Szepczący Las[Druidzki chutor] Syn marnotrawny

Utopijna kraina druidów, zwierząt i wszystkich baśniowych istnień. Miejsce przyjazne dla każdego stworzenia. Ogromny las położony w górskiej dolinie, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        Ganzorig przez pewien czas w milczeniu przyglądała się dyskusji. Ostatecznie i tak wyglądało na to, że decyzja co do formy zapłaty pozostawała w jej gestii. Nie rozumiała dokładnie, o co szło, pojęła jednak ogólny zarys. W normalnej sytuacji opowiedziałaby się murem za starszym druidem, który nie dość, że najwyraźniej pełnił w chutorze funkcję osoby decyzyjnej, w dodatku w tym sporze zdecydowanie reprezentował głos rozsądku. Coś jednak nie pozwalało jej zignorować propozycji. Z jednej strony, jak słusznie zauważył fiołkowooki, uwierało ją silne poczucie obowiązku szczególnie wobec druida, który zeszłej nocy najprawdopodobniej odegrał decydującą rolę w całej akcji, z drugiej zaś sam fakt, że była przypuszczalnie jedyną, a w każdym razie jedną z niewielu osób w okolicy, które rzeczywiście mogły pomóc w tej sytuacji czynił odmowę praktycznie niemożliwą. Mimo to zwróciła się do mężczyzny zwanego Kurdybankiem.
        – Chinua jest dobrym wojownikiem. Zdolnym i porządnie wyszkolonym. Gdyby ktoś zlecił mi jego zabójstwo, z pewnością musiałby zapłacić niemało – odparła, jak gdyby rozważania nad ceną za głowę podkomendnego nie były niczym dziwnym ani niestosownym. – Pomyślę nad tym jeszcze, o ile to nie problem. Prawda, że na co dzień raczej nie param się mordami na zlecenie.
        – Macie jednak słuszność – podjęła po dłuższej chwili milczenia. – Nie sposób wycenić życia, zwłaszcza kiedy idzie o życie druha. Dlatego też, przez wdzięczność za uratowanie nie tylko człowieka, ale drogiego kompana, rada będę mogąc pomóc wam, w czymkolwiek pomocy szukacie – zwróciła się ku wytatuowanemu. – Jeżeli, jak mówicie, szukacie ochrony przed czymś, co da się usiec jak człowieka, pójdę z wami. Domyślam się, że to w znacznej mierze dzięki wam Chinua przeżył tę noc.
        Po tak podniosłej przemowie najchętniej z miejsca ofiarowałaby rozmówcy swój miecz. Problem w tym, że ów w kontekście czysto materialnym pozostał w chacie. Zresztą po chwili namysłu uznała to za nadmiar patosu, przystający bardziej trzytomowej powieści, niż przypadkowemu podjęciu pracy. Gdzieś z oddali dobiegł przeraźliwy wrzask jakiejś histerycznej kury, niesiony rześkim wiatrem poranka.
        – Nie wiem jednak, czy mogę prosić pozostałych o opiekę nad końmi i rannym. Dość już mieliście zachodu z naszego powodu.
        Prawda, nie chciała zostawiać ani wierzchowców, ani Chinui na głowach nieznajomych, jednak nie potrafiła w zaistniałej sytuacji tak po prostu odmówić.
        – A skoro się już zgadało… Gdzie mogłabym znaleźć coś do picia dla chłopaka? Nie wiem, czy nadal śpi, ale prędzej czy później po przebudzeniu pewnie będzie chciał zwilżyć gardło. Poszłabym do studni, nie kłopocząc nikogo, ale samiście rzekli, żeby wody nie dawać, a prawdę mówiąc, niewiele przywiozłam ze sobą. No i nie chciałabym spić biedaka gorzałką akurat w chwili, kiedy być może zacznie wracać do przytomności.
        Uśmiechnęła się uśmiechem możliwie dalekim od naturalnego. Takim, który zamiast wyrażać radość mówi raczej: „Rozumiecie… Co poradzę?”.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 65
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        Widugast wiedział, że być może nadużywa swojej pozycji - że daje wybór, a tak naprawdę nie pozostawia wyboru. Jednak w przeciwieństwie do Kurybanka nie uważał, by żądał za wiele, bo gdy patrzył na tę kobietę - jej fizjonomię czy aurę, obojętne - widział, że ma do czynienia z ucieleśnieniem siły. I to nie tej fizycznej, bo ta nie liczyła się tak bardzo jak siła charakteru, a ona ją na pewno posiadała. I pielęgnowała tak bardzo, że złożyła na jej ołtarzu własny uśmiech. A może akurat w tej kwestii się mylił? Nieistotne. Byle mu pomogła. To od niej miało zależeć powodzenie jego wyprawy.
        I w końcu przystała na jego propozycję. Arhuna spojrzał na Kurdybanka, jakby chciał w jego oczach zobaczyć uznanie albo złość. On jednak tylko uśmiechnął się smutno, nie zdradzając czy się złości, czy gniewa.
        - Och, nie, nie będzie potrzeby opiekować się kimkolwiek czy czymkolwiek - zapewnił łagodnie Widugast, wyciągając w jej stronę rękę w powstrzymującym geście. - Czas tam i tu biegnie inaczej. To co tam zajmie nam dni, tu potrwa ledwie godziny. Ale może i tyle nie będziemy potrzebować. Ręczę, że wrócimy nim słońce dotknie horyzontu.
        - Niemniej będziemy mieli oko na twojego towarzysza, ciebie i wasz dobytek - dodał Kurdybanek, niechętnie dostosowując się do powstającego planu. - A napar dla Chinui sam zaraz mu zaniosę - dokończył, imię rannego wyłuskując z jej wcześniejszych słów. Wstał, kosz z grochem opierając o biodro. - Między sobą ustalcie co poczniecie dalej… I dajcie mi znać. Chcę móc brać udział w przygotowaniach.
        - Naturalnie - odparł Widugast, z szacunkiem skłaniając głowę, bo mimo swojego zachowania sprzed chwili naprawdę szanował nieformalnego przywódcę chutoru. Ten pewnie o tym wiedział, ale nadal było widać pewien żal w jego spojrzeniu i ślad irytacji w ruchach. Może nie był wcale aż tak zły na to o co poprosił wytatuowany druid, a bardziej o to kiedy i w jaki sposób wyraził swoją prośbę. Nie podobał mu się ten szantaż - uważał, że kobieta została zmanipulowana. Zdawało mu się jednak, że do chwili rozpoczęcia rytuału dowie się dość, by być może wycofać się z tego… Albo przynajmniej pójść w zaświaty ze świadomością tego co ją tam może spotkać.

        Kurdybanek odszedł, odprowadzany chwilę wzrokiem przez niebieskookiego elfa, który jednak zaraz zwrócił się do swojej wspólniczki.
        - Jestem Arhuna Thorvaldsdottir Widugast - przedstawił się jej. - Mów do mnie imieniem, które sobie wybierzesz, tutejsi jednak zwykli mówić Widugast. Ciebie jak zwą?
        Druid był rozluźniony, jakby właśnie wyszedł z trudnego egzaminu i teraz już nic nie mogło mu zagrozić. Skoro znalazł już sposób na udanie się w zaświaty i bezpieczny powrót, reszta była łatwa. W swej pysze uważał, że zaraz po zmarłych to on posiadał największą wiedzę o zaświatach. To był… Jego drugi dom. Jeden z wielu domów.
        - Miejsce, do którego się udamy jest… Jak sen o tym, co widzimy teraz - zaczął snuć opowieść bez żadnych zachęt, uznając, że warto powiedzieć jej wszystko co wie, by mogła się chociaż odrobinę przygotować na to, co ją spotka.
        - Gdy tam trafimy, może w pierwszej chwili pomyślisz, że nic się nie zmieniło, ale wkrótce pojmiesz, że to nieprawda. Wszystko będzie mniej materialne i mniej trwałe, podatne na sugestię. Dlatego ważne by nie poddać się panice, bo ona napędzi strach, zamykając wszystko w błędnym kole. Poza tym zaświaty są tłoczne. Każda istota i nawet każdy przedmiot posiada swoje odbicie w świecie duchów, więc co chwilę będziemy trafiać na różne byty. Będziesz musiała je rozróżniać tak, jak wyszukujesz przeciwników wśród tłumu. Albo też ja ci ich wskażę… Tak… - Widugast skrzywił się lekko jakby przypomniał sobie o czymś ważnym. - Jeśli o mnie chodzi, nie oczekuj, że poznasz mnie po tamtej stronie tak od razu. Tam jestem… Inny. Mam inną formę. Za wiele czasu spędziłem na granicy światów i moja dusza wypaczyła się, dostosowując kształt do tamtego świata. Ale po prostu ci się przedstawię, to powinno załatwić sprawę - dodał lekkim, żartobliwym tonem.
        - Cóż jeszcze… - zastanowił się na głos. - Faktem jest, że śmierć tam jest równie realna co tutaj. Śmiertelny cios w zaświatach na chwilę cię oszołomi, a to doprowadzi do zerwania twojej więzi z ciałem. Być może, jeśli nastąpi to wystarczająco blisko przejścia, Kurdybanek będzie w stanie cię odzyskać, bo nie wątpię, że będzie czuwał. Ale im dalej odejdziemy, tym mniejsze będą szanse. Być może ja zdołam cię wtedy odprowadzić, ale… Ach, nie ma co mnożyć możliwości i zakładać z góry przegranej. Wierzę, że to się uda. Jeśli chodzi o broń, bo pewnie to cię interesuje, nie musisz jej mieć przy sobie podczas przejścia, ale sądzę, że fizyczny kontakt z nią sprawi, że będzie ci łatwiej. Mnie nie będzie robiło wielkiej różnicy jeśli chodzi o to, co będziesz miała przy sobie w czasie rytuału, jedynie musisz mieć odsłonięte czoło. To miejsce - wyjaśnił Arhuna, palcem pokazując punkt trochę powyżej zbiegu brwi. Miejsce, gdzie znajduje się trzecie oko i najsilniejszy węzeł energii w ciele.
        - Jeśli masz jakieś pytania, zadawaj je. Ja sam z siebie mogę nie powiedzieć ci o wszystkim, nie przez celowe zaniedbanie, a raczej przez to, że ta wiedza wyda mi się zbyt trywialna... - przyznał ze skruchą.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        Przez głowę Ganzorig przemknęła myśl, czy aby nie postępuje jednak zbyt pochopnie. Zachowanie starszego druida jasno na to wskazywało, z drugiej jednak strony nie opowiedział się na tyle stanowczo, by przypuszczać, że wyprawa nie ma szans powodzenia. Co ciekawe, wytatuowany jakby zupełnie zmienił nastawienie względem kobiety. Nie, żeby narzekała, ale niespecjalnie napawało to zaufaniem.
        – Ganzorig Mori – odparła krótko, uznając, że skoro mężczyzna nie wyciągnął dłoni do formalnego powitania, najwyraźniej ten zwyczaj po prostu nie obowiązuje w każdym zakamarku centralnej Alaranii. Faktem jest, że gdyby sięgnąć korzeni gestu, jedyną prawdziwie zobligowaną do prezentowania nieuzbrojonej ręki osobą byłaby w dotychczasowym towarzystwie właściwie tylko ona sama.
        Słuchała z uwagą słów druida, starając się choć w niewielkim stopniu nakreślić w myślach obraz tego, o czym opowiadał. Jedynym, co naprawdę ją w tamtym momencie pocieszało był fakt, że elf wydawał się w pełni zdawać sprawę z faktu, że Ganzorig nie ma i nie miała niczego wspólnego z duchami i duchowością, a mimo to wyrażał się w sposób świadczący raczej o wierze w jej możliwości. Koniec końców, pewnie nie wybierałby się tam z towarzyszem tylko po to, by ów zginął w pierwszych chwilach. Chyba, że szło o ofiarę, może dla rozproszenia uwagi istot tam przebywających, a może nawiązującą do jakichś zasad, które przecież wygodnie mógł przemilczeć. Wyrwała się z bezdennej studni defetystycznych myśli w chwili, kiedy druid, wzorem każdego profesora, strażnika więziennego i dowódcy wojskowego, zachęcił do zadawania pytań. To, że z wymienionych trzech grup zawodowych tylko jedna w istocie ich oczekiwała, a i to nie zawsze, nieco podkopywało wiarygodność intencji.

        Do tego typu sytuacji chyba każdy człowiek na świecie posiada osobisty przykład zdarzenia analogicznego. W przypadku Ganzorig był to moment, kiedy wuj po raz pierwszy wręczył jej ster i jeden z szotów kutra, po czym rozpoczął długi monolog na temat teorii żeglowania, wiatrów, pływów, a nawet typach chmur zwiastujących różną pogodę, a cały wywód podsumował beztroskim: „Masz jakieś pytania?”.
        Historia, wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie zakończyła się spektakularną kolizją, jako że do brzegu było wystarczająco daleko, a sternicy pozostałych łodzi bez trudu omijali niemanewrową jednostkę. Finałem okazał się incydent niewielki, jednak wystarczający, by zostawić rany na ciele i psychice jedenastoletniej dziewczynki. Trzeba było jedynie mocniejszego szkwału, by nok bomu wraz z kawałkiem grota znalazł się w wodzie, kadłub kutra w pozycji niemal poziomej, Ganzorig rozwieszona na relingu z porządnie stłuczonym kolanem i poparzoną od liny dłonią, a wuj na dnie łodzi z nieprzyzwoicie donośnym śmiechem na ustach.
        Nie wiedząc, jak właściwie odpowiedzieć, jedynie uśmiechnęła się drętwo, zaciskając usta i wpatrując się pustym wzrokiem w niesprecyzowaną przestrzeń gdzieś za głową elfa.
        – Przyznam szczerze – zaczęła powoli – że nawet nie wiem, o co powinnam pytać. Zwykle znam dobrze przynajmniej rzeczywistość, w której mam wykonywać zadanie, choć faktem jest, że nieczęsto przysługuje nam przewodnik.
        Zamilkła na chwilę, starając się zastanowić, jakie pytania zadałaby dla odmiany w zupełnie normalnej sytuacji. Szybko zrezygnowała i zaczęła drążyć głębiej.
        – Czy… duchy – odezwała się wreszcie niepewnie – posługują się takimi zmysłami jak ludzie? I, choć rozumiem, że nie wejdziemy tam w kontekście fizycznym, czy to w jaki sposób odczuwam i kontroluję swoje ciało albo to, co ciału odpowiada, zmieni się znacznie?
        Właściwie tego obawiała się najbardziej. Od wielu lat ufała sobie w walce na tyle, że nagła, nawet drobna zmiana mogłaby doprowadzić do śmiertelnego błędu.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 65
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        Nie mając żadnego doświadczenia w tłumaczeniu zasad działania domeny duchów całkowitym magicznym laikom, Widugast był trochę zagubiony i przez to mówił wszystko co przyszło mu do głowy, jakby snuł opowieść przy ognisku. Nie był w stanie przygotować Ganzorig na wszystko co może ją spotkać mając tak niewiele czasu, a trwonienie go więcej wydawało mu się nierozsądne – nie dość, że dała jasno do zrozumienia, że chce to szybko załatwić, bo ma jakieś zobowiązania to jeszcze wydawało mu się, że to gra niewarta świeczki, skoro miała tam z nim pójść tylko jeden raz i pewnie już nigdy nie zapuszczać się do krainy zmarłych. Nie wcześniej niż w chwili, gdy sama zostanie tam powołana…
        Gdy więc druidowi wydawało się, że powiedział to co najistotniejsze, oddał jej głos i zaczął ją obserwować. Oj, nie wyglądała na przekonaną do tego pomysłu. Czyżby żałowała, że się zgodziła? Ta myśl była niepokojąca, choć jednocześnie Widugast przeczuwał, że ona się już nie wycofa. Duma albo honor jej nie pozwolą. Nie miał wyrzutów, że tak ją zmanipulował… Choć może powinien?
        Po chwili się odezwała. Arhuna skinął jej głową z pewnym uznaniem – jej uwaga była celna. Nie mogła pytać o coś, o czym nie miała absolutnie żadnego pojęcia. Ale to nie był wielki problem.
        - Szybko przywykniesz – skomentował lekko, ale nie dodał nic więcej, bo zdawało mu się, że Ganzorig zbiera myśli. Tak jak wtedy, gdy trzeba powiedzieć coś w obcym sobie języku.
        - Czy duchy posługują się takimi samymi zmysłami jak ludzie… - powtórzył jej pytanie, w zamyśleniu gładząc się po brodzie jakby posiadał bujny zarost. – I tak i nie. W większości ich percepcja nie różni się od tej, którą mieli za życia. To samo pole widzenia, tak samo wrażliwy słuch… Ale niektóre są silniejsze. Inne zaś… cóż, gdy nie wiesz gdzie dany duch ma oczy, trudno powiedzieć co widzi i jak daleko widzi. To rzadkie przypadki – podkreślił nim przeszedł do kolejnej kwestii. – A jeśli chodzi o twoją percepcję i samoświadomość, nie powinna ulec zmianie poza jednym: nie będziesz czuła zmęczenia. Nie masz tam ciała, które się męczy, to logiczne. Sen, pragnienie, głód, to cię nie będzie dotyczyło. Ból zaś w ograniczonym stopniu. Nadal będzie można cię zranić, choć to inne rany. Nie będziesz miała jednak ani większej ani mniejszej siły, nie będziesz miała problemu z panowaniem nad swoim ciałem, nie będziesz spowolniona ani ociężała, będziesz twardo stąpać po ziemi. Ja zaś potrafię uzdrawiać dusze, więc nie musisz się obawiać, że się tam wykrwawisz. Przyznam jednak, że niechętnie będę używał tam magii. Ona… - zaczął, ale zmienił zdanie w kwestii perspektywy, z której powinien to opowiedzieć. – Gdy żywy używa magii w świecie duchów, przyciąga złe duchy jak krwawiące zwierzę przyciąga drapieżniki. Dlatego wolałbym z niej za często nie korzystać i po to też jesteś mi potrzebna – dodał, zdając sobie przy tym sprawę, że wcześniej trochę inaczej nakreślił jej obowiązki w zaświatach. Nie powinno jej to chyba aż tak bardzo przeszkadzać, skoro i tak dzierżyła miecz?
        Widugast spojrzał na Ganzorig tak jakby oczekiwał dalszych pytań, choć zdawało mu się, że takowe nie padną.
        - Najlepszą porą by przejść na drugą stronę będzie południe - oświadczył tonem, który sugerował podsumowanie rozmowy. - Mamy chwilę czasu by się przygotować… A raczej ja mam czas by wszystko dla nas przygotować. Pewnie wespół z Kurdybankiem. W każdym razie gdy nadejdzie pora jakoś cię znajdę, tylko nie opuszczaj chutoru. Do tego czasu przygotuj się jak do każdej innej twojej misji. Nie wiem, zdrzemnij się, napij, czego ci trzeba. I do zobaczenia, Ganzorig Mori.
        To powiedziawszy Widugast wstał, po czym otrzepał spodnie i poszedł w stronę chaty, w której spał, wojowniczce tylko od niechcenia machając ręką.

        Kurdybanek tymczasem był u Chinui. Zgodnie z zapowiedzią przygotował napar dla rannego i teraz siedział na jego posłaniu, opierając go o swoje ramię i powoli wlewając w niego kolejne łyki napoju z wprawą wyszkolonego pielęgniarza. Na Ganzorig spojrzał jakby się jej spodziewał - być może wręcz na nią czekał, przedłużając czas spędzony przy jej towarzyszu.
        - Nie jestem zły o to, że przystałaś na jego prośbę - oświadczył spokojnym tonem. - Ani też niespecjalnie na treść tej prośby… Lecz na to jak Arhuna cię wmanipulował. W zasadzie to do niego podobne, ale jednak myślałem, że przez te sto lat się zmienił… - Druid o fiołkowych oczach boleśnie westchnął. - Niektórzy nigdy się nie zmienią. Będę was ubezpieczał w trakcie rytuału. Nie mam pojęcia jak on przebiegnie przy tej jego klątwie, ale postaram się, by jego głupie pomysły nie zagroziły tobie, w razie czego cię wyciągnę i nie będę pytał czy mi wolno. On niech sam się ratuje - dodał, uśmiechając się do niej by nadać swoim słowom znamiona żartu, choć i tak zabrzmiały nieco gorzko.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        W odpowiedzi na dalsze wyjaśnienia tylko skinęła z wdzięcznością. Powstrzymała się przed stuknięciem obcasami i salutem, które nasuwały się bardziej przez charakter rozmowy niż ton rozmówcy. A potem została sama ze sobą, choć przynajmniej tym razem wiedziała, co robić.
        Wstąpiła do chaty w chwili, gdy druid wprawnie przystawiał kubek do ust Chinui. Nie odezwała się, samą mimiką wyrażając podziękowanie. Chłopak nie opierał się. Oczy miał otwarte, choć mrużył je od wpadającego przez okna światła, prawa ręka raz po raz unosiła się lekko, przebierając palcami w zrozumiałym odruchu przechwycenia naczynia. Znaczy, że żył, a nawet odzyskał przytomność, ale do pełni sił bardzo mu było daleko.
        Ganzorig podeszła do pozostawionego pod ścianą tobołka. Słowa druida zaskoczyły ją w pierwszej chwili. Owszem, zauważyła, że był co najmniej niezadowolony z zaistniałej sytuacji, jednak nie sądziła, że postanowi jej to tłumaczyć. Kiedy już została ostatecznie utwierdzona w przekonaniu, że to, na co się zgodziła to czyste szaleństwo, w które w dodatku wdepnęła bez szczególnego udziału własnej woli, coś nagle ją tknęło.
        – Klątwie? – powtórzyła, kiedy mężczyzna umilkł, a w to jedno krótkie słowo wśliznęło się całe zaskoczenie, cicha irytacja i niedowierzanie, że rzecz tak z pozoru istotną, zwyczajnie przemilczano przy wyjaśnieniach. Głośne stuknięcie o podłogę wyjętym właśnie skórzanym wiaderkiem nie było, dla odmiany, celowe.
        – Przepraszam – dopowiedziała szybko, trochę w stronę druida, a trochę do Chinui, który drgnął nerwowo po gwałtownym dźwięku. – Nie chcę być ani wścibska, ani nieuprzejma. Po prostu, jeśli jest coś, co muszę wiedzieć, wolałabym usłyszeć to zanim wszystko wymknie się spod kontroli – skłoniła lekko głowę w wyrazie szacunku.

        Po głębszym oddechu, zupełnie spokojnie wróciła do szperania w jukach, nie odwracając się jednak od elfa. Wreszcie wydobyła niewielki płócienny worek upchnięty gdzieś w wolną przestrzeń. W powietrzu uniósł się zapach gniecionego zboża, siana i suszonych warzyw.
        Starała się nie tracić tej koniecznej odrobiny zaufania wobec druidów. Przy przesłuchaniu dwa rozbieżne zestawy informacji zaczynały być alarmujące, kiedy różniły się choćby jednym szczegółem. Ale to nie było przesłuchanie. To była odważnie podjęta próba wyjaśnienia w kilku zdaniach rzeczy niepojętych. Ganzorig przecież nawet nie musiała zgadzać się na to przedsięwzięcie. Z drugiej strony, Kurdybanek sam potwierdził, że została wmanipulowana. Z trzeciej, to potwierdzenie mogło właśnie świadczyć o szczerości intencji. Wreszcie sama upomniała się, że przecież nie jest nikim, dla kogo warto byłoby knuć złożoną intrygę. Uspokoiła się. Trochę.
        Rozchyliła brzegi worka i wydobyła miarowy, bambusowy kubełek. Powoli, celebrując każdy ruch, a przy tym dając sobie czas na przemyślenia i ewentualną rozmowę, nabrała obroku, strzepnęła, jakby każde ziarenko musiało zostać dokładnie odliczone, po czym ostrożnie, by nie rozsypać zawartości po podłodze, opróżniła naczynie do wiaderka.
        Spojrzała na Chinuę i znów poczuła się podle. Chłopak żył i miał się wyraźnie lepiej tylko dzięki druidom, wobec których od początku żywiła nieufność. Właściwie to przecież oni przyjęli pod dach jawnie uzbrojonych ludzi i nie szczędzili wysiłków, by im pomóc. Jednak gdyby Ganzorig uznawała, że wiara w człowieka jest wartością, którą bezwzględnie należy odwzajemniać, z pewnością sama skończyłaby martwa i to wiele lat temu.
        Ponownie zanurzyła kubełek w worku, nabrała, strzepnęła, ostrożnie przeniosła, tym razem jednak nie przesypała. Zamiast tego ustawiła naczynie wewnątrz wiaderka, rozsuwając dnem dotychczasową zawartość. Powoli zasznurowała worek, wsunęła go z powrotem między bagaże, chwyciła sznurowe uszy wiaderka, ale nie wstawała. Była winna Chinui wyjaśnienia, ale wolała z tym zaczekać aż pozostaną sami. Bez powodu.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 65
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        Kurdybanek westchnął głęboko, ale sprawiał wrażenie, że nie zamierza póki co odpowiadać. Skończył poić Chinuę i własnym rękawem otarł mu kącik ust - nie było to specjalnie higieniczne, ale w przypadku tego drobnego elfa jakoś nie dziwiło. W jego trosce było coś rodzinnego, jakby opiekował się bratem a nie obcym mężczyzną, stąd pewnie brała się ta poufałość.
        Po chwili druid pomógł rannemu ponownie się położyć. Ostatnie krople z kubka strzepnął bezpośrednio na ziemię, po czym odstawił go gdzieś na bok. Spojrzał na Ganzorig gorzkim wzrokiem osoby, która musi przekazać złe wieści, choć wcale nie ma na to ochoty.
        - Arhuna z pewnością uważa, że jego klątwa nie będzie miała znaczenia przy przeprowadzaniu rytuału - zagaił, bo nie zamierzał unikać tego tematu w przeciwieństwie do samego zainteresowanego. - Ciąży jednak na nim zaklęcie, którego na pewno żaden z nas nie był w stanie ot tak zdjąć. W skrócie każda osoba, która go dotknie, zyskuje nad nim pełną kontrolę. Można mu wtedy rozkazać zrobić absolutnie wszystko, włączając w to najbrutalniejsze zbrodnie. Nie sprzeciwi się, nie zawaha, po prostu zrobi co mu się każe. Mogłaś nie zwrócić uwagi na to, że zawsze porusza się gdzieś na skraju grupy, że nosi długie rękawy, choć jest ciepło. To jednak służy temu, by nikt nie miał z nim przypadkiem kontaktu. Ot, cała historia. W przypadku waszego rytuału dotyk następuje dopiero po uwolnieniu zaklęcia, Widugast pewnie sądzi, że przez to nic złego się nie stanie. Jego logika jest dobra… Ale magia i logika nie zawsze idą w parze. On jednak jest zdeterminowany, a ja być może zanadto ostrożny. Nie chciałem cię straszyć - zastrzegł na koniec ze skruchą w głosie. - Widugast to najlepszy spirytysta w tej części Szepczącego Lasu, a może i dalej. Jeśli w tym jednym momencie, gdy będzie sięgał po twojego ducha, wszystko pójdzie dobrze, reszta nie przysporzy wam najmniejszego problemu.
        Kurdybanek starał się nadać swoim słowom pokrzepiający ton i w sumie całkiem mu to wyszło, choć i tak sprawiał wrażenie zmęczonego tą sytuacją, jak taki zatroskany ojciec.
        - Idziesz do swojego wierzchowca? - upewnił się, ruchem głowy wskazując na przygotowane wiaderko. Jeśli Ganzorig potwierdziła, druid zaproponował, że pójdzie z nią kawałek, jeśli zaprzeczyła albo powiedziała, że nie trzeba, to po prostu poszedł w swoją stronę, uznając, że nie ma już nic więcej do powiedzenia na ten temat. O ile oczywiście nie padły pytania.
Awatar użytkownika
Ganzorig
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 8 miesiące temu
Rasa: Eravallian
Profesje: Najemnik
Kontakt:

Post autor: Ganzorig »

        Nie skomentowała. W milczeniu przyglądała się druidowi uważnie słuchając każdego słowa. Nietrudno było uwierzyć, że kwestia klątwy, pominięta w rozmowie celowo czy przez zapomnienie, nie była najistotniejszą zwłaszcza dla samej Ganzorig. Co więcej, wydawało się, że w przypadku tej konkretnej wyprawy miała nie mieć większego znaczenia. Rzecz jasna, o ile kobieta trafnie pojmowała ideę świata pozamaterialnego i ogólnych zasad nim rządzących. W dodatku wszystko wskazywało na to, że pomimo wielu ciężkich słów, które padły od chwili przedstawienia propozycji, obaj druidzi pozostawali raczej dobrej myśli. Albo dobrze to zgrywali.
        Ganzorig skinęła głową.
        – Idę. Najpierw jednak, z całym szacunkiem, chciałabym rozmówić się pokrótce z Chinuą. Mam nadzieję, że nie poczytacie tego za despekt – wyjaśniła, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. – Nie będę go zanadto męczyć. Muszę jedynie zamienić kilka słów. Później wyjdę do koni.
        Wstała, odprowadzając elfa spojrzeniem. Kiedy drzwi się zamknęły, podeszła do posłania, na którym spoczywał chłopak i uklękła na granicy jaskrawej plamy światła, która ledwie już muskała brzeg materaca. Drobinki kurzu zatańczyły chaotycznie.
        – Jak się czujesz? – zapytała, z przyjemnością przechodząc na ojczysty język.
        Chinua w odpowiedzi tylko pokiwał głową.
        – Nie wiem ile ci powiedzieli, ile pamiętasz, a ile się domyślasz. Jesteśmy u druidów. Chłopcy zostali w mieście, być może uda im się zawrzeć umowę z Tetsu na eskortę w drodze powrotnej, ale to oznaczałoby pewnie jeszcze kilka ładnych dni w Szepczącym Lesie.
        Chłopak słuchał spokojnie, przymykając oczy. Wszechogarniające odrętwienie, zmęczenie i do znudzenia wytrwały ból, który choć osłabł znacznie, wciąż znaczył każdy oddech, każdy ruch, wprawiały w głęboką, frustrującą bezsilność, która ogarniała nie tylko ciało, ale i umysł. Nawet myśl o ucieczce w sen wydawała się rozpaczliwie żałosna.
        – Słuchasz jeszcze? – upewniła się Ganzorig, a w jej głosie, pomimo łagodnego tonu przebrzmiały znajome, twarde nuty.
        Otworzył oczy. Ciepły blask wlewał się obficie przez okno, oślepiając w pierwszej chwili.
        – Mogę… – westchnęła ciężko. – Będę mogła przyjść później, jeśli chcesz.
        Zaprzeczył energicznie.
        – Nie… – wydobył wreszcie przez zaciśnięte gardło. – Nie wytrzymam dłużej wpatrując się w sufit.
        – Po prostu zasnąłbyś w spokoju.
        – Spałem długo. Za długo.
        – Mhm – mruknęła bez przekonania. – Nie w tym rzecz. Jak mówiłam, zostaniemy tu aż odzyskasz na tyle sił, by nie skonać po drodze do miasta. Gdybyś czegoś potrzebował, ci wszyscy ludzie tutaj wydają się aż nadto skorzy do pomocy. W razie czego ktoś mnie znajdzie albo zajmie się tobą któryś z druidów. Nad spłaceniem tego długu już pracuję.
        Nie wspomniała o wycenie głowy chłopaka właściwie tylko dlatego, że nie uznała tego za znaczące. Chinua nie miałby z tym problemu albo ukrywałby na tyle głęboko, że nie miałoby to znaczenia.
        – Będziesz mógł dzisiaj wstać?
        – Najpierw bym usiadł.
        Przez czoło Ganzorig szybko, bardzo szybko przemknęło zmartwienie. Oczywista prośba o pomoc przy siadaniu nie napawała nadzieją na opuszczenie chutoru tego samego dnia. Nie chciała nadużywać gościnności druidów, ale jeszcze bardziej pragnęła uniknąć narażania podkomendnego.
        – Noga – sprostował.
        Kobieta wstała, kiwając lekko głową. Znów bez przekonania. W milczeniu jedną ręką chwyciła przedramię chłopaka, drugą odsunęła jego rozrzucone w nieładzie włosy i złapała brzeg poduszki. Poczuła uchwyt dłoni poniżej własnego łokcia. Drżący, niepewny, wilgotny od potu. Jednym, pewnym ruchem szarpnęła w górę i oparła poduszkę o ścianę. Chinua jęknął, podciągając się nieco na zdrowej nodze.
        Widok na krótką chwilę przesłoniła ciemność, przez głowę przebiegła fala nieprzyjemnego chłodu, rozlewając się po karku i barkach. Gdzieś w głębi nosa dał się wyczuć metaliczny zapach krwi. Kiedy rozluźnił nieświadomie zaciśnięte powieki, Mori kucała, sięgając po coś ukrytego za zwiniętym kocem. Rozsupłała pasek oplatający cholewę stojącego pod ścianą buta, po czym znów zwróciła się w kierunku chłopaka.
        – Ci ludzie nie mają złych intencji, ale spotkałam ledwie część – zaczęła wyjaśniać, wsuwając pod poduszkę długi nóż Chinui. – Wolę, byś czuł się choć trochę pewniej. O ile to w ogóle możliwe.
        Skłonił głowę w podziękowaniu.
        Ganzorig wstała, chwytając wiaderko w drodze do drzwi.
        – Skoro i tak nie zamierzasz odpoczywać w spokoju, spróbuj poznać swoje możliwości – rzuciła jeszcze, zatrzymując się w progu. – Byle powoli i z wyczuciem. Mnie możesz okłamywać, ale postaraj się szczerze przyznać do ograniczeń choć przed sobą.

        Za dnia świat zmieniał się nie do poznania. Światło słoneczne wydobywało nowe szczegóły, eksponując to, co w nocy mogło być zupełnie niewidoczne. Gęste cienie kładły się, nierzadko ukrywając zupełnie oczywiste elementy otoczenia. Wydeptane ścieżki zmieniały kształt, bogatsze o rozwidlenia i zakręty. Słoneczne refleksy myliły wzrok, a mieszkańcy chutoru nie gromadzili się już wokół ognisk, kręcąc się w pozornym bezładzie po całym terenie. Ganzorig jednak od wielu lat nic nie robiła sobie z drobnych oszustw słońca i księżyca. Szła pewnym krokiem, kierując się punktami, z których już zupełnie naturalnie zapamiętała nocą przede wszystkim te możliwie niezmienne.
        Śledź dostrzegł ją z daleka. Mogłaby łudzić się, że żwawy, posuwisty kłus z wysoko uniesioną głową i rozdętymi chrapami wynikał z bezgranicznej miłości wierzchowca. Nie łudziła się. Zwłaszcza, że w ślad za perszeronem podążyła Taissa, zainteresowana równie mocno. Oba wierzchowce zatrzymały się przy ogrodzeniu, drobiąc w miejscu, raz po raz napierając na deski.
        Ganzorig postawiła wiaderko na ziemi, energicznie machnęła rękami, zadzierając głowę. Zwierzęta odstąpiły nieco, nie spuszczały jednak bacznego spojrzenia z kobiety, która odstawiwszy bambusowy kubełek, nabrała dłonią nieco wody z poidła, by zminimalizować ilość rozrzuconej po ziemi paszy i ułatwić przeżuwanie. Zamieszała, przechodząc pod ogrodzeniem i odstawiła wiadro.
        Cały proces, powtarzany za każdym razem, był właściwie kluczowy, szczególnie kiedy konie musiały posilać się z jednego pojemnika. Jeszcze przez chwilę trzymała werzchowce na dystans. Wreszcie rozluźniła się, pochylając lekko głowę i wysuwając rękę w dół, w kierunku stojącego na ziemi wiaderka. Od razu też podeszła do Śledzia, który wraz z klaczą ruszył sprężystym stępem, udając dalece mniej zaangażowanego, niż w istocie był.
        – Najpierw damy – mruknęła, kładąc otwartą dłoń lekko poniżej kłębu. – Albo nieokrzesane raptuski.
        Oparła czoło o potężną, mocną szyję. Oddychała głęboko, powoli, uspokajając jednocześnie zwierzę i siebie samą. Stopniowo obniżała energię, odrzucając ekscytacje i własny stres. Czuła pod palcami ciepłą, silną łopatkę Śledzia. Z przyjemnością chłonęła zapach potu, sierści i wplątanej w grzywę słomy. Poczuła delikatne spięcie mięśni, nim jeszcze dobiegło jej uszu ciche parsknięcie. Miękkie chrapy pieszczotliwie otarły się o grzbiet opuszczonej dłoni. Uśmiechnęła się, gładząc w odpowiedzi szeroki nos.
        – Za chwilę – szepnęła, słysząc że klacz wybiera już ostatnie okruchy z dna, raz po raz szczypiąc i przesuwając wiaderko.
        Powoli, niechętnie oderwała się od konia, by wrócić na drugą stronę ogrodzenia po pozostawioną tam porcję i powtórzyć proces. Usiadła na najwyższej belce wsparta jedną ręką, drugą drapiąc czoło Taissy pod gęstą, przystrzyżoną grzywką. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, choć przez chwilę poczuła się jak w domu, który od wielu lat pozostawał pojęciem równie ciepłym, jak niestałym.
Awatar użytkownika
Widugast
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 65
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Szaman , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Widugast »

        Kurdybanka odpowiedź Ganzorig specjalnie nie obeszła – upewniał się tylko czy przytrzymać jej drzwi wychodząc, tylko tyle. Nie kontrolował tego jak dysponowała swoim czasem i co zamierzała robić, strzelał jedynie jakie może mieć plany na podstawie tego co robiła podczas ich rozmowy. Skoro jednak jeszcze nie wychodziła, druid pożegnał się z nią słowami „do zobaczenia” i opuścił chatę. Nie udzielał jej żadnych rad w stylu by nie męczyła swojego towarzysza, bo zakładał, że sama doskonale wie co powinna robić, a chłopak i tak był w całkiem dobrym stanie, rozmowa mu nie zaszkodzi.

        Z Widugastem odnaleźli się prawie jakby się umówili – pod dębem posadzonym ku pamięci Aiweia. Wytatuowany druid oczyścił pod drzewem fragment ziemi z liści i gałęzi, nie większy niż koło o średnicy sążnia. Kurdybanek bez słowa podszedł i podniósł z ziemi pierwszy lepszy patyk, byle w miarę długi, tak by nie schylać się za mocno, gdy będzie z niego korzystać.
        - Utworzę dla was krąg strażniczy – oświadczył, stając na środku oczyszczonego obszaru i obracając się jakby sprawdzał czy ma dość miejsca. Widugast kiwnął ze zrozumieniem głową i odsunął się.
        - Dziękuję, że chcesz nam pomóc.
        Kurdybanek nie skomentował. Zrobił kilka kroków w różnych kierunkach, po czym bardzo płynnym ruchem nakreślił zaskakująco równe koło. Później zaczął je poprawiać, by linia była gruba, wyraźna, i nawet jeśli się ją przydepnie to żeby się nie zamazała – to było najważniejsze, by zapewnić im bezpieczeństwo.
        - Pamiętasz jak się przeprowadza w ten sposób duszę? – zagaił w trakcie pracy.
        - Tego się nie zapomina – odparł spokojnie Arhuna, siadając na ziemi nieopodal, ze skrzyżowanymi nogami.
        - Musisz się przygotować?
        - W zasadzie nie. Tyle co chwilę przed samym rytuałem.
        - Nie obawiasz się tej podróży?
        - Nie. Zaświaty to mój drugi dom, dobrze je znam. Dla mnie nie minęło wcale tyle czasu ile dla ciebie, gdy byłem zaklęty czas płynął dla mnie inaczej i to tylko krótka przerwa. Niczego nie zapomniałem ze swojej sztuki.
        - Możesz mieć rację – przyznał Kurdybanek, kreśląc na ziemi kolejne symbole. - Przyniesiesz dla mnie świece i kadzidła?
        - Oczywiście – przytaknął Widugast, gramoląc się od razu z ziemi. – Ile ci trzeba?
        - Osiem świec i misę kadzidła. Wiesz gdzie są – rzucił przez ramię, bo był przekonany, że przez te sto lat akurat to się nie zmieniło. Arhuna mimo to dopytał i uzyskał potwierdzenie: faktycznie, od stuleci nikt nie przeniósł magazynu. Wrócił więc do chutoru i od razu poszedł po potrzebne Kurdybankowi graty. Jego przygotowania przyciągnęły uwagę kilku druidów – z uprzejmym zainteresowaniem zaczęli dopytywał po co mu to i tak dalej. Widugast nie uchylał się od odpowiedzi, każdemu zainteresowanemu krótko tłumaczył, że będzie przechodził w zaświaty, a świece są dla Kurdybanka, który będzie go ubezpieczał. O uczestnictwie Ganzorig raz wspominał, a raz nie, nie kierując się żadnym szczególnym kluczem tego z kim dzieli się tą informacją. Tak czy siak zdobywał duże zainteresowanie i wielu druidów dopytywało czy mogą zobaczyć rytuał. Elf nie zamierzał im przeszkadzać, zastrzegał jednak, że to tylko jego decyzja, a poza nim coś do powiedzenia ma też wojowniczka, którą będzie ze sobą zabierał – niektórzy po prostu przyjęli to do wiadomości, inni zaś zamierzali do niej pójść i zapytać, czy i ona nie ma nic przeciwko.
        Tak naprawdę rytuał nie był niczym wybitnie trudnym czy niespotykanym, jednak w spokojnej społeczności druidów było to przyjemne oderwanie się od rutyny i poznanie techniki innego maga, dla większości obcego, choć przecież wychowanego w tym samym domu, w którym i oni się narodzili. Ganzorig pewnie się zdziwi, gdy zobaczy niewielką widownię…

        Zgodnie z zapowiedzią, Widugast odnalazł wojowniczkę chwilę przed nastaniem południa.
        - Gotowa? – upewnił się. – Możemy?
        A gdy dostał potwierdzenie, zaprowadził ją w stronę dębu, pod którym mieli przeprowadzić rytuał. Ścieżka, którą szli, była tak wąska, że musieli poruszać się gęsiego i nie było mowy o rozmowie, dlatego druid wstrzymał się z wszelkimi rozmowami. Dopiero gdy dotarli w okolicę drzewa-nagrobka jego ojca, mógł zamienić z nią kilka słów. Wtedy też Ganzorig mogła zobaczyć Kurdybanka czekającego na nich przy otoczonym świecami kręgu, który w oczach laika mógł pewnie wyglądać jak portal do Otchłani. Poza nim w okolicy kręciło się jakieś pół tuzina innych druidów.
        - Będziemy mieli widownię - rzucił lekko Arhuna, licząc, że wojowniczce nie będzie to specjalnie przeszkadzało, tak jak jemu zresztą. - Twoje zadanie w trakcie rytuału jest proste: masz siedzieć w kręgu i się nie ruszać. Możesz też klęczeć, dla mnie żadna różnica. Nie musisz wykonywać żadnych gestów, nic mówić, po prostu siedź. Ja wykonam swoją robotę i gdy skończę inkantację, dotknę twojego czoła, to będzie moment przeniesienia. Może być dla ciebie nieprzyjemny, jakby… no nie wiem, jak teleportacja, jeśli kiedyś coś takiego przeżyłaś. Albo jakby cię fala zmyła ze skały. Lekka dezorientacja, chłód, to raczej wszystko. Dobrze… Więc jeśli nie masz żadnych pytań i nadal chcesz to ze mną zrobić, zapraszam do kręgu - podsumował, zapraszającym gestem wskazując miejsce rytuału. Sam odszedł na bok i zaczął się rozbierać aż nie został w samej przepasce biodrowej. Każdy fragment jego żylastego ciała pokrywały takie same tatuaże jak te na twarzy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Szepczący Las”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość