Thenderion[Winnica Counteville] Zabawa w ganianego

Thenderion zbudowany jest głównie z kamienia, więc domy są tu masywne i trwałe, ale ich wnętrza są zimne mimo dość ciepłego klimatu. Budynki mieszkalne mają zazwyczaj jedno lub dwa piętra, zaś budynki użyteczności publicznej są zwykle wyższe i bardziej rozległe jak np. gmach sądu. Okna masywniejszych budowli zdobią barwne witraże. W mieście znajduje się rezydencja króla Arina, sprawuję on głównie władzę nad miastem.
Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

[Winnica Counteville] Zabawa w ganianego

Post autor: Rianell »

Kilka miesięcy wcześniej

        Burzowe chmury wisiały nisko nad ziemią - stalowe, ciężkie, nabrzmiałe deszczem jak przejrzałe owoce na moment przed tym jak pękną. Było duszno, ubrania kleiły się do ciał, wszystkich ogarniała senność. Nawet wiatr nie próbował zakłócać tego śmiertelnego wręcz spokoju i nie poruszał powoli żółknącymi liśćmi drzew i winorośli porastających łagodne zbocza gór. Wśród upraw nie buszowały ptaki - niedawno zerwano już wszystkie kiście winogron, zostawiając tylko to, co spadło na ziemię albo nie nadawało się do produkcji wina. Poza tym to już nie była pora na żer - przy tej pogodzie zmierzch zapadał wcześniej.


        Nie mdlej. Cholera jasna, nie mdlej. Jeszcze kawałek. Światła…
        Potknął się. Biodro go bolało jakby miał nie czterdzieści, a czterysta lat. Cały był zresztą obolały. Zwłaszcza głowa… I to zimno. Coś oblepiało mu twarz i paskudnie chłodziło, ale nie umiał tego zetrzeć. Spływało do oczu i utrudniało mruganie, a i bez tego ledwo widział.
        Zmierzchało. Ciemność, że ledwo widział ścieżkę przed sobą. Kuśtykał nią, bo nie było gdzie skręcić, wszędzie wokół coś rosło, mógł tylko iść przed siebie. Ale… To nie była na pewno leśna ścieżka, to była cywilizacja, był pewien, że wcześniej widział dom z drogi. Zanim… Zanim… Cholera, nie mógł tracić wątku. Musiał iść, musiał pamiętać gdzie idzie i po co. Chciał przyspieszyć, ale wyglądało to gorzej niż rozpaczliwie. Kulał, mocno. Noga nie była chyba złamana, ale biodro aż paliło z bólu. Przyciskał do niego dłoń, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
        Gdy ścieżka w końcu wypluła go na szeroką drogę, dostrzegł niedaleko postać. Jęknął. Więc to koniec? Widział już anioła, który przyszedł po jego duszę? Postać była niewyraźna, lecz widział wokół jej głowy jaśniejącą aureolę. Zresztą, cała postać jaśniała. Cholera. Ale nie, może tylko mu się wydawało. A może to podświadomość podpowiedziała mu, że ma przed sobą wybawienie. Nie mógł się poddać, nie po to walczył, żeby teraz chociaż nie spróbować. Podszedł jeszcze dwa kroki, zataczając się ze zmęczenia. Poruszył ustami, ale z wysiłku miał język jak kołek i tylko coś niewyraźnie charknął. Odchrząknął i spróbował ponownie.
        - Pomocy… - stęknął. Miał powiedzieć więcej, ale jego ciało uznało, że wystarczy. Że zrobił swoje, wykonał zadanie i nie trzeba się więcej starać, nie trzeba dłużej cierpieć. Zatoczył się więc - pociemniało mu przed oczami - po czym padł bez przytomności na twarz.

        Piękna kobieta, przed którą zemdlał Rianell, miała pewnie zupełnie inne zdanie o nim niż on o niej. Lepka substancja, którą Pestka czuł na twarzy, była krwią obficie płynącą z rany na głowie, zalewającą pół jego twarzy, spływającą po szyi i wsiąkającą w kołnierz. Również przód jego koszuli był przesiąknięty jego własną krwią z ukośnego cięcia, które miał na piersi. Poza tym był niemożliwie brudny - patrząc na jego stan można było założyć, że musiał się czołgać albo po prostu wytarzał się w przydrożnym rowie. Był cały oblepiony gliniastą ziemią, a miejscami przykleiły się do niego również ździebełka trawy. Poza tym jego ubranie było zniszczone - przerwane w kilku miejscach, a i bez tego dość mocno znoszone, spłowiałe. Jego twarz pokryta tatuażami nie przywodziła na myśl nic dobrego, a jej wyraz po szaleńczym biegu przywodził na myśl człowieka szalonego. Groźny mógł być jednak co najwyżej przez chwilę - do momentu, gdy padł i był już z pewnością nieprzytomny. Każda chociaż odrobinę świadoma osoba z pewnością próbowałaby się obronić przed upadkiem prosto na twarz, ale on ręce miał opuszczone. Jeśli nie złamał sobie przy tym nosa, będzie mógł mówić o sporym szczęściu.
        Gdy zmaltretowany półelf leżał już bez ruchu na ziemi, gdzieś niedaleko błysnęło, a po stokach gór przetoczył się leniwy grzmot. Za chwilę miała zacząć się ulewa.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

- Robinie, jesteś strasznie nudny. Rozmawiałbyś tylko o zbiorach i interesach w kółko.
Blanche przewróciła oczami, ale po chwili uśmiechnęła się do brata i lekko uszczypnęła go w nos. Często robiła tak, kiedy był młodszy, i nadal robiła to, kiedy chciała mu dokuczyć.
- To co według ciebie jest dużo bardziej warte uwagi, żeby prowadzić uprzejmą rozmowę przy herbatce? - odpowiedział kąśliwie, ale w rzeczywistości nie był zły na siostrę. Często drażnili się w taki sposób. - Może porozmawiamy o pogodzie?
Temat ten prawdopodobnie nie był zbyt przyjemny, ze względu na pogodę za oknem. Stało się dziwnie ciemno, jak na popołudniową godzinę. Słońce całkowicie zakryły ciężkie, burzowe, granatowoszare chmury. Na szybach zaczęły pojawiać się malutkie kropelki. Dziwna cisza przed burzą rozstrajała myśli, tworzyła okropne złudzenie rosnącego ciśnienia.
- Tak, w powietrzu można byłoby siekierę zawiesić - mruknęła anielica, unosząc filiżankę gorącej herbaty z cytryną do ust. Patrząc za okno, ciepło w saloniku i wygodne siedzenie stawały się dużo bardziej atrakcyjne niż zazwyczaj.
- Tss - syknęła. - Poparzyłam się w język.
Nagle rozległ się groźny grzmot, zwiastujący oberwanie chmury.
- Odesłałaś ze służby Thucka i Docka, jak wracałaś z obiadu u lady Catherine?
Blanche zerwała się.
- Nie, wtedy jeszcze było słonecznie! Już po nich posyłam - powiedziała i pośpiesznie odeszła w stronę tarasów.
- Zaczekaj, idę z tobą. - Robin odłożył nadgryzionego herbatniczka na spodek i poszedł za siostrą w stronę stoków.

Kobieta mrużyła oczy, próbując dostrzec czy w drewnianej wieży strażniczej znajdują się Thuck i Dock. Przez świszczący wiatr i zacinający deszcz nie była w ogóle pewna, czy usłyszeli jej krzyk. Jakaś sylwetka zamajaczyła jej przed oczami.
- Thuck!? Dock, to wy!? - wrzasnęła.
Zaczęła iść w tamtą stronę, osłaniając oczy ramionami. Wiatr był tak silny, że parcie do przodu okazało się niemalże wyzwaniem.
- Blanche, co ty wyprawiasz! Wracaj!!! - Usłyszała krzyk Robina.
- Panieeeenkoooo! Jesteśmy już we wnętrzuuuu! - tym razem odezwał się Thuck.
Anielica jednak przysięgłaby, że widziała kogoś między zaroślami. Spojrzała jeszcze raz.
- Tu ktoś jest!!! Robin, pomóż!
Podbiegła jeszcze kilka sążni do przodu. Jakiś człowiek. Nie, elf, chyba. W okropnym stanie. Cały we krwi. Jak tylko podeszła, padł nieprzytomny. Próbowała chwycić go za bark i unieść, ale był za ciężki.
- Szybko, szybciej! - krzyknęła w stronę brata i służących. Deszcz stawał się coraz silniejszy. Pojedyncze krople zdawały się być cięższe i boleśnie siekały po twarzy. Nareszcie mężczyźni wzięli elfa, jeden za ramię a drugi za nogi, i przetransportowali go do środka posiadłości.

Wycierając włosy do sucha, już w nowych i czystych szatach, Blanche weszła na piętro kierując się do komnaty dla gości. Minęła Robina, który widocznie czekał na nią.
- Nie zaczynaj znowu.
- Czekaj, pomyśl. - Brat dogonił ją i zatrzymał, kładąc jej rękę na ramieniu. - Czego innego mógł szukać? I już przestało padać, możemy przetransportować go do przytułku!
- Co miałby kraść po zbiorach i to w dodatku w taką pogodę? Albo... w takim stanie? - Spojrzała mu w oczy. - Nie przeniosę go w tym momencie bez ryzyka. Ma złamaną kość biodrową i nie wiem, czy przypadkiem nie z przemieszczeniem. Dowiemy się wszystkiego, jak opowie nam co się stało, kiedy już się obudzi.
Robin nadal wyglądał na nieprzekonanego, jednak zabrakło mu argumentów. Blanche uszczypnęła go w nos.
- Poślij po jakiś gulasz albo cienką zupę dla naszego gościa, proszę. A potem po kolację dla nas. Konam z głodu - powiedziała, zapukawszy do drzwi komnaty. Weszła do środka.

Służąca siedząca przy łóżku elfa, z miską z zimną wodą i ręcznikiem na kolanach, widząc panią domu wstała i ukłoniła się.
- Dziękuję ci, Kate. Możesz odejść.
Na to polecenie cicho wyszła z komnaty, pozostawiając miskę z namoczonymi ręcznikami przy łóżku. Blanche usiadła na jej miejscu.
- No, co my tu mamy... - mruknęła do siebie.
Odsunęła lekko lnianą koszulę na ciele mężczyzny. Oprócz siniaków i zadrapań chyba jego biodro nie wyglądało tak źle, jak myślała na początku. Za to klatka piersiowa zdawała się mieć poważne uszkodzenia. Na głowie opatrunki zostały już założone. Mimo to na jego blond włosach widoczne były grudki zeschniętej krwi. Ale nie jest źle, nie, jest nawet dużo lepiej, niż się spodziewała. To dobrze.
Przyłożyła ręce do klatki piersiowej elfa. Zaczęła mruczeć melodyjnie brzmiące słowa, a jej dłonie wytworzyły coś na kształt błękitnych płomieni, których energia zaczęła leczyć jego połamane żebra. Kiedy skończyła, wyprostowała się na krześle i z satysfakcją uśmiechnęła się, kiedy usłyszała, jak sen elfa stał się spokojniejszy, a oddech bardziej równy. Nachyliła się nieco, żeby przyłożyć dłoń do jego czoła. Rana wprawdzie nie była bardzo głęboka, ale na pewno dokuczliwa. Zdjęła opatrunki. Z jej wciąż lekko mokrych włosów kilka kropel zaczęło kapać na twarz elfa. Następnie dotyk jej zimnej dłoni na czole, kiedy znowu zaczęła czarować, obudził go.
- No, nareszcie - powiedziała łagodnym głosem, niemalże szeptem. Uśmiechnęła się.
Wstała, podchodząc do małego kredensu w rogu pokoju. Stamtąd wzięła czarkę wypełnioną płynem o żółtym kolorze i intensywnie cytrusowym zapachu.
- Usiądź ostrożnie, i wypij to - powiedziała, podając mu ją. - Uważaj, jest gorzkie i niedobre.
- Jesteś w tym momencie w posiadłości Counteville'ów w Thenderionie. Nie martw się, nic ci nie grozi - powiedziała uspokajająco, czekając cierpliwie aż wypije miksturę. Miała mnóstwo pytań, ale nie chciała go poganiać. Z pewnością, kiedy minie szok, powie jej, kim jest i co się wydarzyło.

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Utrata świadomości była jak oznaka miłosierdzia. Pestelli nie musiał już męczyć się z tym, że ledwo chodzi, że źle mu się oddycha, że krew mu oczy zalewa. Po prostu miał święty spokój - świat toczył się dalej bez niego. On pchnął tylko pewne kamyczki, gdy tuż przed padnięciem na twarz trafił na osobę, którą poprosił o pomoc. Później nie miał już na nic wpływu, jego świadomość odpłynęła w noc, a ciało zajęło się swoimi sprawami. Rianell nie był słabeuszem i być może z czasem wylizałby się z tych ran… Albo zmarłby z wychłodzenia na deszczu. Ktokolwiek mu więc pomógł, z pewnością uratował mu życie.

        Z objęć nieświadomości Rianella wyrwał chłód. Subtelny, słaby, jak dotknięcie perłowej główki od szpilki. Później drugi, trzeci. Jego powieki drgnęły, przez twarz przebiegł nerwowy tik, krótki spazm jakby coś go ukuło – może drugi koniec tej samej szpilki. Później powoli otworzył oczy, a wraz z widokiem świata zewnętrznego dotarł do niego ból. Pestka od razu jednak poczuł, że to nie to samo cierpienie co przed utratą świadomości – czuł się nieporównywalnie lepiej. Nie dobrze, bo do tego jeszcze trochę mu brakowało, ale już mógł powiedzieć, że nie cierpiał i że się z tego wyliże, nawet gdyby pozostawiono go samemu sobie. Lecz właśnie… Nie, przecież nie leżał w rowie, był pod dachem, w domu. Pochylała się nad nim dziewczyna, którą w mig skojarzył z aniołem, którego spotkał na drodze. Patrzył przez moment na nią szklanym, nieprzytomnym wzrokiem, jakby nadal się wahał czy to nie posłaniec Pana, przed którym powinien paść na kolana. Miała piękny uśmiech.
        Nim ranny podjął jakąś decyzję, dziewczyna przejęła stery - kazała mu usiąść, co ten uczynił. Momentalnie pociemniało mu przed oczami, więc przez moment siedział i jedynie skupiał się nad tym, by znowu nie zemdleć, nie rejestrując co dzieje się wokół. W końcu dziewczyna do niego wróciła i wcisnęła mu coś do ręki.
        - Co to jest? - zapytał chrapliwym głosem półelf, gapiąc się w zawartość kubka. Niemniej nie czekał na odpowiedź tylko od razu napił się tego naparu. Trucizna czy lekarstwo, co to za różnica? Gdyby ktoś chciał go zabić, wystarczyło go zostawić tam na drodze, może do rana byłoby z głowy.
        Ranny kaszlnął. Ten napój był faktycznie gorzki i drażnił go w gardło. Dało się go jednak pić, a co więcej, wręcz miało się na niego ochotę, gdy tylko organizm poczuł, jak bardzo jest spragniony.
        - Jestem Pestka… - powiedział cicho, dalej zwieszając głowę i gapiąc się w zawartość kubka. Przerwał jednak. Do drzwi pokoju gościnnego ktoś zapukał - dyskretnie, lecz i tak sprawiając, że ranny mężczyzna drgnął i spojrzał czujnie w tamtą stronę, momentalnie milknąc. Niczym wypatrzone przez drapieżnika zwierzę zastygł w bezruchu i patrzył, jak drzwi się otwierają i w progu staje jeden ze służących, doskonale znany dziewczynie, ale dla niego obcy.
        - Panienko - odezwał się przybyły. - Mogę prosić na chwilę? Pani brat chciałby zamienić z panienką słowo...
        W jego tonie, choć oczywiście był bardzo uprzejmy, dało się słyszeć pewien nerwowy nacisk - jakby nie chciał mówić na głos, że to pilne i co więcej nie dla uszu obcego. Czekał aż Blanche spełni jego prośbę i wyjdzie na korytarz. Tam faktycznie kręcił się jej brat, ale w rozmowie udziału raczej nie brał - to służący, który ją zawołał, wziął na siebie obowiązek wyjaśnienia sytuacji.
        - Panienko - zaczął półszeptem. - Dziewczyny wzięły rzeczy tego mężczyzny by jakoś je połatać, przy okazji opróżniły mu kieszenie, nie przez wścibstwo, po prostu by łatwiej im się pracowało... On przy sobie prawie nic nie miał, tylko jakiś kawałek sznurka mierniczego, kapeć z tytoniem, parę miedziaków... Ale też to.
        Służący pokazał trzymaną do tej pory za plecami sakiewkę. Była spora, pękata, wykonana z dobrej jakości skóry tłoczonej w nordyckie ozdobne wzory. To nie było coś, na co byłoby stać mężczyznę noszącego tak znoszone ubrania - wiedziała to i Blanche i służący, który jej to pokazał.
        - W środku są prawie same złote monety - dodał znacząco rozmówca błogosławionej. - To... bardzo duża suma. Nie liczyliśmy dokładnie ile, ale... Sama panienka rozumie.

        Rianell nie słyszał co działo się poza pokojem. Gdy dziewczyna wyszła, a on został sam, nadal siedząc w tej samej pozycji przetoczył wzrokiem po pomieszczeniu. Pole jego widzenia miało zamglone brzegi, jakby patrzył przez zaparowaną szybę, w której wytarł sobie tylko małe kółko na środku. Głowa nieznośnie go łupała, gdy jednak dotknął najbardziej obolałego miejsca, pod palcami poczuł jedynie pojedyncze skrzepy krwi we włosach. Rany nie było. To znaczy, że ktoś go musiał uleczyć… Tamta dziewczyna o twarzy anioła? Wszystko opornie zaczęło mu się składać do kupy. ”Nie… Wcale nie…”, pomyślał po chwili. Bo poza tą krótką chwilą tuż przed utratą przytomności, reszta była ciemnością. Nie pamiętał wypadku. Nie pamiętał co się stało, że tak się poturbował. A im mocniej starał się to sobie przypomnieć, tym bardziej bolała go głowa. W końcu jęknął, łapiąc się jedną ręką za skroń i zaciskając palce na włosach. W drugiej ręce nadal trzymał kubek z gorzkim napojem - nie pieszcząc się ze sobą przechylił jego zawartość i wypił w dwóch dużych łykach, po czym odstawił naczynie obok łóżka i znów się położył. Do oczu docisnął nasady dłoni, przedramiona trzymając jak najbardziej prostopadle do twarzy - to sprawiało, że ból głowy robił się trochę bardziej do zniesienia. W tej pozycji zastała go osoba, która weszła do pokoju - półelf usłyszał kliknięcie klamki i kroki, ale nie otworzył oczu by sprawdzić kto to.
        - Jak długo byłem nieprzytomny? - zapytał ochrypłym głosem. Było ciemno, ale czy to kwestia kilku godzin czy dni, tego nie był w stanie ocenić.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

- To lekarstwo. Pomoże ci. Pestka, bardzo ładne imię - skomentowała, uśmiechając się do niego dobrodusznie.
- Ja jestem Blanche de Counte...
Nie zdążyła się zaprezentować, kiedy drzwi uchyliły się i ktoś zawołał ją, aby wyszła na zewnątrz. Drgnęła i wyprostowała się na siedzeniu, zmarszczyła brwi, ale wyszła za drzwi. Nie była przyzwyczajona do takiego przeszkadzania jej kiedy była zajęta. Musiało to być więc coś ważnego.
Kiedy jednak przysłuchiwała się tłumaczeniu swojego służącego, patrząc na triumfalną minę swojego brata, jej zmarszczone brwi uniosły się w górę z wyrazem niedowierzania.
- A więc to o to chodzi, tak? - Wzięła do ręki sakwę z pieniędzmi. Jej ton głosu był zbyt spokojny i podejrzanie cichy, zwiastował problemy i wszyscy wokół to wyczuli. - Biedny włóczęga ma przy sobie jakąś sumę pieniędzy, na pewno jest szalenie niebezpieczny i przesiąknięty złem - odpowiedziała zajadle, patrząc w oczy brata. Ten obruszył się na jej słowa i widać było, że gotów jest na kłótnię z siostrą.
Służba natomiast ukłoniła się i oddaliła, wiedząc, że rozpęta się burza...
Oczywiście, nie na swoje stanowiska, a za zakręt w przejściu korytarza, aby móc usłyszeć na czym sprawa stanęła i podzielić się ploteczkami z resztą służących.
- Oszalałaś? On z pewnością to ukradł, zobacz jak wyglądał, pewnie pobili go ci, którym ukradł taką sumę! Szczęściem udało mu się uciec, i o, teraz leży tutaj bezpieczny i zadowolony! Zaraz ukradnie nam jakieś srebra i tyleś go widziała!
- Bo co, bo ma tatuaże, podarty ubiór i jest elfem!? Nic o nim nie wiesz, nic, a oceniasz go tak szybko...
- Po prostu nie chcę, żeby nasz dom stał się przytułkiem dla złodziei! My uczciwie pracujemy...
- Ty nic nie rozumiesz - zaczęła mówić gniewnym głosem, mrużąc oczy - Gdybyś tylko urodził się w innym miejscu, w innej rodzinie, być może nie miałbyś wyboru, żeby przetrwać...
- Nie zaczynaj znowu!
To, co ich łączyło, to z pewnością to, że oboje potrafili być uparci. Przekrzykiwali się nawzajem, próbując się przekonać do swoich racji. W rzeczywistości musiało być to bardzo utrudnione z tego względu, iż Blanche pojmowała świat nieco inaczej. Dla niej inna osoba była zdecydowanie priorytetem jeśli chodzi o cel, a wartości były uniwersalne i powinny być zastosowane do wszystkich tak samo. Natomiast Robin był zdecydowanie bardziej pragmatyczny. Nie, żeby był egoistą, raczej po prostu wyznawał zasady złotego środka i pilnowania własnych interesów. Prawdopodobnie Pestka był w stanie kilka pojedynczych, głośniej wypowiedzianych słów zza drzwi usłyszeć, w końcu żadne z nich nie zastanawiało się nawet nad tym, żeby zejść nieco z tonu.
- Dobrze, nie oddam mu tych pieniędzy tak po prostu, dowiemy się skąd je ma i jeśli ukradł, to oddamy, a ja zaproponuję mu azyl w klasztorze, pasuje!?
- I dobrze!!! - odpowiedział nadąsany, ale uspokojony tym, że ma sytuację pod kontrolą.
Blanche westchnęła, uspokoiwszy się nieco.
- Dziękuję.
- Ależ proszę - Robin odpowiedział z przekąsem. Minął siostrę, zabierając sakwę z jej ręki, ale zamiast oddalić się wgłąb korytarza wszedł bez pukania do komnaty, w której leżał elf.
- No, to teraz odpowiesz mi, skąd to masz!? - zapytał groźnie, unosząc sakwę.
- Robin, przestań!
Blanche weszła za nim do pomieszczenia, stając między nim a łóżkiem, na którym leżał Pestka.

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Rianell spojrzał na dziewczynę zmęczonym wzrokiem i również niemrawo spróbował się uśmiechnąć w podzięce za pomoc i komplement. W sumie powinien powiedzieć, że Pestka to nie imię, ale jakoś nie zebrał się w sobie dość szybko, a później cała reszta potoczyła się zbyt szybko. Tak szybko, że nawet nie było mu dane usłyszeć jej nazwiska, choć początek brzmiał jak nazwa tej posiadłości. Czyli Blanche de Counteville? Piękne imię, tak mogłaby się nazywać bohaterka romansu rycerskiego. Zresztą z wyglądu dziewczyna również pasowałaby na piękną heroinę, tak samo z charakteru - w końcu zajmowała się rannym, póki co o nic go nie pytając, jedynie kierując się troską. Był jej niewypowiedzianie wdzięczny. Szkoda, że nie dali mu dość czasu, by zebrał się w sobie i podziękował jak należy. Blanche wyszła, a on padł, pokonany przez ból. Gdy był w tym stanie, niektóre bodźce z zewnątrz mu umykały. Słyszał prowadzoną głośno rozmowę na korytarzu, ale nie umiał skupić się na słowach, rozróżnił tylko kilka z nich - bezpieczny, elf, dom. Przeczuwał, że rozmawiali o nim i że nie są to miłe, pokojowe ustalenia. Szkoda, że nie docierał do niego szczegóły.

        Rianell był święcie przekonany, że to tamta dziewczyna wróciła do pokoju, dlatego męski, ostry głos kompletnie go zaskoczył. Odjął ręce od twarzy i zaraz spojrzał w tamtą stronę, niewiele jednak widział – naciskając powieki sprawił, że teraz miał mroczki przed oczami. Zamrugał kilka razy, by odzyskać względną ostrość widzenia, ale to niewiele pomogło. Powoli i niezgrabnie jakby był jakimś staruchem spróbował ponownie podnieść się do pozycji siedzącej. Wtedy dostrzegł znajomą z widzenia dziewczynę o twarzy anioła, która stanęła między nim, a napastliwym mężczyzną. Pestka wyciągnął w jej stronę rękę, jakby chciał ją powstrzymać, gestem zapewnić, że sobie poradzi, ale ona pewnie nawet tego nie dojrzała. W końcu gdy elf się wyprostował, był w stanie przyjrzeć się i jej i jemu spod przymrużonych powiek, jakby bardzo cierpiał albo raziło go światło. Nie zwrócił uwagi na rodzinne podobieństwo obojga, oceniał mężczyznę tylko przez pryzmat tego jak się prezentował. Młody, bardzo pewny siebie, dobrze ubrany – zaraz założył, że to może być pan tego domu albo jego syn. To skojarzenie sprawiło, że Pestka od razu postawił się w pozycji uległej: lata niewolnictwa i służenia zrobiły swoje. Był jednak na tyle przytomny, by zorientować się, że nie może dać się całkowicie zdominować – ten mężczyzna był do niego wrogo nastawiony, to było i słychać w jego głosie i widać w postawie. Jakie było to pytanie, które zadał?
        Pestka stęknął, znowu dociskając nasadę dłoni do skroni. Ależ go głowa łupała…
        - Dostałem na przechowanie – odpowiedział bardzo spokojnym w porównaniu do blondyna głosem. W chwili gdy się odezwał, podniósł na niego wzrok i teraz cały czas na niego patrzył, choć czasami przymykał jedno oko, by jakoś ulżyć sobie w dyskomforcie.
        - Ze środka nie zniknęła ani jedna moneta, możecie przeliczyć – dodał, bo był przekonany, że o to im chodzi. Nie spodziewał się, że podejrzewano go o kradzież całości.
        - Powinno być dwieście złotych gryfów. Możecie zapytać mojego pana, on potwierdzi… - Pestka przerwał nagle jakby dostał obuchem w głowę, jego wzrok nagle stracił na przytomności i półelf spojrzał gdzieś w bok. Jego pan… cholera, jak on się nazywał? Felippe Mandeville… Ale to było tak dawno temu, teraz podlegał komu innemu. Jak nazywał się jego pan…
        Ból się nasilił. Rianell nabrał przekonania, że intensywne myślenie, a już szczególnie próba przypomnienia sobie wydarzeń z ostatniej doby, jedynie mu szkodziło póki co. Jedyne o czym marzył, to ponownie stracić przytomność, ale musiał pozostać czujny - ten chłopak jeszcze zechce go złapać za kapotę i pozbyć się z domu najprostszą możliwą drogą - wyrzucając go przez okno.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

- Na... przechowanie... - mruknął skonsternowany Robin. Spojrzał na Blanche, której wzrok mówił mu, że powinien wyjść.
Anielica założyła ręce na piersi i najwidoczniej próbowała zabić brata wzrokiem.
- My weźmiemy te pieniądze, Pestko, jak już lepiej się poczujesz, odpowiesz nam, gdzie będziemy mogli je odnieść - powiedziała może i do elfa, ale nadal zwracała się w kierunku Robina. - A teraz odpocznij, mój kochany braciszek stąd wyjdzie, ja chwilę muszę się jeszcze tobą zająć, i będziesz mógł dalej spać.
Blanche odprowadziła wzrokiem brata to wyjścia. Minął się on w przejściu z służącą, która niosła na tacy posiłek dla rannego.
- Dziękuję, Mario, zamknij za sobą proszę drzwi - odparła zmęczona pani domu.

Danie na tacy wyglądało i pachniało bardzo apetycznie. W srebrnym półmisku była zupa wyglądająca na jarzynową, o pięknym kolorze bulionu, obok zaś na talerzyku dwie kromki chleba i karafka wody.
- Wiem, że nie jest to wybitne danie, ale wygląda na to, że będziesz musiał uważać na dietę przez pewien czas - odparła kobieta.
- Jestem Blanche de Counteville. Miałeś również przyjemność poznać mojego młodszego brata, Robina.
- Zjedz spokojnie - dodała już łagodniej. - Później opowiesz mi, skąd pochodzisz. Nie bój się, jestem w stanie ci pomóc - nachyliła się nieco - Tutaj są miejsca, w których możesz żyć, jeśli nie masz dokąd pójść. Zajmuję się jednym z nich. Jest też zakon, klasztor. Z łatwością też znajdziesz tu pracę, jeśli masz jakiś fach w ręku.
Blanche bywała w sytuacjach już, w których ratowała przestępców od wymiaru sprawiedliwości czy ludzi od pewnej śmierci, gdyby nie otrzymali żadnej pomocy. Zupełnie nie myślała o tym, że na przykład złodziejom nie trzeba wymierzyć kary - raczej, że nie zmienią się, jeśli nikt nie pokaże im innej drogi. Doglądała stworzonych przez siebie przytułków. Niektórzy nie chcieli być wdzięczni za otrzymaną drugą szansę i po pomocy, jaką dali im Counteville'owie, czyli po wyleczeniu ran próbowali uciec z przytułku. Reszta dzięki prawu azylu w klasztorze zaczynała od nowa. Dzięki ich pracy ogrody klasztorne były jednym z najpiękniejszych w tej części świata.
- Teraz zostawię cię chwilę samego - powiedziała, wstając. - Kiedy poczujesz się bardziej na siłach, porozmawiamy.
Uśmiechnęła się do niego pokrzepująco, a następnie wyszła z komnaty.

Rodzeństwo jadło kolację w milczeniu. Napięcie między nimi nadal było mocne, ale tym razem żadna ze stron nie chciała rozpoczynać wojny. Raczej oboje chcieliby już odpuścić, skoro sytuacja rozwiązała się sama.
W końcu Robin westchnął.
- Nie chciałem być niemiły dla... tego elfa. Pszprszm - mruknął pod nosem.
Blanche się zaśmiała.
- Już dobrze. Wiem, że bywam nierozsądna. Wiesz, jeśli chcesz, możemy porozmawiać z nim razem. Powinien być już bardziej przytomny.
- Kojarzysz może ten wizerunek na sakwie? Może to jest herb jakichś szlachciców? Może temu biedakowi trochę pomieszało się w głowie - zasugerował.
- Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, skąd on pochodził. Jedyne, co zdążył mi powiedzieć, to jak ma na imię. Pestka. Całkiem uroczo.

W międzyczasie w komnacie Pestce asystowały dwie służące, które chciały szybko, względnie umyć rannego. Czyszcząc mu włosy i ciało wilgotnymi szmatkami, próbowały omijać miejsca, w których rany otwarte mogły go nieprzyjemnie piec. Kiedy skończyły, akurat minęły w korytarzach rodzeństwo udające się do komnaty. Skłoniły się i oczywiście znowu ukryły za zakrętem, aby potem kręcić się koło drzwi i spróbować ukradkiem dosłyszeć, kim jest ten nieznajomy i co się z nim stanie.
Blanche zapukała do drzwi i weszła z bratem.
- Jeśli jesteś gotowy, chcielibyśmy, żebyś nam opowiedział o sobie - poprosiła kobieta.

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Blanche przypominała Pestce Aureolę. Nie tak w stu procentach, fizycznie były zupełnie różne, ale obie choć sprawiały wrażenie aniołków, potrafiły pokazać rogi, postawić na swoim, porozstawiać wszystkich po kątach. Nie było dyskusji, nieważne czy było się służącym czy jej bliskim - jak ten chłopak, który tak go zaatakował. Pestelli nie widział jej spojrzenia, ale po minie tamtego domyślił się, że Blanche spojrzała na niego takim wzrokiem, z którym się nie dyskutuje.
        Nagle wezwany półelf podniósł wzrok na anielską dziewczynę. Pomysł, by to oni przechowali sakiewkę, wywołał w nim spory dyskomfort, który odmalował się na jego twarzy. Niby powinien im zaufać, bo się nim zaopiekowali, ale przez to jaki był zdezorientowany i jak wielu rzeczy nie pamiętał, bał się, że może go spotkać coś złego, jeśli nie będzie pilnował powierzonej mu własności. Żeby jeszcze tylko pamiętał czyja ona była…
        - Dobrze - odpowiedział jednak, bo nie miał żadnych podstaw by dyskutować. Patrzył na Blanche udręczonym wzrokiem, który trochę osłabł na wieść, że wkrótce jej brat sobie pójdzie, a ona też nie posiedzi za długo i w końcu będzie mu dane odpocząć. Nie chciał być niegrzeczny, ale naprawdę jedyne o czym marzył, to ponownie zasnąć, by pozbyć się tego rozsadzającego czaszkę bólu.
        Pojawienie się służącej z posiłkiem dla niego zupełnie go zaskoczyło. Wyprostował się i uniósł ręce, gdy postawiono przed nim tacę - odruchowo zrobił miejsce, ale naprawdę nie spodziewał się tego. Bardzo o niego tutaj dbano, choć przecież nic nie wiedzieli… Jak wielkie szczęście w nieszczęściu go spotkało? Zamiast zdechnąć na drodze trafił pod dach ludzi troskliwych i szczodrych. Dlaczego więc nie umiał się tym cieszyć i z tyłu głowy cały czas czuł dojmujący niepokój i myślał o tym, że coś jest nie tak?
        Nie zamierzał się mimo wszystko głodzić i sięgnął po łyżkę. Jadł, jakby wcale nie był jakiś bardzo głodny, nie zmuszał się, ale nie rzucił się na zupę i nawet podmuchał by się nie poparzyć, choć nie było takiej potrzeby - była w temperaturze akurat do jedzenia.
        - Jest bardzo dobre - odpowiedział Blanche, która zaczęła się usprawiedliwiać. - Dziękuję - dodał zaraz z prawdziwą wdzięcznością. Później tylko jadł i nie przerywał, gdy dziewczyna do niego mówiła, nieustannie jednak na nią zerkał. No dobrze, jednak był głodny, poczuł to jednak dopiero gdy pierwsze łyżki rosołu rozgrzały mu żołądek. Z tego powodu częściej miał wzrok wlepiony w talerz niż swoją dobrodziejkę. Skłonił przed nią mimo wszystko głowę, gdy podała już swoje pełne imię i przedstawiła też tamtego raptusa - swojego brata. Później, gdy ona wspomniała o możliwościach pomocy, wyraźnie się spiął i posłał jej bardzo czujne spojrzenie, jakby przez jedno jej nieostrożne słowo mógł zerwać się i zwiać. Ścisnęło go w żołądku, bo wiedział, że ona już miała swoje domysły. Wzmianka o pracy trochę go uspokoiła, niemniej jednak… “Jestem w stanie ci pomóc” nie brzmiało tak niewinnie. Co miał jej powiedzieć, by nie było kłopotów?
        - Dziękuję…
        Szczyt finezji, brawo, Pestka. Już lepiej by się zamknął i jadł, bo i tak niewiele z jego gadania przyszło. Tak właśnie zrobił, podziękował więc tylko skinieniem głowy, ale przerwał jedzenie i powiódł za Blanche pełnym wdzięczności wzrokiem gdy się do niego uśmiechnęła. Naprawdę po tym uśmiechu był gotów uwierzyć, że będzie dobrze.

        Choć Blanche powiedziała Pestce, że będzie mógł się wyspać po jej wyjściu, jego drzemka trwała krótko. Sen miał bardzo czujny, więc usłyszał gdy tylko nieznajome kobiety do niego zajrzały. Chciały się wycofać, ale wtedy on się podniósł i przez to zostały. No bo skoro już i tak nie spał… Cały czas był jednak przy nich małomówny i spięty. Rozumiał, że przyszły go doprowadzić do porządku i że sam by sobie z tym nie poradził, ale jednak źle się czuł, gdy go obsługiwano. Ile mógł, próbował robić sam, na co one mu łaskawie pozwalały. Jedyną kość niezgody stanowiła koszula, której Rianell nie chciał przy nich zdejmować - bardzo nie lubił pokazywać swoich pooranych batem pleców i piętna niewolnika na karku, ale one przekonały go, że naprawdę jest to konieczne by potem nie spał w mokrych ciuchach, jedna zaś butnie dodała, że przecież i tak już go widziała nagiego, gdy go przebierała. Wtedy półelf się poddał.
        Całe szczęście Blanche i Robin zobaczyli go, gdy już zapinał guziki. Obdarzył ich czujnym spojrzeniem, nie przerywając ubierania się. Gdy jednak dziewczyna się do niego zwróciła, wygładził dłońmi koszulę i wstał. Nie mógł siedzieć, gdy osoby na wyższej pozycji od niego stały.
        - Proszę o wybaczenie, ale… Na cały poprzedni dzień rozlał mi się atrament - wyznał ze skruchą, używając zwrotu, którego raczej nie używali wieśniacy a ludzie oczytani. - To… Chyba przez tę głowę, ale naprawdę nic nie pamiętam, słowo honoru. Ale nie jestem złym człowiekiem - zastrzegł, zrobił to jednak tak gwałtownie, że zaraz ciało go za to ukarało. Skulił się pod wpływem ukłucia boleści, ale po chwili odsapnął i kontynuował.
        - Wiem jak wyglądam, ale to ślady nieprzyjemnej i całe szczęście dalekiej przeszłości, teraz już nic nie znaczą. Nie przyszedłem tu, by wam zaszkodzić, nie jestem kryminalistą - wyjaśnił. - Nie mam złych zamiarów. Byłem w drodze… Niech to, z Efne, ale… Coś było jeszcze po drodze… Mieszkałem w Efne, mój pan wysłał mnie tu, bym pomógł jego kuzynowi w budowie. Dał mi pieniądze na drogę, list no i złoto dla swojego kuzyna, bym mu je przekazał na początek budowy.
        Rianell westchnął, choć nie wiedział, że jego wersja nie zgadzała się z tym, co znaleźli przy nim służący. Nie miał przy sobie listu, nie miał też żadnych funduszy na podróż poza tymi kilkoma miedziakami z kieszeni. W ozdobnej sakiewce zaś nie było dwustu gryfów zgodnie z jego słowami, a jedynie połowa tego. Jedyne co pasowałoby do tak długiej podróży to jego znoszone ubranie.
        - Mam fach w ręku - zwrócił się do Blanche, bo ona wcześniej użyła tego zwrotu. - Jestem mistrzem ciesielskim, trochę też po prostu złotą rączką. I zarządzałem dużym majątkiem ziemskim należącym do rodu Mandeville.
        Pestce pociemniało przed oczami, więc chociaż chciał być kulturalny, musiał w końcu usiąść, bo inaczej poleciałbym po prostu na pysk.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

Rodzeństwo popatrzyło po sobie zaskoczonym wzrokiem. Nie spodziewali się takiego życiorysu po rannym elfie. W dodatku, to, co wydarzyło się jeszcze kilka godzin temu, kiedy znaleźli go zakrwawionego na polach winorośli, nadal było zagadką. Nawet dla niego samego.
Brat Blanche westchnął.
- Słyszałem, że masz na imię Pestka - zaczął, próbując zwracać się do niego łagodniejszym niż poprzednio głosem. - Ja jestem Robin de Counteville-Fouquet. Wybacz mi mój brak manier. Oczywiście również pragnę, abyś jak najszybciej odzyskał zdrowie i mógł powrócić do swoich obowiązków. Proszę, połóż się i odpocznij jeszcze, zaczyna się już zmierzchać i pewnie jesteś zmęczony. Może jutro przypomnisz sobie wszystko, co się wydarzyło.
- Mandeville'owie to ród, z którym jesteśmy w przyjaznych, choć nie bardzo bliskich stosunkach. Jeśli chciałbyś tam powrócić, możemy ci pomóc. Natomiast jeśli chcesz tu pozostać, myślę że nie będzie problemu znaleźć dla ciebie pracę, jakieś źródło utrzymania.
Do komnaty zapukała służąca.
- Wejdź - poleciła anielica.
W czepku, skromnej ale dobrze skrojonej sukni i z lampką oliwną służąca zaczęła zaświecać kandelabry i żyrandol.
- Mario, naszykuj pościel dla naszego gościa. Zostanie z nami jeszcze tę noc, a jutro zje z nami śniadanie.
Kobieta ukłoniła się i pospiesznie oddaliła.
Wśród służby we dworze znowu zawrzało od plotek. Państwo będą jedli przy stole z niewolnikiem! Dla nich były to fanaberie. Czasami wypowiadali się między sobą z goryczą, że zbrodniarzy obdarza większymi przywilejami niż ich, pracujących ciężko i uczciwie. Co prawda jednak nie mogli skarżyć się na zbyt niskie zarobki czy na złe traktowanie. Zżyli się ze sobą bardzo i nawet ci starsi, pracujący tu od wielu lat kucharze czy lokaje byli dla siebie jak rodzina.
Kiedy rodzeństwo wyszło z pokoju Pestki, krótko naradziło się między sobą, co mogą zrobić w związku z nieplanowanym gościem. Pomyśleli, że w zasadzie nie są w stanie póki co zaproponować mu więcej, niż już powiedzieli.
Blanche, już bardzo zmęczona - bardziej psychicznie niż fizycznie jednak - wtuliła się w poduszki na swoim łóżku. Wygodne, z dębowego drewna, z pięknym baldachimem. Pełne puchowych pierzyn i satynowych poszewek. Zdawała sobie sprawę, że żyje w luksusie, ale mimo to za każdym razem kiedy konfrontowała się z kimś z niższych sfer czuła dziwny strach, jakby kiedyś była tego pozbawiona. To była jej największa słabość, od zawsze żyła w takich warunkach. Nigdy nie musiała walczyć o jedzenie, spać pod gołym niebem na twardej ziemi lub martwić się, gdzie podzieje się następnego dnia. Nie chciała, żeby to bogactwo jakim się cieszy było jej odebrane.
Nie mogła przestać myśleć o Pestce. Nadal w zasadzie nie wiedziała, kim on jest. Martwiła się, że biedakowi pomieszało się w głowie. Szczęście, że wspomniał o Mandeville'ach, zawsze można pójść z posłańcem i wypytać się o niego.
Zaczęło znowu padać. Anielica obserwowała deszcz na okiennicach, próbując w końcu zasnąć. Przewracała się, w poszukiwaniu wygodnej pozycji. Patrzyła, jak jedna kropla spływa, zabiera ze sobą drugą tworząc strużki, a wszystkie są zupełnie inne, mają tak dziwnie nieregularne kształty...

Ziewnęła ukradkiem przy śniadaniu. Postawa i anielska uroda jakoś maskowały niewyspanie, kiedy siedziała w jadalni przy suto zastawionym stole. Ona i jej brat już zasiedli, czekali jedynie na Pestkę, po którego posłali lokaja. Anielica miała nadzieję, że elf przypomniał sobie więcej szczegółów tego co wydarzyło się wczoraj, i że podjął decyzję na temat tego, co chce robić dalej. I że przyjdzie szybko, bo jej ulubione omlety z pieczarkami i pomidorkami stygną!

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Uprzejmość z jaką był traktowany Pestka, przechodziła jego najśmielsze oczekiwania. Czuł się wręcz trochę skrępowany, bo choć swego czasu miał królewskie zacięcie, a przez wiele lat widział podobne rytuały, zawsze był jednak z tej drugiej strony - on służył, a nie jemu służono. Nie był do tego przyzwyczajony, a świadomość, że może nie zasługiwał na to znacznie bardziej niż póki co się wydawało, wprawiała go w duży dyskomfort. Nie wiedział co sprawiło, że znalazł się w tej posiadłości - poturbowany i z lukami w pamięci - ale wiedział, że takich obrażeń nie doznaje się przypadkiem. Póki co jednak starał się ograniczać się do faktów, by nie zrazić do siebie rodzeństwa Courteville.
        - Dziękuję - odezwał się z wyraźną wdzięcznością w głosie, ponownie wstając. Służąca zaraz za jego plecami zaczęła przygotowywać dla niego pościel. - To dla mnie wielki zaszczyt - zapewnił jeszcze wychodzącą z pomieszczenia parę. Skłonił się lekko, ale oni już tego nie widzieli. Nie był to zresztą na tyle głęboki ukłon, na jaki zasługiwali, na więcej nie pozwalał mu stan jego zdrowia.
        Pestka chwilę stał gapiąc się w drzwi, po czym westchnął i obrócił się w stronę łóżka.
        - Skończyłam - oświadczyła mu zaraz służąca. Rianell momentalnie docenił jej sprawność, musiała być bardzo wykwalifikowaną pokojówką.
        - Życzę dobrej nocy.
        - Wzajemnie - odparł półelf, nie zamierzając ani przez moment jej zatrzymywać. Gdy był już sam, z ulgą wrócił do łóżka. Nakrył się kołdrą i wsunął ręce pod głowę. Chciał przemyśleć swoją sytuację, spróbować sobie może na spokojnie coś przypomnieć… Lecz zasnął, gdy tylko zamknął na trochę dłużej powieki. Jego ciało potrzebowało odpoczynku i po prostu go sobie wzięło, gdy tylko nadarzyła się okazja.

        Rano Pestka wstał bardzo wcześnie, wraz ze wschodem słońca. Tak naprawdę jak na jego nawyki to i tak zaspał, bo z reguły był na nogach gdy już szarzało, a teraz zwlekł się z łóżka, gdy było już jasno i kogut piał. Usiadł na łóżku i przez chwilę próbował sobie przypomnieć gdzie jest - pokój był dla niego zupełnie obcy. Z łatwością wróciło do niego jednak wspomnienie poprzedniego popołudnia i wieczoru. Z ulgą odnotował, że głowa już nie łupie go tak mocno jak zeszłego dnia i da się z tym żyć, poprawił mu się również wzrok - nadal miał na granicy pola widzenia rozmazany obraz, ale obejmował on znacznie mniejszy obszar. Liczył na to, że jutro już nic nie będzie mu doskwierało poza ranami i siniakami i będzie mógł ruszyć dalej. Nie chciał być ciężarem dla swoich dobroczyńców. Gryzło go jednak to, że nie miał jak im podziękować za otrzymaną pomoc. Nie posiadał nic, czym mógłby im wynagrodzić opiekę nad sobą, nie posiadał żadnych spektakularnych umiejętności, którymi by się odpłacił. Był dobrym cieślą i majsterkowiczem, mógłby coś dla nich zrobić, ale to by trwało, a on musiał ruszać dalej - czekali na niego.
        Z ulgą odnotował, że pamiętał coraz więcej. Miał jeszcze pojedyncze szare plamy w pamięci, obejmujące fragmenty poprzedniego dnia, ale poza tym wiele do niego wróciło. Niestety ta świadomość nie do końca poprawiła mu humor. Dotarło na przykład do niego, że zupełnie pomieszały mu się czasy i wcale nie był w drodze z Efne, bo tę przebył już dawno temu. I że sakiewka, którą przy nim znaleziono, wcale nie należała do Felippe Mandeville’a. Jak on to powie Blanche i Robinowi? Co oni sobie o nim pomyślą…
        Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.
        - Proszę - odezwał się odruchowo.
        - O, widzę, że jest pan już gotowy - zauważył z zadowoleniem lokaj, który wszedł do środka. - Państwo już zasiedli do śniadania, zapraszają pana, by dołączyć.
        - Już idę - zapewnił Rianell, wstając z posłania. Udał się za wysłanym po niego mężczyzną, starając się zapamiętać drogę powrotną do swojego pokoju i starając się tak na zaś rozeznać w pomieszczeniach.

        - Dzień dobry, przepraszam, że musieli państwo na mnie czekać - odezwał się od progu, po czym złożył formalny, dobrze wyuczony ukłon przed siedzącym przy stole rodzeństwem. Tego dnia już mógł to zrobić jak należy, bo czuł się znacznie lepiej. Usiadł na wskazanym mu miejscu, czując się trochę niepewnie, jak dziecko, które zaproszono po raz pierwszy jak dorosłego na uroczystość. Chwilę siedział w milczeniu, nie wiedząc ani jak zacząć rozmowę ani jak się zachować. W końcu jednak nabrał tchu, lecz nim wypowiedział chociaż jedną zgłoskę, przerwało mu nadejście służącego, który wyglądał na bardzo przejętego.
        - Panno Blanche, paniczu Robinie - odezwał się, nie czekając na pozwolenie. - W posiadłości jest straż z Thenderionu. Chcą z państwem porozmawiać.
        Pestka nie powstrzymał nerwowego odruchu - spiął się jak do ucieczki, jego źrenice zwęziły się, a na żołądku zacisnęła się żelazna obręcz. Wiedział, że to po niego przyszli, choć jeszcze nie wiedział dlaczego.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

Blanche kiwnęła głową do niego zachęcająco. Spodobało jej się, że ukłonił się w iście dworski sposób. Prawdopodobnie Mandeville'owie nauczyli go trochę zasad etykiety. Samo rodzeństwo jednak nie czuło się zobligowane do odkłaniania się Pestce. Robin kiwnął ręką pokazując mu miejsce przy stole. Anielica czekała już z niecierpliwością, aż wreszcie zajmie miejsce, bo ten omlet już się tak do niej z talerza uśmiechał...
W końcu odkroiła kawałek i uniosła go do ust, czując już ten pyszny smak i zapach... ale jednak nie.
- Straż? Co to ma znaczyć!? - Wstała gwałtownie, z rozgniewanym wyrazem twarzy. Wtargnięcie do pomieszczenia bez pukania, bez precedensów, przed pierwszym łykiem kawy... Na pusty żołądek i niewyspany mózg Anielica była bardzo łatwo drażliwa.
Ale tak samo Robin.
- Jak to co, nie domyślasz się? Oczywiście, przyjęliśmy pod nasz dach złodzieja albo jakiegoś mordercę - skomentował, zobaczywszy reakcję Pestki na wiadomość o straży.
- Nie usłyszysz z moich ust złego słowa o nim, dopóki ktoś nie udowodni, czy faktycznie jest czemukolwiek winny. A jeśli pragniesz być tak małostkowy, może pomyśl sobie, że to właśnie on został napadnięty? Może ze względu na ten mieszek złota, który miał dostarczyć!? I co, teraz będzie po prostu w tej sprawie zeznawać! - Blanche tak naprawdę zbytnio nie wierzyła w tę historię. Po prostu chciała przegadać brata.
- Dobra! Świetnie! W takim razie czemu nie zaczekali, aż spokojnie zjemy śniadanie?
- Właśnie! Dlaczego nie zaczekaliście, aż spokojnie zjemy!? - Teraz przeniosła swoje gniewne spojrzenie na lokaja, który przyszedł zaanonsować Straż.
- Panienko, ja...
- Dosyć tego! - Robin uderzył pięścią w stół. - Ty. - Wskazał palcem na półelfa. - Idziesz tam ze mną.
Podszedł do niego, próbując szarpnąć go za ramię.
- Nie! Idzie ZE MNĄ! - krzyknęła Blanche, ciągnąc go za drugie ramie.
Chwilę trwała ta przepychanka, w której wzrokiem próbowali się zagryźć, a siłą przeciągnąć Pestkę na swoją stronę. Służba patrzyła na to z przerażeniem w oczach. Zaczęli szeptać między sobą, co powinni zrobić w tym wypadku, bo patrząc na biedaka pomiędzy nimi i to, jak boleśnie wyrywali jego ramiona, naprawdę odczuwali współczucie.
- Pa.. paniczu Robinie, to nierozsądne... - w końcu bąknął lokaj. Rodzeństwo jednak zignorowało ten komentarz.
Problem jednak rozwiązał się sam, kiedy do pomieszczenia wszedł służący w mundurze, skłaniając się przed walczącym rodzeństwem i ignorując całe zamieszanie, rzekł:
- Wielmożni państwo Counteville, kapitan Straży Królewskiej Thenderionu, monsieur Roderick Trudeau.
Kiedy kapitan wchodził do salonu, uprzednio zaanonsowany, ujrzał już idealny obrazek szlachciców stojących przed nim, i kłaniających się z najwyższą godnością, w nienagannym stroju i fryzurze.
- Enchanté - odpowiedziała Blanche, posyłając mu pełny godności i powściągliwości uśmiech.

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Pestka wyglądał, jakby dostał obuchem w głowę. Tępo podniósł wzrok na Blanche, która momentalnie się uniosła na wieść, że do ich posiadłości zawitała straż, nim oni zdążyli zjeść śniadanie. To… w innych okolicznościach być może by go rozbawiło, teraz jednak był wręcz sztywny ze strachu. Momentalnie na powrót rozbolała go głowa, poczuł mdłości, a jego myśli zamieniły siew jedno wielkie kłębowisko chaosu. Wspomnienia, domysły, zasłyszane podejrzenia innych mieszały się w nim jak w tyglu. Domyślał się, że oni wiedzieli kim jest. Że nie zamieniwszy z nim słowa wiedzieli, by chować przed nim srebra, a kobiety by się pilnować, aby nie zostać z nim sam na sam po ciemku. Jedynie Blanche w niego wierzyła, choć czy była to wiara szczera, czy tylko kierowana chęcią przeciwstawienia się bratu? Nie znał ich. Dziewczyna o anielskiej twarzy zdawała się być szczera i mieć otwarty umysł, ale może to były tylko jego nadzieje.
        No i nagle Robin powiedział to na głos. Złodziej. Morderca. Pestka zwiesił głowę, rysy twarzy miał stężałe i trudne do zinterpretowania. Położył dłonie na blacie, jakby chciał się zaprzeć przed tym jak wstanie, ale wtedy został złapany przez chłopaka za ramię. Spojrzał na niego twardo, ale się nie wyrwał. Nie wyrwał się również wtedy, gdy Blanche złapała go za drugie ramię. Po raz kolejny scena mogłaby wydawać się zabawna, gdyby nie dotyczyła jego. Przez moment – zupełnie zdezorientowany toczącą się nad nim awanturą – pozwalał się tarmosić jak szmaciana lalka. W końcu jednak zaparł się i poruszył ramionami tak, aby oswobodzić się z uścisku obojga rodzeństwa. Każdemu posłał twarde spojrzenie, choć gdy patrzył na Blanche, w jego oczach widać było również żal. Pytanie tylko czego w tym momencie żałował – siebie i swojego losu czy dziewczyny, która była dla niego dobra, uwierzyła w niego i teraz miała zderzyć się z okrutną rzeczywistością.
        Pestka zaklął szpetnie w myślach, słysząc anons wypowiedziany przez mężczyznę w mundurze. Straż Królewska. To nie byli zwykli strażnicy traktów – sprawa zaszła już znacznie wyżej, znacznie dalej. W jego głowie momentalnie pojawiła się jedna jedyna konkluzja – to koniec. Może próbować się bronić, ale był na straconej pozycji. A mimo to gdy do pokoju wszedł kapitan Trudeau, Pestka wykonał ruch, jakby myślał o ucieczce – krótkie drgnięcie, jak zwrot przez ramię by rzucić się biegiem, byle dalej. Za sobą miał jednak ścianę, a wszelkie wyjścia z pokoju były zastawione, niby przypadkiem, ale mimo wszystko skutecznie. Strażnik Królewski – postawny mężczyzna około czterdziestki, z elegancko przystrzyżonymi włosami i brodą – spostrzegł ten ruch Pestki. Posłał mu krótkie pobłażliwe spojrzenie. Nie kpił, nie pastwił się nad ofiarą – po prostu wiedział, że on rozumie jak bardzo wdepnął.
        - Najmocniej przeszkadzam za najście o tak wczesnej porze – przeprosił, kłaniając się uniżenie przed rodzeństwem. – Państwa służba powiedziała mi już dość, bym nie musiał państwa nadmiernie kłopotać. Proszę wydać mi tylko tego człowieka, a nie będę już państwa niepokoił. Panno Courteville – zwrócił się do Blanche niczym ojciec, tonem jednocześnie łagodnym i stanowczym. – Doszły mnie słuchy, że mam do czynienia z osobą wyjątkowo miłosierną, proszę jednak pozwolić mi czynić swoje obowiązki. Ten człowiek jest podejrzany o morderstwo.
        Ostatnie zdanie sprawiło, że Rianell wyraźnie pobladł, a w sercu poczuł dojmujący ból. Czyli… Cholera. Wszystko zaczęło do niego wracać w chaotycznej plątaninie myśli. Jeszcze nie wszystko pojmował, lecz kapitan mówił prawdę. Ellis nie żył. To był powód tego niepokoju, który niewolnik czuł od momentu przebudzenia.
        Gdy Pestka stał oszołomiony i gapił się na kapitana Trudeau, dwaj strażnicy dyskretnie minęli swego przełożonego i zbliżyli się do stołu, za którym siedziała cała trójka. Rianell gdy tylko zorientował się, że tamci ograniczają mu możliwość ucieczki i spodziewają się po nim najgorszego, spojrzał w stronę Blanche.
        - Nie radzę – ostrzegł jeden ze strażników, swoje słowa popierając niemą groźbą w postaci położenia dłoni na rękojeści przypasanego miecza. Pewnie domyślał się, że Rianell rozważał wzięcie dziewczyny na zakładnika, zrobienie sobie z niej tarczy. Podejrzewali go o wszystko co najgorsze.
        Półelf w końcu odsunął się od rodzeństwa i odszedł od stołu. Cały czas czujnie wpatrywał się w kapitana straży – wiedział, że jego ludzie nie zrobią nic bez rozkazu, więc to on był największym zagrożeniem.
        - Przesłuchamy cię na miejscu - oświadczył Trudeau. - Ale nie tutaj.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

Blanche odczuła, jakby coś zimnego spłynęło jej na dno żołądka, kiedy usłyszała podejrzenia kapitana Trudeau dotyczące chłopca. Wcześniej nie przypuszczała, że mógł popełnić zbrodnię tak dużego kalibru. W sumie, nie była osobą, która podejrzewała złe rzeczy w stosunku do kogokolwiek... Wzdrygnęła się lekko na myśl o tym, do kogo mogła należeć ta krew, która wtedy obficie spływała mu po twarzy... Potem przez głowę przemknęło jej, co może w tym momencie myśleć Robin. Tak, miał rację... Chociaż Blanche nadal nie chciała w to wierzyć...
Mogła wyglądać na niewzruszoną, jednak ze stresu splotła dłonie ze sobą tak mocno, że pobladły jej knykcie.
- Cóż, skoro... jesteśmy w takich okolicznościach, a nie innych... - zaczęła ostrożnie.
Znała jednak procedury "przesłuchiwań", bardzo mało humanitarne zresztą, jakie obowiązywały w Thenderionie w garnizonie Straży.
- ...to może... napijemy się wszyscy herbaty i wyjaśnimy kilka rzeczy, zanim monsieur Trudeau przejdzie do dalszej części zadania?
Wskazała wszystkim krzesła i stanowczym wzrokiem zasygnalizowała, że mają na nich usiąść. Jej brat posłał jej zdziwione spojrzenie, na które odpowiedziała krótkim skinieniem głowy. Grała na czas.
- Mademoiselle de Counteville, nie sądzę, że to...
- W porządku, kapitanie. Wy macie pewne plany co do elfa, a nawet - rzekłabym - jesteście zmuszeni postąpić wobec niego w określony sposób, w końcu musicie dowiedzieć się prawdy. To bardzo szlachetne. Ród Counteville'ów wam dziękuje i zawsze będzie was wspierał w drodze do prawdy.
Lała wodę. Wszyscy przy stole mieli skonsternowane, głupie miny, ale najgłupszą zdecydowanie miał Robin.
- Siostrzyczko, czy.. ee... to znaczy, oczywiście, panie kapitanie, wydamy wam podejrzanego, żebyście mogli przeprowadzić dochodzenie w tej sprawie - dokończył już stanowczo, patrząc na reakcję anielicy. Ta jednak irytująco długo dopijała herbatkę w porcelanowej filiżance, a następnie delikatnie odłożyła ją na spodek, patrząc z łagodnym uśmiechem to na brata, to na kapitana.
- To znaczy, wydalibyśmy go wam, jednak nie możemy tego uczynić, gdyż Pestka prosi o azyl w klasztorze.
Kapitan ze świstem wciągnął powietrze do płuc...
- ...a tam, jak pewnie państwu wiadomo, przesłuchać możecie go przez kratę, najlepiej w obecności Opata.
... a następnie ze świstem wypuścił.
Problemem było to, że oboje działali zgodnie z prawem. Veto w obu przypadkach jest niemożliwe.
- Dlaczego zatem oskarżony nie jest w klasztorze, tylko tu? - Kapitan próbował przyłapać ją na blefowaniu.
- Został znaleziony z licznymi obrażeniami i podejrzewałam uraz kręgosłupa lub biodra. Niebezpieczeństwem byłoby go przenieść. A to, że miał zostać oddelegowany tam po śniadaniu po prostu znaczyło, że to on dostosował się do naszego rytmu dnia, a nie my do jego - odpowiedziała lekko wyniośle. Mała nutka megalomanii miała pomóc przypomnieć kapitanowi o jej pozycji.
- A zatem... oferujemy się, że to my bezpiecznie przetransportujemy podejrzanego do Zakonu - odpowiedział Trudeau, uśmiechając się uprzejmie, ale wzrok i głos mając stanowczy. - Nalegam.
- Och, to byłoby z pańskiej strony zbyt hojne, a z naszej to nadużycie i nietakt - odpowiedziała, jakby rozmawiali o czymś zupełnie nieznaczącym, jak o pogodzie czy o grze w tryktraka. - Moi strażnicy odprowadzą Pestkę, a do przesłuchania będzie gotów, kiedy przebierze się w zakonne szaty i zapozna się z Kodeksem.
Posłała elfowi krótkie spojrzenie.
- Straż - powiedziała, klaszcząc w dłonie dwukrotnie. Kilkoro odzianych w srebrne zbroje mężczyzn pojawiło się przed rodzeństwem, składając wszystkim ukłon. - Przeprowadźcie bezpiecznie tego elfa do Zakonu - poleciła Anielica. Patrzyła jak rycerze stanowczo, ale nie agresywnie chwytają Pestkę za ramiona, żwawo wychodząc z pomieszczenia.
Następnie zwróciła się do kapitana:
- Czy jest jeszcze coś, co mogę dla pana zrobić, monsieur Trudeau?
Z kwaśną miną, ukrywaną przez nieszczery uśmiech, kapitan wstał i ukłonił się w stronę rodzeństwa.
- Nie, wielmożni państwo. Dziękujemy za wyświadczoną gościnność - i to mówiąc, pospiesznie opuścił dwór z resztą gwardii, klnąc pod nosem jak tylko upewnił się, że tego nie usłyszą.

- Blanche, ja rozumiem twoje zasady... rozumiem pomaganie ofiarom, ale... to? Dlaczego to zrobiłaś? Chcesz chronić bandytę? On nie ukradł chleba, bo był głodny, tylko kogoś zabił!
- Ja... ja nie wiem, Robinie... coś mi tu po prostu nie pasuje...
- Nie pasuje ci to, że coś takiego ktokolwiek mógł zrobić. Ale przyzwyczaj się, świat jest okrutny.
Anielica spojrzała na całkiem wystygły omlet z pomidorami, który tak bardzo chciała zjeść jeszcze przed godziną.
- Straciłam apetyt - powiedziała, upuszczając sztućce na talerz i wychodząc z saloniku.

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Pestka wpadł w dziwny stupor. Nie potrafił wydobyć z siebie głosu, nie potrafił się bronić ani nawet ruszyć się z miejsca. Po prostu stał i patrzył na wszystkich wzrokiem, jakby miał ich dość, co do jednego. Jedynie Blanche zasługiwała na spojrzenie, w którym widać było żal o niewiadomym niestety podłożu. Pestka chyba sam nie wiedział, dlaczego patrząc na tę kobietę czuł ucisk w sercu. Chyba najprościej byłoby przyjąć, że ją oszukał i sumienie go ruszyło. Dlaczego miałby jednak czuć wyrzuty, skoro ciążyło na nim coś o wiele, wiele gorszego? Zabił człowieka – tylko jedna osoba w całej tej posiadłości dopuszczała do ciebie myśl, że mogło być inaczej i dawała mu szansę. On sam jej już dla siebie nie widział. Z typową dla niewolnika biernością po prostu przyjmował co dawał mu los. Walczył wiele lat temu, gdy miał cel, szanse, jakąś perspektywę po odzyskaniu wolności. Teraz... I tak był już skreślony. Głupio mu było tylko przez to, że zawiódł Blanche. Nie znał jej prawie wcale, ale była taka dobra, miła, miała tak czyste serce… Charakterek trochę jak diablica, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Z jakąś taką ojcowską czułością Pestka pomyślał, że kogokolwiek wybierze sobie na męża, biedak będzie do końca życia pod jej pantoflem i nawet czubka nosa stamtąd nie wychyli.
        Szybko przywołał się do porządku – cholera, nie powinien teraz myśleć o takich, za przeproszeniem, pierdołach. Nie, gdy jeszcze tego samego wieczoru mógł zawisnąć. Prasmoku, dlaczego upadł tak nisko, dlaczego miał tak skończyć?
        Rozmowa toczyła się jakby obok niego. On jedynie się gapił – to na kapitana, to na błogosławioną. Szerzej otwierał oczy za każdym razem, gdy odzywała się Blanche. Kapitan był służbistą, wykonywał swoje rutynowe obowiązki więc działał według schematów, anielsko piękna dziewczyna jednak z każdy kolejnym zdaniem coraz bardziej go zaskakiwała. Najpierw tak spokojnie zaproponowała poczęstunek – może w tych okolicach był to obowiązek dobrej pani domu, którego nie chciała poniechać bez względu na okoliczności? To by jeszcze przełknął. Ale późniejsze słowa o azylu… zaraz zrobiło mu się sucho w gardle i na moment przestał oddychać. Ona nadal w niego wierzyła. Chciała go chronić. Czym sobie zasłużył na taką pomoc? Cokolwiek to było, Pestka nie chciałby zawieść tego zaufania. Czuł, że Blanche stawiała na szali swoją reputację. Być może nie pierwszy raz, być może już słynęła w okolicy z tego typu pomocy, ale bez względu na to Rianell nie chciał jej zawieść. Pytanie tylko czy mu się to uda.
        Stał cały czas w miejscu, z napiętymi mięśniami i czujnym wzrokiem dzikiego zwierzęcia. Kapitan w pewnym momencie spojrzał na niego, a Pestka wtedy odruchowo wbił wzrok w ziemię, by na niego nie patrzeć – odruch niewolnika i sługi zarazem. Co pomyślał sobie o tym Trudeau, nie wiedział, ale nie został jednocześnie o nic zapytany, więc uznał, że kapitan ma jego zdanie w poważaniu. Być może kapitan miał już wyrobioną opinię o podejrzanym i nie obchodziło go co ma on do powiedzenia bez odpowiedniej presji przesłuchania.
"Cholera... Nie wyjdę z tego cało", pomyślał w tym momencie Pestka, jakby dopiero teraz zarzuty dotarły do niego z całą stanowczością. Wiedział, że już go skreślono i nawet gdyby nigdy nie znał ofiary, nawet gdyby był w tym czasie zupełnie gdzie indziej i miał na to tuzin świadków, nie wyłgałby się - był za wygodnym kozłem ofiarnym. Na kimś trzeba było wyładować żal i gniew - niewolnik z dzikim spojrzeniem był idealny. Ciekawe w sumie skąd wiedzieli, że Ellis nie żyje. Lavia złożyła zawiadomienie? Skąd by wiedziała?
        Na ziemię, Pestka, wróć na ziemię. Oprzytomniał akurat w chwili, gdy do jadalni wkroczyli strażnicy z posiadłości. Spiął się, odruchowo chciał się wyrwać, gdy pochwycili go za ramiona, ale odpuścił, gdy tylko dotarł do niego wydźwięk całej tej sytuacji. Oni nie chcieli dla niego źle – Blanche kazała im odprowadzić go do klasztoru. Raczej mało prawdopodobne, by wbrew rozkazom swojej pani zawlekli go na rozstaje. Poszedł więc z nimi, choć potykał się, nie potrafiąc dostosować do nich kroku – jego obtłuczone biodro nadal dawało się we znaki.
        - Dziękuję – wyrzucił z siebie szybko przez ramię, gdy już przekraczał próg pokoju. Mówił oczywiście do Blanche. Chciał nawet na nią spojrzeć, ale jeden ze strażników posiadłości delikatnie pchnął go w plecy, by się pośpieszył. Położył przy tym dłoń idealnie w miejscu, gdzie pod cienką warstwą koszuli znajdował się tatuaż Rianella o tym samym kształcie. Jego pierwsi panowie wiedzieli co robią.

        Trudeau przegrał tę potyczkę słowną z Blanche, miał jednak nadal narzędzia, które pozwolą mu doprowadzić sprawę do końca, ale jednocześnie nie obrażą arystokratki. Gdy chwilę po odprowadzanym przez osobistą straż Courteville’ów podejrzanym wyszedł ze swoimi ludźmi, w niemym rozkazie skinął na jednego z nich – „idź za nimi”. Mógł to później dowolnie uzasadnić – choćby tym, że chciał mieć na miejscu kogoś, kto po niego pośle w odpowiednim czasie. Strażnik był jednak zaufany i na pewno gdyby ten wytatuowany dzikus coś kombinował, nie za długo nacieszyłby się azylem, jaki otrzymał od błogosławionej.

        Pestka współpracował, choć cały czas sprawiał wrażenie nieobecnego ani myślami ani duchem – tylko jego ciało przemieszczało się tak, jak mu kazano. Gdy miał iść – szedł, starając się nie spowalniać mimo ból, który nasilał się odrobinę z każdym kolejnym krokiem. Wkrótce pod eskortą opuścił posiadłość, ale na zewnątrz nie próbował żadnych sztuczek, bo przecież i tak nie dałby rady uciec. Posłusznie podążał za swoją obstawą. Zakon… dopiero teraz zaczął się zastanawiać nad swoją obecnością w takim miejscu. Nigdy nie był specjalnie religijny. Wizja samego siebie w habicie wywoływała w nim ironiczne rozbawienie – na pewno będzie wyglądał jak uciekinier podszywający się pod zakonnika. Jednak czy to miało jakieś większe znaczenie? Trudeau i rodzeństwo Counteville mieli już na jego temat wyrobione zdanie, żadne przebranie go nie zmieni. A po przesłuchaniu habit zupełnie straci na znaczeniu – zdejmie go i albo zawiśnie, albo odejdzie.
        Budynek zakonu jakoś go nie zainteresował – został wprowadzony do środka i nawet nie przyjrzał się jego zewnętrznej bryle. Wzrok miał wbity w ziemię i jedynie chłodniejsze, pachnące kadzidłem i woskiem powietrze uświadomiło go, że dotarł na miejsce. Szybko, ale ukradkiem, rozejrzał się po skromnym pomieszczeniu, do którego trafił – jeden ze strażników Counteville’ów rozmawiał akurat przyciszonym głosem z zakonnikiem na tyle młodym, że Pestka uznał go za nowicjusza. Nie dosłyszał o czym mówił strażnik, jedynie zwrócił uwagę, jak spojrzenie brata zakonnego nagle stało się rozbiegane i nieustannie łypał w jego stronę – to był ten moment, gdy zbrojny nie omieszkał wspomnieć o zarzutach, jakie ciążyły na Pestce i kto chciał mu się dobrać do skóry. Nie dostrzegł jednak sprzeciwu. Sam zresztą również nie zamierzał go sprawiać - gdy dokonano przekazania, on bez słowa podążył za bratem, który miał mu wskazać miejsce, gdzie się przebierze i wyjaśni mu zasady panujące w zakonie.
        - Jak mogę się do pana zwracać? - zapytał uprzejmie zakonnik, obracając się w stronę oskarżonego. Coś było w jego spojrzeniu takiego, że Rianell obrócił się i łypnął w stronę drzwi wejściowych. Przez krótki moment widział jednego z ludzi Trudeau i widok ten sprawił, że po plecach spłynął mu zimny pot.
        - Pestka... - mruknął. Zakonnik uśmiechnął się do niego sympatycznie, tak by nie mówić na głos, że to urocze imię, a półelf tylko skrzywił się w odpowiedzi. Też by się uśmiechał, gdyby było mu do śmiechu.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

- Pestka - powtórzył zakonnik. - Jakie wyjątkowe imię!
Opat mógł być książkowym przykładem kapłana. Nieco przy kości, z siwymi włosami na głowie, o niesamowicie pogodnej aparycji. Oczy jakby uśmiechały mu się cały czas. Miał rumiane, okrągłe policzki, kartoflany nos, był niewysoki. Jego głos był niski, głęboki, ale wypowiadał się zawsze bardzo delikatnie. Przygładził ręką fałdy swojej brązowej szaty.
- Witaj w nowym domu, Pestko! - zawołał radośnie. Rozłożył szerzej ramiona, jakby chciał pokazać mu, że kiedy mówi o nowym domu chodzi dokładnie o to miejsce. Oprócz tego kiwnął na niego głową, żeby poszedł za nim.
Przechodzili przez wielkie, dębowe drzwi, na krużganki dziedzińca. Nie było tu dachu, raczej zrobiono w tym miejscu jakby ogród na piętrze budynku. Z fontanną pośrodku, z piękną rzeźbą anioła. Z jego miecza, uniesionego wysoko, wytryskiwała woda do sadzawki. Krużganki zrobione były z marmuru, a kafelki na posadzce miały kunsztowne wzory.
Opat spojrzał łagodnie na chłopca i spostrzegł, że czuje się bardzo zagubiony. Dlatego właśnie bardziej niż zadawania mu pytań wolał sam mówić.
- Nie martw się, szybko przyzwyczaisz się do nowego trybu życia tutaj - uśmiechnął się. - A jeśli jesteś takim łasuchem jak ja, szybko też nabierzesz takich kształtów! - zachichotał, klepiąc się delikatnie po wystającym brzuszku.
- Zanim zostawię cię chwilę w spokoju, żebyś mógł się przyzwyczaić do nowej sytuacji, muszę niestety wprowadzić cię w nowe zasady.
Opat przystanął, stając naprzeciw Pestki, próbując znaleźć z nim kontakt wzrokowy.
- Ja jestem opatem tego zakonu, Benedykt Rochelier. Ale tutaj zwracają się do mnie brat Benedykt. Będziesz musiał przyzwyczaić się do tego, że ciebie nazwiemy bratem Pestką. Tak samo jak do nowych, zakonnych szat.
Zakonnik uśmiechał się, mówiąc niezbyt szybko i łagodnie.
- Wszystko, z czym tu dzisiaj przychodzisz, będziesz musiał oddać. To trudne pozbyć się przywiązania do przeszłości, z którą na pewno będziesz się jeszcze zmagał, ale - uwierz mi! To konieczne!
Opat znał ten widok. Średnio raz na pół roku wprowadzał w swoje szeregi nową osobę. Byli to często przestępcy, uchodźcy, ale czasami też biedacy, którzy nie mieli się gdzie podziać. Wiedział, że za pomoc, którą oferowała im wielmożna rodzina Blanche często z inspiracji postanowili wkroczyć w szeregi zakonu. Tacy właśnie zostawali tu na dłużej.
Rochelier wskazał dłonią drużkę na przełaj ogrodu w dziedzińcu.
- Chodźmy, pokażę ci coś jeszcze.
Za krużgankami rozpościerał się piękny widok na wzgórza otoczone wysokim murem. Rósł tam sad. W tym momencie na drzewach nie było wiele owoców. Widać było jednak, że rosną tu oliwki, pomarańcze, cytrusy, cedry, jabłka, lawenda.
- Z darów ziemi robimy użytek dla nas i dla potrzebujących. Spędzamy czas na zbiorach i dbaniu o ogród, ponieważ to uszlachetnia. Jeśli nigdy nie przepadałeś za śpiewem czy modlitwami, po pracy w skwarze w ogrodzie pokochasz chłód który panuje we wnętrzu kaplicy - zachichotał.
Przeszli się jeszcze w milczeniu przez sad, był to czas, w którym Pestka mógł zadać mu jakieś pytania, jeśli je miał.

W końcu ojciec Benedykt pokierował go do jego celi.
- To twój nowy pokój - powiedział.
Na łóżku, prostym, sosnowym, leżał nowy, wyprasowany habit. Obok łóżka zaś pusty, wiklinowy koszyk.
- Wybacz, będzie to nieco krępujące, ale musimy zachować te zasady ze względu na przeszłość. Przebierz się, proszę, przy mnie. Wszystko, co posiadasz, włóż do tego koszyka. Nie myśl, że chodzi o brak zaufania do ciebie - to po prostu odgórne środki ostrożności. Wszyscy przechodzili przez to.
Zaczekał cierpliwie, aż Pestka się przebierze. W rzeczywistości patrzył, czy nie ma przy sobie żadnej broni białej - bywało, że nowi członkowie nie chcieli rozstawać się z takimi narzędziami. Wzruszył się widząc jego tatuaże, próbował jednak w ogóle tego po sobie nie pokazać. Jeśli będzie chciał o tym kiedyś porozmawiać, dowie się.
- Dobrze, teraz jesteś gotowy, żeby poznać resztę naszych braci i Regułę Zakonu! - powiedział pogodnie, podrywając się lekko. Jak tylko jednak wyszedł z celi, jakiś mężczyzna podszedł do niego i wyszeptał coś do ucha. Pogodny wyraz twarzy opata lekko zastygł. Mężczyzna po dostarczeniu wiadomości od razu odszedł. Miał na sobie zbroję Gwardii.
- Ahh, um, tak... cóż, niestety, musimy odłożyć to w czasie - powiedział zakłopotany zakonnik.
- Będziesz musiał pójść teraz ze mną, proszę, spróbuj mi zaufać - dodał, patrząc na niego poważnie. Jego wcześniej pogodna twarz wyrażała skupienie. - Tędy.
Podreptał szybko przez korytarze.
- Musisz być szczery, bracie, to bardzo ważne. Nic ci tu nie grozi, więc nie obawiaj się. Szczerość jest siostrą mężności - powiedział poważnym głosem. - Nic, czego tutaj wysłucham, nie wpłynie na moją wielką chęć, abyś tu z nami był - dodał.
Weszli do pomieszczenia oddzielonego wielką drewnianą kratą, jak przy konfesjonałach.
- Kapitanie Trudeau - opat przywitał się skinieniem głowy z osobą stojącą za kratą po drugiej stronie.

Awatar użytkownika
Rianell
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Serdeczność i gościnność opata sprawiały, że Pestka naprawdę czuł się nieco lepiej, bo choć gdzieś z tyłu głowy nadal dręczyła go świadomość tego, co się stało i co go czeka, to teraz przez ten krótki moment czuł, że ktoś się naprawdę o niego troszczy. Brat Benedykt zachowywał się jak dobry wujek, przypominał Rianellowi trochę jego rodzinę - wujostwo, u których mieszkali razem z matką te ponad dwadzieścia lat temu…
        Półelf milczał, ale na pewno uważnie słuchał swojego nowego gospodarza. Jednocześnie z zainteresowaniem patrzył na wszystko, co mijali. Trochę odezwał się w nim duch zarządcy, który oceniał porządek i ład, a to co widział bardzo cieszyło jego oczy. Zamiecione ścieżki, przystrzyżone trawniki i krzewy, wyczyszczona fontanna… Służba u Mandeville’ów nie zrobiłaby tego lepiej. Taki porządek działał kojąco na serce. Lecz to nie zrobiło na Pestce aż takiego wrażenia, jak to, co zobaczył później. Ten sad… To było cudowne. Pestka aż przystanął i zapatrzył się na schludne rządki drzew, rosnące między nimi krzewy, grządki. Choć nigdy nie było wybitnym ogrodnikiem, naprawdę chętnie pracowałby w takim miejscu. Mógł nawet grabić liście i kopać rowy melioracyjne - był silny, młody, to robota akurat dla niego. W takiej scenerii na pewno nie narzekałby, że jest ciężko. A ileż mógłby zrobić w ramach tego, co naprawdę potrafił - płotki, ławeczki, altanki… Desek w okolicy nie starczyło, gdyby zabrał się za urządzanie tego miejsca po swojemu.
        Gdy opat postanowił wprowadzić Rianella w zasady panujące w zakonie, ten przyjął to bez strachu. Nie uciekał wzrokiem… W każdym razie nie za często. Czasami zerknął gdzieś w bok, ale nie zachowywał się jak spłoszone zwierzę - po prostu wokół było tyle nowych rzeczy, że czasami uciekła mu wzrok. Czasami zdobył się na nikły uśmiech, jak na przykład wtedy, gdy został nazwany bratem Pestką. Wydawało mu się, że to strasznie mu nie pasuje, ale był w stanie się przyzwyczaić. Nie miał też problemu z rozstaniem się ze swoimi gratami… No bo cóż posiadał? Ubrania i parę szpargałów, żadnych rzeczy, do których byłby przywiązany emocjonalnie. Może nawet będzie mu lepiej, gdy nic nie będzie mu przypominało ani poprzedniej nocy, ani reszty dawnych dni. Choć z tym, co zdarzyło się wczoraj, przyjdzie mu się jeszcze uporać. Trudeau na pewno nie odpuści przesłuchania.
        Pestka spojrzał jeszcze przeciągle na ogród, w którym stali. Westchnął. Mógłby się nawet przyzwyczaić do modlitw, by móc żyć w takim miejscu…

        W celi Rianell rozejrzał się pobieżnie, po czym wzrok utkwił w habicie. Podszedł do niego, ani na moment nie odwracając wzroku. Dopiero gdy brat Benedykt się do niego zwrócił, podniósł na niego spojrzenie. Widać było, że jego źrenice zwęziły się ze strachu na wieść, że będzie musiał przebierać się przy nim. Nie wstydził się swojej nagości jako takiej, a tatuaży i blizn, które znajdowały się na jego plecach… Nie dyskutował jednak. Trochę wolno, jakby sceptycznie, zaczął zdejmować z siebie ubranie. Skrzywił się raz, gdy poczuł ból rany na torsie, ale poza tym zachowywał się spokojnie. Dokładnie złożył swoje ubrania, wyjmując zawartość kieszeni, i wszystko ułożył w koszyku. Wciągnął na siebie habit i poprawił go, aby dobrze leżał. Spojrzał na brata Benedykta, jakby oczekiwał z jego strony jakiejś opinii - mógłby się skojarzyć z dziewczyną, która pyta, czy ta suknia jej nie pogrubia, ale on raczej bardzo chciał usłyszeć coś, co podniesie go na duchu. Wystarczył jednak sam dobroduszny wzrok opata, by poczuł się trochę lepiej. Skinął zgodnie głową, gdy mieli iść dalej, poznać zakon i jego mieszkańców. Na ten krótki moment zapomniał co go czeka, zaraz jednak został bardzo brutalnie przywrócony do rzeczywistości. No, może nie brutalnie, ale w sposób nieznoszący sprzeciwu. Zniknęło całe rozluźnienie, które udało mu się do tej pory osiągnąć - znowu przypominał ścigane zwierzę. Ze wzrokiem wbitym w ziemię, poszedł za bratem Benedyktem. Serce go ściskało, gdy słuchał rad od opata. Były cenne, były bardzo ważne, choć i bez nich nie zamierzał kłamać. Wiedział, że żadne kłamstwo go nie ocali - jedynie prawda. I wiara w to, że Trudeau jest rozsądny, a nie zacietrzewiony, byle tylko powiesić jakiegoś winowajcę.
        - Jestem niewinny - powiedział szeptem Pestka nim razem z opatem weszli do sali, gdzie czekał kapitan straży. Spojrzał na starszego mężczyznę, a jego oczy prosiły, by ten mu uwierzył. Potrzebował tej wiary. Wcześniej czerpał ją od panny Blanche, ale teraz jej przy nim nie było.
        Odetchnął głęboko i przekroczył próg pokoju. Jego spojrzenie od razu spotkało się z surowym wzrokiem dowódcy straży. Pestka miał w sobie na tyle odwagi, aby wytrzymać tę konfrontację. Nie przerywając kontaktu, podszedł bliżej i usiadł na samotnym krześle, które się tam znajdowało. Nie miał co zrobić z rękami, złożył je więc płasko na udach, pilnując się, aby ich nie wycierać, choć były całe spocone z tego stresu. Przełknął ślinę, jakby łykał kamienie.
        - Jesteś podejrzany o zamordowanie Ellisa Mandeville’a - oświadczył surowym tonem Trudeau, rozpoczynając przesłuchanie. - Czy przyznajesz się do winy?
        - ...Nie - odparł Rianell twardo, choć ze stresu zupełnie zaschło mu w gardle.
        - Dobrze - mruknął kapitan straży, jakby takiej odpowiedzi się spodziewał, ale jednocześnie jej nie pochwalał. - Gdzie więc byłeś wczoraj przed zachodem słońca?
        - Z Ellisem Mandevillem.
        Ta odpowiedź wyraźnie zaskoczyła kapitana: chyba spodziewał się, że Pestka będzie kręcił. Zaraz jednak wrócił do przesłuchania.
        - Kto go więc zabił?
        - Nikt. To był wypadek - wyjaśnił Pestka. Spuścił wzrok, ale nie po to, by ukryć kłamstwo. Ciężko mu było mówić i przypominać sobie to co było. Mógłby powiedzieć sam z siebie co zaszło, od początku do końca, ale robiło mu się mdło za każdym razem, gdy to sobie przypominał…
        - Kim był dla ciebie Ellis Mandeville? - drążył dalej Trudeau.
        - Moim tymczasowym panem. Od trochę ponad miesiąca - wyjaśnił Rianell.
        - Jesteś niewolnikiem.
        - Tak - westchnął Rianell. - Za pozwoleniem, wydawało mi się, że to już wiecie.
        - Może więc wytłumaczysz mi - podjął strażnik, zupełnie ignorując uwagę Pestki. - W jaki sposób niewolnik wszedł w posiadanie tak dużej sumy pieniędzy, jak przy tobie znaleziono?
        - Pan Ellis sam mi je dał.
        Trudeau w to nie wierzył - to było widać w jego oczach. Milczał jednak i tylko patrzył natarczywie, jakby liczył, że zlękniony Rianell sam przyzna się, że przed chwilą skłamał.

Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

Opat położył na ramieniu Rianella dłoń, obdarzając go ojcowskim spojrzeniem. Później patrzył, jak usiadł na krześle w pomieszczeniu. Przepisy kazały mu pozostać tutaj, w tym samym pokoju, w którym był Pestka, jednak postanowił, że lepiej będzie jak zostanie tu przed progiem. Jakby w cieniu tych wydarzeń. Gdyby nie był przesłuchiwany w klasztorze, a w komisariacie straży, na pewno wyglądałoby to zupełnie inaczej. Kapitan Trudeau nie był przesiąknięty złem, ale brat wiedział, że w obronie własnych przekonań na temat sprawiedliwości potrafi być bezwzględny.
Benedykt nie był również bez zarzutów. Zanim znalazł drogę do klasztoru i nie zwrócił się ku Najwyższemu, dużo grzeszył. Zwłaszcza słabością do kobiet i wina. Sam pochodził ze średnio zamożnej rodziny szlacheckiej i dogadzał sobie jak tylko mógł, co skwapliwie pochwalała rodzina, sama przyzwyczajona do wygodnickiego stylu życia. Mówili, mężczyzna w młodym wieku musi się wyszaleć. Nierzadko w przypływie wspomnień opat gorzko żałował przeszłości, prosząc, aby krzywdy które wyrządził były wynagrodzone. Dlatego też patrzył łaskawie na ludzi, którzy przyszli do klasztoru odpokutować. Sądził, że taką osobą jest również Pestka.
Zastanawiał się teraz, przyglądając się temu z cienia, czy naprawdę jest niewinny czy tylko nie jest gotów, by opowiedzieć prawdę.

Blanche natomiast napisała list do Mandeville'ów, posyłając go z gońcem. Nie zaznaczyła w nim, że ich sługa jest podejrzewany o morderstwo. Jedynie, że został znaleziony w ciężkim stanie, z pewną sumą pieniędzy przeznaczoną przez Ellisa, którą miał doręczyć. Niestety nie dowiedzieli się, gdzie, zanim opuścił ich dwór. Dość enigmatycznie opisała całe zdarzenie, czekając, aż dowie się więcej ze strony zaprzyjaźnionych im możnych.
Całą tą sytuację obserwował Robin, niezadowolony z tego, jak bardzo przejmuje się zajściem.
- To pewnie bandyta jakich wielu, próbujących ukryć się pod płaszczykiem twojej... anielskości - skomentował kąśliwie. Nie przeszkadzało mu, że Blanche ma inne pochodzenie, po prostu czasami jej "zbyt miękkie serce" usprawiedliwiał właśnie tym faktem, że była Błogosławioną. Nie mówił tego, żeby poczuła się gorzej, wręcz przeciwnie - chciał, aby nie czuła się winna temu, co się stało.
- Ja mu wierzę - powiedziała. - Dopóki nie udowodnią mu winy.
Młody Counteville westchnął.
- A potem, jak mu udowodnią, to zaczniesz mu współczuć, bo był całe życie niewolnikiem i nikt nie nauczył go wybierać między dobrem a złem - dodał. - Boję się tylko, że kiedyś spotkasz kogoś bez krzty dobroci, kogoś, kto wykorzysta cię tak, że złamie ci serce.
- Nie ma na świecie nikogo takiego - odpowiedziała z przekonaniem.
Czekała, patrząc w okno, kiedy w końcu nastanie późny wieczór. Chciała dołączyć do modlitw w kaplicy i rozmówić się z bratem Benedyktem.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Thenderion”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość