ArrantalisNajczystsze złoto najłatwiej traci blask

Arrantalis leży daleko na Oceanie Jadeitów, zajmuję dwie wyspy – Arrante i Talianis, których jedynym połączeniem jest kamienny most. Rządzi mim piękna anielica królowa Delia.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Najczystsze złoto najłatwiej traci blask

Post autor: Delia » 7 miesiące temu

Od wyjazdu Dżariego i oficjalnego przedstawienia księżniczki minął cały rok. Delia nawet nie zauważyła, jak czas szybko leciał, tak wiele działo się wokoło, owszem tęskniła i to bardzo, nieraz w nocy, gdy była sama pojedyncza łza spłynęła po jej policzku połączona ze wspomnieniem pożegnalnej pieśni Dżariela. Wiedziała jednak, że musi być twarda i wierzyć, że jeszcze trochę i jej ukochany powróci, a wtedy w końcu będą mogli być razem. Starała się teraz jak najwięcej czasu poświęcać Evangeline, ona była jej szczęściem i siłą. Podczas tych parunastu miesięcy naprawdę poczyniła spore postępy. Na pierwszy ogień poszła nauka czytania i pisania co poszło bardzo sprawne, oczywiście księżniczka wciąż ćwiczy, głównie przez przepisywanie wierszy i ich recytowanie zgodnie z zaleceniem nowego tymczasowego opiekuna. Został on zatrudniony kilka dni po odejściu Lakiego. Przedstawiał się jako Zik i był najlepszym kandydatem, poważny, odpowiedzialny oraz niezwykle oddany swej pracy. No i warto również dodać, że dobrze wykształcony. Zawsze chodził elegancko ubrany, miał krótko podcięte czarne włosy i dwubarwne tęczówki, jedna była brązowa, a druga niebieska. Czasem również udawało się z nim pożartować i pośmiać mimo surowego stylu bycia, bardzo chętnie rozmawiał, łatwo mu się dogadywało ze wszystkimi bez względu na wiek, płeć czy rasę. Niezwykle efektownie uzupełniał wiedzę księżniczki w aspekcie etykiety, aby zapobiec drastycznym gafom.

Delia zaś po pierwszych dwóch miesiącach od wyjazdu Dżariela zdecydowała się nauczyć Evangeline latać, była za duża, by wciąż z tym zwlekać. Na początku tylko co kilka dni latały nisko nad plażą, by w razie czego młoda spadła na miękki piasek, gdyby Del nie zdołała jej złapać. Później wychodziły niemal każdego ranka i wieczoru, by szlifować umiejętności latania, a gdy były zmęczone, wchodziły orzeźwić się w morskiej wodzie, która również nie uchroniła złotej anielicy przed nauką nowych rzeczy, królowa zadbała także o to, by jej córeczka pewnie czuła się wśród fal i nie miała problemów z pływaniem. Gdy w końcu do tego doszło, wybierały się na lotnicze wycieczki wokół niezaludnionego wybrzeża.

Po powrocie do zamku prawie zawsze witały ich kociaki, Róża i Ventus, znacznie podrosły i teraz ganiały po korytarzach chętne do psot. Najgorzej miał Valak, gdy maluchy go znajdowały. Uznawały go za mysz i mogłyby ganiać w nieskończoność, miał szczęście, że przez czarodzieja skończył ze skrzydłami i miał jak się ukryć gdzieś wysoko. Yro był skłonny zrozumieć szczura, tyglewiątka bardzo często skakały na niego, chcąc się bawić, przez co kończył z podrapanymi do krwi nogami i porozdzieranym ubraniem. Nie miał im tego za złe, ale wolał ich unikać. Ponadto lwio-tygrysie hybrydy przyciągały wzrok służby i również o nich rozeszła się plotka po wyspach. Skutkiem tego było kilka propozycji kupna kociaków, na które Delia stanowczo odmawiała. Apokalipsa była jej przyjaciółką, nie mogłaby tak po prosto sprzedać jej dzieci. Pewnie ze względu na swą wyjątkowość mogłyby się zmarnować w jakimś cyrku. Rodziny nie powinno się rozdzielać, Del tylko utwierdzała się w swej stanowczości na ten temat, gdy widziała, jak Eden wraz z lwicą bawią się ze swoimi dziećmi, tu było im najlepiej. Piorun natomiast jeszcze bardziej wziął sobie za cel pilnowanie niebianek i systematycznego doglądania co u nich, nawet gdy spały. Szmer zaś wcale się nie zmienił.

Na pierwszy rzut oka wszystko się układało, ale to nie była prawda. W miarę upływu czasu coraz więcej łez przelewała Delia każdej nocy zaniepokojona brakiem wieści od ukochanego. Popełniła też okropny błąd. Wprawdzie starała się poświęcać córce jak najwięcej czasu i nawet asystowała jej ona przy królewskich sprawach, zadbała nawet, by księżniczka miała swój własny tron, ale nie zauważyła, że od czasu tamtego pierwszego, oficjalnego przejazdu ulicami Arranty wewnętrzny blask Evangeline jakby osłabł.

Niestety kolejne wydarzenia wcale nie ułatwiały niczego, za długo było spokojnie więc w końcu przez Arrante przeszedł niewielki wstrząs, ale nie mógł zostać zignorowany, klątwa ponownie dała o sobie znać. Rozpoczęła się więc migracja ludności na drugą wyspę, Delia pilnowała, aby Evangeline była wtedy przy niej, za żadne skarby nie chciała jej pozostawiać pod cudzą opieką, nawet jeśli bardzo ufała w kompetencje Zika.
Najpierw wydała rozkazy i zarządziła, jak ma przebiegać sprawna ewakuacja wyspy, strażnicy uwijali się z tym, jak mrówki i zostali też wysłani ludzie, którzy mieli uspokajać tych spanikowanych. Wprawdzie większość Arrantalian już przywykła do tej klątwy, ale wciąż byli tacy, którzy bali się tego jak ognia, a ostatnie czego chcieli to wybuch ogólnej paniki w sytuacji kryzysowej.
Gdy wszyscy wiedzieli już co robić, Delia przykazała córce, by leciała wraz z nią pod niebo gdzie mogły objąć wzrokiem większość Arranty. Anielica użyła wtedy swej magii, ponieważ potrzebowali jeszcze trochę utrzymać ląd nad powierzchnią wody, a wstrząsy pojawiały się coraz częściej, z każdym kolejnym wyspa była coraz niżej. Evangeline była obok swej mamy, a ludzie, mimo iż przerażeni zadzierali głowy do góry i strażnicy nawet musieli ich poganiać, bo nadal znajdowali się tacy, co chcieli załapać się na darmową garść złotego pyłu.
Ostatecznie jednak wszystko odbyło się dość sprawnie. Najważniejsze rzeczy z zamku również zostały przewiezione na Talianis do starego pałacu. Delia była już wtedy naprawdę zmęczona i trochę przygnębiona, gdyby tylko znała sposób na pozbycie się tej klątwy. Dobrze, że wielu ludzi przyjmowało Arrant, którzy nie mieli gdzie się podziać pod swoje dachy. Dawne podziały na szczęście niemal całkiem odeszły w niepamięć.
Władczyni nie przepadała za pobytem w starym pałacu, biła od niego nieprzyjemna aura, która kojarzyła się jej z przeszłością Arrantalis oraz kryzysami związanymi z klątwą. Del podczas pobytu na Talianis dużo opowiadała Evangeline, która teraz rozumiała już znacznie więcej o historii dwóch wysp. Musiała w końcu się wytłumaczyć, dlaczego Arranta zatonęła, a jakoś wcześniej nie miała czasu wspomnieć o przypadłości tej wyspy.
Na szczęście całe zamieszanie trwało zaskakująco krótko, raptem kilka dni więc ludzie uznali to za dobry znak i powiązali w jakiś sposób ze zbliżającą się rocznicą przybycia do nich złotej księżniczki. Zaczęli plotkować o tym, że jest ona darem dla ich kraju od samego Prasmoka, niektórzy zaś wspominali o Panu lub innych bogach, których czcili.

Każde zatopienie nawet krótkie wywoływało pewne szkody, więc ludziom zajęło trochę czasu, by dojść do siebie po tym wszystkim. Tego dnia jednak nikt nie myślał o nieprzyjemnym incydencie, ponieważ wieczorem miał się odbyć królewski bal na cześć Evangeline, która już cały rok jest księżniczką oraz Delii, której urodziny wypadały kilka dni temu. Złotowłosa niebianka teraz miała już w czym wybierać, co chwilę dostawała jakieś nowe sukienki od Ediana. Mimo to nawet dziś służące przyniosły jej nowe odzienie. Kreacja bardzo jej pasowała, miała kolor ciemnego złota, a pył krążący wokół księżniczki tylko nadawał jej blasku. Na dodatek błękitne, drobne kokardki, aby pasowały do znaków na jej ciele. Poza tym miała dość klasyczny krój, miała wyróżniać się kontrastowymi kolorami i idealnym dopasowaniem do właścicielki.
Zik czekał pod drzwiami do komnaty swej podopiecznej, był już adekwatnie do balu ubrany, ale nie niecierpliwił się, nie przebierał nogami, nie bawił się rękami. Zwyczajnie stał prosto z lekko uniesioną głową niemal bez ruchu.
W środku prócz służek były jeszcze Ventus z Różą, z zainteresowaniem przyglądały się procesowi ubierania.

- A dlaczego ludzie potrzebują pomocy przy zmienianiu skóry? – zapytał Ventus.
- Aleś ty głupi! – pacnęła go Róża – Ona jest aniołem, nie widzisz skrzydeł? Ludzie nie zmieniają skóry.
- Czyli anioły tak? Ale przecież widziałem, że niektórzy mieli inną czasami, a czasem wracali do swoich starych… jak to działa? – dopytywał zaciekawiony.
- Nie bądź niegrzeczny Ventus – fuknęła na niego – Mi się bardzo podoba ta nowa skóra – połasiła się do nóg Evangeline, licząc, że za komplement zostanie pogłaskana albo Evangeline się z nimi pobawi.

Tymczasem w komnacie Deli było zdecydowanie mniej tłoczno, była już ubrana i patrzyła w lustro, zastanawiając się, czy wygląda dobrze. Towarzyszyła jej Apokalipsa i Eden. Oni oboje również byli przygotowani na bal, czyści, wyczesani. Ich obecność była obowiązkowa na balu, w końcu byli podarowani od najzamożniejszych rodzin z Arranty i Talianis. Byli więc kolejnym symbolem zjednoczonego królestwa. Fakt ten podkreślały ich dzieci, ale były zbyt psotne i ruchliwe by również mogły przebywać na sali balowej.

- Czy wyglądam dobrze? – spytała Del, spoglądając na swe odbicie, jej włosy były upięte w zgrabny kok i miała na sobie czerwoną suknię usianą maleńkimi diamencikami.
- Pięknie – stwierdziła lwica, a tygrys jej przytaknął.
Królowa uśmiechnęła się lekko i wykrztusiła z siebie ciche „dziękuję”, po czym usiadła na krawędzi swego łóżka.
- Chodzi o Dżariego? – zapytał Eden, widząc zatroskanie na twarzy kobiety.
- Tak, nie… Nie wiem.
- Przejrzysta odpowiedź – westchnęła lwica.
- Po części tak, ale też martwi mnie Evangeline, wydaje mi się, że coś jest nie tak, ale nie wiem co, a ona na nic się nie skarżyła, ale mam takie dziwne przeczucie…
- Kochana, nie szukaj problemu tam, gdzie go nie ma. Postaraj się zwyczajnie cieszyć wieczorem, to wasza noc – poradziła Apokalipsa.
- Dziękuję. – Del faktycznie zrobiło się trochę lepiej na sercu i ruszyła ze swymi zwierzęcymi przyjaciółmi w stronę sali balowej.

Przed wejściem poczekała chwilę na Evangeline, którą przyprowadził Zik. Rozpromieniła się na widok córki, aż lekko poruszyła skrzydłami.

- Ślicznie wyglądasz kochanie.
- Obie wysokości wyglądają zjawiskowo – dodał Zik kłaniając się królowej. – Proszę się nie obawiać o umiejętności taneczne, dołożyłem wszelkich starań, by księżniczka nikomu nie deptała po nogach – uśmiechnął się wesoło.
- Dziękuję Zik, myślę, że już za chwilę się przekonamy czy twoje nauki nie poszły w las.

Tygrys i lwica zasiedli przy tronach bardzo dumni ze swego znaczenia, nim jednak zaczęły się tańce, trzeba było przejść nudny rytuał powitania wszystkich gości, których imiona były odczytywane, jak tylko przekraczali próg. Trochę to trwało, ale Delia dzielnie to wytrwała, w końcu można było dać znać orkiestrze, aby zaczęła grać muzyka.

- Evangeline – Del dała jej znać by zeszła na parkiet i znalazła czym prędzej partnera do tańca.

Nie było to trudne, bardzo szybko poprosił ją do tańca pewien młodzieniec o zielonych oczach, ciemnych włosach i mocno piegowatej twarzy.

- Eryk von Kuehdihn, bardzo mi miło — przedstawił się, gdy tylko zaczęli tańczyć. — To dla mnie zaszczyt księżniczko — wyraźnie cieszył się poznaniem Evangeline i patrzył jej prosto w oczy, o dziwo nie zwracał najmniejszej uwagi na złoty pył.

Awatar użytkownika
Evangeline
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Evangeline » 6 miesiące temu

        Nadszedł dzień bardzo wielkiej uroczystości, która była czymś niezwykle ważnym dla każdego mieszkańca Arrantalis, bez względu na status i pochodzenie. Właściciele karczm i restauracji, handlarze, a nawet przewoźnicy morscy spodziewali się znacznie zwiększonych obrotów, przez co w bardziej zaludnionych częściach wysp panował nieustanny zgiełk. Prości ludzie uznawali ten dzień za święto, i to jedno z najważniejszych w kalendarzu, przez co wyciągano pamiątkową zastawę, stoły przykrywano najdroższymi obrusami, a i zapraszano najbliższych pod jeden dach. Nawet siły zbrojne miały zajęcie, choć były to rzeczy bardziej skupione na dopilnowaniu, aby na ten jeden dzień obie wyspy były równie mocno chronione jak królewski zamek. Tylko dwie anielice na całej wyspie mogły z całą szczerością powiedzieć, że ten szczególny dzień jest dla nich ważny z innego powodu.

        Delia już kilka dni temu osiągnęła wiek stu dwudziestu lat. Kiedyś zostałoby to uczczone w dokładnie ten sam dzień, coby urodziny istoty, dzięki której obie wyspy zawdzięczają harmonię i dobrobyt, były zarazem ukazaniem tego, jak wdzięczny jest lud Arrantalis dla swojej wybawicielki. Teraz jednak, w ten dokładnie dzień, miała zostać świętowana wraz z urodzinami Delii inna, całkiem nowa rocznica - minął bowiem cały rok, odkąd oczy Delii spoczęły na złotej anielicy w klatce. Evangeline, choć wiele razy była pytana, nie znała daty, kiedy przyszła na świat - ta informacja była nic niewarta dla bandytów, którzy ją przetrzymywali, więc nigdy o tym nie mówili, więc złotoskrzydła nigdy nie usłyszała tej wyjątkowej daty. Nic więc dziwnego, że rolę urodzin zastąpiła rocznica przyjęcia Evangeline w królewskie progi.

        Poranek był bardzo ruchliwy - Evangeline została zbudzona, nim jeszcze pierwsze promienie słońca łaskawie otuliły królewskie mury. Nie była tym zdziwiona, a wręcz przeciwnie, już była przyzwyczajona do realiów życia jako członkini rodziny królewskiej. Przez jeden rok przewinęło się wiele mniej lub bardziej oficjalnych uroczystości, na których to Evangeline musiała się adekwatnie prezentować. Rzecz jasna, ona sama nie musiała robić praktycznie nic - służki, które ją zbudziły, a których to liczne sylwetki krzątały się po jej pokoju, bezbłędnie przeprowadzały córkę królowej przez kolejne etapy szykowania do uroczystości, która miała nadejść. Nic nie było bezpieczne od burzy szczotek, perfum, oraz zwinnych rąk, w wyniku czego o ciało młodocianej dbano niczym o świątynie.

        Podczas tego wszystkiego znalazł się moment, kiedy księżniczka została ustawiona przed wysokim lustrem, na tyle dużym, by gładka tafla zajęła niemal całe pole widzenia złotowłosej Po drugiej stronie lustra stała przepiękna kobieta, złota anielica ze skrzydłami, wokół której to szalały służki próbujące dokończyć szykowanie na czas. Wracając jednak do anielicy, Evangeline zaczęła przyglądać się temu, jak sylwetka w lustrze zmieniła się przez ostatni rok. Już wtedy jej ciało było po okresie zwanym dojrzewaniem, więc nie dało się dostrzec drastycznych zmian. Bez wątpienia niebianka zyskała dwie piąte palca w wysokości, a może i trochę więcej. Jednocześnie nie było wątpliwości, że jej ciało zyskało po roku królewskiej diety - wcześniej uformowana figura nabrała jeszcze lepszych proporcji, zyskując tam, gdzie było to potrzebne, aby jeszcze bardziej upiększyć tą, która dla wielu już wcześniej była niczym z najsłodszego snu. A tymczasem skrzydła zyskały odrobinkę na rozpiętości, jakby dopasowując się do zmian, jakie to zaszły w pozostałych rejonach.

        Nie tylko te zmiany złotowłosa dostrzegła w zwierciadle, było tego bowiem o wiele więcej. Obecnie anielica była ubrana w najznakomitsze odzienie prywatne, równie piękne, co wygodne. Wkrótce jednak miało to zostać zakryte przez kreację, która musiała być albo krawieckim arcydziełem, albo też darem od samego Najwyższego Pana - doskonale dopasowana suknia o kolorze ciemnego złota może i nie miała wykwintnego kroju, ale dzięki uroczym błękitnym kokardkom oraz temu, jak idealnie kreacja pasowała do otaczającego anielicę złotego pyłu, była ona wprost idealnym wyborem dla księżniczki. Długa niemal do ziemi, ale przy tym niekrępująca ruchów i lekka, ta konkretna kreacja była idealnym wyborem na królewski bal, podczas którego przewidziany był taniec.

        Evangeline skierowała wzrok na jedyny widoczny w odbiciu niebieski tatuaż, znajdujący się na prawej części jego lica. Wiedziała, że te symbole mogące zniszczyć niemal wszystko w kwestii kilku minut są o wiele liczniejsze i że w większości są schowane pod suknią, a mimo to się nie bała. Wiedziała, że zarówno ta sukienka, jak i setki innych, które otrzymała przez ostatni rok, były nasiąknięte ochronną magią, która niwelowała niechciany efekt wzorów na jej ciele. Tę samą magię wpleciono w każdy przedmiot w jej pokoju, a nawet we wszystkie zamkowe mury. Wszystko, co tylko zostało uznane, że może kiedykolwiek mieć jakikolwiek kontakt z księżniczką, zostało zawczasu na nią uodpornione, co choć nie było ani łatwym, ani też tanim przedsięwzięciem, to jednak prace zostały ukończone dziewięć miesięcy po zjawieniu się Evangeline.

        Rzuciła przelotnie okiem na służki - nie bezpośrednio, a poprzez lustro oczywiście - po czym bezgłośnie uznała, że choć twarze ich się zmieniają, nieraz na te należące do całkiem innych kobiet, to jednak zarówno jakość ich pracy, jak i oddanie, z jakim wykonują zlecone im zadania, nie zmieniły się ani trochę, co było bardzo pozytywnym komentarzem w obliczu tego, jak doskonale wszystko przebiegało. To jednak, co bardziej rzucało się w oczy, to dwie puchate kuleczki na słodziutkich łapkach, od których to obecności aż milej robiło się na sercu. Ventus i Róża byli dla Evangeline jak bliska rodzina - może nie był to odpowiednik rodzeństwa, ale bez wątpienia traktowała ich bardzo dobrze i uwielbiała spędzać z nimi wolne chwile, przez co można by powiedzieć, że dla Evangeline byli niczym bardzo bliskie kuzynostwo. Ich rodzice, a także pozostałe zwierzaki Delii, także były integralną częścią otoczenia księżniczki, nawet jeśli obecnie nie znajdowali się w jej komnacie.

- Jesteście uroczy... A i dziękuje za komplement Różo. - przemówiła do malutkich niby-kociąt, patrząc się na nie wzrokiem, jakby zaraz miała się rozpłynąć nad tym, jak niewinne i urokliwe są z nich stworzenia. Pewnie by i pogłaskała i wytarmosiła obydwoje, ale nie miała jak w obecnej sytuacji. - Teraz nie za bardzo jest na to czas, ale jestem pewna, że wasi rodzice prędzej czy później wytłumaczą wam, co mam na sobie i czemu tak często to zmieniam.

        Szykowania, choć trwały znaczną chwilę, w końcu dobiegły końca. Evangeline, przyodziana w swoją nową suknię oraz z dokładnie zaczesanymi włosami, które to opadały niczym mieniący się złotem wodospad na jej ramiona, została zaprowadzona przed służki pod same drzwi komnaty. Gdy te zostały otworzone, po drugiej stronie już czekała elegancka sylwetka mężczyzny w kwiecie wieku - Zik już trwał w lekkim ukłonie, z dłonią wyciągniętą ku Evangeline, był on bowiem odpowiedzialny za przyprowadzenie gotowej księżniczki prosto w ręce królowej w ten szczególny dzień.

        W normalne dni ten człowiek o doskonałych manierach i poczuciu taktu graniczącym z jasnowidzeniem był nowym opiekunem Evangeline. Dżariel Laki, pierwszy opiekun księżniczki, już od wielu miesięcy przebywał daleko, gdzieś na kontynencie, uganiając się za osobą, która zagrażała całemu Arrantalis. Evangeline pamiętała Dżariego, tak jak księżniczka uwięziona w wieży pamięta swego wybawiciela posiadającego białego wierzchowca. Dżari zdawał się wkładać całe swoje serce, całą swoją wiedzę w to, co mówił do księżniczki. Zachowywał się w sposób, który Evangeline kiedyś nie rozumiała, a który obecnie mogłaby opisać jako ojcowski i wyjątkowo opiekuńczy. Jakby tego było mało, Laki wykraczał poza bycie opiekunem - był on zarazem przyjacielem, a może i nawet nieoficjalnym członkiem rodziny. Każda chwila z nim, której to wspomnienie przebiegało przez umysł Evangeline, była czystą radością, która to do dziś objawia się ciepłem w miejscu, gdzie znajduje się złote serce młodej anielicy.

        Tymczasem Zik był... inny. Jego wiedza bez wątpienia była ogromna, niemal na pewno bardziej obszerna i dokładna niż to, co oferował Dżari. Zachowanie jego było bezbłędnie oficjalne i pozbawione niepotrzebnych dodatków, przez co łatwo było skupić się na tym, o czym mówił i wpoić to w pamięć długoterminową. Wszelkie lekcje pod jego okiem, choć nieraz trwały długo, nigdy nie uleciały z głowy Evangeline, pomimo tego, jak wiele informacji, faktów, zasad i reguł potrafił on przekazywać w swych słowach. Jakby tego było mało, w chwilach odpoczynku pozwalał sobie na luźną pogawędkę z księżniczką, dzięki czemu nawet najbardziej intensywne okresy nauki nie były wyzwaniem.

        Miał on też jednak cechy, które w oczach Evangeline z góry przekreślają jego szansę na zostanie godnym zastępstwem Dżariego. Choć maniery jego były bezbłędne, a i nie unikał on kontaktu ze złotą anielicą, to jednak nie był on niczym więcej, niż świetnym nauczycielem czy pracowitym opiekunem. Nie licząc tych dwóch kwestii, Zik to była kompletnie obca osoba, którą nieszczególnie obchodzą emocje kotłujące się wewnątrz serca księżniczki. Inną kwestią było to, że jego nauczanie było pozbawione spersonalizowania. Dżari próbował zrobić z Evangeline mądrzejszą, bardziej doświadczoną osobę, ale wciąż dbał o to, co czyniło z niej właśnie Evangeline, a nie kogoś innego. Tymczasem Zik próbuje z marnej księżniczki zrobić doskonałą księżniczkę, przez co nie wszystko, czego nauczał, było szczególnie “łatwostrawne” dla Evangeline.

        Pod jego opieką opanowała czytanie i pisanie w zadowalającym stopniu, choć jeszcze były drobne niedociągnięcia, nad którymi wciąż pracowała. Jeśli chodzi o etykietę, to tą niemalże znała na pamięć, przynajmniej te fragmenty, które mogą kiedykolwiek tyczyć się jej osoby, ze wszystkim innym zaś została zapoznana na tyle mocno, by czuć się pewnie w każdej sytuacji, która może nastać w królewskim dworze. Wszystkie inne aspekty życia codziennego, zbyt liczne, by je wymienić, także przestały być jej obce, coby godnie reprezentowała siebie w miejscach mniej lub bardziej publicznych. Z wiedzy teoretycznej miała wiele do nadrobienia, jednak to po prostu oznaczało, że czeka ją jeszcze wiele nauki. Na razie była zapoznawana z niezbyt szczegółowym opisem tego, co można by nazwać zbiorczo światem. Rośliny, zwierzęta, geografia, magia i wiele, wiele innych tematów, o których to wiedziała bardzo niewiele albo nic, wciąż były uwzględniane w jej lekcjach, choć nie były one priorytetem. Zamiast tego, ostatnimi czasy szczególną uwagę Zik poświęcał na tematy, które dla Evangeline były niemal kontrowersyjne, jak na przykład polityka oraz wszystkie jej aspekty, z których to niektóre podpadały pod manipulację czy oszustwo, czy też zagwozdki kontaktów międzyludzkich, które różniły się w każdym miejscu, a które to nie zawsze współgrały ze zdrowym rozsądkiem. Najbardziej księżniczka kwestionowała tak zwane “Arystokrackie Szachy”, jak to zwykł zwać Zik, czyli wszelkie rzeczy, których dopuszczają się i dopuszczać się będą liczni przedstawiciele wysokich warstw społecznych w celu spełnienia swoich planów i zachcianek. Szczególnie drastyczne wydawało się krótkie wyjaśnienie nazwy, którym została uraczona.

- Pionkami jesteśmy ja, ty, cała rodzina królewska i wszyscy, którzy są na tyle wpływowi, aby być znani przez pozostałe pionki. Planszą to szlachecki dwór, a także każde miejsce, w którym można znaleźć co najmniej dwa pionki. Stawką zaś, o którą się gra, jest status społeczny oraz dobrobyt, można to wszystko bowiem zarówno zdobyć, jak i stracić, poprzez ledwie jedną decyzję, zupełnie jak w prawdziwych szachach. - Te słowa Zika, wciąż rozbrzmiewały w głowie Evangeline, księżniczka rozmyślała bowiem każdego wieczoru nad tym, i nad innymi implikacjami tego, co wpajał jej Zik.

        Niemal nigdy nie była u Delii w sprawie tych lekcji. Delia ufała Zikowi, może i równie mocno co Dżarielowi, dlatego też po prostu próbowała zaakceptować nowe nauki bez względu, jak nagłą zmianę w stosunku do metod Lakiego one reprezentowały. Nigdy nie wyraziła otwartego sprzeciwu wobec czegokolwiek, co mówił Zik, po części dlatego, że wiedziała, że to po prostu surowa prawda, pozbawiona drobnych ułagodnień, którymi bez wątpienia uraczył ją niejednokrotnie pierwotny opiekun. Z tego też powodu, mimo iż tęskniła za Lakim, nie miała tego za złe Zikowi, wiedziała bowiem, iż stara się on jak tylko może, co by nadrobić ponad piętnaście lat utraconej nauki.

- Zik. - Stała przed nim jeszcze chwilę z poważną miną, lecz po chwili przełamała się, racząc go łagodnym powitalnym uśmiechem. Nawet złoty pył zawirował wokół Evangeline szybciej jakby popchnięty odrobiną wesołości. - Dziękuje ci, za wszystko. Bez ciebie nigdy nie zdołałbym uczestniczyć w nadchodzącym balu. - Położyła swoją lewą dłoń delikatnie w objęciach jego wyciągniętej prawej, pozwalając, aby poprowadził ją na spotkanie z najważniejszą osobą w zamku, Królową Arrantalis, Delią.

        Nim jednak doszło do spotkania właściwego, coś innego przykuło oko Evangeline. Szli do sali balowej, kiedy to nagle przeleciał obok ogromny, otyły papugo-szczur, który zarówno w paszczy, jak i w łapkach trzymał kawałki sera wielkości jego samego. Lotny gryzoń, widocznie zadowolony ze swej zdobyczy, uciekł w kierunku przeciwnym do królewskiej kuchni, a tuż za nim biegł jego pościg, złożony z tutejszych kucharek, które były nieoficjalną jednostką do spraw zwalczania Valaka w spiżarni.

        Oprawiony w papuzie skrzydła szczurkowaty, choć sprawiał problemy w zamku, stał się najlepszym, jeśli nie jedynym, bliskim przyjacielem księżniczki w ciągu ostatniego roku. To z nim spędzała wiele odpoczynków, to z nim ganiała po korytarzach, gdy nadarzyła się okazja, to jemu oddawała nadmiar sera i podobnie smacznych produktów, gdy sama już najadła się posiłkiem. To jemu też zwierzała się z emocji, lęków i wątpliwości, które targały jej duszą od dłuższego czasu. Odkąd bowiem ujrzała prawdę o ludzkiej naturze, nie zdołała w pełni zaakceptować tego, jaka jest prawda.

        Musi podtrzymywać siłą negatywne emocje przy ludziach, którzy to w jej oczach wydają się napędzani przez żądzę posiadania. Czy to bogactwo, czy też wiedza, czy też miłość, a nawet jej złoty pył, każdy przedstawiciel ras rozumnych zachłannie pragnie czegoś i jest gotowy poświęcić wiele, a w szczególności inne istoty, aby osiągnąć swój cel. Fakt ten z początku był szokujący, obecnie jednak budził w anielicy gniew, przechodzący momentami w obrzydzenie. Każda interakcja ze służbą, arystokracją czy też kimkolwiek innym wywoływała niemalże mdłości, z którymi Evangeline musiała aktywnie walczyć. Z tego też powodu każdy uśmiech wobec kogoś takiego, jak na przykład ten, którym obdarowała Zika, był zazwyczaj wymuszony, nie potrafiła już bowiem uśmiechać się tak często, jak dawniej. Jedynym wyjątkiem od tego była jej przybrana mama oraz Dżariel - oni bowiem byli w jej oczach nie tylko wyjątkiem od okropnej reguły, ale i bardzo bliską rodziną, więc nigdy nie odważyłaby się porównać ich do zwykłych osób - oraz właśnie Valak.

        Papugo-szczurowi było daleko do bycia świetlistym przykładem zachowania i samokontroli, szczególnie w kwestii jedzenia, ale mimo to Evangeline czuła się dobrze w jego obecności, odkąd go tylko poznała. W głębi duszy widziała w gryzoniu kogoś, kto nigdy nie pozwoliłby, by ktokolwiek cierpiał przez jego obżarstwo. Jakby nie patrzeć, królewskie spiżarnie były obszerne i niemal zawsze wypełnione po brzegi, więc bez względu na to, co mówią kucharki, nawet armia Valaków nie zrobiłaby różnicy w kwestii zamkowego dobrobytu, dlatego też nawet jego regularne kradzieże sera nie były dla księżniczki problemem.

        Valak był więc kimś, z kim Evangeline omawiała tematy, którymi nie chciała zadręczać swojej mamy - ostatnie bowiem, co chciała robić złotowłosa, to zniszczyć szczęście Delii swoimi osobistymi sprawami. On ją wysłuchiwał, a kiedy mógł, to próbował doradzić, a jeśli nie, to była z niego na tyle dobra przytulanka, że dzięki niemu anielica mogła, choć na chwilę zapomnieć o swoich zagwozdkach. Czasami jednak było nieco inaczej między zwierzęciem a adoptowaną księżniczką, były bowiem chwile, kiedy to Valak przemawiał, a księżniczka uważnie się wsłuchiwała.

        Evangeline wiedziała, że Zik nie nauczy jej wszystkiego - było wiele rzeczy, które choćby i kontem oka zaobserwowała za czasów, gdy była więziona w klatce przez bandytów, a o których to przez cały rok Zik nawet nie napomknął. Dlatego też nie raz prosiła o pomoc Valaka. Szczur, jeszcze przed nabyciem skrzydeł u królewskiego czarodzieja, był w wielu miejscach. W wielu z nich gryzoń miał okazję być świadkiem wielu zachowań czy czynów, o których nigdy nie powinno się mówić księżniczce. Mroczne, nieraz złe sekrety skrywane przez ciemne alejki, opuszczone magazyny oraz piwnice czarnoksiężników spływały do Evangeline pod postacią słów Valaka, pozwalając jej na posiadanie wiedzy, która niejednokrotnie graniczyła z tabu nawet dla najbardziej plugawych bandytów. Nie wszystko mile się słuchało, o niektórych rzeczach wolała nigdy nie słyszeć... Ale dzięki temu miała pełen, niezakłamany obraz tego, jaki jest świat. To te informacje sprawiły, że przykładała się z całych sił do wszelkiej nauki - musiała bowiem być najlepszą osobą, jaką mogła zostać, jeśli miała w przyszłości zaradzić niegodziwościom tego świata.

        W końcu nadszedł moment, kiedy Evangeline, pod opieką Zika, znalazła się pod drzwiami do sali balowej. Tam też czekała już na nich Delia: Królowa Arrantalis; która zjednoczyła obie wyspy; Anielica, która dba o dobrobyt swoich poddanych; Przybrana matka złotej niebianki; Stęskniona kochanka Dżariela Lakiego. Delia była i jest symbolem wszystkiego, co w świecie dobre, szczególnie dla przybranej córeczki. Królowa ofiarowała bowiem wszystko, co mogła złotoskrzydłej i wciąż stara się, by nic a nic w życiu jej nie zabrakło. Księżniczka docenia te starania i w zamian za bezwarunkową miłość pochodzącą od jej mamy stara się, aby Delia nigdy nie była smutna, gdy Evangeline jest w pobliżu. To dla niej jest w stanie wykrzesać z siebie najszczerszy, najprawdziwszy uśmiech, pod którym nie skrywa się ani jedna zła myśl czy intencja.

        Gdyby nie obowiązki królowej, Delia pewnie spędziłaby każdą sekundę swego życia w obecności swej adoptowanej córki. Nic więc dziwnego, że pomimo natłoku obowiązków, królowa stara się przejąć jak najwięcej aspektów wychowania swojej przybranej córki na siebie. Wspólne lekcje latania i pływania, odbywające się głównie w okolicy zapierających dech w piersiach plaż Arrantalis, przypominały bardziej rodzinny odpoczynek niż lekcje. Delia nie oczekiwała efektów - ona po prostu spędzała miło czas ze swoją córką, ciesząc się zarazem z każdego uśmiechu Evangeline. To, że w międzyczasie coraz lepiej szło jej zarówno w powietrzu, jak i w wodzie było jedynie przydatnym dodatkiem do chwil, podczas których matka i córka cieszyły się nawzajem swoim istnieniem. To także przez te chwile Evangeline postanowiła milczeć w kwestii swoich prywatnych problemów - nie chciała kiedykolwiek odebrać swej mamie tej bezgranicznej radości, jaką widziała w niej podczas wspólnych lotów oraz godzin spędzonych na wspólnym pływaniu.

        Nie tylko jednak te chwile były ważne, czy też raczej ważne dla Evangeline. Równie mocno zapadł jej w pamięć okres otaczający tymczasowe zatonięcie Arranty, co miało miejsce ledwie kilka tygodni temu. Była pozytywnie zaskoczona tym, jak bardzo Delia poświęcała się dla ludu - widok jej mamy utrzymującej całą wyspę, co by ostatnie osoby mogły ją bezpiecznie opuścić, był inspirujący, a nawet piękny. Patrzyła na nią, dumna, że może być jej córką, aż nawet nie zauważyła chciwości tych, którzy szli pod nią. Dopiero czas, podczas którego przenieśli się na stary zamek Talianis, przypomniał jej o korupcji serc ludzkich. Delia odkryła przed nią okropny fragment historii, zabarwiony krwią postronnych i niewinnych. To był pierwszy raz, kiedy Evangeline zostały wyjaśnione realia powiązane z konfliktem na większą skalę, kiedy to ilość ofiar sprawia, że zamiast nazwisk bliskich słychać bezimienne liczby. Tego dnia Evangeline płakała do końca dnia i przez całą noc, ciężar śmierci bowiem był zbyt duży, a i bezduszność tych, co tę śmierć zadali, przerosła najśmielsze domniemania anielicy. Wtedy też zaczęła ona wątpić, czy dla rasy, która zdolna jest do wyniszczania siebie nawzajem w tak bezduszny, jest jakikolwiek ratunek.

- Dziękuje, ale to nie mnie powinnaś chwalić mamo. Gdyby nie służące, nigdy nie byłabym tak gustownie wystrojona - odpowiedziała Evangeline na komentarz swej przybranej matki. Wysłuchała cicho zapewnień Zika o jej zdolnościach tanecznych i w myślach przyznała mu rację, lekcje tańca bowiem były nie tylko każdego dnia przez ostatni czas, ale też i każda była jeszcze bardziej wymagająca od poprzedniej. Złotowłosa była pewna, że lepiej przygotowana być nie mogła.

        Po wejściu na salę balową Evangeline szła u boku swej matki w stronę królewskich tronów, które były po przeciwległej ścianie z perspektywy głównego wejścia, na drobnym podwyższeniu pozwalającym wszystkim podziwiać rodzinę królewską, a rodzinie królewskiej nacieszyć oczy widokiem reszty sali. Wewnętrzna część sali, oddzielona od części wewnętrznej poprzez barierki obniżenie, wymuszające obecność schodów, była parkietem przeznaczonym do tańca. W jednym z rogów parkietu stworzono miejsce dla dziesięcioosobowej orkiestry. Zewnętrzna część sali zawierała rozstawione pod ścianami krzesła oraz stoliki, na których to rozstawiono niezbędne elementy takie jak jadło, napoje oraz ozdoby, coby cieszyć oczy szlachciców i arystokracji. Wszystko to rozświetlały liczne żyrandole nad częścią taneczną, świeczniki w części zewnętrznej oraz ogromny witraż, przedstawiający Delię unifikującą obie wyspy, który znajdował się za tronami, a który to zajmował niemal całą ścianę.

        Gdy nadszedł czas właściwego balu, najpierw trzeba było przebrnąć przez żmudne ogłaszanie nadchodzących gości. Evangeline, tak jak się tego spodziewała, niemal ziewnęła na oczach szlachty, gdy do środka weszła kolejna osoba, której tytuł wymawiało się, tak długo, że kolejni w kolejce musieli z niecierpliwością czekać. Pamiętając nauki Zika, jak i również swoje własne dotychczasowe doświadczenia z ludźmi, wiedziała, że większość z nich pewnie nawet nie chce tu być. Po prostu przyszli, żeby zaprezentować się, tak jak paw prezentuje swoje pióra. W ten oto sposób mogli mówić, że byli na balu u królowej, co podobno było argumentem, który potrafił przeważać przy wielu negocjacjach. Czasami też celem takowych było odnalezienie wpływowych ludzi i zaskarbienie sobie ich wdzięczności poprzez czułe słowa i piękne, wyuczone na pamięć gesty... Na myśl o tym mdłości zaatakowały Evangeline, lecz na szczęście księżniczka była już na tyle przyzwyczajona do tego, że zdołała stłamsić to uczucie, upychając je w najdalszy kąt swojego umysłu. Do momentu zakończenia balu musiała zachowywać się bezbłędnie, inaczej może zagrozić temu, jak wyższe warstwy społeczne spoglądają na rządy Delii. Ludzie bowiem są płytcy i powierzchowni, więc mogą przenieść to, jak zachowuje się księżniczka, do tego, jak Delia zarządza krajem. A królowa, która straciła zaufanie i poparcie poddanych, nie jest królową.

        W końcu powitania dobiegły końca, a bal mógł zostać oficjalnie rozpoczęty. Nie minęło długo, nim miały rozpocząć się pierwsze tańce, nie zaskoczyło więc złotowłosej to, że Delia dosyć szybko dała jej znak, aby udać się na parkiet. Uważając na kreację, która zdobiła jej ciało, wstała z tronu i skierowała się schodami w stronę parkietu, na którym wkrótce będzie musiała zatańczyć z pierwszą osobą, która ją o to poprosi. Każdy krok czyniła z gracją, przez co jej suknia zdawała się płynąć wraz z nią, choć w międzyczasie niepewność sprawiała, że ręce Evangeline drżały. Jej postawa była nienaganna, plecy wyprostowane, głowa uniesiona, skrzydła przy ciele tylko okazjonalnie drgnęły w rytm bicia serca księżniczki. Mimo tego Evangeline musiała przełknąć ślinę, która od stresu zapełniła jej usta. Na jej twarzy gościła pewność siebie, uśmiech, a okazjonalne skinienia głowy witały tych, których mijała, lecz jej emocje opanował strach i nieład. Gdyby nie to, że obecność ubrań zakrywających znaczną część jej ciała obniża ilość złotego pyłu, który ją otacza, to wokół niej panowałaby złota burza, pełna szalejących od nadmiaru emocji drobin złota, gotowych porysować parkiet i zniszczyć każdą tkaninę w zasięgu wzroku. Na całe szczęście drobiny były na tyle nieliczne, że ich ruchy wyglądały losowo, ale nie chaotycznie, a co za tym idzie, ciężko było odczytać z nich prawdziwy stan emocjonalny Evangeline.

        Gdy nastał ten moment, Evangeline nie miała zbyt wielu oczekiwań. Eryk von Kuehdihn zdawał się kimś, kto uczył się pod osobami takimi jak Zik przez całe swoje życie. Jego maniery były nienaganne, słownictwo płynne niczym poezja zaś postawa podręcznikowa. Mówiąc w skrócie, był kolejnym arystokratą, którego przycięto tak, aby pasował idealnie w to środowisko. Przez pierwszą sekundę księżniczka miała nadzieje, że może spotka kogoś takiego jak ona, ale ta nadzieja umarła, była bowiem pewna, że młody chłopiec przed nią nie różni się absolutnie niczym od wszystkich dorosłych, którzy przybyli na ten bal. Z tego też powodu, bez słowa zaakceptowała jego zaproszenie do tańca - chwyciła jego dłoń, pozwalając, aby prowadził ją w tańcu. Dopiero gdy nastał moment przywitania, odpowiedziała mu tym samym.

- Evangeline... Z rodu Antelion. - Niemal zapomniała, by dodać tytuł, który zyskała wraz z chwilą, gdy została zaadoptowana przez Delię. Byłby to błąd, co gorsza taki, którego nie da się ukryć. Na całe szczęście zdążyła dopowiedzieć brakujące słowa, nim Eryk się zorientował. - Dziękuje ci, zarówno za twe ciepłe słowa, jak i za zaproszenie do tańca.

        Patrzył jej prosto w oczy, a z jego własnych ciężko było odczytać coś więcej niż szczęście. Jego taniec był idealny, Evangeline ledwo nadążała za nim, szczególnie przez kocioł emocji, który rozrywał jej serce. Ledwie kilka chwil minęło, a już wiele oczu spoglądało na nich. księżniczka czuła, jak wzrok zgromadzonych przeszywa ją na wskroś, oceniając wszystko, co robi, każdy najmniejszy oddech. Musiała się postarać, aby nie popełnić błędu, od niej zależała reputacja Delii. Musiała zadowolić tych wszystkich ludzi. Bezwzględnych, ślepo podążających za swoimi pustymi prag-!

        Potknęła się. W ostatnim momencie tańca, kiedy tancerze powinni powoli zwalniać swój obrót, po czym obie strony wykonują ukłon, gdy już zatrzymają się w miejscu. Zaczęła spadać do tyłu, z dala od Eryka. Całe jej starania, cały trud Zika, cała wiara Delii przeznaczona na nią z okazji tego tańca. To wszystko miało runąć wraz z nią na podłogę. Przy odrobinie szczęścia, roztrzaska się na tak wiele kawałków, że pozostanie po niej tylko pył. Nie poczuła jednak upadku. Zamiast tego, ciepło i bliskość. Jej talię podpierała ręka, obejmująca ją mocno. Prawa dłoń wciąż była trzymana przez jej partnera, który nie puścił i nie zamierzał puścić. Tuż przed jej twarzą była jego twarz, tak blisko, że czuła każdy jego oddech. Mogła się wpatrywać bez trudu w głębie jego zielonych oczu, które z jednej strony przemawiały o zmartwieniu, a z drugiej wyrażały ulgę. Był pochylony nad nią, jego ciało tak blisko, że na granicy tego, co było poprawne na królewskim balu. Po chwili ciszy rozległy się rozmowy na sali. A może wiwaty? Wszyscy teraz na nich patrzyli. Nie byli zszokowani, może co najwyżej onieśmieleni tym, co zobaczyli... Tylko co oni zobaczyli?

- Co się... Czemu...?
- Mój nauczyciel nauczył mnie mniej oficjalnej wersji tego tańca. Podobno jego kroki są przeznaczone tylko dla zakochanych. Nigdy nie sądziłem, że jego końcówka zostanie przeze mnie wykorzystana, coby ocalić taką piękność jak księżniczkę - wyszeptał Eryk, tak, by tylko do uszu księżniczki doszły jego słowa.

        Momentalnie umysł anielicy zalały myśli i emocje. Nagłe i burzliwe, jak to, co ją spotkało. Taniec tylko dla zakochanych? Piękność? To, połączone z tym, jak zmysłowy wydawał się jego szept, oraz fakt, że wciąż był niepoprawnie blisko niej, sprawiło, że umysł księżniczki zalała fala wyobrażeń, których nigdy wcześniej nie doświadczyła. Jej twarz przybrała o wiele intensywniejszy złoty kolor - co było dla Evangeline odpowiednikiem rumieńca - a ona sama spuściła wzrok na bok. To, co insynuowała sytuacja, było bardzo niepoprawne. Bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo. Szczególnie dla kogoś takiego jak ona. Była onieśmielona, zawstydzona, ale najmocniejszym uczuciem było to, jak bezbronna się czuła w jego objęciach... W myślach przeklinała wiedzę, którą przekazał jej Valak, a która teraz zaśmiecała jej myśli obrazami, których imienia nie wolno wymawiać. Przynajmniej mogła podziękować Najwyższemu, że nie dał aniołom mocy czytania w myślach, w przeciwnym wypadku Delia nie dałaby jej żyć, gdyby się dowiedziała, z czym to jej córka już została zaznajomiona.

Z pomocą Eryka wstała na własne nogi, po czym ukłoniła się w podziękowaniu za taniec, w międzyczasie próbując ukryć rumieniec wielki na całe jej lico.

- Dziękuje za taniec, Eryku von Kuehdihn. Bez twojej interwencji... - wyszeptała w jego stronę Evangeline, lecz nie zdołała dokończyć, gdyż Eryk przerwał jej skinieniem dłoni.
- Nie masz za co dziękować, księżniczko Evangeline. To byłaby plama na moim honorze, gdybym pozwolił, aby moja partnerka ucierpiała. Choć mam nadzieje, że zatańczymy pełen taniec, już bez zmiany stylów, w niedalekiej przyszłości.

        Gdyby miała czerwoną krew, Evangeline od stóp do głów miałaby prezencję świeżo umytego buraka. W pośpiechu graniczącym z kompletną paniką skinęła głową w stronę Eryka, wyszeptując na prędko “z miłą chęcią”, po czym zaczęła oddalać się z parkietu z prędkością na tyle niską, by nie zwrócić na siebie uwagi, ale też na tyle dużą, aby nie marnować ani sekundy. Gdy tylko mogła, dosiadła się do Delii, siadając na swój tron. Z trudem zachowując jakiekolwiek pozory, odezwała się cicho do swej matki.

- Chyba miało miejsce moje pierwsze zauroczenie. I chyba zgodziłam się na kolejne spotkanie z obiektem mojego zauroczenia. I chyba jestem pewna, że on mnie pożąda. I chyba nie mam nic przeciwko...

Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia » 5 miesiące temu

W głowie Delii kotłowało się mnóstwo myśli. Ciężkie, trudne do odgonienia przyćmiewające te drobniejsze wesołe. Jednakże Evangeline, sama jej obecność, widok jej uśmiechniętej pozwalał, choć na chwilę pozbyć się trosk.

- Masz rację, ale nawet nie zważając na strój, bije od ciebie piękno zewnętrzne, a także wewnętrzne, z czego jestem bardzo dumna – powiedziała z matczynym uśmiechem.

Nie miały jednak zbyt dużo czasu na rozmowy, zaraz po zakończeniu witania gości, orkiestra zaczęła grać. Przyjemna melodia wzywała do tańca. Wkrótce na parkiecie mieniło się od barwnych sukni, a także złotego pyłu, którego drobinki pozostawały tu i ówdzie dodając temu przyjęciu blasku. Delia obserwowała to cudowne widowisko, szczególnie wodząc wzrokiem za swą ukochaną córeczką.
Ucieszyła się, widząc, że do tańca poprosił ją młodzieniec w podobnym wieku. Zawsze to raźniej z rówieśnikami.
Eryk uśmiechał się do Evangeline w sposób, który jednoznacznie wskazywał, że wpadła mu w oko. Nawet ucałował jej dłoń na powitanie, starał się pokazać z jak najlepszej strony. Mimo to pozostał czujny i w porę złapał księżniczkę, ratując ją przed upadkiem.
Ich usta prawie się przez to zetknęły. Pocałunek jednak w tej chwili nie byłby zbyt odpowiedni, zwłaszcza, że ledwo co się poznali, dlatego młodzieniec mimo wyraźnej pokusy obdarowania nim niebianki, zwyczajnie się do niej uśmiechnął.
Serce Delii w tym czasie przyśpieszyło, patrzyła na tę scenę z obawą, zmartwieniem i ulgą. Oceniające szepty przetoczyły się po Sali, na szczęście szybko zniknęły, a Evangeline już bez obciążenia nadmiarowych spojrzeń mogła spokojnie usiąść na tronie obok swej matki. Nim ta jednak zdążyła zadać pytania, uzyskała już odpowiedź.

- To nic złego być zakochanym – stwierdziła pogodnie Delia. – Eryk von Kuehdihn to młodzieniec z dobrego domu, nie mam jego rodzinie nic do zarzucenia, więc nie widzę przeciwwskazań co do kolejnego spotkania. Tylko pamiętaj, młodzi chłopcy mogą być nieprzewidywalni w takich sytuacjach, musisz pamiętać, by zachować zdrowy rozsądek – pouczyła córkę.

Nie nagadały się jednak długo, bo wkrótce jedni z dostojników postanowili wciągnąć władczynie w jakże interesującą rozmowę na temat wynalazków pana Krachiego. Dla kogoś niewtajemniczonego na pewno byłoby to interesujące, ale anielica już dobrze znała nowoczesne sprzęty. Absolutnie każdy miał jakiś defekt mniej lub bardziej niebezpieczny, a w najlepszym wypadku po prostu nieuzdatniający do użytku. Mimo to z uśmiechem słyszała przechwałek o samojezdnej karecie.
Nie wiedziała nawet, że w tym czasie, gdy większość twarzy była zwrócona ku niej, czarnowłosy młodzieniec podszedł do księżniczki i rzucił jej spojrzenie, w którym zawarł skrytą prośbę by wyszła za nim do ogrodu.
Na zewnątrz było spokojnie, letni wiatr, większość osób była w środku. Więc gdy tylko Evangeline znalazła się obok byli prawie sami, nie licząc służących będących tu i ówdzie.

- Słyszysz to księżniczko? – zapytał. – Ten szum miasta, echo ludzkich rozmów, bijące o skały fale. Czyż to nie piękne? – uśmiechnął się do niej, po czym chwycił za dłoń i zaczął ciągnąć poza mury zamku na plaże, nie miał zamiaru odpuścić najwyraźniej za wszelką cenę chciał być sam z Evangeline.

Gdy już zeszli na brzeg Eryk zrobił coś nieprawdopodobnego, chwycił anielice za ręce, tak bez skrępowania z niezwykłą pewnością siebie.

- Muszę przyznać, że zawsze chciałem cię poznać wasza wysokość. Proszę, wybacz mi moją bezpośredniość, ale na balach wśród tak licznych gości trudno o chwilę spokojnej rozmowy, zachowując przy tym pewne zasady. Wiesz, wszyscy zawsze są tacy zajęci, mają swój świat, obowiązki… Moi rodzice przykładowo stale są na niezwykle ważnych spotkaniach z różnymi ważnymi osobistościami i oczywiście nie mogę im przeszkadzać, a mi brakuje towarzystwa, tobie pewnie też, czyż nie? W końcu królowa…
- Nie będzie zadowolona, gdy odkryje, że zniknęłaś księżniczko – przyleciał do nich Piorun, jak zawsze czujny pilnował otoczenia i zauważył, jak się wymykają. Niestety Eryk nie był w stanie zrozumieć słów orła, jedynie zdziwił się, że tak dumny ptak wylądował tuż obok nich.
- O! Jaki wspaniały okaz i… nie boi się? – stwierdził na głos, spróbował go dotknąć, ale orzeł miał swoją godność i cofnął się, ostrzegawczo otwierając dziób. – Ale chyba mnie nie lubi – dodał, odpuszczając. – Ptaki bywają kapryśne, wiem coś o tym, bo sam mam, tyle że jastrzębia, a ty księżniczko? – zapytał o zwierzęcych towarzyszy.

Awatar użytkownika
Evangeline
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Evangeline » 4 miesiące temu

        Jej matka wiedziała o tym i nawet zaaprobowała ten rozwój wydarzeń. Dlaczego więc każdy krok skierowany w stronę ogrodu zdawał się przerażający? Może to wina tego, że nie wiedziała co dalej - to wykraczało daleko poza jakiekolwiek nauki, jakie mógł jej przygotować Zik. Valak pewnie służyłby radą, ale prawdopodobnie byłoby to coś zbyt ekstremalnego dla kogoś jej statusu. Powinna być sobą, gdy znajdzie się z dala od ciekawskich oczu? A może bardziej poprawne byłoby trwanie w pajęczynie poprawnych zachowań, która to przez ostatnie miesiące była niemal nieodłączną częścią życia Evangeline.

- Księżniczka Evangeline, cóż za zaszczyt! - rozbrzmiał głos, a mężczyzna, do którego on należał, znajdował się tuż przed nią. Pewnie by i na niego wpadła, gdyby nie to, że on pierwszy ją zauważył. - Aulubus z rodu Rosy, jestem pewien, że słyszałaś tę nazwę, to my produkujemy białe wino, zwane Perłą Talianis. Czy zechce Księżniczka zaszczycić swym towarzystwem mnie i moje córki stojące nieopodal? Choćby przywitanie będzie wystarczającym darem dla nich od ciebie!

        Evangeline zlustrowała go spojrzeniem, przy czym niemal instynktownie najpierw spojrzała na jego oczy, sprawdzając po czym dokładnie błądzi jego wzrok. Gdy tylko zrozumiała, że z wyraźnym trudem ignoruje drobinki złotego pyłu, które ją otaczały, odezwała się powierzchownie ciepłym tonem.

- Z miłą chęcią, lecz najpierw muszę zająć się sprawą niecierpiącą zwłoki. - Kipiała w środku. Pchały jej się na usta różne słowa. Była pewna, że człowiek przed nią jest taki sam jak wielu innych, z którymi została zapoznana z powodu różnych okazji. Mogła niemal przysiąc, że pod zapachem pachnideł skrywa się smród chciwca. Nawet jeśli widać było, że jej rozmówca naprawdę stara się powstrzymać swe pierwotne odruchy, to fakt pozostawał faktem… Była w jego oczach niezwykle poręczną sztabką złota. Ludzie już tak mają, że widzą w niej głównie to. - Przepraszam, że będzie musiał pan czekać na mnie.

- Ależ księżniczko, na rozmowę z tobą warto i zatopienie Arranty przeczekać w bezruchu! Proszę się nie spieszyć, jestem pewien, że byle spotkanie towarzyskie może poczekać w obliczu czegokolwiek, do czego księżniczkę tak goni.

        Ruszyła tak szybko, jak tylko rozmowę można było uznać za zakończoną, przy czym kroki jej stały się bardziej spanikowane. Stres przebywania w takim tłumie nie był czymś łatwym. Musiała dostać się na ogród, tam czekał Eryk, w ciszy i świetle gwiazd. Pierwsza osoba od dawna, która patrzyła na nią jak na osobę nie przez grzeczność, a z własnej, nieprzymuszonej woli.

“.. A co jeśli to tylko gra? Maska, której po prostu nie zdołałam przejrzeć?”

        Stawiała pierwsze kroki wśród zielonej trawy, gdy przeszyła ją ta myśl. Czyżby to było to? Czyżby jej naiwna nadzieja na to, że znajdzie ludzi równie dobrych, jak Delia zaślepiła ją na niezwykle dopracowaną grę aktorską młodzieńca, którego lico mogła teraz ujrzeć w świetle księżycowej łuny?

        Jej serce nie wiedziało, czy zabić mocniej, czy zamilknąć na wieki. Roztargana między siłą zakorzenionych w niej przesądów, a romantyzmem niedawnych chwil, księżniczka nie wiedziała co zrobić. W końcu jednak, czy tego chciała czy też nie, zmniejszyła odległość między sobą a nim. Kultura na dworze obowiązywała, nawet gdy logika i emocje odmawiały posłuszeństwa, tak nauczył ją jej nowy opiekun i za to była wdzięczna, nie chciała bowiem swoją bezczynnością wprowadzić niemiłej atmosfery między sobą a urodziwym szlachcicem.

        Jego słowa były nasycone pięknem chwili… Lecz nie wszystko, o czym wspomniał, było piękne. Natłok ludzkich głosów zdawał się krzyczeć za złotem, zaś szum miasta niemal na pewno skrywał gorzką prawdę o ludzkich niegodziwościach, które odbywały się w ciemnych uliczkach i mało uczęszczanych zakamarkach. Tylko wizja wody zdawała się kojąca, nawet mimo tego, że fale były zarazem symbolem tragedii, jaką była nieustająca klątwa Arranty. To właśnie dzięki skupieniu się na kojącym szumie oceanu oraz wyczuwalnej w powietrzu bryzie, Evangeline nie odskoczyła, gdy poczuła, jak jego lewa dłoń splata się z jej prawą w czułym, lecz mocnym uścisku. Nie protestowała, gdy młodzieniec niemal bezbłędnie zaciągnął ją przez labirynt, jakim potrafiły być królewskie ogrody, wprost na plażę.

        To tutaj nauczyła się latać pod troskliwym okiem matki. Swej przybranej matki. To tutaj wszystkie troski i zmartwienia odchodzą w niepamięć. To tutaj ludzka natura przestaje być cierniem w złotym sercu. Evangeline nie wiedziała czy to przeznaczenie, czy też zwykły przypadek, że właśnie tutaj ją zabrał. Zapomniała o swoich domysłach, pozwalając, by działo się to, co dziać się chciało. Nic więc dziwnego, że nie paniką, a nieśmiałym uśmiechem przywitała po raz kolejny dłonie Eryka otaczające jej własne. Czuła się bezpieczna… Czy to właśnie te uczucia rozbrzmiewały w Delii, gdy była ona blisko Dżariego?

        Wysłuchiwała jego słów, podświadomie wciąż szukając w nim oznak czegokolwiek, co by sugerowało, że jego zamiary nie są równe jego słowom. Nic jednak z tego nie wyszło, zamiast tego bowiem z coraz bardziej zadziwionymi oczami wysłuchiwała jego wyznania. Chciał ją poznać od dawna? Jak wiele razy widział ją, a ona była nieświadoma? Jak bardzo musiała być zaślepiona tym, co myślała o większości ludzi, że nigdy nie poczuła tak szczerych uczuć bijących z oczu jej obserwatora? Chciała go przeprosić za swoje myśli. Chciała go uściskać i nigdy nie puścić. Była gotowa tu i teraz wyznać mu dozgonną wdzięczność, a może nawet i miłość. Wystarczyłyby choćby dwa słowa…

        Wtedy też nadleciał Piorun. Jego słowa niemal karcące, aż złotowłosa nie mogła powstrzymać westchnienia, które graniczyło z marudzeniem. Orzeł momentami traktował ją jak pisklę, jeśli nie jajko - wiecznie czuwał nad nią, nawet gdy nie było to konieczne. Było już tak źle, że czasami cały dzień dostrzec można było cień orła dzielnie krążący w okolicy złotej księżniczki. Teraz jednak Piorun uznał, że sytuacja jest na tyle poważna, że musi wylądować tuż obok i patrzeć gniewnie na młodzieńca, który w błogiej nieświadomości wpierw próbował nawiązać przyjacielski kontakt ze zwierzęciem. Gdy tylko to nie odniosło oczekiwanego rezultatu, Eryk zaczął chwalić się własnym kompanem, równie upierzonym, choć prawdopodobnie nie tak nadopiekuńczym.

- Na twoim miejscu to ja bym się bała jego. Piorun jest bardzo przewrażliwiony na punkcie mojego bezpieczeństwa. Więc nie tyle, co cię nie lubi co… nie ufa ci. - Mówiąc to w stronę Eryka, Evangeline rozprostowała prawe ramię na bok, a orzeł, rozumiejąc ten gest, wdzięcznym trzepotem skrzydeł zdołał wzbić się w powietrze, tylko po to, by z gracją wylądować na kończynie anielicy. Może i bowiem ta dwójka nie była najlepszymi przyjaciółmi, ale nie dało się zaprzeczyć, że łączyła ich więź, dzięki której obydwoje, jeśli już byli razem, to byli blisko siebie i nie narzekali szczególnie z tego powodu.

        Wracając jednak do teraźniejszości… Ostatnie pytanie Eryka wzbudziło niemiłe uczucie w anielicy. Coś między mdłościami a gniewem. Wiedziała, że to nie było celowe z jego strony, ale i tak nie mogła zignorować tego, jak jej rozmówca odnosił się do zwierząt w sposób, który kłócił się z czymś wewnątrz niej.. Może to przez to, że praktycznie została wychowana wśród zwierzaków towarzyszących Delii, a może też to, że posiadanie zwierząt przez ludzi kojarzyło się z chciwością… a od tego tylko kilka słów brakowało do najgorszych, najczarniejszych myśli, jakie przepełniały zakamarki umysłu księżniczki.

- Piorun to przyjaciel. Moja m… Królowa Delia ma wielu przyjaciół takich jak Piorun. Gdy tylko tu zamieszkałam, wszyscy oni stali się zarazem moimi przyjaciółmi, na dobre i na złe. Jestem im za to wdzięczna, każdemu z osobna - powiedziała, spoglądając na orła. Nie chciała rozmawiać z Piorunem wiedząc, że Eryk nie zrozumie połowy konwersacji, ale wiedziała, że jej czułe słowa zrekompensują to pierzastemu na tyle, by ten nie zaczął wydziobywać jej włosów.

        Niestety, żadna ilość przymilania się nie zmieniłaby jednego faktu - Piorun miał rację w swoich pierwszych słowach. Delia bez wątpienia wpadnie w panikę, gdy tylko zbyt długo nie będzie wiedziała gdzie znajduje się jej przybrane dziecię. Evangeline do dziś pamiętała dzień, kiedy to królowa nieomal nie rozkazała całej armii wyruszyć na poszukiwania.

“Będę musiała wrócić na bal… Ale nie chce! Nie chce być wśród tych ludzi, nie chce odpowiadać na ich pytania! Chcę być tutaj, z Erykiem!”

        Emocje wzbierały na sile z każdą negatywną myślą. Cały ten bal coraz bardziej wydawał się problemem, a nie wspaniałą uroczystością. Aż chciała móc zniknąć tak jak Valak, który dzięki swoim rozmiarom dawał radę nawet w małych i pustych pomieszczeniach być niewidocznym na tyle, że znalezienie go było praktycznie niemożliwe. Żałowała, że nie mogła robić tego tak jak on.

“Ale… jest za to coś innego, co mogę zrobić.”

        Piorun mógł poczuć moment, w którym Evangeline niemal podskoczyła z radości. Na jej twarzy malował się uśmiech, który był niebezpiecznie podekscytowany. Tymczasem lewitujące drobinki pyłu zaczęły orbitować z szaleńczą prędkością, jakby nie mogąc zwolnić od nadmiaru pozytywnych emocji. To wszystko oznaczało, że złotowłosa prawdopodobnie wpadła na pomysł tak genialny, że orzeł znów będzie musiał odciągać Delię od rozsyłania straży królewskiej na wszystkie strony świata.

- Wróć do Delii i przekaż jej, że wszystko jest dobrze - odezwała się, tym razem bezpośrednio do ptaka na swoim ramieniu. Piorun rzecz jasna nie kupował tego, co próbowała ona mu wcisnąć, nie od razu. - Spokojnie, jakby co będę w dobrych rękach…

        Piorun już miał dopytać co to ma niby znaczyć, lecz po chwili dotarło do niego, co ta niebiańska nastolatka właśnie do niego wygaduje. Jeśli miał być szczery, to było stanowczo za dużo nawet jak dla niego. Dlatego też, nie tracąc czasu na bezowocne dyskusje z młodocianą, zatrzepotał skrzydłami, po czym poleciał prosto do królowej, którą miał zamiar tym razem popierać w kwestii natychmiastowego zmobilizowania jednostki poszukiwawczej…

- Eryku… - przemówiła Evangeline, gdy już byli po raz kolejny sami. Jej oczy lśniły od ekscytacji, która rozbrzmiewała w jej sercu. To, co zaraz zrobi, zagwarantuje jej zakaz wychodzenia z pokoju na miesiąc, jeśli nie dłużej. Ale coś jej mówiło, że dla niego było warto. - Jako twoja księżniczka rozkazuje ci… zamknij oczy.

        Wiedziała, że to zrobi, może przez jej autorytet, może przez uczucie, jakie do niej żywił. W każdym razie, gdy tylko to się dokonało, przemówiła dalej.

- Oddaję się tobie. Ja, całe ciało moje, cała dusza moja. Zaopiekuj się mną i sercem moim... Pokaż mi, że zasługujesz na księżniczkę Arrantalis.

        Głos jej rozgrzał swym romantycznym brzmieniem zarówno atmosferę, jak i samego Eryka. Szlachcic trwał w niecierpliwości, oczy zamknięte, usta przyszykowane na przyjęcie pocałunku od największego skarbu, jaki kiedykolwiek znajdował się w tym Królestwie. Szybko jednak zrozumiał, że zaszło jakieś nieporozumienie - zamiast słodkiego smaku ust… czuł, jak powietrze przed nim nabiera na prędkości. Nie wiedział, co się dzieje, ale z każdą chwilą miał wrażenie, jakby księżniczka wymykała się spod jego dłoni, kawałek po kawałku. Zupełnie jakby ich spotkanie to był sen, który właśnie dobiega końca. Tylko drapiące go po rękach drobinki złotego pyłu przypominały o tym, że to nie nocne mary, a rzeczywistość.

        W końcu jednak tajemniczy proces dobiegł końca - wiatr przybrał ponownie swoją naturalną siłę, jego skóra przestała być atakowana przez nieprzyjemne zadrapania, a w jego lekko otwartych dłoniach spoczywały nie dłonie księżniczki, a metaliczny przedmiot.

“Wszystko gotowe. Śmiało, otwórz oczy. Chce zobaczyć, czy dobrze wyglądam."

        Młodzieniec, zbyt zauroczony radością w głosie Evangeline, nawet nie zauważył od razu, że głos ten rozbrzmiewał nie na zewnątrz, a wewnątrz jego umysłu. Zamiast tego, po prostu posłusznie wykonał jej polecenie. Dzięki temu mogły jego oczy spocząć na przepięknej, złotym karwaszu z litego złota. Powierzchnie zdobiły perfekcyjnie ukształtowany wzór, przedstawiający parę rozłożonych anielskich skrzydeł. Poza tym, charakterystyczne niebieskie wzory przebiegały w różnych miejscach, emanując ledwo widocznym w księżycowym świetle blaskiem.

        Evangeline przez ostatni rok dużo ćwiczyła swoją zdolność przemiany. Niemal natychmiast zaczęła próbować ograniczyć chaos tego, co się działo podczas przyjmowania innej formy - nie chciała bowiem za każdym razem niszczyć swoich ubrań, jak i również wszystkiego, co znajdowało się w jej otoczeniu. Teraz, gdy widziała owoce swoich wysiłków, miała ochotę skakać, choć teraz było to fizycznie niemożliwe - jej suknia, oraz wszystkie inne elementy jej odzienia, spoczywały na piasku bez widocznych śladów zniszczenia czy podziurawienia w wyniku burzy złotego pyłu. Sam Eryk także był praktycznie nietknięty, nie licząc bowiem delikatnie obtartych rąk, był praktycznie nietknięty przez skutki uboczne transformacji księżniczki.

- “Na co czekasz? Przymierz mnie!” - rozbrzmiał w jego umyśle pełen szczęścia głos złotowłosej, która nie czekała nawet na jego opóźnione w wyniku szoku reakcje. Gdy tylko księżniczka trafiła na przedramię Eryka, nie zwlekała ona z dalszą częścią swojego kompletnie nieprzemyślanego planu. - “A teraz… Ukryj mnie do czasu zakończenia tego całego balu. A gdy będzie po wszystkim i znajdziemy się poza murami zamku… Zabierz mnie w najpiękniejsze miejsce, jakie znasz i tam wyznaj mi swoje uczucia.”

        Evangeline sama już nie wiedziała, co w ogóle wyprawia. Po prostu pozwalała, by jej usta mówiły to, co im się tylko żywnie spodoba, a ciało to, na co akurat ma ochotę. Sam fakt, że zmieniła formę przy niemalże obcej osobie, zdając się zarazem na łaskę tejże, doskonale świadczył o tym jak bardzo młodzieńcze serce przejęło stery podczas tego wieczoru. Ale co się dziwić - przy szlachcicu, który zauroczył już po jednym wspólnym tańcu, każda chwila trwała wieczność, a zarazem każda rozmowa kończyła się, nim zdążyła się porządnie zacząć. Evangeline nie wahała się nawet nad tym, by, mówiąc wprost, zaplanować swoje własne porwanie. Choć możliwe, że dużą inspiracją były te wszystkie księgi w bibliotece, przepełnione wątkami miłosnymi i równie szalonymi scenami między dwojgiem zakochanych. Co jak co, ale musiała podziękować kiedyś mamie za stworzenie tak pięknej kolekcji romansów!

Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia » 3 miesiące temu

Podczas gdy Delia oddawała się rozmowom ze szlachtą o rzeczach mniej lub bardziej ciekawych, Evangeline właśnie miała swoją pierwszą randkę. Eryk był wniebowzięty możliwością rozmowy z księżniczką sam na sam.

- O, to ciekawe – stwierdził Eryk, przyglądając się Piorunowi, podobnie jak orzeł jemu. – Nadzwyczajne, takiego zachowania prędzej oczekiwałbym po psie. Mimo wszystko wierzę, że się zaprzyjaźnimy – uśmiechnął się do orła, z podziwem patrząc, jak ten rozłożył skrzydła i wylądował na ręce anielicy. – Nie wątpię księżniczko, mój jastrząb też jest mym przyjacielem. To wspaniałe, że takie niebezpieczne zwierzęta jak lwica i tygrys mogą być tak oswojone – odwołał się jedynie do Apokalipsy i Edena, bo to ich widział na balu, o wilku natomiast nie wiedział. – Normalnie to gdyby spotkać takie dzikie, to by połknęły w całości – zaśmiał się, żeby nie było zbyt poważnie.

Orzeł natomiast rzucał Erykowi pogardliwe spojrzenie, młodzieniec go denerwował i nie zmieniły jego podejścia nawet czułe słowa Evangeline. Nadal uparcie stał przy swoim i próbował namówić niebiankę do powrotu na salę balową. Jednakże nagła fala entuzjazmu u dziewczyny wcale nie wróżyła, że w końcu przystała na jego nalegania, niestety.
Piorun nawet tego nie skomentował, poleciał zawiadomić Delie o sytuacji, zostawiając parę samą na plaży. Młody szlachcic był bardzo rad z tego powodu.

- Tak? – spytał z uśmiechem, a widząc w oczach złotowłosej ekscytacje, sam poczuł dreszczyk emocji. – Wedle rozkazu – odpowiedział zalotnym głosem i zamknął oczy.

Eryk był niemal pewien, że księżniczka chce go pocałować, bo co innego miałaby na myśli? Choć nie spodziewał się tego tak szybko, ale w żadnym wypadku nie śmiał narzekać. Chociaż to, co powiedziała niebianka, brzmiało dość dziwnie i niepokojąco poważnie oraz zobowiązująco. Nadal jednak zaślepiony zauroczeniem szlachcic uznał to po prostu za jakieś dziwactwo, w końcu każdy jakieś ma, nawet księżniczki.
Niestety upragniony pocałunek nie nadchodził, a kolejne sekundy mijały bezowocnie i w niewiedzy. Coś się działo, to wiedział, a nawet czuł. Nagle wszystko ustało, miał coś w dłoniach i mógł już otworzyć oczy.
Miał naprawdę bardzo głupią minę, rozejrzał się wokół zdezorientowany zniknięciem księżniczki, która dosłownie przed chwilą do niego mówiła i dałby sobie rękę uciąć, że to wcale nie był głos z oddali. Dlatego dopiero teraz zauważył złoty karwasz, był niewątpliwie piękny, ale Eryk kompletnie się pogubił.
Zaczął powoli łączyć wątki, gdy spostrzegł ubrania niebianki leżące na piasku, znowu usłyszał jej głos, ale tym razem już wiedział, że rozbrzmiewa on w jego głowie. Chłopak bez słowa założył karwasz nie do końca pewien, czy to nie jakiś absurdalny sen.

-… CO JEST Z TOBĄ NIE TAK?! – ryknął nagle, jakby ocknął się z transu, a w jego głosie wybrzmiewały różne emocje, między innymi strach i rozczarowanie. – Zmień się, zmień! – niemalże ją błagał. – Nie mogę, nie mogę, dopiero się poznaliśmy, co oczywiście było moim marzeniem, ale to jest chore! Po prostu chore! Ja cię jeszcze nawet dobrze nie znam i mam… mam cię porwać? Narażając się samej królowej? Czyś ty postradała rozum? – mówił dość szybko i głośno, coraz bardziej zdenerwowany.

W końcu, gdy trochę odetchnął, ruszył do zamku, tylko zastanawiał się jak podrzucić królowej księżniczkę będącą złotym karwaszem bez tłumaczenia, tego, co zaszło na plaży i że w ogóle ośmielił się przebywać tam sam na sam z księżniczką. Młody szlachcic powolnym krokiem zbliżał się do ogrodu, zastanawiając się kogo bać się bardziej, królowej czy swego ojca.
- W sumie królowa to anioł, ona mnie przynajmniej nie zabije... mam nadzieję – myślał i wciąż zmieniał wersję swoich tłumaczeń na każdy możliwy rozwój sytuacji. W końcu zwyczajnie zostawił karwasz na ławce w ogrodzie i wrócił na salę.

Tymczasem Delia zawiadomiona przez Pioruna, który wleciał do zamku, trzymając się jak najbliżej sufitu, by nie wpaść na gości, postanowiła pozwolić swojej córce na chwilę swawoli. Była pewna, że może zaufać młodej anielicy, w końcu była bardzo grzeczna i posłuszna, nawet jeśli orzeł kręcił głową na to łagodne podejście.
Jej przekonanie co do odpowiedzialności swej córki jednak diametralnie się zmieniło, gdy spostrzegła Eryka, który ukradkiem przemyka pod ścianą sali balowej i zatrzymuje się w pewnym momencie, udając, że nic się nie stało, choć jego dziwne zachowanie i trupio blada twarz wręcz krzyczały, że jest inaczej.

- "Gdzie jest Evangeline?" – Delia rozejrzała się wokół zaniepokojona, nie chciała siać paniki ani nagle bez słowa ruszyć jej szukać dlatego nakazała Piorunowi sprawdzić teren.

Orłu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zamachnął skrzydłami i wyleciał w podobny sposób jak przedtem, wysoko nad głowami tu obecnych, oczywiście kilka osób z podziwem spojrzało na niego i zaczęło się rozwodzić nad pięknem i dostojnością ptaków tego gatunku.

Awatar użytkownika
Evangeline
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Evangeline » 3 miesiące temu

        Evangeline chciała być wściekła na szlachcica. Chciała powiedzieć rzeczy, które nie powinny nawet przyjść na myśl porządnemu aniołowi. Chciała powrócić do swej pierwotnej formy i ulać złote łzy. To były głupie zachcianki księżniczki, która nie potrafiła zaakceptować rzeczywistości. Wszystkie bez wątpienia zrodzone od emocji, które objawiły się podczas romantycznego pierwszego tańca z Erykiem. Teraz gdy złota anielica leżała porzucona na ogrodowej ławce, wciąż zaklęta pod postacią karwasza, emocje te wydawały się odległe, z każdą chwilą zanikające z jej metaforycznego serca.

        Czemu to zrobiła? To, co się stało, było sprzeczne ze wszystkimi zasadami panującymi na dworze królewskim, które jej wpajano. Gdzie zapodziało się przemyślenie swoich działań? Gdzie zniknęła ostrożność? Gdzie rozsądek, który powstrzymałby ją od tak pochopnej, nierozważnej, możliwie tragicznej w skutkach… Głupiej decyzji?!

        Jej umysł płonął, pochłonięty przez chaos, który zazwyczaj był ledwie odległym blaskiem. Gdy była pod formą przedmiotu, pozostawiona samej sobie, była sama. Nie było świata zewnętrznego - ni światło, ni dźwięk były w stanie wedrzeć się do samotni będącą owocem zdolności Evangeline. Przebywanie w tym stanie było nieprzyjemne, a momentami graniczyło z torturą. Ale to właśnie tutaj anielica mogła z pełną klarownością zastanowić się nad sobą i swoimi czynami. To tutaj mogła w spokoju rozmyślać nad zagadnieniami, które były zbyt trudne, albo dla których potrzebowała dłuższej chwili, aby móc je przetrawić w należyty sposób. To tutaj miała szansę, by odzyskać kontrolę nad swoimi uczuciami, które obecnie reprezentowały wulgarną antytezę harmonii.

        Zagłębiając się w swoje myśli, księżniczka powoli zapanowała nad chaosem, zarazem pozwalając sobie na zrozumienie jego struktury. Bal był przytłaczający, w każdym tego słowa znaczeniu. Wszędzie dookoła ludzie, skore do chciwości istoty, wobec których Evangeline żywiła tak wiele nienawiści, ile jej w miarę niewinne serce potrafiło wykrzesać. Jakby tego było mało, każdy, najmniejszy krok czy choćby najciszej wypowiedziane słowo było testem jej zdolności, manier i ogłady. Pomyłka mogła oznaczać ośmieszenie w oczach ludu, a to nadszczerbiłoby reputację Królowej, jej przybranej matki, i złota anielica była tego aż nazbyt świadoma.

        Wtedy też pojawił się Eryk niczym postać z książki. Wydawał się nierealnie idealny - niczym marzenie Evangeline, które ktoś uformował w śmiertelną formę. Miły, urodziwy, a na dodatek pozbawiony tego, co wzbudzało w księżniczce Arrantalis niechęć do ludzi. Wtedy też młoda anielica momentalnie zaczęła się zatracać w tym, co przedstawiał sobą szlachcic, a linia między rzeczywistością a czymś wyjętym z baśni o dwojgu zakochanych zaczęła się zamazywać. To dlatego nie przemyślała swoich akcji. To wszystko, jeszcze kilka chwil temu, było dla niej niczym sen, w którym zdrowy rozsądek był ledwie możliwą do zignorowania wskazówką.

        Gdy to wszystko legło w gruzach, Evangeline nie była zaskoczona - może wcześniej nie była tego świadoma, ale to, co robiła, było z góry skazane na porażkę. Eryk był dobrze wychowanym młodzieńcem, to było oczywiste od pierwszych wspólnych chwil. Jego reakcja była oczywista, do tego stopnia, że aż nie była na niego zła. Prędzej zawiedziona, że to, czego pragnęło jej serce, nie przeżyło spotkania z rzeczywistością. To dlatego, gdy młodzieniec zaczął niezbyt przychylnie reagować na całą tę sytuację, anielica po prostu milczała. W milczeniu pozwoliła, aby ją porzucił. Słyszała po jego głosie to, jak bardzo zszargała jego nerwy swoim wyczynem. Pozostawało mieć nadzieję, że sprawa nie wyjdzie na światło dzienne… Skandal byłby gwarantowany.

- ...wyania w czasie balu? Ktoś mógłby pomylić cię ze zwykłą ozdobą i byłoby nieciekawie. - Nagła fala bodźców wystraszyła Evangeline, która to aż zapiszczała w umyśle nieznajomego, którego słowa usłyszała. Głos był męski, głęboki, a co gorsza kompletnie nieznany dla księżniczki.

“Kim jesteś, co się dzieje?! Zostaw mnie!” - Spanikowana anielica wykrzyczała w umyśle mężczyzny, w którego to łapskach obecnie się znajdowała. Szok sprawiał, że nie była w stanie skupić się na przemianie w zdolną do wołania o pomoc formę. Pewnie by spróbowała skupić się na bodźcach dochodzących z oczu i uszu jej rozmówcy, gdyby nie to, że była na skraju histerii.

- Evangeline - powiedział głos stanowczo, a księżniczka niemalże odruchowo zaprzestała popadania w głębiny paniki, uciszając sztorm swych myśli. Sposób, w jaki jej imię zostało wypowiedziane, przypomniał jej o tych wszystkich momentach, kiedy to Delia, Zik czy nawet Dżariel musieli ją upomnieć lub pouczyć. Donośność, za którą kryły się dobre intencje. - Nic się nie dzieje i nic ci nie zrobię. Ale też nie zostawię cię, bo trwasz w tej formę dłużej, niż to konieczne, więc uznałem, że potrzebujesz.

“Nadal nie odpowiedziałeś mi na to, kim jesteś” - stwierdziła, nadal zachowując ostrożność względem nieznajomego.

        Teraz kiedy nie rzucała się w umyśle nieznajomego na wszystkie strony, mogła w spokoju skorzystać z tego, co widzi i słyszy tajemnicza osoba. Dźwięki wskazywały, że nadal byli gdzieś w ogrodzie - przytłumione odgłosy balu mieszały się z odległym szumem fal oraz dźwiękami nocnych owadów. Obecnie nieznajomy patrzył się na swoje rozłożone i wyraźnie naznaczone ciężką pracą dłonie, w których trzymał obecną postać Evangeline. Dzierżył ją tak delikatnie, jakby była ze szkła i pod ryzykiem zniszczenia od mocniejszego podmuchu wiatru. Wszystko inne było delikatnie rozmazane, ale anielica szybko dostrzegła, że stoi on tuż przed ławką, na której została zostawiona. Jego strój, jeżeli miała oceniać po rękawach, nie pasował ani do żadnego z gości, ani tym bardziej do zamkowej służby. Cień, rzucany dzięki światłom z balu odbywającego się za nimi, ukazywał potężną, muskularną sylwetkę w czymś, co mogło być płaszczem czy innym odzieniem, które sięgało poniżej linii pasa. To jednak, co było interesujące, to cienie rozciągające się na boki. Mogłaby przysiąc, że to…

- Jestem twoim aniołem stróżem - odrzekł mężczyzna po kilku chwilach ciszy, a głos jego uspokoił Evangeline. Tajemnicze kształty były skrzydłami, tyle że częściowo złożonymi, przez co kontury nie były jednoznaczne dla złotej księżniczki.

“Nie wiedziałam, że mam takowego... Domyślam się, że jesteś tutaj z woli mojej matki?” - Ciekawość zastąpiła strach, co dało się rozpoznać po spokojnym tonie słów rozbrzmiewający w umyśle jej anioła stróża.

- Tak, wolą twojej matki jest, abym chronił cię, choćby i za cenę własnego życia. - Słowa, które wydobywały się z jego ust, były pełne ciepła i troski, do tego stopnia, że anielicy aż zrobiło się milej na sercu. W międzyczasie tych słów jej rozmówca odwrócił się i usiadł na ławce, spoglądając w stronę budynku, gdzie odbywał się bal. Byli wystarczająco głęboko wśród zieleni, by panował tu względny spokój, nie mówiąc o tym, że na razie ani śladu było po służkach, które prawdopodobnie były bliżej przejścia między salą balową a ogrodem. - Czy coś cię trapi, Evangeline? Jestem tu, jeśli potrzebujesz porozmawiać.

“To… skomplikowane”

- Co dokładnie jest skomplikowane? To, że zostawiłaś swoje ubrania na plaży i nie masz jak ich odzyskać bez paradowania na golasa, czy to, że twój niedoszły kochaś cię porzucił, zarówno w przenośni, jak i dosłownie? Nie wiem, co dokładnie się między wami stało, ale na wieczorną herbatkę to nie wyglądało. - Mężczyzna brzmiał na bardzo, ale to bardzo niezadowolonego, gdy mówił o Eryku, aż złotowłosa poczuła ciarki, choć nawet nie posiadała na chwilę obecną skóry.

“Ty… Widziałeś wszystko?”

- Co ze mnie byłby za Anioł Stróż, gdybym nie miał cię na oku o każdej porze dnia i nocy? Choć przyznać muszę, że czasami jest to bardzo trudne, choćby i ze względu na twoje okazjonalne wybryki czy też to, że bycie niewidocznym to nie lada wyzwanie na dworze królewskim… Nawet nie wiesz ile razy ten twój papugo-szczur mnie prawie odkrył! - Jej Anioł Stróż zaśmiał się pod nosem, a Evangeline aż nie mogła się powstrzymać od dołączenia na myśl o tym, że jej obrońca ledwo daje radę ukryć się przed Valakiem. - Wróćmy jednak do tematu. Evangeline, czy czujesz się dobrze?

“Tak” - odpowiedziała natychmiast, i niemal od razu poczuła ukłucie w sercu. Tak często nie mówiła Delii o dręczących ją myślach, że refleksem stało się kłamanie na ten temat. To nie mogło trwać, nie jeśli miała zmienić się na lepsze. - “... Nie, nie czuje się dobrze.”

- To ten chłopak, prawda? Już ja mu…

“Nie, skądże!” - wtrąciła się Evangeline, głos mężczyzny bowiem kipiał złością i gniewem do tego stopnia, że księżniczka zmartwiła się o Eryka. Najwyraźniej jej Anioł Stróż brał bardzo poważnie swoje obowiązki, jeśli był gotowy karać za niewłaściwe czyny wykonane przeciwko Evangeline.- “To, co się stało… jak sytuacja się rozwinęła z Erykiem to znaczy, było w całości z mojej winy. Po prostu on sprawił, że poczułam się niczym w baśni, z dala od problemów i zmartwień, wtedy straciłam wszelkie zahamowania… zatraciłam się w chwili”

- Brzmisz, jakbyś miała na sercu więcej, niż po tobie widać… Czy podzielisz się ze mną swoim brzemieniem? - Czekał na odpowiedź, lecz głos w jego głowie milczał, przez co anioł stróż księżniczki odetchnął, zawiedziony, lecz wyrozumiały. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz chciała mi wyjawić więcej, jestem do twojej dyspozycji. A teraz wybacz, ale czas na mnie, by wrócić do cieni, a dla ciebie, by wrócić do królowej i uspokoić jej krwawiące z rozpaczy serce, zrozumiano? Podrzucę tutaj twoje ubrania, co byś nie musiała iść po nie sama.

“J-już odchodzisz? Kiedy będziemy mogli znów porozmawiać?” - Głos jej mówił wszystko. Nie chciała, by ją zostawił. Rozmowa z nim była kojąca, a sama jego obecność była niczym emocjonalna kotwica na morzu czarnych myśli. Nie wspominając o tym, że miała co najmniej milion pytań do tego, który sprawował nad nią pieczę.

- Nigdzie nie odchodzę Evangeline. Zawsze będę przy tobie, tak blisko, jak to tylko możliwe. Wystarczy, że zawołasz moje imię, a zjawię się tuż obok, noc czy dzień, w zamku czy na pustkowiu.

“Oh.” - Evangeline nie mogła ukryć zawstydzenia w swym głosie. Ciężko było zaakceptować fakt, że ciągle była pod jego baczną obserwacją. Ciekawe od jak dawna jest pod jego nadzorem? Rozmyślała nad tym chwilę, a w międzyczasie anioł wstał, a dźwięk rozkładanych skrzydeł zasygnalizował, że wkrótce odleci po jej rzeczy. Nim jednak została odstawiona na ławkę, anielica uświadomiła sobie, że nie wie czegoś bardzo ważnego. - “Zaraz! Nie wiem, jak masz na imię!”

- Nazywam się Solythue. Bądź grzeczna, Evangel...- Końcówkę jej imienia uciął fakt, że przyjazny dotyk opuścił jej formę, pozostawiając ją z powrotem w samotności jej umysłu.

        Evangeline niemal natychmiast rozpoczęła proces przemiany. Chciała ujrzeć Solythue, podziękować mu za wszystko i uściskać, choć nawet to nie byłoby wystarczające za te kilka ciepłych chwil, które zostały jej ofiarowane. Karwasz rozbił się w chmurę pyłu, która pośpiesznie, a przy tym nieostrożnie względem biednej drewnianej ławki, rozpoczęła formowanie ciała Evangeline. Gdy proces dobiegł końca, a księżniczka mogła skorzystać z własnych zmysłów, było już za późno - po jej rozmówcy nie było ani śladu, a na ławce tuż obok czekały jej ubrania. Była niezadowolona, ale pozwoliła, aby te emocje nią zawładnęły. Zaczęła się natychmiast ubierać, co nie było łatwe, gdy nie było licznej asysty ze strony królewskiej służby.

        W końcu, gdy złoty pył nie musiał już służyć za osłonę dla jej młodego ciała, Evangeline ruszyła w stronę sali balowej. Kątem oka spojrzała na jeden z wielu licznych zacienionych miejsc w ogrodzie - tak pozbawiony światła, że nie głupie byłoby stwierdzenie, że ktoś mógł się tam ukrywać.

- Dziękuje ci. Za wszystko - wyszeptała w stronę cieni, a twarz jej zdobił uśmiech. Nie fałszywa podróbka, mająca na celu zmylić arystokrację, czy nawet efekt szalejących hormonów, a prawdziwy, niezaprzeczalny symbol radości. Jakby nie patrzeć, miała anioła stróża, który był gotowy zrobić dla niej wszystko… jak mogłaby być smutna w obliczu tej rewelacji?

Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia » 1 miesiąc temu

Nim Evangeline zdążyła powrócić na salę balową, jej uwagę mógł przykuć trzepot skrzydeł. Niestety nie należały one do jej anioła stróża, tylko do Pioruna, który jak tylko ją ujrzał, wylądował tuż przed nią.

- Księżniczko, królowa się niepokoi – powiedział tonem pełnym powagi, po czym z szybkością godną swego imienia powrócił zawiadomić Delię, że z jej córką wszystko w porządku.

Wtem gdzieś w krzakach coś zaszeleściło. Po chwilę w drugim. Coś ewidentnie w nich skakało, na szczęście nie trzeba było długo czekać na rozwiązanie tej sprawy. Tyglewiątka, miały świetny ubaw, gdy Szmer usiłował je jakoś złapać i zabrać gdzieś, gdzie nie narobią bałaganu. Byli tak zaaferowani, że nawet nie spostrzegli niebianki i szybko zniknęli w dalszych zakątkach ogrodu.
Gdy weszła na salę balową, nikt nie spoglądał na nią dziwnie, wręcz przeciwnie. Eryk nic nikomu nie powiedział. Nawet stał niedaleko pod ścianą, trzymając szklankę soku. Gdy zobaczył księżniczkę, pośpiesznie dopił to, co miał i się ulotnił, a przynajmniej skutecznie zniknął z oczu złotowłosej. Nie chciał i nie miał odwagi na rozmowę z anielicą.
Był jednak ktoś, kto wręcz wymagał wymiany zdań. Delie ogarnął spokój, gdy zobaczyła Evangeline idącą w jej stronę.

- Dość długo cię nie było – stwierdziła, a na jej twarzy wypisane było zmartwienie. – Wszystko w porządku? – spytała z troską. – Proszę, nie znikaj tak w trakcie balu. Na chwilkę jestem w stanie zrozumieć, ale nie tak długo, że zaczynam rozważać, czy wciąż czekać, czy już ruszać na poszukiwania. Nie zrozum mnie źle, wiem, że jesteś młoda i chcesz się wyszaleć, ale świat jest pełen niebezpieczeństw, dlatego bardzo ważne byśmy sobie ufały, bym w razie czego wiedziała, w którą stronę lecieć z pomocą. – Del odgarnęła parę złotych kosmyków opadających na twarz córki i uśmiechnęła się do niej pełna matczynej miłości. – Kocham cię córeczko. – Gdyby tylko wiedziała, że jeszcze niedawno jej niewinna Evangeline chciała uciec bez słowa z ledwo co poznanym chłopakiem.

Bal trwał do późna. Ludzie prowadzili ożywione rozmowy ze sobą, chwilami z królową, która oczywiście swą uwagą chciała obdarować jak największą ilość gości. Księżniczkę również co rusz ktoś włączał do rozmowy czy tego chciała, czy nie. Większość osób była dorosła, ale oprócz Eryka była też jedna dziewczyna w wieku niebianki. Gdy przez moment księżniczka miała święty spokój podeszła do niej właśnie ta czarnowłosa.

- Nie ugryzą mnie, jak spróbuję pogłaskać? – zagaiła do Evangeline, wskazując na Apokalipsę i Edena, bez przywitania czy przedstawienia się.

Zwierzaki popatrzyły na siebie zaskoczone, jednakże zgodnie z zasadami same nie podchodziły do gości. W końcu były drapieżnikami i to nie byle jakimi.

- Księżniczko Evangeline, jestem Wiktoria z rodu Trefonds. To zaszczyt móc Cię poznać – zaczęła mówić, gdy tylko ktoś z dostojników obok niej przeszedł. Gdy znowu było w miarę spokojnie, zachichotała cicho. – Potwornie się nudzę – stwierdziła z uśmiechem. – Ty też? Dobrze, że bal dobiega końca.

Wiktoria była bardzo rozmowna. Nie starała się wcale mówić, jak przystało na kogoś z wyższych sfer, chyba że ktoś słuchał. Mówiła o wszystkim i o niczym. Czas zaczął wręcz lecieć szybciej. Goście powoli opuszczali pałac. W końcu jedyne osoby, jakie pozostały na sali to służące zajmujące się jej porządkowaniem. Inne natomiast zajmowały się królową i księżniczką. Było już dość późno.
Jednakże, gdy Evangeline położyła się w swoim królewskim łożu i drzwi od jej komnaty zostały zamknięte, coś pod nią stuknęło i chyba się poruszyło. W ciemności dostrzec mogła wstającą z podłogi sylwetkę dziewczyny. To była Wiktoria z szerokim uśmiechem stała tuż obok niej. Gdy jej rodzina prawdopodobnie już była w domu albo dojeżdżała.

Awatar użytkownika
Evangeline
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Evangeline » 1 tydzień temu

- Rozumiem, udam się w takim razie bezpośrednio do niej.

        Evangeline próbowała ukryć to, jak bardzo zawiodła się na widok Pioruna. Nie, żeby nie lubiła orła ani tego, że stanowi szybką linię kontaktu między nią a Delią. Młoda anielica z całego serca wdzięczna była za rolę, którą pełnił upierzony towarzysz jej przybranej matki. Mimo wszystko, trzepot skrzydeł dał jej nadzieję, że to jej anioł stróż postanowił się ujawnić, a gdy do tego nie doszło, to nieszczególnie była z tego zadowolona. Co by dłużej nie myśleć o tym, złota księżniczka postanowiła szybkim krokiem przedostać się do królowej, przy okazji uciekając od niedawnych wydarzeń.

        Gdy tyglewiątka wyskoczyły z krzaków, pełne energii i radości, anielica zatrzymała się na moment, by popatrzeć na Różę i jej braciszka. Ta dwójka była miodem na jej serce… oraz bezsprzecznym źródłem zmartwień Szmera, który był tuż obok, próbując nadążyć za dwoma kulkami bezgranicznej energii. Po chwili jednak futrzaki znikły w kolejnych roślinach, pozostawiając złotowłosą.

“Gdyby tylko ludzie byli tacy jak wy. Prości i bezwarunkowo uroczy...”

        Nie wiedziała, czy dziwić się tym, że bal trwał w najlepsze. Z jednej strony spodziewała się, że w ramach czegoś, co ludzie uwielbiają nazywać “sprawiedliwością”, a co w rzeczywistości byłoby zemstą, Eryk rozpowiedziałby o wszystkim - o jej karygodnym, lekkomyślnym zachowaniu. Rozsianie tej wiedzy w publikę byłoby politycznym odpowiednikiem zabójstwa, o czym była w pełni świadoma za sprawą ścisłej nauki pod okiem Zika. Rozglądnęła się szybko, aż dostrzegła szlachcica, o którym myślała. Ich oczy się na chwilę spotkały… Po czym młody szlachcic uciekł daleko od niej, tak szybko, jak pozwalały na to warunki. To, co ujrzała, wzbudziło w niej poczucie winy. Chłopak wyglądał, jakby przed chwilą ledwo uszedł z życiem, i ona była za to odpowiedzialna, w ten czy inny sposób. On był niewinną ofiarą jej karygodnego - wulgarnego nawet - zachowania. Nic dziwnego, że zaczął unikać ją jak ognia.

“Zik i matka nie odpuszczą mi, jeśli kiedykolwiek dowiedzą się, co dokładnie próbowałam z nim zrobić. Oszczędzę im nerwów i powiem im kiedy indziej… ”

        Na całe szczęście zdołała przedostać się do Delii bez zwracania na siebie uwagi co zdołało zadziwić anielicę. Ludzie z wysokich sfer potrafili zagłębić się w swoich własnych sprawach i rozmowach tak mocno, że było to aż absurdalne dla niebianki. Wciąż pamiętała zbirów i bandytów, wiecznie analizujących swoje otoczenie w obawie, i choć taka skrajność też nie mogła być zdrowa na dłuższą metę, to jednak bez wątpienia gwarantowało dłuższe życie niż absolutna ignorancja, jaką przedstawiała większość zgromadzonych.

- Matko. - Gdy tylko znalazła się tuż przed Delią, pochyliła głowę, zarówno w geście szacunku, jak i przeprosin, po czym zamilkła, pozwalając swej mamie przemówić.

        Odezwała się pierwsza, co by zwrócić na siebie uwagę królowej. Ta zaczęła od wytknięcia jej nieobecności, na co Evangeline zareagowała poprzez odwrócenie wzroku od swej matki. Nie lubiła sprawiać przykrości osobie, które dała jej wszystko, przez co wina ściskająca jej serce bolała mocniej. Nie chciała, aby starsza anielica zamartwiała się jej osobą, dlatego też, gdy tylko rozległo się pytanie o to, jak się czuje, niemal natychmiastowo przytaknęła. Gest może i był fałszywy, ale złota anielica uznała, że tak będzie lepiej.

        Kolejne słowa Delii pełne troski, choć wciąż wiodła nimi logika. Ona po prostu chciała, by Evangeline była bezpieczna, co wyrażała w każdym słowie czy poczynaniu, odkąd tylko się poznały. Księżniczka nie zakwestionowała ani jednego słowa, które było do niej kierowane, wiedząc, iż jest w nich mądrość, do której ona sama wciąż dopiero dorastała.

- Rozumiem, przepraszam za wszystko. Postaram się przekazać ci jak najwięcej informacji następnym razem, gdy postanowię zniknąć z twoich oczu - odezwała się, gdy królowa zaczęła poprawiać jej grzywkę. W tym momencie Evangeline podniosła głowę, by móc spojrzeć w oczy swej opiekunki. Uśmiech był nieskazitelny, szczery. Nie mogła powstrzymać swego własnego uśmiechu, nawet jeśli ten był ledwo widoczny. - Ja ciebie też, najmocniej na świecie.

        Dalsza część balu była pozbawiona przygód, których wcześniej mogła skosztować złotowłosa, i to nie tylko przez to, że Eryk najprawdopodobniej uciekł z balu tak wcześnie, jak tylko mógł. By nie kusić losu, Evangeline nie opuszczała tronu, który został jej przydzielony, w wyniku czego dotrzymywała towarzystwa zarówno swej matce, jak i Apokalipsie i Edenowi. Okazjonalnie ktoś podchodził do królowej, coby porozmawiać. Co jakiś czas były wizyty kogoś z królewskiej straży, kto zdawał Delii krótkie raporty czy informacje, które najwyraźniej nie mogły poczekać. Nie było to jednak ani razu nic interesującego - głównie potwierdzenie tego, że nie doszło do żadnych nieprzewidzianych incydentów, albo też informacja o tym, że taka czy inna osoba kazała przekazać podziękowania za zorganizowanie tego balu, przy okazji przepraszając za przedwczesne opuszczenie królewskiego dworu.

        Evangeline była… znudzona. Rozmowy, do których ją wciągano, miały charakter oficjalny, momentami czysto polityczny. To było coś, czego anielica nie potrafiła przetrwać pod presją i w dużych ilościach. Na początku balu było jeszcze dobrze, teraz jednak każde kolejne zdanie zdawało się zlewać z poprzednim dla niebianki, która zaczęła odpowiadać coraz krócej, by uniknąć poplątania się we własnych słowach. Tyle dobrego, że znaczna część rozmów składała się z niepotrzebnie długich tytułów, którymi każdy się prezentował, niczym paw stroszący pióra. Złotowłosa poczułaby się zgorszona tym elementem ludzkiej natury, gdyby nie to, że była już stanowczo zbyt zmęczona na jakiekolwiek większe emocje.

        Rutyna królewskiego balu trwałaby jeszcze pewnie przez kilka godzin, gdyby nie nagły wyjątek w regule. Dziewczyna, choć ubrana tak jak wszyscy inni - czyli elegancko i bardzo drogo - była młoda, być może w wieku Evangeline. Młoda niewiasta, zamiast zacząć tak, jak wszyscy inni, rozpoczęła rozmowę od czegoś tak nietypowego, że aż zdołała tym rozbudzić księżniczkę.

- Czy pogryzą? … Nie? Jeżeli nie mają nic przeciwko głaskaniu, to znaczy… - Evangeline wpatrywała się na nią jak na ducha, ale by nie być niegrzeczna, zaprzestała tego, odwracając głowę w stronę zwierząt. W jej spojrzeniu było pytanie, na które Apokalipsa odpowiedziała skinieniem swej głowa, a Eden jej wtórował. - Pozwalają. Nie będzie problemu, tak długo, jak będziesz delikatna i nie przesadzisz - pouczyła, nie wiedząc, czego może spodziewać się po dziewczynie, która nie zaczyna rozmowy z księżniczką w należyty sposób.

“Hipokrytka ze mnie… na jej miejscu pewnie zrobiłabym dokładnie tak samo” - skarciła się Evangeline, gdy tylko dotarło do niej, w jaki sposób oceniała nieznajomą.

        W końcu jednak Wiktoria - bo tak najwyraźniej nazywała się szlachcianka - przedstawiła się, choć widać było, że tylko ze względu na presję otoczenia. Szybko jednak spróbowała zapoczątkować luźną konwersację z anielicą, gdy tylko nie było nikogo obok, kto by mógł otwarcie wyrazić oburzenie takowym zachowaniem.

- Nie ty jedna… - powiedziała księżniczka, czując się o wiele swobodniej po kilku sekundach wpatrywania się w to, jak szczere były emocje na twarzy czarnowłosej. Nie była może uśmiechnięta, ale otwarcie wyraziła to, jak bardzo chce iść spać, rozkładając się w tronie bardziej, niż to przystoi córce królowej. - Wolałabym, aby koniec nadszedł nieco szybciej. Jeszcze chwila a zacznę wyrywać sobie pióra z niecierpliwości. A gdy nie będę już miała żadnych, to będę nimi rzucać w osoby z najbardziej gburowatymi minami.

        Wiktoria była interesującym powiewem świeżości. Zupełnie nie podobna do Delii, Eryka, czy też innych osób szlacheckich obecnych na balu. Zachowywała się karygodnie jak na kogoś w obecności rodziny królewskiej… ale to było dobre. To była jej prawdziwa osobowość, nie maska mająca na celu postawienie jej w należytym świetle. To była rzadkość, którą ciężko było znaleźć w ludziach, którzy zazwyczaj odwiedzali mury królewskiego zamku. Dlatego też księżniczka cieszyła się każdą chwilą rozmowy, choć w dużej mierze tylko Wiktora mówiła - niebianka czuła się o wiele lepiej w roli słuchacza, śmiejąc się z każdego żartu, oraz pytając o szczegóły każdej niewiarygodnej historii. Nawet liczne przerwy w konwersacji, wynikające z obecności kogoś innego w okolicy, nie psuły humoru złotej anielicy. Czas aż przestał się trzymać jej, i tak oto bal dobiegł końca, choć wydawać się mogło, że minęły ledwie minuty, odkąd czarnowłosa zaczęła jej towarzyszyć.

- Dziękuje ci za wspaniałą rozmowę - przemówiła do Wiktorii, gdy nadszedł czas niechybnego rozstania. Księżniczka nie była zdolna do zamęczania się dzisiejszymi błędami, zamiast tego jej umysł był ukojony przez nowo poznaną osobę. - Nie mogę się doczekać, aż znów nastąpi okazja na wspólną pogawędkę między nami.

        Gdy Wiktora, jak i również ostatni goście balu, udali się w swoje strony, księżniczka rozmyślała nad tym, aby porozmawiać z matką na spokojnie, bez niechcianych uszu i oczu w okolicy. Nim jednak zdołała choćby zwrócić na siebie uwagę, została otoczona przez tłum służek, które niemal natychmiast zagoniły ją z dala od królowej, co by móc ją naszykować do snu. Dopiero wtedy zrozumiała, że było już bardzo późno - to była pora na sen, a to bez wątpienia oznaczało, iż jest późno, aby odbierać Królowej jakże cenny czas.

“Jutro też jest dzień. A jeśli nie jutro, to pojutrze…”

        Tak jak zawsze, księżniczka była bierna w szykowaniach do spania. Służki doskonale wiedziały, co robią, i były w tym dobre, więc jedyne co musiała robić Evangeline, to pozwalać by zaopiekowały się one jej ciałem. Dzięki temu, choć minęło ledwie kilkanaście minut, ona była już w swoim pokoju, czysta, ubrana i gotowa do snu. Rzecz jasna nie można było powiedzieć, że była sama, głównie ze względu na papugoszczura, który siedział w klatce, obrażony na świat.

- Domyślam się, że ser był smaczny? - odezwała się, przypominając sobie z uśmiechem na ustach wcześniejszy pościg, którego fragmentu była świadkiem. Nie zdziwiła się, gdy pierwszą odpowiedzią, jaką uzyskała od Valaka, był oburzony pisk, który przetłumaczyć można było na równie oburzone “HMPH!” - Oj już nie bądź taki. Jakby nie patrzeć, to twoja wina, że minęło kilkanaście miesięcy, a ty nadal się nie nauczyłeś, że tylko to cię czeka za obrabianie królewskiej spiżarni.

- Tak? A ty co, tyle miesięcy pod skrzydłami Delii, tyle czasu pod czujnym okiem tego całego Zika, a jedyne co potrafisz to udawać księżniczkę, którą nie jesteś! - odgryzł się szczur, ostrzej niż zwykle. Dla kogoś, kto nie znał zwierzęcej mowy, był to jedynie ciąg głośnych pisków. Dla Evangeline tymczasem to była prawda.

        Zapadła niezręczna cisza, gdy papugoszczur zrozumiał, że powiedział więcej, niż powinien. Był to wrażliwy, temat, który zazwyczaj złotowłosa anielica zaczynała samodzielnie. Na początku, jeszcze spory czas temu, była to tylko niepewność, czy podoła zadaniu, jakim było bycie księżniczką. Do dziś Valak pamiętał zapłakane oczy Evangeline, która nie chciała zawieść Delii. Z czasem jednak uczucia anielicy zmieniły się na gorsze - każdy kolejny dzień bycia członkiem rodziny królewskiej był coraz większym dyskomfortem, szczególnie odkąd zaczął ją uczyć Zik. Polityka, etykieta, skomplikowane zasady dworu, to wszystko było męczące, głównie psychicznie, ale czasem i fizycznie. Lekcje tańca, według słów, jakie Valak otrzymał od złotej niebianki, były dla niej torturą. Zmuszanie ciała do wykonywania tych samych, ściśle określonych ruchów to nie był taniec, który pragnęło jej serce.

        A jednak mimo to brnęła dalej. Starała się zrozumieć i przestrzegać zasady, których nie zawsze potrafiła zaakceptować. Tańczyła tak, jak jej kazali, choć chciała tańczyć po swojemu. Była najlepszą księżniczką, jaką tylko mogła być… Nawet jeśli od środka zżerało ją uczucie, że nigdy takową nie zostanie. Słowa Zika mówiące o tym, jak status adoptowanej księżniczki jest nic niewarty w obliczu prawdziwej królewskiej krwi, dręczyły ją po nocach, chociaż wiedziała, że nie chciał jej urazić tym, a jedynie stwierdzał fakt.

- Ej, coś tak ucichła? Chyba nie wzięłaś na poważnie mojego żartu... prawda? - odezwał się ponownie papugoszczur, próbując uratować sytuację. Na całe szczęście, Evangeline, zamiast uronić łzy, kiwnęła głową oraz spróbowała się uśmiechnąć, choć ten nie udał się ani trochę. Valak odetchnął w duchu, dziękując za to, że chęć uszczęśliwienia Delii płonąca w sercu młodej była wciąż silniejsza, niż najczarniejsze z jej obecnych myśli. Gdyby nie to, niebianka pewnie już dawno poddałaby się w swoich staraniach, ignorując naukę, którą jej oferowano.

        Już miał panować spokój, gdyby nie to, że jedna ze służek otworzyła drzwi i weszła. Nie było to nic dziwnego - Delia, która niejednokrotnie doświadczyła tego, co się dzieje, gdy jej córki nikt ściśle nie pilnuje, już dawno wydała rozkaz, aby służba królewska eskortowała Evangeline do samego łóżka, jeżeli ta wciąż nie śpi o później porze.

- Wiem, wiem, już idę spać - odezwała się szybko Evangeline, nie dając służce choćby dojść do głosu. Może i było to niemiłe, ale nic nie było tak denerwujące, jak nigdy niekończące się pouczenia ze strony osób, które wymuszały uśmiech na swe twarze przy kontakcie z nią. Bo co jak co, ale taka była prawda - nie pracują tu dla przyjemności, ani z miłości do rodziny królewskiej, a co za tym idzie, ciężko było oczekiwać, aby to, co sobą prezentowały, było szczere.

        Gdy tylko się położyła, a jej ciało spowiła pościel, Służka opuściła jej pokój, zamykając drzwi, które wydały z siebie trzask pomimo tego, jak delikatnie były poruszane. Evangeline przez chwilę rozważała nocną rozmowę z Valakiem, tak jak zazwyczaj to robili, ale ten plan runął w gruzach, gdy tylko dotarło do niej chrapanie dochodzące z klatki zwierzaka.

“I tak jestem zmęczona... po balu...”

        Już zaczęła odpływać, lecz nim całkiem zapadła w sen, spod jej łóżka rozległ się łomot, a chwilę później słychać było odgłos czegoś trącego o drewnianą podłogę. Panika skutecznie rozbudziła księżniczkę, która przestała leżeć, zamiast tego siedząc w łóżku, jednocześnie wpatrując się w krawędź tego mebla.

“Valak? Nie, on śpi. Może mój stróż, Solythue? Nie… on raczej nie hałasowałby w ten sposób. Kto w takim razie…”

        Gdy tuż obok łóżka zaczęła wynurzać się okryta w ciemność jej pokoju postać, złotowłosa zaczęła rozważać krzyczenie w panice, co by jej anioł stróż, jak i również straż królewska, pozbyły się intruza w jej komnacie. Nim jednak do tego doszło, światło księżyca w końcu zdołało oświetlić twarz osoby, która jakimś cudem znajdywała się tuż przy krawędzi jej łóżka. To była…

- W-Wiktoria?! Na Najwyższego, co ty tutaj robisz?! - Księżniczka nie była wcale ucieszona wizytą. Zamiast tego, przerażenie sprawiło, że z trudem powstrzymywała swój szept przed zamienieniem się w krzyk. - Straż nie będzie miała litości, jeśli dowie się, że zakradłaś się tutaj… Jakim cudem w ogóle się tutaj dostałeś? Nie, czekaj, nie odpowiadaj, to nie jest ważne. Musisz jakoś wydostać się z zamku, ale jeśli ktoś cię zobaczy, to będę musiała cię jakoś obronić, inaczej...

        Evangeline złapała się za głowę, popadając coraz głębiej w panikę. Dopiero dłoń, która znalazła oparcie na jej ramieniu, sprawiła, że jej serce przestało wariować, a oddech spowolnił. Wiktora była uśmiechnięta, spokojna… a co najważniejsze, patrzyła na nią w podobny sposób, co Delia, kiedy coś poszło nie tak. Ten wzrok, który dawał radę przemówić do jej duszy, zapewniający ją, że wszystko będzie dobrze, wystarczył, aby księżniczka odetchnęła z ulgą.

- Lepiej? - zapytała czarnowłosa, jej szept niezmącony zmartwieniami, jeszcze mocniej koił nerwy niebianki.

- T… Chyba. Nadal nie dowierzam, że tu jesteś. - Niepewny uśmiech zrodził się na twarzy Evangeline, kiedy ta przypomniała sobie, jak miło wcześniej spędziła czas z kruczowłosą dziewczyną. - Czyżby panna Wiktoria z rodu Trefonds tak bardzo nie mogła się doczekać kolejnej rozmowy, że aż postanowiła ryzykować swoim zdrowiem i życiem?

- A żebyś wiedziała, że jestem gotowa walczyć z całą armią Arrantalis w zamian za spotkanie, przy którym połowa tutejszej szlachty nie próbuje podsłuchać - odrzekła jej rozmówczyni, a zaraz po tym usadowiła się na krawędzi łóżka, którego miękkość od razu wypróbowała, dociskając rękę do jego powierzchni. - Nawet moje łoże nie jest takie wygodne, a jestem niemal pewna, że mój ojciec sprzedał za nie duszę i połowę rodzinnego dobrobytu, co bym mogła odczuć komfort podczas snu.

- Mama... królowa Delia też zdaje się nie mieć zahamowań, gdy próbuje zagwarantować mi komfort życia. To cud, że starcza na cokolwiek niezwiązanego ze mną - odezwała się Evangeline. Rozmowa odciągnęła jej myśli od “co jeśli” i innych rzeczy, którymi mogłaby się przejmować. Zamiast tego zaczęła w końcu cieszyć się z obecności Wiktorii, dzięki czemu szczery uśmiech utrwalił się na jej twarzy. - A teraz zdradź mi swój sekret… co za czarna magia sprawiła, że wyszłaś spod mojego łóżka jak potwór, którym zazwyczaj straszy się dzieci?

- Ta zakazana magia nazywa się… Wspinaczką! Ściany zamku są na tyle stare i nierówne, że moje cienkie palce bez trudu dają radę znaleźć uchwyt. Reszta to czysta formalność - wyszeptała Wiktoria, dumna zarówno ze swoich zdolności, jak i z tego, że wykorzystała je do wkradnięcia się do komnaty Evangeline. - Nawet znalezienie twojego pokoju to była drobnostka. Po prostu podążałam za narastającymi odgłosami lamentującego szczura. Szczerze, do dzisiaj myślałam, że plotki o nim jako twoim zwierzaku nie mają w sobie ani krztyny prawdy.

        Obydwie obróciły głowy w stronę klatki, z której cały czas wydobywało się chrapanie tak mocarne, że niejeden smok by pozazdrościł. Nie minęło długo, nim obydwie zachichotały, nie mogąc wytrzymać absurdu, jakim był Valak.

- Zgaduje, że tak marudził na swój los, że nawet nie zwrócił na ciebie uwagi?

        Wiktoria odpowiedziała delikatnym skinieniem głowy, potwierdzając słowa księżniczki. Zaraz po tym zakryła usta dłonią, co by ukryć oznakę narastającego zmęczenia.

- Na mnie już czas. Postaram się wkraść w twe komnaty po raz kolejny, gdy tylko sytuacja na to pozwoli księżniczko Evangeline. Wtedy porozmawiamy więcej, dobrze?

- Moje okno zawsze otwarte będzie dla ciebie, Wiktorio z rodu Trefonds.

        Zachichotał obydwie, tym razem od nadmiaru formalności w ich pożegnaniu. Chwilę później czarnowłosa zniknęła za oknem, nie pozostawiając za sobą nic poza miłymi wspomnieniami. Evangeline mogła w końcu opaść spokojnie w pierzyny, które czekały na nią z utęsknieniem. Sen przyszedł łatwo, wszystkie zmartwienia bowiem skutecznie odgoniła Wiktoria.





        Zik był dumny ze swojej pracy. Jego metody oraz ich efekty, sprawiły, że był jednym z najlepiej znanych nauczycieli wśród wysoko urodzonych. Był szanowany, a co najważniejsze, jego usługi były pożądane przez każdego. Szczególnie odkąd został stałym bywalcem królewskiego dworu, który stał się praktycznie jego drugim domem. Królowa Arrantalis była bez wątpienia unikatowym pracodawcą, tak bardzo, że aż słów brakowało, by opisać, jak wielkim zaszczytem jest nauczanie jej przybranej córki.

        Nic dziwnego, że odczuwał niechęć do tego, co musiał teraz zrobić. Musiał być bezwzględny, a co najważniejsze, obiektywny, a przynajmniej tak obiektywny, jak to tylko możliwe… Nawet jeśli kosztem tego, że praktycznie splunie w twarz władczyni kraju, w którym mieszka on i jego rodzina. Tyle dobrego, że Delia była znana ze swej iście anielskiej natury, co szczególnie widoczne było przy bezpośredniej rozmowie z niebianką. Ten fakt był jego ostatnią ochroną przed tym, że to, co zamierzał zrobić, nie odbije się negatywnie na jego karierze. Chociaż kto wie, może nie docenia racjonalności królowej? Choć z drugiej strony, to nie tylko królowa, ale też matka… a matki nigdy nie są racjonalne, nie kiedy chodzi o ich dzieci, nawet te przybrane.

- Moja Królowo? - odezwał się, kiedy w końcu nogi zaniosły go pod drzwi, za którymi przebywała Delia. Miejsce to miało wiele miejsc, szczególnie wśród służby. Samotnia, Pisownia, Lochy Królowej, to wszystko to były jedynie synonimy miejsca, w którym Delia mogła w ciszy i spokoju wertować przez setki dokumentów i pergaminów, które z tego czy innego powodu wymagały czyjejś uwagi. Nie wszyscy rozumieli, czemu Delia nigdy nie oddawała całego nakładu pracy swoim doradcom czy innym kompetentnym osobom, mimo że odpowiedź była oczywista. Władczyni Arrantalis po prostu była zbyt dobra, by zrzucić na kogoś cały ciężar, który odziedziczyła wraz z koroną. - Przybyłem, aby jak co miesiąc, zdać raport o postępach Evangeline.

        Odpowiedziała mu cisza, którą dopiero po chwili przerwał dźwięk pióra ciągniętego po pergaminie. Normalna osoba nie odważyłaby się wejść do pomieszczenia, gdzie przebywała Królowa, a do którego nie zostało się zaproszonym, ale Zik już zbyt długo przebywał w towarzystwie Delii, by postępować w ten sposób. Zamiast tego otworzył drzwi i wszedł do środka, wiedząc, że anielica, którą oświetlał blask popołudniowego słońca, umysłem całkiem zatraciła się w pracy. Rzecz jasna szybko okazało się, że miał całkowitą rację, królowa ze zmęczonym spojrzeniem wertowała kolejne listy, choć widać było, że gdyby mogła, to wolałaby robić cokolwiek innego. Pewnie nie zauważyłaby jego obecności, jeśli stałby w ciszy i bezruchu.

- Rozumiem, że królowa jest zajęta swoimi obowiązkami, i dlatego najmocniej przepraszam za najście… ale to, co mam do powiedzenia, to sprawa niecierpiąca zwłoki, którą królowa musi wysłuchać, choćby w międzyczasie mury tego miejsca próbowały runąć nam na głowę. - Użył dość drastycznego porównania, ale wiedział, że tylko w ten sposób zyska to, czego potrzebował, czyli pełnej uwagi ze strony Delii. To było konieczne, jeżeli jego słowa miały cokolwiek zdziałać. - Przechodząc od razu do rzeczy… Królowo, nie jestem w stanie dłużej świadczyć moich usług, bez względu na wynagrodzenie, twoją wolę, czy moje własne chęci.

        Ciszę, która zapanowała w pomieszczeniu, można było kroić mieczem, a następnie rzeźbić w wyciętym kawałku nożem, tak jak rzeźbi się kawałek suchego drewna. Zik zawsze był znany ze swojego opanowania i spokoju, ale w tej sytuacji nie był w stanie ukryć zmartwionej miny. Można by pomyśleć, że martwi się o siebie, ale monolog, który nastąpił chwilę później, wyklarowały sytuację dla Królowej Delii.

- Zgodnie z tym, co mówiłem za każdym poprzednim razem, Evangeline bardzo chce… chciała sprostać wymaganiom, które zostały na nią narzucone, gdy została księżniczką, jestem tego pewien. Nie jest geniuszem, a i jej emocje są bardzo łatwe do wzbudzenia przez trudniejsze tematy, ale widać, że mimo wszystko widać było, że starała się z całych sił. Każda pochwała działała na nią pozytywnie, szczególnie gdy wspominałem, że to ty będziesz dumna z jej postępów, gdy tylko się o nich dowiesz. Z tego też powodu jej nauka szła do przodu z każdym dniem… Aż do czasu balu.

        Zrobił pauzę, by odetchnąć oraz aby Delia mogła na spokojnie przetrawić informacje, które były jej podawane. Na twarzy mężczyzny malował się smutek, a przynajmniej coś o smutek zakrawającego.

- Evangeline przestała się starać, moja królowo. Zaczęło się niewinnie, czasami była zamyślona, a momentami uciekała wzrokiem zarówno ode mnie, jak i od wszelkich materiałów, z którymi pracowaliśmy. Z początku obarczyłem winą jej zmęczenie, które też stało się widoczne w tym samym czasie. A teraz, kiedy już miesiąc minął? Jest tylko gorzej. Wszelki zapał i chęci, jakie okazuje, to w najlepszym wypadku ledwie iskra tego, co było kiedyś, a w najgorszym fasada czy nawet, proszę mi z góry wybaczyć moją bezpośredniość, kłamstwo, które z jakiegoś powodu podtrzymuje. Z trudem skupia się na czymkolwiek, a postępów nie ma już absolutnie żadnych. To nie jest coś, co przystoi nawet zwykłemu uczniowi… a co dopiero księżniczce Arrantalis!

        Jego głos stał się bardziej donośny pod koniec, gdy momentalnie owładnęła nim frustracja… i bezsilność, która od kilku tygodni była nieustanną drzazgą w jego sumieniu. Postanowił zakończyć to spotkanie, póki jeszcze nie doszło do czegoś nieprzyjemnego.

- Nie wiem, co się dzieje królowo… Ale wiem jedno. To, czego ona potrzebuje, to nie nauczyciel, przy którym jedynie zmarnuje czas i energię, stojąc przy tym w miejscu, moja królowo. Cokolwiek się okaże źródłem jej nieadekwatnego zachowania, oby okazało się czymś, co można zwalczyć… W przeciwnym wypadku tytuł księżniczki będzie dokładnie tym… tylko tytułem, pod którym skrywa się nieadekwatna osoba. - Odwrócił się i zaczął kierować się w stronę wyjścia z pomieszczenia. - Jeśli kiedykolwiek sytuacja zostanie zażegnana, zgodzę się na powrót. Do tego czasu jednak, królowo, moja noga nie postanie przed Evangeline, z szacunku do niej, do ciebie, jak i do mnie samego. Mam nadzieje, że dzięki temu zrozumiesz powagę sytuacji.

        Gdy zamknął za sobą drzwi, odetchnął z ulgą. To było bardziej stresujące niż cała reszta jego życia razem wzięta. Całe szczęście, że teraz jego grafik stał się o wiele luźniejszy. Mógł sobie pozwolić na chwilę odpoczynku, nim włosy mu posiwieją, a serce utknie na stałe w gardle…





- Nie starczy ci już? Ostatnimi czasy niemal cały czas błagasz mnie o kolejne informacje, a ja już nie mam o czym mówić! Jestem Szczurem z papuzimi skrzydłami, nie encyklopedią wszystkiego, co plugawe i brzydkie.

- Jesteś jedyną osobą, która powie mi o takich rzeczach! - odpowiedziała marudnym głosem Evangeline, którą zaczynał drażnić uparty, niechcący gadać szczur. Ostatnimi czasy większość wolnego czasu spędzała na ucieczce od własnych myśli, a jednym ze sposobów był Valak oraz nieraz drastyczne obrazy tego, co dzieje się w różnych miejscach Alaranii. Zazwyczaj były to rzeczy, które papugoszczur jedynie usłyszał, coś, co równie dobrze było plotką, ale nawet te były wciągające. Dzięki temu dawała radę nie myśleć o tym, jak bardzo zawiodła Zika ostatnimi czasy… I jak bardzo zawiedziona będzie Delia, gdy tylko dotrą do niej szczegóły tego, jak jej przybrana córka podupadła w nauce. Wtedy zaczną się pytania, przy których ciężko będzie się uśmiechać. Będzie musiała wyjawić, choć ułamek tego, jak się czuje, a to bez wątpienia złamie serce Delii, albo gorzej, całkiem załamie niebiankę, która bezgranicznie wierzyła w to, że Evangeline będzie zdolną księżniczką.

- Ta, jedyną… A ta cała Wiktoria? Nie daje ci, a co najważniejsze, mi, spać po nocach, przez to, jak często wpada w niezapowiedziane odwiedziny po zmierzchu. Bez wątpienia zna kilka pikantnych opowiadań o tym, co dzieje się w ciemnych zaułkach Arrantalis. Szlachta zawsze była dobra w wyłapywaniu takich rzeczy.

        Evangeline, niezadowolona z odpowiedzi papugoszczura, położyła się na trawie, w której dotychczas siedziała. Była obecnie w królewskim ogrodzie, w jednym z jego bardziej prywatnych zakamarków. Jej komnata jedynie w nocy była bezpieczna od niechcianych oczu i uszu, dlatego też, jeżeli chciała posłuchać Valaka za dnia, bardzo często udawała się tutaj. Zarówno członkowie służby, jak i gwardii królewskiej, rzadko kiedy przychodzili tak daleko w ogród, a i Delia nigdy nie miała problemu z wyrażeniem zgody na to, aby jej córka pobawiła się z Valakiem na świeżym powietrzu wśród roślin. Jedynym problemem były zwierzęta, ale te zazwyczaj zawczasu oświadczyły swoją obecność poprzez głośne zachowanie.

- Nawet jeśli tak… To ja nie chce, by ona o tym mówiła. Rozmowy z nią są miłe, wesołe, pełne żartów i niezobowiązujące... I chce, by to tak zostało. Plus nie wyobrażam sobie by ktoś o tak szczerym uśmiechu, jak ona mówił o tym, o czym ty opowiadasz bez przymrużenia oka.

- Hmph. Jak uważasz… A co z tym całym aniołem stróżem? Skubaniec skrada się jak nikt inny. Kilka razy jak próbowałem go przyłapać na byciu w zamku i jedyne co zyskałem to zmarnowanie czasu. Ktoś taki jak on bez wątpienia wie to i owo o rzeczach, które zazwyczaj są przekazywane wyłącznie szeptem.

- Nie potwierdzę, ale też nie zaprzeczam.

        Głos Solythue zjawił się znienacka i był na tyle niespodziewany, że zarówno Evangeline, jak i Valak, wydali z siebie piski. Jeden szczurzy, jeden anielski, ale oba równie urocze dla osoby postronnej.

- Ej, może by tak bez straszenia? Słowo daję, kiedyś umrę przez ciebie - stwierdził Valak. Który nigdy nie polubił anielskiej istoty, która jest z rozkazu królowej osobistym ochroniarzem Evangeline. Szczególnie, że bardzo często pojawiał się znikąd tak jak teraz. Choć słowo “Pojawiać się” było wyolbrzymieniem w obecnej sytuacji, jedyne bowiem, z czym mieli do czynienia, to głos, który dochodził z pobliskiego cienia rzucanego przez mury zamku. Mrok był nienaturalne czarny jak smoła, nie licząc pary blado srebrzystych oczu, które jako jedyne wyłoniły się z tego bez wątpienia magicznego zjawiska.

- Ja was nie straszę, to wy nigdy nie jesteście na tyle uważni. - Anioł stróż Evangeline był… specyficzną osobą. Nie trzymał się go humor, a i był niezwykle sztywny, gdy w pobliżu był ktoś inny niż księżniczka. Gdy tylko jednak znalazł czas by na osobności z nią porozmawiać, objawiała się jego osobowość. Złotowłosa jak dotąd nie ujrzała jego twarzy, czy też jakiejkolwiek części ciała innej niż jego ręce, a mimo to miała wrażenie, że jest bardziej zatroskany o nią niż Delia, tyle że na swój własny sposób. Czuła jego spojrzenie na sobie zawsze, odkąd tylko objawił się jej w dzień balu. Miała wrażenie, że powinna czuć się przez to dziwnie, ale zamiast tego czuła się… bezpiecznie. Jakby żadne zło tego świata nie było w stanie dosięgnąć jej tak długo, jak długo w cieniach zamku czai się jej strażnik.

- Zawsze tak mówisz. - Evangeline rozglądnęła się dookoła. Nic nie sugerowało, że wcześniejsze piski zwróciły czyjąkolwiek uwagę. Odetchnęła, wiedząc, że nic nie ukróci zawczasu pogawędki z Solythue. - Można wiedzieć, czemu się ujawniłeś? Czyżbyś usłyszał naszą rozmowę i chciał coś opowiedzieć? - zgadła anielica, choć podejrzewała, że nie jest to poprawna odpowiedź.

- Nie teraz, może kiedyś, gdy będziesz faktycznie na to zasługiwać. - Jego słowa brzmiały nadzwyczaj surowo jak na niego, co bardzo szybko wywołało smutek na twarzy złotej anielicy, która z bólem serca zaczęła się domyślać, o co chodzi. - Evangeline, starałem się być neutralny, ale teraz widzę, że to był błąd. Nie możesz zaprzepaścić swojej przyszłości, a dokładnie to robisz. Nic nie zyskasz, poddając się i uciekając od swoich problemów.

- Łatwo ci mówić. Delia pewnie płaci ci nie mniej niż Zikowi za to, że to mówisz. - Evangeline usiadła na trawie, obejmując swoje kolana i opierając na nich swoją głowę. - Nigdy nie będę taka idealna jak mama. Nie mam nawet szans, by dorównać ludziom, istotom, które z definicji są pełne wad i niedociągnięć. Jestem anielicą z urodzenia i księżniczką z tytułu, ale to tylko puste słowa.

- … - Anioł stróż zamilkł, jego oczy w ciszy wpatrywały się w księżniczkę, z której zaczęły wyciekać wszystkie negatywne myśli i emocje. Valak postępował mądrze i nie wtrącał się między dwóch niebian, jedynie obserwując interakcję między nimi. Minęło kilka sekund, nim męski głos wydobył się po raz kolejny ze smolistej ciemności. - Mylisz się.

- Jak niby?

- Królowa Delia nie jest idealna. Nigdy nie była.

        Zarówno Valak, jak i Evangeline, zaczęli wpatrywać się w srebrzyste oczy, z których niemożliwe było wyczytanie jakichkolwiek emocji. Tymczasem Evangeline nie wiedziała co myśleć. Czy on próbował przez to obrazić Delię? Może się mylił? Co… Co chciał jej przekazać przez te słowa?

- Nie rozumiem. - Przemówiła w końcu Evangeline.

- Zapytaj Delię, ile istot zgładził jej miecz… a ile faktycznie na ten los zasługiwało.

        Po tych szokujących słowach srebrzyste oczy znikły, a wraz z nimi magia. Jedyne co pozostało to najzwyklejszy cień. Valak obrócił się w stronę Evangeline, by wyrazić to, jak bardzo uważał słowa Solythue za bzdury… ale ujrzał jedynie ugniecioną trawę, w miejscu, gdzie do niedawna znajdowała się Evangeline.





        Nie minęło wiele czasu od odwiedzin Zika, ledwie pół godziny. Delia wciąż znajdowała się w pomieszczeniu pełnym dokumentów, czy to z szoku, czy też ze względu na chęć dokończenia pracy. Jakiekolwiek myśli krążyły jej po głowie, prawdopodobnie wszystkie rozgonione zostały w momencie, gdy drzwi otworzyły się z hukiem. Evangeline stała w wejściu do pomieszczenia, na jej twarzy szok, niedowierzanie… i swoisty gniew.

- Matko. Czy ty… Czy ty kiedykolwiek zabiłaś kogoś, kto nie musiał umrzeć?! - Złotowłosa łapała głębokie oddechy, najwyraźniej przybiegła tu, i to prawdopodobnie nie od razu. Bez wątpienia musiała przeszukać kilka innych miejsc, nim znalazła się tutaj. Była też roztrzęsiona, ale to najprawdopodobniej był efekt emocji. Jakby nie patrzeć, Delia była do tej pory ideałem w oczach Evangeline. Istotą najwyższego autorytetu, która nigdy nie popełniłaby tak tragicznego błędu...prawda?

Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia » 2 dni temu

Delia odetchnęła na widok córki, nie omieszkała jednak darować jej rodzicielskiego wykładu na temat nieznikania na dłużej, bez uprzedniego poinformowania co, jak i gdzie. Przynajmniej widać było, iż Evangeline rozumie swój błąd i żałuje.

- Dziękuję – odrzekła z uśmiechem, gdy złotowłosa obiecała poprawić się na przyszłość. Cieszyło ją, że nie ma takich problemów z wychowaniem córki, jak co niektórzy rodzice. Nieraz słyszała różne jakby niestworzone opowieści o tym, jak dzieciaki potrafią być krnąbrne i trudne do utemperowania.

Delia była rada, że niebianka siedzi teraz obok niej, nie mogły jednak swobodnie porozmawiać, bo starsza anielica co chwilę miała innego ważnego rozmówce, ale nie umknęło jej znudzenie Evangeline więc zapewniła ją dyskretnie, że jeszcze trochę i będzie po balu. Później natomiast spostrzegła dziewczynę podobną wiekiem do księżniczki, nawet ją to ucieszyło, byłoby miło, gdyby złotowłosa znalazła sobie koleżankę w swoim wieku.
- Rozumiesz je? – spytała z podziwem, głaszcząc oba duże koty – Pff, no tak, zapomniałam, że anioły tak mają. No ale wiesz, jak jest. Nie na co dzień spotykasz anioła… - w tym momencie rzuciła okiem na Delie i dodała – Oczywiście, jeśli nie bywasz stale w tym zamku – czarnowłosa dziewczyna uśmiechnęła się od ucha do ucha.
Gdy tylko ktoś przechodził, natychmiastowo poważniała, wpasowując się do otoczenia, tak jak tego wymagała etykieta. Na szczęście nie musiało to trwać zbyt długo. Mało kto był zainteresowany rozmową z jakąś niesławną małolatą, częściej przychodzili do księżniczki, przerywając dziewczynom rozmowę.

- Phff — Szlachcianka usiłowała powstrzymać śmiech, słysząc stwierdzenie księżniczki — Nie wiem, czy by ci piór starczyło — zachichotała.

Wreszcie dobiegł wcześniej upragniony, a teraz tak nieoczekiwany koniec balu. Wiktorii również dobrze było w towarzystwie księżniczki, pożegnały, ale na ostatnie słowa anielicy, czarnowłosa puściła jej oczko i zniknęła gdzieś wśród tłumów.
Tymczasem Delia wiedziała, że młoda anielica jest zmęczona tym wydarzeniem więc choć miała ochotę przyjść do jej komnaty i porozmawiać, uznała, iż dziewczyna pewnie jest już pogrążona w głębokim śnie. Choć wciąż nie dostrzegała błędów, jakie popełnia, jako rodzic jej serce podpowiadało, że coś jest nie tak. Gdyby tylko wiedziała co.
Nim się położyła, wyjrzała za okno, patrząc w gwiazdy i wspominając melodyjny głos Dżariego. Często tak robiła, koiło to jej zmartwienia. Choć czuła, że z każdym dniem narastają. Dziś w jej komnacie nie było zwierząt, może spali na zewnątrz, może gdzieś w zamku. Z tym akurat nie było problemu.
Niebianka wiele się nie pomyliła, jednak nie wszyscy spali. Piorun latał w pobliżu komnaty Evangeline i widział Wiktorie. Nawet dyskretnie obserwował dziewczyny przez okno. Nie zawiadomił jednak Delii, nie chcąc jej niepokoić, zwłaszcza że nie było to nic groźnego.

Od balu minęło już niemal miesiąc, tego dnia królowa otworzyła oczy bardzo niewyspana. Całą noc męczyły ją jakieś dziwne koszmary, których parę chwil po obudzeniu nawet nie umiałaby już opowiedzieć, mimo to nieprzyjemne emocje z nocy wciąż się jej trzymały. Ponadto męczyło ją wrażenie, że ten dzień nie będzie najlepszy. Najchętniej pospałaby do południa. Wiedziała jednak, że nie może, musi się wziąć w garść. Dzielnie wstała ze swego łoża, po czym ziewnęła przeciągle i… znów padła na miękkie poduszki. Dobrze, że jeszcze służące nie przyszły i nie musiały oglądać tej osobistej niesubordynacji anielicy.

- No dalej… - niebianka ponownie się podniosła i z nietęgą miną spojrzała w wielkie lustro w swojej komnacie. Musiała się nieźle rzucać w nocy, bo wyglądała jak istne czupiradło.

Nic dziwnego, że ten poranek trwał trochę dłużej niż zwykle, ale w końcu królowa została doprowadzona do porządku. Przynajmniej zewnętrznie. Po śniadaniu spędzonym z przybraną córką było trochę lepiej. Choć tym razem to również uśmiech Delii zdawał się jakiś taki przygaszony. Na dodatek nie była zbyt rozmowna, choć starała się zagadywać Evangeline o różne błahostki. Jak się czuje, czy jest wyspana i tak dalej.
Później Delia postanowiła zająć się przeglądaniem starych dokumentów w archiwum. W miarę upływu czasu robiło się tu coraz bardziej przejrzyście, ale wciąż potrzeba było ogromu pracy. Tym razem anielica zabrała się za zwoje i księgi na górnych półkach, będące na tyle wysoko, że musiała użyć skrzydeł, by je ściągnąć. Ledwo zdążyła usiąść przy swoim biurku i rozłożyć wszystko, przyszedł do niej Zik. Jednakże bardzo szybko wciągnęły ją dokumenty i nie usłyszała mężczyzny, przez chwilę nawet nie spostrzegła, że wszedł.

-Oh, wybacz Zik, całkowicie mnie to zajęło – odpowiedziała, gdy tylko uświadomiła sobie, że nie jest sama – Słucham cię więc uważnie – odparła z pełną powagą, a wcześniejszy uśmiech, którym obdarowała opiekuna Evangeline, całkowicie znikł jej z twarzy.

Słowa mężczyzny całkowicie ją zaskoczyły, aż otwarła usta ze zdumienia. Spoglądała na niego zdumionymi oczami i nawet nie zdołała wykrztusić prostego „dlaczego”. Przez chwilę zapanowała nieprzyjemna cisza. Mężczyzna na szczęście przerwał i zaczął wyjaśniać. Królowa była początkowo zmieszana, wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie wspomniał balu, który odbył się jakiś czas temu. To, co mówił, było ciosem w matczyne serce. Królowa z trudem skinęła głową na koniec, nie mogła wydusić z siebie nic. Czuła się okropnie winna, że sama nie zauważyła niepokojących oznak, co z niej za matka. Musiała natychmiast polecieć do Evangeline, musiała to naprawić, ten jeden, a może wiele błędów, które zrobiła jako rodzic.

- Nie, nie, nie. Nie może mnie zobaczyć w takim stanie – powiedziała do siebie na głos, wiedząc, że wokół i tak nikogo nie ma – Jeszcze pomyśli, że mam jej to za złe i będzie gorzej. Nie mogę…

Jej monolog przerwało trzaśnięcie drzwiami tak głośne, że Delia mimowolnie chwyciła za niewielki sztylet skryty w niewidocznej kieszeni wszytej w jej suknie. Nie spodziewała się, że to będzie tylko Evangeline. Instynkotowne zachowanie królowej, jej broń, choć niewielka i tak niespodziewane pytanie od złotowłosej było wstępem do katastrofy.
Obie niebianki stały, patrząc na siebie pełne emocji. Gdy do Delii dotarł sens słów jej córki, wypuściła sztylet z rąk, którego upadek stał się jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę przed jeszcze większą emocjonalną burzą.

- Evangeline… - Delia do niej podeszła i objęła swoim skrzydłem – To nie takie proste… Usiądź, proszę – zaprowadziła księżniczkę do swojego krzesła, na którym jeszcze kilka chwil temu siedziała.

Usiłowała brzmieć jak najłagodniej, ostatnie czego chciała, to żeby jej własna córka miała ją za morderczynie i się jej bała.

- To było bardzo dawno, wszyscy walczyli. Podczas wojny tego się nie uniknie. Ktoś musi zginać, żeby ktoś mógł żyć. Nie ma wtedy czasu na sądy, na więzienia… Jeśli w ogóle działają… - mówiła z powagą i wymuszonym spokojem, choć coraz bardziej zaczęły nią targać nerwy – Taki jest świat Evangeline – dodała z podniesionym głosem – Poza tym, byłam wtedy niewiele starsza od ciebie, a musiałam zaprowadzić pokój pomiędzy skłóconymi od lat krajami. Ciekawe co ty byś zrobiła w takiej sytuacji?! – poniosło ją i po raz pierwszy nakrzyczała na swoją córkę. Po raz pierwszy nie dała rady się opanować, zachować twarzy.

Zaraz po tym dotarło do niej, co zrobiła. Wzięła głęboki oddech i westchnęła. Podeszła co córki i ją przytuliła.

- Wybacz mi… Nie chciałam na ciebie nakrzyczeć. Każdy z nas ma coś na sumieniu, nikt nie jest idealny, nawet anioły. I… myślę, że ty również masz mi coś do powiedzenia, nie mylę się prawda? – spojrzała na córkę ze smutkiem, obie potrzebowały szczerej rozmowy, nawet jeśli miało to być bolesne.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Arrantalis”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość