Zimowy OgródZimowa Maskarada

Wiecznie zimowy ogród, w którym odbywa się Zimowa Maskarada...
Awatar użytkownika
Pani Losu
Urzeczywistniający Marzenia
Posty: 584
Rejestracja: 9 lat temu
Kontakt:

Zimowa Maskarada

Post autor: Pani Losu » 4 lat temu

        Gdyby jakiś podróżnik zgubił drogę i zawędrował poza granice Alaranii, w kierunku miejsc, które słyną z wiecznie śnieżnego krajobrazu, a jednocześnie nie są odległymi krajami Północy, zrozumiałby, jak magiczne jest to miejsce. Śnieżny puch od zawsze był tu tak lekki, że zdawał się unosić nad powierzchnią ziemi, a lodowe półki i góry nierzadko przybierały kształty żywych istot. Choć wszystko pokryte było grubą warstwą lodu i śniegu, nie dało się nie zauważyć, jak barwne było otoczenie. Gwiazdy skrzące się na niebie, odbijały się w spokojnej powierzchni lodu, który w takich okolicznościach zdawał się być nie tylko bajecznie błękitny, ale także intensywnie srebrzysty, fiołkowy, szmaragdowy, a niektóre jego fragmenty przypominały prawdziwe szlachetne rubiny. Każdy koneser jubilerstwa czułby się wśród tego krajobrazu, jak ryba w wodzie. Ryby w wodzie nie czuły się jednak tak dobrze, jakby mogły się czuć. Była to bowiem kraina, która przed wiekami zamarzła tak bardzo, iż w wolnym terenie nie można było na niej znaleźć ani kropli wody, która nie zdążyła się jeszcze zamienić w kryształy lodu. Nikt nie wiedział, dlaczego lodowa kraina nie topniała nawet, gdy wokół panowały całkiem znośne dla przeciętnego człowieka temperatury… Nikt nie wiedział, czy w tamtym miejscu znajdzie choć jedną żywą istotę. Nikt nie wiedział, czy kiedykolwiek wróci z tamtego miejsca żywy.
        Zerwał się wiatr. Uniósł śnieg, który jeszcze przed chwilą zdawał się być zastygłą powłoką przykrywającą wszystko wokół. Każdy, kto przechodziłby wtedy przez tę odległą krainę, nie byłby w stanie zobaczyć nawet własnej dłoni. Gdy śnieżyca nagle gwałtowanie opadła, w oddali można było dostrzec coś, czego nie widział nigdy wcześniej. Ogromna lodowa ściana wznosiła się ku niebu, sięgała chmur, a później znikała w nich, by nikt nigdy nie dosięgnął jej szczytu. Wokół panowała absolutna cisza. Nawet wiatr nie śmiał już wtedy wzbudzić szmeru, a śnieg nie zaskrzypiał ani razu, nawet pod naciskiem najcięższych butów. Ogrom ściany budził nie tylko podziw, ale i respekt. Ten mur w całości złożony z lodu, który na pewno zwykłym lodem nie był, wywoływał drżenie serca nawet u najbardziej odważnych podróżnych. W pewien sposób budził także inne uczucie. Uczucie, które mówiło, że to właśnie tam ma się udać. Ma zbliżyć się do tej przerażającej ściany, odnaleźć w niej tunel i wkroczyć między chłodne ściany muru, który zdawał się strzec coś niezwykle tajemniczego.
        Gdy wędrowiec przezwycięży już chęć ucieczki, znajdzie po drugiej stronie ogromny ogród, za wielkimi białymi żywopłotami. Figury zastygłe w rozmaitych pozach, iglaste drzewa uginające się pod ciężarem śniegu i misterne krzewy, których gałęzie w całości pokryte były lodem. Tutaj, przed wejściem do ogrodu, wiatr hulał w najlepsze, zagłuszając coś, co mogło być jednocześnie muzyką, rozmową, krzykiem lub jedynie szeptem. Delikatna jak koronka, biała mgła przysłaniała nieco to, co znajdowało się za imponującą srebrną bramą, przy której stały posągi dwóch dzierżących szable rycerzy. Baczny obserwator zauważyłby pewnie od razu, iż owe posągi nie są tak nieruchome, jak być powinny. Jednak dla przeciętnej osoby ogromnym zaskoczeniem byłoby to, że posągi poruszają się, gdy ktoś spróbuje przekroczyć próg srebrnej bramy. Gdyby ktoś znał tego rodzaju sztuczki, wiedziałby, iż tego typu strażnicy, choć wykuci w lodzie, są nie tylko bardzo wytrzymali… Potrafią być także bardzo brutalni. Nie trzeba więc być mistrzem dedukcji, by zrozumieć, iż długo będzie trzeba jeszcze znosić chłodny wiatr, który ciska śnieg w twarz. Brama bowiem nie otworzy się, póki jej właścicielka nie podejmie takowej decyzji.
        Lecz żaden zagubiony podróżnik nie mógłby dostrzec tego wszystkiego. Takową możliwość mają bowiem jedynie osoby obdarzone ogromnym przywilejem. Przywilejem uczestnictwa w balu organizowanym przez niezwykłą istotę, która może więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuścić. Nawet ona sama.

Awatar użytkownika
Naoki
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 116
Rejestracja: 8 lat temu
Kontakt:

Post autor: Naoki » 4 lat temu

Przez krainę lodu i śniegu wędrowała powolnym krokiem mała, przygarbiona postać, odziana w wysokie wojskowe buty i bardzo długi płaszcz, spod którego nie widać było reszty jego odziania. Mały kotołak w swej ludzkiej postaci parł naprzód z nisko pochyloną głową. Od tej pozycji bolały go już ramiona i kark, ale nie mógł się wyprostować, bo gdy szedł prosto, śnieg wpadał mu do oczu, a wiatr zrywał kaptur z głowy. Gdy kolejny silny podmuch wiatru i niesiona przez niego fala śniegu niemalże zwaliły chłopaka z nóg, puścił wiązankę przekleństw, i to jedną z tych, które zazwyczaj można usłyszeć o poranku od nieszczęśnika, który po upojnej nocy z tanim winem obudził się w rynsztoku. Po raz kolejny pożałował, że zdecydował się na podróż do tej skutej lodem ziemi. Mógłby teraz grzać się na jakiejś pustyni albo w innym ciepłym regionie Alaranii. Co więc skłoniło go, aby tu przybyć?
Otóż, ostatnimi czasy prowadził spokojne i dostatnie życie na dworze pewnej bardzo bogatej damy, która po śmierci męża miast szukać kolejnego kandydata stała się silną i niezależną kobietą i sprawiła sobie dwadzieścia kotów. Naoki nie musiał się więc nawet starać, aby wejść w jej łaski. Jednak po jakimś czasie mięciutkie poduszki i świetne jedzenie zaczęły mu brzydnąć, a kolejne dni leniuchowania stawały się istną torturą. Zaczął więc planować kolejną podróż. Następnej nocy, podczas studiowania map w towarzystwie miski ciepłego mleka, Nao zapadł w głęboki sen. Śniły mu się góry, zwierzęta stworzone ze śniegu, raj pełen drogich klejnotów. Sen był niebywale realistyczny i o dziwo kotołak po przebudzeniu pamiętał go ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami. Gdy spojrzał na mapę, która służyła mu za poduszkę, od razu zrozumiał, że instynktownie wie dokąd i którędy podążać. I jeszcze tego samego dnia wyruszył, kierując się wspomnianym dziwnym przeczuciem i znakami ze snu.
Tak właśnie, w olbrzymim skrócie, dotarł aż tutaj. Potknął się o wystający kawałek lodu i to wyrwało go z rozmyślań. Dopiero teraz zauważył, że wichura nagle ustała. Podniósł głowę, a jego oczy natychmiast się rozszerzyły i rozbłysły. Wszędzie dookoła lód mienił się różnorakimi kolorami, które przywodziły na myśl to, co Nao uwielbiał najbardziej - drogie błyskotki. Kotołak momentalnie zapomniał o zimnie czy zmęczeniu i zaczął radośnie biegać po okolicy, przypatrując się z bliska każdemu kolorowi. Z lekkim zawodem upewnił się, że wszystko, co widział to tylko lód, a o prawdziwych klejnotach, które widział we śnie, mógł zapomnieć. Czuł się zawiedziony, ale z drugiej strony widok tego miejsca napełnił go nową siłą. Wyczuwał, że jest już bardzo blisko ostatecznego celu. Ponownie ruszył naprzód, w stronę olbrzymich gór, które przysłaniały cały horyzont.
Po jakimś czasie zorientował się, że to co wziął za góry, jest w rzeczywistości olbrzymią ścianą lodu, tak wysoką, że nie można było dostrzec jej szczytu. Naoki przystanął, jednocześnie zachwycony i zaniepokojony. A co, jeśli to miejsce było siedzibą bogów bądź olbrzymów, o których słyszał tak wiele bajek? Co prawda lubił poznawać nowe istoty, ale z olbrzymami raczej wolałby nie mieć do czynienia. Mimo tego, nie mógł się teraz poddać. Skoro dotarł aż tutaj, powinien był przynajmniej z bliska sprawdzić ten mur.
Ruszył więc więc wzdłuż niego, co chwila rozglądając się na wszystkie strony, aby upewnić się, że nie nadciągają olbrzymy. Po jakimś czasie dostrzegł w tunel wydrążony w lodowej ścianie. Ostrożnie podkradł się wejścia. Na śniegu nie było widać żadnych śladów, więc najwyraźniej nikt tędy nie uczęszczał. Tunel był raczej za mały dla olbrzymów, a gdy Nao zajrzał do środka, nikogo nie dostrzegł i niczego nie usłyszał. Wydawało się być pusto... więc wszedł do środka i ruszył w głąb tunelu, przyciśnięty do jednej ściany. Nagle zobaczył przed sobą bramę i dwóch strażników. Odruchowo rzucił się w bok, ukrył w jednym z wgłębień w ścianie i czekał z zapartym tchem. Nic się jednak nie stało, wiec najwidoczniej strażnicy go nie zauważyli. Wychylił ostrożnie głowę i przyjrzał się im dokładniej, po czym westchnął z ulgą i zbeształ się w duchu za swoją głupotę, bowiem nie byli to strażnicy, a tylko lodowe figury. Nao podszedł bliżej, aby lepiej się im przyjrzeć. Mimo wszystko, to miejsce było niepokojące. Dlaczego na środku lodowego pustkowia, w olbrzymiej ścianie lodu, ktoś postawił bramę i posągi? Teraz Nao naprawdę bał się, że trafił do krainy bogów. Mimo strachu tak jak wcześniej postanowił zajść jeszcze dalej. Przyjrzał się uważnie bramie. Była zamknięta, ale w kociej formie być może dałby się prześlizgnąć...
Jednak gdy zrobił kolejny krok, zauważył kątem oka jakichś ruch od strony jednej z rzeźb. Instynktownie odskoczył w tył i chwycił za miecz, gotowy stanąć do walki. Atak jednak nie nadszedł, a posągi znów wydawały się nieruchome. Może tylko mu się wydawało? Postanowił to sprawdzić. Odsunął dość daleko od strażników, po czym rzucił w jednego dość dużą śnieżką i czekał, co się stanie.

Rayla
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 99
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rayla » 4 lat temu

- Jak ty pięknie wyglądasz! - Krzyknęła Alaya, jednocześnie przewracając się w łożu Rayli. Nie było w tym nic związanego z erotyką! Pokusa leżała na nim w kompletnym odzieniu, a to dlatego, że nie mogła doczekać się, aż ujrzy w końcu przyjaciółkę w sukni, którą jej sprowadziła. Czerwono czarna szata* z gorsetem oraz rękawiczkami nieco matowymi o delikatnej, fioletowej nucie. Do tego wstążeczka na szyi, odrobinę biżuterii i makijaż podkreślający jej urodę... Jeszcze tylko gdzieś tutaj obuwie się plątało... Czarne kozaki z obcasem... Wszystko tak jak ją o to prosiła, a to ze względu na specjalną uroczystość, o której szeptali jedynie nieliczni. Piękny bal w krainie wiecznych lodów... i tutaj wielu głowiło się, gdzie to u diabła jest... O tym wiedział już mało kto, i to dosłownie. Niestety, ale jako osóbka lubująca się w bogactwie i egzotyce, piekielna władczyni nie mogła odpuścić sobie takiej uroczystości! Wiele krwi poleciało, zaś jej pałacowe lochy wypełniły się krzykami niewinnych... o ile w Piekle ktoś taki w ogóle przebywał.
- I to wszystko dzięki tobie - odparła, po czym zaczęła przeglądać się w lustrze. Nałożyła jeszcze na twarz swą maskę, tą co zwykle, tłumiąca jej piekielną aurę. Tego elementu jej garderoby braknąć nie mogło... Nie wszędzie witano pokusy z otwartymi ramionami... - Czy mój orszak jest gotowy do drogi? - Rayla nie chciała tracić więcej czasu, wszakże uroczystości "gdzieś w krainie wiecznych lodów" miały się niebawem rozpocząć.
- Ależ oczywiście! Czekają tylko na ciebie, złotko...

***


- Dokąd teraz... dokąd teraz... szlag by to trafił! - Przeklinał pod nosem woźnica. Ten łowca dusz miał raczej kiepską orientację w terenie, a poruszanie się na ślepo wcale nie pomagało. Teleportować wszystkich jeźdźców oraz pokusę w jej karecie... tak, karecie! Czego to nie robi się dla ochrony sukni... poza tym w teraz wyglądała jak prawdziwa arystokratka! Parę elementów dodawało jej jednak renomy, o ile dało się to tak nazwać. Zamiast normalnych koni, całość opierała się na Umbrisach, w dodatku opancerzonych. Samo to zwierze było bardzo groźne, a co dopiero doposażone w tego typu stal, oczywiście ze zdobieniami, bo jakżeby inaczej. Jeźdźcy to oczywiście jej demoniczna gwardia. tak więc o swoje życie mogła być spokojna, w granicach zdrowego rozsądku. Tylko psujący całość, przeklinający piekielny... no cóż, ktoś i tę posadę zająć musiał.
- Jesteś bardzo dobrym szermierzem i za to cię cenię, ale w kwestiach magicznych zjawisk głupiś jak stąd do Leonii. - Nie było w tym ani odrobiny kłamstwa. Ot taki komplement, zwłaszcza z ust Rayli. - Czyżbyś nie zauważył, że wszędzie tylko śnieg i lód, a temperatura jest znośna? - I to by było na tyle w tej sprawie.
"Niech to... śnieżyca." Eskorta piekielnej niemalże przyległa do karety, nie chcąc zgubić się pośród śnieżnej zamieci. Sama pokusa okryła się szczelnie szatami, co by przez warunki atmosferyczne nic nie stało się jej ubiorowi.
- Jedź dalej i bez dyskusji. - Sama wręcz dziwiła się, że to powiedziała. Nie wiedzieli gdzie są dokładnie, a teraz jadą w ślepo... "Chyba kompletnie mi odbiło..."

***


- A cóż to na Władcę Ciemności jest!?! - Podniósł drobny raban woźnica, gdy tylko oczom całego orszaku ukazała się ogromna lodowa ściana. Może widok "nietypowy", ale dziwne przeczucie, które nie opuściło pokusy oraz magia dosłownie wylewająca się z tunelu tegoż tworu natury sprawiała, iż cel jej podróży znajdował się właśnie tutaj.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła, a wszystkie osoby jej towarzyszące spojrzały na nią wręcz zszokowane.
- Pani, jesteś pewna? - spytał jeden z nich. Widząc jednak spojrzenie piekielnej, nie śmiał już dalej drążyć tego zagadnienia. Zeskoczył z konia, po czym jak najprawdziwszy gentleman pomógł jej opuścić karetę. Każdy z tych demonów został wcześniej nauczony etykiety, a miało to miejsce lata temu.
Kobieta upewniła się tylko, czy jej suknia aby nie ucierpiała, po czym przywróciła ją do należytego porządku tu i ówdzie.
- Oddalcie się nieco, co by nie spłoszyć innych dostojnych gości. - Zapewne przesłodziła nieco, ale niechaj w tym dniu i inni zaznają odrobiny dobroci! Ot co...
Chwilę później zniknęła gdzieś wewnątrz tunelu...

***


"Imponująca brama" Z całości otoczenia to właśnie ona rzuciła się piekielnej najbardziej w oczy. Następnie zwróciła uwagę na "strażników", a raczej dwa lodowe posągi... Okryła się szczelniej karmazynową szatą, a to z racji tego, iż wiatr hulał dość mocno. "A mogłam wziąć ze sobą zbroję..." Jednak coś nie do końca pasowało pokusie, a konkretniej właśnie te dwie rzeźby ustawione przy wejściu. Niby normalne ozdoby... ale takowe nie emanowały magią! Poza tym, dlaczego wrota był zamknięte? Czyżby się za bardzo pośpieszyła, a wszelkie plotki oraz osoby "informujące" o tym wydarzeniu łgały?
Na tle tego wszystkiego wyróżniał się pewien niski mężczyzna w długim płaszczu, do tego rzucający w posągi śnieżkami... "Młody kotołak... nietypowa osobistość na balu." Aura prawdę ci powie...
- Na twoim miejscu uważałabym z tą zabawą - zwróciła się do niego. Najwidoczniej przez te wszystkie lata okrucieństw, właśnie dzisiaj przypadał dzień dobroci... Co te tajemnicze krainy robią z pokusami... - Te "istoty" mogą nie zachowywać się pasywnie przez cały ten czas. - Dodała, zbliżając się nieco do jego osóbki.


*szata - wygląda mniej więcej tak, opisać ten strój to nie na moje siły...
Ostatnio edytowane przez Rayla 4 lat temu, edytowano łącznie 4 razy.

Awatar użytkownika
Nari
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nari » 4 lat temu

Z karczmy znajdującej się na skraju drogi dobiegał donośny hałas. Gdy nadszedł wieczór miejscowi zakończywszy swoją pracę udali się do gospody, aby w towarzystwie innych ludzi i sporej ilości alkoholu odpocząć od codzienności. Wewnątrz panowała niezwykle przyjazna atmosfera. Na pierwszy rzut oka każdy wyglądał na zadowolonego, jednak wbrew pozorom nie wszyscy obecni w karczmie podzielali entuzjazm biesiadujących gości...
W pokoju na poddaszu panował półmrok, jedynym źródłem światła była przygasająca już świeca. Pomieszczenie było skromnie umeblowane, w jego wnętrzu znajdowała się jedynie wersalka, krzesło oraz niewielki stół. Wewnątrz przebywał samotny człowiek, młody człowiek. Przyodziewał typowy dla szlachty ubiór - żupan oraz kontusz. Fioletowe tęczówki i długie niemalże do ramion kruczoczarne włosy nadawały mu odrobinę szykowności. W rzeczywistości nie był to zwyczajny młody człowiek, lecz Upiór opętujący ciało niewinnej ofiary. Mężczyzna nerwowo zapisywał coś na pergaminie korzystając z pisma runicznego, niestety odgłosy biesiady niezwykle utrudniały mu skupienie się na wykonywanej czynności. Ponadto ciemność i nieustannie ubywający z kałamarza atrament również nie ułatwiały zadania. Szlachcic ciągle przekreślał błędnie zapisanie znaki i kreślił je na nowo niepotrzebnie marnując czas i tusz. Ostatnie wydarzenia nie wpływały dobrze na jego zdrowie psychiczne. Nari znalazł dość bogatego magnata, którego z łatwością opętał, jednakże błyskawicznie przetrwonił cały jego majątek podczas gry w karty. Jedna noc sprawiła, że został zmuszony porzucić wykwintne potrawy i zadowolić się miską soczewicy. Dodatkowo nie miał żadnego stałego źródła zarobku, a pieniądze ubywały z jego sakiewki w zastraszającym tempie.
Nagle Nari usłyszał pukanie. Ot, zwyczajne trzy uderzenia w drzwi mające na celu zwrócenie uwagi lokatorowi, aby otworzył drzwi. Upiór nie spuszczając wzroku ze swoich zapisków wykrzyczał jedno słowo.
- Wejść!
Mimo odzewu nikt nie śmiał wkroczyć do pomieszczenia. Upiór spojrzał na leżący obok kałamarza klucz. Przecież nie zamykał drzwi. Doskonale to pamiętał, problemy z pamięcią jeszcze mu nie doskwierają. Nari z obojętnością powrócił do swoich notatek. Chwilę później ponownie ktoś zapukał do drzwi przerywając pracę Upiora.
- Wejść! Drzwi otwarte!
Nari był mocno zirytowany. Czyżby pijani goście z nudów zaczęli mu przeszkadzać? Upiór obiecał sobie, że zamorduje wszystkich lekkomyślnych upitych delikwentów śmiących zakłócać jego spokój. Powróciwszy do pracy przypadkowo zrzucił na ziemię kałamarz rozlewając cały tusz. Tym samym został zmuszony do zakończenia swojej roboty. Upiór zaklął i położył się na wersalce, jednak nie zamierzał spać. Leżał nieruchomo, spowity całunem mroku i zaczął rozmyślać.
"Dlaczegóż to ostatnimi czasy wszystko zwraca się przeciw mnie? Czymże sobie zasłużyłem na taki los? Czy naprawdę poświęcając jedno jestestwo, aby móc zaznać rozkoszy śmiertelników popełniam aż tak wielką zbrodnię?"
Upiór przymknął oczy. Od dłuższego czasu brakowało mu rozrywki. Przez głowę przeleciała mu myśl o samobójstwie i ponownym opętaniu kogoś zamożnego, jednak ze względu na ból towarzyszący przebywaniu w umierającym ciele szybko odrzucił tę koncepcję. Jakiś czas później ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Nari momentalnie zerwał się z wersalki. Owładnięty furią dobył miecza i ruszył w kierunku drzwi. Otworzywszy je poczuł pętające go okowy zimna. Świeca natychmiast zgasła, a do pomieszczenia wtargnął wiatr. Zawierucha bez problemu poprzewracała znajdujące się w pomieszczeniu meble. Upiór mocno zdezorientowany opuścił wynajęty pokój i nie mógł uwierzyć własnym (A właściwie to czyimś...) oczom. Korytarz, schody, ściany karczmy, drzwi do innych pomieszczeń... To wszystko zniknęło. Nari znajdował się na jakimś skutym lodem odludziu. Przestraszony wykonał kilka kroków w tył, lecz drzwi, którymi przybył zniknęły bez śladu. Dalsze odkrycia również mocno zaskoczyły Upiora. Jego ubiór całkowicie się zmienił - żupan zniknął wraz z kontuszem. Zamiast tego przyodziewał elegancki męski strój wieczorowy przypominający smoking. Ubiór Nariego tak jak jego tęczówki miał kolor fioletowy. Na lewej dłoni pojawiły się dwa sygnety - jeden z szafirem, drugi z szmaragdem.
- Cóż u czarta... Co to wszystko ma znaczyć?!
Nari uniósł głowę i wykrzyczał te słowa spoglądając w powite zorzą polarną niebo. Miał wrażenie, że jakaś siła wyższa zaczęła kierować jego losem. Tylko dlaczego akurat nim? Co prawda brakowało mu rozrywki, lecz mając do wyboru pobyt w karczmie w towarzystwie pijanego pospólstwa, a spędzenie nocy samotnie na pokrytym śniegiem pustkowi bez wahania wybrałby pierwszą opcję. Upiór nie wiedząc, co powinien zrobić ruszył przed siebie. Z powodu utraty pochwy na miecz Nari porzucił swoje ostrze. Choć temperatura była w miarę znośna, to wszechobecny wiatr strasznie utrudniał wędrówkę. Lodowaty wicher i pokrywa śnieżna utrudniały utrzymanie równowagi podczas przemierzania tej lodowej krainy. Dodatkowo śnieżyca niezwykle zmniejszała widoczność. Zwykły marsz był tu dla Nariego mordęgą, zwykłe minuty zdawały się trwać w nieskończoność. Upiór zaczął wątpić, że kiedykolwiek dokądś dotrze. Gdyby tylko miał miecz zapewne pozbawiłby to ciało życia. Tak byłoby szybciej i prościej niż podczas powolnego zamarzania...
Po kilkunastu minutach marszu będącego niewyobrażalnymi torturami Nari ujrzał olbrzymi lodowy mur. Upiór poczuł dziwne uczucie nakazujące zbliżenie się do tej konstrukcji. Nie miał pojęcie dlaczego to robi... Po prostu nie był w stanie przezwyciężyć pokusy, zupełnie jakby był zahipnotyzowany. Gdy wystarczająco zbliżył się do muru zauważył znajdujący się w nim tunel. To samo uczucie, które chwilę wcześniej zmusiło Upiora do podejścia do muru tym razem nakazało mu wejście w głąb tunelu. Serce opętanego ciała kołatało jak szalone. Nari czuł olbrzymi stres i nie mógł poukładać własnych myśli. Negatywne emocji zniknęły, gdy Upiór ujrzał w tunelu dwie postacie wyglądające na ludzi. Nieco dalej znajdowały się dwa lodowe posągi przedstawiający rycerzy. Pomniki emanowały olbrzymią ilością magii. Nari bez problemu domyślił się, że nie są zwyczajne wykute w lodzie rzeźby, lecz coś o wiele bardziej ambitnego... tylko co? Kto i dlaczego mógłby zakląć figury zrobione z tak kruchego materiału? Upiór bez pośpiechu ruszył w stronę mężczyzny, kobiety i lodowych żołnierzy zachowując przy tym szczególną ostrożność...

Awatar użytkownika
Derogan
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Derogan » 4 lat temu

Derogan siedział przy stoliku w karczmie w Fargoth i wpatrywał się w niewielki mieszek z pieniędzmi. Inni ludzie znajdujący się w środku przyglądali się samotnemu młodzieńcowi wyróżniającemu się z tłumu z zaciekawieniem. Ten po chwili westchnął, wyciągnął jedną złotą monetę i schował mieszek za pazuchę. Do stolika nagle przysiadł się człowiek wyglądający na takiego, który poradziłby sobie wszędzie – chytry wyraz twarzy, wyważone ruchy i pewien błysk w oku.
- Gdzie moja zapłata?
        Derogan przesunął w jego stronę złotą monetę, którą ten raptownie chwycił i szybko gdzieś schował, młodzieniec nie zdołał dostrzec, gdzie.
- Bardzo cieszy mnie nasza współpraca, powinniśmy ją kontynuować.
~Derogan, wychodzimy stąd natychmiast!
~Co takiego?
~Wyjeżdżamy z miasta, czeka nas długa podróż. I żadnych pytań, nie ma na to czasu.
~Jak to wyjeżdżamy? Dokąd? Dlaczego?
~Naucz się łaskawie słuchać.
~Przecież nie mogę stąd tak po prostu wyjść.
~Możesz, to ważne. Wychodzimy stąd, już.

        Derogan westchnął i wstał, po czym wyszedł z karczmy, nie oglądając się nawet za człowieka, z którym przed chwilą rozmawiał. Kiedy Hagryvd mówił tym tonem, jak najbardziej należało się go słuchać. Czym prędzej osiodłał konia i po chwili już przejeżdżał przez mury miejskie, kierując się tam, gdzie prowadził go anioł.
Młodzieniec przyglądał się ze zmrużonymi oczami starszemu wioski, słuchając z niezadowoleniem jego słów. Wcześniej nie miał pojęcia, dokąd tak właściwie wiódł go Hagryvd, teraz jednak okazywało się, że nie będzie to raczej zbyt przyjazne miejsce.
- Jesteś pewien? - spytał po raz kolejny, pragnąc, aby tym razem odpowiedź zabrzmiała całkowicie inaczej.
- Ależ, panie, oczywiście. Ten twój chuderlawy koń nie da rady jechać na takim mrozie, sam też powinieneś zdobyć jakieś lepsze odzienie, bo na tym to zaraz przewietrzejesz. Na szczęście, panie, akurat mamy mnóstwo odpowiednich strojów na mróz.
- Ile płacę?
        Wieśniak spojrzał z zamyśleniem na konia Derogana, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Ten koń będzie w sam raz.
- Co?! Jest zdecydowanie droższy, niż jakieś tam ubrania!
~Zgódź się. Koń i tak ci się po nic nie przyda, a wątpię, aby ci ludzie zdołali ci zapłacić w inny sposób. Wtedy rozwiążesz nasze dwa problemy za jednym razem.
~Ech, mam nadzieję, że to jest tego warte. Ten koń tani nie był.

- Chociaż po namyśle... niech wam będzie – powiedział Derogan, ściskając dłoń rozszerzonego mężczyzny.
Szedł przez lodową pustynię, opatulony w zadziwiająco ciepły płaszcz i rozgrzewany przez niewielki płomień unoszący się nad jego wyciągniętą dłonią. Magiczny ogień rozświetlał niewielki odcinek drogi przed nim, ale nie był wystarczająco jasny, aby Derogan mógł zobaczyć cokolwiek bardziej od niego oddalonego.. Miecz na jego plecach z każdą chwilą zdawał się robić coraz cięższy, długa podróż i przejmujący mróz znacznie uszczupliły siły młodzieńca. W pewnym momencie zaczęło mu się zdawać, że przed nim niebo łączy się z ziemią. Czuł, jak z każdym krokiem wykonanie kolejnego kosztowało go coraz więcej sił.
~Długo już tak nie pociągnę, Hagryvd.
~Wytrzymaj, to już niedaleko.

        Derogan zamrugał, starając się pozbyć czerni sprzed oczu. Zdawało mu się, że widzi jakąś jasną sylwetkę, która szła obok niego, dokładnie tym samym tempem. Niespodziewanie w pewnym momencie zawierucha zniknęła, a jego oczom ukazał się potężny, lodowy mur. Teraz zrozumiał, skąd brało się złudzenie zlewania się nieba i ziemi. Sięgnął do pleców i zacisnął dłoń na rękojeści miecza, czując częściowo wracające siły. Wyprostował się i rozejrzał się. Miejsce, w którym się znajdował było zaiste piękne. Lód mienił się wieloma barwami, tworząc niesamowitą iluzję. Derogan spojrzał na lodowy mur i szybko dostrzegł srebrzystą bramę, przy której znajdowały się dwie wielkie rzeźby. Nie wiedział dokładnie co, ale coś ciągnęło go w tamtym kierunku. Ruszył powolnym krokiem w stronę bramy. Zauważył, że nie jest w tym miejscu sam. Przed bramą zebrała się grupka kilku osób. Póki co wolał nie zwracać na siebie uwagi, więc zatrzymał się w odległości kilku kroków od nich.
~No i chyba jesteśmy. Co teraz?
~Teraz czekamy?
~Na co?
~A jak sądzisz? Aż brama się otworzy?
~Skąd ty niby wiesz takie rzeczy?
~Wiem o wiele więcej, niż ci mówię. Więc bądź tak łaskaw i czekaj, nie wywołuj żadnego pożaru ani czegoś w tym stylu, bo prostu nie zachowuj się jak ty.
~Masz to zapewnione.

Awatar użytkownika
Ragnex
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Tarnobrzeg
Kontakt:

Post autor: Ragnex » 4 lat temu

Burza śnieżna była jedyną przeszkodą, która utrudniała Łowcy widoczność. Płatki śniegu lądowały na czarnym płaszczu, którego końce fruwały w różnych kierunkach. Ragnex czuł się nieswojo, nie miał swojego kaptura, przez co jego twarz była widoczna. „ Że też zechciało mi się uczestniczy w tej zabawie jaką jest Bal Maskowy organizowany na tym odludziu, z drugiej strony jestem jednym z nielicznych, który ma takowy wstęp na ten oto bal.” Dłonie w skórzanych rękawicach nie czuły chłodu srogiej burzy. Jednak twarz Sai’a była wystawiona na chłód, co jakiś czas pojedynczy płatek wpadał do oka protagonisty. Łowca wyjął karnawałową maskę i założył ją, z nadzieją na rozgrzanie, chłodnej twarzy.

Jaquze dobrze pamiętał bale, na których bywał za czasów młodości. Za każdym razem udawał zamożnego, ekstrawaganckiego, pełnego wdzięku – szlachcica. Czerpał z tego wielką przyjemność. Nie czuł się wtedy jak chłop. Każdy traktował go z powagą. Ale to były zamierzchłe czasy. Piękne wspomnienia, które dawały mu często nadzieje. Brakowało mu tego. Ragnex poprawił płaszcz i przyspieszył kroku.
W pewnym momencie burza zniknęła. Nie dowierzając własnym oczom Sai, zdjał przylegając do twarzy srebrzystą maskę oraz przetarł oczy mając nadzieje, że to zwidy. Przed sobą widział wielką ścianę lodu sięgającą aż do gwiazd. Łowca zatrzymał się, wziął oddech i zaczął się zastanawiać, co to ma oznaczać? Bowiem miał tu być bal, a nie jakaś ściana lodu! Tupnął. W tym momencie nie wiedział co począć, iść dalej, a może zatrzymać się i czekać albo jeszcze lepiej wrócić. Chwila zastanowienia. „ Dostałem zaproszenie, jako jeden z nielicznych i widzę tutaj ścianę lodu?! To jest niedopuszczalne!” Ragnex rzucił maską w śnieg, po czym ją podniósł. Otrzepał ją ze śniegu i ponownie założył. Miał dosyć niekończącej się wędrówki. Jednak coś kazało mu iść i ruszył w stronę tejże ściany…

Chwile później przed sobą zobaczył bramę, ogromną bramę srebrzystą niczym jego maska. Ale oprócz bramy zauważył też cztery osobnik stojące przed takową bramą. Jednym osobnikiem był mężczyzna w płaszczu, który rzucał w lodowych strażników śnieżkami. Drugim osobnikiem była kobieta o oszałamiającej urodzie. Trzecim był szlachcic. Czwartym natomiast, człowiek. Podszedł do nich i uśmiechając się patrzył na „wygłupy” milcząc.

Awatar użytkownika
Jorge
Szukający Snów
Posty: 190
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Jorge » 4 lat temu

        Carax bywał w różnych miejscach, rozległe kontakty rodziny i nietypowi ludzie, z którymi się zadawał, już niejednokrotnie zawiedli go na "bal, jakiego do tej pory nie było". Z tym że większość i tak była taka sama - picie, tańce, flirty. Czasami to wszystko urozmaicały występy jakiś artystów, innym razem solidna burda, jeśli akurat towarzystwo było raczej z tych wybuchowych. Jednak bywanie w takich miejscach skutkowało otrzymywaniem kolejnych zaproszeń od osób, który Jorge zapadł w pamięć z tego czy innego powodu, dlatego na szermierzu przestało już robić wrażenie to, że jakaś nieznana osoba chce go widzieć w swoich skromnych progach. Tak było i tym razem - po otrzymaniu wiadomości Carax zdziwił się tylko przez chwilę, po czym roześmiał się i ze zrozumieniem pokiwał głową. Pójdzie, oczywiście, że pójdzie. Takim zaproszeniom się nie odmawia.

        Jorge w duchu klął i złorzeczył. Wiedział, że nazwa Zimowy Ogród nie wzięła się znikąd, liczył jednak, że aura będzie chociaż odrobinę bardziej sprzyjająca. Gotów był przysiąc, że przemarzł do kości. Wychodząc ubrał się jak przystało na tego typu uroczystość, w jedwabną koszulę białą jak śnieg, która teraz tylko potęgowała uczucie chłodu, a te wszystkie falbanki i żaboty przy niej jedynie irytowały. Granatowa marynarka z oryginalnymi zdobieniami przy mankietach była na tyle cienka, aby arystokrata nie musiał jej zdejmować w pomieszczeniach, więc również nie zapewniała ciepła. Czarny płaszcz i kapelusz zmieniły kolor na biały i również dawno przestały pełnić swą izolacyjną funkcję. Carax miał już szczerą ochotę, aby zawrócić konia i zapomnieć, że kiedykolwiek wybrał się w te strony. Wtedy jednak śnieg na moment przestał wirować, oczom szermierza ukazała się dziwna, lodowa ściana. Chociaż może "dziwna" to zbyt łagodne określenie... Niemniej Jorge od razu porzucił plan ucieczki - wiedział, że jest na dobrej drodze. I chociaż jego wierzchowiec nie był specjalnie skory, by podejść do tego przytłaczającego, przerażającego muru, więc jazda szła nieco opornie, w końcu dotarli do wylotu tunelu. Stąd Carax poszedł już na piechotę, wykorzystując moment, aby doprowadzić do porządku swój płaszcz i kapelusz, na którego rondzie zebrała się już konkretna warstwa śniegu. Gdy przed sobą szermierz w końcu dojrzał bramę, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni maskę, tak na wszelki wypadek. Nie założył jej wcześniej, bo chyba twarz by mu od niej odpadła - cacko zasłaniało całe oblicze właściciela, nie licząc wycięć na oczy i usta, było wykonane z wielu małych lusterek przyciętych w fantazyjne wzory i ułożonych w przyciągającą wzrok mozaikę.
        Jorge zatrzymał się, gdy tylko opuścił tunel i stanął wśród niewielkiej grupy osób czekających na otwarcie bramy. Towarzystwo zdawało mu się nietypowe, niejednolite i milczące. On sam był od samego początku pewny, że nie spotka na balu nikogo znajomego, nie spodziewał się jednak, że reszta również będzie sobie obca. Każdy stał w bezpiecznej odległości od reszty i wszyscy jedynie spoglądali na siebie, skonsternowani. Cóż się dziwić, kazano im czekać na mrozie w wieczorowych kreacjach, nikt nie byłby zadowolony z takie zachowania, a gospodarzowi należałoby się szybkie przypomnienie z podstawowych zasad gościnności. Carax na moment zmarszczył brwi, gdy jak bumerang wróciła do niego kusząca myśl, by zawrócić i upić się w karczmie z dobrą muzyką i ładnymi kelnerkami, szybko jednak porzucił tę wizję. Zaszedł już za daleko, by to zrobić, zresztą, może jeśli towarzystwo się rozrusza, bal będzie całkiem ciekawy. Z tą myślą Jorge uśmiechnął się kącikiem ust i skłonił przed resztą oczekujących, zwrócony przede wszystkim w kierunku jedynej w towarzystwie kobiety. Bardzo intrygującej kobiety, jeśli chodzi o ścisłość, jednak nie tylko to kierowało Caraxem, a zwykłe zasady dobrego wychowania - damom zawsze należały się szczególne względy, nawet w tak niesprzyjających warunkach pogodowych. Na zagajenie rozmowy szermierz się jednak nie zdobył, przekonany, że szkliwo na zębach popęka mu od tego mrozu, jeśli tylko otworzy usta. Czekał w milczeniu razem z resztą, w palcach obracając swoją maskę.

Awatar użytkownika
Kaynear
Szukający drogi
Posty: 47
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kaynear » 4 lat temu

Piękne miasto. Rapsodia. Arthas jak codziennie przechadzał się po ulicach i szukał zadania. Taki tryb życia mu odpowiadał. Bez zobowiązań i problemów. Nagle przybiegł do niego kurier.
- Ty jesteś Arthas? Łowca potworów? - Zapytał skromnie odziany mężczyzna. Ubrany był w typowy strój kurierski. Torbę z listami i paczkami przewieszoną przez ramię, brązowe spodnie i białą koszulę a na to brązowa kamizelka.
- Tak to ja. We własnej osobie. - Arthas dobrze wiedział, że jeżeli ktoś zna jego imię, to będzie miał dla niego zadanie. Nie miał wrogów, a więc mógł spokojnie podawać swoje dane osobowe.
- Oto list dla pana. - Po czym wręczył zapieczętowaną kopertę. Widniała na niej typowa maska balowa zakrywająca jedynie oczy. Łowca otworzył list i ku jego zdziwieniu nie było tam normalnej treści. Był jedynie rysunek pewnego zamku strzeżonego przez dwóch strażników. Nad obrazkiem widniał napis "Lodowy ogród". Mimo że nigdzie nie było żadnych wskazówek Arthas wiedział gdzie to jest. Po prostu to czuł. Spojrzał jeszcze raz. Napis "Lodowy ogród" rozmazał się, po czym zamienił się na "strój wieczorowy". Młody chłopak nie mógł powstrzymać zdziwienia. W życiu widział wiele magii, jednak takiej sztuczki jeszcze nie widział.
Z zadumy nad zaproszeniem wyrwał go kurier.
- Mam tutaj jeszcze dla Pana sakiewkę. Pieniądze należne ze względu na podatek zostały już zabrane.
- Kto wręczył ci ten list? - Zapytał zaciekawiony Arthas kuriera. Ten wyraźnie zmieszany odpowiedział.
- Nie wiem. Nie pamiętam, aby ktokolwiek mi go wręczał. Tak cudaczną pieczęć na pewno bym pamiętał. Znalazłem go pomiędzy moimi listami oraz przywiązaną sakiewkę. - Ciekawość Arthasa jeszcze bardziej została spotęgowana. Tym bardziej musiał odnaleźć zamek. Łowca podziękował kurierowi, po czym jak najszybciej pobiegł do krawca.
Kupił jeden, z gotowych stroi, a następnie udał się do jubilera. Chciał wyglądać bardzo bogato. Ostatnie zlecenie przyniosło mu naprawdę dużo pieniędzy. Wytargował dwa pierścienie: Jeden ze szmaragdem drugi z jakimś białym kamyczkiem. Po prawdzie Arthas totalnie nie znał się na kamieniach szlachetnych, a więc jubiler mógł mu powiedzieć, że to rubiny a on by nie zauważył różnicy. Założył je i pobiegł do karczmy się przebrać. Założył strój z pierścieniami, a następnie narzucił na siebie płaszcz. Nie chciał zniszczyć stroju. W końcu nie należał do tych tanich. Szybkim krokiem przeszedł do stajni, odczepił Konrada i wyprowadził go na dwór.
- Gdzie tym razem się wybieramy? - Zapytał Konrad zdziwiony ubiorem, jak i pośpiechem Arthasa. - Kogo tym razem zabijamy? Wielki pająk? Wampir? A może tylko zły wilk zjadający owce? - Dopytywał
- Wszystko ci wytłumaczę, jak dojedziemy. A teraz szybko, bo się spóźnimy. - wskoczył na konia i pędem wyleciał przez bramę.
- Ale na co się spóźnimy?! Zapytał jeszcze bardziej zaskoczony
- Nie mam pojęcia, ale czuje, że musimy się śpieszyć.
- A dokąd pędzimy, jeżeli można wiedzieć?
- Nie mam bladego pojęcia.
- Chyba powinieneś ograniczyć bagienne ziele. - I pojechali do tajemniczego "Lodowego ogrodu"

***


- Cholera! Tutaj nic nie widać! - Tak kilkoma słowami Arthas ocenił warunki pogodowe, gdziekolwiek się znajdował. Nigdy nie widział tak dużej ilości śniegu. A już na pewno nie widział śnieżycy. Tak gęsta i zasłaniająca widoczność, że wydawała się nienaturalna. Arthas podążał już kilka dni. Cały czas zastanawiał się, czy dobrze zrobił, wyruszając. W sumie nie miał powodu, aby wyruszać albo kontynuować wyprawę. Jedynie pewien obrazek zamku z odrobiną magii. Nic więcej. Dla każdego innego człowieka byłby to znak, że ktoś robi sobie żart. Jednak on czuł, że musi kontynuować. Coś mówiło mu, że już niedługo ujrzy cel swej wędrówki. Myślał tylko o tym zamku. O liście, który pojawił się, nie wiadomo od kogo. O pieniądzach. W sumie o dużej ilości pieniędzy. O pieczęci z maską balową. O żadaniu stroju wieczorowego. To wszystko sprawiało, że Arthas jeszcze bardziej chciał doprowadzić wyprawę do końca. Gdzieś w oddali co jakiś czas wdawało mu się, że widzi postacie. Ludzi elfy i inne stworzenia. Wszystkie szły w tym samym kierunku co on. Jednak Arthas wyprzedzał każdą z nich, a po chwili po postaciach zostawało już tylko niepewne wspomnienie. Nie było sposobu, aby sprawdzić, czy była to oznaka początku jakiegoś stadium szaleństwa, czy istoty materialne.
W pewnym momencie uczucie, że już za moment Arthas zobaczy piękny zamek wzrosło do tego stopnia, że młody jeździec dał koniu znak, aby przyśpieszył. Wszystko mogło się skończyć teraz. Całe to oczekiwanie. Całą ciekawość i cierpienie spowodowane niemożnością jej zaspokojenia. Wszystko miało się skończyć już za moment. Tak się nie stało. Cały czas panowała śnieżyca. Jednak coś się zmieniło. Coś w otoczeniu dawało znak, że zaraz nastanie coś niespodziewanego. Chwile później TO się stało. Nagle śnieżyca ustała. Wiatr przestał szeleścić, a śnieg nie skrzypiał już pod kopytami Konrada. Wszystko zamilkło jak na wezwanie matki natury.
Arthas zobaczył coś, co nie powinno się tutaj znajdować. Wielka ściana. Koniec trasy? Czyżby właśnie po to łowca katował swojego wiernego przyjaciela? Aby dotrzeć do ściany? Nie. Ta myśl ledwie przeleciała przez głowę Arthasa. Potem jej miejsce zajęła inna. Gdy zobaczył karocę a z niej wysiadającą kobietę oraz kilkoro innych ludzi wiedział, że dobrze trafił. Odstawił Konrada na bezpieczną odległość i zdjął płaszcz, którym okrył konia. Następnie wyciągnął laskę, którą kupił razem ze strojem. Dodawała ona mu charakteru szlachetnie urodzonego jegomościa. Był to prosty kij zrobiony z czarnego drewna ze srebrnymi okuciami a u góry miała srebrną gałkę.
Założył także jeden karwasz, do którego był przeczepiony mechanizm uwalniający krótki miecz składany. Został on stworzony właśnie na takie sytuacje. Wystarczyło nacisnąć w odpowiednim miejscu, a miecz wypadał do dłoni. Następnie przeciągnąć jeden drucik i już trzymało się ostry jak brzytwa krótki miecz jednoręczny.
Gdy skończył, przygotowania ruszył pełnym dystyngowania krokiem do innych istot.
- Witajcie przyjaciele. Co oglądacie? - I w tym momencie zobaczył lodowe posągi które, mimo że powinny stać w miejscu, lekko drgały.
Ostatnio edytowane przez Kaynear 4 lat temu, edytowano łącznie 1 raz.

Awatar użytkownika
Mirz
Błądzący na granicy światów
Posty: 21
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Mirz » 4 lat temu

Mirz przedzierał się przez śnieżne zaspy, otulony swym płaszczem. Chwała za to, że nie odwiedziłem porządnego szewca zaraz po tej przygodzie w Samotni, tylko chciałem poczekać z tym do jesieni, przynajmniej teraz wygląda wystarczająco dostojnie i szlachecko. Oczywiście, przypomniał sobie, że wiązało się to też z jednym - wydaniem niemałych pieniędzy, na zaklęcie tego skrawka materiału, aby miał takie właściwości jak ten znaleziony w elfickim lesie. Na szczęście trafił wtedy na porządnego Czarodzieja, który za zaoferowane pieniądze nałożył na płaszcz nie tylko czar zapobiegający uciekaniu ciepła, ale także przytłumienie jego aury, która była znacznie cięższa do odczytania, kiedy miał go na sobie.
Nie żeby było zimno, bo jak na taką porę roku było całkiem ciepło. Zastanawiający był tylko ten śnieg, wszechobecny puch emanujący magią, który przez prawie cały czas był zrzucany przez wiatr z gałęzi drzew, niejednokrotnie wpadając za ubranie, wymuszając zaciskanie materiału ubrań sokół siebie coraz mocniej i mrożąc niemiłosiernie ciało, lód, mieniący się wszelkimi możliwymi kolorami, wyglądający jakby był zrobiony z kamieni szlachetnych, wiążący każdą kroplę wody w zimny, fantazyjny kamień.
Szedł tak już dobrych kilka godzin, a najbardziej wyszukane ubranie które dostał w prezencie od Vaxena (czyli ciemna, skórzana kurta z długimi rękawami, zapinana na mosiężne, posrebrzane guziki i piekielnie ograniczająca ruchy rąk, sprawiając, że miecze, które znalazły się w ciemnoczerwonych ozdobnych pochwach, wyszywanych złotą nitką były tylko kolejną ozdobą, bo nie dało się w tym wygodnie walczyć. Pod kurtą widać było ciemną, sznurowaną w wyrafinowany sposób koszulę z nieco przyciasnym, sztywnym kołnierzem. Na rękach skórzane rękawiczki, każda z nich na zewnętrznej części miała delikatne odbarwienia, które układały się w kształt wyjącego wilka. Nieco zbyt luźne spodnie z ciemnego (i piekielnie drogiego) materiału sięgające za kostki, gdzie były wpuszczone w sztywne, połyskliwe i (a jakże!) ciemne buty, były trzymane na miejscu przez stary dobry skórzany pas Mirza, który nadawał się do tej kreacji, jednak i tak został przez ludzi (o, jakże złych ludzi, którzy mnie tu wysłali, na pastwę okoliczności i dobrze wychowanych ludzi...) zakryty czerwoną arafatą. Całość była przykryta jego zwyczajowym płaszczem) nie było zbyt dopasowane, co coraz bardziej przeszkadzało, będąc luźne tam, gdzie luźne być nie powinno i wpijając się w skórę tam, gdzie wpijać się nie powinno. Jego ochota na to, aby się go pozbyć, ba żeby nie uczestniczyć w tym całym szaleństwie cały czas rosła i wydawać by się mogło, że już całkiem niedługo sięgnie zenitu i przezwycięży chęć dotrzymania obietnicy. Przecież ja nawet tańczyć nie potrafię, o moim obyciu w wyższych sferach nie mówiąc. Zbłaźnię się, tak czuję. Dobrze będzie, jeśli z tym zbłaźnieniem nie przyjdzie coś więcej, jak przypadkowa i zupełnie niechciana zniewaga jakiejś ważnej osobistości, bo to będzie znacznie gorsze... Że też Vaxen wymógł na nim tę obietnicę, że zjawi się tutaj zamiast niego.
Mechanicznie idąc naprzód w stronę gigantycznego lodowego muru, zatopił się w tych wspomnieniach miłych chwil ze swoim mistrzem, szczególnie momentu zaskoczenia, kiedy spotkał go po raz pierwszy po latach w karczmie w Fargoth i na początku nie poznał go, po jego przemianie. Kiedy w końcu to do niego dotarło, nie czekał ani momentu, tylko podszedł do swego nauczyciela, mimo tego, że podczas życia, kiedy go poszukiwał usłyszał o nim nie tylko te dobre rzeczy. A raczej nie usłyszał o nim prawie żadnych dobrych rzeczy i nikt nie chciał uwierzyć w jego historię. Po długiej chwili rozmyślań, którą brutalnie przerwała nagła śnieżyca tak potężna, że gdyby odważył się wyciągnąć przed siebie wyprostowaną rękę, nie widziałby jej końca. Szybko więc założył na głowę kaptur, opatulił się płaszczem jeszcze mocniej, choć na początku wątpił, czy jest to aby możliwe i ruszył, kierując się tylko tym, że mur wprost tryskał magią. W tym momencie znów żałował, że nie ma absolutnie żadnych uzdolnień w operowaniu magią, bo takie źródło na pewno wspomagało nadprzyrodzone wyczyny i kreacje. Będąc w świecie, na który aktualnie składała się tylko ruchoma biała kula o średnicy jakichś trzech i pół stopy i ruchomych ścianach zbudowanych z wirujących płatków śniegu, z całością od czasu do czasu odwiedzaną przez mijane drzewa (o dziwo, żadne z nich nie stało prosto na drodze Mirza), znów zatopił się w wydarzeniach z przeszłości...
Wszedłem do karczmy, w której miałem spotkać się z Vaxenem. Od razu zauważyłem w tłumie demona, którego szukałem, bo w końcu nietrudno jest zauważyć lewitujące w powietrzu pióra, układające się kształtem w majestatyczne czarne skrzydła, prawda? Dziwiło mnie to, że na spotkanie wybrał to konkretne miasto - Leonię. Wiedział, że raczej wolałem go unikać, bo źle mi się kojarzyło.
Kiedy już przedarłem się przez liczny tłum i usiadłem przy stoliku, który wybrał, uśmiechnął się i podał mi rękę, którą szybko uścisnąłem. Pozwolił mi w spokoju zamówić piwo, rozsiąść się i dopiero wtedy zaczął mówić.
- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego nalegałem na spotkanie tak szybko po ostatnim, i to w dodatku tutaj, w tym mieście - powiedział i poczekał aż potaknę głową, a potem podjął - Widzisz, zaszły pewne okoliczności, które to wymusiły. W pewnym zakątku naszego świata szykuje się coś naprawdę dużego, i z zamysłu organizatorów - a raczej organizatorki - miałem tam być. Jednak, jej przygotowania do skierowania mnie tam nie przeszły bez echa i dowiedziałem się o tym, tak samo jak o innych istotach, którzy mają w tym uczestniczyć. Kilka z nich nie jest dla mnie zbyt przychylnych, poza tym będzie tam jedna anielica, co jest dla mnie naprawdę niewygodne. Chciałbym, abyś udał się tam za mnie.
- A w jaki sposób miałoby to... przedsięwzięcie wyglądać? - zapytałem, oczekując większej ilości szczegółów.
- Sam nie wiem. Tylko tyle, kto ma tam być i to, że nie będzie to niebezpieczne. - Widziałem, że coś przede mną zataja, ale wtedy podejrzewałem, że jest to coś nieistotnego dla mnie. - Dowiedziałem się tylko dlatego, że pewna pokusa zaczęła robić wszystko, żeby tylko zdobyć o tym wydarzeniu jakąś wiedzę. Była bardzo zdeterminowana, żeby zdobyć cokolwiek. Niestety, strzegła swych sekretów zbyt dobrze, to jedyne co udało mi się od jej pomocników wydobyć.
- Czyli, że poszedłbym w ciemno, tak? - Zapytałem, chcąc być całkowicie pewien.
- Dokładnie. Zgadzasz się?
- Cóż... to jest nieco zagmatwane. Ba, nawet bardzo. Ale zgodzę się, nie oszukałbyś mnie.
Potem rozmowa toczyła się coraz dalej, poruszała stare wspomnienia, plany i podobne rzeczy, ale wraz z pochłanianiem kolejnych kufli piwa wspomnienia są co raz bardziej mętne. Ostatnie co pamiętam, to to, że staliśmy przy statku.
- Tym miałem się tam pojawić. Wystarczy że wejdziesz i poczekasz. - Dość zamroczony alkoholem pokiwałem głową i udałem się na pokład. Kiedy już tam stałem, obróciłem się, żeby mu pomachać. Potem nastała ciemność.

Kiedy się obudziłem, leżałem na pokładzie statku, a głowa wbrew oczekiwaniem mnie nie bolała. Obok mnie leżał skrawek papieru, w którym demon wyjaśniał, że mnie przeprasza, ale wszystko musiało odbyć się w ten sposób. Pomyślałem wtedy, że najwyraźniej tym sposobem było teleportowanie całego statku pod pełnymi żaglami na środek lodowca.[/i]
W tym momencie ze wspomnień wyrwała go czapa śniegu, spadająca gdzieś z góry. Można powiedzieć, że jej zasługa była podwójna, bo dzięki niej uświadomił sobie, że śnieżyca się już skończyła. Pocieszony tym, zaczął iść znacznie żwawiej niż wcześniej i już po dwóch czy trzech minutach wyszedł spomiędzy drzew, widząc swój tymczasowy cel - mur. Zauważył, że jest w nim wykute przejście, a w nim kilka osób. Jeszcze jakieś ćwierć mili i będę u celu... Pozostający dystans pokonał znacznie szybciej, pchany tym, że już niedługo będzie mógł zobaczyć innych ludzi (i nieludzi) oraz z nimi porozmawiać. Na chwilę odwrócił się, chcąc ocenić las, z którego wyszedł, lecz ku jego zdziwieniu nic tam nie było, oprócz krajobrazu przysypanego śniegiem. Co to ma być do diaska?! Kto normalny w jednym momencie usuwa las?! Kto mógłby być tak potężny?! Chociaż... To równie dobrze mogła być iluzja a przez przeładowanie otoczenia magią i tak bym nie zauważył... Otrząsnął się z tych rozmyślań i parł dalej, bo był tak blisko wejścia do tunelu, że ktoś o bystrym słuchu mógłby usłyszeć śnieg, skrzypiący mu pod stopami. Dopiero teraz docierało do niego zmęczenie całą wędrówką, ale nie poddał się i próbował stawiać kolejne kroki.
Mimowolnie starałem się iść wywołując jak najmniej hałasu, stawiając ostrożnie stopy i wybierając tylko grunt, który był najpewniejszy. W ten oto sposób udało mi się dotrzeć do tunelu i zobaczyć wszystkich obecnych, w tym momencie obróconych w stronę wrót. Chcąc zwrócić na siebie ich uwagę, Mirz odezwał się.
- Witam obecnych. Państwo też na bal?
Pierwszy odwrócił się Derogan. To było dla obu ogromne zdziwienie, nigdy nie podejrzewali, że kiedykolwiek się jeszcze zobaczą, po tych burzliwych wydarzeniach z Samotni. Po raz kolejny uśmiechnął się, przypominając sobie zachowanie eugony i wampira. Ciekawe, jak sobie radzą w tym okrutnym świecie... Ubrany był w gruby i zapewne ciepły płaszcz, a na jego plecach jak zawsze można było jego dwuręczny miecz ozdobiony runami.
Jako drugi (choć niewiele później po dawnym towarzyszu Mirza) odwrócił się szlachcic. Miał on czarne, długie do ramion włosy, które delikatnie zasłaniały mu przeciętną twarz. Jedyne, co się w niej wyróżniało, to jego fioletowe tęczówki. Ubrany był w całkowicie w eleganckie, wyjściowe ubranie, akurat nadające się na bal, w kolorze swoich oczu, a na lewej ręce miał dwa sygnety - jeden z szafirem, a drugi ze szmaragdem.
Kolejna osoba, to niewysoki i chudy mężczyzna. uwagę przyciągały jego długie, ciemnoszare włosy. Zza karnawałowej maski widać było jego zielone oczy, nos i lekko zarośnięty podbródek. Ubrany był w płaszcz, szczelnie zapięty, więc nie było widać jakie ubranie miał pod spodem.
Kolejną osobą był człowiek, który z pewnością był arystokratą - roztaczał wokół siebie dokładnie taką aurę. Gdyby spośród tych wszystkich osób ktoś miałby wybrać przyszłego władcę całego świata, zapewne zostałby nim właśnie on - blada, pociągła twarz przynosząca na myśl portrety królów, nos, który nazwać można tylko majestatycznym oraz usta, niby przeciętne, ale pasujące do tego obrazu. Jedynym dysonansem były brwi, które wyglądały tak, jak u kobiety zbyt zaangażowanej w swój wygląd, czyli nakreślone węglem. Ubrany był równie elegancko co fioletowy szlachcic.
Później, ze zdecydowanym ociąganiem obróciła się kobieta. Wyglądała... cóż, wyglądała jak uosobienie grzechu w jednej z jego najczystszych postaci - pożądaniu. Oczy, kolorem przypominające roztopioną czekoladę emanowały władczością. Oszałamiające ciało bez ani jednej skazy jeszcze uwydatniona mocno suknią z gorsetem, który sprawiał, że jej talia była bliska idealnej klepsydry. Ten prowokujący wręcz wygląd i delikatna emanacja magią prowadziły do jednej konkluzji - to była pokusa, o której napomknął Vaxen.
Przedostatnim osobnikiem, który się odwrócił, był mężczyzna, średnio wysoki, o białych włosach, wytwornie ubrany, z laską i kapeluszem, na palcach miał dwa pierścienie - jeden ze szmaragdem, a drugi z całkowicie białym onyksem. Całość tworzyłaby obraz mężczyzny któremu każdy powierzyłby oszczędności swojego życia - albo nawet swoje życie - gdyby nie to, że widać było, że czuje się w tych ubraniach nieswojo.
Ostatnią osobą z tego towarzystwa był mały chłopak, z długimi włosami sięgającymi trochę za ramiona o czarnym kolorze, przeplatane od czasu do czasu białymi kosmykami. Twarz o delikatnych rysach, małe usta i taki sam nos kontrastują z wielkimi, oczami. Tak samo jak jego uszy, są one kocie. Ubrany w jakąś wytworną wariację na temat chłopięcej marynarki i pasujące do tego ciemne spodnie. Całość była zwieńczona drogim płaszczem, utrzymanym w takiej samej tonacji jak reszta jego ubioru.
I właśnie w momencie kiedy wszyscy zdążyli się odwrócić, za swoimi plecami usłyszał znajome miauknięcie, które przywołało na jego twarz szeroki uśmiech. No tak, Koana. W końcu potrafiła znaleźć mnie wszędzie, to dlaczego nie tutaj? Tylko w jaki sposób przybyła tutaj tak szybko? Czasem te jej umiejętności są naprawdę zadziwiające... W czasie kiedy Mirz zamyślił się delikatnie, jego zwierzęca towarzyszka zdążyła podejść do niego, delikatnie dzwoniąc dzwoneczkiem przymocowanym do jej przedniej lewej łapki, a teraz ocierała się o jego nogę. Wyglądała inaczej niż zwykle - jej sierść (która dotychczas była brudna i poplątana, bo Koana wszelakie próby - ba! nawet myśli o wspominanie - kąpieli lub czesania zbywała parsknięciami i grożeniem swoimi pazurami, których używała naprawdę umiejętnie) wręcz lśniła czystością, pozbyto się z niej także wszelakich kołtunów, zarówno tych drobnych, jak i tych większych. Ale zmiany nie dotyczyły tylko wyglądu - mimo, iż wcześniej kocica zachowywała się wyniośle, teraz rozsiewała wokół siebie nutkę kociej arystokratyczności, nawet łapy stawiała tak, jak robiłaby to jakakolwiek kocia królowa, gdyby te zwierzęta wybierały swych władców nie za pomocą brutalnych walk, tylko wyglądu i zachowania. Zaskoczony tą zmianą Mirz miał już pochylić się i wziąć ją na ręce, ale w tym samym momencie ruszyła w stronę reszty gości.
- Tylko nikomu ni zniszcz ubrania, dobrze? - Wyszeptał ledwo słyszalnie, z błagalną nutką w głosie.
Ostatnio edytowane przez Tilia 4 lat temu, edytowano łącznie 2 razy.
Powód: Przypominam: "(...) wypowiedzi zamieszczamy zwykłą czcionką od myślnika, zaś przemyślenia - kursywą, dodatkowo oznaczoną cudzysłowami."

Awatar użytkownika
Frigg
Zaklęta Żaba

Rola

Posty: 890
Rejestracja: 5 lat temu
Ranga: [img]http://granica-pbf.pl/images/administrator.png[/img]
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Frigg » 4 lat temu

Wszystko zaczęło się… ponad dobre pół roku temu. Zielono-skórna istotka wlekła małe, aczkolwiek teraz nadzwyczaj dla niej ciężkie, ciało już nie wiadomo, który dzień, ani którą przeklętą godzinę. Słońce jeszcze nigdy nie obdarowała ludzkości takim skwarem, nawet na pustyni. A wbrew pozorom nie panował tu wyłącznie piach.
Stopy niemiłosiernie parzył wrzący piach, który niczym śnieg, utrudniał przebrnięcie przez tę krainę słonecznych tortur. Dlatego też zdecydowała się zbliżyć do wody. Tak, właśnie. Na owym pustkowi, gdzie nawet wielbłąd nie chciał postawić kopyta, szemrało zabawowo źródło niebieskiej cieczy. Nie była ona jednak zdatna do picia. Frigg nie pamiętała, jak się tu znalazła, ale cały czas we wspomnieniach siedział jej słony smak, który jedynie pogłębił pragnienie. Fale chętnie obejmowały brzegi pomarańczowo-żółtej przestrzeni więc chociaż o tyle było dobrze, że nie wypaliło jej śródstopi.
Morze, zupełnie jakby miało nudności, wypluło z siebie coś więcej niż tylko pianę. Owa kropka na krajobrazie stanęła na drodze driady, dlaczego więc miałaby zmienić kierunek?
W końcu kropka okazała się być zieloną butelką z bajeczną zawartością w postaci kawałka zwiniętego i zapieczętowanego papieru.
Frigg na chwilę przystanęła. Uniosła spoconą brew i chwilę, jakby trwała w letargu. Tutaj z resztą wszystko ciągnęło się wiekami.
Postawiła stopę tuż za szklaną zielenią i pomaszerowała dalej. Zaledwie kilka kroków, gdyż poczuła nieugięty odzew ciekawości, który ujawnia się właśnie w takich momentach. Kiedy to spotykasz rzecz kompletnie nieprzydatną, brudną i niehigieniczną, a jednak odczuwasz pragnienie zajrzenia tego co ma w środku.
Spojrzała za siebie obejmując wzrokiem zielony przedmiot. Potrząsnęła przecząco głową przykładając dłoń do czoła.
„Nie…”
Postawiła stopę chcąc na nowo uruchomić mechanizm ciała, ale nie potrafiła. Westchnęła głośno przewracając nadmiernie oczami. Piach wleciał jej do ust i jeszcze bardziej się rozgniewała.
„Ale Ty jesteś głupia Frigg…”

***


Korek wybił się z szyjki ciemno-zielonej butelki. Szklany przedmiot był dziwnie chłodny na pustkowi, wręcz zdawała się mrozić palce.
Wyjęła list. Jak się okazało, owinięty został złotym łańcuszkiem, na którym to wisiał ślimakowato zakręcony wisiorek. Na pierwszy rzut oka nie był zwykłym bublem, a wart miliony. Teraz jednak nie miało znaczenia.
Rozwinęła papier. Jego boki opleciony były niebieskimi wstęgami błękitnej barwy. Dodatkowo widniał na nim piękny charakter pisma…

Słona woda wybudziła ją ze snu. Zakrztuszona cieczą, kaszlnęła kilka razy. Dźwignęła się na łokciach, a krople wody spłynęły po policzku dziewczyny. Czy to był tylko...?
Nie, to nie był sen. Utopiona w wilgotnym piachu i w słońcu, trzymała kawałek papieru i ozdobę w dłoni. Chciała jeszcze raz zobaczyć treść, ale zawartość była rozmyta. Zdziwiła się, bo przecież nie zanurzyła kartki w wodzie…

***
Cztery tygodnie przed balem.

Wędrowała pogrążona po łydki w śniegu. Las zdawał się wypełnić grozą, gdyż silny wiatr i śnieg rzucał się z jednej strony na drugą. Wszystko wydawało się biało czarne, prócz jej skóry i…
Owinęła dziecko swoim płaszczem, wykonanego z futra niedźwiedzia. Był to jeden z najgrubszych rodzajów na rynku, idealny dla kogoś typu Frigg. Krucha, mała, drobna… Wystarczył delikatny wiaterek by wywołać gęsią skórkę. Należała jednak do osób wytrwałych i to pomogło jej dowlec umierającą do wioski.
Wszyscy mieszkańcy siedzieli w domu. Żółte światełka migotały w oknach, prócz jednego domostwa na uboczu. I jedna jedyna kobieta poza granicami drewnianych ścian. Dostrzegła driadę już z daleka i od razu podbiegła. Zduszone w porywach wiatru podziękowania i lodowate łzy biły ciepłem. Z pewnością mogłyby rozgrzać niejedno serce, driada jednak myślała tylko o wejściu do chaty.
Kolejne, niemalże dwa tygodnie, ciężko chorowała, ale nie odpuściła 13sto letniej dziewczynce. Udało się ją odratować. Była córką krawcowej, która straciła pracę po tym, gdy amputowano jej rękę na wysokości ramienia. Panowała wówczas jakaś epidemia i tylko to zdołało uratować matkę od śmierci, na tamten czas. Od tamtej pory klepały biedę, bo nie mogła zarobić nawet na kawałek chleba.
Została więc na kolejne parę dni, aby choć trochę pomóc kobiecie. Kupiła odrobinę opału i jedzenia. Nie stroniła również od oddania reszty swoich oszczędności. Ona i tak pewnie okradnie kogoś po drodze.
Na jakiś dziwny sposób, było jej naprawdę żal tej dwuosobowej rodziny. Nie wiedziała czym tak naprawdę się pokierowała. Może chciała odkupić winy za zabite dzieci, które podobno zginęły z jej ręki? Może był to kolejny dowód dla świata, że właśnie tak nie było?
A może sądziła, że to właśnie dobry uczynek pozwoli jej zasnąć tej nocy. Od kiedy tylko ujawnił się zalążek mrozu, Frigg nie przespała prawie ani jednej nocy. Wciąż wmawiała sobie, że list i jego treść to jakaś bujda, że to zwykły papier, którego nie może się pozbyć. Równie niechętnym uczuciem obdarowała naszyjnik, którego nikt nie chciał kupić ani nawet przyjąć za darmo…

***
Tydzień i dwa dni przed balem.

Spotkała ją w chacie. Tak to bywa, gdy na dłużej wychodzi się z domu. Przychodzisz i pojawia się ona, nieznajoma dusza.
Frigg właśnie przyniosła drewno by rozpalić ogień i rozjaśnić pomieszczenie, ale jej rude włosy i tak płonęły w ciemnościach. Właścicielka domostwa poinformowała driadę o nowych gościach, którzy potrzebowali odpoczynku, bo właśnie chwilę później zjawił się mężczyzna. Wyglądał dość pospolicie, jak zwykły człowiek.
Nie miała zamiaru tego komentować ani się wtrącać, w końcu to nie był jej dach nad głową. Poza tym, zwracała się do nowo przybyłych krótkimi hasłami, rozpoczynając znajomość od zwykłego „Witam”.


Tego samego wieczora widziała, jak siedzi w małym pokoiku, w którym umieszczona była cała machineria szycia. Zdawało się, że grzebie coś w materiałach, bawi się igłami. Ujrzała niebieskie oczy, które wykryły swojego podglądacza. Frigg podrapała się skrępowana po głowie i odeszła. Pierwszy raz pomyślała o tym by pójść na bal.
Tej nocy nie mogła zasnąć. Nawet silne narkotyki nic nie pomagały. Dopiero decyzja, że pójdzie tam… Właśnie tam, gdziekolwiek to jest, pozwoliła jej na błogi sen.
Rankiem wynalazła suknie w projektach krawcowej. Była przeznaczona dla córki, czyli idealnie na wzrost driady. W tedy właśnie po raz pierwszy odezwała się pełnymi zdaniami do lisicy. Kilka przymiarek, wiele godzin poprawek i ukłuć za dwa eliksiry wyostrzające zmysły. Owa przybłęda nie zdawała się być taka zła. Wręcz światopogląd rudej pozornie był nawet podobny do Frigg, ale mimo wszystko i tak nie była w stanie obdarować jej pełnym zaufaniem. Przy okazji, nawiązała również dialog z mężczyzną o brązowych oczach.


***
Tydzień wcześniej.

Opuściła domostwo. Spod gęstych części futer nie można było dostrzec nawet nosa driady. Ta podróż zdawała się być kompletnym kontrastem względem tego co przeżyła tamtego cholernie słonecznego dnia. W późniejszym czasie było coraz gorzej. Widziała tylko biały obraz. Próbowała dostrzec szare tło spod gęstego, szalejącego śniegu, ale w nijaki sposób się to sprawdzało. Niosła ze sobą torbę, topiła się w futrzanych butach. Było jeszcze gorzej niż na tej plaży. Teraz czuła, jak się poci a zarazem marznie. Po co ona tutaj szła? Z każdą chwilą wściekała się jeszcze bardziej, a śnieżyca tylko pogłębiała swój wydźwięk.
W końcu się poddała.
W śnieżnych górach dostrzegła lodowatą jaskinię. Wcisnęła się w jej objęcia i położyła.
„Pójdę tam…” myślała w kompletnej rezygnacji. Policzki uparcie szczypały ją z zimna. Zwinęła się w kłębek. Chciała tylko zasnąć, nawet jeśli jutro się nie obudzi.
„Pójdę…ale jutro rano.”


***
Dzień balu.

Otworzyła oczy. Czuła swój pot, zmieszany z futrem i nutkę bezwonnego złota. Chyba przespała tutaj kilka dni… Wygrzebała się spod lodowo-śnieżnej płachty. Było wyjątkowo… cicho.
Dostrzegła lodową powłokę ginącą w chmurach. Mieniła się w rozmaitych kolorach, niczym kalejdoskop, ale nie był tak rażący i uporczywy. Ściana zachwycała swoją wielkością i dziwnie umiarkowaną pychą. Odnosiła wrażenie, jakby jej wzrok spoczywał na drobnym zielonym ciele. Była taką samą kropką, jak butelka na plaży.
Obchodziła ją naokoło. Omijała śnieżne wzgórza wciąż wpatrując się w lśniącą paletę barw. Chwila nieuwagi starczyła by kolejny krok sprawił, aby sufit tunelu zwalił się w dół.
-Woah!
Upadła na lodową posadzkę, a śnieg, który za sobą pociągnęła, rozproszył się w złocie. Nawet jej wybryk nie odbił się echem o zimowe korytarze.
Uniosła się na rękach. Ujrzała krew na lodowej podłodze. Czuła pieczenie na ustach. Gwałtownie, odruchowo, chciała przyłożyć dłoń do dolnej wargi, gdy nagle zorientowała się, że rudawy materiał sięgał aż do ramion. Nie były to te same grube rękawice co chwilę wcześniej…
Rozejrzała się dookoła, niczym zdezorientowane zwierzę. Nie było nikogo prócz ciszy. Próbowała odszukać torby, ale na jej miejscu znajdowała się maska o złotej podstawie. Na niej zaś wiły się brązowe pręgi, a także mieniące się w kolorach złotego dęby wzory na kształt liści. Maska była przewiązywana ciemno-brązową wstążką.
Wstała i od razu podeszła do ściany, aby ujrzeć swe odbicie. Westchnęła zaskoczona, bo nie na co dzień wędruje się w śnieżnej burzy, a chwilę później wygląda się jak…właśnie. Dama dworu.
Włosy upięte w okrągły kok, z którego to ze środka spływają osobne, zawadiackie kręciołki, dodatkowo urozmaicony został o złotą różę u boku i liczne spineczki na całej kasztanowej burzy. Delikatny makijaż, w którym to usta objęte konturówką, zdawały się być główną atrakcją dla gości tego wieczora. Płaszcz przyswoił sobie bardziej elegancki wzór. Zapinany jedynie z przodu na broszkę, sięgał teraz do łydek, ale to co znalazła pod nim…
Jęknęła nie wiedząc czy z zachwytu czy może przerażenia. Początkowy projekt zdawał się być…mnie urozmaicony. Ewentualnie środki narkotyczne tamtej nocy w chacie, źle wpłynęły na jej pamięć. Obejrzała się dokładnie kilka razy, zrzucając płaszcz, ale oczy nie kłamały.
Złote pnącza, cienkimi strumieniami, ostrożnie obejmowały boki tułowia tworząc głębokie wycięcie, odsłaniające tym samym całe plecy. Frigg nie przypominała sobie aż takiego negliżu, ale czy to było aż takie ważne w tym momencie? Kończyły swoją drogą tuż nad pośladkami tworząc koński, gęsty, falowany ogon. Kolory złotego dębu, które bardziej naciskały na odcień pomarańczy, wieloma warstwami tiulu spływały spod jego objętości. Z przodu zaś, owy materiał ,zaczynał się na wysokości wcięcia bioder.
Mgiełka składająca się wyłącznie ze złota, pokrywała całą klatkę piersiową leśnej dziewczyny. Wyzywająco prześwitywała, ale na szczęście, piersi pokryły liczne, wyszywane gałęzie złotego dębu, jakby wyrastały z tiulowego dołu. Wyglądała jak jesienne drzewko tuż przed zimą. Nie pasowało to nazbyt do koncepcji zimy, aczkolwiek przypominało o umierającej naturze tuż przed tym niezwykłym okresem.
Zakończeniem całej kreacji były kręte, złote kolczyki oraz ślimaczy wisiorek na szyi z upiornego, letniego dnia.
Straciła nie tylko doszyty w płaszczu lisią pałatkę, ale także całą broń i niemalże cały swój zielarski arsenał. Zyskała również ciało bez blizn i zadrapań. Nie wiedziała i nie rozumiała co się dzieje.
Poczuła, jak chłód oplata ją swoimi objęciami. Przyodziała się więc w nowo nabytą narzutę i ruszyła dalej. Mimo wszystko, musiała przyznać, że strój bardzo odzwierciedlał naturę driad. Ot, delikatne gałązki o wielobarwnej duszy. Niby tak bezbronne, a jednak potężne i twarde korzenie nie pozwalały na zwykłe obalenia drzewca.
Mijała liczne korytarze i nawet rude baleriny nie chciały przemoknąć w mroźnej krainie. Dopiero teraz usłyszała czyjeś głosy. A raczej głos kobiety. Wyjrzała zza rogu. W oddali dostrzegła kilka postaci.
Rzuciła wzrok na swoją przeobrażoną z torby maskę. Chuchnęła kłębkami ciepła z ust i nie mając większego wyjścia, założyła ją. Skoro już znalazła się w tym dziwacznym miejscu, to mogła chociaż zachować anonimowość. Uleczyła również uszkodzoną tkankę ust, aby jakoś jeszcze lepiej się prezentować.
Nawet pod grubym futrem, nawet szczelnie okryta, zdawało się być zimno. Ktokolwiek był odpowiedzialny za to wszystko, z pewnością miał mało przemyślane plany wobec niej.
Było to jedno z dziwniejszych miejsc jakie spotkała w swoim życiu. Wręcz kipiało magią, ale Frigg nie mogła ocenić jakiej dziedziny tu użyto. Istniało także prawdopodobieństwo, że to kreacja krainy sama w sobie wydaje się być magiczna.
Zastanawiający był również ów wisiorek. Zupełnie jakby aktywował swoje działanie na terenie śnieżnego państwa, ale nie wiedziała jak wysoka jest ich korelacja.
Nabrała wdechu. Serce pod wpływem narastającego stresu, waliło młotem. Ile istot na końcu tunelu pochodzi z tego świata?
Zbliżyła się cichymi bezgłośnymi krokami, jedynie szmer sukni mógł dać znać nielicznym o swojej obecności. Krok driady był pewny, godny. Można by rzec – perfekcyjny. Sama dziwiła się sobie ile pamięta z dawnych lat, chociaż technika bicia pasem za źle postawiony krok ukazał swoją skuteczność. Ludzie to naprawdę dziwne istoty.
Leśna dziewczyna wręcz emanowała pewnością siebie, chociaż w głębi duszy wciąż odczuwała adrenalinę. Miała dwie drogi wyjścia. Albo wczuć się w tłum, który być może pochodzi z tych ziem albo stanąć na uboczu. Druga opcja wiązała się z ryzykiem zdradzenia swojego „pochodzenia”, chociaż tak rozmaita grupa gości zebrana pod bramą nie wskazywała na to, aby i oni byli mieszkańcami zimowego ogrodu.
Nie mogąc się zdecydować, stanęła na uboczu grupki. Dała się zauważyć już reszcie i w geście etycznej grzeczności, pokłoniła się delikatnie wobec wszystkich gości.

Awatar użytkownika
Anabde
Szukający Snów
Posty: 183
Rejestracja: 8 lat temu
Kontakt:

Post autor: Anabde » 4 lat temu

Wynajmowany przez nią pokój był urządzony surowo, wręcz ponuro. Deski na podłodze i ścianach były koloru przybrudzonej szarości, w oknach wisiały granatowe zasłonki. Na wyposażenie pomieszczenia składało się łóżko, komoda oraz stół z krzesłem; na szczęście parapet był na tyle szeroki, że Anabde mogła go wykorzystać jako składzik dla niezliczonej ilości fiolek i sakw z ziołami czy innymi specyfikami. W rogu biurka piętrzyły się księgi, zaraz obok niestabilną konstrukcję tworzyły związane w ruloniki pergaminy.
Anabde odmierzała właśnie ilość startego liścia szałwii, marszcząc w skupieniu czoło. Nic nie robiła sobie z towarzystwa mężczyzny, który przysiadł sobie na jej łóżku. Jego cechy charakterystyczne: szare włosy, szara cera, szare oczy i ogromna rana na piersi. No i najważniejsze – był martwy oraz półprzezroczysty. Innymi słowy, dawny lokator tego pomieszczenia nie miał zamiaru go opuszczać i często dotrzymywał Anabde towarzystwa.
Grzecznie siedział cicho, gdy Anabde zajmowała się wymagającymi precyzji czynnościami. W końcu jednak przygotowywana mieszanka była gotowa; teraz chłodziła się spokojnie w ceramicznym naczyniu, wydzielając przyjemny, ziołowy zapach.
Anabde wyprostowała się i odetchnęła, odgarniając z czoła kosmyk włosów, który irytował ją ostatnie kilka minut. Pokręciła głową i rozmasowała kark, obolały po godzinie pochylania się nad pracą. Wyglądała na zmęczoną, ale bardzo zadowoloną.
- Słyszałem, że wybierasz się na bal – odezwał się jej towarzysz. Jego głos brzmiał, jakby mówił z dna studni. Można było się do tego przyzwyczaić.
Spojrzała na niego wyraźnie rozbawiona.
- Oczywiście, przyjeżdża po mnie książę w złotej karocy – parsknęła ironicznie, rozplątując włosy z niedbałego upięcia.
Ponury uśmiech pojawił się na twarzy zmarłego. Anabde poczuła dziwny ruch w żołądku, jakby ukłucie ekscytacji. Zastanawiające.
- Ja sobie nie żartuję – oznajmiła zjawa.
Nekromantka obróciła się w kierunku rozmówcy, mrużąc podejrzliwie oczy.
- Wobec tego gdzie to słyszałeś? – zapytała.
- Ziemskie plotki docierają czasem do zaświatów. Jesteś zaproszona na specjalny bal – odpowiedział mężczyzna.
- Specjalny bal? – powtórzyła Anabde niedowierzająco.
- Owszem. Słyszałaś kiedyś o Lodowym Ogrodzie?
- Ani razu.
Mężczyzna uśmiechnął się blado.
- Być może gdybyś obracała się w wyższych sferach... To najgłośniejsze wydarzenie ostatniego czasu. Bal, o którym nikt nic nie wie, poza tym, że odbędzie się on w dalekiej krainie Lodowego Ogrodu, a udział w nim wezmą wyłącznie zaproszone osoby. Na jakiej podstawie organizator wybierał gości, tego nie wiadomo.
Anabde pokręciła niedowierzająco głową. Tajemniczy bal. I zaproszenie dla niej. Czy w tej historii jest również miejsce dla różowych jednorożców biegnących po tęczy?
- Daleka kraina Lodowego Ogrodu. Jasne. I jak mam się tam niby dostać? – mruknęła, uznając, że jej towarzysz chyba pośmiertnie postradał zmysły. Kryzys wieku martwego?
- Tego nie wiem – odpowiedział zmarły. Przechylił się, by spojrzeć na coś za kobietą. – Ale popatrz, dostałaś już suknię.
Anabde drgnęła i obróciła się, by faktycznie ujrzeć suknię balową przewieszoną przez krzesło. Na pewno nie było jej tam chwilę temu. Nekromantka poczuła zimne ukłucia nerwów, gęsią skórkę na ramionach. Zazwyczaj była wyjątkowo spokojna i nie takie rzeczy widziała podczas obcowania ze zmarłymi. Zjawy lubiły zagadki i zabawy. Ale teraz... Teraz czuła w środku coś dziwnego, wewnętrzny głos, który podpowiadał jej, że to wszystko prawda. W każdym słowie.
Ciągnęło ją gdzieś.
Suknia była przepiękna. Jasnoszara, wykonana z delikatnego, ewidentnie drogiego materiału. Gorset był ciasny, z ozdobnymi guziczkami na biuście, spódnica rozchodziła się w delikatne falbany. Od lewego biodra rozcinał ją gładki pas bordowego materiału. Anabde powiodła palcami po sukni.
- Przymierz ją – zaproponował zmarły miękkim głosem, a Anabde nie potrafiła wnieść sprzeciwu.
Zsunęła z siebie ubrania – zmarły kulturalnie wstał i obrócił się przodem do okna – i założyła suknię, nie mogąc zrozumieć jakim cudem jest tak dobrze dopasowana. Jakby szyta na miarę.
- Przepięknie – zamruczał jej towarzysz, w odpowiedniej chwili zerkając w jej stronę. – Pozwól, że zawiążę Ci gorset.
Anabde stanęła przed lustrem i, gdy już wszystko było gotowe, przyjrzała się sobie uważnie. Poruszyła spódnicą, chwytając jej fałdy w dłonie, potem obróciła się plecami do lustra, podziwiając koronkowe zdobienia.
- Jak to możliwe – szepnęła.
Dziwny szmer zwrócił jej uwagę.
- Chyba już czas – odezwał się zmarły. Nim zdążyła zareagować, wziął do rąk futro, które pojawiło się na krześle. Było czarne, eleganckie i ewidentnie ciepłe; do kompletu były jasnoszare, obszyte futerkiem rękawiczki. Pomógł Anabde zarzucić futro na ramiona.
Kobieta spojrzała na niego bez zrozumienia.
- Mówiłem ci, że to Lodowy Ogród. Nazwa sugeruje niskie temperatury, hm? – zamruczał rozbawiony.
Anabde zmrużyła oczy, rozgniewana tą kpiną. Była jednak zbyt zdezorientowana, by się kłócić. Co się właśnie działo?
- Jeszcze to. Nie zapomnij. To przecież bal maskowy – powiedział zmarły, podając Anabde eleganckie pudełko obszyte fioletową kokardą.
Ledwie Anabde dotknęła palcami pudełka, coś się stało.
Świat zawirował. Czuła, jak jej stopy odrywają się od podłogi. Przeraźliwy świst ranił uszy, a włosy rozwiał porywisty wiatr.

Najpierw dotarł do niej mróz; tak, jak ostrzegał ją zmarły. Potem oślepiła ją biel wszechobecnego śniegu. Anabde owinęła się dokładniej futrem, rozglądając się nieufnie.
Coś mówiło jej, że jest we właściwym miejscu. Że właśnie tu chciała i powinna być. Jednocześnie czuła się wyjątkowo nie na miejscu; nie lubiła nie wiedzieć co się dzieje. Naraz dotarło do niej coś dziwnego. Jej włosy powinny właśnie odstawać na wszystkie strony niczym u córki rolnika po spotkaniu z miejscowym amantem na sianie. Zamiast tego były upięte, tylko kilka kosmyków opadało wzdłuż twarzy. Dotknęła ostrożnie policzka, na materiale rękawiczki pozostała smuga pudru. Drugim palcem dotknęła ust; czerwona kropka zdobiła teraz szarość wełny.
Nie była w stanie się odezwać. Po prostu ruszyła w stronę znajdującej się w zasięgu wzroku bramy, zdezorientowana.
Pod bramą stali ludzie. Kompletnie jej obcy. Niektórzy wyglądali na tak samo zaskoczonych jak ona, inni, jakby wszystko to było dla nich oczywiste i przewidywalne. Driada, ludzie, Piekielni… Mieszanka wybuchowa.
Zaczynam się do tego przyzwyczajać. Moje życie ewidentnie nie chce być normalne.

Awatar użytkownika
Cerau
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 71
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Cerau » 4 lat temu

- 1 -


        Karawana... No cóż, wpadła w sidła pewnej grupy bandytów. O dziwo, bandytów naprawdę wyrafinowanych. Ta jechała oczywiście jednym z większych szlaków, jednak to była już trochę późniejsza pora, powoli zbliżała się ona do takiego miasta, jakim jest Fargoth. Brakowało im może godziny? Ale proszę, drogi czytelniku, przejdźmy do sedna. Mężczyźni uzbrojeni w miecze i kusze otoczyli karawanę, zatrzymując handlarzy. Strażników było zaledwie kilkunastu, uzbrojonych w miecze i tarcze. Widząc przewagę liczebną, nawet nie podjęli walki, ku uciesze lidera grupy stojącego na środku traktu i opierającego się na swojej lasce. Mężczyzna odziany był w czarny, elegancki płaszcz. Na głowie miał cylinder o tej samej barwie.
        - Nie chcemy żadnego przelewu krwi, opuśćcie broń, jeżeli wam wygodniej, rzućcie ją na ziemię. Nie zrobimy wam krzywdy, a nie mamy zamiar was ograbić, chociaż wiem, że tak to właśnie wygląda. - Uśmiechnął się delikatnie, po czym popatrzył na przywódcę straży.
        - Czy mógłbyś, drogi przyjacielu, poprosić do nas panią, siedzącą w tamtym powozie? - Wypowiedział te słowa spokojnym tonem oraz z nieznikającym z twarzy delikatnym uśmiechem. Jednak było widać po jego oczach, że lepiej mu nie odmawiać. Mimo wszystko...
        - Nikt z nami nie jedzie, ochraniamy tylko tę karawanę - odparł, się siląc na spokojny ton, kapitan strażników odziany w niewątpliwie drogą zbroję, uzbrojony w pięknie zdobiony miecz oraz dużą tarczę. Jednak, jak Cerau obstawiał, nie był on wcale wytrawnym wojownikiem, już prędzej jego ludzie, którzy byli tak naprawdę zbieraniną pomniejszych rzezimieszków opłaconych przez bossa półświatka w Fargoth. Jednak zostali dokładnie poinstruowani, a wśród nich było trzech dobrze znanych mu mężczyzn, którzy potrafili ich utrzymać w ryzach. Przynajmniej się nie cenili za bardzo. Tak czy siak, Cerau kosztowało to grosze, bogactwo to on miał, więc to wykorzystywał.
        - Oboje wiemy, drogi kapitanie, że siedzi tam pewna pani w pięknie zdobionej sukni, kobieta o długich blond włosach i niebieskich oczach. Zaprzeczysz temu, kapitanie? - Cerau nawet nie drgnął, wypowiadając te słowa i wpatrując się świdrująco w oczy kapitana. Ten odwrócił wzrok i już się chciał odezwać, jednak Cerau to zauważył i go uprzedził.
        - Jesteś, jak mniemam, szlachetnym wojownikiem, nie powinieneś kłamać, a ja i tak wiem, że ona tam jest. Sam ją poproszę, skoro tobie sprawia to taki wielki problem. - Przemytnik zrobił dwa kroki do przodu, wymijając rycerza, jednak poczuł za plecami ruch i stanął.
        - Nie radzę, kapitanie. Jest w ciebie wycelowanych około siedmiu kusz. Nie zdążysz mnie nawet dotknąć. - Nie spojrzał nawet na niego, ruszając ku powozowi. Jak widać, kapitan sobie odpuścił, bo usłyszał za plecami tylko westchnięcie. Podszedł do powozu o zasłoniętych oknach i z ciągłym uśmiechem na twarzy, zapukał do drzwi.
        - Proszę wyjść, ma pani coś, co chciałbym dostać - odezwał się spokojnym tonem, czekając. Tam jednak panowała cisza, Cerau zamknął oczy i głośno westchnął.
        - Dobrze wiem, że pani tam jest. Nie zrobię pani krzywdy, szanuję piękno, a pani niewątpliwie jest na prawdę urodziwą elfką, nie musi się pani obawiać niczego złego z mojej strony. Czułbym się wręcz urażony, gdyby czegoś takiego się pani po mnie spodziewała. - Westchnął po tych słowach teatralnie i odsunął się od drzwi bo we wnętrzu słyszał ruch.
         Po chwili w końcu otworzyły się drzwiczki do wnętrza powozu i wychyliła się właśnie elfka, o faktycznie niebagatelnej urodzie, obrzuciła nieufnym spojrzeniem przemytnika, opierającego się na swojej lasce. Wyciągnął w jej stronę dłoń, robiąc delikatny ukłon, pełna kultura!
        - Pomogę pani. - Wspaniałomyślnie się zaoferował, nadal utrzymując na twarzy delikatny uśmiech. Elfka, chcąc nie chcąc praktycznie nie miała wyboru, chwyciła go za dłoń i powoli wysiadła, stając w końcu na ziemi.
         - Czego chcesz? - Odezwała się, dalej nieufnie mu się przyglądając. Cerau zrobił smutną minę, niemalże przesadnie smutną nawet.
         - Proszę nie być taką niemiłą. Ma pani coś, co bardzo chciałbym dostać w swoje ręce, jestem nawet zdolny za to zapłacić. Nie będzie pani zawiedziona. - Wrócił do miłego uśmiechu, a elfka? Uniosła brwi, dalej mu się przyglądając. A Cerau? Widział bardzo dokładnie błysk w jej oku kiedy mówił o zapłacie. ”Mam ją.” Przeszło mu przez myśl.
        - Co takiego? - Odparła po chwili
        - Zaproszenie, nie jest imienne, jednak ma pani dokładne informacje komu ma pani je przekazać. - Odparł spokojnym tonem, nadal się uśmiechając. Na twarzy elfki było widocznie wymalowane zdziwienie.
        - Skąd pan to wie? - Zapytała, a Cerau uśmiechnął się tylko szerzej.
        - Gdybym zdradził swoje sposoby, nie byłyby już one takie specjalne. To skąd wiem, nie jest czymś istotnym. Ma pani tylko jeden, miała go otrzymać niejaka Scarlett Faelivrin, księżniczka Danae. Czy tak? - Rzucił niedbałym tonem, cały czas się jej przyglądając z nieschodzącym z twarzy uśmiechem.
        - Tak. - Odparła krótko, przyglądając się mu. Wyciągnęła z kieszeni niewielki list, w kopercie, otwartej rzecz jasna. Cerau się uśmiechnął i odwrócił do niej bokiem - bo tyłem byłoby niekulturalnie - i powiedział głośnym tonem :
        - Lee, przynieś szkatułkę z zapłatą dla drogiej pani. - Jak na zawołanie, po chwili był przy nich młody mężczyzna trzymając zdobioną szkatułkę którą wręczył starszemu przemytnikowi.
        - Dziękuję - Rzucił Cerau i otworzył szkatułkę pokazując jej zawartość elfce.
        - Jestem pewien, że to pokryje koszty wyprawy i ewentualne nieprzyjemności związane ze zgubieniem przez pani tego listu, czy jak tam pani to nazwie. Zgodzi się pani ze mną, prawda? Powiedział, nadal trzymając szkatułkę. Elfka stała zapatrzona w jej zawartość z delikatnym uśmiechem wypełzającym na twarz. Ba, nawet na jej twarzy było widać odbijające się światło od kosztowności.
        - Zgodzę się z panem. Powiedziała po chwili rzucając mu przelotne spojrzenie, żeby po chwili wrócić nim do zawartości szkatułki. Którą teraz jednak Cerau zatrzasnął i cofnął.
        - Cieszę się. To się dogadaliśmy. Zaproszenie za szkatułkę, tak? - Uniósł wysoko brwi, czekając na odpowiedź.
        - Tak! Proszę, tu masz zaproszenie. - Pospiesznie mu wręczyła kopertę i wyciągnęła ręce w stronę szkatułki, którą Cerau od razu jej wręczył. Pospiesznie, już ignorując kobietę otworzył i wyciągnął z koperty list, sprawdził. Wszystko się zgadzało. Posłał uśmiech w stronę elfki.
        - Interesy z panią to czysta przyjemność. - Rzucił obojętnym tonem po czym się ukłonił.
        - Teraz niestety na mnie pora, muszę przygotować się na bal. Miło mi było panią poznać, pomyślności w drodze. Żegnaj. - Po tych słowach jak gdyby nigdy nic wyprostował się, zbliżył do niej i krótko pocałował, po czym od razu się cofnął. Uśmiechnął się.
        - Kosztowności za to zaproszenie to mimo wszystko były więcej warte, musiałem wyrównać wartości. Jestem pewien, że nie ma mi pani tego za złe. - Znowu się ukłonił i wycofał, odwrócił się do niej plecami i ruszył w stronę z której przyszli. Klasnął dwa razy w dłonie i wszyscy jego ludzie opuścili bronie. Strażnicy stali jak osłupieli, nie wiedząc co robić. Nawet kapitan stał jak osłupiały patrząc na sylwetkę mężczyzny znikającego na drodze. A co się z nimi stało dalej? Nic, pojechali w dalszą drogę, dopiero jednak po dłuższym czasie, bo Cerau chciał, żeby ci zostali tam jeszcze przez jakąś godzinę, czego miała dopilnować banda zbirów przez niego wynajętych.


- 2 -


        - Gdzie się wybierasz, Akarsano? - Cerau stał w otwartych drzwiach, patrząc na rudą lisołaczkę czeszącą się przed lustrem w którym się widziała. Niemalże drgnęła zdziwiona jego obecnością. Odwróciła się i obrzuciła go pełnym wyrzutu spojrzeniem, a on? Uśmiechał się tylko.
        - Puka się. - Rzuciła, wracając wzrokiem do lustra i kontynuując przerwaną przed chwilą czynność.
        - Lubię pukać, w każdym razie, zadałem Ci pytanie moja droga.- Odparł spokojnie, po czym zamilkł, czekając na odpowiedź. Ruda znowu zaprzestała swoją czynność, chwyciła jakiś papier leżący na stoliku i zbliżyła się, wręczając mu. Mężczyzna uniósł wysoko brwi, widząc znajomy papierek, albo raczej ozdoby na nim zawarte.
        - Tak na prawdę to i tak miałam Ci o tym mówić, wybieram się na bal, puścisz mnie, prawda? - Zrobiła tutaj słodką minę, delikatnie się do niego zbliżając.
        - Tak, nawet Cię tam zawiozę. - Odparł spokojnie, nawet nie drgając jak się zbliżyła.
        - Zawieziesz? - Odparła, nie ukrywając nawet zdziwienia.
        - Tak, też się tam wybieram, więc przygotuj się na jutro, rano wyruszamy. - Cerau uśmiechnął się i zrobił krok do tyłu, wychodząc z jej pokoju i odwracając się na pięcie. Jednak zatrzymał się, odwrócił głowę w jej stronę.
        - Dobrze Ci w tej fryzurze. - Rzucił rozbawiony i ruszył przed siebie. Na prawdę nieźle wyglądała, uczesana w ten sposób, zostawił ją za sobą zdziwioną komplementem. A on? A on poszedł coś załatwić…


- 3 -


         Wyjeżdżali już wynajętym przez Cerau powozem, prawdziwy luksus, z bagażnikiem, woźnicą, wszystko. Sam mężczyzna był teraz ubrany w zwykłe luźne spodnie i równie luźną koszulę, nic specjalnego, lisiczka natomiast miała na sobie długą ciemnozieloną suknię o rękawach do okolic łokci. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że suknia w na prawdę kuszący sposób odsłaniała obojczyki zmiennokształtnej, przez co Cerau nawet nie krył się momentami z tym, że po prostu przyglądał się swojej partnerce podróży.
        - Wow, postarałeś się, szefuniu. Powóz, woźnica, konie, wszystko takie piękne, pewnie drogie? - Odezwała się po jakimś czasie rudowłosa, siedząc na przeciwko mężczyzny z nogą założoną na nogę. Ten odpowiedział delikatnym uśmiechem.
        - Tanie nie było, ale stać mnie, dobrze wiesz, że ze wszystkich moich interesów mam na prawdę ogromne zyski i po prostu stać mnie na takie luksusy. - Czy on powinien jej takie rzeczy mówić? Jasne, że tak! Akarsana była jednym z jego najbardziej zaufanych ludzi, o ile w ogóle można tu mówić o zaufaniu. Tak na prawdę, to po prostu oboje zdawali sobie sprawę z tego, że taka współpraca jest dla nich na prawdę korzystna, zarówno dla przemytnika, jak i jego współpracownicy.
        - Tak wiem, a ja dalej nie mogę się przyzwyczaić do tych wszystkich luksusów. - Westchnęła cicho. Cerau cały czas się jej przyglądał i wzruszył ramionami.
        - No i bardzo dobrze, nie przyzwyczajaj się. Tych luksusów wcale wiele nie ma, ale na bal trzeba się udać w odpowiedni sposób, a dla mnie to nie problem wynająć woźnicę, powóz i to wszystko. - Wzruszył ponownie ramionami wyglądając przez okno.
        - No tak, masz rację. Daleko to w ogóle? - Zapytała mężczyzny, bo sama tak na prawdę nie wiedziała jak daleko jest miejsce do którego się udawali. Cerau zmarszczył brwi, nie odpowiadając jej przez chwilę, po czym odwrócił głowę w jej stronę, znowu racząc spojrzeniem jej odsłonięte obojczyki.
        - Dokładnie nie wiem, ale postąpimy według wskazówek na naszych zaproszeniach, na pewno trafimy. - Odparł w końcu, mówił teraz szczerze, taka była prawda, nie znali dokładnie miejsca do którego się udawali. Na szczęście był przygotowany na wszystko, na długą i przeciągającą się podróż również. Ale, pamiętajmy, że w miłym towarzystwie czas leci o wiele szybciej, a towarzystwo lisołaczki było bardzo miłe, ba, nawet lubił jej towarzystwo. Potrząsnęło lekko wozem, kiedy przejechał po jakiejś nierówności, ale jechali dalej. Cerau pokręcił głową i zamknął oczy, splatając palce swoich dłoni i położył je sobie na brzuchu, zamykając oczami.
        - To będzie dłuuga podróż… - Mruknął. Lisiczka tego już nie skomentowała, przez chwilę się przyglądając mężczyźnie, po chwili westchnęła i przysunęła się do bocznej ściany, wyglądając przez okienko, popodziwia sobie widoki, o! Później jeszcze zabierze się za szycie sukienki na bal.
A powóz jechał dalej…


- 4 -


        - Gdybyś mi powiedziała, że nie masz sukni na ten bal to bym Ci jakąś załatwił… - Mruknął, przyglądając się jak ta dalej pracuje nad swoim dziełem, nie mógł jej odmówić talentu, ale mimo wszystko… Suknia, mógł jej kupić, nie uszczupliłoby to jego majątku. Chociaż nie mógł odmówić, przynajmniej miała zajęcie na czas podróży, która się już na prawdę dłużyła.
        - Nie potrzebuję łaski - spojrzała na niego chłodno. - Nie jestem może dworską krawcową, ale na szyciu sukienek znam się wystarczająco. - Cerau westchnął i pokręcił znowu głową.
        - Nie umniejszam Twoim umiejętnościom, ale mimo wszystko mógłbym przecież to zrobić. Tak w podzięce za Twój wkład w interesy i wszystko inne. - Powiedział, spokojnym tonem, cały czas się przyglądając jej pracującym dłoniom.
        - Poradzę sobie. Spokojnie, moja suknia nie będzie wyróżniać się wśród tych szytych profesjonalnie. A przynajmniej nie na niekorzyść. - tym razem nie podniosła nawet wzroku znad materiału, ale na jej ustach pojawił się uśmiech.
        - Nie wątpię. Nieźle Ci to idzie. Podziwiam, ja bym tak nie potrafił. - Powiedział szczerze, no cóż, nie było się tu co oszukiwać, nie umiał szyć, nigdy nawet nie próbował.
        - Dobra, nie przeszkadzaj sobie. Swoją drogą, ciemno już. Trzeba znaleźć coś do noclegu, wyjdę do woźnicy i coś znajdziemy. - Powiedział, nie dając jej dojść do słowa. Dał znak woźnicy, który zatrzymał powóz i Cerau się do niego przysiadł. Lisołaczka mogła po chwili usłyszeć głosy ich rozmowy.
        Po jakimś czasie zatrzymali się, a drzwiczki po paru minutach się otworzyły.
        - Chodź ślicznotko, znaleźliśmy nocleg. - Mogła usłyszeć głos należący do przemytnika. Stał na zewnątrz z dłonią wyciągniętą w jej stronę, żeby pomóc jej wysiąść. Zbliżyła się i skorzystała z jego pomocy.
         Powóz stał zaraz przy niewielkiej chatce, znalezionej przez Cerau, w okolicy drogi którą jechali. Dwa pomieszczenia, palenisko, wszystko wystarczyło im na noc. Przemytnik wziął nawet na siebie rozpalenie ognia w tymże palenisku. Zdali sobie również z jednej rzeczy, w chatce, w tym drugim pomieszczeniu była… pracownia krawiecka! Czyli kiedyś musiała mieszkać tu jakaś krawcowa. Dobrze się składa, bo Akarsana potrzebowała niektórych przedmiotów tu się znajdujących, żeby upiększyć swe dzieło.
         Cerau razem z woźnicą siedzieli przy palenisku, które paliło się od dłuższej chwili przyjemnie ocieplając niemalże całą chatkę, dzięki czemu nawet lisiczce w pomieszczeniu obok się znajdującym nie mogło być chłodno, chociaż mimo wszystko nie odmówiła Cerau, gdy ten zaproponował jej użyczenie swojego ciepłego płaszczu - swoją drogą, bardzo drogiego! - dzięki czemu zimno jej nie groziło.
        W pewnej chwili dołączyła do nich drobna driada, nadal był wieczór, więc mimo wszystko, przyjęli ją pod ich prowizoryczny dach, bo oczywiście nie zdawali sobie sprawy z tego, że ona nocowała tu już od jakichś dwóch tygodniu, jednakże większość czasu przesiadywała z rudowłosą. Co prawda, Cerau się tam do nich udał, żeby przez chwilę z nimi porozmawiać, głównie z nowo przybyłą, jednakże ta nie była zbyt skora do rozmowy, co nie zmieniało faktu, że parę zdań wymienili. No i trzeba wspomnieć też o tym, że dowiedział się, że lisołaczka przygotowała sukienkę również dla Frigg, jak ta się im przedstawiła. Znaczy, to były raczej poprawki jakiejś sukni przez nią już posiadanej. Następnego dnia rano, kiedy suknia była już gotowa, pożegnała się kulturalnie i odeszła w swoją drogę, nie mówiąc nawet po co ta suknia jej było. Chociaż, szczerze mówiąc, Cerau bardzo to nie obchodziło. Nie jego sprawa a nie podejrzewał nawet, że będą mieli jeszcze okazję się spotkać. Bo jak, kiedy, dlaczego i po co? No właśnie, chociaż tak na prawdę nie postawił sobie żadnego z tych pytań, nie uznając za konieczne rozmyślać nad tym.
         Ostatecznie następnego dnia oni również już ruszyli. A razem z drogą pogoda oraz okolica powoli się zaczynała zmieniać, robiło się zimno, teren powoli był coraz bardziej przez opadające z nieba płatki śniegu…


- 5 -


        - Cholera, zimno… - Mruknął, siedział razem ze zmiennokształtną po jednej stronie tym razem, obejmował ją jednym ramieniem i przykrywał ich dokładnie futrem. Cholernie współczuł woźnicy, ale nie miał zamiaru odpuszczać. Wiedział, że ten i tak źle nie miał. Miał cholernie gruby kaftan, na to narzucony jeszcze płaszcz. Ale mimo wszystko współczuł mu jego sytuacji, musiał prowadzić wóz w ograniczonej widoczności, śnieg wpadał mu do oczu i gdzie tylko się dało. Cerau zamknął oczy, czuł, sam nie wiedział co dokładnie, ale czuł, że są blisko…
        W pewnej chwili poczuł coś dziwnego, takie uczucie, aż drgnął, rozglądając się. Zdał sobie sprawę z tego, że lisiczka zareagowała podobnie.
        - Też to poczułaś?- Zapytał cicho. Lustrując ją uważnym spojrzeniem.
        - Tak… nawet nie wiem co to było, takie dziwne uczucie… - Wzdrygnęła się, a Cerau wyjrzał przez okienko.
        - Chyba się zbliżamy. To chyba to. - Mruknął, to było raczej przeczucie, a nie prawda.
        Woźnica również to poczuł, nie było widać jakiejś różnicy w terenie, ale coś ich przeniosło, był to najprawdopodobniej jakiś impuls magiczny…
        - Szefie! Już chyba jesteśmy! - Cerau usłyszał krzyk woźnicy, zagłuszany przez huk wiatru z zewnątrz. Po chwili powóz stanął i otworzyły się drzwi. - dalej nie pojedziemy, przed nami jest jakaś wielka ściana lodu, wiele nie widać przez tą cholerną śnieżycę, ale tyle ile widzę, jakaś wielka ściana i tunel. To pewnie tego szukacie? - Cerau wyszedł i wyjrzał w stronę muru, marszcząc brwi, ”cholernie zimno”...
        - Akarsana, jesteśmy na miejscu. Czas się przebrać. Dobrze, że masz już gotową suknię. Ja się przebiorę pierwszy, bo załatwię to szybciej od Ciebie. Opatul się płaszczem, zajmie mi to krótką chwilę. - Słowa te wypowiadał, wyciągając swoje ubranie na bal z znajdującego się z tyłu bagażnika, będąc tak na prawdę ogromnym kufrem. Wyciągnął laskę, cylinder oraz resztę garderoby. Uśmiechnął się do Akarsany stojącej obok drzwiczek do powozu i otulającej się płaszczem. Wszedł do powozu, zamykając za sobą drzwiczki, sprawnie się przebrał, nie zakładając na razie cylindra na głowę. Wyszedł po chwili z powozu kompletnie odmieniony. Płaszcz, którego użyczył wcześniej lisiczce, zastąpiony został przez równie elegancką marynarkę, o barwie głębokiej czerwieni, która odcinała się wyraźnie od wszechobecnej bieli. Ramiona błyszczały złociście, podkreślając kosztowność stroju, a całość dopełniały gustownie obszyte mankiety. Jedynym jasnym elementem jego stroju była śnieżnobiała koszula, zapinana guzikami w kolorze hebanu. Kiedy już wyszedł, założył na głowę cylinder. Na twarz miał nałożoną maskę, zakrywającą górną połowę twarzy.
        - Teraz Twoja kolej. - Rzucił spokojnym tonem, podpierając się na swojej lasce, wbijając ją w śnieg dokładnie przed sobą i podpierając się na niej jedną dłonią. Poprawił ładnie cylinder i podparł się drugą dłonią na lasce, czekając aż lisiczka, która już wchodziła do środka wróci przebrana. Zarówno on jak i woźnica milczeli, a czas mijał… W końcu jednak się doczekali. Wyszła, a Cerau nie omieszkał podać jej dłoni i pomóc wyjść. Miała na sobie suknię, nad której dopracowywaniem spędziła sporo czasu. Zarówno Cerau jak i woźnica pokiwali głową.
        - No, no… Faktycznie, nie potrzebujesz drogich sukni. Zrobiłaś nawet lepszą. No a wyglądasz pięknie. - Uśmiechnął się szeroko i szturchnął ramieniem woźnicę.
        - Chyba potwierdzisz, przyjacielu, co? - Woźnica odrobinkę się zmieszał, ale mimo wszystko na jego twarzy był widoczny delikatny uśmiech.
        - Potwierdzę, potwierdzę. Pięknie wyglądasz, pani. - Nawet ładnie się ukłonił przed zmiennokształtną.
         Cerau nadstawił ramię, przekręcając głowę w jej stronę i stając do niej bokiem.
        - Będę dumny, mogąc zaoferować Ci moje ramię, kiedy będziemy szli na ten bal. Nie odmówisz mi, prawda? - Na jego usta wypełzł delikatny uśmiech, a oczy uważnie przyglądały się twarzy Akarsany. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech i zbliżyła się odrobinę w jego stronę, korzystając z użyczonego przez mężczyznę ramienia. Zrobili coś koło dwóch, może trzech kroków do przodu i się zatrzymali, znaczy, Cerau ich zatrzymał. Odwrócił głowę do tyłu.
        - Wiesz co masz robić. - Rzucił krótko, tak, woźnica był poinstruowany odnośnie tego, co ma robić kiedy oni będą na balu, zapłacone miał też już z góry, Cerau mógł sobie na to pozwolić.
        - Chodźmy. - Powiedział, przyglądając się lodowej ścianie przed nimi.
No i ruszyli.
         Zbliżając się do wielkiego lodowego muru, który swoją drogą z jakichś dziwnych przyczyn wręcz przyspieszał bicie serca i budził u nich respekt.


- 6 -


        Wyszli po drugiej stronie tunelu, im oczom ukazał się ogromny ogród, za wielkimi białymi żywopłotami. Różne figury, zastygłe w najróżniejszych pozach oraz drzewa iglaste o w całości pokrytych gałęziach, uginającymi się pod ciężarem śniegu. Przed nimi była imponująca, srebrna brama. Przed samą bramą stały dwa posągi przedstawiające rycerzy dzierżących w lodowej dłoni szable. Przystanął razem z rudowłosą w niewielkiej odległości od małego zbiorowiska ludzi i nie tylko niedaleko bramy.
        - Czyli jednak nie przyszliśmy tu pierwsi. Ale też chyba nie ostatni, bo mało tych gości. No i jeszcze nikt nie wszedł do środka. Czyli się wyrobiliśmy. Bylebyśmy nie musieli długo czekać aż otworzą bramę. - Powiedział cicho, tak, by słyszała tylko lisołaczka. Zlustrował twarze wszystkich obecnych. Kobieta, znaczy dwie. Obydwie o niebagatelnej urodzie, jednak jego uwagę przykuła głównie ta, odziana w czerwono-czarną szatę z gorsetem oraz rękawiczkami nieco matowymi o delikatnej, fioletowej nucie. Prócz tego, jego uwagę przykuła również trochę znajoma już sylwetka. To była ta sama driada, której Akarsana modyfikowała suknię - jak się okazało, na ten sam bal co i oni się udawali. Dalej, mężczyźni, jeden, widocznie wysoko urodzony, co do tego nie miał wątpliwości, widać było po nim. Pozostali? No cóż, już nieprzykuwający tak uwagi, przynajmniej nie jego. Wrócił spojrzeniem do olśniewająco pięknej pokusy - o czym nie wiedział - no i zrobił parę kroków do przodu, opierając się ostatecznie jedną dłonią na swojej lasce. No i co, odezwać się, czy nie? Zamknął na chwilę oczy, czując na sobie spojrzenia, przynajmniej części z przybyłych na bal. Po chwili otworzył oczy, rzucił spojrzenie w bok, na lisołaczkę, po czym wzrokiem powędrował ku bramie. Zrobili jeszcze kilka kroków, stając już w niewielkiej odległości od tejże. Dobra, już postanowione.
        - Przepraszam bardzo, że przerywam tą ciszę, ale muszę was o coś drodzy państwo zapytać. Wiadomo coś na temat tego, kiedy otworzą tą bramę?- Rzucił spokojnym tonem, przywołując na usta minimalny uśmiech.
Ostatnio edytowane przez Cerau 4 lat temu, edytowano łącznie 2 razy.

Awatar użytkownika
Feyla
Kroczący w Snach
Posty: 246
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Feyla » 4 lat temu

- I raz ,i dwa, i raz, i obrót, i skłon – Powtarzał Nurdin przyjmując przy tym najdziwniejsze pozy, dygocząc, podskakując i kręcąc piruety. Kowalka z niedowierzaniem przyglądała się swojemu mistrzowi. Krasnolud obrany w obcisłe spodnie, niedopinający się frak z czasów jego młodości i wysoki kapelusz. Całość sprawiała że kowal wyglądał niczym błazen. Feyla nie mogła się zdecydować czy powinna parskać śmiechem czy wołać medyka. Widok był tak niezwykły iż spokojnie mogła stwierdzić ze kto ujrzał Nurdina na obcasach ten widział już wszystko.
- Możesz mi powiedzieć kiedy to z twej głowy wyparowały resztki rozsądku, zmieniając cię w olbrzymiego pajaca? – Spytała.
- Nie teraz Witka. Za chwile rozpoczynam lekcję tańca. – Odpowiedział krasnolud nie przerywając swoich akrobatycznych figur.
- Aaa, tańca … to świetnie. – Jakkolwiek śmiesznie to brzmiało, kowalka była przygotowana na każdą okazję. Czuła że kiedyś ten moment musi nastąpić. Jej stary mistrz w końcu zwariuje, a jej zadaniem jest być przygotowaną i wykorzystać jego moment słabości. Dlatego też w całej kuźni Feyla miała pochowane gotowe akty własności przepisujące cały warsztat na nią. Wyczekiwała tylko odpowiedniej chwili by podsunąć krasnoludowi taki dokument i sama zostać główną kowalką. Natychmiast chwyciła jeden z takich papierów i podsunęła go swojemu mistrzowi pod noc. – Zatem skoro zdecydowałeś się zostać baletnicą może zechciałbyś zawczasu to podpisać.
Nurdin niechętnie przerwał swoje tance. Rzucił tylko okiem na trzymany papier i od razu go podarł.
- Niedoczekanie. Eh tobie wszystko trzeba tłumaczyć łopatlogicznie. – Westchnął zrezygnowany krasnolud. – Cóż nie dziwota że nie nadążasz za umysłem bystrzejszym niż twój własny. Posadź na chwile swoje chude dupsko przy stole a wszystko wytłumaczę.
Feyla posłuchała. Sytuacja wydawała jej się na tyle niecodzienna iż warto jej było poświęcić te kilka chwil. Nurdin wkrótce wrócił trzymając pod pachą siedem olbrzymich zwojów. Po kolei rozwijał każdy na stole tłumacząc co ma przed sobą.
- To plany architektoniczne siedmiu najwspanialszych pałaców w Alaranii. I nasze największe zlecenie. Kaprys pewnego bogacza który ma więcej złota niż my węgla. A chce by w jego ogrodzie stanęły makiety ośmiu cudów budownictwa z całego świata. Wierne repliki tyle że mniejsze od oryginału – Wyjaśnił kowal widząc zaskoczenie na twarzy swojej podopiecznej.
- Wiem o co chodzi. – Oburzyła się Feyla. – Tylko co to ma wspólnego z uprawianą tu błazenadą.
- Nasz zleceniodawca mimo iż posiada niewątpliwe wpływy, był w stanie zdobyć dla mnie plany tylko siedmiorga z ośmiu budynków których miniatury chce mieć u siebie. Brakuje wśród nich Zimowego Ogrodu. Wprawdzie same szkice projektowe są nie do zdobycia ale za to mamy zaproszenie na bal odbywający się w tymże przybytku. – Z przebiegłą miną zakończył przedstawianie wizji swojego planu.
- I myślisz że uda ci się wmieszać w tłum gości, pokręcić trochę po pałacu i zapamiętać jego konstrukcję na tyle by odtworzyć cały projekt? – Śmiała się kowalka – A może masz zamiar rozłożyć się z papierami na stole pełnym wykwintnych potraw i szkicować gdy nikt nie patrzy? Jakoś nie widzę cię pracującego w czasie gdy wszyscy wokół jedzą i bawią się w najlepsze.
- Jeśli już koniecznie musisz wiedzieć to akurat ja w tym czasie będę pracował. A dokładniej rzecz ujmując pracował nad wykonaniem replik siedmiu pałaców których projekty już mam. – Chłodno oznajmił krasnolud, dając tym samym do zrozumienia kogo wyznaczył do balowego zadania.
- Że co? Niby jak? A ta cała heca tutaj? Przecież mówiłeś że masz lekcję tańca. – Broniła się kowalka.
- Mam lekcję, co znaczy że będę tych lekcji udzielał. Tobie.
- O nie, nie, nie. Niedoczekanie. Ja się nigdzie nie wybieram. Nie zmusisz mnie. – Zaprotestowała z złością Feyla. Kowalka natychmiast obróciła się na piecie z zamiarem opuszczenia pomieszczenia.
- A wiesz że ostatnio wszędzie potykam się o te papierzyska – Krasnolud wyciągnął z kieszeni jeden z przygotowanych przez dziewczynę aktów własności kuźni. – Zaintrygowało mnie to na tyle że postanowiłem w końcu to przeczytać. I o dziwo kilka z tych zapisków wydaje mi się całkiem sensownych.
- Wrrr …. To niesprawiedliwe. – Feyla czuła już że została kupiona. – Ale nie życzę sobie żądnych wykwintnych sukien. Ma być prosta, szara, z grubej tkaniny beż żadnych koronek, bufiastych rękawów i innych dodatków.
- Yhym…
- I żadnych szpilek. Biorę swoje buty. Te które nosze na co dzień.
- Yhym…
- Włosy też upnę po swojemu.
- Yhym … - Odpowiadał krasnolud co mogło oznaczać cokolwiek. Zresztą Ogród Zimowy jest na tyle daleko że i tak Nurdin nie byłby wstanie nic wskórać w sprawie jej wyglądu.
- W takim razie idę zaryglować drzwi i zasłonić okna. Prędzej skocze do studni niż pozwolę by ktoś z zewnętrz zobaczył mnie tańczącą z tobą.
------
Feyla stała na uboczu zbierającej się przed bramą grupki gości. Nie miała ochoty na rozmowę bardziej koncentrując się na własnym zadaniu i oglądaniu konstrukcji muru oraz samej bramie. Zresztą przenikliwy mróz nie zachęcał jej do prowadzenia jakiejkolwiek dyskusji. Szczelnie owinięta płaszczem i szalem zakrywającym jej twarz po same oczy, podskakiwała co jakiś czas by nie zamarznąć nim wszystko się zacznie. Właśnie sobie uświadomiła że czekający ja bal może okazać się znacznie trudniejszą misją niż rysował to Nurdin siedząc przy ciepłym kominku. Kowalka miała wstręt do arystokracji i ludzi zamożnych których ogólnie rzecz ujmując traktowała za nierobów, a tymczasem wewnętrzny głos podpowiadał jej że czego jak czego ale bogaczy to tu nie zabraknie. Cóż przyjdzie jej zagryzać zęby nie tylko z zimna.

Awatar użytkownika
Lokstar
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 55
Rejestracja: 5 lat temu
Lokalizacja: Bełchatów
Kontakt:

Post autor: Lokstar » 4 lat temu

        Lokstar siedział na zwalonym pniu drzewa, gdzieś na łące, spożywając posiłek. Świeciło słońce, którgo ciepłe promienie ogrzewały okolicę, kilka chmurek przemierzało błękit nieba, a dookoła żywej duszy. No, może pomijając Mythie, małego królika, towarzysza. Loki odłożył na trochę swój obiad i położył się na soczyście zielonej trawie przykrywając twarz kapeluszem. Nie spał, gryzł tylko wykałaczkę i myślał nad kolejnym celem swojej wędrówki. Wszystko wskazywało na to, że znów odwiedzi miasto, którego nie zna nawet z nazwy.
         - Nie odchodź za daleko, maleńka. - Rzucił ciepło przekręcając głowę i kierując wzrok na białą puszystą kulkę wśród trawy. Królik tylko przekrzywił główkę i skończył jeść trawę, która akurat wystawała z pyszczka. - Niedługo ruszamy dalej. - Uśmiechnął się i znów naciągnął czarny kapelusz na twarz.

        Po kilkunastu minutach wyrwało go z letargu dotknięcie w ramę. Zignorował to myśląc, że delikatny wiatr przywiał jakiś zbłąkany liść. Jednak kolejne szturchnięcia były mocniejsze, a w ostateczności gdy otworzył wzrok ujrzał, swoją towarzyszkę siedzącą na jego klatce piersiowej z czymś przypominającym list w pyszczku.
         - Co ty tu masz, malutka? - Posadził ją na ziemi i podjął dłonią list. Mythia usiadła na tylnych łapkach przyglądając się swojemu panu z zaciekawieniem i oklapniętym uszkiem. - Zobaczmy. - Obrócił list w palcach. Na jego froncie widniała nieznana Lokiemu pieczęć. W dodatku wyglądała dość dziwacznie. Odciśnięta w niej była maska karnawałowa. - Skąd to się tu wzięło? - Spojrzał pytająco na królika. - Skąd to masz? - Nie jasne było dla demona, że takie coś mogło się znaleźć w tym miejscu, tak daleko od osad ludzi, w tak nienaruszonym stanie. Rozejrzał się zdezorientowany. Nikogo w zasięgu wzroku. Zmarszczył brwi i jeszcze raz zlustrował okolicę. "Co tu się wyprawa" Spytał sam siebie. Gdy upewnił się, że nie ma nikogo innego w okolicy jeszcze raz przyjrzał się listowi. Widniało na nim jednoznacznie jego imię oraz nazwisko. Zdziwiło go to dość poważnie, gdyż swoje dane podawał niewielu osobom i rzadko kiedy były one prawdziwe. Pomyślał o wszystkich osobach, którym mógł się przedstawiać. - E... To pewnie jest jakiś dowcip. - Rzucił list w krzaki i wrócił do odpoczynku. Nie dane mu jednak było cieszyć się długo leniuchowaniem. Mythia po raz kolejny przyniosła ten sami list w pyszczku. - No o co ci chodzi? Mam go niby otworzyć? I... - Urwał gdy wyczuł coś we wnętrzu koperty. - No dobra. - W dłoni pojawił się sztylet. Lokstar przesunął ostrzem po grzbiecie koperty otulającej zawartość. To co ujrzał niemal zwaliło go z nóg. W środku znajdował się złożony na trzy list oraz maska karnawałowa zrobiona z czarnych piór. Same pióra wyglądały znajomo. - No, to chyba jakaś kpina!? - Loki wiedział, że to nie może być zbieg okoliczności. Zaczął czytać.

        Gdy dotarł do ostatniego akapitu Mythia usilnie chciała wdrapać się na jego nogę. Wyraźnie coś ją przestraszyło i szukała schronienia u swoje pana na rękach.
         - Co jest? - Spojrzał na nią. Gdy wziął ją na rękę kątem oka zauważył ruch przed sobą. W czymś na kształt mgły unosiły się ubrania. - No to już jest przegięcie jak dla mnie. Czy na prawdę nie mogę sobie chociaż kilku dni odpocząć, by nie natknąć się na jakieś zjawiska paranormalne?! - Zdziwił się sam swoją wypowiedzią. Wszak żył w świecie przepełnionym magią już od dłuższego czasu. Zaśmiał się w głos głaszcząc królika. - Macie mnie. Sięgnął do ubrań. Wstępnie były tylko jakby cieniem we mgle. Jednak gdy Loki tylko dotknął natychmiast przylgnęły do niego przybierając bardziej materialną wersję. "Ja to zrobiłem?" Zdawał sobie sprawę, ze swoich zdolności ale nie mógł przywołać takich zjawisk. Przynajmniej nie teraz, a zwłaszcza, gdy nawet nie pomyślał o czymś takim.

        Jego ubranie zmieniało się w strój wieczorowy jakby za sprawą magicznego dotyku. Mgiełka otaczała go od stóp. Najpierw buty stały się bardziej wykwintne. Zniknęły z nich otarcia czy oznaki schodzenia. Zmieniły się w eleganckie, czarne półbuty na obcasie. Prawa sztuka pozostała zdobiona. Potem zmieniły się spodnie, materiał zelżał, poczerniał niczym od węgla, pojawił się kant oraz znów zniknęły wszelkie znaki użytkowania odzieży. Nogawki z mankietem opadły na buty zakrywając je i zatrzymując się mniej więcej w jednej trzeciej obcasa. Koszula się wygładziła, oderwane guziki wróciły na swoje miejsce oraz kolor zmienił się w śnieżnobiały. Została wpuszczona w spodnie. Złote spinki zdobione szlachetnymi kamieniami w kolorze szafiru zdobiły ten element garderoby. Pod szyją z czerwono czarnej wstążki pojawiła się mucha. Przykryła to żywo czerwona marynarka zapięta tylko na jeden guzik. W kieszonce czarny kawałek aksamitu. Czarny, skórzany pas ze złotą klamrą ozdobioną na froncie runami. Kapelusz zmienił lekko kształt, stał się bardziej elegancki z szerokim rondem i czarnym pasem z zatknięty zań czarnym piórem. Loki chciał wyjąć z ust wykałaczkę, w samą porę, gdyż kawałeczek drewna zmienił się w różę w kolorze marynarki o doskonałym kształcie płatków. Zarost również nie pozostał pominięty. Wszelki niepotrzebny zniknął, a pozostały przystrzyżony jak u mistrza fryzjerstwa, podkreślił wiek i kształt twarzy nadając nieco uroku. Długie włosy, magią zostały oczyszczone i spięte w grzeczną kitę opadającą na plecy przy pomocy czarnego rzemienia. Okulary powędrowały do wewnętrznej kieszeni marynarki.
        Mythia też została miło potraktowana przez nieznaną magię. Wyczesane lśniące futerko i identyczna, jak u pana, muszka pod szyjką, nadawała jej swoistego uroku.
         - Czyli tak ma wyglądać ten bal. W sumie mógłbym się przyzwyczaić. - Spoglądał po sobie. Lubił przebieranki i często z nich korzystał. Obejrzał dokładnie każdy centymetr nowego stroju, swojego jak i towarzyszki. - Do twarzy ci w tej muszce. - Uśmiechnął się i pogłaskał królika po głowie. - A to co?! - Zdziwił się gdy poczuł nieprzyjemny chłód na twarzy. - Znowu jakaś niespodzianka? - Otoczył parę wędrowców elegancki, długi niemal do ziemi czarny, gruby, skórzany płaszcz. Loki jeszcze raz spojrzał na list. Zamiast niego w dłoni leżała czarna maska na oczy, a sam list krążył wokół niego. Nagle potężny wiatr zaczął poruszać drzewami wokoło. Potężny błysk światła na chwilę ich oślepił. - Co do...?! - Gdy otworzył oczy był po środku płaskiego terenu pokrytego śniegiem. Śnieżyca szalała w najlepsze, skutecznie uniemożliwiając orientację czy chociaż odnalezienie odpowiedniego kierunku.
         - Trzymaj się mnie. - Posadził Mythie na ramieniu i ruszył przed siebie.

        Szedł kilkanaście godzin. Śnieg sięgający łydek skutecznie utrudniał marsz. Loki odruchowo sprawdził czy opaska jest na swoim miejscu. Z ulgą odkrył, że jest pod rękawem. W tym samym momencie śnieżyca ustała. Na niebie tańczyła zorza mieniąca się milionami kolorów. Okoliczny lód obijał jej światło tworząc majestatyczny taniec świateł i barw wokół Lokiego. Zapadła absolutna cisza.
         - Ładnie tu, prawda? I nawet nie jest tak zimno. - Spojrzał na puszyste futro królika, który wydawał się być zadowolony siedząc na ramieniu. Przed sobą ujrzał Górę pokrytą szczelnie lodem - Pewnie to tam jest bal... - Spojrzał i dalej brnął w śniegu. Jakie było jego zdziwienie, gdy owa góra okazała się być lodową ścianą bez końca, sięgającą gwiazd. Po za tym okazała się być znacznie bliżej. Góry, które widział, były tylko odbiciem w doskonale gładkim lodzie. Rozejrzał się. Po swojej prawicy ujrzał karocę. - Chyba trafiliśmy. Uśmiechnął się i tam skierował swoje kroki. Po drodze dało się wyczuć potężną magię bijącą od ściany z lodu. Dotarł do tunelu i bramy strzeżonej przez dwa potężne posągi. Nim się zbliżył do stojących w przejściu postaci uważnie je zlustrował. Rzuciło się w oczy, że kilkoro z mężczyzn ma sygnety. Kobiet również nie brakowało. W sumie ujrzał dwanaście postaci oczekujących wejścia. "Pewnie szlachta. Co? Ja będę gorszy?" Z uśmiechem na twarzy szybko wykreował na swoim serdecznym palcu czarny pierścień, a drugą ręką włożył na twarz maskę z piór. Podszedł do nich dostojnym krokiem jednak nie przeciągał ruchów. Szedł w zwyczajny dla siebie sposób. Elegancko z nutą nonszalancji, noga przed nogą, ręce w kieszeniach, z królikiem na ramieniu. Przystanął w pół kroku gdy część gości na niego spojrzała.
         - Witam. - Tym słowom towarzyszył delikatny ukłon i skinięcie kapelusza. - Widzę, że udało mi się nie spóźnić. - Uśmiechnął się kierując kapelusz na głowę.
Ostatnio edytowane przez Lokstar 4 lat temu, edytowano łącznie 2 razy.

Awatar użytkownika
Darshes
Senna Zjawa
Posty: 277
Rejestracja: 6 lat temu
Kontakt:

Post autor: Darshes » 4 lat temu

- Nie! - odparł zniecierpliwiony. Ta rozmowa zaczynała go już drażnić.
Niespełna pięć dni temu siedział sobie w karczmie, rozkoszując się upragnionym wytchnieniem. Obserwował miejscowy motłoch, jak zalewa się w trupa, raz za razem wychyla szklane i gliniane kufle. Była to ciekawa, ludzka tradycja: dwóch uczestników siadało na przeciwko siebie i chlało bez umiaru. Kto przegrywał, nie dość że zostawał pozbawiony wszystkiego, to jeszcze następnego dnia musiał wyrównać rachunek na horrendalną kwotę. Był tam też taki mały niziołek. Śmieszny osobnik o rozbieganych oczkach. Latał między stolikami, dzwoniąc miniaturowymi dzwoneczkami, przyczepionymi do drewnianej skrzynki. Wrzeszczał coś o zakładach i przyjmował pieniądze od na wpółpijanej klienteli, obstawiającej zwycięzcę konkursu. Będąc odrobinę bardziej trzeźwym od reszty biesiadników, Darshes z zachwytem przyglądał się złodziejskiemu rzemiosłu, gdy ręka karła znikała pod tą czy inną peleryną.
Pojawienie się ptasiego posłańca zepsuło jednak cały nastrój. Zabrawszy go do wynajętego dwa dni wcześniej pokoiku, maie wysłuchał wiadomości od Opiekunki i zaklął siarczyście. Wzywała go z powrotem do domu, do Ash Falath'neh. Sprawa miała być pilna i wymagająca natychmiastowej ingerencji Kręgu. Ze słów, mógł niemal wyczytać wszystko to, czego kobieta oficjalnie nie wypowiedziała: "Pobawiłeś się? To teraz wracaj do domu i bierz się do roboty!" Cóż miał zrobić? Pognał do domu, ile sił w kruczych skrzydłach, nie szczędząc ni piór, ni lotek. Nie był jeszcze w stanie zrzucić jarzma swej dawnej patronki i przeklinał się za to w duchu. Poza tym, wiązała go również przysięga druidów i wewnętrzny, naturalny impuls.
Teraz jednak nie mógł uwierzyć własnym oczom. Ciągnęli go przez pół kontynentu Alarańskiego, każąc pokonywać burze i wichury, a wszystko po to, by wręczyć mu jakieś tam zaproszenie? I to w dodatku na bal?
- Toż to jakaś bzdura! - warknął, nieomal rozdzierając śnieżnobiała kartkę z wściekłości. - Zresztą, to nawet nie jest do mnie! - odparł wskazując nadawcę. - Pisze tu wyraźnie: "Do Arcydruida"!
Czego jego rozmówczyni nie rozumiała? Powiedział przecież wyraźnie, że nie ma zamiaru brać udziału w żadnym balu, tym bardziej maskowym! Mało to się już nanosił przebrań w życiu?
- To nie podlega dyskusji. - powiedziała driada, gładząc gryf swego dębowego łuku. Był to jasny do zrozumienia gest. - Jako ostatni żyjący członek, działasz jako tymczasowy lider Kręgu. Pojedziesz do tego Zimowego Ogrodu, czy to ci się podoba, czy nie!
- Zmuś mnie. - wysyczał druid, hardo rzucając wyzwanie.

[naglowek]***[/naglowek]

I zmusiła.
Nie tylko został ubrany w wytworne szaty, w jakich poprzedni Arcydruid raczył się pokazywać w Żelaznej Twierdzy. Wysłała również za nim stado wilków polarnych, by upewnić się, że dotrze w wyznaczone miejsce. Nie przeszkadzało mu towarzystwo śnieżnych predatorów, jednak nocami słyszał ich pełne niezadowolenia warkoty.
Przyczyną był zapewne masywny płaszcz z futer ich braci, przyjemnie ogrzewający ludzkie ciało. Choć uszyty przez "barbarzyńskie kobiety z lasów", jakością wykonania i wygodą o niebo przewyższał jego bardziej cywilizowane wersje. W przeciwieństwie do ludzkich modeli, grube futro znajdowało się po zewnętrznej stronie. Puszysta sierść zaś zbierała wirujące w powietrzu, śnieżne okruszyny, nadając swojemu właścicielowi wygląd osobliwej, chodzącej zaspy. Kołnierz płaszcza, miast wyszywanych zdobień lub złotego łańcucha, zdobiły żywe gałęzie ostrokrzewu, pobierające potrzebną energię życiową wprost z jego magii. Nie zabrakło również Kamienia Magazynującego. Czarny opal spinał narzutę u samej podstawy szyi, a jego metalowa oprawa zdawała się splatać ze wspomnianą wcześniej rośliną.
Najgorsze jednak było to, co znajdowało się pod spodem. Prosta, pełnej długości bawełniana szata, która mieniła się w srebrzystych kolorach. Choć miała już swojej lata, tkanina zdawała się być odporna na upływ czasu, a jej kolor i zapach wciąż przywodził na myśl rzeczne lilie. Całości dopełniały wysokie buty w kolorze kremowym, obszyte wewnątrz miękkim futerkiem. I Prasmoku niech będą dzięki, za jakość ich wykonania. Świetnie spisywały się wśród mroźnych śniegów północy.
Akcesoriami wieńczącymi strój była maska śnieżnego wilka o wyszczerzonych kłach i brzozowy kostur arcydruida. Tego ostatniego, Darshes nie miał zamiaru wsiąść do ręki za żadne skarby świata wiedząc, że jest to symbol dawnego przywódcy Księżycowego Kręgu. Dopiero groźba Opiekunki, że przymocuje mu go zaklęciem na stałe, zmusiła do przezwyciężenia swojej niechęci.

[naglowek]***[/naglowek]

Czwartego dnia, po niespodziewanej zamieci, stanął przed lodową ściana i korytarzem, mieniącym się wszystkimi kolorami niebiańskich świateł. Pożegnalne wycia jego eskorty utwierdziły go w przekonaniu, że oto dotarł na miejsce.
Naprawdę, miał teraz ochotę zrobić zawrót o sto osiemdziesiąt stopni i wrócić do jakiegoś mniej onieśmielającego miejsca. Ogrom lodowych klifów przytłaczał swoim rozmiarem, a bystre oczy Darshesa na próżno wyszukiwały ich szczytu. Co ciekawe, panowała tu absolutna cisza. Żadnego wycia wiatru, skrzypienia śniegu czy trzeszczenia brył lodowych. Czysta, nienaturalna cisza.
Przełykając ślinę, zanurzył się w głąb w tunelu, a biały obłok pary towarzyszył każdemu oddechowi. Echo kroków i stukot kostura odbijały się echem pośród zmrożonych ścian, tworząc dziwnie przyjemną dla ucha, monotonna melodię. Wraz z druidem, po prawej i lewej jego stronie, podróżowały zniekształcone odbicia, tworząc trio dzikich drapieżników, zmierzających ku niczego nieświadomym ofiarom.
Wkrótce ujrzał to, co wszyscy - lodowy ogród, wypełniony rzeźbami tak starannie wykonanymi, że mogłyby uchodzić za żywe. Słyszał odgłosy rozmów i pospiesznie wymienianych uprzejmości. Były to jednak tylko szepty, a choć konstrukcja tego miejsca wzmacniała głos, nie sposób było rozróżnić pojedyncze słowa. Skorzystał więc z magi, aby w szybki sposób zlokalizować pozostałych uczestników. Nie widział ich jeszcze, jednakże dzięki emanującej energii życiowej, rozróżnił parę ras. Głównie piekielnych i ludzi. Jeden był demonem, a dwoje chyba zmiennokształtnymi, ale takie sprawy zawsze trudno było wyczuć. Nie mógłby jednakże pomylić sił życiowych naturianina z czymkolwiek innym. Miał tylko nadzieje, że to nie żaden minotaur...
- A więc jestem piętnasty... - mruknął, przemykając pomiędzy zlodowaciałymi figurami, ku oczekującej już grupie gości.

Awatar użytkownika
Laura
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 5 lat temu
Lokalizacja: Łódź
Kontakt:

Post autor: Laura » 4 lat temu

        Skrzypce wybrzmiewały właśnie ostatnie nuty występu. Jeszcze tylko długie wyciągnięcie na wysokim F i Laura usłyszała masę braw. Miała niesamowite szczęście tego wieczora. Trafiła na większy występ, gdzie szybko zaskarbiła sobie sympatię organizatora i innych bardów grających tam. Miała swój czas około godziny 23, zaś na występ musiała przygotować materiał zapełniający minimum półtorej godziny. Co więcej: tematyka całego przedsięwzięcia była idealna dla niej. Nie musiała trudzić się i wymyślać melodii, w których nie czuła się dobrze. Po prostu tak jak zawsze mogła opowiadać historie, te bardziej lub mniej prawdziwe, za pomocą śpiewu i muzyki. Jej osoba, talent i utwory zostały również gorąco przez publikę przyjęte, o czym świadczyły niekończące się brawa i oklaski. Niektórzy starali się nieśmiało prosić o bis, ale, niestety, przyszła kolej następnej grupy.
        Laura zjechała ze sceny po wcześniej specjalnie dla niej przygotowanej kładce, natomiast zaraz obok podwyższenia dla grających, odgrodzeni od muzyków barierkami i strażnikami, stali ludzie. tłum gapiów, różnej maści istot, które chciały osobiście poznać piękną, niewidomą dziewczynę. Wszyscy z zapałem wołali jej imię, a sama Chroma nie potrafiła wyjść ze zdumienia. Nigdy nie przypuszczała, że uda jej się przeżyć tak wspaniałą rzecz. Bez zastanowienia zbliżyła się do barykad i ściskała dłonie fanom. Niektórzy nieśmiało prosili o autograf, wtedy jednak Niewidoma przepraszała, że nie potrafi pisać. Ktoś chciał ją przytulić, ktoś, bardziej nachalny lub bardziej pijany, starał się ją pocałować. Wszystkim takim incydentom jednak przeszkadzali strażnicy, którzy z wprawą pilnowali strefy osobistej Bardki.
        W pewnym momencie ktoś, zamiast prosić o autograf, wcisnął jej w dłoń kopertę i wyszeptał "przeczytaj w spokoju i samotności". Dziwnym było już nie tyle, że oddalił się bez żadnego więcej słowa, co bardziej dziwił fakt, iż przecież Skrzypaczka nie będzie potrafiła przeczytać słów z kartki, której nie dostrzeże. Zresztą - nawet gdyby to były wypukłe litery, Jasnowłosa była analfabetą i nie umiałaby odszyfrować przesłania listu. Postanowiła jednak zrobić tak, jak jej nakazano i schowała kopertę obok siebie, tuż przy futerale ze skrzypcami.
        Radościom tłumu nie było końca, jednak wreszcie rozpoczął się kolejny występ, zaś Laura mogła spokojnie się oddalić. Wydzielono jej niewielki barak, gdzie salon, kuchnia i sypialnia to było jedno pomieszczenie. Niewidoma nie narzekała. Miała własne cztery kąty, gdzie w ciszy i bez natrętnych gapiów mogła odpocząć, nie musiała trudzić się nad zapłatą za nocleg, a nawet miała co jeść. Gotowanie, ścielenie czy sprzątanie nie było dla niej problemem. Cały budynek był w dodatku specjalnie dla niej przystosowany. Mogła na wózku dostać się w każde miejsce, mogła myć naczynia, blaty i wszystkie półki zaprojektowano tak, aby dla osoby nieruchomej wszystko znajdowało się na wyciągnięcie ręki.
        Odetchnęła. Znalazła się tu przez przypadek, a jak bardzo zmieniło to jej życie. Zyskała sobie gromadkę fanów, którym spodobała się grana przez nią muzyka. Trochę zaczęła się też obawiać. A co, jeżeli stanie się zbyt rozpoznawalna? Wtedy już w żadnym mieście nie znajdzie spokoju, wszędzie będzie męczona o występy, nigdzie nie weźmie głębokiego oddechu otoczona przez masę istot dookoła niej. Laura nie lubiła sławy, wolała pozostać anonimowa. Choć, nie przecząc, bardzo spodobało jej się uczucie bycia dla kogoś idolem.
        Robiąc kolację Muzyczka przypomniała sobie o kopercie, którą w niezwykle tajemniczy sposób otrzymała od równie tajemniczego jegomościa. Nie zdążyła się przyjrzeć jego aurze, w dodatku mieszała się ona z masą innych. Niewidoma Bardka, mimo swojego braku wzroku, świetnie sobie radziła z trudami życia codziennego. A wszystko to dzięki zdolności, której pochodzenia i sposobu działania chyba już nigdy nie odkryje. Nazwała ją "Orientacją Auralną", bowiem polegała ona na wizualizacji emanacji dookoła dziewczyny.
        Laura wyjęła zmięty już nieco liścik, rozerwała ostrożnie kopertę i wydobyła zawartość. Pod palcami, oprócz niedużej karteczki o przyjemnej fakturze, znajdował się niewielki kawałek lodu. Co ciekawe: nie roztapiał się on w dłoniach, magicznie pozostając w niezmiennej formie. Miał swoją drobną aurę, jakby była to zaczarowana, żywa istotka.
        Karteczka była złożona na pół. Gdyby Niewinna mogła ją zobaczyć, ujrzałaby błękitny papier ozdobny, a wewnątrz karteczkę napisaną we Wspólnej Mowie, zapraszającą Bardkę Laurę na Maskaradę w Zimowym Ogrodzie. Ponieważ jednak zaproszona nie mogła tego zobaczyć na własne oczy, ktoś, kto ją zaprosił, zaczarował również karteczkę. Po jej otworzeniu wydobył się z niej ciepły, kojący, kobiecy głos, nieco sztuczny, ale czarujący.
        - Witaj, moja droga! Pragnę, abyś przybyła, moja Lauro, na bal maskowy, odbędzie się on niedługo, ale radzę wyruszyć już zaraz, abyś trafiła tam na czas. Nie martw się o to, iż się zgubisz. Trafisz tam bez najmniejszego problemu. Twoim celem będzie Zimowy Ogród poza granicą Centralnej Alaranii. Pamiętaj o zdobyciu maski oraz stroju wieczorowego! Bywaj, do zobaczenia! - głos umilkł zostawiając Niewidomą z wielkim znakiem zapytania na twarzy. "Ale.... Ale.... Co się tutaj... Ale jak..." siedziała zaskoczona i nie potrafiła zebrać myśli.

***


        "Dlaczego ja tam idę?!" zastanawiała się, sama siebie nie rozumiejąc. Właśnie kierowała się przez śnieg, choć nie było jej zimno. Czuła, iż na skórę nieustannie sypie jej śnieg, dosyć intensywnie, ale nie odczuwała zimna. Jej zwiewna, biała sukienka nie powinna dawać jakiegokolwiek schronienia przez mrozem, tymczasem ten wcale jej nie dokuczał. Nie potrafiła przypomnieć sobie, w jaki sposób tak daleko się dostała. Ostatnio była w Fargoth, a teraz... Nigdzie. Choć, z zaproszenia, spodziewała się mrozu i śniegu. To ją nakierowało. Musiała być blisko. Jakiekolwiek próby obeznania się w sytuacji spełzały na niczym. Nie wyczuwała niemal żadnych aur, a jedynie klify, kamienie i kopy śniegu, które skrzętnie omijała nie chcąc ugrząźć tu na dobre. Choć okolica była piękna, mieniąca się kryształowymi blaskami lodu, skrząca się miliardem gwiazd na ziemi i ciesząca oko podróżników, dla Laury były to tylko czarne przeszkody o lekkich, błękitnych konturach. Tak "widziała" ten teren. Mroczny świat spowity ciemnością, z świecącymi konturami ścian, osób, przeszkód, terenu.
        Śnieżyca się nasiliła, bowiem wózek się przewrócił wraz z właścicielką. Laura wylądowała w zaspie. Próbowała się wygramolić, choć szło jej to topornie. Silny wiatr skutecznie uniemożliwiał jej wspinaczkę na pojazd. Równie dobrze mogłaby wspinać się na najwyższy szczyt jakichkolwiek gór, bez przygotowania. Osiągnęłaby podobny efekt: ponowne lądowanie w sypkim puchu. Jej jasne włosy, niemal biała suknia i jasna karnacja skutecznie zlewały się z bielą okolicy, powodując, że Dziewczyna była właściwie niedostrzegalna z odległości większej niż kilka stóp.

***


        Obudziło ją szarpnięcie. Ale nie byle jakie, a raczej uczucie, że ktoś pcha jej wózek. Przestraszona Laura zaczęła szukać jakiejkolwiek dostrzegalnej emanacji. Niestety, żadna nie istniała. Gdy szukała dłonią ciała osoby, która jej pomogła i obecnie powinna stać za pojazdem, natrafiła wyłącznie na śnieg smagany kolejnymi podmuchami wiatru. nic więcej, ponad powietrze.
        - Nie obawiaj się. Mówiłam, że trafisz - głos, który usłyszała we własnej głowie, był znajomy. Ten sam, ciepły, uśmiechnięty i kojący, co z zaproszenia. "Dziękuję" pomyślała Laura i skupiła się na podróży, starając się przejąć kontrolę nad poruszaniem kołami. Magia, która jej pomogła, zniknęła. Bardka zacisnęła prawą dłoń na gryfie skrzypiec, zaś lewą na sukience, i ruszyła.
        Temperatura nadal nie była, co niezwykle dziwne, przeszkodą. Czuła się, jakby normalnie podróżowała przez zacieniony las. Powietrze było dość ciepłe, acz wilgotne i wietrzne. Sam wiatr powodował na ciele Niewidomej nieprzyjemne dreszcze, ale nie było to dużym problemem dla niej.
        Nagle coś ją sparzyło w prawy nadgarstek. Sięgnęła po ten przedmiot dłonią i wyciągnęła prezent z koperty otrzymanej po występie - lodową bryłkę. To ona wytwarzała niezwykłe ciepło, w dodatku niemal rwała się w pewnym kierunku, jakby była pewna, że sama tam dobrze. Chroma wyciągnęła rękę z bryłką przed siebie badając, w którym kierunku to chce ona się dostać. Po stwierdzeniu, że obrała minimalnie błędną drogę, poprawiła kurs lekko w lewo i przyspieszyła, nieustannie trzymając gorącą bryłkę lodu, która nieznacznie ogrzewała całe ciało Skrzypaczki.

***


        Zatrzymała się ponownym szarpnięciem. Do jej głowy napłynęła mimowolna myśl "jesteśmy na miejscu", a na twarz Laury wypłyną ciepły uśmiech. Znajdowała się przy wznoszącej się ku chmurom ścianie, w której ktoś wydrążył tunel. Nawet bez jakiegokolwiek dotyku faktury przeszkody wiedziała, że zrobiono ją z lodu. Nagle śnieżyca zniknęła, natomiast Chroma wjechała w owy tunel, który wydawał się być celem jej podróży. Nieświadoma Anielica natrafiła przypadkiem na jakiś przedmiot, gdy jedno z kół wózka zahaczyło o coś zatrzymując się gwałtownie. Aby go dosięgnąć musiała zejść z pojazdu, zsunąć się na ziemię. Gdyby okazało się, że ktoś ją obserwuje, Jasnowłosa chyba zapadłaby się pod ziemię ze wstydu. Nienawidziła tego, jak to wygląda dla innych, dlatego nie pozwalała sobie na opuszczanie czterokołowca wśród innych istot. Przedmiot, który podniosła, okazał się być białą, delikatnie zdobioną w spirale maską. Przywdziała ją, przypominając sobie właśnie teraz, że to przyjęcie jest balem maskowym, a ona przybyła tu bez jakiejkolwiek maski. Chyba właśnie kobieta z zaproszenia pomogła jej po raz trzeci tego dnia...
        Teraz Bardka wyobrażała sobie ten bal tak, jakby miał się dziać w lodowej jaskini, przy muzyce wiatru śpiewającego między soplami. Jej wizja szybko czmychnęła w dal, gdy wyczuła mnóstwo innych, nieznanych sobie emanacji.
        Nim wyjechała z korytarza na plac przed bramą, zatrzymała się skryta, miała nadzieję, w cieniu i starała się rozszyfrować każdą z obecnych tu emanacji. To był jedyny sposób dla niej, aby zapamiętać dane osoby, które, jak jej się wydawało, również były gośćmi maskarady. "Ale niekoniecznie proszonymi gośćmi..." przestraszyła się, jednak postanowiła zaufać swojemu instynktowi.
        Wtem dostrzegła znajomą sobie aurę mężczyzny o ciepłym, lekko nonszalanckim głosie, który wraz ze swym królikiem, podróżował przez Alaranię. Laura doskonale zapamiętała jego imię oraz to, jak ją uratował. Przyspieszyła, jadąc przez środek placu, przejeżdżając obok figur lodowych rycerzy i przed bramą, na widoku i niemal przed wszystkimi, aż dotarła do Demona.
        - Loki! - uśmiechnęła się podjeżdżając do jego osoby. Jakże się cieszyła, że spotkała tu kogoś, komu może zaufać, kto ją zna i w razie potrzeby ją wesprze. Żałowała jednak nieco, że nie ma tu również Dżariela, Wilkomira albo Evanesci. - Też zostałeś zaproszony? - zapytała z niekrytą radością.

Zablokowany

Wróć do „Zimowy Ogród”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość