Mgliste BagnaBu! Bagienny duch!

Tajemnicza mroczna kraina, gdzie każdy Twój ruch jest obserwowany. Strzeż się każdego cienia i odgłosu bo możesz już nigdy stamtąd nie wrócić.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Złodziej , Wędrowiec , Skrytobójca
Kontakt:

Bu! Bagienny duch!

Post autor: Salazar »

Magiczne portale…
Jeżeli ktoś rzuci coś takiego na ciebie, w dodatku w ferworze walki i z zamiarem pozbycia się twojej osoby z pola, na którym toczy się wymiana ciosów, to zwyczajnie ciężko jest przewidzieć, gdzie się wyląduje. Jeszcze gorzej, gdy w wyniku tego traci się też przytomność – i właśnie Salazar znalazł się w tej gorszej sytuacji. Nie mógł nawet otworzyć portalu z miejsca, do którego trafił z powrotem do karczmy. I to nie tylko dlatego, że mogłoby to być dla niego trudne albo nawet i niewykonalne, lecz także dlatego, że po prostu nie odzyskałby przytomności od razu po tym, jak wylądował po drugiej stronie magicznych wrót. To mogłoby potrwać nawet pół dnia, a w tym czasie magiczne ślady po portalu mogłyby albo zniknąć, albo stać się tak śladowe, że jego umiejętności nie wystarczyłyby na to, żeby je odczytać, a co dopiero wyczarować przejście, którym trafiłby tam, skąd przybył tutaj.
        
✵✵✵✵✵✵✵✵
        
Odór bagna – gdy tylko dotarł do jego nozdrzy – sprawił, że mroczny obudził się niemalże od razu. Zmarszczył nos, chociaż to w ogóle nie pomogło na ten niespecjalnie przyjemny, choć jednocześnie charakterystyczny dla bagna, zapach. Nie zostało mu nic innego, jak poczekać na to, aż zacznie się do niego przyzwyczajać i także ignorować go. Dlatego też rozejrzał się wokół siebie. Niby wiedział, że jest na bagnach… Ale na jakich? Powywracane drzewa i pnie, które spoczywały w brudnej, zielonkawej wodzie i rośliny porastające brzegi większych jezior i mniejszych jeziorek może mogłyby mu coś podpowiedzieć, jednak nie był kimś, kto znał się na roślinności tak dobrze, żeby dowiedzieć się, na jakim konkretnie terenie wylądował. Właściwie, rozróżniał tylko te, które mogą posłużyć w celach medycznych. Poza tym, czuł też coś jeszcze, chociaż nie był to zapach. Miał wrażenie, że ktoś mu się przygląda, ale… tak nie do końca fizycznie, a bardziej, jakby ten ktoś patrzył na niego tak, jak patrzy się na czyjąś aurę.
Nie zdążył nawet pomyśleć, co mógłby z tym zrobić – odejść, zbadać i pozbyć się potencjalnego zagrożenia, czy może jeszcze coś innego – bo nagle pojawił się przed nim kolejny portal i siłą przyciągnął go do siebie. Sprawiło to, że, bez możliwości walki i sprzeciwu, Salazar ponownie został pochłonięty przez coś takiego. Gdzie wyląduje? To wiedziała tylko osoba, która stworzyła portal.
        
✵✵✵✵✵✵✵✵
        
Tym razem nie poczuł twardej ziemi pod plecami, a coś… miękkiego. Wydawało mu się, że dociera do niego też bagnisty odór, jednak był niewyraźny, jakby odległy lub blokowany przez coś. Gdy tylko otworzył oczy, od razu rozejrzał się po okolicy. Najpierw dostrzegł to, że znajduje się w pozycji półleżącej w jakimś fotelu. Był duży i to właśnie jego oparcie musiał poczuć pod plecami. Wygodny też był, jednak nie to go teraz obchodziło. Gdy spojrzał w górę, nie zobaczył nad sobą nieba lub koron drzew, a sufit, na którym wisiał też kandelabr – nie był zapalony, choć świece znajdowały się na swoich miejscach. Zobaczył też, że nie było tu żadnego źródła światła, co akurat dla niego nie było problemem, bo przecież widział w ciemności. Ujrzał również dwa inne fotele i wydawało mu się, że w nich także ktoś spoczywa, chociaż były one ustawione pod kątami, które sprawiały, że nie mógł dostrzec, kto mógłby je zajmować. Gdy tak przyglądał się pokojowi, zaczął domyślać się, że jest to pokój, w którym mieszkańcy mogli spędzać swój wolny czas. Oprócz foteli znajdował się tu też nieduży stół – prawdopodobnie z jakiegoś ciemnego drewna patrząc na to, że w oczach Salazara miał on ciemny odcień szarego – z przystawionymi doń krzesłami o podobnym kolorze, regały z podobnego drewna, na niektórych półkach spoczywały nawet jakieś księgi lub zwoje, chociaż jeśli ktoś chciałby je stamtąd wyciągnąć, mógłby ryzykować tym, że pergamin rozsypałby się, gdy tylko zostałby poruszony. Dwa okna były zasłonięte grubym i ciemnym – w oczach Salazara czarnym – materiałem, co nie tylko blokowało światło z zewnątrz, lecz także utrudniało oszacowanie pory dnia. Na jednej ze ścian, akurat tej, na której położone było przejście do innego pomieszczenia lub części posiadłości, wisiały trzy obrazy. Były w dość dobrym stanie, patrząc na to, że miejsce to wyglądało na opuszczone – wszystkie przedstawiały martwą naturę, jednak na każdym z nich namalowane było coś innego. Pierwszy przedstawiał wazon z trzynastoma kwiatami, z czego każdy z nich był inny, co Sal rozróżnił po tym, że nie tylko miały różną liczbę płatków, lecz także różniły się one wielkością i kształtem. Na drugim dało się zauważyć kilka butelek z różnymi cieczami, prawdopodobnie alkoholami, a na ostatnim można było ujrzeć kosz z jabłkami i gruszkami, widocznie spoczywający na ziemi, wśród niewysokiej trawy.
Był też kominek, który właściwie znajdował się naprzeciw foteli. Raczej zwyczajny, kamienny, chociaż w środku znajdował się tylko – na pewno bardzo zimny – popiół, więc od dawna nikt w nim nie palił. I zjawa, stojąca teraz dokładnie przed kominkiem. I to nie byle jaka, bo było widać, że jest to starszy mężczyzna z dość długą, siwą brodą, który patrzył się teraz uważnie prosto na niego. Wyglądało też na to, że ubrany był w długą szatę, która mogła kojarzyć się z tym, że nosi ją stary mag. Salazar uniósł brew w górę, zaskoczony tym, co przed sobą widzi.
         – Strasznie tu, prawda? - odezwał się duch maga. Mówił głosem, który kojarzył się ze starcem. Brzmiał tak typowo, że nawet, jeśli ktoś jedynie usłyszałby go, to od razu rozpoznałby, że głos, który przemawia, na pewno należy do osoby w podeszłym wieku. Elf wzruszył tylko ramionami, bo domyślił się, że gdyby zjawa miała wobec niego złe zamiary, to nie rozmawialiby teraz.
         – Chciałbyś wiedzieć, dlaczego cię tu ściągnąłem, prawda? - zapytał, a Salazar kiwnął tylko głową. Przynajmniej teraz wiedział, kto odpowiada za ten drugi portal, ten, który pojawił się przed nim na bagnach i go wciągnął.
         – Nadal jestem na bagnach? - mroczny elf odezwał się pierwszy raz, jakby w końcu uświadomił sobie, że rzeczywiście widzi przed sobą ducha, który dodatkowo z nim rozmawia. Poza tym, musi być też silną istotą, skoro nie tylko udało mu się wyczuć istotę żywą w okolicy, a także sprowadził ją w to miejsce. I to magicznie.
         – Tak, nadal JESTEŚCIE na terenie bagien. Są to Mgliste Bagna, jeśli mam być dokładny – odpowiedział mu duch, chociaż wyraźnie podkreślił liczbę mnogą. Jakby chciał upewnić się, że Salazar nie zapomni o tym, że nie jest jedyną osobą żywą, która tu trafiła.
         – Więcej szczegółów zdradzę, gdy dołączą do nas pozostałe osoby – powiedział na koniec. Nie odezwał się więcej, więc Salazar zrobił to samo. Cóż, zostało mu jedynie czekanie. Tym bardziej, że nie mógł też wstać z fotela, a gdy spojrzał w stronę tajemniczej zjawy, wyraźnie właśnie na nią zrzucając winę za to, że nie może wstać, stary mag jedynie wyszczerzył się w jego stronę, prezentując mu zaskakująco dobrze zachowane zęby.
Awatar użytkownika
Villemo
Kroczący pośród cudzych Marzeń
Posty: 430
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Villemo »

Ostia była spokojnym, uroczym miejscem i Villemo spędziła tam kilka miesięcy. Zbliżała się jednak letnia przerwa w nauce, w szkole Rai, a Vi bardzo chciała zobaczyć córkę. Tęskniła i za Raią i za Astrą. Do tej pory zawsze były razem i nemorianka nie była przyzwyczajona do takiej rozłąki. Dlatego niezwykle cieszyła się, że wreszcie zobaczy córkę. Była przyzwyczajona do długich podróży i nawet ostatni czas jej nie rozleniwił. Nie lubiła jeździć powozem, wolała jazdę wierzchem, więc i tym razem powóz wlókł się gdzieś za nią, a ona powolnym stępem przemierzała morze traw, podziwiając widok przed sobą. Był zaskakująco słoneczny dzień, ciepłe promienie ogrzewały jej twarz. Czarne włosy miała upięte i zaczesane tak, by nie było widać blizny na skroni. Przyzwyczajenie. Niby w pobliżu nie było nikogo, niby nie musiała jej ukrywać, ale i tak to robiła.

Miała na sobie czarne spodnie, długie buty, czarną koszulę i zieloną kamizelkę z aksamitu. Jej dłonie zdobiły skórzane rękawiczki, a na plecy miała zarzucony ciepły płaszcz, pasujący do kamizelki. Jej szyję zdobił pokaźny, koronkowy żabot ze złota broszą, z wprawionym w sam środek rubinem. Vi zwolniła konia, a kiedy zrównała się z powozem odezwała się do woźnicy.
- Wyjadę trochę na przód, ale będę w zasięgu wzroku - poinformowała. Teoretycznie nie musiała, ale szanowała swoją służbę i nie chciała ich niepokoić. Spięła Shirę i ruszyła naprzód. Lubiła jazdę konną, a swoją klacz uważała za wyjątkową. Zgrywały się, przyjaźniły, rozumiały. Pędząc przed siebie, obie czuły się wolne.
Nagle Shira zaczęła zwalniać, mimo, że Villemo nie zmieniła komendy. Nim czarnowłosa zdążyła cokolwiek zrobić, klacz dosłownie wpadła w magiczny portal i zatrzymała się gwałtownie, Villemo przekoziołkowała i spadła z jej grzbietu. To było ostatnie co pamiętała...

Kiedy zaczęła odzyskiwać przytomność do jej nozdrzy dotarł nieprzyjemny zapach zimna, pleśni i stęchłej wody. Powieki miała ciężkie, ale gdy już udało jej się je otworzyć dostrzegła, że jest w ciemnym i zdecydowanie mało przyjaznym pomieszczeniu.
- Co... - próbowała coś powiedzieć i się ruszyć, ale jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Ale czy na pewno było to jej ciało? Kolejna próba wstania, ponownie zakończyła się fiaskiem, ale kobieta czuła, że to nie jej ciało stanowi problem. Coś trzymało ją w fotelu i nie pozwalało się ruszyć. Gdzie była? Co tutaj robiła? I dlaczego coś trzymało ją tutaj na siłę? Nagle zrozumiała, że nie coś, a ktoś trzyma ją tutaj wbrew jej woli. Dostrzegła zjawę, ale nie bała się. Widziała w życiu gorsze rzeczy. Była wściekła, aż zmrużyła oczy, a jej zielone tęczówki wyglądały jak u przyczajonego kota.
- Czego ode mnie chcesz?
Awatar użytkownika
Luna
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Luna »

Od ostatnich wydarzeń minęło kilka dni. Lunę męczyły wyrzuty sumienia i pytanie, na które nie znała odpowiedzi. Może, jednak gdyby spróbowała wejść do klasztoru, poszłoby dobrze i pozbyłaby się tej okropnej klątwy? O ile wcześniej nie zostałaby pojmana przez strażników, gdyby dowiedzieli się, co zrobiła.
Niebieskowłosa westchnęła ciężko, przymykając oczy i skupiając się na przytłumionych dźwiękach dochodzących z ziemi, zagłuszanych nieco przez machnięcia jej skrzydeł. Tu wśród chmur było spokojnie, nikt nie stawał jej na drodze, nie mogła nikogo skrzywdzić. Tylko ona i wiatr… i burczenie w brzuchu. Pradawna skrzywiła się nieco, choć dosłownie zbliżała się do okolic Rododendronii.

Podczas ostatnich przystanków w drodze do domu kryła się pod iluzją niewidzialności i ze względu na pustą sakiewkę posunęła się do kradzieży, ze względu na narastające i nieprzyjemne uczucie głodu. Nie była z tego dumna, ale coś jeść musiała. Raz nawet pokusiła się o dyskretne zabranie ze straganu pięknej, błękitnej sukni w komplecie z aksamitnym płaszczem z kapturem. Przez pierwsze kilka chwil nawet rozważała, czy by jej jednak nie odłożyć, ale gdy spojrzała na swoją brudną i nieco podartą, uznała, że jeśli w niej zostanie, będzie wyglądać jak straszydło nawet poza działaniem klątwy.
Luna postanowiła wylądować tuż za główną bramą. Schowała skrzydła pod płaszczem i założyła kaptur. Nie wyglądało to najlepiej, więc znów posłużyła się magią, sprawiając, że dla osób trzecich na jej plecach wcale nie tworzył się dziwnie wyglądający pierzasty garb, a róg, który w magiczny sposób również przestał być widoczny, wcale nie zaginał kaptura, uniemożliwiając ukrycie twarzy. Udała się do pierwszej napotkanej karczmy. Tym razem zostało jej trochę ruenów z ostatnich łowów. Zamówiła pieczoną gęś i duży kufel cydru.

Oczekując, aż kelnerka przyniesie jej posiłek, trzymała w swojej niewielkiej, skórzanej torbie i miętosiła znajdujący się tam mieszek. Nigdy wcześniej aż tyle nie kradła, starała się być raczej samowystarczalną. Wyrzuty sumienia ją dobijały, ale jednocześnie była pewna, że w tym nieszczególnie znanym jej rejonem nie byłoby tak łatwo jej coś znaleźć w dziczy, na dodatek w ogóle nie miała na to sił. Miała wrażenie, że poczucie winy dociska ją do ziemi, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Nie pomagał też fakt, że przez całą swoją podróż i drogę do domu nie rozmawiała praktycznie z nikim, nie licząc tych krótkich rozmów, na które składało się złożenie zamówienia. Przynajmniej miała Tenebrisa, bo jeszcze zapomniałaby, jak się mówi. Nietoperek obecnie smacznie drzemał ukryty na karku niebieskowłosej. Szczęściarz, ostatnimi czasy tryb życia Luny został tak bardzo zaburzony, że nie mogła zbytnio spać ani w nocy, ani w dzień. Ratowały ją jedynie drzemki w losowych momentach, gdy organizm odmawiał posłuszeństwa, domagając się snu.
W końcu otrzymała upragnione danie, zjadła je ze smakiem, choć dość szybko, chcąc zniknąć z oczu znajdującym się tu ludziom, którzy zerkali na nią ciekawsko. Czarodziejka miała wrażenie, że coś tam wspominali o niebieskich włosach. Westchnęła, nie pomyślała szybciej, że mogłaby im nadać nieco bardziej pospolity odcień.
Gdy tylko jej talerz zaczął świecić pustkami, czym prędzej opuściła gospodę i przeteleportowała się poza mury miasta. Iluzja zniknęła, odsłaniając to, co wcześniej ukryła. Luna zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez torbę, po czym kontynuowała lot do domu. Gdy była już dość blisko, a tereny stały się znajome, zdecydowała się na kolejną teleportację. Jednakże tym razem było inaczej.

Znalazła się na bagnach, choć właściwie nad bagnem, a celowała w las. Dziękowała w duchu Prasmokowi, że jej skrzydła przynajmniej nie przestały nagle działać. Naprawdę nie miała ochoty na błotną kąpiel. Postanowiła wylądować na jakimś suchym skrawku ziemi i odsapnąć chwilkę, jednak nie zdążyła nawet zbliżyć stóp do ziemi. Poczuła, jak niespodziewanie coś zaczyna ją gdzieś ciągnąć, jakaś niewidzialna siła, opór był daremny. W ciągu zaledwie kilku sekund pradawna znalazła się w zupełnie innym miejscu.

Luna otworzyła szeroko oczy, łapiąc gwałtownie za oparcie fotela. Chciała natychmiast wstać i uciekać, ale po chwili, gdy dotarło do niej, że siedzi w jakimś nieznanym jej budynku, zaniechała próbę i spróbowała się rozejrzeć. Było ciemno, kiedyś zobaczyłaby więcej, ale zmiana trybu życia odzwyczaiła ją od ciemności. Miała wrażenie, że w momencie przejścia, słyszała jakieś urwane w połowie zdanie wypowiadane kobiecym głosem, czyli mogła nie być tu sama. Zapach stęchlizny podrażnił jej nos, czyli pewnie trafiła do jakiegoś starego, być może opuszczonego, przynajmniej w oficjalnej wersji, budynku. Rozejrzała się szybko i spostrzegła jakąś postać stojącą przy czymś, co przypominało kominek. Niebieskowłosa niewiele myśląc, użyła rogu, który już po chwili zalśnił lekko niebieskawym światłem, które rozjaśniło pomieszczenie.
Tajemniczą postacią okazał się mężczyzna z długą brodą w staromodnym płaszczu typowym dla maga. Jednak najbardziej uwagę przykuwał fakt, że momentami pradawna miała wrażenie, że jest po części przeźroczysty.

- Duch? – pomyślała, po czym kątem oka spojrzała na resztę tego pokoju i zauważyła dwie inne osoby, również siedzące w fotelach. Luna spojrzała na czarnowłosą kobietę i mrocznego elfa pytająco. Może oni wiedzieli, o co w tym wszystkim chodzi. – Co… tu się dzieje? – spytała, patrząc po kolei na wszystkich obecnych.
Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Złodziej , Wędrowiec , Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Salazar »

Czekanie mogłoby zacząć się wydłużać, gdyby nie to, że pozostała dwójka także się obudziła. Może dostrzegłby to wcześniej, gdyby ciągle próbował ich obserwować, jednak uwagę swą skupił na postaci ducha, który stał przed nimi, tyle że w powietrzu, a nie na podłodze tego pomieszczenia. Przez to Salazar usłyszał jedynie, jak tamte dwie osoby budzą się i właściwie są podobnie zdezorientowane. On też był, przynajmniej na samym początku, jednak szybko opamiętał się, a z samą zjawą rozmawiał tak, jakby był to żywy, stary mag, a nie jego dusza, która teraz szuka tu… Właściwie czego? To zaczynało go powoli ciekawić, bo nabierał coraz większej pewności, że jest on kimś, przez kogo wylądowali w tym miejscu, a to oznaczało, że musiał być potężnym duchem. Za życia zaś tak samo silnym magiem, jeżeli nie silniejszym.
Chwilę później przestał czuć nawet to, że coś niewidzialnego przytrzymuje go w fotelu i nie pozwala wstać, więc… podniósł się i z ulgą stwierdził, że tym razem nie napotkał żadnego oporu. Przeciągnął się, choć najpierw wyprostował ręce przed sobą, a dopiero po tylko jednym uderzeniu serca, przeniósł je ku górze. Spojrzenie oczu w kolorze krwi przeniósł od razu na ducha. Nie to, żeby nie był świadom obecności pozostałych istot żywych. Po prostu… pierwszym problemem było to, że nie lubił przebywać gdzieś, gdzie został wepchnięty siłą i wbrew własnej woli, a drugim było to, że lubił swoje własne towarzystwo i współpracę z wyłącznie własnym sobą. Tak, domyślał się, że – niestety – będzie musiał podjąć współpracę z osobami, które także wylądowały w tym budynku. Do tego połączenia sił także czuł się niejako zmuszony. Był świadom, jakie korzyści niosłaby ze sobą taka współpraca – chociażby to, że gdyby się rozdzielili, to szybciej przeszukaliby to miejsce i może dzięki temu mogliby też szybciej się stąd wydostać – ale, no właśnie, i tak wolałby przebywać tu sam na sam z duchem i samotnie podjąć się czegokolwiek, co zaproponuje w zamian za to, że otworzy wyjście z budynku. Zresztą, nawet podszedł bliżej zjawy. Widać było, że zwyczajnie się go nie boi, mimo że przecież na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że jest on silnym bytem.
         – Teraz powiesz, dlaczego się tu znalazłem? - zapytał go, spoglądając tam, gdzie duch powinien mieć oczy, a gdzie teraz znajdowały się dwa otwory ziejące pustką… chociaż i tak miało się wrażenie, jakby nieżyjący starzec obserwował swojego rozmówcę. Tak, Salazar czuł, jak ten mu się przygląda, choć oczodoły świeciły nicością.
         – Znaleźliście – duch maga poprawił mrocznego. Widocznie zależało mu na tym, żeby każde z nich cały czas pamiętało o tym, że nie są tu sami, a w budynku znajdują się też inne osoby. Współpraca z nimi, chyba, będzie wymagana. Niestety.
         – Tak, tak… Znaleźliśmy. A dowiemy się, dlaczego? - zapytał ponownie, tylko tym razem powiedział to tak, jakby zadawał to pytanie za siebie i pozostałych, a nie tylko jako on sam.
         – Oto przed wami stoi Wielki Magneti Abracadabri. Zostałem zabity na terenie tej posiadłości, ale przez niedokończone sprawy odrodziłem się jako właśnie ta dusza. Jakie to sprawy, zapytacie? Po pierwsze, nie wiem, gdzie znajduje się moje ciało, któremu należy się odpowiedni pochówek. Po drugie… nie wiem też, jak zginąłem. I tutaj wkraczacie wy, moi nowi pomocnicy! Waszym zadaniem jest znalezienie mojego ciała i dowiedzenie się, co odpowiada za moją śmierć. Możecie zaglądać w każdy zakamarek posiadłości, a jeśli jakieś drzwi będą zamknięte, cóż… na pewno sobie poradzicie. – Gdy Magneti mówił to wszystko, żywo gestykulował i lewitował to w jedną, to w drugą stronę, ale cały czas starał się pozostać w pomieszczeniu i w zasięgu wzroku każdego z trójki obserwatorów.
         – Pomożecie mi, a ja zdejmę magiczne zabezpieczenia z obszaru posiadłości, które nie tylko otworzą drzwi wyjściowe, ale pozwolą także na używanie zaklęć teleportacyjnych. I spieszcie się, ten dom stoi na grząskim, bagiennym gruncie i, kto wie, może zaczął się weń zapadać w momencie, w którym stał się cięższy o trzy, dorosłe osoby – wszystko to, głównie przez szczery ton głosu ducha starca, brzmiało jak ostrzeżenie, a nie groźba.
         – Teraz sio! Wiecie wszystko, co aktualnie powinniście wiedzieć. I wracajcie tu tylko wtedy, gdy zdobędziecie jakieś informacje! - w czasie wypowiadania tych słów jednocześnie machnął dłonią, co sprawiło, że wszyscy znów znaleźli się w fotelach, które zresztą zaczęły przesuwać się w tył, aż nie przekroczyły drzwi wejściowych do pomieszczenia. I przez to znaleźli się na korytarzu, a przed ich oczami znajdowały się teraz lekko przymknięte drzwi. Zawsze mogli wrócić do środka, jeśli mieli jakieś pytanie, ale… Czy to nie zdenerwuje Wielkiego Magnetiego Abracadabri?

Salazar wstał z fotela i odwrócił się plecami do drzwi. On rzeczywiście dowiedział się wszystkiego, co na ten moment było mu potrzebne – wiedział, dlaczego się tu znalazł i, co powinien zrobić, żeby się stąd wydostać. On i te dwie kobiety, które sprowadził tu duch maga, znajdowali się teraz w długim korytarzu. Drewniana podłoga, wykonana z jakiegoś ciemnego drewna, była kontrastem dla ścian w kolorze zbliżonym do złotego. Na ścianach tych regularnie rozmieszczone były świecie przykryte szklanymi kloszami, które teraz paliły się i oświetlały nie tylko korytarz, lecz także inne rzeczy wiszące na ścianach. Były to obrazy – te na lewej ścianie korytarza przedstawiały sceny batalistyczne, a te po prawej sceny z życia codziennego zwyczajnych ludzi. Mroczny elf dopiero teraz, pierwszy raz, spojrzał w stronę tych, które mu towarzyszyły. Przez krótką chwilę przyglądał się im, jakby próbował je oceniać.
         – Panno Jednorożec? Nemorianko? Wygląda na to, że jesteśmy zmuszeni do współpracowania ze sobą – odezwał się do nich, bacznie je obserwując. Chociaż, chyba trochę bardziej przyglądał się niebieskowłosej, między innymi dlatego, że podejrzewał ją o przyzwanie tamtego niebieskiego światła, które wcześniej rozświetlało lekko pomieszczenie, w którym wcześniej przebywali.
         – Proponuję zabrać się za to od razu. Im szybciej to zrobimy, tym szybciej się stąd wydostaniemy – dodał jeszcze. W ogóle nie brzmiał, jakby ta sytuacja go w jakiś sposób ruszała. Nie bał się, nie był zdezorientowany czy rozkojarzony… bardziej wyglądał na kogoś w rodzaju może nawet profesjonalisty. Kogoś, dla kogo taka sytuacja nie jest żadną nowością.
         – Chcecie się rozdzielić, czy wolicie szukać w jednej grupie? - zapytał w końcu. Zaczął też powoli przesuwać się do przodu, jednocześnie czekał na jakąś odpowiedź z ich strony i, przy okazji, przyglądał się też obrazom. Oceniał je okiem złodzieja, oceniał ich potencjalną wartość, chociaż nie miał zamiaru ich ze sobą zabierać.
Awatar użytkownika
Villemo
Kroczący pośród cudzych Marzeń
Posty: 430
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Villemo »

Villemo była wściekła. Straciła swoją klacz, została wciągnięta do jakiejś posiadłości i w dodatku miała szukać przyczyn śmierci ducha, których ich tu uwięził. No cóż... Mogła zrozumieć, że zjawa chce opuścić to miejsce, ale dlaczego wciągnęła w swoją sprawę przypadkowych ludzi? A może jednak nie przypadkowych? No właśnie... Rozejrzała się dookoła. Był z nią mroczny elf i jakaś dziewczyna z rogiem na czole. Nie potrafiła określić jej rasy. Niebieskie włosy, skrzydła, róg - może jakaś mieszanka fellarianki? Czuła się zdezorientowana. Ducha się nie bała, choć musiał być potężny, skoro zdołał cała ich trójkę wciągnąć w portale i przenieść tutaj. Jego wyjaśnienia nie były dla niej wystarczające. miała wiele pytań, ale w momencie, w którym fotele zaczęły odsuwać się w tył, zrozumiała, że nie ma najmniejszych szans na uzyskanie odpowiedzi.

Znaleźli się na korytarzu i kiedy tylko to było możliwe Villemo wstała. Starała się omieść wzrokiem wszystko, co tylko mogła. Zapamiętać szczegóły, w razie gdyby były jej potrzebne. Spojrzała na przymknięte drzwi i pomyślała, że powinni wrócić do zjawy, ale w tym momencie usłyszała głos mrocznego elfa. Zmarszczyła brwi.
- Zaraz, zaraz, zaraz. Moment. Chwila. Tak po prostu mamy teraz przejść się po tej mrocznej posiadłości w poszukiwaniu martwego czarodzieja? - patrzyła z niedowierzaniem na elfa.
- Może byłoby dobrze się chociaż przedstawić, hm? - przeniosła wzrok na skrzydlatą, bo ta wydawała jej się jakby bardziej przyjazna.
- Lady Villemo Moria, po prostu Villemo, albo Vi - przedstawiła się i wyciągnęła rękę w stronę "panny jednorożec".
- I tak, jestem nemorianką - dodała, kątem oka spoglądając na elfa.
- Może zastanówmy się najpierw dlaczego my? Może coś nas łączy i dlatego portale wciągnęły akurat nas - z tymi portalami, po prostu założyła, że raczej nikt nie przejeżdżał obok i nie postanowił wpaść na herbatkę.
- Może to jest wskazówka. Uwierzcie mi, ja też chce wyjść stąd jak najszybciej, ale chyba powinniśmy zacząć od siebie. W końcu zjawa sprowadziła nas tutaj w konkretnym celu, więc warto chyba zastanowić się dlaczego my, no i ustalić dokąd idziemy najpierw, bo wydaje mi się, że powinniśmy ze sobą współpracować. Gdyby Magneti chciał jednego detektywa, to nie ściągnąłby tutaj całej naszej trójki.
Awatar użytkownika
Luna
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Luna »

Luna uważnie słuchała, co mówił duch, choć jego rozmówcą wyraźnie był mroczny elf. Wynikało z tego, że cała ich trójka miała jakiś wspólny cel. Czarodziejka westchnęła w duchu i uniosła wyżej brwi. Pan Magneti chyba był bardzo zdesperowany, skoro wziął pierwsze lepsze osoby, bo o ile rozumiała motywacje ducha, to za nic w świecie nie widziała wspólnego mianownika do ich małej grupki.

- "Oh, świetnie" – skrzywiła się lekko niebieskowłosa, która skrycie liczyła, że uda jej się jakoś po cichu wyjść z tego miejsca, ale akurat teraz nieumarły wspomniał o zabezpieczeniach. Trzeba mu było przyznać, przygotował się.

Wtem zostali magicznie wypchnięci na korytarz, o mały włos nie przewracając się na oparcie, przynajmniej w przypadku fotela Luny. Gdy już zapanował względny spokój, niebieskowłosa przeanalizowała jeszcze raz, wszystko, co powiedział mag. Jeśli teren jest faktycznie tak grząski, jak mówił, to będą musieli się pośpieszyć. Ona to zawsze ma szczęście, klątwy, duchy, nawiedzone domy i Prasmok wie co jeszcze.
Pogrążona w myślach, nieświadomie zagapiona w mężczyznę dopiero po chwili zrozumiała, że „Panna jednorożec” to słowa skierowane do niej.

- Mhm… - przyznała mu rację z jak najszybszym rozwiązaniem zagadki, choć była lekko spóźniona z odpowiedzią. Zdezorientowało ją to wszystko, nie pomagało też, że ten mroczny elf wyglądał, jakby co najmniej kilka razy w tygodniu był porywany przez duchy i miał już w tym spore doświadczenie.

Gdy czarnowłosa wstała z fotela, Luna również to zrobiła. Nemorianka miała rację, w tym całym zamieszaniu pradawna nawet nie pomyślała, że warto by się przedstawić, skoro mają współpracować.

- Luna – uścisnęła dłoń nemoriance, po czym to samo zrobiła z Salazarem. – Mam wrażenie, że po prostu byliśmy w złym miejscu o niewłaściwym czasie. Ewentualnie ten cały… - przerwała na chwilę, przypominając sobie imię maga – Magneti stwierdził, że może, nie wiem, strzelam, jesteśmy na tyle silni, że nie zginiemy po chwili pobytu w tej posiadłości. Albo potrafimy coś, co może pomóc w tym całym śledztwie… - Pradawna rozłożyła ręce. – Ah i ja bym była za wspólnym szukaniem poszlak – dodała w stronę spiczastouchego. – Przynajmniej na początku.

Czarodziejka nie chcąc tracić czasu na gdybanie, rozejrzała się dookoła. Jej wzrok przykuły obrazy. Podeszła do ściany i próbowała odnaleźć na nich postać samego zmarłego maga. Niestety bez skutku. Jednakże w dalszej części korytarza wisiało ich więcej.

- Sprawdźmy te obrazy, jest ich całkiem sporo, a może znajdziemy jakąś podpowiedź. – Czarodziejka odruchowo rozłożyła skrzydła jednak gdy tylko spróbowała wznieść się w powietrze, końcówki lotek przejechały po przeciwległych ścianach. Odrobinę przeceniła szerokość korytarza, więc mając wybór lotu bokiem lub chodu wybrała to drugie i złożyła skrzydła. – Uhm… - mruknęła niezadowolona.

Minęła kilka obrazów, które, choć ładne i dobrze namalowane, niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniały, aż do tego jednego, gdzie była przedstawiona piękna rudowłosa kobieta z długim warkoczem i w dość prostej, czarnej sukni. Siedziała na krześle, a w dłoniach opartych na kolanach widniał srebrny klucz. W tle natomiast znajdowała się niewielka komoda z ozdobnym lustrem stojąca tuż obok ciemnych drzwi z charakterystycznie wyrzeźbionymi kwiatami na środku. Wyglądały one na róże, sądząc po kolczastych łodygach.

- Myślicie, że to pomieszczenie jest z tego domu? – zapytała Vi oraz Salazara. Mogło to równie dobrze nic nie znaczyć, ale od czegoś trzeba zacząć.
Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Złodziej , Wędrowiec , Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Salazar »

Obejrzał się przez ramię na jedną z kobiet, gdy usłyszał jej pytanie. Nawet zatrzymał się na krótką chwilę, a później odwrócił w jej stronę. Wzruszył też ramionami, zachowywał się zupełnie inaczej, niż jego nowe „towarzyszki”.
         – A co? Wolicie stać w miejscu i liczyć na to, że ten duch jednak zmieni zdanie i nas wypuści? - odpowiedział swoim pytaniem na to, które zadała ona. Przymknął na chwilę oczy, gdy przeszły do przedstawiania się, na początku nawet rozważał, żeby to w ogóle zignorować, ale wyszedłby wtedy na niewychowanego. A on taki nie był, niemiły owszem, ale nie niewychowany.
         – Salazar – rzucił, gdy znów odwrócił się plecami do jednej i drugiej kobiety.
         – Możecie zastanawiać się nad tym, dlaczego akurat to wy znalazłyście się w tym miejscu, dlaczego martwy mag was tu ściągnął. Ja w tym czasie zabiorę się za poszukiwania – powiedział do nich, znów przyglądał się też obrazom. Na pewno zwrócą uwagę na to, że powiedział „wy”, a nie „my”. Wytłumaczyć im to? Czy może poczekać na to, aż same o to zapytają? Może im powie.
         – Ja sam na bagnach znalazłem się przypadkowo. Abracadabri mógł potrzebować kogoś takiego, jak ja. Może wyczytał moją aurę czy coś. W każdym razie, jestem pewien, że nie znalazłbym się tutaj, gdybym nie to, co umiem – dodał jeszcze, choć patrzył wtedy na jeden z obrazów przedstawiających sceny batalistyczne, ten, który znajdował się najbliżej miejsca, w którym stał.
         – Możemy nie być pierwszymi, których tu ściągnął, więc nie zdziwcie się, gdy w pewnym momencie trafimy na jakieś ciała, w różnym stanie rozkładu – to powiedział właściwie bez żadnych emocji w głosie. Dało się odnieść wrażenie, że może być o wiele starszy, niż sugerowałby to fizyczny wygląd jego ciała i, że przeżył już naprawdę dużo i widział tak samo wiele złych i nieprzyjemnych rzeczy. To, o czym wspomniał, jak i cała ta sytuacja zdawały się nie robić na nim wrażenia. 

Szukanie informacji na obrazach nie było akurat złym pomysłem. Mieli właściwie cały ten budynek do dyspozycji tak długo, jak robili to, o co poprosił ich Abracadabri. Te ze scenami batalistycznymi nie miały w sobie żadnych wskazówek i nie tylko chodziło tu o to, że bitwy na nich przedstawione toczyły się przeważnie w miejscach, w których grunt był płaski lub, jeśli akurat były tam też wzgórza, nie był taki, na którym rosły jakieś drzewa. Zresztą, takie obrazy skupiały się na ukazaniu pola bitwy, walczących stron i ogólnie tego, jak takie starcia wyglądają… z artystycznego punktu widzenia oczywiście, bo w rzeczywistości wyglądały one o wiele gorzej.
Odwrócił się w stronę Luny, gdy zwróciła ich uwagę na jeden, konkretny obraz. Przyjrzał się temu, co namalowane było na płótnie, a jego szczególną uwagę przykuł klucz leżący w dłoniach rudowłosej kobiety. Mruknął coś po chwili, mogły być to też słowa, które wypowiedział tak cicho, że wyłącznie on je słyszał. Później podszedł bliżej obrazu i zaczął ostrożnie dotykać dolnej i bocznej części ramy, kilkukrotnie zapukał też w ścianę po obu stronach obrazu, a także w samo płótno, choć to ostatnie zrobił jeszcze ostrożniej, żeby go nie uszkodzić. Widać było, że robi to z wprawą osoby, która zna się na rzeczy i wie, czego powinna szukać. Tylko… że niczego tu nie było.
         – Ukryte przejście lub skrytkę możemy wykluczyć, przynajmniej w przypadku tego obrazu lub ogólnie całego korytarza – odezwał się w końcu. Właśnie tego próbował poszukać. Może byłoby to zbyt oczywiste, ale taki klucz mógłby być ukryty w niewielkiej przestrzeni za obrazem, a dostęp do tego mogliby uzyskać dzięki jakiemuś przełącznikowi, który może znajdowałby się gdzieś w ramie. Czasem takie oczywistości, które można było odrzucić od razu, były właśnie tymi, które były prawdziwe.
         – Możemy jedynie spróbować je znaleźć – odparł i odszedł od obrazu. Trzeba było w końcu wyjść z tego korytarza, co Salazar zresztą planował zrobić właśnie teraz.  

Gdy już minęli ostatnie obrazy, ich oczom ukazał się duży hol. Na jego środku znajdowała się niewielka fontanna, która teraz stanowiła jedynie rzeźbę. Woda już dawno przez nią nie płynęła, a dzban stojący na samym jej szczycie zaczął powoli się kruszyć, przez co powstawały w nim niewielkie dziury – poza dwoma, które były okrągłe i widać było, że są one dziełem osoby odpowiedzialnej za stworzenie fontanny. Za nią znajdowały się duże schody z ciemnego drewna, które prowadziły na piętro, ale tworzyły też półpiętro, na którym rozdzielały się na dwie strony. Po prawej i lewej stronie znajdowały się po dwa korytarze. Jeżeli podejść do samej fontanny, dałoby dostrzec się, że na prawo od korytarza z obrazami znajdowały się podwójne drzwi prowadzące na zewnątrz. Poza tym, w holu znajdowało się też kilka siedzeń i na nich, w przeciwieństwie do foteli, które zajmowali wcześniej, było widać to, że cały budynek jest stary i długo niezamieszkany. Meble te wyglądały na zniszczone, niektóre nawet nosiły na sobie ślady zębów, które mogły zostawić szczury lub inne, podobne do nich stworzenia. Nie było tu całkiem ciemno, bo żyrandol zwisający z sufitu był zapalony, a kryształy go ozdabiające rozpraszały światło padające z jego środka. Tylko, że to i tak nie wystarczyło, aby w całym holu było tak jasno, jak w korytarzu z obrazami. Panował tu lekki półmrok, ale to akurat nie przeszkadzało mrocznemu elfowi, którego oczy pozwalały na widzenie w ciemności. Ciemniejsze obszary tego pomieszczenia widział tak, jak te jasne, ale wyłącznie w odcieniach szarości.
         – Jeżeli pomieszczenie z obrazu miałoby znajdować się na terenie posiadłości, to myślę, że prędzej znajdziemy je na piętrze niż na parterze – odparł i jednocześnie zaproponował też miejsce, od którego powinni zacząć. Po chwili zaczął też iść w stronę schodów, które lekko zaskrzypiały, gdy postawił na nich pierwszy krok. Drugi przyniósł ze sobą ten sam dźwięk, ale był on słabszy, trzeci jeszcze słabszy, aż w końcu czwarty krok nie sprawił, że ponownie usłyszeli skrzypienie. Wyglądało na to, że drewniane schody może i nie były w najlepszej kondycji, ale nie groziły tym, że w pewnym momencie załamią się pod ciężarem ciała któregoś z nich.
Awatar użytkownika
Villemo
Kroczący pośród cudzych Marzeń
Posty: 430
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Villemo »

Uznała, że również obejrzy obrazy, ale na płótnach nie było namalowane nic, co mogłoby być wskazówką. A przynajmniej nie taką, którą mogli dostrzec. Jedynym ciekawym malunkiem był ten z kobietą. Luna mogła mieć rację. To pomieszczenie nie było na obrazie przypadkiem, klucz i zamek też nie. Przekrzywiła głowę kiedy Salazar obszukiwał obraz. Od razu przyszło jej do głowy, że trzeba zajrzeć nie na boki i spód, ale na ramę. Nie należało szukać przejścia, a klucza. Nie poszła razem z pozostałą dwójką. Przez chwilę stała i zastanawiała się jak sprawdzić górę obrazu. Była za niska żeby dosięgnąć tam nawet stojąc na palcach. Mroczny elf chciał się wydostać z tego miejsca tak jak ona, ale stwierdziła, że jeśli nie musi, nie będzie go prosić o pomoc. Nie chciała się z nim użerać.

Odwróciła się i spojrzała w stronę, z której przyszli. Wiedziała, że musi wrócić do tamtego salonu. Nie zastanawiała się dłużej i po chwili otwarła skrzypiące drzwi. Duch Magnetiego zniknął. Może obserwował ich z innych pomieszczeń. Kto go tam wie. Vi poniosła z podłogi pogrzebacz leżący przy kominku, który zauważyła wcześniej. Wróciła do korytarza i zaczęła przesuwać nim po górach ram wszystkich obrazów. Nagle usłyszała huk metalu uderzającego o posadzkę. Spojrzała w dół i zobaczyła srebrny klucz. Taki sam jak u kobiety na obrazie. O dziwo nie leżał wcale na ramie tamtego dzieła, a dwa malowidła wcześniej. Podniosła klucz z podłogi i ruszyła do swoich towarzyszy, którzy próbowali znaleźć jakieś wskazówki w holu z fontanną.

- Jest klucz - odezwała się pokazując przedmiot trzymany w dłoni.
- Pozostaje szukać zamka. Jeżeli któreś pomieszczenie jest zamknięte, może ten klucz będzie pasował - stwierdziła.
Awatar użytkownika
Luna
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Luna »

Luna westchnęła w duchu, mroczny elf należał do osób bardzo konkretnych. Z jednej strony to nawet plus, bo może dzięki temu szybciej stąd wyjdą, choć nie zaszkodziłoby, gdyby był, choć odrobinę milszy. Napięta atmosfera wraz z ograniczonym czasem sprzyjała nieporozumieniom, a to ostatnie czego potrzebowali.

- A co umiesz? – spytała Salazara z czystej ciekawości, choć z jakiegoś powodu wybrzmiało to jakoś negatywnie, przynajmniej dla niej.

Pradawna skrzywiła się na myśl o pozostawionych ciałach, smród rozkładu, czy widok zmasakrowanych zwłok nie był jej obcy. Aczkolwiek wolałaby się nie natknąć na taki widok, za bardzo przywodziłby na myśl klątwę i wyrzuty sumienia, które nie są wcale tak łatwe do zagłuszenia. Liczyła, że odnajdą jedynie szkielet maga i nikogo więcej. Miejsce wyglądało na opuszczone od lat, a jak dotąd nie zauważyła jeszcze żadnych śladów ich hipotetycznych poprzedników.

- Dobra, skup się – czarodziejka upomniała samą siebie.

Obrazy były dobrym punktem zaczepienia, tylko czy na pewno właściwym? Mężczyzna bardzo dokładnie sprawdził ten wskazany przez pradawną, ale nic z tego nie wynikło. Żadnych kluczy, tajnych przejść czy ukrytych schowków. Dlatego wraz ze spiaczastouchym ruszyła dalej.
W holu było już więcej miejsca, na tyle, że czarodziejka mogła bez problemu rozłożyć skrzydła. Blask żyrandola jednak niezupełnie wystarczał, więc znów użyła swojego rogu, by dodać trochę światła i więcej widzieć. Zaciekawiona niewielką fontanną zajrzała do wnętrza dzbanka na jej szczycie. Próbowała wcisnąć tam rękę, ale jedyne co wyciągnęła to trochę pajęczyn, wraz z ich twórcą, którego od razu strzepnęła z dłoni zniesmaczona. W tym czasie elf wchodził już na piętro, o czym dawały znać skrzypiące schody.
Niebieskowłosa nie była pewna co do ich wytrzymałości, więc postanowiła podlecieć, ale gdy tylko wzbiła się w powietrze, podmuch wywołany przez jej skrzydła sprawił, że spod fontanny wyleciał jakiś świstek papieru. Luna wylądowała i przykucnęła, aby go podnieść. W istocie była to kartka jakby wyrwana z jakiejś książki. Zupełnie pożółkła i z lekko rozmazanymi przez wilgoć literkami i szkicem jakiegoś kwiatka. Z tekstu i rysunku wynikało, że mogła być to książka od botaniki. Jednakże na drugiej stronie widniał wyraźny, choć wyjątkowo koślawy napis „Strych, o świcie”. Już miała wołać resztę, ale w tym momencie rozległo się echo upadku czegoś metalowego, a po chwili dotarły do niej słowa Villemo.

- Brawo – stwierdziła z uśmiechem, podchodząc do nemorianki. – A ja mam coś takiego. – Pokazała świstek z wiadomością. – Salazar poszedł już na piętro. Możemy sprawdzić tu wszystkie zamki, ale myślę, że on ma rację, wygląda na to, że jeśli coś mamy znaleźć jest to raczej gdzieś wyżej – gdybała czarodziejka. – Przynajmniej tak mi się wydaje – dodała.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się zostać zmuszoną do rozwiązania zagadki śmierci jakiegoś ducha, nie miała w tym doświadczenia.

- No właśnie – powiedziała jakby do siebie, ale na głos. – Nie wiemy, czego dokładnie szukamy, ale może łatwiej będzie, jeżeli rozważymy wszelkie najprawdopodobniejsze przyczyny śmierci? Na pewno został zamordowany, to nam sam powiedział, ale przez kogo… Skoro to jego posiadłość, może przez kogoś z domowników, może ta kobieta z obrazu… Może miał jakichś wrogów i ktoś się włamał… Nie, to bez sensu. Domostwo stoi na bagnach, raczej mało kto się tu zapuszczał… – rozważała i rozgadała się, idąc w stronę skrzypiących schodów.

Nawet nie wiedziała już, czy mówi do Villemo, czy bardziej do siebie. Przez to wszystko przypomniały jej się te różne podobne historie, które znała z książek i możliwości miała w głowie coraz więcej. Czarodziejka zaczęła wątpić, czy ich wymienianie w jakikolwiek sposób pomoże. Jedyne co mogli zrobić, to dalej szukać wskazówek. Luna dołączyła do mrocznego elfa na piętrze i z nim również podzieliła się swoim znaleziskiem.
Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Złodziej , Wędrowiec , Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Salazar »

Przez jego oblicze przemknął uśmieszek, gdy dziewczyna z rogiem zapytała go o to, co umie. Wyraz ten nie oznaczał, że zaraz usłyszy całą opowieść o tym, jakim zestawem umiejętności dysponował, które wymieniłby, jakby chciał się nimi pochwalić, a bardziej podpowiadał, że na pewno nie zdradzi jej wszystkiego. Nie był otwartą księgą, z której mógł czytać dowolny nieznajomy, w której mógłby przewracać strony i szukać informacji, które po prostu chciał znaleźć. Nie. Salazar bronił swoich sekretów i wiedzy na swój temat, a przez to sam decydował, co chce o sobie powiedzieć, a czego nie chce.
         – Otwierać zamki, szukać tego, co chcę znaleźć… Ocenić wartość przedmiotu też mogę. I mam też do dyspozycji wyostrzone, elfie zmysły – odparł krótko. Oczywiście, że nie było to wszystko, co umiał, a jedynie ułamek, ale taka odpowiedź powinna jej wystarczyć. Może też sprawiała, że dałoby się po niej domyślić, czym może się zajmować, ale jakoś nieszczególnie obchodziło go, że uświadomią sobie, że współpracują ze złodziejem. I nie odezwał się już więcej, jedynie z powrotem odwrócił się w stronę holu i ruszył w jego stronę.

Pomieszczenie to, którego było centralnym punktem tej posiadłości, mogłoby im służyć za miejsce zbiórek, gdyby jednak zdecydowali się na rozdzielenie się albo, gdyby stało się coś, co sprawiłoby, że by się rozdzielili. Nie poświęcił wiele uwagi fontannie, jedynie przyjrzał się jej i spróbował oszacować, jak długo tak stoi bez wody, nieużywana. Później udał się w stronę schodów, których użył, aby wejść na górę. Mieli już niby jakieś wskazówki, jednak nie oznaczało to, że od razu uda im się rozwiązać całą zagadkę. Salazar podejrzewał, że może to okazać się skomplikowane – był pewien, że sam Abracadabri próbował już odnaleźć swoje ciało, jednak nie udało mu się tego dokonać. Jeśli potrzebowałby pomocy z pochówkiem lub spaleniem ciała, żeby móc odejść w spokoju, to po prostu zaprowadziłby ich w miejsce, w którym znaleźliby jego zwłoki.
Na piętrze znalazł się jako pierwszy, ale jak się szybko okazało osoby, z którymi współpracował, zatrzymało na dole coś, co może okazać się później mniej lub bardziej ważne. Villemo znalazła jakiś klucz, a on – w duchu oczywiście – zdziwił się, że udało jej się znaleźć coś, co w jakiś sposób przeoczył wyszkolony złodziej (czyli on we własnej osobie). Takiej reakcji nie wywołało natomiast znalezisko Luny, na które dziewczyna trafiła całkowitym przypadkiem. Kartka wyrwana z książki, musiała tam długo leżeć patrząc na to, w jakim była stanie, jednak nadal dało się odczytać to, co było na niej zapisane.

         – Jeśli chcecie sprawdzić, o co chodziło komuś, kto zapisał te słowa, to będziemy musieli stale śledzić porę dnia i znaleźć strych przed nastaniem świtu – odparł. Teraz mieli dwa pomieszczenia do znalezienia. Były nimi wcześniej wspomniany strych i tajemnicza komnata, w której znajdowała się kobieta na jednym z obrazów. Właściwie to drugie było łatwiejsze, bo drzwi prowadzące do niej były dość charakterystyczne i to właśnie po nich powinni jej szukać.
Chociaż, gdy już znaleźli się faktycznie na piętrze i rozejrzeli się, wszyscy mogli dostrzec, że po lewej i prawej znajdowały się długie korytarze z wieloma drzwiami.
         – Dalej nie chcecie się rozdzielać? - zapytał, głównie dla pewności. Jego pierwszą myślą było właściwie to, że wszystkie te pomieszczenia szybciej przeszukają, gdy faktycznie się rozdzielą. I nie chodziło tu o to, że dzięki temu mógłby – przez jakiś czas przynajmniej – pracować w pojedynkę, a bardziej o to, że dzięki temu poszukiwania pójdą im sprawniej. A gdyby coś się działo, zawsze można do siebie krzyczeć. Posiadłość była pusta i poza nimi – i może jakimiś zwierzętami – nie było tu nikogo żywego, więc echo na pewno poniesie głos wzywający do siebie innych i to niekoniecznie z powodu tego, że potrzebna jest pomoc.
         – Nie powiedział, że jest właścicielem tego budynku – odezwał się ponownie. Nie powinni zakładać czegoś takiego, jeśli sam duch im tego nie powiedział. Dlatego też mrocznemu elfowi wydawało się, że tak może nie być.
         – Wiemy, że zginął w tym miejscu. Mógł zabić go ktoś, kto tu mieszkał. Jeśli faktycznie tak było, to prawdopodobnie był to ktoś, kogo Abracadabri znał i przybył tu na zaproszenie właśnie tej osoby. I teraz przechodzimy do tego, że jednak mamy trzy pomieszczenia do znalezienia, bo jeśli znajdziemy bibliotekę, archiwum lub inny pokój, w którym znajdziemy też coś, co podpowie nam, kto tu mieszkał, to może dodamy w ten sposób nową rzecz do tej historii i zdobędziemy nowe wskazówki – po powiedzeniu tych słów, sporej ilości słów zresztą, spojrzał najpierw na jedną z kobiet, a później na drugą. Był ciekaw, jak one to wszystko widzą.
         – Pójdę… albo pójdziemy, jeśli nadal chcecie trzymać się razem, w lewo – zakomunikował i zrobił tak, jak powiedział. Jedynie obejrzał się tylko, czy będzie szedł sam, czy może Luna i Villemo do niego dołączą. Najłatwiej będzie znaleźć drzwi wykonane z ciemnego drzewa z kwiatami wyrzeźbionymi na ich środku. Tylko, że nie był pewien, czy powinno zaczynać właśnie od tego, co było najprostsze do zrobienia.
Awatar użytkownika
Villemo
Kroczący pośród cudzych Marzeń
Posty: 430
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Villemo »

Vi obejrzała kartkę, którą znalazła Luna. Potem dołączyła do niej i Salazara na piętrze. Jej zdaniem mroczny elf wszystko komplikował. Oczywiście, że w całym tym bałaganie mogło być tajemnic na pęczki, ale po co szukać igły w stogu siana z związanymi oczami, jeśli można pójść tam, gdzie wskazują odnalezione rzeczy. Przypadek, czy nie, uważała, że najpierw należy sprawdzić to, co mają, a dopiero później wkładać łapska w niewiadomą. Nawet nie chciało jej się tłumaczyć tego wszystkiego Salazarowi, bo i po co, on wiedział swoje i tyle. Nie liczyła na wielką współpracę.
- To wygląda jak zaproszenie - odezwała się do Luny, nawiązując do kartki.
- A klucz może wcale nie prowadzić do tajemniczej komnaty, a na strych. Pytanie brzmi, czy drzwi znajdziemy na korytarzach, czy mogą być wejściem do pomieszczenia właśnie na strychu. Niech Salazar sprawdzi piętro, ja idę na górę. Po drodze sprawdzę, czy nie ma gdzieś rzeźbionych kwiatów na drzwiach.
- Luna, idziesz ze mną?
Awatar użytkownika
Luna
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Włóczęga
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Luna »

Słysząc odpowiedź mrocznego elfa, Luna wydała z siebie krótkie „mhm” i nie naciskała go, by powiedział coś więcej. Nie wydawał się zbyt rozmownym typem i choć ciekawiło ją czy Salazar nie ukrywa jakichś jeszcze ciekawych zdolności to czuła, że i tak by jej nie powiedział. Samo to, jak pewnie szedł naprzód, jakby nie potrzebował nikogo innego do rozwiązania zagadki, wskazywało na to, jak dużym indywidualistą jest szaroskóry. Przynajmniej tamta czarnowłosa kobieta wykazywała jakąkolwiek chęć współpracy.

- To chyba musimy się śpieszyć, bo pamiętacie to, o zapadającym się gruncie? – spytała Luna, będąc już na górze z pozostałą dwójką – Jeśli nie zdążymy, będziemy musieli czekać na kolejną noc, o ile dom może osiadać, powoli to jednak magicznie nie przestanie.

Czarodziejka omiotła wzrokiem korytarze, przy których stała i w przybliżeniu oszacowała ilość drzwi i schowków w każdym pomieszczeniu. Mieli bardzo dużo do sprawdzenia i jeszcze więcej do potencjalnego przeoczenia.

- Z jednej strony idąc wspólnie mamy większe szanse coś znaleźć, ale podobnie może być, gdy się rozdzielimy – niebieskowłosa zastanowiła się na głos, rozważając, czy to, co powiedziała, w ogóle miało sens – Dostosuje się – stwierdziła w końcu, zrzucając z siebie przymus podjęcia decyzji. Po szybkich przemyśleniach, w których założyła możliwą kłótnię z powodu złej decyzji i od razu przyjęła również, że mogłoby dojść do aktywacji jej klątwy, a tego nie chciała. Musiała więc pozostać tak ugodowa, jak to możliwe, przynajmniej dopóki nie pozna tamtych nieco lepiej.

Luna skinęła głową, przyznając rację Salazarowi. Faktycznie jej założenie, że posiadłość należała do Abracadabriego, nie musiało być słuszne. Jakoś tak odruchowo przypisała, dom do niego, przez to, że w nim umarł.

- Jasne – odpowiedziała Villemo, ciesząc się, że to ona w tym momencie częściowo przejęła dowodzenie.

Schody na strych znajdowały się na końcu korytarza po prawej. Były kręcone i dość wąskie, ale jednocześnie bogato zdobione przy poręczy. Nim dziewczyny do nich dotarły, minęły całą armię nietypowych drzwi. Każde były na swój sposób wyjątkowe i kompletnie do siebie nie pasowały. Niestety nawet w tym chaotycznym projekcie najpewniej szalonego artysty z dość kiepskim gustem nie widać było tych przedstawionych na obrazie.

- Zobaczmy, co się tam kryje – stwierdziła z lekkim uśmiechem, przepuszczając nemoriankę pierwszą, żeby nie oberwała od niej skrzydłami przez przypadek.

Poddasze wyglądało dość klasycznie, pełno pajęczyn, pająków, różnych skrzyń i przebiegających tu i ówdzie myszy. Przez niewielkie okno wpadało tu światło księżyca, nadając pomieszczeniu klimatycznej aury. Nie licząc imponującej ilości bubli, gratów i innych rzeczy w miejscu, które dosięgał blask księżyca, było dość pusto. Stał jedynie niewielki stolik przykryty poszarzałym obrusem i para zakurzonych krzeseł.
Pradawna ostrożnie weszła między stosy różności i szukała czegoś, choć nie wiedziała nawet czego dokładnie. Odsuwała meble i inne przedmioty, a dźwięk szurania zapewne niósł się po całej posiadłości. Było ich tak dużo, że sięgały do samego dachu, zasłaniając wszystkie ściany, nawet jakby były tu jakieś drzwi, na pierwszy rzut oka nie było możliwe ich spostrzeżenie. Trzeba było powoli się przez to wszystko jakoś przebić. W ten sposób Luna dotarła do przypalonej toaletki. Jedna z szuflad była niedomknięta i wystawały z niej listy, niestety ogień również ich nie oszczędził i do odczytania pozostały jedynie fragmenty.

- Widzisz tu jakieś drzwi? Albo cokolwiek, co przypomina wskazówkę? Bo u mnie jak na razie nic szczególnego – westchnęła czarodziejka, wertując ostatnie kartki listów, które wbrew jej oczekiwaniom nie powiedziały nic konkretnego.
Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Złodziej , Wędrowiec , Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Salazar »

Rozdzielili się – ale jemu to nie przeszkadzało. Przyzwyczaił się do tego, że często pracował sam, może inni postrzegali to jako coś niekoniecznie dobrego, ale on ze swoim zestawem umiejętności radził sobie we właściwie każdej sytuacji. Oczywiście, nie był wszechstronny, jego umiejętności nie pokrywały się ze wszystkim, czego można się nauczyć, ale jednocześnie wystarczały też w jego własnym życiu. Dlatego ruszył w stronę korytarza znajdującego się po lewej stronie. Nawet, jeśli trafi na zamknięte drzwi, to powinien sobie z nimi poradzić wytrychem, jeżeli nie będą one magicznie zabezpieczone i w ten sam sposób zamknięte.
Nie potrzebował klucza – miał umiejętności.
Nie spieszył się też, choć cały czas w myślach miał informację o tym, że budynek ten powoli zapada się w bagnie, na którym stoi. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, co kierowało pierwszymi właścicielami domu. Uważał za głupie postawienie go właśnie w takim miejscu i to w dodatku – prawdopodobnie – bez żadnych zabezpieczeń, które sprawiłyby, że stałby on nad bagiennym gruntem albo to, że byłaby mniejsza szansa na to, że grunt ten go pochłonie. Nie traktował tego jak wyścigu z czasem, bo czas – dużo czasu – było czymś, co potrzebne by było, żeby taka posiadłość spoczęła w bagnie do takiego poziomu, że nawet nie dałoby się wejść do środka. Z drugiej strony, nie wiedzieliby o tym, gdyby nie było to coś niebezpiecznego… i tak chciał wydostać się z tego miejsca tak szybko, jak było to możliwe. Nie miał zamiaru też szukać tu kosztowności, choć jego złodziejska natura kusiła go, żeby to zrobił i, żeby patrzył też na to, jak na kolejną możliwość wzbogacenia się, gdy już ucieknie stąd i będzie mógł sprzedać to, co udało mu się „zdobyć”. On natomiast uciszył te szepty tym, że nie znalazł się tutaj jako złodziej wykonujący robotę.

Przez chwilę myślał nad tym, czy powinien sprawdzać drzwi po kolei, czy może najpierw poszukać tych jednych, konkretnych drzwi z wyrzeźbionymi na nich kwiatami. To pierwsze zajęłoby trochę dłużej, ale nie dość, że i tak chciałby posprawdzać wszystkie pomieszczenia, to może też być tak, że będą tam ukryte jakieś informacje, których inaczej nie będzie dało się znaleźć. Poza tym, może też trafić na bibliotekę lub gabinet głowy rodziny, gdzie może znajdzie też coś na temat osób, które mieszkały tu wcześniej. Z drugiej strony, może lepiej będzie najpierw sprawdzić, czy znajduje się tu pomieszczenie, do którego prowadzą drzwi z obrazu. Później zawsze może zająć się sprawdzaniem pozostałych drzwi i tego, gdzie one go zaprowadzą. Dlatego też przeszedł się długim korytarzem i mijał kolejne drzwi. Były od siebie dość znacznie oddalone, a naliczył ich tylko po trzy po każdej z dwóch stron. Niestety, nie trafił na te, których szukał… więc postanowił, że spróbuje otworzyć ostatnie, które zobaczył. Jedne z tych po lewej stronie, kolorem przypominały te z obrazu, jednak nie miały na sobie żadnych grawerunków.
         – Może nie będą magicznie zapieczętowane – powiedział cicho, sam do siebie. Chwilę później wyciągnął swoje wytrychy i kucnął przy nich. Najpierw w dziurkę od klucza włożył wytrych, a później napinacz. Skupił się na tym, co robił, na wyczuciu maleńkich wibracji, które towarzyszyły każdemu poprawnemu przełożeniu zapadki. Był w tym dobry, naprawdę dobry, co było poparte jego wieloletnim doświadczeniem – właśnie dlatego zajęło mu to tylko chwilę, a drzwi otworzyły się przed nim.
Za nimi znajdował się zwyczajny pokój gościnny, a przynajmniej kiedyś był właśnie tym. Wyposażony zwyczajnie, w komplet mebli, które umożliwiały przebywającej tu osobie zwyczajne funkcjonowanie, choć teraz były w opłakanym stanie. Drewniane meble rozpadały się, a gdy tylko Salazar otworzył drzwi na oścież, obok jego stopy przebiegła grupa myszy złożona z kilku dorosłych osobników. Szybko sprawdził pomieszczenie, głównie skupił się na wszelakich szufladach, ale nie udało mu się tu znaleźć niczego, co pomogłoby w zadaniu, które wyznaczył im mieszkający… nie, uwięziony, tu duch. Sprawdził też pokoje obok, aby upewnić się, że jego przypuszczenia są słuszne i były – pozostałe dwa pomieszczenia po lewej stronie również były pokojami gościnnymi. Podejrzewał, że te po prawej też mogły kiedyś być tym samym, ale, z drugiej strony, była to czyjaś posiadłość, a nie karczma, więc może się mylił. Wolał się mylić, bo to oznaczało, że drzwi po prawej mogą prowadzić do ciekawszych pomieszczeń.

Tym razem postanowił, że sprawdzi te, które znajdowały się naprzeciw ostatnich po lewej. Wyglądało to podobnie, jak wcześniej – kucnięcie z narzędziami i próba otwarcia zamka, która zakończyła się sukcesem. Drzwi puściły, ale jego elfi słuch wyłapał coś jeszcze, dodatkowy szczęk mechanizmu, który aktywował się, gdy tylko spróbował otworzyć drzwi. Nie myślał długo i zadziałał odruchowo. Od razu odskoczył w bok i przeturlał się po drewnianej podłodze.
Wybuch był nieduży, ale zniszczył drzwi i prawdopodobnie to samo spotkałoby jego twarz albo nawet całą głowę, gdyby nie zareagował tak szybko. Z drugiej strony, odgłos wybuchu był też na tyle głośny, że rozniósł się echem po całej posiadłości. Mroczny elf wstał, schował wytrychy i poprawił ubranie. Później uśmiechnął się lekko sam do siebie. Wyglądało na to, że trafił na coś, co może okazać się przydatne. Inaczej, drzwi nie byłyby zabezpieczone pułapką. Zajrzał do środka, gdzie po chwili też wszedł. Pomieszczenie wyglądało na coś w rodzaju niewielkiego biura i, choć meble też ulegały już niszczeniu, to wybuch tego nie przyspieszył.
Awatar użytkownika
Villemo
Kroczący pośród cudzych Marzeń
Posty: 430
Rejestracja: 11 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Mag
Kontakt:

Post autor: Villemo »

Strych był zagracony do granic możliwości. Nawet jeżeli gdzieś były drzwi, to musiałyby odsunąć wszystkie stare meble i dostać się do ścian. Wydało się mało prawdopodobne, by znalazły tutaj jakieś dodatkowe wejście, do tajemniczego pokoju. Mimo to, skoro już się tu znalazły to warto było się rozejrzeć. Luna poszła w jedną stronę, więc Villemo wybrała przeciwną. Nie lubiła kurzu, ale znaleźli się w takiej sytuacji, że ubrudzenie się nie miało większego znaczenia. Przez chwilę stała i rozglądała się. Nie chciała "przekopywać" się przez sterty gratów bez choćby najmniejszej przesłanki, że coś znajdzie. Nagle dostrzegła, że w rogu pokoju stoi kufer, którego wieko blokowała sterta starych książek. Ruszyła w jego stronę. Zgarnęła książki na podłogę i chwyciła wieko. O dziwo kufer nie był zamknięty na klucz. W środku znajdowała się srebrna suknia. Vi wyjęła ją unosząc do góry. Wtem coś stuknęło o dno skrzyni. Odłożyła kreację i zajrzała do środka. Sięgnęła ręką w głąb i wyczuła pod palcami jakiś przedmiot. Wyciągnęła go.

W dłoniach miała duży, złoty medalion na grubym łańcuszku. Od razu poznała, że to sekretnik i otwarła go. Spodziewała się znaleźć w środku jakiś szkic, który przedstawiałby czyjąś twarz, ale w środku było coś zupełnie innego. Kolejny klucz, a raczej malutki kluczyk, który z pewnością nie otwierał żadnych drzwi. Villemo od razu pomyślała, że to musi być klucz do jakiejś szkatułki.
- Hej, Luna? - zawołała.
- Znalazłaś może jakieś puzderko? - Villemo wstała od drewnianego kufra i ruszyła w stronę, w której znajdowała się czarodziejka. Nagle usłyszała huk i zobaczyła jak belka ze stropu traci podparcie, tuż nad głową skrzydlatej. Nemorianka rzuciła się na pomoc towarzyszce. Dosłownie rzuciła się w jej stronę. Zdzierając przy tym skórę na całym przedramieniu. Wolną ręką rzuciła zaklęcie w stronę belki. Magią istnienia próbowała powstrzymać jej upadek, "budując" nową podporę.
- Uciekaj! - nakazała dziewczynie. Luna szybko przemknęła pod belką i zaczęła zbiegać po schodach w dół. Vi utrzymywała zaklęcie. Wiedziała bowiem, że kiedy przestanie, jej podpora runie, nie wytrzyma naporu dachu. Odczołgała się na bezpieczną odległość, wstała ostrożnie, a potem biegiem ruszyła w stronę wyjścia. Za sobą słyszała tylko trzask i kolejny huk. Belka puściła, a część dachu zwaliła się do wnętrza budynku. Na szczęście obie kobiety były już względnie bezpieczne na piętrze.
- Luna? Nic ci nie jest? - zapytała troskliwie.
- Ten wcześniejszy huk... To on złamał belkę. Dobiegał z piętra, z drugiej strony posiadłości... - wypowiedziała na głos swoje spostrzeżenia.
- Musimy znaleźć Salazara, na pewno ma z tym coś wspólnego.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mgliste Bagna”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości