Wierzbowe zacisze[Na wielkiej, nieuczęszczanej polanie] Wszystko się może zdarzyć

Wierzbowe zacisze to nic innego jak park miejski znajdujący się na zachodzie Elisji. Swoją nazwę wzięło od rodzaju rosnących tu drzew, czyli wierzb wszelkiego gatunku. W środku parku znajduje się duży staw, otoczony ścieżką spacerową. Miejsce gdzie można spotkać przedstawicieli różnych ras, profesji i stanów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

[Na wielkiej, nieuczęszczanej polanie] Wszystko się może zdarzyć

Post autor: Rakhszasa » 1 miesiąc temu

Feeria dźwięków, barw i wielka paleta odczuć. Od chłodu żelaza do gorąca pochodni. Od najcichszego szmeru po ryk smoka. Łagodne, przyjemne kołysanie karocy i ból przeszywający na wskroś. Delikatny, przyjemny zapach fiołków… Ostry, metaliczny posmak krwi… Odór potu…
A więc to tak wygląda ten stan przejściowy. Stany świadomości, które były przebłyskami w głowie wypełnionej wrażeniami płynęły, zupełnie niekontrolowane, oddzielone od racjonalnej myśli, jakby przypatrywały się temu wszystkiemu ze zdziwieniem, z dziecięcą ciekawością. Jakby ciało, wykrwawiające się, nie należało do niej zupełnie. Jakby jej magia, potęga, nie była boleśnie tłumiona przez łańcuchy z dwimerytu. Jakby od zawsze nie była stąd. Jakby właśnie teraz wracała tam, gdzie była zawsze przedtem…
Odlatywała w przyjemne wizje, jakiejś świetlistej polany, znowu widziała oczami dziecka, jak Opiekunowie uczą jej kreomagowania. Słyszała własny radosny śmiech, czuła mokrą rosę na trawie, a wszyscy mężczyźni wydawali jej się tacy wielcy, wysocy, że musiała zadzierać głowę, aby spojrzeć im w twarz. Nad nią unosił się zapach lasu i runa.
Czy to mi się śni… Tak, chyba tak, bo nad nią nie było lasu, a w okół niej nie było innych dzieci, tylko wielkie maszty Vesselyn, i głosy przekrzykujące się, jej ciężkie, bezwładne ciało i brutalne ręce mężczyzn próbujące ją przytrzymać…

Pierwsze chwile wielkiego uczucia. Pocałunek, dłoń we włosach, pełnia księżyca. Orzechowe oczy Arona. Dotyk miękkiej, gładkiej skóry… Krople potu spływające po plecach… Ból, przechodzący w wielką przyjemność…

Chyba majaczyła. Chyba mówiła coś, mamrotała, ale nie była pewna. Rozdarta między teraz, a przeszłością. Ucieczka w przeszłość była przyjemna. Teraz jest ogromny ból, nieprzyjemne dźwięki, świst w uszach, pulsowanie jej własnej krwi… Zamknęła oczy, osuwając się w ten sen na jawie znowu.

A więc Aron stanął po stronie wrogów, przeciwko słusznej decyzji, bo tak było łatwiej. Od tego momentu jestem sama, jestem silna, czynię to, co powinnam. Nie boję się… Stoję na straży prawa.
Te zapiski będą moje, nie pozwolę grupie upośledzonych skurwysynów na odnalezienie Artefaktu!
Długie dni na suchej pustyni, ale jestem coraz bliżej, coraz bliżej…
Jon… Nie, Frey… Kruki… Frey…
Perełka… Przepraszam, nie dałam rady… Atristan…

Kiedy zobaczyła ją przed oczami jakby nagły strach przebudził ją, pomyślała tylko o wysłaniu jej błogosławieństwa, jakby była naprzeciw niej, uniosła rękę, próbowała wymamrotać zaklęcie…
- Kurwa, ona nadal stawia opór. Dexter…
Ostatnie, co poczuła, było walnięcie czymś ciężkim w głowę. Później już nic nie czuła. Tylko przyjemna, ciepła ciemność…
**
- Jak mam ją uleczyć, jak, kiedy jest obwiązana tym cholernym żelastwem!? Przecież ja też nie dam rady czarować!
Poczuła okropny, ćmiący ból głowy. Tak straszny, jakby ktoś uderzył ją siekierą w potylicę. Zdawała się być bardzo, bardzo ciężka. Zorientowała się, że leży gdzieś na ziemi. Nadal była skuta. Związane ręce z tyłu, związane kostki. Bardzo ciasno. Próbowała się podnieść, ale nie dała rady.
- Tss, oj, nie, lepiej nie. – Mruknął z obrzydliwie złośliwą satysfakcją w jej stronę przywódca Kruków. – Jeszcze się zmęczysz – dodał, kładąc buta na jej twarzy. Potem lekko wyprostował nogę, tak, że Rakhszasa nie leżała na boku, a przewróciła się na plecy.
Zacisnęła powieki i wykrzywiła twarz w grymasie. Całe jej ciało nadal pulsowało nieprzyjemnym bólem, ale wyczuła, że w okolicy boku ma wykonany prowizoryczny opatrunek. Zastanawiała się, gdzie jej kostur… Ale nie była pewna, czy jest w ogóle sens o tym myśleć.
- Raven, jesteś pewien, że musimy ją leczyć? Kontaktuje nawet…
- Planujesz tortury. Po chwili ci padnie i nie dowiesz się, czego chcesz. Nie zdążysz.
- Taaak, tak… niefortunnie… - powiedział, drapiąc się po brodzie. Potem znowu podszedł do czarodziejki, ustawił ją w pozycji siedzącej i powiedział:
- Kochanie. Mam kilka pytań dotyczących tego Artefaktu. Jeśli będziesz grzeczna, jeśli mi ładnie odpowiesz, to może daruję ci życie. Może. To jak?...
Rakhszasa splunęła mu w twarz. W odpowiedzi mężczyzna ją spoliczkował.
- Bardzo nieładnie.
Odszedł w głąb pokładu. Dopiero teraz Rakhszasa zorientowała się, że są na pokładzie Vesselyn nadal. Jest przywiązana łańcuchami do masztu. I nadal lekko krwawi.
Kruki dyskutowali między sobą cicho, co zrobić w związku z czarodziejką. Dotarło do niej, że to mogą być wyjątkowo bolesne chwile… Nie była pewna limitów swojej wytrzymałości, ale ludzie, którzy planowali ją torturować, prawdopodobnie wiedzieli, jak przysporzyć jak największą ilość cierpienia, nie zabijając jej. Próbowała powtarzać sobie w głowie: nie poddam się, nie poddam… Po policzkach spłynęła jej pojedyncza łza.
Nie sądziłam nigdy, że taki będzie mój koniec. Chociaż, umieranie w słusznej sprawie było prawdopodobnym scenariuszem…

Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey » 1 tydzień temu

Frey wystrzelił się z pomocą swoich skrzydeł w powietrze niczym czarny pocisk. Pełen determinacji by tylko dosięgnąć celu. Bez zawahania. Zabawne, że nic co pozostawił za swoimi plecami, na ziemi nie miało dla niego żadnego znaczenia. Ciekawszym pytaniem, na które ciężko z pewnością będzie uzyskać odpowiedź jest to, czy jego cel ma dla niego jakiekolwiek znaczenie. On sam nie zastanawiał się długo, jego umysł pozbawiony był emocjonalnych pobudek. Po prostu poszedł na żywioł, swój żywioł. Przed laty, gdy uczęszczał jeszcze do swojej pierwszej piekielnej szkółki wojskowej cieszyłby się ot zwyciężoną bitwą. Odpartym natarciem, zniszczonym pobojowiskiem. Teraz jednak... każdy kolejny trup miał coraz mniejsze znaczenie. Gdzie odnaleźć adrenalinę i emocje, jeśli nikt nie był w stanie stawić mu czoła od tak dawna. Łaknął porządnej dawki. Zupełnie jak prostak uzależniony od jakiejś substancji. Z każdą kolejną dawką potrzebował więcej. Uderzył o burtę u samej jej podstawy. Spróbował zlokalizować miejsce, w którym dostanie się do środka. Mierzył, by było to pomieszczenie jak najrzadziej uczęszczane. W końcu z pomocą swoich pierwotnych szponów zwyczajnie zrobił sobie odpowiednią wyrwę w kadłubie. Dużą tylko na tyle, by mógł dostać się do wnętrza. Ciemny magazyn.
- Doskonale. - mruknął do siebie pod nosem. Przyciągnął pierwszą znalezioną beczkę i zatkał nią prowizorycznie wykonany przez siebie otwór. Przed nim ta część roboty, na której znał się doskonale, choć miało miał okazji takich jak ta, by poszczycić się swoim kunsztem w praktyce. Zwiad i infiltracja. Zlokalizować tę wariatkę, zabezpieczyć i posłać łajbę na dno... znaczy na ziemię. Upewniając się, że w pobliżu nikogo nie ma Frey przybrał ponownie swoją ludzką formę. Swój ekwipunek miał oczywiście w pełnej gotowości, ale stwierdził, że dużo łatwiej będzie mu się przemieszczać z mniejszym i zwinniejszym ciałem, oraz poręcznym sztyletem pod ręką. Poza tym wciąż miał do dyspozycji swoją magię, zagryzł wargę, począł planować. Myśleć w sposób najbardziej logiczny, jaki potrafił wciąż przyćmiony swego rodzaju łaknieniem. Próbował domyślić się dlaczego Rakhszasa postąpiła w ten sposób, ale nie był w stanie do tego dojść. Miał widocznie za mało informacji w jego mniemaniu. Będzie trzeba z nią szczerze pogadać, jeśli przeżyje. Nie znał właściwego trofeum, o które toczyła się jej bitwa z Krukami. Napatoczył się przypadkiem, dawno temu i grał. Grał dla zabawy, nie zwycięstwa. Dla rozgrywki, nie dla pozostałych graczy. Do czasu, bo czymże jest to co właśnie robi? Potępiając brawurę czarodziejki udaje się w sam środek ośrodka stanowiącego główne dowodzenie przeciwnika, westchnął cicho. Piekielny zaczął od przeszukiwania najniższych pokładów statku. Przeglądał nawet niektóre beczki. Pomijał prowiant, czy wodę. Właściwie szukał jednego... prochu, bądź materiałów łatwopalnych. Poziom po którym się aktualnie przemieszczał patrolowało jedynie dwóch ludzi. Zorientował się po jakimś czasie przechadzając się między cieniami. Jakiś czas później znał już ich dokładne ścieżki. Wiedział, gdzie zaglądają podczas, gdy oni nie mieli pojęcia o jego pobycie na pokładzie. Pytanie na jak długo... Jedno z pomieszczeń było zamknięte na klucz. Zastanowił się chwilę przyparty plecami do zimnego drewna. Kiedy tylko sytuacja na to pozwalała przemieszczał się. Przywarł do zamkniętych na klucz drzwi, nad jego dłonią był już uprzednio przygotowany bardzo niewielki i bezszelestny płomyk, który Frey zwyczajnie wcisnął go w zamek. Nie miał dużo czasu, ale wiedział co robi. Po chwili drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem. Wślizgnął się do ciemnej, ciasnej izby.
- Słyszałeś?
- Co, to drzwi tylko, pewnie szef po raport.
- Cisza jest szefie! - Nikt mu nie odpowiedział. Nastąpiła bardzo krótka chwila ciszy. Frey przełknął ślinę. W międzyczasie orientując się, że izba jest pełna beczek.. z prochem. W dziesiątkę. Przymknął na moment oczy próbując zakodować sobie w pamięci tę informację.
- Nie odpowiada, coś jest nie tak.
- To idź na schody i sprawdź.
- Dobra. - odpowiedział drugi, nieco niepewnie. Tylko dwóch, osobno. Prosta sprawa. Kolejne skrzypnięcie drzwi było jak wywrócenie klepsydry na drugą stronę. Piasek ruszył, została tylko chwila na Twój ruch, Frey.
Piekielny ruszył na tego, który pozostał na pokładzie. On również rozglądał się podejrzliwie, po usłyszeniu drugiego skrzypnięcia, ale wciąż był święcie przekonany, że to drzwi na górze. Żadne inne przecież nie były otwarte... śmiertelnie błędne założenie. Drugi już wracał, ale było za późno.
- Nikogo nie ma, musiało nam się wyda.. - nie dokończył, zatrzymał się stojąc na wprost swojego kompana, który w tej samej chwili został złapany od tyłu. Jedna dłoń przyłożyła mu sztylet do gardła a druga zatkała usta. Była ciepła, zbyt ciepła. Gorąca.
- Ani drgnij. - powiedział piekielny do tego, który uprzednio był bardziej strachliwy, co wynikało z ich rozmowy. Skierował też sztylet w jego stronę, dając pierwszemu bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa. Frey miał nogi rozstawione szeroko, by nie zarobić przypadkiem kopa. Spodziewał się oporu i... został ugryziony w dłoń, która miała zatykać gębę zakładnika.
- Śmiertelny błąd. - mruknął mu na ucho.
Stojący z naprzeciwka zobaczył tylko szyderczy uśmiech piekielnego, kiedy dolna część twarzy kolegi ulegała okropnej deformacji, topiła się właściwie pod wpływem ogromnej temperatury. Do jego nozdrzy dobiegł zapach zwęglonych ludzkich tkanek a po chwili dolna szczęka zwisała bezwładnie z osmolonymi kawałkami mięsa w okół. Po języku pozostał tylko zwęglony ślad.
- Podejdź bliżej. Rozbieraj się. - rzucił piekielny cały czas mierząc wzrokiem tchórza. Jak poniesie go fantazja, to pewnie nawet wyrzuci zwłoki za burtę i nikt się nie zorientuje. Etap pierwszy ukończony. Teraz Frey zostanie jednym z nich. Zdobędzie wszystko, czego potrzebuje. Powoli, pięterko po pięterku. Krok po kroku i informacja po informacji. Spodziewa się oporu, nawet niemałego. Jego plan jednak zakładał, że w ostateczności Rakhszasa będzie mu w stanie pomóc, co wcale nie musiało być pewne. Kiedy posprzątał po sobie na najniższym z pokładów powoli ruszył na górę. W poszukiwaniu jakiegokolwiek planu, dziennika, czegokolwiek, co pomogłoby mu odkryć kilka z kart przeciwnika. W końcu o to chodzi w tej rozgrywce, prawda? Wiedzieć więcej, rozegrać partię sprytniej. Nieświadomy swoich słabości przeciwnik nawet nie będzie w stanie zareagować na to mistrzowskie zagranie.

Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa » 1 tydzień temu

Leżała, pilnowana przez Kruki w maskach. Nadal przywiązana łańcuchami z dwimerytu. Nie miała żadnych szans. Próbowała gorączkowo myśleć nad jakimś sposobem ucieczki, albo samobójstwem, jednak nawet myślenie w tym stanie było utrudnione. Próbowała pogodzić się ze swoim losem, tak bardzo się przy tym bojąc. Nawet nie śmierci, a cierpienia. Wiele w ciągu swojego życia zdołała znieść. Ale wiedziała, że mężczyzna spełni swoje groźby i poczuje taki ból, jakiego jeszcze nigdy nie czuła.
Po jakimś czasie wrócił do niej, kucając naprzeciw.
- Zniszczyłaś coś, co było mi bardzo potrzebne. Nie myśl, że unikniesz za to kary.
Cedził jej te słowa do ucha, dociskając do desek pokładu jej głowę.
- Czy tego chcesz, czy nie, powiesz mi, co tam widziałaś.
- Błagam! Ty nie wiesz, co to znaczy, zabijesz nas wszystkich! - wrzasnęła ochrypłym głosem. - Ile ludzi musiało zginąć, by przywołać Vesselyn? Nie dasz rady Morgo, on pochłonie pół kontynentu!...
Mężczyzna zdenerwował się. Chwycił ją za włosy i boleśnie rwąc je do góry, uniósł jej głowę.
- Żałosna, choć piękna - szepnął. Niemalże przytulił się do jej twarzy, jego nos dotykał jej policzka. Ciepłe powietrze z słów, jakie wypowiadał, czuła przy uchu, w którym krew pulsowała tak głośno i szybko, że ledwo słyszała jego słowa.
- Mam taką moc, o jakiej ci się nie śniło. A posiądę taką, że Alarania będzie bała się wymawiać mojego imienia. Morgo będzie mój.
Drugą dłonią pogładził ją po policzku.
- Masz ostatnią szansę. Jestem miłosierny. Jeśli pomożesz mi, okażę ci litość.
Spojrzał jej w oczy. Była bezbronna. Bordowe, błyszczące tęczówki były przymglone łzami. Włosy w nieładzie, brud i pot na twarzy. Ale nie przyćmiewało to jej urody.
- Tak, taka nawet mi się podobasz. Zdana na moją łaskę i niełaskę. Zmuszę cię do posłuszeństwa. W końcu udało mi się ciebie złapać, przyznaję, że jestem pełen podziwu, że tak długo udało ci się mi uciekać.
Oglądał ją jak ciekawy obrazek, osobliwość, a nawet w jego ciemnych oczach jakby błysnęła pożądliwość.
- Ostatnia szansa. - mruknął jej do ucha.
- Nie - powiedziała drżącym głosem. Chciała brzmieć stanowczo, jednak mówienie już przychodziło jej z trudem. Zaciskała zęby i powieki, ponieważ ból wyrywanych włosów i wciąż niezasklepionej rany był zbyt silny. Po policzkach zaczęły cieknąć jej gorące łzy.
Kruk gwałtownie odrzucił w tył jej głowę, puszczając w końcu jej włosy.
- Twój wybór.

Po chwili odczuła swąd własnej spalonej skóry, kiedy do ramienia przykładali jej rozżarzony metal. Nie potrafiła się opanować, wrzeszczała głośno, wierzgała nogami. Kiedy odsunęli metalowy pręt, dyszała ciężko.
- Czekam. - mruknął.
Rakhszasa posłała mu tylko wściekłe spojrzenie. Pod poprzednim pasem spalonej skóry znowu przyłożyli narzędzie tortury. Tym razem na dłużej.
Czarodziejka tylko siłowała się ze sobą, aby nie prosić o litość, o przerwanie. Jeśli ma zginąć, przynajmniej z godnością. Jej krzyk z pewnością słyszany był z dużej odległości, ale nie liczyła na to, że ktokolwiek będzie w stanie ją usłyszeć. A tym bardziej jej pomóc. Chwila wytchnienia, kiedy odsunęli ten pręt od jej skóry. W tym momencie oddychała szybko, płytko, jakby walczyła o oddech. Zapowietrzyła się chyba, poczuła, jak świat się zakołysał, ciemne plamki przed oczami...

- Przesadziłeś szefie - powiedział jeden z Kruków. - Ona chyba przestała oddychać.
- Raczej szybko się nie obudzi.. - mruknął przywódca, drapiąc się po brodzie.
- O ile w ogóle.
- Dobrze już, zwiążcie ją najmocniej jak potraficie, usuńcie te łańcuchy i uleczcie ją. Ona się łatwo nie podda.
Medyk, który wcześniej mu doradzał, zrobił do innego Kruka minę w stylu "a nie mówiłem". Oboje przystąpili do wykonywania jego poleceń. Położyli ją na prowizorycznych noszach, owiniętą groteskowo, niemalże jak zmumifikowane zwłoki. Zaczęła znowu oddychać, jednak nie obudziła się. Jej rana w boku zaczęła magicznie znikać, dzięki czarom Kruka. Inny smarował maścią jej niedawne oparzenia.

Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 52
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey » 1 tydzień temu

Zaczął odczuwać coraz to większą swobodę poruszając się po kolejnym, tym razem środkowym pokładzie. Jego ruchy można było porównać do zachowania dzikiego zwierzęcia, które jakiś czas było przetrzymywane w zamknięciu a właśnie zostało wypuszczone na wolność. Próbował zbadać każdy zakątek obsadzonej nieprzyjaciółmi fregaty, choć może to niewłaściwe ujęcie. Chwilowo stanowili oni jego sojuszników. Piekielny musiał być przekonujący i sprytny. To drugie miało chyba większe znaczenie, stąd napotykając jakąkolwiek załogę śledził ją przez jakiś czas z ukrycia. Całość stanowiła bardzo skomplikowany proces. Jakby zmodyfikowana partia rozgrywki szachowej, w której gracze nie dokonują ruchów jeden po drugim. Podczas, gdy Kruki stale dokonywały jakichś zmian, poruszały się według schematów, bądź realizowały dany im z góry plan Frey czytał to wszystko. Raz za razem, aż wiedział wystarczająco, by wykonać swój ruch. W tym jednak przypadku to on ustalał reguły gry. Nie mogłoby być inaczej, wszak na każdym podwórku dziecko, które ustala zasady zabawy bawi się najlepiej... i często wygrywa najczęściej. Cedrey był jednym z tych dzieciaków, który nigdy nie zakłada porażki.

Wyższy, środkowy pokład był prawdopodobnie przedostatnim. Stanowiły o tym boczne ściany, które postawione były nie pionowo, a jako łuki. Łowca wizualizował sobie zewnętrzny kadłub, by pomagać sobie w orientacji. Wciąż powtarzając i chcąc wyryć sobie w pamięci lokalizację beczek z łatwopalnym materiałem na najniższym pokładzie. Środkowa część i dziób statku z pewnością na wyższej kondygnacji nie miały już sufitu zatem odczytać to mógł dwojako. Raz, że jest już bardzo blisko zbadania całości okrętu a dwa, że bardzo niewiele informacji zostało do odkrycia zakładając, że nie pominął nic istotnego. Z każdym krokiem eksploracja stawała się coraz trudniejszą. Korytarze były wąskie, ciasne i z reguły długie. Miało to z pewnością oszczędzić miejsca, które zabierały ważniejszym pomieszczeniom. Stanowiło to trudność na tyle istotną, że przed wejściem na każdy z takowych Frey musiał być pewien, że nikt nie pojawi się z jednego, czy drugiego jego końca. Pomimo, że miał swoje przebranie to wciąż nie znał wystarczająco zachowań załogi. Piekielny właśnie znalazł się przed jednym z tych korytarzy. Wychylił się, poczekał. Wziął wdech i ruszył. Błąd. Usłyszał kroki po drugiej stronie. Jedyną drogą ucieczki były drzwi po środku przejścia, więc bez zastanowienia wparował do środka gotując się przed tym na nieoczekiwane. Miał sporo szczęścia. Długa sala wypełniona łóżkami po obu stronach. Pustymi łóżkami. Od razu zwolnił kroku przemierzając ją, by nie wywołać zbędnego hałasu i wtedy właśnie zorientował się, że nie wszystkie posłania są zupełnie puste. Jeden Kruk ucinał sobie drzemkę? Niemożliwe, przecież wszyscy winni być obsadzeni na pokładzie. Frey minął go po cichu i spróbował rozejrzeć się za czymś, co dałoby mu więcej informacji. Przykucnął przy jednym z łóżek, później przy następnym. Przeglądało nocne szuflady, które co ciekawe nie znajdowały się przy każdym łożu a jedynie przy niektórych z nich. Podczas badania jednego z takich miejsc usłyszał tuż za sobą twardy głos.
- Ej, co tu robisz? Nie miałeś być na dolnym pokładzie? - nie odpowiedział. Wziął krótki wdech.
- Mówię do ciebie, Zigi! Koniec przerwy, szoruj na pokład! - mężczyzna stał tuż za nim. Odczekał kilka chwil ponownie zachowując milczenie a kiedy spróbował się odwrócić na jego głowę już leciał cios podejrzewającego coś mężczyznę, który uderzył Freya w twarz. Co było dla piekielnego dobre, bo cios w tył głowy mógłby go pozbawić przytomności i wykluczyć z gry. Szpieg złapał za przedramię atakującego i szarpnął go do siebie z zaskoczenia, co doprowadziło to uderzenia krukiem o nocną szufladę. Mężczyźni przewrócili się i doszło do dość długotrwałej szamotaniny, wymiany uprzejmości pod tytułem pięści, łokcie, nawet trafiło się ugryzienie, gdy Łowca próbował poddusić jegomościa. To się dzieciakowi, który tak sobie ceni wygrywanie nie spodobało, więc ponowił próbę duszenia. Tym razem jednak ugryziona uprzednio dłoń była większa, czarna i zakończona ostrymi pazurami jego pierwotnej formy. Bez problemu ujął za gardło nieszczęśnika, podniósł go i docisnął do ściany trzymając w powietrzu, gdy ten szarpał się walcząc o życie piekielny ustabilizował oddech. Jego mimika twarzy podpowiadała, że jest gościem, który zrobi ci w takiej chwili bardzo dużo bolesnych nieprzyjemności ku swojej uciesze. Tak się jednak nie stało. Powiedział jedynie:
- Masz ogromne szczęście, jak na trupa. - i przetrącił mu kark wprawnie zaciskając piekielną łapę pozbawiając przy tym siebie mnóstwa zabawy a swojemu przeciwnikowi ukracając bardzo sporo męki... i życia. Choć to w sumie na jedno czasem wychodzi, nie?

Minęło dosłownie kilka chwil i do sali z łóżkami wparowało nagle trzech kruków wywalając drzwi. Można się tego było domyśleć, wszak bijatyka na drewnianej łajbie była dobrze słyszalna na wszystkie strony pokładu. Dostrzegli jednego ze swoich z notatnikiem przy twarzy i piórem w drugiej dłoni.
- Co tu się odpieprza? - zapytał pierwszy z kruków.
- Pokłóciłem się z drugim i piszę list do szefa, potem wracam na dolny. - odpowiedział mu ten na łóżku skrobiąc coś w notatniku, zza którego nawet nie wyjrzał.
- Pokłóciłeś? To kto kim tak walał o ściany? Imię i przydział!
- Zigi, patroluję dolny pokład. -
- To kuźwa kończ ten pieprzony raport a nie liścik do szefa i zamiataj na dół zanim sam cię tam zrzucę! Za pięć minut ma cię tu nie być, Zigi. - pozostała dwójka wyszła a on chwilę za nimi trzasnąwszy drzwiami.
Postać na łóżku jedynie uśmiechnęła się zza notatnika, na którego pustych kartkach wysuszonym już inkaustem została sporządzona notatka poniższej treści:

"Drogi pamiętniczku...

Co za szalony dzień... kto by pomyślał, że chcąc uratować swoją miłość znajdę się w tak nietypowej sytuacji. Nakrył mnie. Musiałem walczyć o życie, co zaalarmowało straże. Wygrałem, to oczywiste, ale później. Udało mi się ich przechytrzyć tylko dzięki Tobie, drogi pamiętniczku. I temu wełnianemu kocykowi, który nie pamiętam nawet skąd mam. Wyobrażasz sobie, że musiałem się do niego zwrócić "Najdroższy wełniany kocyku, czy mógłby Pan proszę przykryć to truchło?" by to faktycznie zrobił. Teraz leżę nad gościem, którego przed chwilą zadusiłem, dzieli nas jedynie wełniany kocyk i fakt, że w moich arteriach wciąż pulsuje krew. Jakie to życie bywa przewrotne, prawda?

Ciąg dalszy nastąpi..."

Frey przekartkował jeszcze notatnik, zanim schował go za pazuchę, zabrał swój kocyś, schował trupa pod regularną pościelą i doleciał do drzwi, począł nasłuchiwać i w odpowiednim, jak mniemał momencie wyszedł. Już niedaleko.

Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa » 1 tydzień temu

Dziwne uczucie. Bardzo obezwładniające. Ale bardzo, bardzo przyjemne. Do jej świadomości dotarło, że uśpili ją jakimś zaklęciem, ale później... już wszystko było jak we śnie. Zapomniała zupełnie, kim jest, gdzie jest i co się z nią dzieje. Był tylko strumień dziwnych przywidzeń, świat barw i zmysłowych doświadczeń, wszystko pozbawione sensu a nawet i umysłu, który by czuwał. Nic, tylko ciepło, miękko, przyjemnie...

- Szkoda jej. Ma talent -mówił do siebie Przywódca, przeglądając notatki w swoim biurze przy górnym pokładzie.
- Z tego co widzę, raczej przejdzie na tamten świat zanim na naszą stronę, Francis - skomentował to inny Kruk, siedzący po drugiej stronie obszernego biurka.
W pomieszczeniu oprócz nich nie było nikogo innego. Widać było, że między mężczyznami nie było tak dużego napięcia jak w przypadku reszty, typowego między szefem a podwładnymi. Ci rozmawiali swobodnie, nawet jeśli rozmowa dotyczyła torturowania czarodziejki.
Ten drugi położył nogi na biurku i zakołysał się na krześle.
- Ale przyznam ci rację, jest wyjątkowo uzdolniona. Poza tym, jak rozpracowała twoją technikę cieni? Albo tak cię wtedy śledziła, że jej nie zauważyłeś, albo tak rozpracowała ślady magii. W obu przykładach... geniusz.
- Nie jestem pewien - mruknął Francis. Prawda jest taka, jednak, że przyczyniło się do tego kilka jego głupich błędów, których sam się przed sobą zbytnio wstydził, żeby odpowiedzieć mu zgodnie z prawdą.
- Złam ją najpierw żelazem, niech posiedzi kilka godzin, potem tortury wodne... Pewnie będziemy się z nią tak bawić kilka dni.
Przywódca zacisnął pięść.
- Dobrze. Ugościmy ją po naszemu, Aron.
Mężczyzna przy biurku uśmiechnął się okrutnie i nałożył z powrotem maskę Kruka.

- Szefie, kończymy, mamy z powrotem przywiązywać do słupa czy zanieść pod pokład?
Francis jakby zastanawiał się chwilę, wtapiając palce we włosy wciąż śpiącej czarodziejki.
- Pogadamy sobie tu z nią jeszcze.
Aron stanął za nim, z rękami za plecami.
- Tylko sprawnie, najlepiej przebudźcie ją i ogłuszcie, a potem w łańcuchy - mruknął.

Wyjście z tego świata pełnego barw było jak oblanie głowy zimną wodą. Próbowała się unieść, ale była mocno do czegoś przywiązana. Jeszcze nie przypomniała sobie, co się dzieje. Nad sobą widziała nieznajome twarze... i jedną znajomą...
- C-co...
Nie zdążyła zadać pytania, kiedy przed jej oczami mignęło coś, od czego znowu straciła przytomność.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Wierzbowe zacisze”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość