, a widząc, że dwa głupki żyją, dał im na razie spokój. Wiedział i tak, że skrzydlaty tylko czeka, żeby paść mu do stóp i zalać rozpaczliwymi przeprosinami. Chyba, że od razu zaofiaruje, że popełni rytualne samobójstwo. Ale chyba nie mieli do tego narzędzi…
        W końcu, choć był powstrzymywany przez dwie pary rąk, fellarianin wstał znad niedopitej herbaty i z desperacją wypisaną na pobladłej twarzy skierował się w stronę baru. Tam gdzie szef już myślał nad popisowym odradzaniem mu honorowej śmierci. Widział zresztą jego dziwnie zadowoloną minę… ale nie zwolnił!
        Odwagę się ceniło.
        Za to głupota rzuciła wiadrem…

        Kiedy później do wilka podeszła Kaikomi, wszystko wydawało się całkiem spokojne. Brakło śladów krwi czy wgnieceń w podłodze zrobionych fellariańskim czołem. Lucy też nie wyglądał na tak rozanielonego, by myśleć, że kogoś wykończył. Nie. Raczej skończyło się na pogadance.
        - Mieli przyjść? - spytał znad kawy uprzejmie zaskoczony. - Iriś przyszedł, to fakt. Trudno by tego nie zrobił… była też Mina. Niko niczego mi nie wyjaśniał, choć może i dobrze. Usłyszałem całą tę historię z pięć razy dzisiaj, w tylu różnych wersjach, że w zasadzie mam dość. Chociaż ta o walce na noże mi się podobała. - Uśmiechną się lekko, po czym coś sobie przypomniał: - Och, a wiaderko było magiczne - ogłosił i podniósł niedoszłą broń, przyozdobioną teraz wstążką i listkami. Jak zwykle w takich sytuacjach wyglądał jakby mówił całkowicie poważnie i wręcz napawał się tym ile to dzieje się w jego zajeździe. - Nie wiem co prawda jakie ma moce, ale zakładam, że po prostu nie trafia w cel. Miałem szczęście. - Podsunął jej, by przyjrzała się temu wspaniałemu artefaktowi, po czym odpowiedział:
        - Nic nie słyszałem. - Pokręcił łbem. - Na wszelki wypadek wysłałem z nimi Minę. Ona ich przypilnuje. Wiesz, odniosłem wrażenie, że nieźle się dogadują tak we trójkę. Przy stoliku siedzieli spokojnie, a i jakoś wesoło… normalnie jak nastolatki na mieście. Obrzydliwe. Gdzie też się podziała tyrania pracy! Ale - poprawił się. - Kiedy Mina ma ich na oku przynajmniej niczego nie rozwalą. - Zamilkł na chwilę, jakby zastanawiając się nad czymś i kontynuował:
        - Zdaje mi się, że ona naprawdę z mało kim rozmawia. Czasami z Theru lub Berhe, może z Irinaiem przed pracą, ale… przeważnie siedzi u siebie w ogrodzie. I nikt do niej nie przychodzi… nie często. Cały czas pracuje i chociaż to zdrowe, myślę, że może przydać jej się przerwa. To jedna z niewielu osób, których nie muszę poganiać, by coś robiła, ale powiedzmy sobie szczerze, to lekka przesada, by stale tu siedziała. Nie jest w końcu zwykłym pracownikiem. - Bo choć każdy członek zajazdowej rodzinki pracował, nie byli opłacani w typowy sposób - wszyscy wspólnie się utrzymywali, a Lucy zarządzał majątkiem z prowadzonego interesu. Wypłaty były umowne, tak jak w rodzinie. Nawet Irinai męczył się za dach nad głową, wikt i opierunek, a nie jakieś grosze. Dlatego też godziny pracy i zakres obowiązków był jak najbardziej płynny. I tak jak Lili z tego korzystała niemalże bez ograniczeń, tak Mina zdawała się robić wszystko, byle tylko nie wyjść na bumelanta, choć miała pełne prawo wziąć sobie wolne kiedy tylko uznała to za stosowne.
        Ale nie brała.
        - Jakkolwiek tragicznie to nie brzmi, znasz ją pewnie lepiej niż ja, może spróbujesz zasugerować jej by od czasu do czasu wyszła do miasta? Czy na nadbrzeże, gdziekolwiek. - Machnął ręką. - Młoda dziewczyna, a gnije tu jak niewolnik. I o dziwo czuję się za to odpowiedzialny - przyznał z niedowierzaniem. Bo faktycznie nie miał pojęcia czemu to wrażenie zaczęło go prześladować - nigdy nie był opiekunem krówki. Gdy dopiero rozpoczynali współpracę, a ona miała z lat dziesięć, stale latała za Berhe. Potem trzymała się z boku lub nadal przy niej… i nigdy nie wchodzili sobie w drogę. Teraz zaczynał rozumieć, że tej pokornej rogaciźnie czegoś brakuje i… i chciał to jakoś naprawić.
        Chyba zaczynał się starzeć.
        - Tak czy inaczej teraz siedzi z nimi. - Wskazał na piętro. - Jak się jej spodoba takie towarzystwo może jutro oprowadzić Niko po jakiejś wiosce. Żadnych pilnych napraw nie przewiduję. - Wzruszył ramionami, by zatrzeć ślady troski i nalał żonie trochę wody z cytryną.
        - A co z twoją muchołapką? Też jest magiczna? - Zręcznie zmienił temat i uśmiechnął się zaczepnie spod swojego wianka. Nie mógł zbyt długo robić za dobrego szefuńcia.

Awatar użytkownika
Kaikomi
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kaikomi » 2 tygodnie temu

        Ależ oczywiście, że Kropelki miały czas, aby droczyć się z Niko. One miały czas, by droczyć się z każdym, kogo trzeba było troszkę pozaczepiać. Twardo obstawały przy tym, że dzięki temu niektórzy klienci czują się jak w domu - może nie tym prawdziwym, ale takim, jaki chcieliby mieć. Mogli sobie swobodnie pogadać, podokuczać jak z siostrami, a co było w tym największym plusem - zawsze mogli dopić kawę i wyjść, a nie użerać się przez całe życie jak z prawdziwymi bliskimi. Poza tym dzięki temu Tao i Toa były radosnymi źródełkami informacji, które jednak wybijały tylko wtedy, gdy miały ochotę. Potrafiły dochować tajemnicy, gdy się je wprost o to poprosiło, ale poza tym mogły rozgadać co chciały i komu chciały. A poza tym miały urocze uśmiechu. Same plusy z tego ich towarzyskiego usposobienia.
        Niko mógł być oczywiście innego zdania, ale w niczym by mu to nie pomogło.
        - Ej no, żadne “panie” - obruszyła się Toa (tak, młody Wassley się nie pomylił w ich identyfikacji, choć był to pewnie ślepy strzał). Kropelka wyglądała uroczo gdy tak nadymała policzki. - Aż tak stare nie jesteśmy - dodała wymownie.
        - Panny - poprawiła radośnie Tao. - Ej, siostra, dawno nikt tak do nas nie mówił, prawda?
        - Yhm - przytaknęła druga Kropelka.
        - A taką walizkę jak mówisz to widziałyśmy - zgodziła się ta pierwsza. - Toa, sądzisz, że to ta o której myślę?
        - No nie wiem, takich obdartych to faktycznie ostatnio nie było wiele, więc to chyba ta - przytaknęła wezwana maie i choć ich rozmowa brzmiała jak teatrzyk, to akurat te dwie dziewczyny mogły tak rozmawiać ze sobą najzupełniej poważnie. Były wszak bliźniaczkami, które myślały dokładnie w ten sam sposób - to naturalne, że nie musiały wypowiadać na głos zbyt wielu słów.
        - Jest na zapleczu za szafką z warzywami. O ile misiaki jej nie wzięły… Ale co tam było nie mamy pojęcia, to musisz sam to odnaleźć - wyjaśniła Tao, całkiem serio, choć mówiła z szerokim uśmiechem na ustach. - Ten pasek możemy ci odzyskać albo jakieś inne cenne rzeczy. Wiesz, miejscowi nie do końca pojmują definicję własności, mogą nie chcieć oddać tego, co “po prostu leżało” albo “tylko sobie pożyczyli” - wyjaśniła, zmieniając na koniec lekko ton, jakby kogoś cytowała, choć tak naprawdę mówiła o ogóle.

        Kaikomi nie wiedziała, że Irinai poszedł rozmówić się z Lucym - była zajęta setką innych rzeczy, na których czele była jej przyszywana mama. Opiekunka, może to było lepsze słowo… Nie no, po prostu Irminia - określenie ich wzajemnego stopnia pokrewieństwa było trochę zbyt skomplikowane. Dzięki, Hanale.
        W każdym razie syrenka podeszła do męża z nadzieją, że chłopcy wykonali to, co ona im zleciła, a u Lucy’ego zamierzała to sprawdzić. No i tak sobie porozmawiać - lubiła wszak jego towarzystwo.
        - Kazałam im - przytaknęła, gdy wilkołak wyglądał na zaskoczonego jej pytaniem o Irinaia i Niko. Gdy tak patrzyła na to jak on siorbał sobie kawę, to jej też się zachciało kawy. I może nawet kolacji. A że na kuchnię nie chciało jej się iść, to pocieszyła się tym, co było pod ręką. A że najbliżej niej leżały schowane pod ladą mango w koszyku, to wyjęła sobie jedno i zaczęła je sprawiać z taką gracją i wprawą, że nawet jedna kropelka soku nie skapnęła jej na podłogę.
        - Walce na noże? - zainteresowała się gwałtownie. - Nie no, Niko to nie wiem, ale Irinai…
        Nie to, że wątpiła w jego męskość i wojowniczość, ale nie potrafiła sobie wyobrazić, aby fellarianin był zdolny do zaatakowania kogoś, z kim miał współpracować. Po prostu sprawiał wrażenie takiego przyjaznego, zgodnego… No ale z drugiej strony to wiadro nie wyleciało tak bez powodu! Oj, a może to kwestia tego, że Niko był pierwszym chłopakiem w podobnym do niego wieku, jaki urzędował w zajeździe i przez to Irinai traktował go jak brata? No a wiadomo, bracia lubi sobie dokuczać, rywalizować ze sobą, dogryzać…
        O jakie to urocze!
        Kaikomi zachichotała na widok udekorowanego wiadra - tak, to pasowalo do zajazdu. I do jej męża też. Tak samo jak ten komentarz o magicznych właściwościach tego nietypowego pocisku. Radość syrenki jednak szybko minęła - oczywiście nie zasmuciła się, ale zainteresowałą po prostu kolejnym tematem.
        - O! - wydała z siebie cichy okrzyk zaskoczenia, zajadając swoje mango. - A myślałam, że Mina niechętnie wchodzi na górę - skomentowała. Ale dobrze, skoro miała ochotę przebywać z chłopakami to tym lepiej… dla wszystkich. Dla niej, bo nie była sama, dla Irinaia i Niko, bo może się nie pozabijają, a dla postronnych - bo nie oberwą wiadrem.
        - Same zalety - powiedziała na głos to, co kłębiło się w jej głowie. Dobrze pasowało do komentarza, który poczynił jej mąż, bo w sumie ich tok rozumowania był prawie identyczny.
        Później poruszona kwestia samotności Minao była jednak na tyle poważna dla Kaikomi, że na moment nawet przerwała wcinanie swojego owocu. No i… skoro Lucy - za dnia i przy możliwych świadkach - wykazywał się taką otwartą troską o kogoś z załogi, oznaczało to, że sprawa jest poważna. Nie uważała oczywiście swojego męża za skończonego chama i ignoranta - nie była wszak Irminią - ale na takie tematy rozmawiali zazwyczaj już w sypialni. Jak to się mówi “nie przy dzieciach”.
        - Coś z tym zrobię, możesz być spokojny - zapewniła mężą, gdy ten powierzył jej tak odpowiedzialne zadanie zadbania o być może samotną i znudzoną minotaurzycę. Mówiła z przekonaniem i dumą, bo zawsze robiło jej się miło, gdy mąż tak jawnie okazywał, że na niej polega, nawet jeśli chodziło o tak typowo kobiece zadanie, jak zabranie koleżanki do miasta albo chociaż na spacer. Syrenka nie wiedziała co prawda jeszcze jak to zrobi, ale była pewna, że coś wymyśli.
        - Wiesz, przez to, że właśnie Minao tak siedzi cały czas w ogrodzie, wydawało mi się, że to jej pasuje - wyznała mężowi. - Świeże powietrze, cisza, mało ludzi… Ale może faktycznie warto spróbować, może to tylko nieśmiałość. Jak jej się nie będzie podobało “babskie popołudnie” to uznamy je za jednorazowy wypadek i zrobimy z tego anegdotkę - przyznała lekko, jakby to zadanie było jej niestraszne. Choć bardzo intensywnie nad nim myślała. Nie chciała, by Minao “zwęszyła podstęp” w tym nagłym zrywie, dlatego musiała wymyślić jakiś sensowny pretekst do wyjścia na wspólne zakupy. Teraz nie przychodziło jej nic do głowy, ale co tam, wieczór młody, miała jeszcze dużo czasu.
        - W nocy się przekonamy czy jest magiczna, bo na razie nie wygląda - odparła bez zastanowienia na nagłe zainteresowanie muchołapką. - Ale gdyby mówiła byłoby w sumie łatwiej, bo nie wiem jak się nią teraz zajmować - przyznała, w zamyśleniu drapiąc się palcem wskazującym po policzku. Zaraz jednak uśmiechnęła się do męża w niemym “nie przejmuj się”. - Na razie zostawiłam ją na parapecie zewnętrznym w kuchni, tak wiesz, żeby nam wróżki żadnej nie zjadła - wyjaśniła, a dumna przy tym była, jakby wykazała się nie wiadomo jakim sprytem i łaskawością jednocześnie.
        - Skoczę zobaczyć co tam się dzieje na górze - zakomunikowała, wstając ze swojego taborecika. - Wiesz, ponoć gdy dzieciaki są za cicho to to też zwiastuje kłopoty, więc…
        Syrenka pozwoliła, by zdanie pozostało niedokończone i Lucy mógł sobie sam je dokończyć - ona tylko uśmiechnęła się przepraszająco nim pobiegła na górę, jak to ona, tupiąc jak dwunożny kot.
        - Och, a w ogóle to ładnie ci w tym wianku!

        W drzwiach przyszłej sypialni Niko prawie wpadła na Minao.
        - Przepraszam - wyrzuciła z siebie szybko. - Wychodziłaś czy wchodziłaś? Och, jak tu ciasno jak jest tyle osób… Ale widzę, że wszystko gotowe… A ta sterta rzeczy? Ach, twoje, poznaję - zreflektowała się, przestając wskazywać palcem na walające się po łóżku różne osobiste przedmioty. Nie by którąkolwiek rzecz kojarzyła, ale ubrania i szpargały pasowały do młodego chłopaka w podróży.
        - Noce są ciepłe, więc nie potrzebujesz kołdry, ale jakbyś nie umiał zasnąć tak bez pościeli to możesz poprosić Berhe o jakieś prześcieradło.
        Okrutna syrenka - wysyłać chłopaka do kobiety, która go tak upokorzyła… Ale przynajmniej może Irinai będzie miał z tego chwilę satysfakcji.
        - Dziękuję, Minao, że nam z tym pomogłaś - zwróciła się do minotaurzycy z uśmiechem. - Bez ciebie to nie poszłoby tak sprawnie. Chłopcy, musicie się jej jakoś odwdzięczyć - zakomunikowała fellarianinowi i białowłosemu. Rządziła się jakby faktycznie była czyjąś matką!
        - Niko, a jak skończysz, zejdź na dół, Theru da ci kolację, a potem będziemy sprzątać główną salę - wyjaśniła jeszcze białowłosemu, bo on musiał dopiero poznać tutejszy rytm dnia. Irinaia instruować nie musiała, bo on tu mieszkał już wystarczająco długo, aby sobie radzić.

Awatar użytkownika
Lucy
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucy » 1 tydzień temu

        - Cieszę się. Zostawiam to w takim razie w twoich rękach. - Lucy z lekkim uśmiechem skinął swojej małżonce i w zasadzie odhaczył sobie sprawę Miny jako załatwioną. A czy to dlatego, że tak wierzył w umiejętności empatyczno-społeczne syrenki, czy po prostu zwalił na nią to czym sam nie zająłby się lepiej… kto go tam wiedział. Grunt, że oboje byli zadowoleni - on ze swej pomysłowości i zaangażowania (w końcu jakieś tam było!), a ona z zaufania i powierzonej jej misji. ,,Same zalety” - tak do brzmiało, prawda?
        - Dziękuję. Podebrałem go tobie akurat, bo jakiś kundelek pragnął ci go wręczyć… ale skoro tak mówisz to chyba go sobie zostawię - odparł jeszcze kiedy pochwaliła jego wianek i zamodelował dumnie, jak to tylko coś takiego kudłatego jak on potrafiło. A czy łaciaty wilczek będzie mieć z tego powodu złamane serduszko… no cóż, mógł czekać na lepszą okazję, a nie wciskać mężowi prezent dla żony. Ale może zależało mu po prostu na obdarowaniu właścicieli i wszystko mu było jedno na kogo padnie? Tak, chyba o to mogło chodzić. Bo jeszcze po nim parę osób przychodziło z różnymi ściągniętymi ze ścian darami.

        Wychodząc od chłopców Minao z zaskoczeniem stanęła oko w oko z syrenką. Uśmiechnęła się przepraszająco i przepuściła ją. W sumie z miłym uczuciem, bo właśnie skończyli, a efekt był co najmniej zadowalający. Opiwszy się herbaty chłopcy zrobili się nieco bardziej pokojowi i sprzątanie szło im całkiem sprawnie. Tym sprawniej, że Irinai nadal cierpiał na lekkie zawroty i napady poczucia winy, więc początkowo usadzili go w kącie i kazali mu do łopać jeszcze jedną herbatkę. Sami zaś, niezmęczeni i w sprzyjających humorach, lekko gawędząc wzięli się do roboty i mycia. Niko było o tyle trudno, że w zasadzie miał jedną nieczynną rękę, ale niewiele się tym przejmował - bardziej ubodło go, że nawet stojąc na stołku nie dosięgnął do najwyższych pajęczyn… wtedy trochę speszona minotaurzyca musiała już postawić Irisia na nogi. Nadal sądziła, że Niko będzie mniej wściekły jeżeli to jego kolega, z którym i tak już się trochę przepychał, okaże się wyższy niż kiedy przypomni mu, że ona też. Swoją nagłą decyzję usprawiedliwiła oczywiście na niechęcią do stołków i obawami, że jeśli się przewróci to zrobi dziurę w podłodze - a on na szczęście nie wnikał. Zbyt zajęty był myciem okna i udawaniem rosłego faceta.
        Jej więc przypadło trzymanie Irinaia - chybotanie się nad ziemią w jego stanie mogło się okazać gorszym pomysłem niż przypominanie Nikodemowi, że jest niski. Czuwała więc tuż obok, przy okazji robiąc sobie chwilę przerwy od klęczenia i ścierania podłóg. I to w zasadzie było ostatnie co miała do roboty, bo potem zgodnie kazali jej usiąść na krześle, jak jakiejś księżniczce, i Niko poczęstował ją dziwnymi ciasteczkowymi cukierkami zza wody. To było… nietypowe rozkoszować się nieznanym smakiem i tak spoczywać, kiedy oni pracowali. Ale, że szło im nieźle i tylko raz rozgorzała namiastka walki na szmaty, pozwoliła sobie siedzieć na miejscu całe kilkanaście minut. Potem jednak musiała wstać. Wybrali Nikodemowi pościele, zawiesili firanki i cali dumni mogli podziwiać swoje małe dziełko. Dla Miny nie był to co prawda nie wiadomo jaki wyczyn, a raczej mała odmiana po majsterkowaniu, ale porządek ogarnięty wspólnymi siłami (nie bałagan - ten radził sobie dobrze sam) napawał ją poczuciem zadowolenia i satysfakcji z udanej współpracy.
        - No, myślę, że zasłużyliśmy na jakiś deser. Znaczy… - zawahała się. - Jeszcze jeden. Te ciasteczka są przekomiczne w smaku, ale nie aż tak sycące - wyjaśniła Nikodemowi przepraszająco i zaproponowała, że poprosi o coś Therundiego. I właśnie wtedy wpadła na Kaikomi.

        - Szefowa! - ucieszył się Niko, wyraźnie zadowolony i wysłuchał jej małej porady. W sumie już zapomniał o tym jak Berhe go załatwiła… a nawet jeśli pamiętał i tak chętnie spotkałby się z tą straszną gospodynią. Oj tak, chciał popodziwiać ją z bliska. Jednak najpierw najwyraźniej czekały go inne "obowiązki"…
        - Odwdzięczyć? - Chłopcy odruchowo spojrzeli po sobie, a Minao odwróciła się jak rażona piorunem. W jej oczach widać było panikę.
        - A-ależ nie trzeba! - Zamachała rękami jak bezbronne dziecię. - Wszyscy wykonaliśmy kawał dobrej roboty, a zaraz idziemy… coś zjeść - wyjaśniła, nie odważając się jednak wspomnieć o deserze. Zaraz też wycofała się speszona i szybciutko, szybciej niż można by o to podejrzewać krówkę, zbiegła po schodach.
        - Odwdzięczyć? - powtórzył Nikodem głośno i zastanowił się. - Masz coś na myśli? Czy tak grzecznościowo po prostu?
        - Zawsze można by dla niej zebrać jakiś bukiecik…
        - Mówisz? Ale czy to nie dziwne? ,,Ej, pomogłaś mi sprzątać, masz tu kwiaty”. Uuu, nie, to źle brzmi. - Wzdrygnął się i lekko zmarszczył brwi. - Jak namawianie jej do zostania pokojówką czy coś… Lepsza przysługa za przysługę. Z tego co kojarzę zajmuje się fajną robotą, chętnie jej w tym pomogę. No, a na razie nie dajmy jej czekać z ciastkami! - Rozpromienił się i raźnym krokiem ruszył w stronę drzwi.

        Mina już czekała na nich z talerzem owocowych resztek, placuszkami z mączki i obiecanymi ciastkami - ale zamyślona wlepiała oczęta w wiszące na ścianie trofea i nie zwróciła na nich od razu uwagi. Drgnęła dopiero kiedy Niko poruszył ławą i klapnął naprzeciwko niej z zadowolonym uśmiechem. Irinai strategicznie usiadł po innej stronie, przy jej prawej ręce. Nie za blisko jednak, by mógł nieco rozprostować skrzydła. Kiedyś chciała go zapytać czy tak mu wygodnie, czy nie wolałby ich chować - ale czy ona chowała rogi albo ogon? Chyba rozumiała dlaczego mimo nieporęczności zostawia sobie te dodatkowe kończyny nawet pod dachem. Choć w chwilach takich jak ta nie mogła nie myśleć, że byłoby mu wygodnie z całkowicie nagimi plecami.
        - Och? A to co?… - Nagle zauważyła coś pod swoim kopytkiem. Schyliła się, stołem o mało nie łupiąc w Nikodema i podniosła… jasną, elegancką kopertę. Z pieczęcią! To nie było tutaj częste.
        - Ktoś chyba zgubił… pusta. - Zauważyła, że pieczęć jest przełamana. W środku nie było żadnej kartki.
        - Chyba można to wyrzucić. - Zasugerował Irinai, mało zaciekawiony, bo nadal rozpamiętujący widok Kaikomi wcielającej się w rolę dyktatorki. Ależ jej było do twarzy w zdecydowaniu i pewności siebie!
        Na szczęście Niko nie okazał się takim ignorantem.
        - Pokaż - sięgnął po kopertę zaintrygowany, ale po chwili wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie. Był… zaskoczony? A jednocześnie jakby się tego spodziewał. Minao nie umiała określić tego dokładnie.
        - To twoje?
        - Nie. Nie do końca. Ale w… - zawahał się, po czym odłożył kopertę z szelmowskim uśmieszkiem niewiniątka - Ale widziałem już coś podobnego. Na lądzie używają takiego papieru. - Wyjaśnił i wzruszył ramionami. - Nałożyć ci tego? Wygląda ciekawie. - Zmienił temat, a ona nie potrafiła odmówić. Miała szaloną ochotę na jednego placuszka.

* * *


        Na sprzątaniu sali Lucy się nie pojawił. Zsunął się na dół w swojej białej podomce dopiero gdy w przestronnym pomieszczeniu został tylko Irinai, który przejął na siebie obowiązek gaszenia lamp i Niko, który… po prostu tam siedział. Chyba żeby zobaczyć jak Fellarianin podlatuje do żyrandola.
        - Łooo, to naprawdę działa! - Zachwycił się widząc w ruchu czarne, połyskujące skrzydła. - Wy wszyscy tak?
        - Wszyscy? - Irinai zerknął na niego dopiero gdy skończył z lampkami i wylądował na wyczyszczonej podłodze.
        - No, z twojej rasy milczku.
        Skrzydlaty nastroszył się, ale nie dał się sprowokować. Nie będzie przepychać z tym mąciwodą póki nie wykona wszystkich swoich zadań! Już dostał dzisiaj nauczkę za wchodzenie w nim w spory podczas pracy.
        - Wszyscy fellarianie latają, tak. - Odparł po prostu i podszedł do kinkietów przy drzwiach.
        - Od kiedy? Znaczy, kiedy się uczycie?
        - To… dość wcześnie zaczynamy się z tym oswajać. Już ośmiolatki potrafią zwykle się unosić. Opanowanie… manwerowania wymaga trochę więcej czasu.
        - Wygląda, że już to umiesz.
        Odwrócił się gwałtownie.
        - A-a czemu miałbym nie?
        - Bo twoja rasa żyje chyba dość długo, a ty jesteś gdzieś tak w moim wieku. Mógłbyś nie umieć tego co dorosły.
        Logiczne.
        - Latanie jest bardzo ważne dla naszego przetrwania. Innych rzeczy uczymy się później - Powoli markotniał i te piękne skrzydełka trochę mu jakby opadły - Oczywiście nie latam też jak wyszkoleni wojownicy z naszej wioski, ale… chyba nigdy nie będę musiał…

        - Co tam robicie? Obijacie się znowu? Nie słyszę pracy i wycia niewolników.
        Lucy przerwał tę niezręczną chwilę i zastąpił ją zgoła odmienną. Bo gdy tylko Niko na niego spojrzał zamarł w pół gestu i otworzył usta.
        Więc to tak będzie wyglądać kiedy dorośnie!
        Po raz pierwszy zobaczył wilkołaka w jego ludzkiej postaci - i musiał przyznać, że nie spodziewał się czegoś tak uderzająco podobnego. Choć czarne obwódki oczu i kły zmieniły nieco w odbiorze rysy Nilla nadal wszystko inne zgadzało się z całkiem ludzką twarzą Nikodema. Ten sam kształt, mocna szczęka, niskie czoło i zadziorny uśmieszek. Oczywiście różnili się w detalach, ale biorąc pod uwagę, że najbardziej dzielił ich wzrost, reszta stawała się jakoś mniej ważna.
        - Ja cię…
        - Patrz i podziwiaj. Albo nie, poczekaj, przyniosę mój wianek - prychnął wilkołak, ale nie udało mu się w pełni ukryć zadowolenia. Podszedł do młodego z wrodzoną nonszalancją, tak odmienną od dziennej elegancji i przyjrzał mu się, jakby też chciał zobaczyć jakąś u niego przemianę.
        - Hmmm… - mruknął unosząc lekko jego buźkę, po czym westchnął zrezygnowany. - Jakie rozczarowanie. Myślałem, że w nocy zaklęcie pryska, a tu proszę. Nadal żaba.
        - Obrażasz kogoś tak podobnego do ciebie?
        - Ja tam mogę być brzydki, mam do tego odpowiedni wzrost - odparł Lucy z rozbawieniem i jeszcze się wyprostował. - Nie wiem czy wiesz u mężczyzn właśnie to się liczy.
        - Zakładam, że na równi ze słodyczą charakteru?
        - Dokładnie.
        I zgodnie usiedli przy barze.
        Tylko Irinai nie wiedział co ze sobą zrobić.

        - Ymm… ja, ten… zostawić światło? - Zapytał szefa, na którego nadal bał się spojrzeć po tej wpadce z wiadrem. Wzdrygnął się dodatkowo, bo przeklęte narzędzie zbrodni stało teraz tuż za plecami wilka, błyskając złowieszczo wstążkami i niemo drwiąc ze skrzydlatego sługi. W półmroku rzeczywiście wyglądało na nawiedzone…
        - Hmm, nie, możesz zgasić. Wyjdziemy sobie na mały spacerek - Lucy spojrzał znacząco na nowego domownika, ale zamiast się ruszyć zaczęli popijać ananasowy soczek. I siedzieli tak aż zgasły wszystkie światła.

* * *


        Tego wieczora Lucy nie wrócił do pokoju i nie narzekał Kaikomi na dobranoc. Musiała zasnąć bez niego, jedynie z Myszą u boku. I masą przemyśleń z kończącego się dnia na głowie. Jak bardzo się tym przejmowała? A ile było dla niej oczywiste? Być może powinien być przy niej i sam zapytać, ale nim mógł sobie na to pozwolić musiał sam zrozumieć parę spraw. Wyjaśnić je i jakoś ułożyć. A do tego potrzebował niewielkiej pomocy syna.

        Wszedł do pokoju nad ranem, lekko skrzypiąc drzwiami. Półprzytomny, pachnący lasem i wodą legł na Myszy… a gdy ją przeprosił na swoim posłaniu i od razu zamknął oczy. Uniósł już tylko rękę, by dotknąć ramienia Kaiko, jakby sprawdzał czy nadal tam jest i zasnął, przytłoczony nadmiarem myśli, pomysłów i ożywionych wspomnień.

Awatar użytkownika
Kaikomi
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kaikomi » 1 tydzień temu

        Kaikomi nie odpowiedziała Lucy’emu na tę zaczepkę o wilczku-adoratorze. Chciała, ale była już za daleko - posłała mu jedynie szeroki uśmiech znad ramienia. Miło jej było, że jej mąż nie denerwował się takimi sytuacjami, a wręcz potrafił j traktować jak żart. Tak naprawdę traktował to znacznie lżej niż ona, bo ona nadal słabo znosiła podrywy lokalnych chłopców - nieraz Kropelki ratowały ją z takiej opresji, gdy ktoś był dla niej za miły, a ona nie umiała się obronić. Ona miała swojego Lucy’ego i nie tolerowała żadnego innego adoratora przy swoim boku. Taki wianek może by przyjęła, ale później wilczka by unikała… To było jednak całkiem zabawne, że prezenty dla niej przekazywano rękami jej męża - o ironio, na kontynencie nikt by na to nie wpadł! To akurat syrenka wiedziała od swojej przyjaciółki, Ijumary, która była świadkiem takiego zachowania i zaraz wyłuszczyła syrence jak to się robi “w wielkim świecie”.

        ”Szefowa”! Czyli nie “mamo”! Co za ulga… Kaikomi w końcu poczuła się na tyle lat, ile miała a nie na tyle, by mieć dziecko w wieku Niko. On pewnie nawet nie wiedział jak wielką ulgę poczuła dzięki temu jednemu zawołaniu… I póki co ona nie zamierzała mu tego wyjaśniać, bo jeszcze w ten sposób przez przypadek włożyłaby mu do ręki oręż do przyszłych kłótni rodzinnych. Nie, niech to na razie pozostanie jej słodkim sekretem. Całe szczęście było na co skierować uwagę - sprzątanie, Minao… Tak, było o czym gadać.
        - O tak, przyda wam się porządna kolacja - przytaknęła syrenka, do tematu wdzieczności już nie wracając. - Na barze powinno też zostać jeszcze kilka tartaletek, poczęstujcie się, bo jutro już na pewno nie będą takie smaczne, upiekę coś nowego - zachęciła. To nie było tak, że ona nie umiała wyliczyć ile ciastek będzie potrzebowała tego dnia. Mogłaby piec tyle, aby na koniec zostawała sztuka bądź dwie albo i o jedną sztukę było za mało, lecz powody do takiego nadmiaru miała dwa. Po pierwsze: w życiu by sobie nie wybaczyła, gdyby musiała odmówić gościowi poczęstunku “bo zabrakło”, a po drugie: lubiła częstować również pracowników i domowników. No i zawsze musiało zostać chociaż jedno ciasteczko dla Lucy’ego. Należało mu się!
        - O, chłopcy, dobrze kombinujecie - pochwaliła, gdy Irinai z Niko zaczęli myśleć jak mogliby się odwdzięczyć Minao za to, że im pomogła, choć nikt jej nie kazał. Podobało jej się praktyczne podejście białowłosego. Bukiecik był uroczy… Ale ci dwaj gdyby mieli go wręczać to narobiliby tylko minotaurzycy wstydu. Nie, niech lepiej pomogą jej w robocie.

        Syrenka nie wybrała się już z tą trójką na parter - została na górze, by przejrzeć pokoje, które tego dnia się zwolniły. Niby ona rzadko sprzątała, ale zawsze wszystkiego doglądała, bo w końcu dwie pary oczu lepsze niż jedna, a goście potrafili naprawdę zadziwić w kwestii tego co i gdzie zostawiali. Tym razem obyło się całe szczęście bez niespodzianek, więc syrenka mogła uznać swój dzień pracy za zakończony. Poszła skorzystać ze swojej zasłużonej syreniej kąpieli, którą przerwała dopiero, gdy za mocno zaczęto dobijać się jej do drzwi. Prosto z wanny, przebrana już w piżamkę, udała się do sypialni, po drodze życząc miłej nocy tym, których jeszcze mijała na korytarzu. Już na miejscu rozwinęła obie maty, ułożyła się na jednej z nich do snu… i czekała, na Lucy’ego oczywiście. Zawsze rozmawiali sobie wieczorem, zresztą nie chciał zasnąć tak bez “dobranoc”. Jej mąż jednak zapowiedział, że idzie na parter, do urzędujących tam Irinaia i Niko i jakoś tak dość sporo czasu mu to zajmowało… W końcu syrenka - wiedziona po równi troską i ciekawością - poszła sprawdzić co się dzieje. Na swoją piżamę przeznaczoną jedynie dla oczu męża zarzuciła szlafrok i na palcach, jakby nie chciała nikogo obudzić, choć pewnie i tak nikt nie spał, podeszła do prowadzących na dół schodów. Usłyszała głosy obu Wassleyów - jej męża i przybranego syna… Niech to, nadal nie umiała się pogodzić z tym mianem, to tak ją postarzało! Ale słyszała, że oboje byli na parterze i gawędzili. Pomyślała, że to dobrze, że chcą się lepiej poznać, a że mężczyźni zawsze mieli swoje sprawy, do których nie chcieli dopuszczać kobiet, Kaikomi - jak na dobrą żonkę przystało - uznała, że nie będzie im przeszkadzać. Wycofała się tak jak wcześniej, na paluszkach, po czym wróciła do sypialni.
        - Mysza, posuń się - szepnęła do kotki, która oczywiście położyła się na posłaniu syrenki, bo było zagrzane. Panie jednak potrafiły się dogadać, zwłaszcza gdy do podziału była jeszcze mata Lucy’ego, więc obyło się bez scen. Kaikomi położyła się i jeszcze chwilę leżała, czekając na powrót męża. Ten jednak długo nie przychodził, a ona robiła się coraz bardziej senna, więc w końcu uległa pokusie i zasnęła.
        Nie wiedziała, o której Nill wrócił do sypialni - nie należała do tych małżonek, które z wielkim wyrzutem czekały na swoje drugie połowy uzbrojone w wałek. Lekko przebudziła się, gdy usłyszała poruszenie obok, ale głos wilkołaka ją uspokoił, a swojska interakcja z Myszą (mają tupet, wiecznie ją przeganiać!) sprawiła, że syrenka jeszcze bardziej się uspokoiła. Ostatnie co pamiętała, to dotyk jego dość chłodnej dłoni na ramieniu. Zdołała jeszcze odruchowo, ale z uczuciem, nakryć jego palce swoimi i ponownie zapadła w sen.

        Rano - mimo późnego powrotu - to znowu Lucy wstał pierwszy, a syrenka obudziła się chwilę po nim. Nic się nie zmieniło w porannej rutynie, każdy wstawał, szykował się i od razu brał się do roboty. No chyba, że był dzieciakami, które póki co się bawiły, albo Lilą, której nie obowiązywały żadne reguły - w końcu była kotem. Syrenka nie należała do żadnej z tych grup, więc wykąpała się i jak zawsze jeszcze nie do końca sucha ubrała się w jedną ze swoich zwiewnych sukienek w trudny do opisania kwiatowy deseń. Zbiegła na parter, by przed przybyciem pierwszych gości zacząć piec jakieś nowe ciasteczka. Tego dnia nie zamierzała szaleć i postawiła na swój specjał - maleńkie ptysie z kremem.
        - Dzień dob…
        - Kaikomi!
        Syrenka stanęła w drzwiach kuchni jakby ją grom raził. Szeroko otworzyła z niedowierzania oczy, po czym obróciła się w stronę sali dla gości.
        - Co wy tu robicie tak wcześnie? - zapytała zaskoczona.
        Przed nią stały dwie dziewczyny wyglądają na jakieś dziesięć lat starsze od niej. Obie były urodziwe, miały delikatne makijaże i nosiły sukienki zdobione perełkami. Siostrami nie były na pewno, gdyż jedna z nich miała oliwkową cerę i czarne włosy, proste jak struna, druga zaś cerę miała trochę jaśniejszą, a włosy kręcone, jej kształty były również bardziej ponętne. Pierwsza miała na imię Senuela, a druga Fija. O łączyło je to, że razem z Irminią były partnerkami Hanale… I przez to przybranymi matkami Kaikomi.
        - Wpadłyśmy z wizytą, a gdy są goście ty zawsze nie masz czasu! - oświadczyła Fija, wpadając za bar i całując syrenkę w policzek.
        - Ale teraz jestem jeszcze bardziej zajęta - mruknęła pani Wassley.
        - Oj, nie będziemy sprawiać kłopotu - zapewniał Senuela, również witając się buziakiem. - Możemy nawet pomóc, jeśli znajdziesz dla nas jakąś łatwą pracę. Ale my nie w tej sprawie.
        - No właśnie! - przytaknęła kędzierzawa Fija, a jej oczy błyszczały z ekscytacji. - Kaiko, Irminia nam wczoraj powiedziała, że masz syna!
        - Macie syna! - poprawiła druga z teściowych. - Jak to się stało? Przecież wy chyba nie możecie…
        - Adoptowany - oświadczyła Kaikomi. - Przecież nie wierzę, że Iri wam tego nie powiedziała.
        - Oj no, powiedziała, ale myślałam, że cię sprowokuję do zwierzeń. No ale to opowiadaj o nim - skapitulowała Senuela.
        - Lucy go wczoraj spontanicznie adoptował, a ja nie mam nic przeciwko, jest całkiem sympatyczny. O, tam jest, możecie sobie z nim pogadać, a ja muszę iść do kuchni, pa! - wymiksowała się szybko, już cofając się w stronę kuchni.
        - Hej, a jak on do ciebie mówi?! - zapytała jeszcze szybko Fija.
        - Szefowo!

        - Hej, chłopcze, ponoć jesteś adoptowanym synem Lucy’ego i Kaikomi?
        Dwie dziewoje naszły Niko, gdy ten się pewnie tego nie spodziewał. Obie uśmiechały się promiennie, a oczy im błyszczały.
        - Ja jestem Fija, a to Senuela, jesteśmy ciotkami Kaikomi - wyjaśniła kędzierzawa dziewczyna, poprawiając na ramieniu swoją malutką torebkę w kształcie muszli. Elegantka. Niko nie znał swojego dziadka ze strony matki, ale po samym wyglądzie jego partnerek można było stwierdzić, że bardzo lubił on kobiety dbające o swój wygląd może wręcz do granic absurdu.
        - Jak do tego doszło? Opowiedz! - nalegały.

Awatar użytkownika
Lucy
Szukający drogi
Posty: 37
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucy » 1 tydzień temu

        Nie można było powiedzieć, że tego ranka Niko był rześki i wypoczęty jak zroszone źdźbełka. Czuł się raczej jak zdeptany trawnik. W końcu wczoraj sporo się działo - nie zdążył odpocząć po wielodniowej podróży, a już wprosił się do rodziny, dostał robotę i poznał kilka zupełnie nowych dla niego ras! Kolory i zapachy wyspy, wszystko mieszało się i nie dało łatwo zapamiętać, męcząc zmysły nadmiarem bodźców, a umysł - informacjami. Dlatego teraz, mimo iż przyzwyczajony był do zarywania nocy, najchętniej przespałby się na jakiejś ławie. Albo nawet pod stołem. Wszystko jedno, byle drzazgi nie właziły w…

        Uniósł głowę gdy ktoś się odezwał i spojrzał zaskoczony na właścicielki zagadujących go głosów. No, może nie wyglądał na zaskoczonego, bo na zaspaną buźkę cisnęło mu się raczej ,,jesteście słońcem, zniknijcie”, ale trwało to jedynie chwilę - kiedy dotarło do niego kim są te wyperfumowane, zadbane kokietki i że nie są to damy lekkich obyczajów szukające u nieletnich podróżnych zbyt ciężkich portfeli, zmienił nastawienie.
        Choć już myślał, że to damy lekkich obyczajów szukające syna Wassleyów, by dać mu dożywotnią zniżkę.
        Lecz jednak nie.
        Może i dobrze.
        Odetchnął, bo nie miał jakoś głowy do interesów, i ze szczerym uśmiechem spojrzał jeszcze raz na - teraz nagle jakby starsze i mniej atrakcyjne - ciotki Kaikomi. Zastępując zmęczenie uprzejmym zaciekawieniem, wyprostował się leniwie i samą postawą wskazał, by usiadły sobie i się rozgościły. Miał zamiar wdać się z nimi w małą pogawędkę.
        - Fija i Senuela, tak? - upewnił się, absolutnie pomijając grzecznościowe zwroty hierarchizujące. - Miło mi; tak, jestem Nikodem. Teraz Niko, jak się okazało - mruknął niby do siebie, a z podobną manierą jak robił to Lucy, gdy zachowanie tubylców przekraczało jego pojmowanie. - Jak rozumiem są panie tymi ciotkami? Ile was tam było? Wczoraj mi mówili, ale ciężko ot tak się połapać… Trzy? Cztery? Ach, trzy! Czyli panie… mogę pominąć zwroty grzecznościowe? Naprawdę, są takie irytujące czasami, zawsze o nich zapominam. - ,,Zwłaszcza jak widzę kobiety tak bardzo nie przypominające matek i gospodyń domowych. Naprawdę, nie jesteście dla Kaiko bardziej jak starsze siostry?” - Czyli wy i Irminia to moje nowe!… Em… mówmy sobie po imieniu, dobrze? Będzie prościej. - Rozłożył ręce bezradnie, bo absolutnie nie miał zamiaru obrażać dam, ale jednocześnie za Nową Aerię nie nazwałby ich babciami ani nawet ,,ciotkami”. Phi, sam mógłby mieć takie siostry, gdyby nie kojarzyły mu się zanadto z grzechami różnego rodzaju. I nie dziwne! Ostatecznie nawet nie zbrukały się obrączkami - żyły wcześniej w nieformalnym haremie! Ale to nie był powód, aby ich nie lubić. Były raczej ciekawe. Tak… kolejna niepojęta osobliwość wyspy.
        Chętnie więc mówił dalej:
        - Cóż… słyszałem pewne plotki o prowadzącym ten zajazd wilkołaku i postanowiłem zobaczyć jak tutaj jest - przyznał. - Spodobało mi się. Pomyślałem, że fajnie byłoby to odziedziczyć, więc zapytałem Nilla czy by nie chciał takiego syna jak ja. A że jest rąbnięty no to się zgodził. - Wzruszył ramionami, choć to jak marszczył brwi sugerowało, że absolutnie tego nie rozumiał. A przynajmniej nie do końca. - Kaiko była tak uprzejma, że się zgodziła. Miło, co nie? - Uśmiechnął się, nagle bardzo chłopięco i niewinnie, bo i taką stronę najwidoczniej miał. Jeszcze.
        - W sumie to wszystko. Irminia wam nie mówiła? Zdawało mi się, że podeszła do tego bardzo emocjonalnie… no, ale w sumie dobrze, że zapytałyście mnie. - I zadowolony rozparł się jak pan na włościach, choć też poniekąd robił to przez zmęczenie - moc wczorajszej kawy się wyczerpała pozostawiając po sobie niedowład pleców i tęsknotę w sercu. Weź się tu więc nie oprzyj…
        - Chcecie się czegoś napić? Absolutnie nie wiem jakie tutaj dotyczą was zasady (nie mówiąc o tych, które dotyczą mnie), ale, że jestem synem szefa pozwolę sobie podrażnić… o, tego tam. Kelner!

        Irinai spiął się nerwowo, nim odwrócił się na brzmienie znajomego, jakże wyklętego głosu. Ze wszystkich obecnych tylko on mógł spełniać wywołaną funkcję, nie miał więc złudzeń kogo to cholerny karzeł zaczepia. Jednakże… Niko oficjalnie nie dostał żadnego zadania na dzisiaj, a jego pozycja nie została całkiem ustalona. Jako Wassley automatycznie znajdował się wyżej od Irinaia w nieformalnej hierarchii zajazdowej i choćby z tego powodu mógł wołać na niego jak mu się podobało. Tym bardziej, że tak, Iriś robił czasami za kelnera. Dzisiaj brał ranną zmianę i nawet ubrany był odpowiednio - miał koszulkę.
        - Tak? - Podszedł sprawnym krokiem i zapytał grzecznie, choćby ze względu na panie. W jego oczach jednak tańczyły ostrzegawcze iskry. I chyba dobrze mu to robiło, bo po raz pierwszy odkąd zaczął tu pracować nie wyglądał na znerwicowanego młodzika. Nie, z taką poważną miną i wyniosłą postawą pracownika miesiąca prezentował się ze trzy lata doroślej.
        Ale Niko z chęcią przyjął wyzwanie.
        - Przyniesiesz coś dla tych pięknych dam? Są z rodziny, więc się postaraj. - Uśmiechnął się perfidnie i niczym syn mafijny ogarnął hojnym gestem obie strojne ciotki.
        - Oczywiście - odparł fellarianin przez zęby. - Czego panie sobie życzą? - dodał odmiennym, choć nie w pełni spokojnym tonem, a gdy powiedziały przytaknął i już dumnie odwracał się od stolika, gdy Niko przypuścił kolejny atak.
        - E-ee-ee - wymruczał przywołująco, a Iriś chcąc nie chcąc musiał się odwrócić. Zrobił to zresztą tak jakby miał zamiar go rąbnąć przy okazji, ale to byłoby nieprofesjonalne. Powstrzymał się więc.
        - Nie zapominaj o mnie, mój drogi. Nie chciałbym paść z wyczerpania podczas konwersacji. - Uśmieszek nie schodził mu z twarzy, za to pięści fellarianina zaciskały się coraz mocniej. - Pomyślmy… pragnąłbym tego ciepłego poranka napić się odrobiny chłodzonej Specjalności Arbuzowej.
        Powieka Irisia drgnęła. Ten jeden napój, ten jeden właśnie z porannych napojów przygotowywało się najdłużej. Nie wierzył, że Niko o tym nie wiedział.
        - Coś jeszcze? - niemalże wywarczał, ale tak uprzejmie, że brzmiało to jak melodia. Przynajmniej dla uszu Wassleya.
        - Skoro już pytasz…
        CHOLERA!
        - Kusi mnie sałatka z granatem. Podobno jest świetna. I może (zanim zapytasz drugi raz) kanapka z pastą awokado. Nie jadłem jeszcze śniadania.
        Irinai głośno wciągnął powietrze, ale nie skomentował. Oczywiście, że ten gburowaty szkodnik zamierzał się na nim zemścić. Przecież wczoraj pomógł mu sprzątać pokój!
        - Niedługo przyniosę - prychnął z godnością, a spojrzenie Niko pytało tylko ,,jak szybko dasz radę?“.

        Kiedy Irinai odszedł, Niko niewinnie uśmiechnął się do swoich dwóch towarzyszek. Wiedział, że to się źle skończy, ale nie mógł sobie darować podrażnienia kolegi…

        Tymczasem ten zniknąwszy za drzwiami od kuchni wręcz rzucił się w wir pracy. Ha! Też mu wyzwanie! Nie zrobi z siebie lebiegi na zawołanie tej białej glisty! Niech na to nie liczy! Poleciał prosto do skrzynek z owocami zebrać wszystkie potrzebne do wybranych (przez tego drania!) dań. O dziwo Borg już załatwił część dostaw i świeżutkie skórki pyszniły się w kuchennej jasności. Reszta niestety musiała być starsza.
        Godząc się z tym pochwycił arbuza, limonki, awokado, cytrynę… jakimś cudem przeniósł to wszystko na blat. Rozpalił ogień z pomocą wróżek (och dzięki wam magiczne istotki!) i zaczął gotować wodę. Dwa rondelki! Rozejrzał się za szczypiorkiem, a że nigdzie nie było, skorzystał (znowu!) z pomocy skrzydlatych. W panice znalazł też cukier, po czym wyleciał przygotować napoje, do których potrzeba było nieco mniej skupienia - oczywiście one były dla anielskich kompanek tego demona wcielonego, Nikodema.
        Za barem, widoczny już dla gości, zachowywał się zdecydowanie spokojniej, choć robił wszystko tak szybkimi ruchami, że Niko tylko obstawiał kiedy wśród limonkowych soków pojawi się krew. Ale nic z tego. Woda, trochę listków mięty, miód i… och, trzeba polecieć do piwnicy po lód! Zniknął dosłownie na moment, po czym już był na swoim stanowisku i kończył pierwszy napój. Zaraz też drugi… ale jajka! I syrop!
        Zniknął w kuchni i w biegu zaczął wrzucać składniki do rondelków. Jajka tam, cukier tam… od kiedy on w ogóle umiał gotować? A nieważne!
        - Cześć.
        - Cześć! - przywitał się z Borgiem wnoszącym kolejną skrzynkę. Niedźwiedź aż zamrugał, bo uwijający się Irinai zapomniał powiedzieć ,,dzieńdobry!” i mu się pokłonić. Nie by mu to w jakikolwiek sposób przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnął się sam do siebie ciesząc się, że młody już się zaaklimatyzował. Może w końcu będzie go można zabrać na ryby…?
        Tymczasem skrzydlatemu nie w głowie były ryby. Musiał obrać arbuza, pokroić go i i wydłubać pestki. Do tego awokado! Znowu podobny rytuał, tylko pestek mniej - pokroić to nie ucinając sobie… i nie mieszać! Smaki nie mogą się zmieszać! Przetarł szybko blat i deskę, przykrył bulgoczący syrop, zaczął rozgniatać arbuza… napój!
        Wyleciał jak oparzony skończyć zamówienie drugiej z ciotek Kaikomi. Truskawki, znowu limonka i mięta… wyjątkowo trochę alkoholu. Uch!
        Mając to zniknął jeszcze tylko na momencik otrzeć pot z czoła, po czym wyszedł na nowo wyprostowany i jak rasowy pracownik przyniósł na tacy napoje obu pań. Postawił je przed nimi ostrożnie, a na wyzywająco-oczekujące spojrzenie białowłosego odpowiedział tylko wewnętrznym przekleństwem.
        W końcu wparował do kuchni ponownie, wpadając już na faktycznego kucharza i syrenkę, ale nie witając ich niczym poza spanikowanym, nerwowym wymachem rękami. Nie wyjaśniając (nie można mówić i pracować jednocześnie!) odwrócił się od nich, by skończyć szykować pastę avokado i Arbuzową-niech-ją-szlag-Specjalność, a Theru tylko patrzył jak nieomylnie i w furii przelewa, sieka i dekoruje. No, nad tym ostatnim musiałby jeszcze popracować, bo jego kanapka przypominała pobojowisko, a na talerzyku walało się za dużo tego co powinno być na niej, ale ostatecznie można to było wybaczyć. Zwłaszcza, że fallarianin był bardzo zaaferowany, a widząc ich pytające spojrzenia tylko bardziej przyspieszył. Ale chwila…
        SAŁATKA!
        Zapomniał zupełnie! Zatoczył się (nie upuszczając talerza!), po czym wypadł na salę - już nawet nie siląc się na zachowanie pozorów, niemalże rzucił Niko jego kanapkę pod nos i jak huragan wpadł do z powrotem do kuchni - granat! Trzeba obrać granat! Nie dając nikomu się wtrącić, ufiksowany na własnej robocie, zaczął szykować rukolę, pomarańczę i granat. Szczęściem Therundi tylko widząc składniki wtrącił swoje trzy grosze i bez pytania zabrał Arbuzową Specjalność do chłodni, gdzie chwilę musiała poczekać. Przygotował też miód, olej i sok z cytryny, którym Iriś po paru minutach polał gotową sałatkę.
        Z wdzięczności niemal rąbiąc głową o blat podziękował bezsłownie miśkowi (choć czuł się też nieco upokorzony, bo miał to zrobić bez niczyjej pomocy!) po czym wyczołgał się z kuchni i dysząc zaserwował danie czekającemu Lordowi Piekieł... który zerkał na stojący w rogu zegar!
        Nim zdecydował się podbić mu oko za to i pytanie ,,a gdzie mój arbuzik?”, strategicznie wykonał odwrót i poszedł do chłodni, by wynieść stamtąd piękny w-mordę-kopany-cholernie-przeklęty-bezpestkowy-krwawo-łzawy-soczek i ostatecznie, wewnętrznie wykończony postawił go przed… Nikodemem. Po prostu Nikodemem. Niech go trafi!
        A białowłosy skinął łaskawie, z wolna sięgnął po kielich i skosztował z przyjemnością. Oparł się i odetchnął. Pomyślał.
        - Trochę taki bez smaku.

* * *


        Próbował się skupić, kiedy przeszkodził mu jakiś łomot. Jeden. Drugi… Pisk? Poirytowany wstał od swojego stolika i zszedł ze stryszku burcząc, że nie ma spokoju. Co się znowu wyrabiało, kiedy nie patrzył?
        Na podeście schodów pojawił się akurat, kiedy Irinai celował krzesłem w uzbrojonego podobnie Nikodema. Dla wyrównania wzrostu stał teraz na stole. Szczęściem nie w sałatce, bo ta pyszniła się dwa nakrycia dalej, na jasnym obrusie. Ten pod butami Nikodema jasny już nie był.
        - Złaź i stawaj do honorowej walki!
        - To ściągnij mnie, świergotku!
        ŁUP.
        Noga krzesła poleciała pod jeden z foteli.
        Doprawdy?

        Zszedł nie siląc się na krzyk czy uwagę. Zresztą nie chciał rywalizować na głosy z Lilką, Borgiem i Theru, którzy już zaczęli chłopaków dopingować. Szanował swoje zmęczone gardło.
        - DAJESZ!
        - OD DOŁU GO!
        - OD GÓRY!
        Dwaj futrzaści panowie i skacząca kicia bawili się niezgorzej, kiedy młodzikom udało się zdewastować kolejny stół. Nawet Lucy musiał przyznać, że szło im nieźle, choć na bójkach wcale się nie znał. Był raczej typem… myśliciela. Władcy ciemności planującego podboje w ukryciu, wysługującego się masą bezmózgich adoratorów i nie brudzącego sobie rąk samemu. Ale potrafił docenić kunszt bezsensownych, młodzieńczych utarczek. Nie zważając na trzaski drewnianego oręża wyminął resztę pracowników i byłby szedł dalej, gdyby nie posłyszał na raz zafascynowanego krzyku misiątek, huku otwieranych przez Minę drzwi i łomotu pospiesznych kroków Berhe. To ona zaraz zleciała po schodach, jak wiatr przeznaczenia minęła go i z takim rozmachem przyrżnęła jednemu i drugiemu po łbie, że aż się skulili.
        - Co wy robicie!? - Ryknęła, ale tonem dalekim od dzikiego wrzasku. Nie. To był mrożący ton matki i pani domu. Pani, która szykowała te obrusy i prała je własnymi rękami.
        - Czy wam odbiło zupełnie! Nill, zobacz co oni wyprawiają! - Spojrzała w jego stronę, a Lilka i panowie stojący nieopodal przezornie się odsunęli i spuścili głowy. Zawiedziony jęk niedźwiadków poniósł się ponad salą.
        - Wybacz, nie zdążyłem im przerwać. Dopiero przyszedłem - odparł jak najbardziej spokojnie i niemal z czystą ciekawością podszedł do pobojowiska i wściekłej gosposi. - Hmm… Mina! Będziesz miała trochę do naprawiania… - mruknął, na końcu nieco ściszając głos, bo dopiero co wczoraj wspominał o jakiejś przerwie dla niej. Albo ona albo krzesła będą musiały poczekać.
        - No chłopcy, widzę, że dzisiaj też się dobrze bawicie. - Nachylił się nad nimi z uśmiechem od którego Irinaiowi drętwiały skrzydełka. - Znów beze mnie. Trzeba to nadrobić.

* * *


        - I tak, moje drogie panie, przygarnąłem tego niewolnika - Lucy zakończył swoją opowieść i popatrzył na Fiję i Senuelę z uśmiechem zadowolonego z interesów gospodarza, po czym dopił Arbuzową Specjalność. Już teraz jego. - Mam nadzieję jednak, że niecodziennie będą robić takie przedstawienie. A jeśli tak, muszę zacząć sprzedawać bilety. Myślicie, że ile pójdzie jeśli zdejmą koszulki i zrobią sobie badziewne tatuaże?
        - Emm, Szefie, to krzesło to będę musiała poskładać właściwie od zera… - Mina nieśmiało wtrąciła się do rozmowy pokazując resztki mebelka. Lucy machnął ręką.
        - Już trudno, nie przejmuj się. Schowaj gdzieś i trzymaj na długie, nie-zimowe wieczory. A tymczasem usiądź sobie przy naszych miłych gościach i częstuj się sałatką. - Widząc zaś jej wahanie odsunął się nieco i zasugerował, że zaraz sobie pójdzie. Tylko najpierw…
        - Kelner! - zawołał wesoło i patrzył jak Niko wzdychając rzuca swoją miotłę.
        - Idęęę…
        - Ale szybciutko, bo panie czekają.
        - Tak, tak, no mówię, że idę! - burknął, mijając polerującego stoły Irinaia. Odebrał zamówienie dla wszystkich trzech dam, bardzo ospale wycierając rękę w fartuszek, a potem notując coś co najmniej koślawo. Może nawet większości nie zanotował. Mina patrzyła na niego ze zmieszaniem i współczuciem, lecz kiedy Lucy odszedł za barek, Niko nieco się wyprostował, schował notatnik i sięgnął ponad ramionami zalotnych cioteczek po liścia z sałatki. Uśmiechnął się do nich krótko i wzruszył ramionami.
        - Warto było.

Awatar użytkownika
Kaikomi
Szukający drogi
Posty: 36
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kaikomi » 2 dni temu

        Kaikomi nie zwracała uwagi na to w jakim stanie tego ranka był Niko. Poruszał się ślamazarnie, ale chory raczej nie był, a niestety w zajeździe trzeba było przyzwyczaić się do wczesnego wstawania, bo moment tuż przed pojawieniem się gości był bardzo pracowity. Oczywiście gdyby dogadał się z Lucym w sprawie konkretnego przydziału obowiązków, które rozpoczynałyby się trochę później, wtedy mógłby sobie pospać… Pytanie czy byłby w stanie, skoro wszędzie wokół panował taki gwar. Sprzątano, gotowano, niedźwiadki się bawiły, wszyscy dyskutowali i generalnie atmosfera panowała raczej chaotyczna niż uporządkowana. Jakim cudem mimo wszystko to działało? Ano właśnie cudem.
        ”W sumie czym mógłby się zajmować Niko…”, rozmyślała Kaikomi, ale krótko - zajmowanie się Fiją i Senuelą również można było potraktować póki co jako pracę. Gdy sobie pójdą, wtedy wróci się do tematu.
        Nie to, że Kaikomi nie lubiła swoich dwóch młodszych ciotek, ale naprawdę tym razem nie miała dla nich czasu. Za jakąś godzinę, dwie - wtedy sobie z nimi posiedzi. Na razie chciała przygotować wszystko na przyjęcie gości, a tymczasem nie wymyśliła jeszcze nawet jakie ptysie przygotuje. Odpowiedź całe szczęście nadeszła szybko - gdy nie umiesz nic wykombinować, zdaj się na klasykę. A co było klasykiem na Lariv? Ano wanilia. A co za tym idzie krem waniliowy - i oto problem się rozwiązał. Syrenka od razu jakby dostała większej werwy do pracy i z zapałem zaczęła przygotowywać ciasto. Tak naprawdę to była ta część, w której rzadko dokonywała zmian - czasami gdy miała chęć barwiła je odrobiną jakiegoś soku owocowego, ale to wszystko. Niby więc nie musiała się jeszcze przez chwilę martwić co dalej... Ale zawsze lepiej jej się tworzyło, gdy miała wstępny plan. Mogła go później spontanicznie modyfikować, ale sama świadomość posiadania jakiegoś szkieletu pomagała w pracy.
        Theru chyba takie problemy nie dotyczyły – on sprawiał wrażenie artysty, którego „nogi same niosą” w kuchennym tego zwrotu znaczeniu. Przez to miał tyle czasu na rozmyślanie – czy też raczej kombinowanie – i rozmowy. To ostatnie szczególnie z Lucym (z rana) i Kropelkami (przez całą resztę dnia). Choć gdy w kuchni pojawiały się bliźniaczki, wtedy akurat często odrywał się od gotowania. Nie to, by był nimi aż tak zauroczony, że świata poza nimi nie widział, gdy pojawiały się na horyzoncie, ale po prostu trudno jest pracować, gdy dwie dziewczyny wieszają się u twoich ramion.
        Po zagnieceniu ciasta syrenka zostawiła je na chwilę by mogło wyrosnąć i w tym czasie wyszła do ogrodu, aby zerwać sobie trochę cytryn i owoców wanilii – nie będzie co prawda korzystała z tych świeżych, ale od razu uzupełni sobie zapasy, które tego dnia wykorzysta. Taka przezorna była.
        - Theru! – zawołała białego niedźwiedzia sięgając po płaski koszyk wypleciony z liści palmy. – Idę do ogrodu pozbierać sobie parę rzeczy, to tak jakby ktoś mnie szukał. Na sali są Fija i Senuela – dodała, bo spodziewała się, że najprędzej to one dwie będą mogły o nią pytać, a reszta pewnie albo się domyśli gdzie mogła zniknąć, albo po prostu poczeka. Zresztą nawet jeśli chodzi o ciotki to Kaikomi podejrzewała, że Niko będzie dla nich wystarczająco zajmujący, by nie musiały o nią wypytywać. W końcu białowłosy chłopak był źródłem nowych ekscytujących historii, na dodatek takich zupełnie innych niż te, które opowiadali marynarze w mieście – te zdążyły się dziewczynom już przejeść.
        Na zewnątrz pani Wassley odetchnęła przyjemnie rześkim, pachnącym roślinnością powietrzem i nie spiesząc się poszła na koniec ogrodu, gdzie rosły drzewka owocowe. Cytrusy zostały tu posadzone na samym początku budowy zajazdu, choć do tej pory syrenka nie dowiedziała się kto to w sumie zrobił – wersje były różne i żadna nie była wystarczająco często powtarzana, by uznać ją za pewnik. Kaikomi jednak jakoś specjalnie to nie przeszkadzało – już przy Lucym przyzwyczaiła się do tego typu rozrywek i nawet czasami sama brała w tym udział, gdy kolejne osoby pytały skąd przybył jej mąż. Zresztą to nie było specjalnie istotne. Co za to dało się powiedzieć z całą pewnością to to, że miejsce nie było raczej przypadkowe i możliwość wysiania drzewek przypadkiem można było wykluczyć – rosły zbyt regularnie, a na dodatek tuż za nimi znajdowały się już dzikie drzewa, wśród których była właśnie między innymi wanilia, więc syrenka w swoim spacerze po składniki nie musiała wcale daleko iść.
        Zaczęła od cytryn. Swój pusty póki co koszyk oparła o pień drzewa, z którego zamierzała zrywać, po czym poszła po trzystopniową drabinę, żeby sięgnąć owoców – jako jedna z najmniejszych osób w Zajeździe nie miała na to najmniejszych szans bez wspomagania, w przeciwieństwie na przykład do Therundiego czy Berhe. Z drabinką jednak zadanie było było już łatwizną – z koszykiem opartym o brzuch Kaikomi zerwała niecałe pół tuzina cytryn i ułożyła je w schludnej pojedynczej warstwie na dnie, tak aby ciężar rozkładał się równo. Nie przedłużając zeszła z drabiny, ale nie odłożyła jej na miejsce – jedynie złożyła i zabrała ją ze sobą dalej, na skraj ogrodu, bo do zbierania wanilii również była jej potrzebna. Tam powtórzył się cały rytuał z wybieraniem odpowiedniego drzewka, rozstawianiem i wspinaczką. Tym razem jednak syrenka nie zabrała koszyka ze sobą – tylko by jej przeszkadzał, bo owoce mogła tym razem układać sobie w garści. Nie spieszyła się, wybierała owoce starannie, aby były jak najbardziej dojrzałe, dlatego kilka razy musiała się przenosić, ale gdy już skończyła, miała pęczek świeżych strączkowatych owoców, który ledwo była w stanie objąć dłońmi. A co, mogła sobie pozwolić na taki luksus mają prawie że własne drzewo. Poza tym nieważne ile by zebrała, i tak się nie zmarnuje – jak ją wysuszą będą mogli ją długo przechowywać, a przy tej ilości słodkości, które produkowała syrenka, za jakieś dwa- trzy miesiące po tym zbiorze nie będzie już śladu.

        Dwie piękne ciotki Kaikomi przytaknęły uśmiechając się szeroko, gdy Niko tak bez trudu je zidentyfikował, choć minę miał przy tym jakby ciutkę nietęgą. I zdecydowanie się gubił podczas mówienia, ale co tam, dziewczyny uprzejmie mu podpowiadały. Jak na przykład uściślając, że były trzy, a nie cztery. Tak naprawdę Hanale zawsze miał tylko (albo aż) trzy kobiety na raz - nigdy więcej, a gdy któraś go zostawiała, za jakiś czas pojawiała się nowa w jej miejsce. Dziw brał, że znalazło się tyle naiwnych, ale cóż, tryton był bardzo charyzmatyczny, przystojny i przyzwoicie sytuowany, więc stanowił całkiem niezłą partię. Pewnie wiele wierzyło, że staną się “tymi jedynymi”, ale srogo się rozczarowały. Przy zmarłym jubilerze do końca wytrwała ta trójka, której taki układ odpowiadał od samego początku.
        - Niech będzie na ty - zgodziła się ochoczo Senuela, a Fija jej w tym przytaknęła. Im w przeciwieństwie do Kropelek tytułowanie nie odpowiadało, bo uznawały, że je postarza.
        - No cóż, mówiła, ale sam zdążyłeś zauważyć, że odbiera to wszystko bardzo… emocjonalnie - zauważyła Senuaela w odpowiedzi na wzmiankę o Irminii i jej wersji wydarzeń, uśmiechając się porozumiewawczo do młodego Wassleya. - Chciałyśmy więc przekonać się na własne oczy co zaszło i jak to się stało. Tylko źle trafiłyśmy, bo Kaikomi nie miała dla nas czasu.
        - Pewnie znowu naszłyśmy ją jak piecze - wtrąciła Fija, wzdychając. Tak, one często miały takie szczęście, że gdy wpadły na pomysł porannych odwiedzin, syrenka akurat nie miała za wiele czasu i przychodziła do nich dopiero gdy już zamówiły sobie coś do picia… Albo nawet złożyły już drugie zamówienie.
        W sumie nie można było dziwić się Niko, że ten tak niepewnie podszedł do kwestii tego jak należy obsługiwać ciotki Kaikomi, bo choć został już wypracowany w tej kwestii system, dla osoby postronnej mógł on wyglądać skomplikowanie, bo nikt o nic nie pytał, a na koniec wizyty każda z kobiet płaciła kwotę, która była śmiesznie mała w stosunku do tego, co zjadła i wypiła. Cała heca polegała jednak na tym, że ciotki płaciły za to, co same zamówiły, a to co zostało im podstawione pod nos szło na konto zajazdu. Kaikomi w końcu nie mogłaby nie poczęstować ich swoimi świeżymi wypiekami, a poza tym jako rodzinie należały im się jakieś przywileje. Tak naprawdę gdyby Irminia kiedyś nie uniosła się honorem to może żadna z nich nie musiałaby płacić, ale taki konsensus w sumie zadowalał wszystkich, więc póki co nie zapowiadało się na zmiany. Pierwszy drink więc - z racji tego, że obie wybierały go sobie same - szedł na ich rachunek.
        - Cześć, Irinai! - przywitała się z nim Fija, unosząc dłoń w powitalnym geście i szeleszcząc przy tym bransoletkami z perełek i muszli. - Dla mnie ten limonkowy napój co zwykle.
        - A dla mnie Czerwony Wschód Słońca… No co? - Senuela zaraz dojrzała surowe spojrzenie swojej koleżanki. - To lekki drink, jest w nim dużo owoców. Bardziej tuczy niż upija.
        - I to cię usprawiedliwia? - zapytała z powątpiewaniem druga ciotka.
        - Oj, cicho! - zbyła ją Senuela i jakby nigdy nic wróciła do rozmowy z Niko. Jakoś przez tę krótką wymianę zdań obie przeoczyły jak wściekły był fellarianin, gdy przyjął zamówienie również od Niko. One nie znały tej Arbuzowej Specjalności, a sałatka to przecież tylko sałatka. One dla siebie nie wzięły na ten moment nic do jedzenia, bo przyszły do zajazdu już po śniadaniu. No i może dobrze, bo pewnie nim zdążyłyby wbić w cokolwiek widelec, wylądowałby w tym stojący na stole Niko… Ale na razie cała trójka rozmawiała sobie w najlepsze - dziewczyny wypytywały młodego Wassleya o wydarzenia dnia poprzedniego i czy próbował tego czy tamtego z głównych specjalności zajazdu, bo brzmiało jakby był już całkiem obyty z jadłospisem.
        No a później się zadziało…

        Kaikomi ominęła cała ta heca z gotującym w szale Irinaiem i późniejszą bójką z Niko. Słyszała co prawda dobiegające z zajazdu okrzyki i trzask łamanego mebla, ale szczerze to po jakimś roku mieszkania w zajeździe to kto by się tym przejmował – bójki i jakieś szczeniackie wygłupy były tu na porządku dziennym. Czasami wystarczyło, że jakiś niedźwiedziołak przecenił swoje możliwości przy wyborze siedziska i nieszczęście już gotowe. Dlatego Kaikomi beztrosko wróciła do kuchni i dopiero wtedy zauważyła, że wszyscy cisną się w drzwiach prowadzących na salę. Zaintrygowało ją to oczywiście, więc zaraz odłożyła na bok swój kosz z owocami i przepchnęła się między potężnymi zmiennokształtnym na przód, nieopodal Lilki. Akurat trafiła na moment, gdy Berhe pacyfikowała obu chłopaków.
        - Czy… Ja chcę wiedzieć co zaszło? - zwróciła się do kotołaczki w chwili, gdy jej mąż wymierzał sprawiedliwość.

        Kaikomi dowiedziała się co zaszło. I to dwa razy: raz od Lilki, a drugi raz od Fiji i Senueli, które ledwie zdążyły uciec poza zasięg ciosów, choć na kędzierzawą ciotkę wylał się jej drink. Ich wersję płynnie podjął Lucy, dokończył, a później jeszcze sprostował po swojemu początek znajomości z Niko. Nie była aż tak różna od tej pierwszej, ale za to opowiedziana w odpowiednim dla starszego Wassleya stylu.
        - Ym… - Senuela lekko się skrzywiła. - Wiesz, Lucy, bez urazy, ale facet bez koszulki na Lariv to naprawdę nie atrakcja, to codzienność. Zabawniej by było, gdyby ich poprzebierać za zwierzątka - oceniła. Jakoś nie zamierzała bronić Niko i Irinaia, bo przecież jakby co to sobie poradzą. A przynajmniej powinni.
        - O, a może tę Arbuzową Specjalność? - zaproponowała spontanicznie Fija. - Co ty na to? - zwróciła się do towarzyszki. - Wyglądała przepysznie.
        - O, dobra myśl, ja też chcę - zgodziła się Senuela. - O, hej Kaikomi, możesz już z nami na chwilę usiąść? - zwróciły się do syrenki, która wyszła z zaplecza.
        - Mogę - przytaknęła pani Wassley, mijając się ze swoim mężem, a chwilę później z Niko. - Co tak chichoczecie?
        - Ach tak po prostu… Rozrywkowy ten twój przygarnięty synek.
        - Zauważyłam. Sporo się wokół niego dzieje od wczoraj. Oj, Fija, co z twoją sukienką? - upewniła się syrenka, bo dopiero gdy dosiadła się do stolika spostrzegła plamę na ubraniu ciotki.
        - Och, to nic, obla… łam się - dokończyła, by nie wkopywać chłopaków. - Będę musiała iść do siebie się przebrać. Ale już widzę, że zostanie plama, te nowe barwniki z Rubidii są fatalne, jak się je poleje alkoholem albo czymś kwaśnym to zaraz się odbarwiają, będę musiała kupić coś nowego…
        To był ten moment!
        - To może pójdziemy razem? - zaproponowała Kaikomi. Obie ciotki spojrzały na nią, jakby zaproponowała wypad na wiercenie dziur w kadłubach.
        - Teraz? - upewniły się.
        - Teraz - przytaknęła syrenka. - Nie mam nic do roboty aż do wieczora… Mina, ty też chyba masz dziś wolne? Może pójdziemy we czwórkę? Razem będzie raźniej wracać - dodała, bo już czuła, że minotaurzyca spróbuje się wymigać, ale że miała to zrobić w ramach drobnej przysługi dla żony szefa to było jej trudniej.
        - Och, świetnie! Ale wiecie co? Weźcie chłopaków - zaproponowała Senuela. - No bo jak będziemy we czwórkę to ktoś nam musi torby nosić! A przy okazji Niko pozna wyspę. I będą mogli odkupić Berhe te obrusy, które zdemolowali - wyciągała kolejne argumenty.
        - W sumie czemu nie? - zgodziła się Kaikomi. - Pogadam z Lucym. To co, Mina? Ja muszę się przyszykować, ale zanim dziewczyny wypiją swoje napoje to akurat. Spotkamy się tu przy stoliku.
        Biedna naturianka nie miała okazji by zaprotestować, bo pozostałe trzy kobiety wyglądały na wręcz za bardzo zapalone do tego pomysłu. Jak dobrze, że Fija i Senuela były takie rozrywkowe, dzięki nim uda się bez problemu - zgaszą skutecznie wszelki opór minotaurzycy śmiechem i czułymi prośbami. Tymczasem Kaikomi mogła pobiec do swojego męża, który akurat parzył kawy dla nielicznych jeszcze klientów.
        - Lucy - zwróciła się do niego. - Z Miną, Fiją i Senuelą wybieramy się do miasta. Ja już zrobiłam co miałam do zrobienia, a Mina też ma w sumie wolne. Idziemy na zakupy, bo Fija potrzebuje nowej sukienki. A, możemy wziąć Niko i Irinaia? Tak by Niko mógł poznać okolicę, no i do noszenia toreb. Wrócimy z nowymi obrusami dla Berhe, by tak się nie gniewała - wyrzuciła z siebie szybko wszystko to, co ustaliła z resztą dziewczyn. Zerknęła na męża bardzo wymownie: chciał by zająć się Minao, więc nadarzyła się doskonała okazja. Na pewno się zgodzi, o tym Kaikomi była przekonana. Nie było czasu na dłuższą rozmowę, bo wilkołak był zajęty kawami, więc syrenka nie zawracała mu za długo głowy - poszła się wyszykować. Nie zmieniała sukienki, założyła tylko sandałki, wzięła małą okrągłą torebkę z plecionki pełną typowych babskich szpargałów, spryskała się cała wodą z jagodlinu wonnego i była gotowa. Zjawiła się na parterze, gdy Fija i Senuela dopijały Arbuzowe Specjalności.
        - Gotowa, idziemy? - zapytała, a ciotki wstały niemal jak żołnierze na rozkaz. One zawsze były gotowe na babskie zakupy!

ODPOWIEDZ

Wróć do „Zajazd Lucy'ego”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość