Szepczący LasPoprzez knieję

Utopijna kraina druidów, zwierząt i wszystkich baśniowych istnień. Miejsce przyjazne dla każdego stworzenia. Ogromny las położony w górskiej dolinie, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Chłop , Żołnierz , Włóczęga
Kontakt:

Poprzez knieję

Post autor: Valerian »

        Początkowo przybycie do Szepczącego Lasu nie zwiastowało niczego dobrego. Nie dość, że cały dobytek wilkołaka i małej półelfki został skradziony, a część przywłaszczył sobie jakiś niedźwiedź przez nieuwagę zmiennokształtnego, to jeszcze z nim samym zaczęło się dziać coś niedobrego. Pokłócili się i z tego powodu dziewczynka została zostawiona na pastwę losu po środku gęstej puszczy. Kilka razy groziło jej niebezpieczeństwo ze strony jej pół dzikiego przyjaciela, lecz jak się dość szybko okazało, Valerian nie był w pełni świadom tego co robił - był pod wpływem czarów maga, który odebrał jego człowieczeństwo i przemienił w niebezpieczne zwierzę. Gdyby nie pomoc mieszkających w okolicy driad, Nevan prawdopodobnie zginęłaby w paszczy swojego opiekuna i najlepszego przyjaciela, a on sam nadal byłby śmiercionośną, bezmyślną marionetką w rękach szalonego czarownika. Oczywiście za pozbycie się zagrożenia odpowiedzialne był również tutejszy leśny duch, który mianował Valeriana na swojego strażnika, dając mu błogosławieństwo oraz Deidre na swoją opiekunkę.
        Od tych dramatycznych wydarzeń minął miesiąc. Driady przyjęły wilkołaka i dziewczynkę do swojej wioski i w każdej chwili mogli liczyć na ich pomoc. Valerian pomagał naturiankom w ochronie lasu i wszystkich jego mieszkańców przed kłusownikami, zagubionych wędrowców, czy przejeżdżające karawany kupieckie strzegł przed bandytami i odprowadzał na odpowiedni szlak, przy czym nie można zapomnieć, że największym priorytetem było dla niego pilnowanie, by nikt nawet nie próbował zbliżyć się do sanktuarium Ducha Lasu, Mörskrika, a tym bardziej zakłócać jego spokój. W tym czasie mała Nevan pobierała nauki od Pani Malwy oraz innych driad, a gdy nie przyswajała nowej wiedzy, bawiła się ze swoimi rówieśniczkami. Mimo tego, że nie była driadą, nie została przez nie odrzucona i wszystkie zaopiekowały się nią jak jedną ze swoich. Powiedzieć, że dziewczynka była najszczęśliwszą osobą na Łusce, to jak nic nie powiedzieć.
        Właśnie z tego powodu Valerian nie miał serca zasugerować dziewczynce, że będzie musiał opuścić wioskę driad na jakiś czas. Nikogo w sumie o tym nie informował w obawie, że mogliby próbować go zatrzymać, albo zabroniłyby mu wracać. Jedynie Pani Malwa, najstarsza ze wszystkich driad w tej wiosce, wiedziała o planach zmiennokształtnego i obiecała, że osobiście zajmie się pozostawioną tutaj Nevan, podczas gdy wilk będzie w trakcie swojej podróży. Doskonale rozumiała uczucia wilkołaka, który po odzyskaniu swoich wspomnień z tego kim był przed przemianą, po prostu musiał wrócić w rodzinne strony i sprawdzić jak się miała jego rodzina. To właśnie ona zaproponowała, by mężczyzna opuścił wioskę w środku nocy, gdy wszyscy będą spać i żeby nie pokazywał się w swojej ludzkiej postaci. Zwłaszcza w pobliżu celu swojej podróży. Pomogła przygotować mu odpowiedni ekwipunek na drogę i nawet odprowadziła go kawałek do umownych granic ich gaju, życząc mu spokojnej podróży i szybkiego powrotu do ich wioski.
        Minęło kilka dni od jego wyruszenia i siedział właśnie przed rozpalonym przez siebie ogniskiem, susząc swoje szare futro i piekąc na ogniu kilka ryb, które udało mu się złapać z niemałym trudem. Zastanawiał się jak bak bardzo Nevan musiała go w tej chwili nienawidzić i jak bardzo była na niego obrażona, że w ogóle jej nic nie "powiedział". Zabawne, że nawet nie potrzebował faktycznie usłyszeć reprymendy ośmiolatki, by i tak mieć ogromne wyrzuty sumienia. Ba! Powoli żałował, że w ogóle wyruszył w tę podróż. Pierwszy raz odkąd spotkał Nevan, ruszył w drogę bez niej. Zawsze byli nierozłączni, była jego jedyną przyjaciółką, a dodatkowo jej ojciec przed swoją śmiercią powierzył mu opiekę nad dziewczynką. Czuł się ogromnie samotny, gdy nie było jej przy nim, ale wiedział, że to było najlepsze rozwiązanie. W końcu przecież Nevan znalazła swoje miejsce na ziemi i dawno upragniony dom.
        Westchnął lekko przygnębiony i sięgnął włochatą, zakończoną pazurami dłonią po jeden z patyków, na który nabita była piekąca się od jakiegoś czasu ryba. Mógł zjeść surowe, nie byłoby to dla niego żadnym problemem, jednakże ciężko się wyzbyć starych przyzwyczajeń, zwłaszcza, że mała półelfka nie raz się pochorowała przez zjedzenie surowego mięsa, gdy jeszcze razem podróżowali.
Awatar użytkownika
Wanda
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Dobry Duch
Profesje: Mag , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Wanda »

        Dobry duch o imieniu Wanda czuł nadchodzące zmęczenie swojego naczynia. Dziewczyna, choć zaprawiona w długich podróżach, też miała swój limit wytrzymałości. Jechała konno już wiele godzin bez odpoczynku. Spojrzała w niebo, by ocenić ile jeszcze jej zostało do zapadnięcia zmroku. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, że po nocy wędrówka w obcym terenie nie była najmądrzejszym pomysłem. A na to się zanosiło. Wanda pociągnęła nosem, czując w nozdrzach nadciągający chłód i rześkość powietrza nierozerwalnie związanego ze zmrokiem. Noc była tuż tuż. Trzeba było się zatrzymać i przygotować coś na kształt obozowiska.
        - Stój - powiedziała do wierzchowca, jednocześnie ciągnąc za wodze.
Zwierzę jakby na przekór przeszło jeszcze kila kroków, zanim posłusznie się zatrzymało. Dziewczyna stęknęła, podnosząc obolały zadek z siodła. Przerzuciła nogę nad zwierzęciem i zeskoczyła na ziemię. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w Szepczącym Lesie, rosnącym w centralnej części Alaranii, mniej więcej na jego wschodnim początku. A może zachodnim? Jej zdrowy rozsądek nie podpowiadał jej niczego pomocnego. Miała nadzieję, że nie zgubiła drogi. To by było wysoce niefortunne, jako, że miała ograniczone zapasy wody i pożywienia, a nie potrafiła (nie chciała) polować na dzikie zwierzęta.
        W pierwszej kolejności przywiązała konia do drzewa, co by nie zawędrował gdzieś samopas, gdy jego pani będzie zajęta. Zaraz potem sięgnęła po bukłak, bo strasznie ją suszyło. Gdy tylko łyknęła z niego kilka razy, odstawiła skórzany pojemnik z powrotem do sakwy przy siodle. Następnie zajęła się zbieraniem chrustu, bo zimy w tych rejonach bywały dość chłodne. Jej kożuszek nie mógł skutecznie ochronić jej przez zimnymi szpilami wbijanymi przez chłód nocy. Potrzebowała ognia. Inna sprawa, że potrzebowała go również do odstraszania dzikich mieszkańców lasu. Jeśli coś napadnie i zeżre naczynie, gdy będzie spać, to się dobry duch będzie miał z pyszna. Zbieranie gałęzi i suchej trawy zajęło jej bliżej nieokreślony czas. Ważne było to, że przez ten okres poważnie się ściemniło. Gdy usłyszała pierwszą sowę, gdzieś w oddali, to podskoczyła w miejscu i o mało nie upuściła naręcza gałęzi, które ze sobą niosła. Zaraz jednak nakazała sobie wziąć się w garść. Po przyniesieniu chrustu do obozowiska wyjęła z sakwy hubkę oraz krzesiwo i zaczęła pracę nad wytworzeniem iskier, a w następnej kolejności płomienia. Gdy udało jej się rozpalić ognisko było już zupełnie ciemno. Gdzieś za sobą była księżniczka usłyszała rżenie wierzchowca. Czy to znaczyło, że coś się zbliża z mroku? Czy coś innego go zaniepokoiło?

        - Spokojnie, mały. Spokojnie - powiedziała do niego łagodnym tonem, mając nadzieje, że to tylko gra cieni na konarach drzew tak zadziałała na konia. Na poprawę nastroju dała mu owsa. Westchnęła, roztarła ręce i siadła przed ogniskiem. Ponownie zanurzyła ręce w sakwie, szukając czegoś, co nadawałoby się dla niej do zjedzenia. Wyszukała kawałek czerstwego chleba i kilka plastrów suszonej wieprzowiny. Zjadła je ze smakiem, chociaż dziewczyna pamiętała jak na dworze nawet jej służba jadała lepiej. Cóż, nie była już na dworze, tylko w środku lasu. Trzeba było brać to, co dawał los i być wdzięczną, że nie kładła się spać głodna. Znowu zahukał puchacz. Wanda roztarła ramiona, robiło się coraz zimniej. Rozwinęła zrolowany koc i narzuciła go sobie na ramiona. Nagle skamieniała. Gdzieś poza okręgiem światła emitowanego przez ognisko usłyszała pękającą gałązkę. Dziewczyna nerwowo odwróciła głowę w stronę źródła dźwięku.
        - Czy… Czy ktoś tam jest?
Odpowiedziała jej cisza. Wytężyła słuch i czekała. Minęła minuta. Potem druga. Dźwięk nie powtórzył się. Wanda pozwoliła sobie na głębszy oddech. Spojrzała na swojego konia, ale ten nie wydawał się niczego słyszeć. Stał spokojnie. Może spał? W pewnym momencie jednak zwierzę zarżało nerwowo raz, drugi, po czym zerwało się z więzów i pognało w las.
        - Nie! - zawołała, ale wierzchowiec nic sobie z jej słów nie robił, biegł przed siebie aż się kurzyło. Wanda nie miała czasu zastanawiać się, co dokładnie tak go wystraszyło. Dziewczyna uniosła się z miejsca i szybkim krokiem udała się za swoim koniem. Kiedy jej ognisko zostało w tyle i otoczyła ją nieprzenikniona ciemność musiała zwolnić. Z rękami wystawionymi przed siebie przez trudny do określenia czas brodziła w mroku, modląc się do Najwyższego, żeby się nie wywrócić o któryś z wystających korzeni. Takie łażenie po nocy w środku lasu nie było najmądrzejsze, to na pewno. Nie miała jednak wyboru, musiała go znaleźć, przy koniu w sakwach został cały jej dobytek. I choć nie było go dużo, to z pewnością bez niego miałaby trudności z przeżyciem w dziczy. Bez swoich rzeczy i wierzchowca nigdy nie znajdzie drogi do miasta. Umrze tu z głodu i pragnienia, a leśne zwierzęta pożrą jej szczątki. Nieciekawa perspektywa. By odegnać ponure myśli Wanda zaczęła śpiewać zasłyszaną w jakimś zajeździe piosenkę.
        - „Poprzez miedze, poprzez łąki, poprzez leśne ścieżki wąskie, cztery łapy psa unoszą w świat...”
Nagle, zapewne dzięki opiece Najwyższego, los się do niej uśmiechnął. W oddali zobaczyła charakterystyczną łunę z rozpalonego ogniska, a w jej świetle znajomy kształt swojego konia. Zwierzę, już spokojne, zbliżało się do czyjegoś obozowiska. Księżniczka z duchem w środku od razu ruszyła w jego stronę, jednak coś ją zatrzymało. Podniosła leżący na ziemi kij. Strzeżonego Najwyższy strzeże. Krok po kroku zbliżyła się do swojego wierzchowca, złapała go za uprząż. Dopiero potem pozwoliła sobie spojrzeć na postać siedzącą przy ognisku. Ulga związana z odnalezieniem swojego konia szybko uleciała. Krzyk uwiązł jej w gardle.
Przy ognisku siedział potwór.
Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Chłop , Żołnierz , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Valerian »

        Las po zmroku jest bardzo cichy, ale jednocześnie tętni życiem nawet bardziej, niż za dnia. Teraz może nie było słychać co rusz śpiewu ptaków, nie można jednak powiedzieć, że nie było słychać trzepotu skrzydeł o tej porze. Co rusz jakiś puchacz odzywał się w dali, albo inny nocny ptak podrywał się do lotu za upatrzoną, drobną zdobyczą. Najwięcej jednak i tak działo się przy ziemi. Jeże szeleściły suchymi liśćmi, rodzina dzików wybrała się na błotną kąpiel, a w dali słychać było kłócące się lisy o kawałek padliny.
        Dla Valeriana mimo wszystko było cicho. Za cicho. Nie było z nim gadatliwej dziewczynki i jedyny odgłos jaki mu w tej chwili dotrzymywał bezpośrednio towarzystwa pochodził z trzaskających w ognisku płomieni. Poruszył kilka razy patykiem w zwęglającym się drewnie i westchnął smętnie z położonymi po sobie uszami. Wciąż miał ogromne wątpliwości, jednakże na odwrót było już o kilka staj za późno.
        Westchnął ponownie i obrócił piekące się na patykach ryby, by po tym wstać i odejść kawałek od swojego obozowiska. Stanął na czterech łapach i otrzepał się mocno z resztek wody, która jeszcze nie zdążyła do końca wyschnąć na jego futrze. Nadal było nieco wilgotne, ale teraz przynajmniej mógł założyć spodnie i nie martwić się o to, że przemoczy materiał i będzie musiał poświęcić dwa razy więcej czasu, nim ponownie będzie mógł się ubrać. Nie będzie przecież siedział w mokrych ubraniach, bo nie było to ani trochę komfortowe.
        Z powrotem usiadł przy ognisku, po którego drugiej stronie, w ciemności dostrzegł parę świecących ślepi. Przekrzywił lekko kudłatą głowę na bok, a zaraz wciągnął kilka razy powietrzę nosem. Burczał łagodnie przez chwilę, nie odrywając spojrzenia od tamtego punktu, po czym sięgnął po jeden patyk z piekącymi się rybami i rzucił w stronę przyglądającego się mu zwierzaka. Ten bez wahania porwał podarowaną mu przekąskę i rozpłynął się w ciemnościach, zostawiając wilkołaka samego z lekkim uśmiechem na pysku i delikatnie zamiatającym ziemię ogonem.
        "Dbaj o nią Pani Malwo" - pomyślał z troską i tęsknotą, spoglądając na rozgwieżdżone niebo. Był świadom, że prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy swojej małej, kochanej Nevan. Tak jednak będzie dla dziewczynki najlepiej.
        Chwilę jeszcze tak siedział i myślał o wszystkim i o niczym, wmuszając w siebie kolejne pieczone ryby, choć z każdą kolejną rozterką, rodzącą się w jego głowie, bardziej tracił apetyt. Nabił na patyki ostatnie sztuki ryb, które złowił i powbijał je w ziemię, tak by mogły się piec nad płomieniami. Rozłożył na ziemi płaszcz, który dostał od driad, gdy z Nevan u nich zamieszkali i uszykował sobie wygodne posłanie z mchu i liści.
        Zastrzygł szpiczastym, wilczym uchem, które odwróciło się czujnie do tyłu, a zaraz po tym Valerian zwrócił pysk w stronę, z której zdawało mu się, że coś słyszał. Przekrzywił głowę, wytężając wzrok i próbując się przebić przez zasłonę mroku. Zaciągnął się kilka razy powietrzem, po czym skrzywił się, obnażając delikatnie kły w kąciku swojego pyska.
        "Starzeję się. Do licha!" - powiedział w myślach do samego siebie i prychnął z niezadowoleniem, grzebiąc sobie w uchu owłosionym palcem, ostro zakończonym pazurem.
        "Tylko czekać aż wzrok mi się zacznie pogarszać i do reszty zniedołężnieję. Już przecież siwieję" - westchnął przygnębiony, ponownie kładąc po sobie uszy, lecz zaraz postawił je na sztorc i znów odwrócił się w tę samą stronę co poprzednio. Zawarczał sfrustrowany, ale zaraz wstrzymał oddech. Nie wydawało mu się. Coś słyszał. Odgłos kopyt!
        Skupił się na tym dźwięku i raz jeszcze powęszył w powietrzu. Z początku zakładał, że może jacyś bandyci zbliżali się w jego stronę, lecz od razu odrzucił tę myśl. Oni nigdy nie działali w pojedynkę i jak już, to gdzieś w pobliżu musiała się kręcić reszta grupy, a nic takiego nie wyczuł. Kłusownicy też nie wchodzili w grę. Biegł w jego kierunku spanikowany koń, który nie nosił na sobie charakterystycznej nuty śmierci i krwi leśnych zwierząt. Nie można też było powiedzieć, że był to dziki koń. Czuł od niego ludzki zapach. Zagubiony wędrowiec?
        Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast i pojawienie się młodej kobiety, niemal zaskoczyło zmiennokształtnego, który tak skupił się na określeniu zbliżającego się "zagrożenia", że nie zwrócił uwagi na zapach podążającej za koniem właścicielki. Nie spodziewał się spotkać w środku lasu i to nocą kogoś takiego.
        Nie miał jednak zbyt wiele czasu, by się karcić za brak czujności, gdyż na twarzy nieznajomej zaraz zaczęło rysować się przerażenie. Bez wątpienia na jego widok. Wstał zakłopotany z miejsca i sapnął łagodnie w stronę kobiety, chcąc ją w ten sposób jakoś uspokoić, choć zaraz do niego dotarło, że może to być trudniejsze, niż się wydawało. Zwłaszcza, że przez tyle lat spędzonych w skórze zwierzęcia, zapomniał jak się mówi. Z resztą do niedawna miał w połowie ucięty język, ale dzięki Błogosławieństwu tutejszego leśnego ducha, nie musiał się już o to martwić. Pomyślał, że może przybierze ludzką postać i tak uspokoi podróżniczkę, jednakże nie znał jej. Mogła pochodzić z Nanadan-Ther i sprowadzić na niego kłopoty, gdyby go skojarzyła.
        Znowu mruknął w jej stronę wystawiając lekko przed siebie swoje szponiaste ręce, aby nie uciekała i... przyszedł mu w końcu do głowy idealny pomysł. Porwał z ogniska jeden z patyków z nadzianą rybą i wyciągnął ją w stronę jasnowłosej. Mruknął przyjaźnie, patrząc jej w oczy łagodnie. Jego ogon przecinał wolno za nim powietrze.
        - ...ja...ciel...przyja...ciel... - wydusił z siebie z niemałym trudem, starając sobie przypomnieć jak go Deidre i Pani Malwa uczyły na nowo mówić. Właśnie sobie uświadomił, że wybierając się w tę samotną podróż, znacząco wydłużył czas nauki, by bez większych problemów móc się porozumiewać z innymi ludźmi.
Awatar użytkownika
Wanda
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Dobry Duch
Profesje: Mag , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Wanda »

        Przy ognisku siedział potwór, co dziwota, częściowo ubrany. Wanda jednak nie miała czasu nad tym niecodziennym faktem się zastanawiać, bo potężna, szara bestia poruszyła się. W całkowitej ciemności, rozjaśnianej jedynie przez pojedyncze światło ogniska, prezentował się nadzwyczaj przerażająco. Była księżniczka poczuła jak momentalnie miękną jej kolana. Z gardła wydobył się zduszony pisk. Upadła do tyłu na zadek i prawie natychmiast zaczęła na czworaka odsuwać się od poczwary dookoła ogniska. Tak, by płomienie oddzielały ją od niego. Wszystkie włoski na jej ciele stanęły dęba, od karku aż po pięty. Jej ciało pokryło się gęsią skórką, a najbardziej pierwotna część jej mózgu została przytłoczona przez grozę, wymiatając wszelkie racjonalne myśli.
        Dla magini nie była to najkorzystniejsza sytuacja. Kontrola nad emocjami i myślami jest fundamentalna. Pozbawienie jej może skutkować strasznymi rzeczami. Wszystkie osoby uczące się magii praktykują w pierwszej kolejności jak wyciszać i koncentrować myśli. Z tego powodu w obliczu obezwładniającego strachu uchwyciła się tej pierwszej lekcji, pozwalając by emocje odpłynęły, starając się znaleźć w sobie równowagę, cierpliwość, spokój… Nie do końca zdołała ten stan uchwycić. Jednak udało jej się odciągnąć od siebie grozę i przynajmniej częściowo odzyskać zdolność racjonalnego myślenia.
Potwór wydał z siebie coś na kształt fuknięcia, czy mruknięcia. Co to mogło oznaczać? Nie zawsze jest łatwo szczerze przekazać komuś zamiar zrobienia krzywdy. Sporo ludzi uważa, że w takiej sytuacji należy krzyczeć i wymachiwać rękami. Nie jest tak. Osoba prawdziwie niebezpieczna nie musi o tym wrzeszczeć. Przekazanie takiej groźby wymaga pewności siebie, która bierze się z doświadczenia. Czy stwór był rozdrażniony jej obecnością? Czy powinna stąd uciekać? Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Wciąż czuła się słaba w nogach. Poza tym monstrum było na tyle potężnie zbudowane, że bez problemu by ją dogoniło. Zwłaszcza w kompletnym mroku. Wanda zrobiła się lekko sina od wstrzymywania oddechu, więc pozwoliła sobie na szybki wdech. Potwór fuknął po raz drugi, a potem zrobił coś nieoczekiwanego. Podniósł jedną ze smażących się na ognisku ryb i podał dziewczynie. Była księżniczka zamrugała, nie bardzo mogąc uwierzyć w to co widzi. Czy on właśnie częstował ją jedzeniem?
        - Eeee… - stwierdziła zbita z tropu. Z lekką taką nieśmiałością sięgnęła po wyciągnięty w jej stronę patyk z nadzianą rybą.
        - Dziękuję?

        Nieznajomy stwór otworzył paszczę i zaczął jakby gulgotać i pomrukiwać. Wanda nastawiła uszu. Jakie było jej zaskoczenie, gdy okazało się, że to stworzenie próbuje mówić ludzką mową. „...ja...ciel...przyja...ciel…” Przyjaciel? Czy to możliwe, że miał dobre intencje? Magini musiała mieć pewność. Wyciągnęła przed siebie obie ręce, wnętrzem w stronę potwora. W jednej dłoni wciąż trzymała patyk ze smażoną rybą. Mimo wyraźnego rozdygotania całego organizmu zmusiła się, by sięgnąć po zapasy magii dobra. Przepływ energii nie pojawił się od razu, bo była bardzo zdekoncentrowana bliską obecnością wilkołaka. Kiedy jednak on wystąpił zmusiła się do skupienia się na jednym zaklęciu swojej dziedziny. „Wykrycie zła”. We wnętrzu obu jej dłoni ukazał się znak Pana. Osoby, na które rzucony zostaje taki czar, a odznaczające się złym charakterem, zaczynają w oczach magini pulsować czerwoną poświatą. To samo dotyczyło przedmiotów przeklętych. Wanda przełknęła ślinę czekając, aż czar otoczy potwora. Ze swojej strony wilkołak pod wpływem zaklęcia mógł poczuć coś na kształt łaskotania połączonego z ciepłem promieni słonecznych. Wkrótce oczom magini ukazała się jego poświata. Nie była czerwona.
        Była księżniczka odetchnęła z ulgą, opuściła też ręce. Znak Pana zniknął. To stworzenie nie było złe i najwyraźniej inteligentne. Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.
- Ty mnie rozumiesz, prawda? - Rozejrzała się po obozowisku. - Przepraszam. Chyba przeszkodziłam ci w kolacji. Zaraz sobie pójdę, tylko…
Tym razem spojrzała na lewo, potem w prawo. Poza obszarem oświetlonym przez ognisko nie widziała absolutnie nic. Wszędzie było kompletnie ciemno. Zerknęła w stronę swojego konia, który jak gdyby nigdy nic się nie stało, stał na uboczu. Nerwowym ruchem odgarnęła kosmyk z twarzy.
        - Prawda jest taka, że chyba nie uda mi się trafić z powrotem do mojego obozowiska...
Położyła prawą rękę na piersi. Popatrzyła wilkołakowi w ślepia.
        - Jestem Wanda. Próbuję dostać się do miasta. Proszę, czy użyczysz mi miejsca przy swoim ognisku?
Awatar użytkownika
Valerian
Szukający drogi
Posty: 38
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Wilkołak
Profesje: Chłop , Żołnierz , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Valerian »

        Obecność samotnie podróżującej, młodej dziewczyny w środku lasu zapewne nie jednego by zdziwiła, choć prawdopodobnie najbardziej niecodzienny widok stanowił grzejący się przy ognisku wilkołak, piekący sobie jedzenie. Nie miał więc najmniejszych pretensji do nieznajomej o to, jak zareagowała, sam przecież był mocno zaskoczony jej obecnością. W pierwszej kolejności postanowił jakoś uspokoić podróżniczkę, bo nie był przecież złym człowiekiem, nie lubił krzywdzić innych, a swojej siły używał tylko w ostateczności do obrony siebie i swoich bliskich. Dziewczyna nie miała powodów, by się go obawiać.
        Nie było to jednak tak łatwe do wykonania, jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza z wyglądem bestii, którą niejeden rodzic straszył swoje pociechy przed spaniem, gdy te były nieposłuszne i mocno dokazywały. Nie mówiąc już o problemach Valerania związanych z komunikacją z innymi ludźmi. Co z tego, że on wszystkich rozumiał, skoro nie rozumiano go? Dobrą chwilę więc zajęło mu wymyślenie co zrobić by uspokoić nieznajomą albo by nie wystraszyć jej po prostu jeszcze bardziej.
        Pomysł z rybą okazał się trafiony w dziesiątkę, choć nie do końca takich efektów zmiennokształtny się spodziewał. Widział jak mocno skonsternowana i zaskoczona tą sytuacją jest podróżniczka, że prawdopodobnie nie do końca zrozumiała intencje wilkołaka, jednakże jak na początek i tak było nieźle.
        Z jego gardła wydobyło się krótkie, zduszone szczeknięcie, po którym wyszczerzył swoje kły w uśmiechu, gdy dziewczyna mu niepewnie podziękowała. Jego ogon natomiast energicznie zamiatał ziemię za nim z wszelkich igieł i liści. Było dla niego wielką ulgą to, że nieznajoma nie bała się już tak bardzo, jak jeszcze chwilę wcześniej. Był z tego powodu naprawdę szczęśliwy. Przez tyle lat zawsze miał kogoś przy boku, że nawet krótka chwila samotności była dla niego trudna do zniesienia, a po tych kilku dniach był tym już po prostu przytłoczony. Zjawienie się dziewczyny było więc dla niego niczym dar od Matki, by mężczyzna się już aż tak nie męczył.
        Chwilę po tym postanowił jeszcze bardziej przekonać nieznajomą, że nie ma się czego obawiać z jego strony i wydusił z siebie jedno słowo, którego "nauczyła" go jego mała przyjaciółka. I tym razem jednak reakcja podróżniczki nie była tak oczywista jak zakładał. Nie był pewien czy spędzając tyle czasu w zamkniętej społeczności nie odzwyczaił się od naturalnych ludzkich odruchów czy zwyczajnie dziewczyna sama z siebie była osobą raczej nieprzewidywalną.
        Przechylił na bok kudłatą głowę, przyglądając się uważnie jasnowłosej. Jego entuzjazm z powodu jej pojawienia się nieco osłabł. Nie rozumiał jej zachowania. Przyszło mu do głowy, że może ryba, którą jej wręczył była za mocno spieczona, albo nieświeża, choć złowił je raptem kilka godzin temu. Zbliżył się więc ostrożnie do podróżniczki i pochylił się nad nią, aby zacząć obwąchiwać wyciągnięty w jego stronę patyk z rybą. Dostrzegł wtedy symbol Najwyższego na jej wolnej dłoni i z obawą przełknął ślinę, kładąc po sobie uszy. Niejednokrotnie podczas swoich podróży z Nevan słyszał plotki o palladynach, czy innych niebianach, którzy nie tylko polowali na piekielnych i inne demony, ale za złe i plugawe istoty uznawali również niektórych zmiennokształtnych czy nieumarłych. I o ile ciężko mu było uwierzyć, że wysłannicy Pana mogliby zasadzić się na życie niewinnej osoby, bez znaczenia jakiej była rasy, tak nie mógł mieć pewności czy niebianie faktycznie czasem nie zabijają przedstawicieli ras, którzy mogą stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla otoczenia. A Valerian nawet jakby się bardzo mocno postarał, nigdy nie będzie przypominał nieszkodliwego kanapowca.
        Myślał, że to będzie już jego koniec. Że nigdy nie zobaczy Nevan. Nie próbował jednak walczyć, czy spróbować ratować się ucieczką. Był pewien, że zaklęcie sięgnęłoby go nim zdąży się odwrócić, nie mówiąc już o poderwaniu się na równe nogi. Odetchnął jedynie głęboko i zamknął oczy, godząc się z tym, co było mu przeznaczone i czekał na swój koniec. I czekał... I czekał...
        Przez jego ciało przebiegł jakiś dziwny, nagły dreszcz, ale... Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło.
        - Hę? - mruknął i niepewnie otworzył jedno oko. Spojrzał jasnym ślepiem na dziewczynę, a po tym ostrożnie powiódł wzrokiem po okolicy. Oprócz tego, że nieznajoma opuściła ręce i wydawała się wyraźnie spokojniejsza, nic więcej się nie zmieniło. Otworzył drugie oko i zdezorientowany zaczął się rozglądać oraz przyglądać swoim łapom i swojemu ciału. Nic się nie stało. Nic się nie zmieniło.
        Usiadł przed nieznajomą i skonsternowany podrapał się po głowie. Miał świadomość tego, że był raczej prostym chłopem ze wsi, niż wielkim uczonym i nie wszystko musiał wiedzieć, ale nie podobało mu się to, że nie wiedział co się stało. A zastanawiania się nad tym zaczynała go już powoli boleć głową. Westchnął ciężko, trzymając się za włochaty łeb, po czym skupił spojrzenie na podróżnicze i kiwnął jej lekko w odpowiedzi na jej pytanie. Chwilę po tym machnął szponiastą dłonią i pokręcił głową na jej przeprosiny. Kiedy natomiast dodała, że odejdzie, położył po sobie uszy, odwrócił w bok spuszczony pysk i burknął cicho, ponuro pod nosem. Nie miał prawa jej zatrzymywać jeśli rzeczywiście chciała odejść.
        Wstał i odszedł od nieznajomej, by zająć swoje poprzednie miejsce przy ognisku. Miał do siebie żal, że w ogóle pomyślał o tym, iż ktoś obcy mógłby zechcieć choć przez chwilę dotrzymać mu towarzystwa. "Sam przecież brałbym nogi za pas, gdybym w środku nocy napotkał na swojej drodze taką kudłatą bestię" - pomyślał i westchnął ciężko, przegrzebując patykiem palące się w ognisku drewno. Zaraz też dorzucił kilka połamanych wcześniej, grubszych gałęzi, by podtrzymać ogień.
        - Hm? - mruknął zaskoczony, gdy dziewczyna po chwili znów się odezwała. Był święcie przekonany, że już jej tu nie ma skoro postanowiła odejść. Spojrzał na nią ponuro, myśląc, że może to być jakiś podstęp. Zaraz się jednak odrobinę rozchmurzył, co widać było po jego lekko szurającym po ziemi ogonie i wyrazie pyska, który nie był już aż tak spięty.
        Poklepał miejsce obok siebie przy ogniu, by przekazać dziewczynie, że nie ma nic przeciwko, aby mogła odpocząć w jego skromnym obozowisku.
        - Ja... Valerian - przedstawił się spokojnie i wyciągnął w stronę niez... Wandy, kosmatą dłoń. Po wymianie grzeczności, przyglądając się jej uważnie pokazał pazurem na nią, po tym na wnętrze swojej dłoni, aby następnie obie ręce zgiąć przy swoich ramionach i nimi machać, udając, że ma skrzydła. Popatrzył na nią pytająco. Mógł się oczywiście mylić i Wanda mogła się jedynie znać na magii i czcić Najwyższego, będąc zwykłym człowiekiem, ale jakoś tak pierwszą jego myślą było, czy nie spotkał przypadkiem właśnie anioła na swojej drodze. Jakby tylko anioły mogły posiadać symbole Najwyższego.
        - Mia...sto? - zapytał też zaraz, zainteresowany tym, gdzie dziewczyna tak właściwie zmierzała.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Szepczący Las”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości